Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
43 osoby interesują się tą książką
Ognisty romans na kanadyjskiej prowincji w uniwersum Rancza Wellsów. Witajcie w Wells Canyon – tu zawsze jest gorąco!
Cassidy Bowman ma reputację grzecznej dziewczynki i surowe zasady. Nie umawia się z miejscowymi ani nie sypia z mężczyznami, z którymi nie jest w związku. Ale wystarczyło jedno spotkanie z byłym chłopakiem i kilka nadmiarowych drinków, aby pozwoliła sobie na noc szaleństwa z pewnym przystojniakiem.
Trafiło na lokalnego kowboja – Chase’a „Rudego” Thompsona, który z kolei jest mistrzem w łamaniu zasad. Od dawna podkochiwał się w Cassidy, więc nie musiała go długo namawiać na randkę na parkingu.
Chociaż było zaskakująco miło, oboje postanowili zapomnieć o tej nocy. Tyle że sześć tygodni później na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski… Cass i Rudy wprowadzają więc kolejne zasady: razem wychowają dziecko, ale jako przyjaciele. Ona nie szuka związku z kowbojem o szemranej reputacji, a on nie chce słuchać, że nie jest dla niej wystarczająco dobry. Ale zasady są po to, żeby je łamać…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 531
Data ważności licencji: 5/30/2031
Tytuł oryginałuSeeing Red. Wells Ranch
Projekt okładkiANNA SLOTORSZ / ARTNOVO.PL
Ilustracje na okładceSAJANA JAYATHISSA/Adobe StockMARINA GRAU/Adobe StockBARKS/Adobe Stock
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaUS
KorektaMAGDALENA MIERZEJEWSKA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Copyright SEEING RED © 2023 by Bailey Hannah All rights reserved
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7121-4
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla tych z nas, które były pewne, że w wieku dwudziestu lat już wszystko będziemy mieć.
Niekiedy potrzeba więcej czasu, żeby się odnaleźć w życiu.
A jeśli naprawdę się tym stresujesz, to zawsze możesz przelecieć wytatuowanego kowboja na pace samochodu swojego eks.
Sama się przekonaj, czy to pomoże.
To historia o ciążowej wpadce po jednonocnej przygodzie. Pamiętaj, proszę, że choć dołożyłam wszelkich starań, by opisana w niej ciąża wypadła wiarygodnie i zgodnie ze stanem aktualnej wiedzy, to doświadczenia powitania na świecie dziecka nie są uniwersalne i każda z nas może mieć nieco inne odczucia z tym związane. To samo dotyczy zmagań Cassidy z PCOS i chorobą Hashimoto. Nie wściekajcie się na mnie za porównania wielkości dziecka – zaczerpnęłam je z aplikacji ciążowych i stron internetowych i każda ciężarna dziewczyna, której kiedykolwiek zdarzyło się z nich korzystać, potwierdzi, że zdają się całkowicie pozbawione sensu.
Jeśli lektura opisująca szczegółowo przebieg ciąży nie do końca ci odpowiada, możesz spokojnie pominąć ten tytuł i przejść do kolejnego tomu z serii o ranczu Wellsów, bez obaw, że ominie cię jakaś kluczowa informacja. Jak zawsze, ty tu jesteś najważniejsza.
Bądźcie wyrozumiałe dla Cass. Przez większość tej książki jest w ciąży i buja się na hormonalnym haju.
Och! Prawie zapomniałam wspomnieć, że autorka nie czuje się odpowiedzialna za jakiekolwiek wpadki, które mogą wydarzyć się w konsekwencji lektury tej książki. Bierzesz pigułkę? Bierz dwie, koleżanko 😉.
Jeśli by ktoś kazał mi wymienić jedną cechę mężczyzn, to na pierwszym miejscu wskazałabym na ich zajebisty tupet. To, że zabrał ze sobą na rodeo u mnie w mieście dziewczynę, z którą mnie zdradził – to już prawdziwe przegięcie. Moja butelka po piwie uderza w klejący się stół piknikowy z takim impetem, że chyba tylko cudem nie roztrzaskuje się w drobny mak. Choć gdyby się rozbiła, miałabym przynajmniej coś, czym mogłabym pociąć tę arogancką buźkę mojego byłego chłopaka. I ten scenariusz całkiem, całkiem mi się podoba.
