Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 522
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Louise Erdrich
Okrągły dom
Przełożyła
Agnieszka Walulik
ArtRageWarszawa 2026
Dla Pallas
Moim pierwszym zetknięciem z Louise Erdrich była powieść Rzeka Czerwona, której akcja osadzona jest w zwykłym rolniczym miasteczku i w zasadzie pozbawiona nawiązań do kultur rdzennych Amerykanów. Okazało się, że było to bardzo miękkie wejście w twórczość tej autorki – w Okrągłym domu poprzeczka podniosła się znacznie wyżej, tu już zanurzamy się bowiem w życie rezerwatu z całym jego bogactwem kulturowym i skomplikowanym układem relacji.
Chcąc zachować wierność duchowi oryginału, starałam się nie wygładzać zbytnio tłumaczenia: skoro więc Erdrich pisze raz o Odżibwejach, a raz o Czipewejach – pisałam tak i ja. Skoro ona nie zawsze wyjaśnia aspekty kulturowe – i ja starałam się nie narzucać wyjaśnień. Oczywiście jednak czytelnicy mogą się zastanawiać, skąd takie a nie inne rozwiązania w polskiej wersji, stąd pomysł naświetlenia kilku kwestii.
Pokrótce więc: Czipewejowie to po prostu alternatywna, zniekształcona i powszechna w angielszczyźnie wersja nazwy Odżibwejowie. Zaliczają się oni do ludów Anishinaabe, zamieszkujących obszary Wielkich Jezior (zarówno na obecnych terenach Kanady, jak i Stanów Zjednoczonych), i stanowią jedną z największych grup rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej.
Odżibwejowie posługują się językiem anishinaabe (nazywanym też odżibwejskim), który dzieli się na liczne dialekty. Właśnie z anishinaabe pochodzi słowo mooshum, oznaczające „dziadka”, oraz inne wtrącenia w powieści. W scenie urodzin mooshuma pada wzmianka, że niektórzy starsi mieszkańcy rezerwatu poza angielskim i anishinaabe posługują się także językiem miszif. Jest to język Metysów – ludności mieszanej, wywodzącej się od Pierwszych Narodów i europejskich osadników. Miszif stanowi połączenie kilku języków, przede wszystkim kri i kanadyjskiego francuskiego. Erdrich często używa też nazwy Miszif wymiennie z Metysami. Ta wielojęzyczność to skutek licznych wędrówek i przesiedleń, do których nawiązuje choćby opowieść mooshuma o Akii i Nanapushu. Z kolei młodsze pokolenia bohaterów mówią już przede wszystkim po angielsku (to oczywiście wynik polityki asymilacyjnej prowadzonej przez rząd USA. Jej elementem było między innymi posyłanie tubylczych dzieci do anglojęzycznych szkół z internatami – w takich szkołach uczyli się na przykład dziadkowie i rodzice głównego bohatera).
Wspomniany w książce Kraj Indian (Indian Country) oznacza łącznie wszelkie obszary, ziemie i wspólnoty na terenie Stanów Zjednoczonych, które znajdują się pod władzą oficjalnie uznanych plemion rdzennych Amerykanów.
Największym wyzwaniem były dla mnie fragmenty dotyczące kultury odżibwejskiej, związane z nią nazewnictwo rzadko bowiem ma w polszczyźnie utarte odpowiedniki. Osoby zajmujące się tą dziedziną na co dzień posługują się po prostu słownictwem angielskim i w bardziej specjalistycznej pozycji chętnie poszłabym ich śladem. Ponieważ jednak mamy do czynienia z literaturą piękną, która rządzi się nieco innymi wymogami, musiałam szukać kompromisów – z pełną świadomością, że nie będą one ani w pełni konsekwentne, ani satysfakcjonujące. Zastosowałam kilka strategii.
Tam, gdzie padały terminy przejęte przez angielszczyznę z języków tubylczych, pozostawiałam je bez zmian; mowa głównie o słowie powwow, oznaczającym zjazd plemienny z tańcami i śpiewami, oraz słowie doodem. Oczywiście mamy pochodzące od niego słowo „totem”, lecz w kontekście Okrągłego domu nie są to pojęcia synonimiczne. W ogromnym uproszczeniu: po angielsku totem odnosi się do ludów Wybrzeża Północno-Zachodniego, tam też pojawiają się wspaniałe rzeźbione słupy totemiczne, mające dokumentować historię, stanowić wyraz czci dla przodków oraz wyrażać wartości duchowe. Pojęcie doodemu z kolei dotyczy ludów Anishinaabe, u których wiąże się przede wszystkim ze strukturą klanową i określa role oraz wzajemne relacje między członkami danej wspólnoty. Doodemy nie są też przedstawiane w postaci rzeźbionych słupów.
Tam, gdzie nazewnictwo angielskie łatwo poddaje się tłumaczeniu na polski, z wdzięcznością korzystałam z istniejących rozwiązań (na przykład Grand Entry – Uroczyste Wejście, sweat lodge – szałas potów) albo proponowałam takie, które wydały mi się rozsądne. Dotyczyło to na przykład frybread, czyli smażonego na patelni ciasta z mąki, wody, soli, z dodatkiem tłuszczu i odrobiny sody lub proszku do pieczenia, podawanego samodzielnie albo z różnymi nadzieniami – przetłumaczyłam je jako smażony chlebek, ponieważ wszelkie racuchy czy placki nie oddałyby ani dosłownego sensu angielskiego, ani wielości sposobów podania, ani kulturowego znaczenia frybread, który w latach przesiedleń chronił przed śmiercią głodową. Oczywiście można argumentować, że należałoby po prostu spolszczyć tę nazwę, wydaje mi się jednak, że skoro lepiej znane pancakes nie zdążyły jeszcze na dobre zdecydować, czy chcą być u nas „amerykańskimi naleśnikami”, „pancakesami” czy też „pankejkami”, to i frybreads muszą poczekać na dzień, gdy staną się „frajbredami”.
Trzecia kategoria pojęć to te, które, owszem, da się przetłumaczyć na polski dosłownie, tylko że bez kontekstu mogą nasunąć odbiorcom zupełnie mylny obraz. W Okrągłym domu dotyczy to przede wszystkim terminu medicine man i bustle.
