Taniec z przeszłością - Karolina Święcicka - ebook

Taniec z przeszłością ebook

Karolina Święcicka

0,0

Opis

Czy od grzechów przodków można się uwolnić?

 W noc pogrzebu prababci Aniela zaczyna mieć koszmary. Czuje, że te sny to opowieść o wydarzeniach z przeszłości. Gdy wśród rzeczy zmarłej odnajduje tajemniczy pamiętnik z syberyjskiego zesłania, Aniela czuje że sama nie poradzi sobie z tym co zdarzyło się kiedyś.

 Tymczasem na warszawskim Mokotowie zaczynają ginąć ludzie. Śmierć starej kobiety otwarła bowiem drzwi oddzielające przeszłość i teraźniejszość. Nadchodzi czas wyrównania krzywd. Kto stoi za tajemniczymi zaginięciami? Co wydarzyło się sześćdziesiąt lat wcześniej? Czy szalona terapia ustawień rodzinnych Hellingera przywróci spokój umarłym? Komu przyjdzie ponieść karę?

 Niezwykle wciągająca opowieść o tym, przed czym nie da się uciec.

 

 Karolina Święcicka: tłumaczka i socjolożka z wykształcenia, dziennikarka i pisarka z zamiłowania. Prowadzi warsztaty z journalingu, zajęcia z twórczego pisania i arteterapię pisaniem. Współautorka poradnika psychologicznego „Wskazówki na dobre i złe czasy” (z Jackiem Santorskim), autorka bajek terapeutycznych „Baśniowe mikstury”, powieści rozwodowo - terapeutycznej dla dzieci „Mały Li”, a także thrillera dla kur domowych „Lalki”. ( www.karolinaswiecicka.com )

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Karolina Święcicka

Wydanie II poprawione, Warszawa 2026

Redakcja: Maria Wirchanowska

Korekta: Jadwiga Przeczek, Marzenna Kłos, Magdalena Białek

Projekt okładki i stron tytułowych: Ewa Popławska

Konwersja do e-booka: Katarzyna Mróz-Jaskuła

ISBN 978-83-61473-07-7

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

www.karolinaswiecicka.com

Instagram: karolina.swiecicka.autorka

Facebook: Karolina Święcicka-autorka

Spójrz ku wschodowi

nasi przodkowie patrzą na nas

Módl się do nich, módl się do nich

bo oni patrzą na nas

pieśń Czarnych Stóp, Jan Sobczak

Szałas Potu w tradycji Czarnych Stóp, Taraka

Dla Alfredy i Czesława, gdziekolwiek jesteście.

Dziękuję za wasze syberyjskie wspomnienia.

Syberia, Kraj Krasnojarski, rejon mański, 1956

Spienione fale rzeki Many toczyły swe wody z łoskotem. Ale tu, przy brzegu, było spokojnie, najlepsze miejsce na ryby. Mikołaj Błagadacki rozsiadł się w swej łódeczce. Zarzucił wędkę i czekając na zdobycz, zapatrzył się w nieokreślony punkt na horyzoncie. Myśli uciekały wtedy z głowy, a on sam stawał się jednością z tym wielkim rzecznym kołysaniem. Mógł tak trwać godzinami.

Kilka kilometrów dalej dwaj flisacy balansowali na tratwie, lawirując jak tancerze środkiem nurtu pomiędzy kłodami spławianych drzew, maleńcy jak żuki w szarych odmętach. Pierwszy, zwinny jak kot, widać, że już nie raz walczył z nurtem rzeki. Drugi poruszał się niezgrabnie. Na plecach przytroczony miał tobół z prowiantem, który dodatkowo krępował mu ruchy. Pracowali w milczeniu; raz na jakiś czas młodszy rzucał krótką komendę, dyrygując swoim towarzyszem. Dopiero gdy minęli kolejny łuk rzeki i wypłynęli na długi prosty odcinek, mieli chwilę, by odpocząć i porozmawiać.

