Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Ingrid i Jan są małżeństwem z długim stażem. Mieszkają w pięknym domu w Oslo, mają dwóch dorosłych synów i poczucie stabilizacji, życiowej i zawodowej. Prowadzą spokojne życie, chociaż dla Ingrid zarówno życie rodzinne, jak i praca w szkole straciły swój blask, a Jan, po awansie w ministerstwie, jest przytłoczony nową, wymagającą więcej energii rolą zawodową. Synowie traktują dom jak hotel, a każdy z domowników wydaje się tu bardzo samotny. Żyją tak, pogrążeni w codziennej monotonii aż do czasu, kiedy Jan nawiązuje romans ze znacznie młodszą od siebie koleżanką z pracy…
„Nie, po prostu nie” to powieść o frustracji, zagubieniu i wypaleniu osobistym w dobie konsumpcjonizmu i ucieczki przed prozą życia, widzianych z perspektywy zarówno pokolenia dwudziesto-, trzydziesto-, jak i pięćdziesięciolatków. Nic już nie jest tak skandaliczne, by nie dało się tego obronić potrzebą wolności jednostki. Książkę tę przepełnia sarkastyczny humor, choć opowiada o utraconych marzeniach, poczuciu życiowego niespełnienia i zmęczeniu codziennością. Jak piszą norwescy recenzenci, Nina Lykke napisała bezlitosną satyrę na nasze życie, w której czytelnik odnajduje siebie do tego stopnia, że nie wie, czy się śmiać, czy płakać.
„Cudownie błyskotliwa powieść… ogólnie rzecz biorąc, ten dramat kryzysu wieku średniego to bardzo przyjemna lektura, a Nina Lykke jest bystrą,
bezlitosną obserwatorką.”
„Der Spiegel”
„To inteligentna satyra na nasze życie. Dobrobyt i zbyt duża ilość możliwości wyboru życiowych dróg sprawia, że czujemy się zagubieni i już sami nie wiemy, czego tak naprawdę nam potrzeba… ten przesyt chwyta nas za gardło i uciska trochę mocniej tam, gdzie boli… Lykke jest bezlitosna w opisach nowego narcyzmu, naszej samowystarczalnej egzystencji, w której ciągle pozujemy przed sobą nawzajem, czy to na Facebooku, czy w prawdziwym życiu.”
„Aftenposten”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 275
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału Nei og atter nei
Przekład Karolina Drozdowska
Redakcja Ewa Pawłowska
Korekta Marcin Grabski,Anna Gądek
Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski
NEI OG ATTER NEI
Copyright © Nina Lykke
First published by Forlaget Oktober AS, 2016
Published in agreement with Oslo Literary Agency and Book/Lab Literary Agency
All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Agnete Brun
This translation has been published
with the financial support of NORLA.
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-979656-4-5 (EPUB); 978-83-979656-4-5 (MOBI)
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dedykacja
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
Przypisy
Jest to niezadowolenie, które –moim zdaniem –wynika z wielkich oczekiwań.Pełne zatrudnienie, bezpieczeństwo socjalne i dynamicznie rosnący z roku na rok standard życia sprawiają,że wszyscy mamy doskonałe perspektywy na przyszłość,lecz budzą w nas jednocześnie zniecierpliwienie tym,że nie zmierzamy ku tej przyszłości szybciej,niż się to dzieje teraz.
Fragment wystąpienia szwedzkiego premiera
Tagego Erlandera przed Riksdagiem,
Sztokholm, styczeń 1956 roku
„Jaki jest sens wypruwać sobie żyły w szkole? Tylko po to, żeby mieć później pracę, dom i dzieci, i dalej wypruwać sobie żyły, aż do śmierci?” – zapytał Jonas, gdy miał trzynaście lat. „Czy nie lepiej zamieszkać w przyczepie kempingowej i żyć z zasiłku?” – dodał, a Ingrid nie zdołała wymyślić sensownej odpowiedzi. Bo właściwie czemu nie zamieszkać w przyczepie – pomyślała – czemu nie żyć z zasiłku, może lepiej się położyć i zwyczajnie poddać? Oto i geny, do głosu doszła drzemiąca w niej choroba, rezygnacja i bezwład, które zdołała zwalczyć, lecz które – o proszę! – ujawniły się właśnie u Jonasa, a wkrótce ujawnią się także u Martina, obaj będą przygnębieni, otyli i całymi dniami przyklejeni do urządzeń z jakimiś migoczącymi grami.
Na szczęście skończyło się wtedy na jednorazowym rzucie, ale jakiś rok później obaj jej synowie przestali się odzywać. Jednego dnia ćwierkali niczym ptaszki, a już następnego, gdy przy obiedzie rodzice próbowali nakłonić ich do rozmowy, wgapiali się w milczeniu w swoje talerze i wydawali z siebie pojedyncze pomruki. Ingrid i Jan starali się podtrzymać rozmowę przynajmniej między sobą, ale nie było to takie łatwe w towarzystwie mrukliwych przeżuwaczy, a przy okazji wyszło na jaw, że po wszystkich wspólnych latach zmagań z codziennością zatracili również zdolność wymiany myśli między sobą.
