Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jest rok 1994. W pewnej wiosce w Karyntii, na dalekim południu Austrii, u podnóża gór, narratorka ukrywa się pod ciężarówką, obserwując ludzi kręcących się po podwórzu. Ma jedenaście lat i właśnie gra w chowanego ze swoją przyjaciółką, Lucą, w której jest zakochana. Będzie musiała się z nią pożegnać, bo jej matka realizuje właśnie marzenie o ucieczce z dusznej prowincji do miasta. Dziewczynka chowa się i patrzy. Wsłuchuje się w tajemnicze historie, opowiada. Dzięki niej poznajemy absurdalny i niebezpieczny, patriarchalny świat, miejsce, w którym na zakrystii dzieją się bardzo złe rzeczy, gdzie prawdziwa miłość jest zakazana, i gdzie wciąż wyraźnie słychać echa nazizmu.
Jost wyleje wam na głowę kubeł zimnej wody, żebyście wracali do domu przemoczeni do suchej nitki. Ta radosna zjadliwość może prowadzić do poprawy świata albo prostu do gospody z piwem. Można wypróbować obie opcje.
Elfriede Jelinek
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 261
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału Wo der spitzeste Zahn der Karawanken in den Himmel hinauf fletscht
© Suhrkamp Verlag Berlin 2024.
All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Cyranka, 2026
Copyright © for the Polish translation by Zofia Sucharska, 2026
Książka została opublikowana dzięki wsparciu Austriackiego Forum Kultury
Wydanie I
Warszawa 2026
Dla Doro i Lili
Nieopodal położonej niżej doliny, którą nazywamy Doliną Szakali – a zatem nie była nią od zawsze, bo na początku nazywała się zupełnie, ale to zupełnie inaczej – znajduje się należąca do moich rodziców Gospoda Gratschbach. Z miejsca, w którym ku niebu szczerzy się najostrzejszy kieł Karawanków, do Gospody Gratschbach jest może czterdzieści kilometrów. Z gigantycznego alpejskiego szczytu zwanego Wysokim Krzesłem, który zarówno przed laty, jak i dziś wielu miejscowych uznaje za koniec świata, ścieżka prowadzi na brzeg Drawy. Wzdłuż wściekle kipiącej Drawy można ruszyć w górę rzeki. Najpierw oczom ukazuje się maleńka wioska Bratnia Nędza, gdzie rzymsko-katolicki zakon żebraczy uległ wdziękom rubasznej córki miejscowego chłopa, a następnie most noszący nazwę Panieński Skok, z którego od dawien dawna rzucali się samobójcy. Dalej po prawej znajduje się ogromne jak morze jezioro Wörthersee ze sceną z mgły, zniszczoną, zbutwiałą, która do końca świata będzie stukotać na bezceremonialnym wietrze i rozpadać się kawałek po kawałku. Wytęż słuch, a wychwycisz kontrapunkt żałosnej jeremiady Alp i Adriatyku, zaś jeżeli słuch masz wyjątkowo dobry, nie umknie ci nawet echo kilku wciąż rozbrzmiewających urywków tekstu z niezapomnianych koncertów. Ku niebu rozchodzi się na przykład jąkanie „Książę z ba-ba-bajki” z dawno już minionego roku. Nie zatrzymuj się. Jesteś już prawie u celu. Idź dalej, w głąb lądu. Tam zobaczysz pola kukurydzy, w zależności od pory roku dynie lub kalarepę, kwiaty na nieuprawnych łąkach i psy myśliwskie, które trójskokiem przemierzają świeżo zaorane pole, z zaślinionym pyskiem polując na bażanta. Pomiędzy wciąż kolejne drzewa – najpierw pojedyncze, potem jest ich coraz więcej; ściśnięte ciasno jedno obok drugiego rzucają cień, który nie zna końca, to już tylko las iglasty. To twoje miejsce. Dalej, wejdź nieco głębiej. Cały czas w stronę ciemności. I ciszy. Kiedy robi się już naprawdę złowieszczo, gałęzie się przerzedzają i oczom ukazuje się swobodnie oddychający kawałek ziemi, której piękno pozostaje w pamięci do końca życia, do samego końca. To jest to miejsce. Ziemia należała do moich rodziców i tutaj właśnie znajduje się pensjonat Gospoda Gratschbach.