Tratewka szybko pokonywała drogę. Już po chwili zamajaczyła na horyzoncie, dokładnie tam, gdzie dryfowało niewidzące spojrzenie Mikołaja Błagadackiego.

Jakieś odległe głosy niesione rzecznym nurtem wyrwały go z letargu. Przetarł oczy. Zdawało mu się, że dwa małe punkciki przemieszczają się szybko po kwadraciku tratwy jak mrówki na liściu. Mikołaj Błagadacki sięgnął do kieszeni po ostatniego papierosa.

Gdzież one się podziały?, myślał, gmerając w kieszeni w poszukiwaniu zapałek.

Głośny krzyk – ni to śmiech, ni to zawodzenie, poniósł się po wodzie. Wędkarz podniósł głowę na to wołanie. W oddali na tratwie, teraz już nieco bliżej, zobaczył maleńką postać.

Czy nie było ich dwóch? Widać wzrok mi się psuje, pomyślał. Zdawało mu się, że znajomy flisak wyciąga do niego rękę z pozdrowieniem. Uśmiechnął się i odmachał.

* * *

Warszawa, listopad 2011

Pogrzeb był skromny i w jak najbardziej pogrzebowym nastroju. Od samego rana siąpił deszcz, więc żałobnicy mokli w strugach wody nad trumną, modląc się bardziej niż o spokojne odpoczywanie o to, by jak najszybciej schronić się pod dachem. Stali jak stado zmokłych wron i jak zmokłe wrony, niemal bez słów, z furkotem czarnych skrzydeł płaszczy rozpierzchli się natychmiast po zakończeniu ceremonii.

Nie pamiętała nawet, kto składał jej kondolencje. Może oprócz Marcina, który został zaproszony na stypę. Nie miała o tym pojęcia, bo organizację całego przedsięwzięcia na szczęście wzięła na siebie Magda. To także było jej obojętne. W sumie nawet przyznała Magdzie rację. Marcin, jej były mąż, był ukochanym zięciem mamy. No i był też ojcem Magdy. Mama na pewno chciałaby go widzieć na swoim pogrzebie. Może nawet bardziej niż ją?

Chociaż to, że usadzono ich w restauracji obok siebie, uznała już za lekką przesadę. Nie chodziło o nią, jej było to obojętne. Jedyne, co teraz czuła, to pustka. Nie rozpacz, nie strach, nie szok, że oto została najstarszym członkiem swojej niewielkiej rodziny. Tylko pustka i obojętność. Ale Marcin czuł się w obowiązku zabawiać ją rozmową. Pod ostrzałem spojrzeń swojej córki straciła całkiem wenę do konwersacji, więc musiał się srodze namęczyć, a przecież nigdy nie był duszą towarzystwa. Niemal było jej go żal. Kiedy zaproponował, że odwiezie ją do domu, przyjęła to z ulgą. Drogę przebyli w całkowitym milczeniu, wsłuchani w skrzypienie wycieraczek.

A potem weszła do pustego mieszkania i nie zapaliwszy światła, usiadła na kanapie.

Była tu sama.

Jej matka właśnie została na cmentarzu.

Równie dobrze mogła tam zostać razem z nią.

Nie dlatego, że tak bardzo ją kochała.

W jej życiu wszystko się skończyło. Była starą kobietą, której życie polegało na opiekowaniu się schorowaną matką. Po tylu bezsensownych latach przy łóżku chorej, po takiej dawce rozczarowań, powinna czuć ulgę i radość, a nie smutek. Tyle że po co miała teraz żyć? Czuła się tak, jakby sens jej życia także poszedł do piachu.

* * *

Aniela weszła do mieszkania, byle jak rzuciła płaszcz na wieszak i chociaż słyszała, jak spada z szelestem na podłogę, natychmiast zatrzasnęła za sobą drzwi do swojego pokoju. Nastawiła ulubioną płytę, ale nawet zachrypnięty głos Chrisa Cornella nie mógł ukoić jej nerwów.