Z czasem obaj synowie ponownie zaczęli z nimi rozmawiać, ale już bez tej dziecięcej naiwności. I dobrze, inne zachowanie byłoby dziwne i wręcz nienormalne – pomyślała Ingrid.
Mimo wszystko czuła zadowolenie. Mogło być gorzej. Odkąd sięgała pamięcią, nękały ją uporczywe myśli o katastrofach, a precyzyjniej rzecz ujmując: fantazje o tym, jak im zapobiega. Gdy Ingrid miała trzy lata, jej matka odebrała sobie życie. Cztery lata później jej ojciec osiągnął wreszcie cel, do którego wytrwale dążył, i zapił się na śmierć. Wtedy Ingrid uświadomiła sobie, że jako trzylatka była już na tyle duża, by samodzielnie otworzyć drzwi wyjściowe i zapukać do sąsiadów, poprosić, by wezwali karetkę, przecież umiała już chodzić i mówić. I tak samo potem, jako siedmiolatka, była już dość duża, by pojechać tramwajem do Frognerparken, odwrócić nieprzytomnego ojca na plecy i odciągnąć go od kałuży, w której się topił.
Ale wtedy spała w swoim łóżeczku. Dopiero następnego ranka, długo po tym, jak ponad trzydzieści tabletek nasennych przepłynęło przez organizm jej matki, niszcząc po drodze narządy wewnętrzne i zatrzymując funkcje życiowe, sąsiedzi usłyszeli wrzask Ingrid. Zaopiekowali się nią dziadkowie mieszkający w Hovseter. Od czasu do czasu pojawiał się tam jej ojciec, który od razu zalegał w pokoju gościnnym w celu wytrzeźwienia. Leżał tam, krzycząc o małych szarych ludzikach chcących wciągnąć go do piekła i upiec na rożnie. Po czym znów znikał. Odchodził i wracał, aż pewnego ranka znaleziono go we Frognerparken z twarzą w kałuży. Ingrid odwiedzała go z dziadkami w szpitalu przez tych kilka dni, zanim umarł na zachłystowe zapalenie płuc. Mogłam go uratować – pomyślała, patrząc na swojego ojca leżącego bez przytomności, podłączonego do niezliczonych rurek i wężyków. Ta prosta myśl zrodziła się w szpitalu Ullevål jesienią 1972 roku, kiedy jej siedmioletni mózg chłonął ze szczególną intensywnością nowe idee, myśl bowiem rozrastała się, wypuszczając wciąż nowe pędy. Wkrótce potem Ingrid wymyśliła sobie również, że mogła uratować matkę, a refleksja ta z biegiem lat coraz bardziej rozciągała się w czasie i przestrzeni, sprawiając, że poczuwała się także w pewnym stopniu do odpowiedzialności za wydarzenia rozgrywające się po drugiej stronie kuli ziemskiej, jak również w czasie II wojny światowej, w 1941 roku, na długo zanim przyszła na świat, a jej dziadka wywieziono do Sachsenhausen. Za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na II wojnę światową lub cokolwiek innego, co mogło do tego tematu prowadzić, dziadek wychodził z pokoju. To, że dziadek w środku rozmowy wstaje i wychodzi, było dla Ingrid tak samo naturalne jak to, że na deszczu się moknie. Nikt nie kwestionował tego zachowania. Krewni Ingrid uważali, że pomiędzy milczeniem dziadka a samobójstwem matki przebiega prosta linia. Druga wojna światowa wżarła się w rodzinę, infekując kolejne pokolenia. Ingrid powinna była ostrzec dziadka przed pojmaniem go przez gestapo, matka by się wtedy nie zabiła, a ojciec nie zaczął tyle pić.
„Trzeba być przygotowanym na najgorsze”. Słowa te zapuściły w niej korzenie, odporne na działania rozsądku i logiki, jak również na hipnozę i psychoterapię, których także próbowała. Podobnie jak umarli jej rodzice, podczas gdy ona smacznie spała w swoim łóżku, tak również nie przestaną umierać inni ludzie, ale Ingrid niezmiennie czytała każdego ranka o katastrofach i wypadkach poprzedniej nocy, zadręczając się myślą, że nie kiwnęła nawet palcem, aby im zapobiec.
Za każdym razem, gdy mijała pustą galerię lub restaurację, musiała walczyć z pokusą wejścia do środka i udawania, że jest zainteresowana tym, co wisi na ścianach, lub zajęcia miejsca przy jednym ze stolików. Ileż energii musiała zużyć, żeby zwalczyć tego rodzaju impulsy, które często ukrywały się pod płaszczykiem czegoś zupełnie innego. Kiedy przechodziła obok kawiarni, w której stojący przy oknie kelner melancholijnie spoglądał na chodnik, potrafiła znaleźć mnóstwo powodów, by napić się kawy, mimo że przed chwilą ją piła, po to tylko, by pozwolić sobie wejść do tej kawiarni i tym samym skierować wszystko na właściwy tor, dokonać korekty. Fakt, że wejdzie do pustego lokalu i pogapi się na obrazy albo zamówi filiżankę kawy, niczego nie naprawi – miała tego świadomość, to przecież nie jej problem, że ktoś uparł się otworzyć galerię czy kawiarnię na rzadko uczęszczanej ulicy. Ale tak mówiły jej logika i rozsądek, a ich piskliwe, cienkie głosiki nie miały argumentów przeciwko nieodpartej potrzebie wykonywania tych, a nie innych czynności, zupełnie jakby wszystkimi tymi jej bezsensownymi działaniami karmiła się jakaś wszechmocna istota, mówiąca: „Zrób to, a obiecuję, że ujmę ci za to część twojej ogromnej winy”. Istota nigdy nie dotrzymywała swoich obietnic, lecz Ingrid mimo wszystko ulegała jej raz za razem.
