Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ida, sześćdziesięcioletnia terapeutka par, straciła matkę, z którą miała trudne relacje. Ale teraz jest już lepiej: wydaje się, że po śmierci jej rodzicielka schroniła się w piersi Idy – nie w jej sercu, ale gdzieś z tyłu, za obojczykiem. Tkwi tam, kołysząc się delikatnie, niewiele mówi, obserwuje, co się dzieje, i komentuje poczynania Idy cichym, spokojnym, lecz nieustannym szeptem w uchu. Ciągle przypomina Idzie o śmierci, która jest coraz bliżej.
Sigurd, dorosły syn Idy, zerwał kontakty z matką z powodów, które wolał zachować dla siebie. Harald, jej drugi mąż, również ją opuścił. Ale życie toczy się dalej, pacjenci przecież wciąż przychodzą do gabinetu terapeutki, a wraz z nimi duch nowych czasów, który wydaje się Idzie coraz bardziej obcy. Nagle Sigurd pragnie odnowić kontakt…
„Spodziewamy się, że Nina Lykke napisze coś, co rozbawi nas do łez, ale w nowej powieści żarty ustępują miejsca mroczniejszemu i bardziej stonowanemu głosowi… „Gdzie są dorośli?” nie opowiada tylko o źle wychowanych dzieciakach kładących nogi w brudnych trampkach na siedzeniach metra ani o rodzicach, którzy pozwalają, by traktowano ich jak służących tychże rozwydrzonych potomków. Autorka równie odważnie, na głębokim poziomie psychologicznym, pisze o nierównej relacji władzy pomiędzy rodzicami a dziećmi. Ta powieść, świetnie napisana i łatwa w lekturze, jest bardziej tragiczna niż komiczna.”
„Dagbladet”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 208
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału Hvor er de voksne?
Przekład Karolina Drozdowska
Redakcja Ewa Pawłowska
Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek
Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski
HVOR ER DE VOKSNE?
Copyright © Nina Lykke
First published by Forlaget Oktober AS, 2025
Published in agreement with Oslo Literary Agency and Book/Lab Literary Agency
All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Agnete Brun
This translation has been published
with the financial support of NORLA.
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-980539-4-5 (EPUB); 978-83-980539-4-5 (MOBI)
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dedykacja
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
Dla Vilmy i Iris
Liczba przypadków łamania praw człowieka w danym kraju
jest zawsze odwrotnie proporcjonalna do liczby skarg
dotyczących łamania praw człowieka tam zgłaszanych.
Im więcej zgłasza się skarg w danym kraju, tym lepiej
chronione są tam prawa człowieka.
Daniel Patrick Moynihan, amerykański polityk
Czcij twego ojca i twoją matkę (Wj 20, 12)
– czwarte przykazanie
Od kilku dni strasznie wieje. Nocami można odnieść wrażenie, że jakiś olbrzym chwyta za dach domu, próbując go oderwać od ścian, wiatr świszczy za oknem, a mnie się śni, że obejmuję kurczowo maszt maleńkiej łódki rzucanej tam i z powrotem przez fale.
Budzę się wyczerpana i ze sztywnymi barkami.
Jest piątek w połowie marca, a ja wybieram się za chwilę na grób mamy. Gdybym wtedy, przed pięcioma laty, zdołała ocalić jej życie, świętowałaby dziś osiemdziesiąte urodziny.
Na przystanku stoi dwóch emerytów. Gapią się na mnie, jakby oczekiwali wyjaśnień.
– Ale nie zdołałaś nic zrobić – skrzeczą. – I czemu nie byłaś wobec niej bardziej cierpliwa i serdeczna, kiedy jeszcze żyła, mogłaś jej trochę odpuścić, przecież to nie takie trudne?
Tłumaczę wszystkim po kolei, starcom i narkomanom, psom, niemowlakom i ludziom w średnim wieku:
– Ale ona przecież też nie była aniołkiem.
Starcy, którzy mają zaledwie jakieś dziesięć czy piętnaście lat więcej niż ja, odpowiadają chórem, z północnym dialektem:
– Matka jest tylko jedna.
Przyjeżdża wypełniony po brzegi autobus. Pasażerowie tłoczą się przy drzwiach.