Nie chodziło o to, że prababcia zmarła. Wiadomo było, że tak się stanie.

Chodziło o tych beznadziejnych ludzi.

Mokła na cmentarzu, dygocąc z zimna, po raz ostatni, a do tego – o wstydzie! – pierwszy, próbując poznać tę osobę, którą właśnie żegnali. Ale nie mogła. Niewielki tłumek krewnych budził w niej odrazę. Przestępowali z nogi na nogę z ledwie ukrywanym zniecierpliwieniem. Odwalali obowiązek, szepcząc do siebie jakieś pierdoły, których strzępki docierały do jej uszu.

– …płyta z piaskowca…

– …piękny wieniec… od stowarzyszenia bibliotekarzy…

Skupcie się, do cholery, chciała wrzasnąć. Dla nich było to coś pomiędzy wyrzuceniem śmieci a obiadem u nieznośnej ciotki. Po ceremonii rozsypali się bezładnie jak koraliki zerwane ze sznurka, każdy w swoją stronę.

– Idę spać, kochana. – Drzwi pokoju uchyliły się nieco. – Jestem wykończona tym wszystkim.

– Dobranoc, mamo.

– Ty też się połóż, już po dziesiątej się zrobiło. Jutro o ósmej masz przecież lekcje.

– Dobra – powiedziała na odczepnego.

Ten pogrzeb nic dla nich nie znaczył. Małe, zgnuśniałe typki, myślała z pogardą, wpatrzona w czarny sufit pokoju. W tym, jak podchodzimy do zmarłych, widać całe nasze podejście do ludzi w ogóle.

Czuła do nich tak wielkie obrzydzenie, że zupełnie nie potrafiła się skoncentrować na pogrzebie. Wszystko popsuli.

A potem jeszcze ta stypa.

Co za koszmar.

A tak bardzo chciała pożegnać się na poważnie. Z szacunkiem, oddać cześć i tak dalej, bez szemrania kretynów za plecami.

Wciąż możesz to zrobić, pomyślała nagle.

Tak, wciąż mogę, odpowiedziała sama sobie. Za tydzień w niedzielę pojadę na cmentarz.

Nie musisz czekać do niedzieli. To dziś jest Święto Zmarłych.

Przewracała się z boku na bok, dyskutując sama ze sobą. W końcu usiadła na łóżku, kierowana jakimś dziwnym impulsem. Tak, właściwie, po co czekać tak długo, skoro powinnam to zrobić dziś?

Kiedy tylko podjęła decyzję, poczuła nagły przypływ energii. Nigdy dotąd nie miała takich pomysłów. Ale coś, jakiś wewnętrzny głos, nakazywało jej wstać, po cichutku odnaleźć niechlujnie rzucony płaszcz i po prostu wyjść.

Światło w pokoju matki było już zgaszone. Wymknęła się z domu i po prostu pojechała tam nocnym autobusem. Prosto na cmentarz.

* * *

Wcale nie okazał się straszny. Księżyc otulał drzewa i krzyże srebrzystą szarością; było tak cicho, że słyszała każdy swój krok chrzęszczący na żwirowej alejce. Deszcz ustał; w powietrzu wisiała przenikająca wszystko lodowata wilgoć. Tłumy odwiedzających już podreptały do domów, pozostawiwszy niezliczone światełka swojej pamięci, tlące się jeszcze gdzieniegdzie mimo ostrego wiatru. Wśród kolorowych lampionów zniczy łatwo było znaleźć świeży grób. Świeczki zapalone przez żałobników wciąż jeszcze migotały czerwonożółtymi punkcikami. Stosy kwiatów piętrzyły się jak romantyczny kurhan.

– Ale ty nie byłaś romantyczna, co?

Jej głos w ciemnościach brzmiał dziwnie, zbyt butnie, obco.

– Przyszłam się z tobą pożegnać – powiedziała ciszej, siadając na ławeczce przed grobem. Zimno było przenikliwe. Okutała się ciasno płaszczem, ale wilgoć bezlitośnie wnikała przez cienką wełenkę.