– Idę po następne – rzucam do Shelby, jednej z moich przyjaciółek, przekrzykując zespół coverujący duet Brooks & Dunn. – Jeśli choćby minutę dłużej będę musiała patrzeć, jak się liżą, to przysięgam, że się na nich rzucę.
– Ja chyba też chcę. – Shelby kiwa głową i wychyla kilka ostatnich łyków swojego piwa. – Przestań się na nich gapić. Żałoba się skończyła, dziewczyno, nie ma za czym płakać. Pieprzyć go. Ogień zwalczaj ogniem, znajdź sobie chłopaka na wieczór.
– Jest mały problem, Shelb. Żaden z obecnych tu gości mnie nie interesuje.
Prawie nigdy nie chodzę na randki. Nie dlatego, że jestem świętoszką, chociaż wielu mieszkańców w miasteczku tak właśnie uważa. Tymczasem ja po prostu mam swoje zasady. Surowe. Dokładnie tak jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent z dwóch tysięcy rezydujących tu osób mieszkam w Wells Canyon od urodzenia. Marzę wyłącznie o kimś, kto nie znałby mnie, odkąd robiłam w pieluchy, o kimś, kto nie spędza każdego piątkowego wieczoru w barze mojego taty ani nie sypiał z większością moich przyjaciółek. Tyle jeśli chodzi o poprzeczkę, którą stawiam mężczyznom – jest tak cholernie nisko zawieszona, że można ją zbierać z podłogi, a mimo to żaden z wolnych facetów na dzisiejszych tańcach w stodole nie spełnia wszystkich trzech warunków.
Ślepa na wielką czerwoną flagę, którą wymachiwał obiema rękoma, zgodziłam się na brzemienną w skutkach pierwszą randkę z Derekiem ponad rok temu, wyłącznie dlatego, że akurat on odpowiadał moim kryteriom. A później wszystko się spieprzyło. Moje przyjaciółki dojrzały w tym znak, że powinnam się poddać i wziąć się za lokalnych chłopaków. Pozwólcie, że wyrażę swój gwałtowny sprzeciw.
– Cóż, przyszłyśmy tu dzisiaj po to, żeby cię z niego wyleczyć, więc nie daj mu zaleźć sobie za skórę. Zapomnij o nim!
– Tak, tak, łatwo wam mówić. Jest tu może setka osób, a on... jest wysoki. Tyle wystarczy, żeby nie móc o nim zapomnieć.
Podczas dwóch tygodni od rozstania z Derekiem zaliczyłam kilka górek i dołków. Ostatnich kilka dni minęło mi głównie na pełzaniu po dnie. Cały czas chodziłam w jednej piżamie – i to nie tylko nocami. Cały czas. Jadłam płatki prosto z pudełka i piłam sangrię w temperaturze pokojowej. Nierzadko zdarzało mi się robić obie rzeczy równocześnie. Pokrótce: zmieniłam się w pierwszoroczniaka z college’u, który złapał deprechę, bo rodzice nie pozwolili wyjechać mu na ferie na Florydę. Wpadłam w króliczą norę oglądania starych reality show na YouTubie. Nie wiem, czy można upaść niżej.
Rozpaczliwie marzyłam o beztroskim wieczorze – czymś, co sprawi, że znów poczuję się sobą – i właśnie wtedy nadarzyło się to rodeo. Następnie zaś okazało się, że obecnością zaszczycił je mój pieprzony eks i cały mój imprezowy nastrój trafił szlag.