– MOŻE BYŚCIE WESZLI DALEJ DO ŚRODKA! – krzyczę, a ludzie mamroczą i spoglądają po sobie, ale robią, co im kazałam.
Są jak tępe, powolne stado bydła, ale w końcu się przesuwają. Jakiś mężczyzna wbija we mnie wzrok, a ja odwzajemniam jego spojrzenie, aż w końcu musi odwrócić oczy. Cały autobus śmierdzi mokrą zimową odzieżą.
Wcześniej nic nie mówiłam, gdy ludzie wpychali się do kolejki, puszczali muzykę z komórki bez słuchawek albo tłoczyli się przy drzwiach autobusu. Ale potem mama spłonęła w piecu na Alfaset i teraz leży w urnie pod ziemią na cmentarzu Vestre Gravlund, a w niedalekiej przyszłości i moja cielesna powłoka obróci się w pył, pochłonięta przez morze ognia gdzieś w jednej ze wschodnich dzielnic przemysłowych Oslo. Pomyśleć: wszystkie te szkielety tłoczące się w tym autobusie, wszystkie bijące serca i życiowe procesy trwające bez ustanku, w powszedni dzień, a ja tu stoję, przyciśnięta do tych obcych żywotów i wszechświatów, zastanawiając się, co o n i ukrywają, czego żałują, jakie trzy rzeczy by zmienili, gdyby im było wolno. I dokąd zmierzamy, skąd przychodzimy, gdzie się w końcu podziejemy.
Ktoś wiezie z sobą wielkiego owczarka niemieckiego. Gdyby chociaż można go było doić albo hodować na futro, ale nie, zwierzak leży tylko i zajmuje miejsce. W chwili, gdy formułuję tę myśl, pies patrzy na mnie z rozedrganym pyskiem i zdaje się, że mówi:
– Ale w tym właśnie momencie jesteśmy tutaj. „Tu i teraz”. Nadal żyjemy.
W kieszeni wibruje mi komórka, lecz po nią nie sięgam. I tak jest tu zbyt ciasno, by sprawdzić, kto czegoś ode mnie chce.
Po śmierci mamy przestałam nosić torebkę. Kieszenie zielonego płaszcza, który mam na sobie, a który po niej odziedziczyłam – chociaż to ona najpierw dostała go ode mnie – są na tyle pojemne, by zmieścić w nich komórkę, okulary i klucze, jedyne potrzebne mi przedmioty. Wcześniej dźwigałam z sobą wielką skórzaną torbę, zawsze wypełnioną po brzegi, choć nie pamiętam, co w niej nosiłam. Przestałam kupować ubrania. Chodzę teraz głównie w starych ciuchach po mamie, które znalazłam podczas porządkowania jej domu, i doszłam do wniosku, że nadają się jeszcze do noszenia. Niektóre z nich mama dostała ode mnie, na przykład ten płaszcz, bo lubiłam dawać jej różne rzeczy, kompensowało to myśli, że nie jestem dość dobra, nie potrafię jej pomóc – i nie chodzi tu tylko o okres jej choroby, ale w ogóle o wszystkie lata. A ponieważ z każdym dniem robię się do niej coraz bardziej podobna, wiedziałam, że będzie jej w tym płaszczu do twarzy tak samo jak mnie, więc zadzwoniłam z pytaniem, czy by go nie chciała dostać.
– Nie będę wiedziała, dopóki go nie przymierzę – odpowiedziała mama, dlatego pojechałam do niej z płaszczem, ona zaś go włożyła, stanęła przed lustrem, zaczęła się okręcać i zwijać usta w trąbkę, jak ma to w zwyczaju wiele osób z jej pokolenia, i nagle ujrzałam ją taką, jaką musiała być przed moimi narodzinami, gdy stała przed lustrem, tapirując włosy na początku lat sześćdziesiątych.
– Pięknie w nim wyglądasz – stwierdziłam.
Była to wypowiedź niewymagająca reakcji, a mimo to nasłuchiwałam echa moich własnych słów, analizowałam to zdanie, aż znalazłam błąd: bo skoro wyglądała pięknie w płaszczu, czyż nie prezentowała się dobrze, zanim go włożyła?