Medicine man (lub woman) to po części uzdrowiciel czy uzdrowicielka, po części osoba pełniąca funkcje duchowe, strażnik tradycji. Leczy dolegliwości fizyczne, umysłowe lub duchowe za pomocą leków i ziół, ale także modlitw, pieśni i obrzędów. Nie jest bynajmniej tożsamy z szamanem, którego rolą jest przede wszystkim pośredniczenie między światami ludzi i duchów, często w stanie transu (szaman to zresztą pojęcie dotyczące przede wszystkim ludów syberyjskich). Zdecydowałam się pójść za tropem angielskim i skupić się na aspekcie leczniczym, stąd proponowany przeze mnie „uzdrawiacz”.
Z kolei bustle w standardowym angielskim znaczeniu to turniura, czyli element europejskiej garderoby damskiej, noszony pod sukniami w latach 70. i 80. XIX w., aby uwypuklić tył sylwetki. Oczywiście poza umiejscowieniem na ciele nie ma on nic wspólnego z tym, o czym mowa w Okrągłym domu, czyli wspaniałym, rozłożystym przybraniem z długich piór, noszonym przez odżibwejskich mężczyzn jako część regaliów (uroczystego stroju) na powwow. Na szczęście Erdrich skonstruowała ten fragment na tyle opisowo, że i ja mogłam bez wstydu uciec się do tego rozwiązania – być może tchórzliwie, lecz zapewne z korzyścią dla obrazu, jaki namaluje sobie w wyobraźni czytelnik.
Korzystając z okazji, chciałabym ogromnie podziękować dr Ewelinie Bańce z Katedry Literatury i Kultury Amerykańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II za konsultację merytoryczną – w Rzece Czerwonej udzielaną jeszcze grzecznościowo, w Okrągłym domu już oficjalnie. Za wszelkie błędy, które mogły pozostać w tłumaczeniu, odpowiadam wyłącznie ja.
Równie gorąco dziękuję Krzysztofowi Mączkowskiemu, dyrektorowi festiwalu Made in Native America, oraz gronu jego przyjaciół – za serdeczność, z jaką przyjęli mnie podczas spotkania na temat Rzeki Czerwonej, za szczodrość, z jaką podzielili się ze mną doświadczeniem, radą i materiałami pomocniczymi, wreszcie za to, że pokazali mi, jak cenna jest możliwość odbioru twórczości pisarek i pisarzy pokroju Louise Erdrich w języku polskim. Uwrażliwiło mnie to na wagę różnych detali kulturowych – choć zarazem natchnęło sporą obawą, czy stanę na wysokości zadania… Mam nadzieję, że nie zawiodłam!
Agnieszka Walulik
1988
Fundamenty domu moich rodziców zostały zaatakowane przez małe drzewka. Zwykłe samosiejki, takie z jednym, góra dwoma zdrowymi sztywnymi listkami. Niemniej łodygowate pędy zdołały się przecisnąć przez wąskie jak ostrze noża pęknięcia w ozdobnych brązowych gontach maskujących betonowe bloczki. Wrosły w niewidoczny mur i teraz trudno było je obluzować. Ojciec przeciągnął ręką po czole, przeklinając ich upór. Ja posługiwałem się starym zardzewiałym wyrwichwastem o ułamanym trzonku, on dzierżył długi pogrzebacz do kominka, choć zapewne wyrządzał nim więcej szkód niż pożytku. Dźgał na ślepo w miejscach, które jego zdaniem mogły zostać spenetrowane przez korzenie, na pewno drążąc w zaprawie nowe dogodne otwory dla przyszłorocznych pędów.
Za każdym razem, gdy udawało mi się wyrwać maleńkie drzewko, układałam je obok innych, na wąskim chodniku otaczającym dom, jak trofeum. Miałem tam latorośle jesionów, wiązów, klonów, klonów jesionolistnych, znalazła się nawet przyzwoicie wyrośnięta surmia, którą ojciec umieścił w pojemniku po lodach i podlał, planując, że znajdzie potem jakieś miejsce i ją tam przesadzi. Uważałem za cud, że te sadzonki przetrwały północnodakotańską zimę. Owszem, może i nie brakowało im wody, ale miały tam przecież ledwie odrobinę światła i kilka grudek ziemi. Mimo to każde nasionko zdołało krzepko umocować rygielek korzenia i wypuścić przed siebie badawczą wić.
Ojciec stanął i rozprostował obolały grzbiet.
– Starczy już – oświadczył, choć zwykle był perfekcjonistą.
Ja jednak nie chciałem jeszcze kończyć i kiedy on wszedł do domu, żeby zadzwonić do mojej matki, która pojechała do biura po jakieś dokumenty, dalej podważałem ukryte korzonki. Ojciec nie wrócił na dwór i pomyślałam, że pewnie uciął sobie drzemkę, co mu się ostatnimi czasy zdarzało. Można by pomyśleć, że teraz już dam sobie spokój – miałem przecież trzynaście lat i ciekawsze zajęcia – ale przeciwnie: z upływem popołudnia, gdy w całym rezerwacie robiło się cicho i spokojnie, nabierałem coraz większego przekonania, że muszę się pozbyć wszystkich agresorów aż po koniuszki ostatnich korzonków, gdzie skupiała się cała ich żywotność. Wydawało mi się ważne, by starannie wykonać to zadanie, choć tyle innych prac domowych robiłem po łebkach. Do tej pory dziwię się głębi tego swojego skupienia. Wsuwałem wyrwichwast jak najbliżej cienkich niczym gałązki pędów. Każda samosiejka wymagała specjalnej, indywidualnej strategii. Przy wyciąganiu upartych, nienaruszonych korzeni z ich kryjówek prawie nie dało się uniknąć łamania łodyżek.
Wreszcie dałem sobie spokój, wszedłem do domu i zakradłem się do gabinetu ojca. Wyciągnąłem z półki kodeks, który tata nazywał Biblią: Podręcznik federalnego prawa indiańskiego Cohena. Ojciec dostał go od swojego ojca: rdzawoczerwona oprawa była podrapana, długi grzbiet dawno popękał, a wszystkie marginesy pokryte były notatkami. Usiłowałem oswoić się ze staromodnym językiem i niekończącymi się przypisami. Na stronie trzydziestej ósmej albo tata, albo dziadek oznaczył opis jakiejś sprawy wykrzyknikiem – naturalnie ja także się zaciekawiłem: chodziło o Stany Zjednoczoneprzeciwko Czterdziestu Trzem Galonom Whisky. Przypuszczalnie któremuś z nich ten tytuł wydał się bardzo zabawny, tak jak i mnie. Niemniej chodziło mi o prześledzenie idei – zapoczątkowanej w innych sprawach i tu umocnionej – że traktaty, które podpisywaliśmy z rządem, były jak traktaty między niezależnymi krajami. Że wielkość i siła, o której opowiadał mój mooshum, nie zostały jeszcze ze szczętem utracone, ponieważ – przynajmniej w pewnym stopniu, który zamierzałem zbadać – wciąż chroniło je prawo.