– Nic o tobie nie wiem. A przecież jesteśmy imienniczkami.

Dyskretny poszum drzew.

– Jaka byłaś w moim wieku? Taka sama? Nie wierzę. Dlaczego nigdy cię o to nie pytałam? Dlaczego byłaś zawsze taka zimna, taka surowa, taka zupełnie inna od babci Renaty? Co cię spotkało? Czy ty w ogóle byłaś kiedyś zakochana?

Deszcz siąpił i bezlitośnie przenikał przez płaszcz. Patrzyła na ciemny wzgórek kryjący trumnę i przemawiała do kobiety, której nie było już pośród nich. A może była?

Aniela zamknęła oczy i wsłuchała się w szmer nocy. Tam, po drugiej stronie, było coś więcej niż powietrze. Czuła to.

– Życzę ci, żebyś odnalazła tam spokój – powiedziała, kucając, by zapalić znicz, który zgasł pod dmuchnięciem wiatru.

Płomyk przywrócony do życia cmoknięciem zapalniczki zadygotał nieśmiało. Wiatr zakołysał koronami drzew i zdławił światełko. Mogłaby przysiąc, że poprzez ich szum słyszy ludzki szept: szszsz. Zupełnie jakby znów była malutka, a prababcia uspokajała ją przed zaśnięciem.

„Szszsz, niołku” – tak zawsze mówiła.

A może zbudziła kogoś jeszcze? Rozejrzała się nerwowo wokoło. Głupio zrobiła, że gadała tak na głos. A nuż ktoś się tutaj szlaja o tej porze?

Drzewa poruszyły się ponownie. Dopiero teraz usłyszała w ich szumie te setki stłumionych odgłosów czających się w ciemnościach – tu łopot skrzydeł, tam trzaśnięcie gałązki, a wokół szepty, tysiące szeptów, jakby przebudzone istoty zastanawiały się, co z nią zrobić za to nocne najście.

Płomyk znicza zatańczył znienacka ponownie, tocząc walkę o życie z wiatrem. I nagle – Aniela przetarła oczy – nagle oderwał się od knota i uniósł ponad ziemię. Rozrósł się, przeobrażając w złocistą poświatę. Powoli zbliżył się do niej, po czym wchłonął ją do wewnątrz niczym kokon.

Spróbowała dotknąć ścianki złotego balonika, a wówczas światło rozprysło się niespodziewanie na milion cząsteczek, jak bańka mydlana. I Aniela zorientowała się, że znajduje się w jakimś zupełnie innym miejscu.

A na dodatek – że chyba wcale nie jest już sobą.

A raczej, że jest sobą, lecz równocześnie zupełnie kimś innym, w zupełnie innym miejscu i czasie.

* * *

Wnętrze było niemal tak ciemne jak cmentarz nocą. Dyskretne światło rzucała jedynie lampka naftowa stojąca na kamiennym progu przy drzwiach. Pachniało słodkawo mlekiem ściekającym do wiaderka. Jej zwinne palce uciskały wymiona delikatnie i stanowczo, syk syk syk – tryskała ciepła biała ciecz.

Kim jestem?

A jednak wiedziała, co robić. Jej mózg wypełniły obce myśli, jakby nagle w jej ciele znalazły się dwie osoby – ona, Aniela, i ktoś inny.

Muszę się pośpieszyć. Po zmroku nie wolno się oddalać z domu. Ale dzisiaj muszę, po prostu muszę.

Jaśko się ze mną umówił.

Kim jest Jaśko?

Co to za sen?

Kim jestem?, pomyślała znowu Aniela. A potem pytanie umknęło, przepłoszone przemożnym uczuciem tęsknoty, kiedy znów w pełni stała się tamtą.

Serce biło jej jak młotem. Przyjdzie czy nie? A jeśli tak, sama nie wiedziała, jak to będzie.

Wszystko ją w nim pociągało.