Często mogło się wydawać, że mama dostrzega i słyszy wszystko, obok czego pozostali przechodzą obojętnie. Bo przecież kłamiemy i się wykręcamy, każdy z nas, wyrzucamy z siebie bezmyślne frazy. Ale ona pochylała się nad tym wszystkim i nikomu nic nie mogło ujść płazem, bo mama była celniczką polującą na przemycaną kontrabandę. Wszystko, co mówiłam i robiłam, było przeszukiwane i analizowane pod kątem pochlebstwa, powierzchowności, chodzenia na łatwiznę, niecnych zamiarów.
– To co, chcesz go? – zapytałam.
– Taa – odrzekła mama. – A jest ciepły?
– Owszem, to w stu procentach wełna merino.
– To może być nawet za ciepły.
– Nie, jest akurat.
I oto stałam tam, próbując wcisnąć mamie płaszcz, który w rzeczywistości pragnęłam zatrzymać, a którego ona najwyraźniej nawet nie chciała. Ktoś inny niż ja, normalna osoba, normalna córka, wzięłaby matczyne słowa na poważnie i rzuciła: „Dobra, to w takim razie będę w nim dalej chodzić sama”.
Ale ja ją znałam. Zarówno wyraz jej twarzy, pląsy przed lustrem, jak i uśmieszek, który próbowała ukryć, sugerowały, że płaszcz jej się podoba i że chętnie go zatrzyma.
– Skoro jest taki świetny, to dlaczego sama go nie chcesz?
– To nie mój kolor – skłamałam. – Poza tym w ogóle go nie noszę.
Wysiadam z autobusu na Majorstuen, idę do maleńkiej kwiaciarni w przyczepie kempingowej stojącej na Sørkedalsveien i proszę o wieniec oraz znicz. Obsługuje mnie facet z nieokreślonym wschodnioeuropejskim akcentem. Staję przy kasie, sięgam po komórkę, by zapłacić, i dopiero teraz odczytuję wiadomość, która przyszła, gdy stałam ściśnięta w zatłoczonym autobusie:
Masz chwilę, żeby pogadać?
Numeru nadawcy nie mam już zapisanego na liście kontaktów, ale mimo to od razu go rozpoznaję.
Terminal płatniczy wydaje z siebie piknięcie.
– Paragon? – pyta mężczyzna.
– Tak, poproszę – odpowiadam mechanicznie i muszę przełknąć ślinę.
Zdążyło mi już zaschnąć w ustach, jak za każdym razem, gdy dostawałam od niego wiadomość, wtedy, w tamtym najgorszym okresie.
Żeby pogadać.
Czuję bicie serca w tętnicy na szyi. Zupełnie jakby chciał pogadać o tym, kto jedzie do domku wakacyjnego tego lata. Zawsze przecież mu zależało, by planować wszystko z wyprzedzeniem. Szczegóły obchodów Bożego Narodzenia najchętniej ustalałby w sierpniu.
Kiedy zaczęłam myśleć o Sigurdzie w czasie przeszłym? Zupełnie jakby nie żył, nie czuł się dobrze i nie mieszkał w szeregowcu na Kjelsås, domu, którego nigdy nie widziałam od środka, a tylko minęłam go, przejeżdżając obok rowerem, pewnej nocy, gdy nie mogłam spać. Poza tym jednym razem trzymam się od Kjelsås z daleka.
– Wygląda na to, że nie wolno mi podać ci ich nowego adresu – powiedział Martin, gdy się tam przeprowadzili.
Odszukanie ulicy i numeru domu w katalogu telefonicznym zajęło mi chwilę. Czego tak bał się Sigurd, moje starsze dziecko i jedyny syn? Że będę ich nachodzić, stanę na ganku, nie będę chciała sobie pójść? Przecież wiedział, że nic podobnego nigdy by mi nie przyszło do głowy. Ale wiedział również, że Martin, jego ojciec, powtórzy mi jego prośbę o nieprzekazywanie informacji, dokąd się przeprowadzili. Sigurdowi chodziło więc przede wszystkim nie o to, żebym nie wiedziała, gdzie mieszkają, lecz o to, żebym miała świadomość, że on sobie tej wiedzy nie życzy.
– A czemu nie? – zapytałam tylko po to, by usłyszeć, jak Martin się wije.