Czytałem w kuchni, popijając chłodną wodę ze szklanki, gdy ojciec wybudził się z drzemki i wszedł do środka, zdezorientowany i ziewający. Podręcznik Cohena, mimo swojego znaczenia, nie był ciężkim tomem, więc kiedy zjawił się ojciec, zsunąłem go szybko pod stół, na uda. Ojciec oblizał wyschnięte wargi i rozejrzał się – może brakowało mu zapachów gotowania, dzwonienia naczyń i szklanek albo odgłosu kroków. Zaskoczyło mnie to, co powiedział, choć z pozoru jego słowa wydawały się nieważkie:
– A gdzie matka?
Głos miał zachrypnięty i przesuszony. Zsunąłem książkę na drugie krzesło, wstałem i podałem mu swoją wodę. Wypił łapczywie. Nie powtórzył już pytania, ale obydwaj wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem w sposób, który wydał mi się jakoś dziwnie dorosły, tak jakby ojciec wiedział, że czytając jego książkę o prawie, wtargnąłem do jego świata. Wwiercał się we mnie wzrokiem, aż wreszcie spuściłem oczy. Tak naprawdę dopiero co skończyłem trzynaście lat. Jeszcze dwa tygodnie temu miałbym dwanaście.
– W pracy…? – rzuciłem, aby przełamać to jego spojrzenie.
Myślałem, że wie, gdzie się podziewa matka, że powiedziała mu, kiedy do niej telefonował. Wiedziałem też, że tak naprawdę wcale nie ma jej teraz w biurze. Ktoś do niej wcześniej dzwonił i dała mi znać, że musi tam skoczyć po jakieś dokumenty. Była specjalistką od podań o przyjęcie do plemienia, kierowniczką jednoosobowego wydziału i pewnie zasiedziała się nad jakimś nadesłanym podaniem. Ale tego dnia była niedziela – stąd zresztą owa cisza dokoła. Ów niedzielnopopołudniowy spokój. I nawet gdyby mama zajrzała potem do swojej siostry Clemence, wróciłaby już, żeby zabrać się do szykowania kolacji. Obydwaj o tym wiedzieliśmy. Kobiety nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo mężczyźni polegają na regularności ich nawyków. Wchłaniamy ich obyczaje w swoje ciała, nasze kości przesiąkają ich rytmami. Nasz puls dostraja się do ich pulsu, toteż jak zwykle w weekendowe popołudnie czekaliśmy na matkę, bez której sekundy wieczoru nie mogły zacząć upływać.
Tak więc, rozumiecie, pod jej nieobecność czas stanął.
– I co teraz? – odezwaliśmy się równocześnie, co ponownie wytrąciło nas z równowagi. Ale przynajmniej ojciec, widząc, że się denerwuję, przejął dowodzenie.
– Chodź, znajdziemy ją – oświadczył.
A ja, już narzucając na siebie kurtkę, ucieszyłem się, że powiedział to tak konkretnie: znajdziemy ją. Nie: rozejrzymy się za nią, poszukamy jej. Tylko pójdziemy i ją znajdziemy.
– Złapała gumę – zawyrokował ojciec. – Na pewno podwiozła kogoś do domu i złapała gumę. Te cholerne drogi… Skoczymy do wujka, pożyczymy od niego auto i pojedziemy ją znaleźć.
Znowu: znaleźć ją. Ruszyłem obok niego. Był szybki i – gdy się rozkręcił – nadal potężny.
Ojciec był najpierw prawnikiem, a potem sędzią, i późno się ożenił. Dla matki także byłem niespodzianką. Mój stary mooshum nazywał mnie więc „Ups” – takie wymyślił dla mnie przezwisko, które niestety przypadło rodzinie do gustu. Po dziś dzień zdarza się, że mnie tak nazywają. Zeszliśmy ze wzgórza do domu cioci i wujka – był to bladozielony budynek kupiony od Departamentu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast, który z kolei przejął go od kogoś, kto zbankrutował. Osłaniały go topole bawełniste, a sznytu dodawały mu trzy niewielkie świerki srebrne. Mieszkał tam również mooshum błądzący w ponadczasowej mgle. Wszyscy szczyciliśmy się jego niezwykłą długowiecznością. Był już bardzo stary i chudy, sama skóra i kości, a mimo to wciąż aktywnie działał w obejściu. Codziennie po zakończeniu prac na dworze kładł się odpocząć na polówce pod oknem i drzemał lekko, czasami wydając z siebie jakby suche parskanie, które zapewne miało być śmiechem.
Gdy ojciec powiedział Clemence i Edwardowi, że matka złapała gumę i że potrzebujemy skorzystać z ich samochodu – a zrobił to takim tonem, jakby owa domniemana guma była faktem – prawie się roześmiałem. Sprawiał wrażenie, jakby sam sobie wmówił, że jego domysł to prawda.
Wycofaliśmy wujowego Chevroleta ze żwirowego podjazdu i ruszyliśmy do biura plemiennego. Objechaliśmy cały parking. Pusto. W oknach budynku ciemno. Wyjeżdżając z powrotem na drogę, skręciliśmy w prawo.
– Założę się, że pojechała do Hoopdance – stwierdził ojciec. – Po coś na kolację. Wiesz, Joe, może chciała nam zrobić niespodziankę.
