Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W korporacji wszystko ma swoją ładną nazwę. Nawet morderstwo
W biurze życie toczy się rytmem wyznaczanym przez trzy „takty” – absurdalne guideline'y, które mają doprowadzić zespół do upragnionego rocznego targetu. Ale kiedy podczas nudnego zebrania jedna z menedżerek pada trupem na oczach całego działu, korporacyjna nowomowa przestaje wystarczać. Służby orzekają zgon z przyczyn naturalnych, ale Zenek – pracownik, który o śledztwach wie znacznie więcej, niż sugerowałoby jego stanowisko – ma co do tego poważne wątpliwości. Czy to możliwe, by w ich świecie czaił się morderca?
„Target w trzech taktach” to błyskotliwa komedia kryminalna, która z przymrużeniem oka portretuje realia współczesnej pracy biurowej. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto choć raz poczuł, że jego praca otwiera wiele drzwi... najczęściej do gabinetu psychiatrycznego.
Anna Madejak - z wykształcenia germanistka i fizjoterapeutka. Miłośniczka kotów, fanka serialu "Przyjaciele" i książkoholiczka. Autorka komedii kryminalnej "Morderstwo w ołpen spejsie", a także powieści obyczajowych "Cudotwórcy z Krakowa" i "Siła wyboru”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 249
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Anna Madejak
Seria: Zabójczy Etat (t. 3)
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Target w trzech aktach
Seria: Zabójczy Etat (t. 3)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Joanna Gajkowska
Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak, Studio Karandasz
Grafiki na okładce: Adobe Stock w opracowaniu własnym Studia Karandasz: Abhinaya Project, Flash Vector, michalsanca, Prazis Images, Sonulkaster
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68254-30-3
– Cieszymy się, że tak wspaniale radzicie sobie z nowym produktem. Jesteście wybitnymi specjalistami, jestem o tym głęboko przekonany. Dziewięćdziesiąt osiem procent poprawności! Zdecydowanie meet expectations – obwieścił na spotkaniu Mariusz, by chwilę później poinformować dział o zaniechaniu podwyżek rocznych z powodu braku budżetu. Powiedział to, oczywiście, nadzwyczaj dyplomatycznie – tak aby nikt nie zarzucił mu, że nie docenia wkładu zespołu. Pomruk niezadowolenia, jaki rozległ się w ołpen spejsie, można było usłyszeć wyłącznie pod warunkiem, że ktoś był akurat kotem polującym na cicho piszczącą myszkę. Takie reakcje były bowiem zarezerwowane dla prywatnych dialogów, o ile nie chciało się odbyć rozmowy dyscyplinującej na temat umiejętności miękkich i powściągania wyrazu twarzy.
Stojąca dokładnie naprzeciw Mariusza Krisztina Lorincz uśmiechała się wyjątkowo szczerze, co wyróżniało ją na tle pozostałych uczestników spotkania zwanego nieco na wyrost town hallem. Jej zaangażowana postawa wzbudzała we współpracownikach uczucia o nader nieżyczliwym charakterze, jednak większość z obawy przed utratą pracy zwykle udawała, że kłania się przełożonej w pas, wychodząc z dość praktycznego założenia, że lepszy wróbel w garści niźli rekin na dachu. Mieć pracę to zawsze lepiej niż jej nie mieć, a już na pewno w sytuacji, w której z życiowym partnerem łączy cię wspólny kredyt.
– Uśmiechnij się – mruknęła do usiłującej zachować powagę Aśki Marta Herman, pełniąca na spotkaniu rolę fotografa.
– Nie mogę – odpowiedziała jej tamta, próbując przykleić do twarzy coś, co powinno dobrze wyglądać na zdjęciach. – Żegnam się właśnie z godnością.