– Nie wiem – odpowiedział. – W ogóle nic z tego nie rozumiem. Skoro on już musiał z kimś zrywać kontakt, to najbardziej logiczne by było, gdyby zerwał go ze mną.
Na tamtym etapie zdążyliśmy już odbyć tę samą rozmowę kilka razy, ale mnie się ona nigdy nie nudziła. I bardzo doceniałam, że Martin angażował się w nią za każdym razem.
Następne pytanie brzmiało zawsze tak:
– Ale zwróciłbyś w ogóle uwagę, gdyby zerwał z tobą kontakt?
Martin zrobił głęboki wdech.
– Nie. Możliwe, że bym nie zwrócił.
– No właśnie, bo ty przecież widujesz się ze swoimi „starymi” dziećmi kilka razy w roku. I zupełnie ci to wystarczy.
– Owszem, niestety, tak to dokładnie wygląda.
Dlatego właśnie lubię Martina. Może i przeprowadził się po rozwodzie do Stavanger i sprawił sobie trójkę nowych dzieci, w związku z czym był – łagodnie mówiąc – mało obecny w życiu Sigurda i Ragnhild, ale stać go przynajmniej na szczerość.
Martin miał początkowo zostać w Stavanger przez pół roku. Ale potem poznał Karin, która zaszła z nim w ciążę i miała trójkę małych dzieci z poprzedniego związku, więc musiał przy niej zostać, i najpierw urodziło im się to jedno dziecko, a potem jeszcze bliźniaki, które przyszły na świat za wcześnie i nadal cierpią na różne chroniczne przypadłości. Historia Martina jest, innymi słowy, jasna i oczywista.
Ale że też Sigurd mógł zrobić to, co zrobił, że też nikt nie zareagował. Że też nie mogłam się do nikogo zwrócić. Nie było żadnych władz, do których dałoby się go zgłosić. A wręcz przeciwnie. Bo wszyscy, z którymi rozmawiałam wtedy, na początku, zaczynali nagle odnosić się do mnie z rezerwą. Jakby w głębi duszy podejrzewali, że Sigurd postąpił być może właściwie, zrywając ze mną kontakt, i dochodzili do wniosku, że na wszelki wypadek lepiej traktować mnie tak, jak się traktuje wariatów. Kiwali głowami na wszystko, co mówiłam, i wygłaszali deklaracje wsparcia, ale to wszystko było takie powierzchowne i niezobowiązujące. Dłuższą chwilę zajęło mi dostrzeżenie najpierw właśnie tego, a następnie faktu, że ludzie zaczęli mnie unikać, że odwracali wzrok, gdy spotykali mnie na mieście.
Na dworze zaczął padać śnieg. Samochody suną jeden za drugim, nadal mamy godziny szczytu, na poboczach Sørkedalsveien leżą szare zaspy, a na chodniku trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie wdepnąć w psią kupę albo nie poślizgnąć się na lodzie.
Dzwonię do Ragnhild, idąc w stronę cmentarza. Moja córka nie odbiera – to nic niezwykłego o tej porze, bo zazwyczaj albo ma dyżur, albo odsypia w domu.
Martin też nie odbiera, ma ustawiony tryb „nie przeszkadzaj”. Wysyłam tę samą wiadomość do nich obojga:
Możesz oddzwonić w wolnej chwili?
Nie dodaję, że sprawa jest pilna, bo nie chcę, by dzwonili w pośpiechu. A Sigurd może poczekać. Ja czekałam pięć lat.
Wchodzę na cmentarz przez główną bramę, mijam obelisk upamiętniający ofiary wojny i skręcam w prawo, na ścieżkę pod wielkimi ciemnymi świerkami. Wkrótce już staję nad grobem mamy.
NA ZAWSZE W NASZYCH SERCACH – głosi napis na szorstkim, nieoszlifowanym kamieniu. Znalazłam go w rogu cmentarza, gdzie za małe pieniądze można kupić nagrobki z nazwiskami ludzi, których nie pamiętają już żadni żywi.
Wpadłam na tę myśl, gdy miałam wybrać miejsce pochówku, i stwierdziłam, że to będzie w stylu mamy leżeć pod szorstkim, nieoszlifowanym nagrobkiem, do tego jeszcze używanym.