Gdy podchodzę do baru, Shelby natychmiast traci mnie z oczu i skupia całą swoją uwagę na Denverze Wellsie, jednym z ranczerów z tutejszego imperium bydła. Ranczo Wellsów to ich rodzinny interes, a on jest naprawdę słodki – ma krótkie brązowe włosy, dołeczki w policzkach i szczupłe, umięśnione ciało. Do tego regularnie startuje w zawodach w ujeżdżaniu w siodle, a tyle wystarczy, żeby większość tutejszych dziewczyn padła mu do stóp. Serio, Denny to totalnie miły chłopak, ale – umówmy się – moje zasady nie wzięły się znikąd.
Jak to zwykle ona, Shelby zamawia dwa piwa i znika w tłumie bez słowa. To, co jestem w stanie dojrzeć z poziomu mojego metra sześćdziesiąt pięć, to jej wysadzany kryształkami kapelusz kowbojski kołyszący się pośród grupki ludzi stojących przed sceną, kiedy przeciska się przez nich do stolika Denny’ego po naszej prawej. Odkąd znam Shelby, to zawsze akurat się w którymś podkochuje, i choć nie do końca to rozumiem, to i za to ją kocham.
Zabieram swoje napoje i odchodzę od baru, kierując się w stronę ogródków piwnych. Wdycham chłodne wiosenne powietrze. Kwadratowa cementowa wylewka obstawiona jest ze wszystkich stron ogrodzeniem dla bydła z doczepioną jaskrawopomarańczową siatką przeciwśnieżną, jakbyśmy byli niesfornym stadem i tylko tak można było nad nami zapanować. Prowadzi tam tylko jedna bramka – trzeba minąć jedynego gliniarza w naszym miasteczku i ochotniczą grupkę ochroniarzy. Śmierdzi tu gorzej niż w stajni, a ja wcale nie kręcę nosem na zapach końskiego gówna – i aż boję się sobie wyobrażać, jak cuchnęłoby to stado brudnych kowbojów, pijaków i oblanych od stóp do głów perfumami kobiet, gdybyśmy nie znajdowali się na świeżym powietrzu.
Zerkam na tłum i po raz kolejny dociera do mnie, że nie ma tu nikogo, z kim miałabym ochotę się pozadawać. Dochodzę do wniosku, że Denver i jego kowboje to jeszcze nienajgorsze towarzystwo na dzisiejszy wieczór. Przynajmniej nie rzucają sprośnych komentarzy ani nie próbują macać mnie po tyłku, kiedy obsługuję ich w barze, a kilku stanowi nawet przyjemny widok dla oka. Tak czy siak, to całkiem miłe chłopaki, i w związku z tym ruszam śladem mojej puszczalskiej przyjaciółki.
Kluczę pomiędzy pijanymi tancerzami pochłoniętymi prostą grupową choreografią, i tylko pięć osób zaczepia mnie i zagaduje. To niesamowite, że znam imiona prawie wszystkich tu obecnych. A jednak czuję te pełne litości spojrzenia, szepty na temat mojego fatalnego związku. Na wypadek gdybym choć na chwilę zapomniała, dlaczego nie randkuję z lokalsami.
W końcu docieram do celu i mój wzrok pada na Shelby siedzącą okrakiem na Dennym przy drewnianym stole. Zdaje się, że już od dłuższej chwili próbują wepchnąć sobie nawzajem języki do gardeł.
Jezu, widzę, że faktycznie nie traciła czasu...
Powtarzam – i za to ją kocham, choć nie potrafię sobie wyobrazić, że rzucam się na typa w miejscu takim jak to. Plotki w Wells Canyon rozchodzą się szybciej niż wszy, a wszystkie te szepty za plecami są zwyczajnie nieznośne. Wszyscy – od mojego ojca przez panią z przedszkola po moją fryzjerkę – wiedzieliby o moich wybrykach w kilka minut. Mam dość przykre doświadczenia, bo kiedy przelizałam się ze Stevenem Gregoirem przed spożywczakiem w pierwszej klasie ogólniaka, to mój ojciec zmusił mnie do niewygodnej rozmowy uświadamiającej w tej samej chwili, w której moja stopa dotknęła progu drzwi wejściowych. Nigdy więcej nie popełniłam tego błędu i stąd też powszechne przekonanie lokalsów, że jestem pruderyjną cnotką.