Gdyby coś się stało jej synom, byłby to dla niej koniec życia. Przestałaby istnieć, a wszystko dobiegłoby kresu. Mimo to nie chciała spędzać z nimi więcej czasu, niż było to konieczne. Gdy tylko któryś z nich wchodził do pokoju, przyspieszało jej tętno, zupełnie jakby była jakimś leniącym się pracownikiem fabryki, a dwudziestoletni Jonas i osiemnastoletni Martin – jej surowymi dyrektorami. Ingrid od razu wiedziała, kiedy chcą od niej pieniędzy, ich twarze stawały się wtedy takie otwarte i przyjazne, prawie jak wtedy, gdy byli dziećmi. Z początku ją to smuciło. Niczym zerwany miłosny związek – myślała, kiedy wpadali do domu i patrzyli jej w oczy z uśmiechem, jedynie wtedy, gdy czegoś od niej chcieli.
Przyjdziesz dziś na obiad? – pytała czasem w wiadomości tekstowej, a gdy odpowiedź, o ile w ogóle nadchodziła, brzmiała: nie, bez wielkiej litery, wyjaśnienia ani nawet wymówki, odpisywała: OK. Zostawię Ci do odgrzania :-). Nie pozwolę, żeby to wszystko było moją winą – myślała Ingrid, wybierając opcję „wyślij”.
Rok po skończeniu szkoły średniej Jonas nadal mieszkał u rodziców i zastanawiał się, co i czy w ogóle studiować, a tymczasem pracował w piekarni Åpent Bakeri w Holtet i zarobione tam pieniądze inwestował w akcje.
– Czy on nie powinien dokładać się do rachunków? – spytała Ingrid Jana.
– No tak... Ale nam nie potrzeba pieniędzy – odparł jej na to. – Zmusilibyśmy go więc do tego tylko dla zasady. To bez sensu.
– Może masz rację – odparła Ingrid. – Ale gdyby musiał płacić, może mieszkanie z nami nie byłoby już dla niego takie atrakcyjne.
– Na pewno się niedługo wyprowadzi. Moim zdaniem to miłe, że nadal tu mieszka, możemy razem oglądać telewizję i jeść sushi. Pomyśl tylko, że chce mu się spędzać piątkowe wieczory z rodzicami przy winie i sushi, chyba niewielu dwudziestolatków tak robi.
– Ależ owszem, całkiem wielu. Dużo się mówi u mnie w pracy o tym nowym zjawisku, o dorosłych dzieciach, które zamiast wychodzić w weekendy na miasto, przesiadują w domu przed telewizorem. A wino i sushi dla czterech osób jest znacznie droższe niż dla dwóch. Utrzymanie dorosłego kosztuje dużo więcej niż utrzymanie dziecka. Powstaje coś w rodzaju komuny, tyle że to ty za wszystko płacisz, za wszystkich zmywasz i sprzątasz.
Ingrid wiedziała, że chłopcy spędzali z nimi piątkowe wieczory z powodu darmowego wina i sushi, a także dlatego, że Ingrid i Jan, zaszczyceni łaskawą obecnością synów, pozwalali im decydować o oglądanych programach w telewizji. Wybierali zazwyczaj filmy i seriale, które wyganiały Ingrid do kuchni, gdzie przeglądała na komórce internetowe wydania gazet, pozwalając, by odgłosy wystrzałów i wrzaski niosły się po całym domu.
– Niedługo się wyprowadzą – zapewnił Jan.
Ingrid często wyrzucała sobie urodzenie dzieci. Nieszczęścia, które mogły im się przydarzyć, wszystkie te zagrożenia, były niczym otchłań, która otwarła się w dzień narodzin Jonasa i która miała się już nie zamknąć do końca jej dni. Maleńkie ciałko synka tchnęło nowe siły w stare myśli katastroficzne i dlatego Ingrid miała świadomość, że ani ona, ani Jan nigdy nie zdobędą się na wyrzucenie chłopców z domu i zachęcenie ich, by stanęli wreszcie na własnych nogach. Nie będą nawet w stanie grzecznie ich poprosić, żeby się wyprowadzili. Bo co, jeśli coś im się stanie? Jeśli będą naciskać na Jonasa, żeby znalazł sobie mieszkanie, zaczął utrzymywać się z pensji albo z kredytu studenckiego, a on spadnie na przykład z werandy na jakimś afterparty i będzie sparaliżowany albo zostanie zamordowany w kolejce do taksówki, czy upije się do nieprzytomności, utknie w śnieżnej zaspie i zamarznie na śmierć, i nikt się nawet nie zorientuje, że zniknął, bo chłopak nie będzie już mieszkał w domu, w którym ktoś czuwa i czeka na niego w nocy, tak jak Ingrid, która naprawdę czuwała, rzucając się w swoim łóżku z boku na bok w bezsenne noce do chwili, aż wrócił z miasta.