Spotkanie w celu wyboru miejsca pochówku zdołałam umówić dopiero wiele miesięcy po uroczystościach żałobnych. Dawałam sobie radę – bo to głównie ja załatwiałam sprawy związane z odejściem mamy – z dosłownie wszystkim innym, sprzątałam, porządkowałam, dzwoniłam do biura pogrzebowego, rozmawiałam z agentami nieruchomości, bankami i urzędem skarbowym. Zdołałam nawet poćwiartować i wywieźć stare pianino mamy, tak rozstrojone i popękane, że nie chciał go nawet tamten Polak, który odpowiedział na ogłoszenie z nagłówkiem ODDAM ZA DARMO. W końcu poprosiłam o wsparcie Line, która wreszcie poczuła się zobowiązana mnie wesprzeć, i za pomocą łomu oraz piły łańcuchowej podzieliłyśmy instrument na kawałki dające się wywieźć na wysypisko.
Ale decyzja, gdzie spocznie urna ze szczątkami tego, co kiedyś było mamą, czekała na liście rzeczy do zrobienia jeszcze kilka miesięcy, zanim w końcu wzięłam się w garść i umówiłam spotkanie z zarządcą cmentarza. Jeden z grabarzy obwiózł mnie po całym terenie wózkiem golfowym i nagle otworzył się przede mną nowy świat: królestwo śmierci. Tutaj żyło się ze śmiercią, od ósmej do szesnastej, niezależnie od tego, czy zajmowano się istniejącymi grobami, czy pomagano ludziom wybierać miejsca na nowe. Z jakiegoś powodu myśl, że oto istnieje konkretna codzienność wokół śmierci – z etatem, funduszem emerytalnym i przerwami na kawę – przyniosła mi ulgę. Wyobrażałam sobie, że gdy ci, którzy pracowali na cmentarzu, umierali, bo to się przecież zdarza, byli wtedy chowani przez swoich kolegów wracających później do codzienności z funduszem emerytalnym, lunchem i przerwą na kawę, a także zapewne plotkami i intrygami, bo tam, gdzie regularnie spotykają się więcej niż dwie osoby, zawsze prędzej czy później powstają jakieś intrygi, sojusze, hierarchie i wszystko inne, co sobie wymyślamy, by jakoś zabić czas. Grabarze wkładali niekiedy garnitury i brali udział w złożeniu urny do grobu. Jak sami mieliśmy się wkrótce przekonać, trzymali wtedy urnę w wyciągniętych rękach, demonstrując ją żałobnikom, niczym kelner zachwalający butelkę wina.
Mężczyzna obwożący mnie po cmentarzu trzymał jedną rękę na kierownicy, w drugiej miał skręconego własnoręcznie papierosa, kluczyliśmy między nagrobkami w świetle niskiego jesiennego słońca, które przeciskało się przez świerkowe gałęzie, grabarz wskazywał różne miejsca, wyjaśniając kwestie północy, południa, słońca, cienia oraz odległości od parkingu i stacji metra, ja zaś rozkoszowałam się zapachem tytoniu, wonią minionych dni. I chociaż nie paliłam wtedy od kilku dekad, zapytałam, czy może mnie poczęstować papierosem, na co ten człowiek – z kierownicą między kolanami i nie zatrzymując się ani na chwilę – zwinął dla mnie idealnego skręta.
Ten uprzejmy gest o mało nie doprowadził mnie do płaczu, bo w tamtym okresie do płaczu doprowadzało mnie wszystko, elektryczny pojazd sunął między grobami, a ja fantazjowałam, że będziemy tak jechać, palić i gawędzić przez całą wieczność. A ponieważ mój towarzysz także był zainteresowany rozciągnięciem w czasie tej przejażdżki, będącej może również dla niego przerwą od codzienności, nie musiałam sięgać po zbyt wiele trików psychologicznych, by skłonić go do mówienia. Szybko więc dowiedziałam się, że jest moim równolatkiem, starszym ode mnie o zaledwie trzy dni, że dorastał w Bøler i pracował na tym cmentarzu, odkąd skończył szesnaście lat, że jego matka zmarła na zawał, osierociwszy go jako ośmioletniego chłopca, on sam zaś był rozwiedziony i miał syna, który z kolei miał czworo dzieci z trzema różnymi kobietami, jedno z tych dzieci było autystyczne, i to nie w tym uroczym wydaniu, przejawiającym się znajomością rozkładów kolejowych na pamięć i tym podobnym, chodziło raczej o tę wersję, kiedy dziecko wyje bez ustanku i wali głową w ścianę. Dlatego rzeczone dziecko musiało chodzić w kasku i mieszkać w specjalnym ośrodku.