Co prawda jako drugi w rodzinie nazywam się Antone Bazil Coutts, ale rzuciłbym się z pięściami na każdego, kto dodałby mi do imienia słowo Junior. Albo numer drugi. Albo zwróciłby się do mnie per Bazil. Kiedy miałem sześć lat, postanowiłem, że nazywam się Joe. Dopiero jako ośmiolatek zdałem sobie sprawę, że obrałem sobie imię po moim pradziadku Josephie, którego znałem przede wszystkim jako autora marginaliów w książkach o bursztynowych kartkach i wyschniętych skórzanych oprawach – zostawił nam w spadku kilka półek takich zabytków. Miałem żal, że nie noszę jakiegoś zupełnie nowego imienia, mogącego mnie wyróżnić na tle nudnego rodu Couttsów – odpowiedzialnych, zacnych, bywało, że heroicznych mężczyzn, którzy pili bez wszczynania awantur, od czasu do czasu wypalali cygaro, jeździli rozsądnymi samochodami, a siły charakteru dowodzili wyłącznie tym, że na żony wybierali mądrzejsze od siebie kobiety. Ja jednak uważałem, że jestem inny, choć nie wiedziałem jeszcze, w jakim sensie. I rzeczywiście, nawet w tamtym momencie – gdy usiłowałem stłumić niepokój w trakcie poszukiwań matki, która poszła po zakupy (bo przecież o to chodziło, na pewno, miała po prostu jakiś drobiazg do załatwienia) – zdawałem sobie sprawę, że dzieje się coś nietypowego. Zaginiona matka. Takie rzeczy nie zdarzały się synom sędziów, nawet tym mieszkającym w rezerwatach. W jakiś nieokreślony sposób miałem wręcz nadzieję, że coś się wydarzy.
Byłem jednak chłopakiem, który niedzielne popołudnia spędzał na usuwaniu samosiejek z fundamentów rodzicielskiego domu. I powinienem był pogodzić się z nieuniknioną prawdą, że koniec końców wyrosnę właśnie na ten typ człowieka – a mimo to nadal z tym walczyłem. Lecz kiedy mówię, że chciałem, aby coś się wydarzyło, nie miałem na myśli nic złego, po prostu coś. Coś niecodziennego. Jakąś atrakcję. Wygraną w bingo, choć niedziela nie była dniem bingo, a udział w tej grze był zupełnie nie w stylu mojej matki. Ale o to mi właśnie chodziło – o coś nietypowego. Nic więcej.
W połowie drogi do Hoopdance zdałem sobie sprawę, że przecież sklep spożywczy jest w niedzielę zamknięty.
– No oczywiście! – Ojciec wysunął brodę do przodu, zacisnął dłonie na kierownicy.
Był obdarzony profilem, który na plakacie filmowym miałby wygląd indiański, a na monecie – rzymski. Ciężki nos i szczęka zdradzały pewien klasyczny stoicyzm. Ojciec jechał dalej do miasta, bo – jak powiedział – może mama też zapomniała, że jest niedziela.
I w tym momencie się z nią minęliśmy. Tam! Śmignęła drugim pasem, czymś zaprzątnięta. Jechała z niedozwoloną prędkością, spieszyło jej się do nas, do domu. A my byliśmy tutaj! Roześmialiśmy się na widok jej zaciętej miny, po czym zawróciliśmy i ruszyliśmy za nią, wdychając wzbijany przez nią kurz.
– Wściekła się – roześmiał się ojciec z wielką ulgą. – A nie mówiłem? Zapomniała. Pojechała do sklepu, ale wypadło jej z głowy, że dziś zamknięte. I teraz się wścieka, że zmarnowała benzynę. Ech, Geraldine!
W jego głosie, gdy wypowiadał te dwa słowa, brzmiały rozbawienie, uwielbienie i zdumienie. Ech, Geraldine! Dwa słówka, a od razu się wiedziało, że kocha moją matkę. I wtedy, i na zawsze. Nigdy nie przestał jej być wdzięczny za to, że za niego wyszła i zaraz potem dała syna, kiedy on już myślał, że na nim jego ród się skończy.
Ech, Geraldine.
Pokręcił głową z uśmiechem i jechaliśmy dalej, i wszystko było w porządku, a nawet lepiej niż w porządku. Teraz już mogliśmy przyznać, że ta nietypowa nieobecność matki obu nas zaniepokoiła. Niespodziewanie zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak droga nam była ta nasza drobna, uświęcona rutyna. Choć chciałem widzieć w sobie człowieka dziczy, tak naprawdę bardzo ceniłem takie codziennie przyjemności.
– Teraz niech ona z kolei się pomartwi – powiedział ojciec. – Tak troszkę, tylko po to, żeby sama zobaczyła, jakie to uczucie.
Nie spieszyliśmy się więc z odstawieniem samochodu do cioci Clemence i ze spacerem na wzgórze. Przewidywaliśmy naburmuszone pytanie matki: Gdzie wyście się podziewali? Już sobie wyobrażałem jej pięści zaparte knykciami o biodra. I jej uśmiech wymykający się spod grymasu irytacji. Mama ubawi się, kiedy wszystko jej opowiemy.
Podeszliśmy piaszczystym podjazdem. Rósł wzdłuż niego równiutki rządek bratków, które mama wyhodowała w papierowych kartonikach po mleku. Wysadziła je do ziemi przed czasem – to były jedyne kwiaty znoszące mróz. Kiedy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy, że wciąż siedzi w samochodzie. Za kierownicą, przed pustym prostokątem wjazdu do garażu. Ojciec puścił się biegiem. Ja też dostrzegłem to coś w jej sylwetce – coś nieruchomego, sztywnego, niewłaściwego. Ojciec dotarł do samochodu i otworzył drzwi od strony kierowcy. Dłonie matki zaciskały się na kierownicy, a ona dalej wpatrywała się ślepo przed siebie, jak wtedy, kiedy minęliśmy ją na drodze do Hoopdance. Zauważyliśmy wówczas to jej napięte spojrzenie i śmialiśmy się z niego. Wścieka się, że zmarnowała benzynę!
Deptałem ojcu po piętach. On, nawet w takim momencie uważając, aby nie nastąpić na ząbkowane listki i pąki bratków, położył ręce na dłoniach matki i ostrożnie oderwał jej palce od kierownicy. Wziął ją pod łokcie, wyciągnął z auta i podtrzymał, gdy przeniosła ciężar ciała w jego stronę, wciąż zgięta w kształt samochodowego fotela. Opadła na ojca bezwładnie, patrząc gdzieś poza mnie. Przód sukienki miała w wymiocinach, jej spódnica i szare obicie siedzenia w aucie były przesiąknięte ciemną krwią.
– Biegnij do Clemence – rzucił ojciec. – Biegnij i powiedz, że jadę z matką na ostry dyżur do Hoopdance. Poproś, żeby tam za nami pojechali.