Ingrid pamiętała popołudnia z czasów własnego dzieciństwa. Dziadkowie wymagali, by w domu panowały spokój i cisza, kiedy chcieli zdrzemnąć się po obiedzie. Nie była nawet w stanie sobie wyobrazić, że ona i Jan, w jakimkolwiek momencie dorastania chłopców, mogliby się położyć na sofie w środku dnia i zarządzić sjestę. W ich życie po obiedzie zazwyczaj wkraczał stres i pośpiech, bo obwieszony sprzętem sportowym chłopiec musiał jak najszybciej wyjść z domu, wsiąść do wychłodzonego auta i jechać na sztucznie oświetlone boisko czy stadion, gdzie później jedno z rodziców czekało, drżąc z zimna, bo było to na tyle daleko od domu, że nie opłacało się robić dodatkowego kursu, i tak dalej.
Zaczęło teraz do niej docierać, że cała ta mordęga była bezcelowa. Może nie dla niej i Jana, oni przynajmniej mieli jakieś poczucie zadowolenia, że wywiązywali się ze swoich rodzicielskich obowiązków zgodnie z duchem czasu. Ale nie miała żadnego widocznego wpływu na życie chłopców. Nie byli szczególnie pilni ani zdolni w szkole, ani szczególnie towarzyscy czy grzeczni, wszystko w nich było przeciętne i zwyczajne, a gdyby Ingrid miała ich jakoś scharakteryzować, powiedziałaby pewnie, że potrafią zadbać o swoje interesy. Właśnie tak próbowali wychowywać swoich synów: żeby umieli o siebie zadbać, by nie spotkało ich nic złego.
Wyobrażała sobie czasem, jak w przyszłości chłopcy odwiedzają ją w domu opieki, widziała ich jako mężczyzn w średnim wieku, ciągnących za sobą żony i nastoletnie dzieci. To będzie niedziela, jedna niedziela w miesiącu, nawet się nie rozbiorą, tylko zajmą miejsca po obu stronach jej wózka inwalidzkiego w świetlicy. A Ingrid będzie drzemać z przechyloną na bok głową, być może nadal w śliniaku z zaschniętymi plamami po obiedzie, którego nie zdążą zdjąć opiekunki. A jej synowie w średnim wieku, wciąż w kurtkach, będą gapić się w przestrzeń albo w ekrany komórek czy innego popularnego i przez wszystkich kupowanego wówczas sprzętu, podczas gdy ich żony będą próbowały prowadzić rozmowę, może zapytają, co Ingrid dostała na deser, zapytają o to z porozumiewawczym uśmiechem, jakby Ingrid była kapryśnym dzieckiem, które nie chce jeść niczego poza deserami i innymi słodyczami. Nastoletnie wnuki będą w regularnych odstępach czasu wydawać z siebie znudzone jęki, wreszcie po półgodzinie wszyscy sobie pójdą i zobaczy ich znowu dopiero za miesiąc.
Nie będą się zamartwiać i niepokoić, tak jak ona się zamartwiała i niepokoiła o swoich rodziców i dziadków. Ingrid widziała paradoks w tym zjawisku, dostrzegalnym zarówno w jej rodzinie, jak i w reszcie społeczeństwa: rodzice niewydolni w swojej roli spotykali się ze strony swoich dzieci z zupełnie innym zainteresowaniem i inną opieką niż ci, którzy prawidłowo wypełniali swoje obowiązki. Nierzadko zdarzało się, że dzieci matki alkoholiczki zajmowały się domem, przyjmując tym samym rolę opiekuna, chowały butelki i ubierały matkę jak należy przed wywiadówkami, byle tylko do akcji nie wkroczył urząd ochrony praw dziecka. W zależności od wielu różnych czynników losy takich synów lub córek mogły się później potoczyć dobrze albo źle, ale wszystkich ich łączył fakt, że rodzice stanowili centralny punkt ich życia. Rodzice alkoholicy czy narkomani byli niczym czarne słońca, wokół których bez spoczynku krążyło istnienie ich dzieci, niczym zagadki, które synowie i córki zawsze będą próbowali rozwiązać. Ingrid oglądała filmy dokumentalne o takich dzieciach, szczególnie zapadła jej w pamięć otwarta i pełna nadziei twarz jednego chłopaka, który odwiedzał swoją zapijaczoną matkę w jej mieszkaniu komunalnym. Otworzyła mu drzwi po dłuższym czasie, poruszała się o kulach, syn uściskał ją na powitanie i spytał: „Co u ciebie słychać, mamo, jak się czujesz, czy dobrze się odżywiasz?”, a matka mamrotała coś w odpowiedzi, kuśtykając do pokoju. Syn ruszył za nią, ale na koniec odwrócił się jeszcze do kamery i powiedział: „Wydaje mi się, że ona jest dzisiaj w całkiem niezłej formie”.