Dowiedziałam się tego wszystkiego, ponieważ słuchałam uważnie, lecz bez melodramatycznych okrzyków, do których zapewne przywykł mój rozmówca. Zaciągałam się ostrożnie, by nie dostać ataku kaszlu, i czułam, jak przepełnia mnie radość z możliwości wykonywania mojej profesji, bo oto mogłam sięgnąć po doświadczenie i wiedzę czekające zawsze w pogotowiu, niczym partia dobrze wytrenowanych mięśni gotowych do działania.
W pewnym momencie grabarz zatrzymał się w nieco odosobnionym zakątku cmentarza, tam, gdzie leżały zapomniane kamienie nagrobne. Chciał mi pokazać to „cmentarzysko nagrobków”, bo tutaj można było dostać kamień za darmo, płaciło się tylko za inskrypcję. Na jednym z nagrobków wykuto nazwisko GISLE STRAUME, był to aktor, który grał nauczyciela Tørrdala w filmach z serii Stompa w latach sześćdziesiątych. A więc pan Tørrdal we własnej osobie był pośród tych, których relegowano z Vestre Gravlund, bo nikt się już nimi nie przejmował, innymi słowy: nawet nauczyciel Tørrdal nie zostawił po sobie nikogo, kto by dbał o jego grób albo zechciał z czasem spocząć obok niego.
– Ale tobie to nie grozi – mamroczę, stojąc teraz nad grobem mamy. – Bo ty będziesz żyła „na zawsze w naszych sercach”.
Zdejmuję rękawiczkę i wsuwam dłoń pod ubrania, kładę ją na piersi i nawiązuję kontakt z mamą, która zajęła sobie miejsce gdzieś w moim wnętrzu. Co prawda nie w samym sercu, ale gdzieś za obojczykiem, zaraz pod tarczycą. Ujmując to prościej: nie musiałam przyjeżdżać aż tutaj, by z nią porozmawiać, bo ona zawsze jest przy mnie. Ale to ważne, by sobie nie pomyślała, że się obijam, by widziała, że przychodzę co tydzień, świątek czy piątek, urodziny czy nie, no i, co niemniej ważne: by widziała, że nie płacę zarządcy cmentarza za opiekę nad jej grobem. Bo rzuciła kiedyś, do mnie i Line, że jesteśmy gotowe wykupić się pieniędzmi, żeby tylko nie spędzać z nią czasu.
Również na cmentarzu panuje pewna hierarchia. Na samym jej dole są groby, o które nikt nie dba, zarośnięte chwastami. Nieco wyżej lokują się mogiły, których doglądają pracownicy cmentarza w zamian za opłatę, przystrajają je nawet, a kwiaty zmieniają się z każdą porą roku – teraz, na jesieni, są to donice z czymś, co przypomina wrzos. Na samym szczycie tej drabiny królują groby, które są nie tylko regularnie porządkowane, ale na których stoją stroiki o indywidualnym, osobistym charakterze.
W ten sposób łatwo stwierdzić, kto pozostawił po sobie bliskich, którym naprawdę zależy.
Czy Sigurd i Ragnhild będą dbać o mój grób? Może chociaż Ragnhild. Ale ona mieszka w Kopenhadze i nic nie wskazuje na to, by miała kiedyś wrócić do Norwegii.
– Tak czy inaczej, Line i ja będziemy doglądać tej mogiły, dopóki żyjemy. A kiedy już przyjdzie nasz czas, spoczniemy tutaj obok ciebie – mówię do mamy.
Mama nie reaguje, zresztą na to nie liczyłam. Gdy jeszcze żyła, kazała nam często długo czekać na odpowiedź, jeśli taka w ogóle miała nastąpić.