Moje dwie bursztynowe butelki brzdękają o blat rozchwianego stołu, a ja zajmuję miejsce naprzeciwko Reda, jednego z kowbojów z rancza Wellsów – tego, którego z całej paczki bezsprzecznie lubię najmniej. Jeśli dostawałabym dolara za każdym razem, kiedy musiałam go wykopać z baru za wszczynanie bójek, to pewnie mogłabym sobie dzisiaj wieczorem zapłacić za drinki. A gdybym dostawała drugiego dolara za każdym razem, kiedy mnie wkurzył od czasów podstawówki, to mogłabym przejść na emeryturę i wynieść się na Karaiby.
– Wiesz co, nie musiałaś przynosić mi piwa. Przecież dzisiaj nie pracujesz, Cass. No ale dzięki, bardzo doceniam. – Red wyciąga rękę, jakby chciał chwycić za jedną z moich butelek, a ja instynktownie uderzam go w muskularne, w całości wytatuowane przedramię.
– Tylko spróbuj, a cię pochlastam.
Wybucha śmiechem i poprawia spłowiały kapelusz przykrywający jego kędzierzawe kasztanoworude włosy. Szczerze – słyszałam bardziej kreatywne przezwiska, choć w jego przypadku sprawa została przesądzona jeszcze za dzieciaka, bo był tak rudy, że wyglądał jak członek rodziny Weasleyów. Z wiekiem włosy trochę mu zbrązowiały, ale tych kilka nielicznych razy, gdy widziałam go z zarostem, potwierdza, że to pełnokrwisty rudzielec.
– Taka jesteś niemiła, kiedy nie biegasz z tacą – rzuca z krzywym uśmieszkiem.
– Dobra, dobra. W końcu dzisiaj i tak nie zostawisz mi napiwku. Nie muszę udawać, że cię lubię.
Przez dłuższą chwilę siedzimy w ciszy, z zakłopotaniem udając, że nasi przyjaciele wcale się nie obmacują ledwie metr od nas, i słuchamy, jak beznadziejny zespół coverujący piłuje Play Something Country po raz czwarty tego wieczoru. Patrząc, jak banda pijanych lasek podskakuje pod sceną, można by pomyśleć, że jesteśmy na prawdziwym koncercie. To więcej niż pewne, że jeszcze przed końcem występu któraś z nich pokaże cycki. Gdyby Shelby nie była przyssana do Denvera, to postawiłabym każdy pieniądz na to, że to właśnie na nią padnie.
– A to przypadkiem nie twój chłopak? – Red pokazuje głową w kierunku, w którym z pewnością znajduje się Derek. Oraz Alyssa. Nie mam odwagi, by podążyć za jego spojrzeniem, skurcz w brzuchu ostrzega mnie, bym tego nie robiła, o ile nie chcę znów poczuć tej morderczej żądzy krwi. Dopada mnie nagły atak zespołu niespokojnych nóg – zaczynam podrygiwać kolanem i skupiam całą swoją uwagę na Redzie, obserwuję, jak wypycha językiem policzek i mruży oczy, zerkając w ich stronę.
– Były chłopak – poprawiam go. – Zerwaliśmy kilka tygodni temu.
– Chcesz, żebym mu przywalił?
– Nie, Red. Nie chcę.
Z przyjemnością bym się zgodziła – i z rozkoszą patrzyła, jak Derek dostaje choćby ułamek tego, na co sobie zasłużył – ale nie jest tego wart. Nie jest wart niczego, co mogłoby się wydarzyć po pierwszym uderzeniu.
– Może chcesz się na nim odegrać? Rozbudzić zazdrość? Możemy zacząć się całować zaraz obok nich dwojga.
– Szczerze? Spierdalaj. Próbuję tylko słuchać muzyki i napić się w spokoju, okej? Dlaczego nie poprosisz jakiejś panny do tańca albo nie skujesz kogoś w bójce na pięści, albo... nie wiem, cokolwiek, byle tylko z dala ode mnie?