Ingrid doszła z czasem do wniosku, że rodzice są ważni, ale na tej zasadzie, na jakiej ważne jest powietrze i woda, coś, co dostrzega się dopiero, gdy znika lub staje się trujące. I tym są właśnie rodzice – myślała Ingrid – czymś, co się dostrzega lub co wywiera wpływ, i to zawsze negatywny, dopiero gdy zaczyna tego brakować lub staje się to toksyczne i szkodliwe, albo gdy ci rodzice odbierają sobie życie, zmieniają się w alkoholików, narkomanów czy przestępców. Innymi słowy: nie możesz, jako rodzic, uczynić swoich dzieci lepszymi, niż i tak by się stały, jesteś zaś w stanie kompletnie je popsuć.
Gdyby udało jej się posiąść tę wiedzę wcześniej, oszczędziłoby jej to wiele wysiłku. Oboje z Janem w kwestii wychowywania swoich dzieci szli z duchem czasu: dali im dzieciństwo pełne deklaracji uczuć i fizycznego kontaktu, rodzinne śniadania, doping na meczach piłki nożnej, przyjęcia urodzinowe, zdrowe drugie śniadania komponowane zgodnie z piramidą żywienia, bajki czytane na dobranoc, uwagę – przychylne ucho dla opowieści o ich fantazjach i marzeniach, cierpliwe odpowiedzi na wszystkie pytania. Niemal dekadę co wieczór siedzieli z Janem u każdego z chłopców minimum pół godziny, zmieniając się co dnia. Przygotowywali posiłki z nieprzetworzonej żywności, z najdrobniejszą błahostką wozili ich do lekarza, pocieszali, głaskali, odprowadzali i odbierali. Stawiali się na wszystkie rozmowy z pedagogiem, wywiadówki i czyny społeczne. Pozwolili nawet, by obaj chłopcy zapisali się do szkolnej orkiestry, mimo że żaden z nich nie wykazywał szczególnego zainteresowania muzyką, a zgłosili się tam tylko ze względu na wycieczki, które były finansowane z organizowanego dwa razy w roku pchlego targu, co wymagało od Ingrid i Jana poświęcenia czterech czy pięciu wieczorów każdej jesieni i wiosny na jeżdżenie po mieście i zbieranie mebli, zasłon, zabawek, ubrań, bibelotów i sprzętów elektrycznych, a następnie całego weekendu na sprzedawanie wszystkich tych rzeczy, po to tylko, by ich synowie nauczyli się grać fałszywie i nieporadnie Yesterday i Just a Gigolo na trąbce i saksofonie.
Po co? – myślała Ingrid, gdy każdej nocy budziła się koło wpół do drugiej, rzadko będąc w stanie zasnąć ponownie przed świtem. Leżała tak, na tyle przytomna, by zadręczać się myślami, lecz zbyt wykończona, by robić cokolwiek innego, w rozjaśnionej światłem latarni pustej nocy, w której nie było się gdzie schować, i wtedy właśnie wracało jak bumerang jedno konkretne wspomnienie. Przez wiele lat wozili z Janem chłopców na boisko w Ekeberg, wozili nie tylko ich samych, lecz również ich rowery, a to jeszcze nie wszystko: Ingrid zacisnęła powieki, chcąc uchronić się przed jasnym i wyraźnym wspomnieniem, jak ładuje rowery synów do ich Volkswagena Caravelle, a oni siedzą w środku wgapieni w swoje telefony. Oto i ona – spocona, udręczona kobieta w średnim wieku, pakuje rowery do samochodu, a w środku siedzą dwa wyrośnięte samce gatunku ludzkiego, czekając, aż ona wreszcie skończy.
Dwa powołane przez nią na ten świat samce były teraz od niej większe, przewyższały ją wzrostem, nie będąc jednocześnie w stanie podetrzeć sobie tyłków. Ich majtki naznaczone były smugami odchodów, które Ingrid spryskiwała odplamiaczem i wygotowywała w pralce. Innymi słowy: wciąż im zmieniała pieluchy. Potrafili przemawiać w swoim imieniu i formułować argumenty, umieli zapanować nad swoimi niewielkimi portfelami akcji – bo Martin teraz też znalazł zatrudnienie w Åpent Bakeri i zaczął inwestować – lecz jednocześnie nie sposób było sobie wyobrazić, że stawiają czoło prawdziwym wyzwaniom, są w stanie znieść nudę czy ból.