Jedną ręką otworzył tylne drzwi samochodu, a potem jak w jakimś strasznym tańcu manewrował mamą tak, żeby usiadła na brzegu siedzenia, bardzo wolno ułożył ją na plecach i pomógł przekręcić się na bok. Mama milczała, ale teraz przynajmniej zwilżyła popękane, krwawiące wargi czubkiem języka. Zobaczyłem, że zamrugała, zmarszczyła lekko brwi. Twarz zaczynała jej puchnąć. Obszedłem auto i też wsiadłem z tyłu od drugiej strony. Uniosłem matce głowę i ułożyłem ją na swoim udzie. Tkwiłem tak z jedną ręką na jej ramieniu. Wibrowała od miarowych dreszczy, jakby ktoś wcisnął w niej jakiś guzik. Biła od niej mocna woń – wymiociny i coś jeszcze, jakby benzyna albo nafta.
– Podrzucę cię do nich – powiedział do mnie ojciec, wycofując samochód tak szybko, że opony zapiszczały.
– Nie, ja też jadę – odparłem. – Muszę ją trzymać. Zadzwonimy do cioci ze szpitala.
Prawie nigdy nie przeciwstawiałem się ojcu ani słowem, ani czynem. Teraz żaden z nas nawet nie zwrócił na to uwagi. Przecież już wcześniej wymieniliśmy to spojrzenie, takie dziwne, jakby między dorosłymi mężczyznami. I zupełnie nie byłem na to gotowy – ale to nie miało znaczenia. Mocno trzymałem matkę, siedząc z nią na tylnym siedzeniu. Miałem na sobie jej krew. Sięgnąłem na półkę pod tylną szybą i ściągnąłem stary kraciasty koc, który tam trzymaliśmy. Mama tak się trzęsła, że bałem się, czy się nie rozpadnie.
– Tato, szybciej.
– Dobra.
I polecieliśmy. Ojciec jechał ponad dziewięćdziesiąt mil na godzinę. Po prostu lecieliśmy.
Ojciec miał głos, który potrafił zagrzmieć. Podobno była to umiejętność nabyta, nie taka, którą posiadał od małego; musiał ją wypracować na sali rozpraw. I teraz właśnie zagrzmiał tym głosem tak, że słychać go było na cały podjazd ostrego dyżuru. Pielęgniarze przełożyli matkę na nosze, a on kazał mi zadzwonić do Clemence. Potem miałem czekać. Teraz, gdy powietrze napełniło się jego gniewem, czystym i skrzącym, poczułem się lepiej. Bez względu na to, co się stało, da się to naprawić. Dzięki tej jego furii. Która zdarzała się rzadko i przynosiła skutki. Kiedy wieźli matkę na oddział, trzymał ją za rękę. Drzwi się za nimi zamknęły.
Usiadłem na pomarańczowym krześle z formowanego plastiku. Jakaś chuda kobieta w ciąży, która przed chwilą minęła otwarte drzwi naszego samochodu i zerknęła na matkę, obejmując wszystko wzrokiem, zarejestrowała się w okienku i klapnęła ciężko obok milczącej staruszki, naprzeciwko mnie. Sięgnęła po stary numer magazynu „People”.
– A wy, Indianie, nie macie tam własnego szpitala? – zapytała. – Budowaliście chyba nowy, nie?
– Tak, tylko że ostrego dyżuru jeszcze nie skończyli – odparłem.
– No ale jednak – rzuciła.
– No ale jednak co? – Specjalnie powiedziałem to szorstkim, sarkastycznym tonem. Nigdy nie byłem jak wielu indiańskich chłopaków, którzy w gniewie spuszczają oczy i milkną. Nie tego mnie matka uczyła.
Ciężarna ściągnęła wargi i wlepiła wzrok w swoje czasopismo. Staruszka zajęta była dzierganiem kciuka mitenki. Ruszyłem do telefonu na monety, ale nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy. Podszedłem więc do stanowiska pielęgniarki i zapytałem, czy mógłbym skorzystać z jej aparatu. Pozwoliła mi, bo znajdowaliśmy się na tyle blisko rezerwatu, żeby połączenie było lokalne. Ale nikt nie odebrał. Domyśliłem się, że ciotka pojechała z wujkiem Edwardem na adorację Najświętszego Sakramentu, bo dzięki temu mieli pretekst, żeby wyjść w niedzielę wieczorem z domu. Wujek mówił, że kiedy Clemence adorowała, on zastanawiał się, jak to możliwe, że ludzkość wyewoluowała od małp tylko po to, żeby teraz siedzieć i gapić się na okrągły biały wafelek. Był nauczycielem nauk ścisłych.
Na powrót usiadłem w poczekalni, jak najdalej od tamtej kobiety w ciąży, ale pomieszczenie było małe, więc niewiele to znaczyło. Ona dalej kartkowała swoje czasopismo. Na okładce była Cher. Dojrzałem napis obok jej szczęki: „Dzięki niej Wpływ księżyca to hit, ma 23-letniego chłopaka i taka twarda z niej sztuka, że nie waha się powiedzieć: »Zadrzyj ze mną, a zakatrupię«”. Tylko że Cher wcale nie wydawała mi się twarda. Wyglądała raczej jak zdziwiona plastikowa lalka. Koścista z brzuchem wyjrzała zza niej i zagadnęła dziergającą staruszkę:
– Tamta biedaczka pewnie poroniła. Albo może – tu jej głos przybrał skryty ton – ktoś ją zgwałcił.
Popatrzyła na mnie, unosząc wargę znad króliczych zębów, i lekko zakołysała żółtymi włosami w strąkach. Ja też spojrzałem prosto w jej orzechowe, pozbawione rzęs oczy. A potem mimowolnie zrobiłem coś dziwnego. Podszedłem i wyjąłem pisemko z jej rąk. Nadal nie odwracając od niej wzroku, oderwałem okładkę i rzuciłem resztę magazynu na podłogę. Znowu przedarłem papier, rozdzielając identyczne brwi Cher. Dziergająca staruszka zacisnęła wargi, przeliczając oczka mitenki. Oddałem okładkę ciężarnej, która przyjęła ode mnie kawałki. I nagle zrobiło mi się przykro ze względu na Cher. Bo czym ona mi zawiniła? Odwróciłem się i wyszedłem z poczekalni.