– Chociaż nie, Line będzie chciała pewnie leżeć tam, gdzie Gunnar i dzieci – ciągnę. – I kto wie, gdzie będzie pochowane moje potomstwo, więc chyba zostaniemy tu tylko ty i ja. Po kilku latach może się zdarzyć, że nasz kamień wyląduje tam w rogu, na cmentarzysku nagrobków. A to przecież trochę zabawne. Wszystkie te tablice zaliczają występy gościnne, dwadzieścia lat tu, czterdzieści tam.
Ale mama się nie śmieje. Za życia też się nie śmiała z moich żartów.
Kiedyś to ona chodziła ze mną pod sercem, a teraz ja noszę ją w sobie, unosi się tam, falująca, rozkołysana, beztroska. Niczego jej nie brakuje ani nie trzeba, jest lekka jak piórko. Słucha moich myśli i śledzi na bieżąco wszystko, co się dzieje, leżąc tam i się kołysząc, tak jak i ja kiedyś leżałam i kołysałam się we wnętrzu jej brzucha, w zupełnej równowadze i totalnej harmonii. A ponieważ wiemy już teraz wszystko o sobie nawzajem, pojęłam, jak to jest, zostać matką w wieku dwudziestu lat, jak to jest, leżeć z silnymi bólami w klinice położniczej, samotnie, bo ojciec dziecka nie chciał w tym uczestniczyć, a jedynym wsparciem, na które mogła liczyć kobieta rodząca bez mała sześćdziesiąt lat temu, była stara, skwaszona położna, raz na godzinę zaglądająca do pokoju przez szparę w drzwiach. Położne były w tamtych czasach z reguły niezamężne i niewiele z nich miało za sobą doświadczenie własnego porodu. Kiedy czytam w gazetach, że ludzie w naszych czasach skarżą się na warunki panujące na oddziałach położniczych, wyobrażam sobie z reguły mamę, ledwie dwudziestoletnią, gdy leży tam sama, nabierając coraz większej pewności, że zaraz umrze. Gdy w końcu przyszłam na świat, dziesięć dni po terminie, a mimo to ważyłam nie więcej niż dwa i pół kilo, położna skwitowała to jednym komentarzem: „Niech mi pani powie, nic pani w tej ciąży nie jadła?”.
I wiem teraz również, jak to było pójść do lekarza dwa lata później z prośbą o receptę na tabletki antykoncepcyjne. Mama siedziała w gabinecie lekarskim ze mną na kolanach – w tym miejscu czuję ciepło mojego dwuletniego ciałka na moim własnym dwudziestodwuletnim udzie – i pewnie zaczęłam się wyrywać, chcąc chwycić z lekarskiego biurka jakiś przedmiot, który natychmiast rzuciłam na podłogę, za co lekarz mnie skrzyczał. Było to w tamtych czasach zupełnie normalne zachowanie, w latach sześćdziesiątych krzyczało się na dwulatki. W tym momencie mama, która jednocześnie jest mną, zaczyna płakać i wszystko kończy się tak, że lekarz odmawia przepisania jej tabletek, bo jest zbyt rozchwiana emocjonalnie, dlatego rok później przychodzi na świat Line. Która powinna mi dziękować za dar życia, co zresztą często jej powtarzam.
Słońce pokazuje się na jakieś dwie, trzy sekundy, po czym na nowo znika za pędzącymi po niebie ołowianymi chmurami.
– Sigurd się do mnie odezwał – mówię cicho. – Pyta, czy mam czas pogadać.
Mama nie odpowiada. Normalna matka by zawołała: „Ach, naprawdę?! Co jeszcze napisał? I co ty teraz zrobisz?”.
I mogłybyśmy zacząć o tym dyskutować, wszystko sobie omówić, tak jak potrafię dyskutować i rozmawiać o różnych sprawach z Ragnhild, to znaczy: w tych rzadkich momentach, gdy udaje mi się do niej dodzwonić. Gdybym była normalną córką, powtórzyłabym pytanie, skoro mama nie reaguje. Ale ona nie jest normalną matką, a ja nie jestem normalną córką i dobrze rozumiem, że mama nie odpowiada, ja też wolałabym nie reagować, gdy ludzie mnie o coś pytają. Też bym wolała zostawiać ich w zawieszeniu i chociaż przez chwilę widzieć moje własne zakłopotanie odbijające się w ich twarzach.