Ingrid marzyła, by przywrócono powszechny obowiązek służby wojskowej. Ale marzyła o tym tylko częścią siebie. Bo inna jej część pragnęła mieć dzieci przy sobie, nie chciała posyłać ich na ewentualną wojnę. Oczywiście, że nie. Mimo wszystko. Zdarzało się, że znajdowała w niedzielne poranki we wciąż włączonym piekarniku zwęgloną pizzę, Martin zaś leżał na podłodze w łazience i chrapał w najlepsze, nadal pijany. Codziennie wracała po pracy do zagraconej i brudnej kuchni, niezależnie od tego, jak długo sprzątała ją przed wyjściem. Bezsenne noce spędzała zaś, wykłócając się i zawzięcie dyskutując, w rozmowach telefonicznych, które nigdy nie miały się odbyć, i mailach, których nie wysyłała. Na tyle umiała sobie pozwolić, ale nie potrafiła powiedzieć chłopcom, żeby podcierali sobie porządnie tyłki albo prali własne majtki czy sprzątali po sobie w kuchni, lub po prostu prowadzili z rodzicami normalne rozmowy, wykraczające poza tematy świadczonych przez tych ostatnich pożyczek i usług.
Ingrid chciałaby cofnąć czas i zrobić wszystko inaczej. Ale co się stało, to się nie odstanie. Jej synowie byli dorośli, już ukształtowani, przyzwyczajeni, że wszystko się za nich robi w imię miłości. Śniła na jawie, że obaj emigrują do Australii, jednocześnie oczekując gwarancji, że byliby tam w stu procentach bezpieczni. Marzyła, że znów są mali, a ona wytycza dla nich nowy kurs. Nie miała tylko pojęcia jaki. Stopniowo nabierała przekonania, że będzie dreptać wokół nich, coraz starsza i bardziej zgarbiona, i spryskiwać ich majtki odplamiaczem, dopóki sama nie padnie.
Z ciasnego ciemnego mieszkania dziadków w Hovseter Ingrid trafiła prosto do solidnej, kultywującej tradycje rodziny Jana i jej przestronnego domu przy Solveien. Na samym końcu należącego do posiadłości ogrodu, tuż przy drodze, zbudowali sobie z Janem własny dom, będący nowoczesną wersją tego starego, w tym samym kolorze brązowej bejcy, z identycznymi niebieskimi futrynami.
Ingrid i Jan – a także chłopcy, kiedy jeszcze byli mniejsi – siadywali latem pod starą gruszą razem z Ullą i Jørgenem, rodzicami Jana, jedli gofry z domową konfiturą z gruszek i pili kawę ze starej, wysłużonej porcelany Rörstrand należącej do Ulli. Promienie popołudniowego słońca przeciskały się do nich między listowiem, odrapany stolik z kutego żelaza był tym samym, przy którym siadywał Jan jako mały chłopiec, a także jego ojciec i wcześniej ojciec jego ojca. Stolik został uwieczniony na starych czarno-białych zdjęciach w rodzinnym albumie Jørgena, bo posiadłość pozostawała w rodzinie Jana od ponad stu lat. Młodzi pójdą w przodków ślad[1] – myślała Ingrid, spoglądając na krzewy czarnego bzu po obu stronach schodów prowadzących do domu, również one ponadstuletnie. Jeśli tylko będzie się zachowywać przyzwoicie i robić swoje, ten strumień popłynie dalej, niezmieniony. Nie zatrzyma się. A w każdym razie nie z jej winy.
Chodziła z Janem do łóżka mniej więcej raz w tygodniu, zawsze skreślając to potem z wyimaginowanej listy zadań. No – myślała – mam i to z głowy. Raz w tygodniu stanowiło częstotliwość, która ukonstytuowała się z biegiem lat, jak to bywa w przypadku regularnie wykonywanych obowiązków: strzyżenie trawnika, odgarnianie śniegu, wymiana żarówek, chodzenie na siłownię, wymiana oleju w samochodzie, uprawianie seksu – i jeśli mijał więcej niż tydzień, pojawiały się jakiś dyskomfort, niepokój, poczucie zburzonej równowagi. Ale teraz przynajmniej miała to z głowy i po chwili Jan już chrapał, a Ingrid leżała obok niego, myśląc o kolejnym dniu, obiedzie, zamrażarce, lodówce, stroju, uczniach, współpracownikach, spotkaniach. Przyszłe obowiązki pędziły w jej stronę, i tak jak gimnastyczka wyobraża sobie salto na równoważni, zanim w ogóle na nią wejdzie, tak i Ingrid widziała oczyma duszy, jak za zaledwie kilka godzin ma wstać i stawić czoło nowemu dniowi. Dniowi, który wyobrażała sobie jako bieg z przeszkodami – przeskakiwała przez kolejne przeszkody, każdą z nich skreślając na bieżąco z wyimaginowanej listy. „No, i już” – szeptała sama do siebie. „A kiedy wszystkie przeszkody zostaną wreszcie pokonane, co wtedy? Śmierć” – odpowiedziała sobie, czując ulgę na myśl, że istnieje definitywny koniec wszystkiego. Ulga zaś, którą poczuła na myśl o śmierci, przekierowała jej rozważania na genetyczne obciążenie. Czy może popełniała jakiś podstawowy życiowy błąd, może powinna coś przedsięwziąć, zacząć inaczej się odżywiać, zmienić pracę? Tyle że ona już jadła zdrowo: piła niewiele alkoholu i przyrządzała zbilansowane posiłki. Płaciła na czas rachunki, segregowała śmieci i sama sprzątała w swoim domu, w odróżnieniu od ludzi z jej kręgu znajomych i sąsiedztwa, większość z nich zatrudniała pomoc sprzątającą z Polski, Filipin lub Ukrainy. I chociaż nie kochała już swojej pracy, jednak nie mogła sobie wyobrazić, gdzie indziej byłoby jej lepiej. W dodatku miała już pięćdziesiąt lat. Nie było powodów, żeby z czymkolwiek zrywać, nie było powodów, żeby się skarżyć, wszystko się układało, a poza tym gdzie miałaby się podziać? Dokąd uciekać? Zresztą – niby po co? Piętrzyła się nad nią fala przyszłych obowiązków, Ingrid chętnie uporałaby się choć z częścią z nich już teraz, chętnie odfajkowałaby sprawy związane z jedzeniem, ze sprzątaniem, z pracą, odpracowałaby wszystkie zaległości raz na zawsze, najadła się raz na zawsze, wyszła do toalety i załatwiła wszelkie czynności higieniczne raz na zawsze, wypytała synów, dokąd idą i kiedy wrócą do domu raz na zawsze i w ten sposób raz na zawsze wykreśliłaby ze swojej listy każde jedno zadanie.