– Zacznijmy od tego, że nie tańczę. Jedyną osobą, której mam ochotę przywalić, jest twój były, ale to już wykluczyliśmy. Poza tym to ja tu pierwszy siedziałem.
Wbijając łokcie w stół, kryję twarz w dłoniach, żeby nie musieć na niego patrzeć – przy okazji z mojego pola widzenia znika również Derek. Dwie wkurzające pieczenie na jednym ogniu. Zaraz potem czuję, jak stół się przesuwa, a Red wreszcie łapie aluzję i wstaje.
Jednak chwilę później – krótszą, niż miałabym na to chęć – znów przede mną wyrasta. Tym razem przynajmniej przychodzi z darami, przesuwa w moją stronę kieliszek tequili i jeszcze jedno piwo. A ja nie z tych, które odmówiłyby darmowego drinka, nawet jeśli mam mocno mieszane uczucia co do gościa, który mi je stawia.
Wychylając swojego szota i mrugając przy tym, mówi:
– Twoje zdrowie. Za to, że już się nie spotykasz z tym złamasem.
Jezu Chryste. Chociaż... Proszę, proszę!
Opróżniam szota, popijając tequilę kilkoma długimi łykami piwa. Czuję na sobie spojrzenie Reda i pali mnie ono bardziej niż alkohol w żołądku. Facet kładzie swoją pustą butelkę na stole i leniwie obraca nią ruchem nadgarstka. Raz, drugi, trzeci.
Łup, drrrń, trrrr, trrr, łup, drrrń, trrr, trrr.
Udaję, że dźwięk szkła na szorstkiej powierzchni drewna to tylko dodatkowy akompaniament dla muzyków na scenie, w których teraz wpatruję się z pełnym skupieniem. Byle tylko nie patrzeć na kowboja siedzącego naprzeciwko mnie ani na byłego chłopaka gdzieś w tłumie. Jakbym wierzyła, że jeśli wystarczająco dobrze będę udawać, że podobają mi się te gówniane covery, to jakoś wczuję się w klimat imprezy i może jeszcze zdołam uratować tę noc.
– Hej, Cass. – Szorstki głos Reda przeszywa powietrze, kiedy prawie udaje mi się zapomnieć o jego obecności.
Obracam głowę, wyrzucając z siebie poirytowane westchnienie.
– Co tam znowu, Red?
– Popatrz no. Wygląda na to, że wypadło mi na ciebie w grze w butelkę. Chyba powinnaś mnie pocałować i dać powód do zazdrości swojemu byłemu. Bo ciągle się tu gapi.
– Idiota z ciebie – prycham ze znużeniem.
– Nie chcesz się pobawić? No tak. Z tego, co pamiętam, gustujesz w innych imprezowych rozrywkach, co nie?
To cholerne miasto. Pije do tego, że raz, jeden cholerny raz, na imprezie urodzinowej w ósmej klasie dałam się namówić na zamknięcie w komórce z jednym chłopakiem z klasy, a teraz on wyciąga to prawie dwie dekady później.
– A ty co? Masz znowu trzynaście lat? – Zastanawiam się, czy nie olać tego przepłaconego piwa, wrócić do domu i wskoczyć w piżamkę. Ten cały wieczór to kompletna strata czasu. Wzdrygam się na myśl, ile wysiłku włożyłam, żeby ładnie wyglądać – zwłaszcza że siedzę teraz przy piknikowym stole z Chase’em „Redem” Thompsonem – chłopakiem działającym mi na nerwy od czasów podstawówki, i nie mam innego wyjścia, jak tylko zerkać na eksa obściskującego się z piękną dziewczyną o kruczoczarnych włosach, z którą sypiał przez połowę naszego rocznego związku.
– A co, kręci cię to? To strasznie krzywe, Cass. – Parska śmiechem, prostując sobie kapelusz na głowie. – Będę musiał na ciebie donieść.
– Chodzi mi to, że to tylko głupie dziecięce zabawy, idioto. – Biorę łyk piwa. I jeszcze jeden. I jeszcze kolejny.