Stanąłem na zewnątrz. Słyszałem głos tej kobiety, podniesiony i triumfujący, kiedy skarżyła się pielęgniarce. Słońce prawie już zaszło. Oziębiło się, a do mnie razem z mrokiem skrycie podkradł się chłód. Zacząłem podskakiwać i machać ramionami. Wszystko jedno – postanowiłem sobie, że nie wrócę do środka, póki ta baba sobie nie pójdzie albo póki nie przyjdzie ojciec i nie powie, że z matką wszystko w porządku. Nie mogłem zapomnieć o tym, co powiedziała tamta. Te dwa słowa bodły mnie w myślach – zresztą dokładnie o to jej chodziło. Poronienie. Nie do końca rozumiałem to pojęcie, wiedziałem tylko, że chodzi o coś z dziećmi. I zdawałem sobie sprawę, że to niemożliwe. Matka mówiła mi – już sześć lat wcześniej, gdy zamęczałem ją o brata – że po moich narodzinach lekarz dopilnował, aby już nigdy nie zaszła w ciążę. To się zwyczajnie nie mogło wydarzyć. Pozostawało więc to drugie słowo.
Po pewnym czasie zobaczyłem, jak pielęgniarka zabiera tamtą kobietę w ciąży za drzwi oddziału ratunkowego. Miałem nadzieję, że nie położą jej w pobliżu mojej matki. Wróciłem do środka i znowu zadzwoniłem do ciotki, która powiedziała, że zostawi Edwarda, aby się zajął mooshumem, i już jedzie. Zapytała, co się dzieje, co się wydarzyło.
– Mamie leci krew – odparłem. Krtań mi się zacisnęła i nie byłem w stanie wydobyć z siebie nic więcej.
– Jest ranna? Miała jakiś wypadek?
Zdołałem wydusić, że nie wiem, i Clemence się rozłączyła. Przyszła pielęgniarka o nieprzeniknionej twarzy i powiedziała, że matka prosi, bym przyszedł. Wręcz – jak to ujęła – upiera się. Pielęgniarka tego nie pochwalała. Chętnie rzuciłbym się biegiem, ale ruszyłem w ślad za nią jasno oświetlonym korytarzem aż do jakiegoś pomieszczenia bez okien, pełnego metalowych szafek o frontach z zielonego szkła. Panował tam półmrok. Matka miała na sobie cienką szpitalną koszulę. Nogi otulono jej prześcieradłem. Nie było widać żadnej krwi, nigdzie. Ojciec stał u wezgłowia łóżka z ręką na metalowej poręczy zagłówka. Z początku nawet na niego nie spojrzałem, patrzyłem tylko na nią. Moja matka była piękną kobietą – od zawsze zdawałem sobie z tego sprawę. Uznawano to za oczywisty fakt i w rodzinie, i pośród obcych. Obie, ona i Clemence, miały karnację koloru kawy ze śmietanką i lśniące, pysznie czarne loki. Nawet po urodzeniu dzieci zachowały szczupłą figurę. Były opanowane i bezpośrednie, o zdecydowanych oczach i ustach gwiazd ekranu. Ale gdy coś je rozśmieszyło, zapominały o wszelkim poczuciu godności i zaczynały prychać, parskać, bekać, sapać, nawet puszczać bąki, co wprawiało je w jeszcze większą wesołość. Zwykle to jedna z nich rozśmieszała drugą, ale czasami także mój ojciec potrafił rozbawić je obie do rozpuku. I nawet wtedy wciąż były piękne.
Teraz ujrzałem matkę z twarzą opuchniętą, pokrytą obrzękami, zniekształconą w coś brzydkiego. Spoglądała na mnie przez szczeliny między nabrzmiałymi powiekami.
– Co się stało? – zapytałem jak głupi.
Nie odpowiedziała. Z kącików oczu sączyły jej się łzy. Osuszyła je pięścią owiniętą w gazę.
– Nic mi nie jest, Joe. Sam popatrz. Widzisz?
I popatrzyłem. Ale to nieprawda, że nic jej nie było. Miała zadrapania i wyglądała tak okropnie nieforemnie. Jej cera utraciła zwykły ciepły koloryt. Wydawała się szara jak popiół. Wargi były poprzecinane szwami zaschniętej krwi. Weszła ta sama pielęgniarka i podniosła łóżko przy pomocy korbki. Okryła matkę jeszcze jednym kocem. Zwiesiłem głowę i nachyliłem się ku mamie. Próbowałem pogłaskać jej opatrzony nadgarstek i zimne, suche koniuszki palców. Ale ona wyrwała mi z krzykiem rękę, jakbym sprawił jej ból. Zesztywniała i zamknęła oczy. To mnie zdruzgotało. Podniosłem wzrok na ojca, który pokazał gestem, żebym do niego podszedł. Otoczył mnie ramieniem i wyprowadził z pokoju.
– To nieprawda, że nic jej nie jest – powiedziałem.
Ojciec spojrzał na zegarek, a potem znowu na mnie. Na jego twarzy malowała się buzująca wściekłość człowieka, który nie nadąża z myślami.
– To nieprawda, że nic jej nie jest. – Powtórzyłem to tak, jakbym pilnie wyjawiał mu jakąś prawdę. I przez moment wydawało mi się, że ojciec pęknie. Widziałem, jak coś w nim narasta, ale zdołał nad tym zapanować, odetchnął głęboko i się pozbierał.
– Joe. – Znowu zaczął się dziwnie wpatrywać w swój zegarek. – Joe – powtórzył. – Twoją mamę napadnięto.
Staliśmy na korytarzu pod niejednorodnymi, mruczącymi świetlówkami. W odpowiedzi rzuciłem pierwsze, co mi przyszło do głowy:
– Przez kogo?
To absurdalne, ale obydwaj zdaliśmy sobie sprawę z tego, że w normalnych okolicznościach ojciec poprawiłby mój błąd gramatyczny. Nawet spojrzeliśmy po sobie, lecz nic nie powiedział.
Ojciec miał głowę, kark i bary rosłego, mocarnego mężczyzny, za to pod każdym innym względem wyglądał zupełnie przeciętnie. Wręcz trochę niezgrabnie i miękko. W sumie to całkiem niezła sylwetka dla sędziego. Bo kiedy zasiadał za stołem sędziowskim, zdawał się dominować, ale kiedy rozmawiał z kimś w swojej kancelarii (szumna nazwa dla pomieszczenia wielkości schowka na miotły), wyglądał niegroźnie i ludzie mu ufali. Jego głos potrafił nie tylko grzmieć, ale zdolny był także do wszelkich niuansów i zdarzało się nawet, że brzmiał bardzo łagodnie. Właśnie ta jego łagodność mnie teraz przeraziła, ta miękkość. Powiedział prawie szeptem:
– Joe, ona nie wie, kto to był.