Przyśpieszyła ruchy, w obawie, że nie zdąży na umówione spotkanie tuż po zmroku. Ależ ta krowa ma dzisiaj mleka, chyba nigdy się nie skończy, pomyślała ze złością. A kto wie, czy on będzie czekać.

Usłyszała jakiś szelest od drzwi. Pewnie kot, pomyślała, łasy na mleko. Odwróciła się, by przegonić łakomczucha, i podskoczyła, omal nie wylewając całego mleka.

W drzwiach stał on. Ciemno już było, tylko jego oczy błyszczały w mroku.

Odruchowo przygładziła chustkę na głowie. Była zła, bo nie zdążyła nawet poprawić włosów.

Błysnął tymi swoimi wilczymi zębami.

– Bałem się, że nie przyjdziesz. To sam przyszedłem.

Uśmiechnęła się nieśmiało.

– Jak cię tata nasz przyłapie, to będzie źle.

– Nie przyłapie. – Znów błysnął zębami w uśmiechu. – Tylko Tadzik wie. Ale on się nie odważy pisnąć nikomu, bo wie, że mu kości porachuję.

– Muszę mleko zanieść.

Złote oczy Jaśka patrzyły przyjaźnie, jakby się bał, że ją spłoszy.

– Zaczekam. Tam, gdzie zawsze przesiadujesz – odparł i zniknął równie cicho, jak się pojawił.

* * *

Drzwi od obory trzasnęły zbyt głośno i cała wizja znikła tak nagle, jak się pojawiła. Znowu siedziała na cmentarzu, zupełnie zdrętwiała z zimna. Musiała odczekać jeszcze dwa papierosy, odpalone jeden od drugiego, żeby dojść do siebie.

Co to było? Bo jeśli sen, to dlaczego tak sugestywny, jakby weszła w cudze ciało i pamięć?

Czy to ty, prababciu?

Chciała odezwać się jeszcze raz do tego świeżego grobu, ale straciła rezon. Szepty w ciemnościach osaczały ją coraz bliżej. Wydało jej się, że nawet kwiaty wplecione w grobowe wieńce bezgłośnie otwierają usta. Odwróciła się na pięcie i pobiegła na przystanek.

* * *

Za dnia z wyższych pięter apartamentowców ten teren wyglądał jak baśniowa kraina liliputów. Miniaturowe ogródki porośnięte zdziczałą roślinnością ciągnęły się aż po horyzont niczym mokotowski odpowiednik lasów deszczowych. Gdzieniegdzie spomiędzy drzew wystawały dachy krasnoludkowych chatynek, przygarbione pod ciężarem przerośniętych gałęzi dzikiego wina i bluszczu; ponad nielicznymi z nich unosiły się strużki dymu z palonych liści.

W nocy działki wyglądały jak królestwo złośliwych gnomów – ciemne, zarośnięte, niezbadane, przyjazne jedynie wybrańcom. Pokręcone konary starych drzew owocowych wyciągały w górę czarne paluchy gałęzi. Przez ogrodzenie sączył się zapach ziół i przegniłych liści.

I za dnia, i w nocy o tej jesiennej porze roku ogródki działkowe tonęły w ciszy. Nawet rośliny wydawały się pogrążone we śnie. Gawrony, buszujące na zmarzniętej ziemi w poszukiwaniu żuków i pędraków, hałaśliwie poderwały się do lotu, gdy na ścieżce pojawiła się czarna postać. W zanikającym już świetle dnia wysoki mężczyzna ciągnął za sobą wyładowany wózek. Przyglądał się mijanym domkom, oceniając stopień ich opuszczenia. W swoim długim płaszczu wyglądał jak zjawa z innej epoki.

W końcu jeden z domków zyskał jego akceptację. Mężczyzna przystanął przed wejściem na działkę, poddając oględzinom zapuszczony ogród i zardzewiałą furtkę. Rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy nikt go nie śledzi. Po czym celnym kopniakiem otworzył bramkę.

Drzwi do domku potraktował tak samo obcesowo.