Marta nie doceniła żartu, bo sama była napięta jak struna wiolonczeli, której zapomniano przydzielić smyczek. W efekcie drżała w momentach niezamierzonych, nieumiejętnie grając w grę zwaną starciem z korporacją. Z całą pewnością nie spodziewała się, że town hall zrobi na niej takie wrażenie w okresie, w którym dobrowolnie postanowiła zrezygnować z etatu i założyć własną firmę fotograficzną. Bez dwóch zdań nie spodziewała się również tego, co miało nastąpić już za chwilę.
– Chcielibyśmy nawiązać także do ostatnich wydarzeń – rzucił Mariusz drewnianym głosem, jakby następny komunikat miał być jeszcze bardziej szorstki niż ten o braku podwyżek. – Rozumiemy, że dwa… odejścia pracowników mogły zrobić na was wrażenie, jednakże uważamy…
– Łagodnie powiedziane, jeśli miał na myśli dwa trupy – rzucił do Aśki Janek Ratajczyk, popatrując na prężącego pierś po drugiej stronie pomieszczenia Cytrusa.
– Daj spokój, to korpo. Tu wszystko ma ładną nazwę – odpowiedziała w napięciu.
– Ćśśś… – przerwała im Elena Fiodorowa, bezpośrednia podwładna Krisztiny, sprawiając, że Aśka ściszyła głos.
– Wiesz, Janku, ta praca otwiera wiele drzwi, na przykład do gabinetu psychiatrycznego.
– Dysponuję doświadczeniem w tej materii – dorzuciła Herman, ustawiając się przodem do miejsca, z którego Mariusz przemawiał w imieniu zarządu. Sam chyba się mierzył z bezmiarem durnoty, którą zamierzał właśnie wygłosić. Potoczył wzrokiem po zebranych, zatrzymując go na chwilę na Marlenie i Ryszardzie, by w końcu spoczął na Andrzeju. Nie zaszczycił spojrzeniem jedynie stażystów, czego obaj nie dostrzegli, zbyt zajęci rozważaniem w głowach własnych spraw.
– To może wyglądać bardzo źle, zdajemy sobie z tego sprawę – podjął ponownie, wracając do tematu, od którego zebranym marszczyła się wątroba. – Ale tak naprawdę wcale nie jest tak źle. To tylko dwa odejścia w tak dużym przedsiębiorstwie, statystyka stoi po naszej stronie, nawet jeśli istotnie były to morderstwa, bo tam, gdzie jest dużo ludzi, statystycznie musi się trafić jakieś morderstwo – plątał się we własnej przemowie, bezwiednie dowodząc, że rola CEO nie była zajęciem przeznaczonym dla normalnych ludzi.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, miała charakter zgoła diagnostyczny. Jeśli ktoś w tej sali jeszcze się zastanawiał, czy Mariusz przypadkiem nie postradał zmysłów, to już wkrótce miał się przekonać o jego nadprzyrodzonych umiejętnościach. Słomianemu udało się bowiem wygłosić proroctwo.
– Mogło być znacznie gorzej – powiedział głosem wzbudzającym odrazę niczym lewatywa.
I wtedy właśnie nastąpił trzeci zgon w przedsiębiorstwie. Uśmiech spełzł z ust Krisztiny, co nadało jej twarzy nieco asymetryczny wyraz, i w chwilę później padła jak długa. Z piersi stojącej obok Aśki wyrwał się krzyk, wzmocniony dodatkowo reakcją na plączącą się po jej nogach dłoń denatki.
– Dlaczego to zawsze ja?! – ryknęła niczym trąba jerychońska, wpatrując się ze wstrętem w trzecie w jej karierze zwłoki, których widoku było jej dane doświadczyć.