– Ale my go i tak znajdziemy? – zapytałem takim samym przyciszonym tonem.
– My go i tak znajdziemy – potwierdził.
– I co wtedy?
Ojciec w niedzielę nigdy się nie golił i na jego twarzy widać było teraz kilka maleńkich włosków siwej szczeciny. Tamto coś znowu zaczęło w nim narastać, już prawie szykowało się do wybuchu. Ale nie wybuchło. Ojciec położył mi dłonie na ramionach i ponownie przemówił tym samym cienkim, miękkim głosem, który tak mnie przestraszył.
– W tej chwili nie jestem w stanie wybiec myślami tak daleko.
Ująłem go za ręce i popatrzyłem mu w oczy. Oczy brązowe, zdecydowane. Chciałem usłyszeć, że ten, kto napadł na moją matkę, zostanie odnaleziony, ukarany i zabity. I ojciec to widział. Jego palce wpiły się w moje ramiona.
– Dorwiemy go – powiedziałem szybko. Ale czułem przy tym lęk, kręciło mi się w głowie.
– Tak. – Ojciec cofnął ręce. – Tak – powtórzył. Postukał palcem w zegarek, przygryzł wargę. – Ale teraz przydałaby się wreszcie policja. Muszą spisać zeznania. Powinni już tu być.
Odwróciliśmy się, żeby wrócić do matki.
– Tylko która policja? – zapytałem.
– No właśnie – odparł.
Pielęgniarka nie chciała nas jeszcze wpuścić do pokoju. Czekaliśmy więc na korytarzu i to wtedy zjawili się funkcjonariusze; weszli głównymi drzwiami oddziału i stanęli cicho obok nas. Było ich trzech: jeden z policji stanowej, jeden miejscowy z Hoopdance, a trzecim był Vince Madwesin z policji plemiennej. Ojciec nalegał, aby wszyscy z osobna spisali zeznania matki, bo nie było jasności, gdzie dokładnie doszło do przestępstwa – na ziemi stanowej czy plemiennej – ani kto je popełnił – Indianin czy nie-Indianin. Z góry wiedziałem, w taki podstawowy sposób, że wszystkie pytania będą się kręciły wokół faktów. Ale wiedziałem też, że faktów nie zmienią. W nieunikniony sposób zmienią za to drogę, jaką będziemy dochodzić sprawiedliwości. Ojciec, zanim podszedł do policjantów, przelotnie położył mi rękę na ramieniu. Stałem oparty o ścianę. Tamci wszyscy byli trochę wyżsi od niego, ale go znali, więc nachylali się blisko, żeby go posłuchać. Robili to z uwagą, nie odrywając oczu od jego twarzy. Ojciec od czasu do czasu spuszczał wzrok na podłogę i zakładał ręce za plecy. Potem spoglądał kolejno na wszystkich trzech – i znowu wbijał spojrzenie pod nogi.
Funkcjonariusze jeden po drugim wchodzili do pokoju z notesami i długopisami i wracali po około kwadransie. Na ich twarzach nie malował się żaden wyraz. Podawali ojcu rękę i szybko odchodzili.
Tego dnia na dyżurze był młody lekarz nazwiskiem Egge. To właśnie on przebadał matkę. Ojciec i ja już mieliśmy znowu do niej wejść, gdy zobaczyliśmy, że nadchodzi.
– Proponowałbym, żeby chłopiec nie… – zaczął.
Uznałem za śmieszne, że jego wysklepiona, łysiejąca, błyszcząca głowa tak bardzo przypomina jajo, zupełnie jak jego nazwisko: Egge. Owalna twarz i okulary o małych szkłach w czarnych, okrągłych oprawkach wydały mi się znajome i uświadomiłem sobie, że właśnie takie buźki mama rysowała kiedyś na gotowanych jajkach, żeby zachęcić mnie do jedzenia.
– Żona nalegała, żeby zobaczyć się z Joem – powiedział ojciec. – Bardzo jej zależy, aby zobaczył, że nic jej nie jest.
Doktor Egge milczał, ale rzucił mu surowe, przeszywające spojrzenie. Ojciec odsunął się od niego i poprosił mnie, żebym poszedł do poczekalni sprawdzić, czy Clemence już przyjechała.
– Ale ja chciałbym jeszcze raz zobaczyć się z mamą – zaprotestowałem.
– Przyjdę po ciebie – obiecał ponaglająco ojciec. – No idź już.
Doktor Egge zaczął wpatrywać się w niego z jeszcze większym natężeniem. Odwróciłem się od nich, choć bardzo niechętnie. Ruszyli w przeciwnym kierunku, rozmawiając przyciszonymi głosami. Nie chciałem odchodzić, więc zanim skierowałem się do poczekalni, obejrzałem się i powiodłem za nimi wzrokiem. Zatrzymali się pod drzwiami pokoju matki. Doktor Egge skończył mówić i dźgnął palcem okulary, żeby podsunąć je na nosie. Ojciec podszedł do ściany, jakby chciał przez nią przejść. Przycisnął do niej czoło i dłonie i stał tak, zaciskając powieki.
Doktor Egge odwrócił się i zauważył, że tkwię jak wrośnięty przy drzwiach korytarza. Pokazał palcem w stronę poczekalni. Emocje mojego ojca – sugerował ten gest – to coś, na oglądanie czego jestem jeszcze za młody. Ja jednak od kilku godzin nabierałem coraz większej odporności na siłę autorytetu. Zamiast uprzejmie się ulotnić, podbiegłem z powrotem i odepchnąłem doktora Egge na bok. Zarzuciłem ręce na miękki tułów ojca, wtuliłem się w niego pod kurtką i przywarłem doń mocno w milczeniu, oddychając razem z nim, ze szlochem nabierając wielkie hausty powietrza.