Dręczył ją jednocześnie głód prostoty – potrzeba ograniczenia możliwości wyboru. Potrafiła sterczeć w sklepie przed półką z pastami do zębów, rozważając „za” i „przeciw” wszelkich dostępnych możliwości: czy woli mieć białe zęby, czy dostarczyć sobie dość fluoru, a może unikać podrażnień, no i co z kamieniem? Kończyło się to zazwyczaj wyborem na chybił trafił, ale w drodze do kasy dopadała ją myśl: Może powinnam wybrać inną, przeczytać wyniki testów medycznych, znaleźć jeden konkretny rodzaj pasty, którego bym się trzymała, i już, nie musiałabym wtedy myśleć więcej o paście do zębów. W ten oto sposób mogłaby pochylić się nad każdą sferą życia i dokonać jej usprawnienia oraz uproszczenia, by dojść w końcu do punktu, w którym nie zostanie nic, nad czym musiałaby się zastanawiać.
Śmierć – pomyślała ponownie i znów poczuła ulgę. Możliwe, że to właśnie było jej dziedziczne obciążenie, ta ulga przepełniająca ją na każdą myśl o śmierci, oczywiście własnej, bo przez całe życie czekała tylko, aż ten materiał genetyczny, który w sobie nosi, zburzy wszystko, co zdołała zbudować. Ingrid lubiła sobie wyobrażać, że na jej plecy spadł grad pocisków, kul, które nie zdołały ugodzić żadnego z jej synów, bo przecież udało jej się uniknąć alkoholizmu, uniknąć szaleństwa, zamiast tego naprawiała, albo przynajmniej próbowała naprawić, to, co obrócili w perzynę jej rodzice. Ingrid zebrała to wszystko cegła po cegle, deska po desce, i odbudowała od fundamentów, zupełnie tak jak razem z Janem zbudowali dom, w którym teraz mieszkali.
Ingrid zdarzało się porównywać swoje życie z dywanikami ze szmatek, tkanymi przez Ullę na jej stojącym w piwnicy ogromnym krośnie. Teściowa, dorastająca w robotniczej dzielnicy Göteborga, siadywała przy krośnie w morzu szmatek upolowanych na pchlich targach i w lumpeksach, lub otrzymanych w prezencie od przyjaciół i znajomych, bo wszyscy jej znajomi wiedzieli, że je zbiera, nazywała je ze szwedzka trasor, a siebie „trasoproletariuszką”. I tak powoli, lecz metodycznie, Ulla zmieniała paski swoich szmatek w porządne, piękne dywaniki. Dom Ingrid i Jana był ich pełen, każdy z dywaników miał dominujący kolorystyczny temat: żółcie, zielenie, czerwienie czy błękity, i tak jak szmatki dzięki niezmordowanej pracy Ulli zmieniały się w coś porządnego i pięknego, tak i Ingrid stworzyła ciasno tkany i jednolity dywanik ze swojego szmacianego w punkcie wyjścia losu. Tego rodzaju myśli pomagały jej przetrwać kolejne dni. Jednak ostatnio zaczęła dostrzegać, że te wypróbowane techniki przestają działać, a w jej życie wkradł się nieznośny niepokój. Kiedyś lubiła mówić, opowiadać historie, pogadać z kimś przez telefon, śmiać się, dyskutować, powtarzać plotki, planować podróże i wypady za miasto. Zdarzało się nawet, że z radością szła do pracy. Ale teraz czuła strach na myśl o wszystkim, co wiązało się ze społeczną interakcją, i oddychała z ulgą, gdy te krótkie epizody dobiegały końca. Po powrocie z pracy kładła się na sofie i słuchała sygnałów napływających esemesów i maili. W dawnych czasach można było udawać, że się nie usłyszało telefonu, ale teraz nie da się od tego uciec, teraz wszyscy mają telefony z identyfikacją rozmówcy. A jeśli nawet z kimś nie dało się skontaktować przy użyciu jednego urządzenia, istniały tysiące innych sposobów. Każde takie urządzenie i każde służące do komunikacji medium były jak szpilka wbijana pod skórę, szarpnięcie za rękaw, machająca dłoń, twarz, która rozpromienia się w uśmiechu, oczekując w zamian analogicznego rozpromienienia. Wymagały używania określonych wyrażeń i wydawania określonych dźwięków.