– Zwracam twoją uwagę na fakt, że tym razem wszyscy jesteśmy obecni – rzuciła Herman, odpychając kończyny koleżanki, nim ta skopałaby denatkę na amen. – Wezwijcie karetkę – dodała po chwili, przykładając palce do nadgarstka Krisztiny. – I od razu policję…
Służby pojawiły się niedługo potem i bezsprzecznie stwierdziły zgon z przyczyn naturalnych. Lorincz miała odejść z powodu incydentu naczyniowego, a o sprawie wszyscy mieliśmy szybko zapomnieć. I pewnie tak by się stało, gdyby Krisztina nie podzieliła się pewną informacją z jednym ze stażystów, który z kolei przekazał ją mnie. O całym zajściu dowiedziałem się zresztą po czasie, więc może zacznę tę opowieść od samego początku…
– De-bil! – ryknęła Aśka, gdy tylko przekroczyłem próg biura. Zrobiło to na mnie wstrząsające wrażenie, bo zwykle zwracała się do mnie nieco mniej obelżywie. Oszczędzaliśmy sobie czułości przy współpracownikach, nie żałując ich z kolei po godzinach pracy, ale obelga na wejściu zaskoczyła mnie bardziej niż coroczny śnieg drogowców zimą.
– De-bil! – doleciało znów do moich uszu, ale wtedy już zdołałem się zorientować, że Malinowska wrzeszczała do słuchawki. Nie bardzo wiedziałem, co uczynić z tym widokiem, więc przystanąłem w milczeniu przy drzwiach. Wychynąwszy nieco zza ścianki szklanego pomieszczenia tuż przy wejściu, dostrzegłem, że rozmowa ta wzbudziła nie tylko moje zainteresowanie. Marcin Polakiewicz, będący w nowej strukturze firmy Silimariusz kimś w rodzaju analityka do spraw jakości, wpatrywał się w Aśkę ze łzami w oczach i miną karpia usiłującego złapać powietrze w wigilijny wieczór. Janek Ratajczyk, starszy analityk, nie krył wzruszenia postawą koleżanki, podobnie zresztą jak starszy księgowy Ryszard Jebut. Uśmiechy sklęsły na ich twarzach już po chwili, bo z piersi księgowej wyrwały się wiele tłumaczące słowa:
– Biling dokiument! Aj nid de bil!
Przypatrujący się tej scenie z boku Bartek Kocurek, najnowszy nabytek zespołu księgowości zwany stażystą, wzruszył ramionami na widok kogoś w spodniach, kto właśnie podnosił palec do góry, bez wątpienia z zamiarem wygłoszenia niebiańskiej mądrości. Słowa dla potomności już zamierzały wypłynąć z ust tej osoby, więc zdecydowałem się na szybką interwencję w obawie, że Matthijs de Jong, stażysta zespołu jakości, znów popędzi na skargę na własnych kolegów.
– Chude morhen! – ryknąłem, wspinając się na szczyty niderlandzkiego. Nie były to może Rysy, bliżej temu było raczej do Łysicy, ale miałem nadzieję na załagodzenie nastroju.
– Chude, chude! – odpowiedział mi z wyraźnym zdziwieniem, co wybiło go z uprzedniego zamiaru.
– Chuje! – dołączył w odpowiedzi Ryszard, którego szalenie bawiła potoczna wymowa niderlandzkiego „dzień dobry”.
– Priviet – doleciało zza moich pleców, gdzie objawiła się Elena, najnowsze odkrycie naszej zacnej firmy.
Nowa struktura dawała nam się zresztą we znaki, bo wymagała zupełnego przeorganizowania pracy. Dotknęło to nawet mnie, który nie zdążyłem jeszcze zaksięgować ani jednej faktury. Elena była moją bezpośrednią przełożoną w zespole do spraw jakości, a z kolei jej przełożoną była Krisztina Lorincz, z pochodzenia Węgierka. Do zespołu należeli także Marcin Polakiewicz i Janek Ratajczyk, włączając mnie, troje analityków do spraw jakości, oraz Holender, oficjalnie stażysta, a nieoficjalnie – znienawidzony przez wszystkich muppet. Denerwował nas do tego stopnia, że po cichu nazywaliśmy go Kapitanem Majtasem. Naszą rolą było sprawdzanie efektów pracy księgowości oraz standardów kontaktu z klientem. Wprost nie mogłem się doczekać odsłuchiwania nagrania bieżącej rozmowy Aśki.