Po latach, gdy już skończyłem studia prawnicze, wróciłem i przejrzałem całą dokumentację, do której zdołałem dotrzeć, w tym wszystkie zeznania, gdy na nowo przeżyłem każdą chwilę tamtego popołudnia i dni, które nastąpiły potem, zrozumiałem, że to właśnie wtedy ojciec dowiedział się od doktora Egge, jak poważne były obrażenia matki. Jednak w tamtej chwili – gdy już Clemence oderwała mnie od ojca i wyprowadziła z korytarza – wiedziałem tylko tyle, że podłoga pnie się pod górę jak strome zbocze. Wyszedłem do poczekalni i pozwoliłem cioci rozmówić się z ojcem. Po jakiejś pół godzinie wróciła i poinformowała mnie, że matka jedzie na operację. Wzięła mnie za rękę. Siedzieliśmy we dwoje, gapiąc się na obraz przedstawiający pionierkę siedzącą na nasłonecznionym wzgórzu, z leżącym obok niemowlęciem skrytym w cieniu czarnej parasolki. Zgodziliśmy się, że ten obraz nigdy w zasadzie nam się nie podobał, a teraz to już będziemy go aktywnie nienawidzić, choć przecież niczym nam nie zawinił.
– Powinnam zabrać cię już do domu. Prześpisz się w pokoju Josepha – powiedziała Clemence. – Jutro możesz iść do szkoły od nas. A ja tu wrócę i poczekam.
Byłem zmęczony i głowa mi pękała, ale spojrzałem na ciocię jak na wariatkę. No bo była wariatką, jeśli myślała, że pójdę jutro do szkoły. Nic już nie będzie jak zawsze. Ten stromy korytarz doprowadził mnie tutaj – do poczekalni – więc zamierzałem w niej czekać.
– W takim razie przynajmniej się prześpij – zaproponowała Clemence. – Sen dobrze ci zrobi. Czas zleci i przynajmniej nie będziesz musiał się gapić na ten cholerny obraz.
– Czy to był gwałt? – spytałem nagle.
– Tak – odparła.
– Ale to nie wszystko – domyśliłem się.
W mojej rodzinie nie chodzi się opłotkami. A ciocia, choć katoliczka, nie była z tych cackających się. Gdy znowu się odezwała, mówiła szybko i chłodno.
– Gwałt to wymuszony seks. Mężczyzna jest w stanie zmusić do tego kobietę. I właśnie to się wydarzyło.
Pokiwałem głową. Chciałem jednak wiedzieć coś innego.
– Czy ona od tego umrze?
– Nie – odparła natychmiast Clemence. – Nie umrze. Ale czasami… – przygryzła wargi od środka, tak że ułożyły się w grymas, i zmrużyła oczy, patrząc na tamten obraz – …to bardziej skomplikowane – odezwała się wreszcie. – Widziałeś, że ma obrażenia, prawda? Poważne obrażenia? – Tu Clemence dotknęła swojego policzka, upudrowanego i słodko uróżowanego przed wyjściem do kościoła.
– Tak, widziałem.
Obojgu nam napłynęły do oczu łzy; odwróciliśmy od siebie wzrok i wbiliśmy go w torebkę Clemence. Ciocia zaczęła w niej szperać w poszukiwaniu chusteczek. Gdy je wyciągnęła, pozwoliliśmy sobie na chwilę płaczu. Sprawił nam ulgę. Potem tymi samymi chusteczkami wytarliśmy twarze i Clemence mówiła dalej:
– Czasami odbywa się to bardziej brutalnie niż kiedy indziej.
Brutalny gwałt, pomyślałem.
Wiedziałem, że te słowa ze sobą współgrają. Pewnie z jakiejś sprawy sądowej, o której czytałem w książkach ojca, z artykułu w gazecie albo z ukochanych tanich thrillerów, które wujek Whitey trzymał na własnoręcznie zrobionym regale.
– Benzyna – powiedziałem. – Czułem jej zapach. Dlaczego od mamy czuć było benzyną? Była u Whiteya?
Clemence wlepiła we mnie spojrzenie. Chusteczka zastygła przy jej nosie, a skóra przybrała odcień starego śniegu. Potem ciocia schyliła się gwałtownie, wsuwając głowę między kolana.
– Nic mi nie jest – powiedziała przez chusteczkę. Jej głos brzmiał normalnie, wydawał się wręcz zdystansowany. – Spokojnie, Joe. Bałam się, że zemdleję, ale nie.
Pozbierała się i usiadła prosto. Poklepała mnie po ręce. Już nie drążyłem tego z benzyną.
Przysnąłem na ławce i ktoś mnie nakrył szpitalnym kocem. Spociłem się przez sen, a kiedy się ocknąłem, policzek i ramię przywarły mi do plastiku. Podparłem się na łokciu i moja skóra odkleiła się nieprzyjemnie od ławki.
Doktor Egge stał po drugiej stronie poczekalni i rozmawiał z Clemence. Od razu się zorientowałem, że jest lepiej – że matka ma się lepiej, że na czymkolwiek polegała ta operacja, teraz jest lepiej, i nawet jeśli sytuacja była bardzo zła, to przynajmniej na razie się nie pogarszała. Tak więc położyłem głowę z powrotem na lepkim zielonym plastiku, który teraz wydawał mi się przyjemny, i znowu zasnąłem.
Samotny pośród nas
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
Kontakt:
Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:
Nick Cave
Gdy oślica ujrzała anioła
w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego
Sebastian Barry
Tysiąc księżyców
w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika
Sebastian Barry
Po stronie Kanaanu
w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk
Sebastian Barry
Czas starego Boga
w tłumaczeniu Agi Zano
Sebastian Barry
Tak daleko od domu
w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki
Anna Burns
Mleczarz
w tłumaczeniu Agi Zano
Maren Uthaug
11%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Louise Erdrich
Rzeka Czerwona
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
John Darnielle
Wilk w białej furgonetce
w tłumaczeniu Agi Zano
Sebastian Barry
Tymczasowy dżentelmen
w tłumaczeniu Agnieszki Walulik
Alexis Wright
Księga łabędzi
w tłumaczeniu Agi Zano
Mircea Cărtărescu
Solenoid
w tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas
Maren Uthaug
88%
w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz
Aleksandra Tarnowska
Niedźwiedź, syn niedźwiedzia
Tytuł oryginału: The Round House
Redaktor inicjujący: Michał Michalski
Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj, Agata Krajewska
Projekt okładki: Tomasz Madej
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Redakcja: Maria Wirchanowska
Korekta: Aleksandra Tarnowska, Hanna Trubicka
Copyright © Louise Erdrich, 2012
All rights reserved
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
© Copyright for the Polish translation by Agnieszka Walulik, 2026
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie pierwsze, Warszawa 2026
ISBN 978-83-68295-96-2
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