Ingrid funkcjonowała zupełnie jak dawniej, rozmawiała przez telefon, z entuzjazmem reagowała na zaproszenia i propozycje spotkań, bo nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić, poza tym obracała się w tych samych kręgach co zawsze, nic nie uległo zmianie: miała Jana i ich dwóch synów, Ullę i Jørgena w sąsiednim domu, znajomych i szkołę, w której wszystkie korytarze i klasy były każdego dnia i o każdej godzinie wypełnione ludźmi, gdzie oczekiwano, że będzie dostrzegać ludzi, mówić im „dzień dobry”, przytrzymywać drzwi, rozmawiać z nimi, słuchać, wyjaśniać, rozumieć ich i sprawiać, by oni ją rozumieli.
Jedynym miejsce w szkole, w którym mogła pobyć sama z sobą, była toaleta dla niepełnosprawnych. A przecież wejść tam i rozluźnić stężałe w uśmiechu mięśnie twarzy mogła tylko kilka razy w ciągu dnia. Mogła tam siedzieć tylko kilka minut z rzędu, szukając pocieszenia w tym, że od najbliższej żywej osoby oddzielają ją cztery ściany i zamknięte drzwi.
Było tak, jakby straciła coś, co wcześniej pomagało jej przeżywać kolejne dni, jakąś substancję, coś, co nadawało codziennym obowiązkom znaczenie, czego nie zauważała do chwili, kiedy zaczęło tego brakować.
No cóż – myślała Ingrid – gdybym urodziła się sto lat wcześniej albo przyszła na świat w innym zakątku świata, być może dawno już byłabym martwa.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Nie, po prostu nie to dziewięćdziesiąta siódma książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie – David Vann
Pierwszy bandzior – Miranda July
Nasz chłopak – Daniel Magariel
Historia przemocy – Édouard Louis
Tirza – Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej – Miranda July
O zmierzchu – Therese Bohman
Piękna młoda żona – Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug
Floryda – Lauren Groff
Przyjaciel – Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh
Brud – David Vann
Koniec z Eddym – Édouard Louis
2020
Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz
Linia – Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry
Ta druga – Therese Bohman
Dorośli – Marie Aubert
Turbulencje – David Szalay
Nikolski – Nicolas Dickner
Fauna Północy – Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård
Pełnia miłości – Sigrid Nunez
Przejście – Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros
Dziennik upadku – Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu – David Vann
Zabierz mnie do domu – Marie Aubert
Utonęła – Therese Bohman
Koniec dnia – Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium – Nina Lykke
Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie – Domenico Starnone
Za otrzymane łaski – Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli
2022
Komodo – David Vann
Londyn – David Szalay
Wyspa kobiet – Lauren Groff
Wizyta – Katharina Volckmer
Ostatni wywiad – Eshkol Nevo
Strega – Johanne Lykke Holm
Intymności – Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride
Dla Rouenny – Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis
2023
Odmawiam myślenia – Lotta Elstad
Elmet – Fiona Mozley
Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz
Urugwajka – Pedro Mairal
Andromeda – Therese Bohman
Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li
2023
Wcale nie jestem taka – Marie Aubert
Fatum i furia – Lauren Groff
Nędza – Andrzej Tichý
Długa odpowiedź – Anna Hogeland
W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel
Zmiana – Édouard Louis
Dostatek – Jakob Guanzon
Lapvona – Ottessa Moshfegh
Ptaki – Samanta Schweblin
2024
Słabsi – Sigrid Nunez
Eileen – Ottessa Moshfegh
Ostatni dzień na Ziemi – David Vann
Szczegóły – Ia Genberg
Fuga – Lauren Groff
Miałam tak wiele – Trude Marstein
Soho – Fiona Mozley
Zaproszona – Emma Cline
System – Amanda Svensson
Niewidzialni – Pajtim Statovci
Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg
Na czworakach – Miranda July
Dzikie bezkresy – Lauren Groff
Lot – Lynn Steger Strong
2025
Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh
Metry na sekundę – Stine Pilgaard
Gdzie indziej – Yan Ge
Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke
Stan raju – Laura van den Berg
Goście – Agnes Ravatn
Tłusty róż – Fernanda Trías
2025
Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy
Góra prawdy – Therese Bohman
Wonderland – Hanna Nordenhök
Siedem pustych domów – Samanta Schweblin
2026
Wymieranie Ireny Rey – Jennifer Croft
Oto słońce – Gunnhild Øyehaug
Awanturnica – Lauren Groff
Czesanie kota – Jane Campbell