Więc po prostu czekam, zachowuję się, jak gdyby nigdy nic, trochę gmeram przy nagrobku, próbuję ustawić znicz pod tablicą tak, by się nie wywrócił, udaję, że rozmawiam sama z sobą, co zresztą przecież robię.
– Co się odpowiada komuś, z kim się nie rozmawiało przez kilka lat? – mamroczę w szalik. – Komuś, kto pyta, czy ma się czas „pogadać”?
Cisza.
Nie wiem, co mam odpowiedzieć. Albo czy w ogóle odpowiadać. Nie pojmuję, jak można zareagować na takie pytanie, po tym wszystkim, co się stało.
„Pogadać”.
„Co u ciebie?”.
„A dobrze, dzięki, że pytasz, podobno w weekend ma spaść deszcz”.
– On pewnie chce pieniędzy – odzywa się w końcu mama swoim cichym, spokojnym głosem, który pamiętam z dzieciństwa.
– Nie, bo kiedy ostatnio z nim rozmawiałam, powiedział, że nie życzy sobie ode mnie żadnej formy pomocy „ani o charakterze praktycznym, ani finansowym”. Użył dokładnie tych słów.
Mama zwija się w kłębek, wzdycha z rozkoszą i znów zapada w drzemkę. Z reguły tylko tam leży i się kołysze, jak płód. Co jakiś czas podnosi wzrok, widzi, że nadal się miotam, ale w gruncie rzeczy nie jest tym zainteresowana.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Gdzie są dorośli? to dziewięćdziesiąta ósma książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie – David Vann
Pierwszy bandzior – Miranda July
Nasz chłopak – Daniel Magariel
Historia przemocy – Édouard Louis
Tirza – Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej – Miranda July
O zmierzchu – Therese Bohman
Piękna młoda żona – Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug
Floryda – Lauren Groff
Przyjaciel – Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh
Brud – David Vann
Koniec z Eddym – Édouard Louis
2020
Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz
Linia – Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry
Ta druga – Therese Bohman
Dorośli – Marie Aubert
Turbulencje – David Szalay
Nikolski – Nicolas Dickner
Fauna Północy – Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård
Pełnia miłości – Sigrid Nunez
Przejście – Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros
Dziennik upadku – Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu – David Vann
Zabierz mnie do domu – Marie Aubert
Utonęła – Therese Bohman
Koniec dnia – Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium – Nina Lykke
Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie – Domenico Starnone
Za otrzymane łaski – Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli
2022
Komodo – David Vann
Londyn – David Szalay
Wyspa kobiet – Lauren Groff
Wizyta – Katharina Volckmer
Ostatni wywiad – Eshkol Nevo
Strega – Johanne Lykke Holm
Intymności – Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride
Dla Rouenny – Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis
2023
Odmawiam myślenia – Lotta Elstad
Elmet – Fiona Mozley
Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz
Urugwajka – Pedro Mairal
Andromeda – Therese Bohman
Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li
2023
Wcale nie jestem taka – Marie Aubert
Fatum i furia – Lauren Groff
Nędza – Andrzej Tichý
Długa odpowiedź – Anna Hogeland
W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel
Zmiana – Édouard Louis
Dostatek – Jakob Guanzon
Lapvona – Ottessa Moshfegh
Ptaki – Samanta Schweblin
2024
Słabsi – Sigrid Nunez
Eileen – Ottessa Moshfegh
Ostatni dzień na Ziemi – David Vann
Szczegóły – Ia Genberg
Fuga – Lauren Groff
Miałam tak wiele – Trude Marstein
Soho – Fiona Mozley
Zaproszona – Emma Cline
System – Amanda Svensson
Niewidzialni – Pajtim Statovci
Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg
Na czworakach – Miranda July
Dzikie bezkresy – Lauren Groff
Lot – Lynn Steger Strong
2025
Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh
Metry na sekundę – Stine Pilgaard
Gdzie indziej – Yan Ge
Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke
Stan raju – Laura van den Berg
Goście – Agnes Ravatn
Tłusty róż – Fernanda Trías
2025
Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy
Góra prawdy – Therese Bohman
Wonderland – Hanna Nordenhök
Siedem pustych domów – Samanta Schweblin
2026
Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft
Oto słońce – Gunnhild Øyehaug
Awanturnica – Lauren Groff
Czesanie kota – Jane Campbell
Nie, po prostu nie – Nina Lykke