Poza Malinowską nieszczęście trafienia do zespołu księgowości dosięgło także Ryszarda Jebuta i Andrzeja Głąba, a na dokładkę dokooptowano im niezbyt rozgarniętego stażystę, który ksywy nie potrzebował, ponieważ nazywał się Kocurek. Ich przełożoną jakimś szalonym zbiegiem okoliczności została Marlena, czego nie mogłem pojąć ani głową, ani żadną inną częścią ciała, za to najwyraźniej doskonale pojmował to Cytrus, któremu przypadło w udziale kierownicze stanowisko bezpośrednio nad Marleną. Słowem, tworzyliśmy niesamowity melanż ludzi wszelkiego autoramentu, a ja usiłowałem się w tym odnaleźć, głównie w celach śledczych. Wciąż miałem na głowie dochodzenie w sprawie szajki handlującej ludzkimi organami i wprost szaleńczo pragnąłem doprowadzić je wreszcie do końca. Zastanawiałem się właśnie, jak mógłbym się zakraść na budzące we mnie nadzieje drugie piętro, nie budząc podejrzeń zbyt częstym bywaniem tam, gdy zza pleców dobiegło mnie powitanie Cytrusa.
– Ahoj!
– De-bil! – odpowiedziała mu Aśka, powodując grymas na jego twarzy, nim się zorientował, że to nie on był adresatem tego uroczego epitetu. Zwyczaj witania się w różnych językach powstał po przejęciu działu przez nową firmę i jakby w ramach oszczędności. Nasz nowy chlebodawca nie dysponował zbyt wieloma środkami na benefity, usiłował więc udawać, że robi cokolwiek dla dobra swoich pracowników. Efektem były przeróżne kurioza: od proponowania nam wspólnych spacerów z prywatnymi psami po godzinach pracy, po mające stworzyć poczucie diversity powitania w różnych językach. Z psami nie miał kto wychodzić, bo nie było u nas psiarzy, a kota trudno wziąć na smycz, za to powitań pilnowano z dokładnością szwajcarskiego zegarka.
Właśnie to stało się teraz naszym udziałem, bo Cytrus wpatrywał się we wszystkich po kolei, oczekując odpowiedzi.
– Chude – rzucił Matthijs z radością godną lepszej sprawy.
– Chuje – dołączył Ryszard, wskazując na Bartka.
– Ahoj… – wyrwało się z Kocurkowej piersi, gdy zza Cytrusa wyłoniła się Marlenka.
– Ahoj chude chuje! – powitała się zbiorczo i pobiegła w stronę toalet, pozostawiając nas w stanie bezbrzeżnego zdumienia. Pierwsza skapitulowała Aśka, kończąc przedziwną rozmowę telefoniczną.
– De-bill, fenk ju wery macz. Ałf widersejen!
Niemiecki znałem o tyle, o ile pojawiał się w dialogach w „Czterech pancernych”, nie wyłączając psa, ale uciekająca z Aśki niczym szczury z tonącego okrętu cierpliwość wcale mnie nie dziwiła. Domyśliłem się, z kim rozmawiała.
– Kiedyś zabiję Rajesha, przysięgam.
Powody, dla których żegnała się z Indusem po niemiecku, byłyby dla nas z pewnością niejasne, gdyby nie fakt, że w każdym wszelka styczność z Rajeshem budziła niepohamowaną ochotę, by krzyczeć. W dowolnym języku.
– To może ja zrobię kawę dla wszystkich – oznajmiła z westchnieniem, jakby kawa była receptą na każdy ból.
Bez wahania podążyliśmy za nią, ponieważ każdy argument przemawiający za przerwą był nam drogi. Integracja zespołu była zresztą dla firmy niemal bezkosztowa, bo zarówno kawę, jak i wszelkie dodatki do niej kupowaliśmy sami. Przez chwilę obawialiśmy się nawet, że wrzątek też będziemy musieli organizować indywidualnie, bo Krisztina ze względów bezpieczeństwa zarządziła gotowanie wody wyłącznie do temperatury osiemdziesięciu stopni, argumentując to ryzykiem oparzenia. Nie wiem, jak miała w zwyczaju parzyć kawę, ale ja zwykle nie wypijałem przy tym wody prosto z czajnika.