– A mi chodzi o to, że wszyscy oprócz nas dwojga się tu obściskują. A to serio by go wkurzyło. No ale skoro zwykły całus to twoim zdaniem dziecinada, to mamy do wyboru inne dorosłe opcje. – Unosi bezczelnie brew.
– Kurwa mać, co z tobą nie tak? – Pochylam się nad stołem i strącam mu ten kowbojski kapelusz. Parska serdecznym śmiechem, nachyla się, by podnieść go z ziemi, i potrząsa burzą swoich gęstych włosów. Robi się z tego tyle zamieszania, że Shelby i Denny na chwilę się od siebie odrywają, choć jeszcze sekundę temu ich usta zdawały się ze sobą zespawane.
– Hej, Shelb. Będę się zawijać do domu – rzucam, gdy wreszcie ściągam na siebie choć krztynę jej uwagi. Przerzucam nogę przez ławkę i wstaję, czując, jak w żyłach płynie mi czysty alkohol. Świat jest nieco przymglony, światła dookoła sceny rozlewają się w barwne plamy, a kolana mam tak miękkie, jakbym wpadła w błotną kałużę. Wyzerowanie mojego piwa w nadziei, że wcześniej zdołam się stąd wymknąć, chyba nie było najlepszym pomysłem.
– Nie, nie idź jeszcze! – protestuje Shelby, odchylając się od Denny’ego, żeby złapać mnie za łokieć. – Miałaś sobie kogoś poderwać i przestać wreszcie opłakiwać Dereka.
– Mówiłam ci przecież, że dzisiejsze perspektywy na podryw są zerowe.
Moja przyjaciółka spogląda to na mnie, to na Reda, aż w końcu wzrusza ramionami.
– No nie wiem. Chyba nie tak całkiem zerowe.
– Pieprzyć to wszystko. O tak, pieprzyć. Wracam do domu. Dobranoc, kochaniutcy.
– Dobranocka, Cass! – woła za mną Denny.
Żegna mnie rozchichotany pisk Shelby, którą pewnie złapał i przyciągnął do siebie w kolejnym namiętnym pocałunku.
Zataczam się przez pijany tłum, usiłując utrzymać się na dwóch nogach, i jednocześnie uświadamiam sobie, jak potężnie jestem wstawiona. Dokładnie na tym polega problem z piciem jednego piwa za drugim, kiedy siedzimy wygodnie na tyłku. Wystarczy wstać i ziemia chwieje się w posadach, a ty nagle nie potrafisz utrzymać się w pionie.
Na moje nieszczęście małomiasteczkowe rodea zbyt mocno przypominają rodzinne zjazdy, żeby szybko się z nich ulotnić. Co kilka kroków ciągnie mnie do siebie jakiś znajomy: czy to Jerry, stały bywalec baru pod pięćdziesiątkę, który zawsze chce ze mną tańczyć do country, czy dyrektor mojego starego ogólniaka. Debbie z poczty zachodzi mi drogę, żeby zapytać, czy nie zaopiekowałabym się jej kotem na czas jej wyjazdu do Vegas – a jak miałabym jej odmówić, skoro pokazuje mi kapelusik z otworami na uszy, który kazała zrobić na zamówienie dla mruczka? Jest ich tu tyle, jakby coś za darmo rozdawali – jakby się umówili, że będą blokować jedyną drogę wyjścia z tego piekła.
Kiedy ledwie udaje mi się wyrwać ze szponów grupki dziewczyn, z którymi kończyłam szkołę, jestem już na ostatniej prostej do domu. Pobiegłabym tam, gdybym choć trochę lepiej łapała pion. Człapię wzdłuż rzędu toi-toiów z oczami utkwionymi w bramie wyjściowej, gdy nieprzyjemny głos przyprawia mnie o dreszcze.
– Cass... Hej.
Zwieszam ramiona i zamykam oczy – ale nie dłużej niż na pół sekundy, bo w jednej chwili świat zaczyna wirować.
– Hej, Derek. – Obracam się w jego stronę. Na całe szczęście jest tu bez swojej kochanki.