Z trudem, oganiając się od pół czarnego płaszcza, który krępował mu ruchy, uniósł wielki pakunek stojący na dwukołowej przyczepce i ostrożnie przeniósł go do maleńkiego domku. Zniknął na chwilę w środku, po czym wrócił po kolejną olbrzymią pakę. Pół niosąc, pół wlokąc, zataczając się pod jej ciężarem, dobrnął z trudem do domku.

Wyjął z kieszeni łańcuch z wielką kłódką i starannie zamknął swoją nowo nabytą posiadłość. Odgarnął włosy i znów podejrzliwie rozejrzał się wokoło.

Na szczęście nikogo nie było.

Zmęczony, z niechęcią spojrzał na ciężką przyczepkę i usiadł na ganku. Trzeba to będzie jakoś zatargać z powrotem. Zapalił papierosa, zbierając siły na powrót.

Był zadowolony.

Nareszcie znalazł odpowiednio ustronne miejsce. Ten złowrogi klimat był spełnieniem jego marzeń.

Nikt nie będzie go tutaj niepokoił. A on potrzebował izolacji.

Zapadający mrok wygonił kraczące ptaki i ściągnął ze sobą wieczorny ziąb. Mężczyzna otulił się ciaśniej płaszczem.

Było tu idealnie. Gdyby jeszcze nie było tak lodowato.

Ale i to miało swoje dobre strony.

* * *

Krzątali się bez słowa po kuchni. Mężczyzna wyciągnął z zamrażarki mlecznobiały flakon z napisem „Vodka Cavalli”. Kobieta, zręcznie unikając fizycznego kontaktu, postawiła obok niego na blacie bezcukrową colę i dwie szklaneczki do drinków; ascetyczne w formie cudeńko firmy Eva Solo, autorstwa duńskich projektantów. Mężczyzna fachowo odbił łokciem butelkę wódki, otworzył colę. Wlał do obu szklanek przezroczysty płyn, po czym zalał musującym rozcieńczaczem. Kobieta podeszła do kredensu. Na jego górnej półce, oprócz staroświeckiej pięknej wazy na zupę, stały ekskluzywne bibeloty: kosztowne porcelanowe miniaturki, ozdobne filiżanki, pamiątki z podróży. Pośrodku ślubne zdjęcie w robionej na zamówienie białej ramce z wygrawerowanym napisem: „Dianna i Tadeusz”.

Kobieta przestawiła białego porcelanowego niedźwiadka w stylu fabergé, ze złotymi pazurami i inkrustowanym czaprakiem – ich unikalną skarbonkę. Wrzucali do niej „karne” drobniaki – dwa złote za brzydkie słowo wypowiedziane przy dzieciach, pięć za bardzo brzydkie. Obok skarbonki siedział inny niedźwiadek, też polarny, ale pluszowy. Delikatnie wzięła go na ręce. Rozsunęła jego łapki i wyjęła z brzuszka małą kamerę.

– Już? – spytał mężczyzna.

Kiwnęła głową.

Usiedli w swoim barokowym salonie na kanapie chippendale, w identycznych pozach, które nabywa się wraz ze stażem małżeńskim, ale w bezpiecznej odległości od siebie, jakby się umówili, że wzajemny dotyk, nawet przypadkowy, szkodzi. Oboje trzymali w dłoniach szklanki z trunkiem w kasztanowym kolorze, którego barwa, jak skonstatowała z zadowoleniem kobieta, idealnie komponowała się z brązowym obiciem sofy. Poprawiła niewidoczne zagniecenie na aksamitnej poduszce ozdabiającej kanapę. W ciemnym ekranie wielkiej plazmy odbijały się ich sylwetki. Sielankowy obraz wzorowego małżeństwa, pomyślała kobieta, ale się nie odezwała. Już od dawna nie odzywali się do siebie bez potrzeby. Nieczęsto także zdarzało im się tak razem siedzieć. Ale dziś postanowili zewrzeć szyki. To, co za chwilę mieli oglądać, nie było wcale romantycznym filmem na dobranoc.