Kiedy znaleźliśmy się w kuchni i zajęliśmy miejsca wokół stolika – niektórzy stojące, bo Silimariusz oszczędzał nawet na krzesłach – zdałem sobie sprawę, że coś mi tu dziś przeszkadza bardziej niż zwykle. Uczucie to wręcz drążyło moje trzewia, przy czym nie dawało się uchwycić, dlaczego, ale było tak uciążliwe, że jąłem się rozglądać po twarzach zgromadzonych. Oblicze Eleny było, jak zwykle, wszechwiedzące, co przerażało Marcina. Nie było to nic nadzwyczajnego, więc i na mnie nie robiło wrażenia większego niż zazwyczaj. Janek i Ryszard wpatrywali się w Majtasa wzrokiem, od którego zamarzała woda w Afryce, a sam Majtas rozprawiał właśnie nad wyższością edukacji w Holandii. Cytrus patrzył na ręce Aśki, krzątającej się tradycyjnie między kubkami, które za chwilę miały zostać napełnione. Marlenka odpowiadała Holendrowi we właściwy sobie sposób, czyli myląc wszystkie słowa w absolutnie każdym języku. Twarz Andrzeja właściwie nie żyła, z tymi jego niemrugającymi oczami, w przeciwieństwie do kończyn, które żyły własnym życiem jakby oddzielone od pozostałej fizycznej powłoki. Bartek Kocurek, standardowo, miał zblazowaną minę, pozornie zatem nic się nie zmieniło w czasie mojej jednodniowej nieobecności.
– Proszę – powiedziała nad moim uchem Aśka, stawiając przede mną kubek z czarną kawą i sprawiając, że włoski stanęły mi na karku.
– Kawa z kardamonem, tutaj cynamon, tutaj orientalna, dla Cytrusa koktajl, dla Eleny ostra… – wyliczała, stawiając przed nami kubki i filiżanki. Sprawiała przy tym wrażenie osoby niezupełnie pełnoletniej, gdyż od czasu, gdy zaczęliśmy się spotykać, złagodniała i na twarzy, i pod względem stroju. W wyjątkowo niskich czółenkach, sukience za kolano i naturalnego koloru fryzurze wyglądała bardzo dziewczęco. I w tym wydaniu podobała mi się jeszcze bardziej, szczególnie że nie traciła przy tym swojego charakteru.
– Ach, dla Bartka jeszcze mleko – rzuciła, przechylając się nad stolikiem w kierunku stażysty. – Marleno, masz lodówkę najbliżej. Mogłabyś wyjąć z niej karton i podać?
Świeżo upieczona liderka zespołu księgowości niechętnie podniosła się z jednego z niewielu przynależnych naszej kuchni siedzisk, jakby się obawiała, że za chwilę urządzimy zabawę na miarę weselnego konkursu krzeseł. Podeszła do chłodziarki i uchyliła drzwiczki, po czym zastygła przed jej zawartością, jakby oślepiło ją światło. W milczeniu wpatrywała się w coś, co tam zobaczyła, powodując naszą mimowolną konsternację. Cisza się przedłużała, jak czekanie, aż czajnik zagwiżdże, co sprawiło, że wszyscy zerwaliśmy się z miejsc. Przy lodówce zrobiło się tłoczno, bo każdy usiłował wystawić głowę nad głowami pozostałych, aż w końcu Roman, vel Cytrus, jako pierwszy wybuchnął śmiechem.
– Dobre! – skomentował i odsunął się na bok.
– Bardzo śmieszne – odpowiedziała ociekającym ironią głosem Aśka, która dopchała się do znaleziska jako druga.
– A mnie się podoba – dodał Ryszard. – W końcu coś się dzieje. Kto się będzie bić?