– Jak się miewasz? – Lustruje mnie od stóp do głów z uniesionymi brwiami. Wszystko to, o czym milczy, wybrzmiewa głośno w mojej głowie. Okej, może i przytyło mi się ze trzy kilo, odkąd się rozstaliśmy, a to, ile się namęczyłam przy zapinaniu zamka mojej dżinsowej minispódniczki, wystarczyło, żeby na resztę dnia mieć zepsuty humor. Nie zamierzam jednak pozwolić, by jeszcze mi dokładał, choć wiem, że w tej chwili z całych sił powstrzymuje się od komentarza na temat mojego wyglądu. To, że w gruncie rzeczy nie mam większego problemu z rozmiarem swoich ciuchów, którym bliżej do XL niż do M, doprowadzało go do szału. Odkąd się rozstaliśmy, to już w ogóle mam to gdzieś, bo nie muszę przez cały czas słuchać jego złośliwych komentarzy.
– Dobrze. W zasadzie to świetnie. Miewam się zajefantastycznie – odpowiadam z sarkazmem. – A ty? Dobrze się dzisiaj bawisz?
Prawdziwe znaczenie mojego pytania to: Jakim cudem znalazłeś się na rodeo w moim mieście kilka tygodni po tym, jak zrobiłeś ze mnie największą idiotkę na tej planecie?
– Ta... Alyssa nigdy nie była na rodeo, no i...
Lata kelnerskiego doświadczenia w knajpie taty sprawiły, że mój przeznaczony dla klientów głos brzmi bez zarzutu i wcale nie słychać w nim, ile w siebie wlałam.
– To... świetnie. Wspaniale. Tak się cieszę, że eee... Że ją tu przywiozłeś. Ja już muszę iść, więc... Naprawdę miło było cię widzieć.
– Mam nadzieję, że to nie przeze mnie tak wcześnie wracasz do domu.
– Nie. No coś ty. Wcale nie wracam do domu. Przyszłam tu skorzystać z toalety. – Nie wiem, dlaczego skłamałam, i nie wiem, dlaczego kolejne kłamstwa spływają mi po języku. – Ja też nie przyszłam tu sama. Naprawdę świetnie się tu razem bawimy.
Dlaczego powtarzam „naprawdę”? Może alkohol faktycznie upośledził mi aparat mowy.
– Ach tak? Widziałem, że gadałaś z Redem. Chyba nie przyszłaś tutaj z nim? Jezu, Cass. Puszczasz się z kowbojem? I to jeszcze z tych stron? Uff... Nawet jak na ciebie to zajebiście słabe.
Nawet jak na mnie?
Jakbym utraciła połączenie między mózgiem a ustami: wyrzucam z siebie słowa, zanim jeszcze zdążę się nad nimi zastanowić:
– Wiesz co? Zajebiście słabe to jest akurat to, że zabrałeś ze sobą na to rodeo dziewczynę, z którą mnie zdradzałeś.
– Cass, mi chodzi o to, że...
– Jeszcze jedno twoje słowo, a kowboj, z którym się „puszczam”, uzna to za wystarczający powód, żeby skopać ci tyłek. Życzę ci naprawdę miłej nocy.
Zamiast powlec się dalej do domu, robię w tył zwrot, zerkam przez ramię na Dereka i maszeruję z powrotem do stołu piknikowego, ignorując syrenę alarmową wyjącą mi w głowie i wszystkie monity ostrzegawcze migające mi przed oczami. Dobrze wiem, że pomysł nabierający kształtów w moim pijanym umyśle jest fatalny. Wiem również, że po roku męki z tym dupkiem teraz już wszystko mi jedno. Czuję tylko potrzebę zrobienia czegoś, czegokolwiek, byle wyrzucić z siebie wściekłość pulsującą mi w żyłach.
Wyrządził mi krzywdę i zrobił ze mnie idiotkę. Minęły miesiące, zanim się zorientowałam, że ma nową dziewczynę, a ja spadłam na pozycję zwykłej panienki na boku. Nie krzyczałam, nie płakałam, nie obrzuciłam gnojem jego trawnika, nie pocięłam mu opon w samochodzie, nie zrobiłam niczego, co sugerowały wszystkie moje ulubione kawałki country. Nie, rozstałam się z nim zupełnie elegancko, przekazałam mu wszystkie jego rzeczy z wymuszonym uśmiechem, podczas gdy ona obserwowała całą scenę z siedzenia pasażera w jego samochodzie.