– Myślisz, że powinniśmy ją tak sprawdzać? – zapytała.

– Melsztyńscy też tak robili. Nie chciałabyś wiedzieć, komu płacisz? I dlaczego Teo chowa się do szafy, kiedy ona przychodzi?

Uspokojona tym usprawiedliwieniem, rozsiadła się wygodniej, zacisnąwszy ręce na drinku.

Na ekranie pokazał się lekko zamazany obraz. Przewinęli film do momentu, gdy w telewizorze ukazała się ludzka postać. Czarnowłosa kobieta, około czterdziestki, krzątała się po kuchni. Przy stole siedział jasnowłosy chłopczyk. Grzebał smutny w talerzu pełnym ziemniaków.

– Wiesz, co będzie, jak nie zjesz – powiedziała ostro kobieta.

Malec zgarbił się i wsadził do ust kawałek ziemniaka.

– Niedobre – poskarżył się.

– Zamknij się i jedz.

Kobieta na kanapie się wyprostowała. Jej mąż zesztywniał. Chłopczyk żuł posłusznie. Opiekunka stała nad nim jak kapo.

– Następny. Streszczaj się, zaraz wychodzimy – powiedziała.

Chłopczyk zaczął cicho płakać.

– Piciu…

– Sryciu – warknęła niania i znienacka uderzyła pięścią w stół.

Podskoczył chłopiec na ekranie, podskoczyło też małżeństwo na kanapie. Kobieta z sykiem sięgnęła po chusteczkę i zaczęła wycierać z kanapy plamę po drinku.

Głos z ekranu przeszedł w krzyk:

– Piciu będzie po jedzeniu! Ile razy mam ci powtarzać?! Albo zjesz, albo wiesz, co będzie! Mama się pogniewa, oj, bardzo pogniewa, jak nie zjesz!

Chłopczyk, przełykając łzy, powoli męczył obiad.

– Mnie już wystarczy – powiedziała słabo kobieta.

– Poczekaj, zobacz, co ona robi – odparł mężczyzna. Pochylił się w stronę telewizora.

Niania straciła zainteresowanie Teosiem. Podeszła teraz w stronę kamery. Na ekranie pojawiła się jej twarz, tak wielka, że można byłoby policzyć jej wszystkie zmarszczki. Ależ ma rozczochrane te brwi, a do tego zaskórniki przy nosie, naprawdę mogłaby coś ze sobą zrobić, skrzywiła się kobieta przed telewizorem. Niania przyglądała się, jakby stała przed wideodomofonem i czekała na wpuszczenie.

– Kuźwa, ona nas widzi… to znaczy kamerę – wyszeptała kobieta. – Zaraz nam coś powie…

Mąż nie odpowiedział. Czarnowłosa przybliżyła się jeszcze bardziej. Prawą dłoń wyciągnęła przed siebie.

– Zaraz wyłączy – powiedziała nerwowo kobieta.

Ale czarnowłosa sięgnęła po inkrustowaną skarbonkę. Po chwili jej postać lekko oddaliła się od kamery. Na tyle, by wyraźnie mogli zobaczyć w jej dłoniach misia fabergé. Otworzyła szkatułkę, zajrzała do środka i wyjęła trzy pięciozłotówki, a następnie schowała je do kieszeni. Po chwili jej twarz znów wypełniła cały ekran. Odstawiła skarbonkę i wróciła do chłopca.

– Nie chcesz jeść, to nie będziesz jadł – warknęła i jednym ruchem wyrwała mu talerz, po czym wyrzuciła jedzenie do śmieci.

Kobieta i mężczyzna siedzieli bez słowa.

W końcu mężczyzna wydukał:

– No to chyba znowu szukamy opiekunki.

Jakie szukamy, pomyślała szyderczo. Przecież ty nawet nie kiwniesz palcem.

Na myśl o kolejnym castingu na nianię zbierało jej się na wymioty.