Przecisnąłem się w końcu i ja, czego pożałowałem bardziej niż ciasteczek, których rzucenie nakazała mi Aśka. W lodówce dumnie tkwiła kartka, na której ktoś przykleił wycięte z gazety litery układające się w niemą, acz porażającą groźbę: ODDAJCIE MOJE PIEROGI.
– Czyli wyjadanie mięsa z czyjegoś makaronu jest już passé? – upewnił się Janek, jakby bycie na czasie stanowiło cel jego życia. – Teraz modne są pierogi?
Rozgardiasz, jaki zapanował po tym pytaniu, można przyrównać do zupełnie niczego. Dyskusja zahaczyła o parówki w cieście, kurczaka kung pao i sojową latte. Nie udzielałem się w rozmowie przede wszystkim dlatego, że przebywałem właśnie na dietetycznej Syberii, ale moja głowa wciąż mieliła w myślach powody, dla których czułem się dzisiaj tak nieswojo. Dopiero gdy wypiłem ostatni łyk kawy, dotarło do mnie, co jest tego przyczyną.
– Słuchajcie, a gdzie jest Krisztina? – spytałem, bo Lorincz była jedyną osobą, którą w biurze można było zastać niemal całodobowo. Zdarzało się, że pracę kończyła o trzeciej w nocy i wracała do niej o siódmej. Była tak oddana swoim obowiązkom, że czasami nie wiedziałem: zazdrościć jej, czy współczuć. To drugie uczucie miało mnie ogarnąć już za chwilę, ale najpierw na długie minuty w kuchni zrobiło się cicho.
– Czy rzuciłem właśnie zaklęcie uśmiercające? – zażartowałem, czując dziwne uczucie niestosowności własnego pytania, choć nie rozumiałem, co w nim było nie tak.
Aśka spuściła wzrok, przez co poczułem dreszcz na plecach. Nie słyszeliśmy się wczoraj przez cały dzień, który spędziłem na zwolnieniu lekarskim – z czystej i niczym niezmąconej ciekawości, czy naprawdę usłyszę od szefostwa, że beze mnie firma upadnie. Nic takiego nie nastąpiło, więc wyraźnie nie byłem jeszcze tak dobrym pracownikiem. Może dlatego, że po kilkutygodniowym szkoleniu zdołałem przepracować dokładnie osiem dni roboczych, ale dorobiłem się w tym czasie już pierwszego pozytywnego feedbacku. Podobno byłem w tym świetny, co dziwiło mnie niezmiernie, ponieważ nie miałem nawet kulawego pojęcia, co robię.
Ciszę przerwał Cytrus.
– Krisztina nie żyje – powiedział, wywołując we mnie okropne przeczucie. – Zmarła wczoraj podczas spotkania.
Potoczyłem pytającym wzrokiem po wszystkich, nim zatrzymałem go na Joannie.
– Nie patrz na mnie, tym razem byliśmy tam wszyscy!
– To się stało tak nagle – podjęła Elena. – Podobno jakiś incydent naczyniowy…
Pozostali wpatrywali się w kubki, jakby zawstydzeni swoją normalną egzystencją w charakterze niewątpliwie żywych osób.
– Czyli to była śmierć z przyczyn naturalnych? – spytałem dla pewności, choć okropny ucisk wciąż ściskał mi trzewia jak imadło.
Majtas już podnosił palec do góry, ale uprzedził go Janek.
– Podobno w wyniku udaru doszło do paraliżu mięśni oddechowych. Tak powiedziały nam służby.
Atmosfera w kuchni nabrała gęstości i większość zespołu odstawiła na blat nie do końca opróżnione kubki. W kuchni zostali tylko Aśka i Ryszard, który dobrodusznie postanowił wspomóc ją przy zmywarce. Udałem się za pozostałymi do biurek, ale nim dotarłem na miejsce, jakaś ręka capnęła mnie za ramię i wciągnęła do pomieszczenia zwanego akwarium.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Podziękowania