Nie chcę już być tą dojrzalszą, mądrzejszą emocjonalnie osobą. Nie chcę być ponad to wszystko. Nie dzisiaj. I ja zasługuję na to, żeby zrobić parę głupot w życiu.
Shelby i Denny’ego nigdzie nie widać – choć mam pewne przypuszczenia w kwestii tego, dokąd mogli się udać. Red wciąż jednak siedzi przy piknikowym stole, dopija piwo i patrzy na sceniczne popisy tego gównianego zespołu. Całkiem szczerze – biorąc pod uwagę pozycję, w jakiej się znalazłam, nie wygląda nawet źle. Gdybym nie miała pojęcia, jaki ma charakter, to mogłabym zawiesić na nim oko. Może nawet bym wpuściła go do siebie do łóżka: z tymi potarganymi włosami wymykającymi się spod kapelusza, wytatuowanymi ramionami, wybrzuszającymi się mięśniami, których dorobił się ciężką pracą, w spłowiałych dżinsach opinających mocne uda i z tymi jego rozbawionymi ciemnoniebieskimi oczyma. Szkoda tylko, że cała reszta jego osoby jest, jaka jest.
Uderzam dłonią w blat stołu z taką siłą, że podskakuje ze strachu. Napędzają mnie alkohol i czysta nienawiść i nie do końca wiem, jak wygląda mój plan, ale Red to dokładnie ten typ, który mógłby do niego przystąpić.
– Co z tą ofertą wkurzenia mojego eks? Jeszcze aktualne?
– A co? Coś ci się nagle we mnie spodobało, Cass? – Podnosi brwi z bezczelnym uśmieszkiem rozjaśniającym jego głupią twarz.
– Może, ale właśnie się odezwałeś i teraz już zaczynam żałować. Gdzie jest Colt albo... w sumie ktokolwiek, byle był wolny, w miarę przystojny i choć odrobinę mniej irytujący od ciebie? – Tak właśnie przedstawia się mój idiotyczny plan. Tylko to, że mój były nie lubi Reda i uważa, że się „puszczam”, bo zadaję się z kowbojami z rancza Wellsów, nie oznacza, że powinnam się przespać z jednym z nich, żeby się zemścić na Dereku. Co niby miałabym w ten sposób udowodnić? Fakt, średnio to logiczne. – Wiesz co... Okej, cofam, co powiedziałam.
– Nie wiem, gdzie jest Colt. Ale jeśli potrzebujesz mojej pomocy, to jestem. I do tego znam niezły sposób na to, żebyś zamknęła mi usta.
Masując sobie skronie, rozglądam się po ogródkach piwnych. Jakby Bóg wybrał mnie sobie na swój osobisty obiekt drwin, jedyna lampa przy ciemnawym parkiecie rzuca światło bezpośrednio na Dereka i Alyssę. Wyrywam butelkę z ręki Reda i pociągam długi łyk. Wlewam w siebie piwo jak wodę i teraz naprawdę mam głęboko gdzieś to, czy mój plan ma jakikolwiek sens.
– Tylko najpierw to wypluj. – Wskazuję na wybrzuszenie przy jego dolnej wardze. – Nie zamierzam całować się z kimś, kto właśnie przeżuwa tytoń.
Zanim jeszcze skończyłam zdanie, on wtyka palec w usta i wyrzuca ciemnobrązowy tytoń na ziemię.
– Coś jeszcze?
– Dwie rzeczy: żadnych głupich tekstów i nigdy więcej o tym nie będziemy rozmawiać. Umowa stoi?
Wlewa w siebie resztkę piwa i wstaje.
– Umowa stoi, laleczko.
Wzdycham.
– Trzy rzeczy. Nie nazywaj mnie laleczką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