Wychodzisz więc z lasu w złotym bucie i początkowo myślisz, że to przez padające na niego pełne dostojeństwa światło. Idziesz w lewo, na drugą stronę; tam, gdzie wyrwany z korzeniami praświerk przecina skraj lasu niczym porośnięte mchem zwierzę, które zapadło w sen zimowy. Wzdłuż tego drzewa idziesz dalej, nie bój się stawiać zdecydowanych kroków. Dalej po prawej stronie mijasz rozżarzony do czerwoności piasek na korcie tenisowym, unoszące się nad nim rozedrgane powietrze otacza głuchy odgłos uderzeń i dźwięk hamujących butów Stan Smith. Przybyłeś w rodzinne strony kilku jaskółczych klanów, do garażu z dwuspadowym dachem, na który staruszek, dziadek z oberży Louis Bressler, sam ciosał drewno przez ponad pół dziesięciolecia. Własnymi siłami wycinał drzewo po drzewie, ciął je na deski na to zadaszenie. Aż po dziś dzień z lasu niesie się odgłos uderzania przez niego siekierą, z lekkim zawahaniem wypadający z taktu, każde zamachnięcie wypłasza skądś jakieś zwierzę. Słyszysz święty stukot dzięcioła i widzisz zdyszane sarnię na nóżkach cienkich jak zapałki. Ze wszystkich stron otacza cię zapach. Drewna, polnych kwiatów i wody. Z oddali dochodzi szczekanie przegrzanego psa, ostre, przenikliwe, zziajane, do tego pobrzękiwanie łańcucha. Pszczoły nad polami zataczają kręgi jak pijane pod ciężarem kwiatowych pyłków. Czujesz, jak źdźbła traw smagają ci nogi, gdy idziesz łąką w stronę basenu między gospodą a domem. Połyskująca tkanka krajobrazu. Owady w zaroślach.
Okolica Gratschbach to las bez oczu. Bez krzewów i gałęzi, które wygięte łączą się z szelestem za twoimi plecami, by za chwilę napędzić ci śmiertelnego strachu. Nie ma tu też mówiącego wilka, który ze śliną kapiącą z pyska patrzy, jak zastawiasz na niego potrzask. Podstęp i złośliwość to w odniesieniu do tutejszej fauny i flory – używając określenia mojej mamy – bzdurki. Las w Gratschbach i pola, łąki, staw stanowią całkiem zwyczajną sumę roślin, wody i żyjących w niej zwierząt. Nic poza tym. To wszystko, co ma do zaoferowania okolica Gratschbach.
Gdy w 1989 roku zrobiono zdjęcie, które trzymam w dłoni, brakowało mi trzeciego zęba z lewej strony; nad skronią stoi nastroszony pukiel włosów. Fryzura na grzybka, przykrótkie spodnie, turkusowa bluza z weluru. Marszczę nos, przez co oczy wydają się malutkie, i zuchwale szczerzę zęby w krzywym uśmiechu do fotografki, która, sądząc po moim wyrazie twarzy, mi się podobała. Pośrodku w ostatnim z trzech rzędów stoi najstarszy chłopak w klasie, blisko dziewięcioletni Andreas. Ma na sobie żółty bezrękawnik z białym napisem Champion, włożony na szarą koszulę z krótkimi rękawkami, i majestatycznie opiera stopę na ławce, prezentując czubek swoich nowiutkich butów za kostkę Adidas Jogging, które pół roku później Winzling Frieder ukradł mu z szatni przy sali gimnastycznej. Następnego dnia mały Frieder w swoich podwędzonych siedmiomilowych galoszach doczłapał się na lekcję, a o tym, co wydarzyło się potem, świadczy plama krwi na policzku portretu Kurta Waldheima, zajmującego honorowe miejsce pod krucyfiksem. Nauczycielka religii zauważyła plamę – „Jezusmaryja, toż to krwawi!” – na co adekwatnie do zajmowanego stanowiska i bez wahania zaalarmowała księdza Don Marco, który z watykańską delegacją przybył do klasy, by jako fachowiec zbadać waldheimski cud.
Na zdjęciu dżinsy Andreasa są błękitne, podobnie jak kółeczko w jego prawym uchu; krótkie, płowe włosy zawsze nosił zaczesane z przedziałkiem pośrodku głowy. O Andreasie mówiło się, że swojego brata bliźniaka o imieniu Kopernik jednym chapnięciem połknął w brzuchu matki. I że ów brat bliźniak wciąż w nim żyje, przez co Andreas ma siłę za dwóch. Jego dom rodzinny znajduje się trzy kilometry na północ od Gospody Gratschbach, w Dirnbach, Dirnbach zaś składa się z opuszczonego gospodarstwa, trzech otwieranych w sezonie winiarni i siedmiu domów jednorodzinnych, z czego na czterech skrzynkach pocztowych widnieje nazwisko Andreasa – Kuchnig – a na trzech pozostałych nazwisko Wallach. Właścicielka winiarni Marlene Wallach jest ciotką Andreasa, ale to nie ma nic do rzeczy.
Na ławce przed Andreasem siedzi Karla w bardzo krótkim, ale uszytym na miarę stroju ludowym z Bleiberg, w bluzce z kryzą, którą nosiła zawsze bez wyjątku – w lesie, w szkole, w kościele, na nartach oraz przy dwudziestu ośmiu stopniach nad jeziorem jako ochronę przed słońcem. Pod sukienkę wkładała białe pończochy, które zrobiła na szydełku jej babka, z takim samym wzorem jak na bluzce. Podążając śladami traktora od gospody moich rodziców w stronę Dirnbach, po dwóch i pół kilometra można dotrzeć do kaplicy. Ojciec Karli dostał możliwość odkupienia jej od diecezji – być może dlatego, że był w bardzo dobrych stosunkach z odpowiedzialnym za to duchownym – i przerobił ją na dom mieszkalny po tym, jak jego żona, matka Karli, pewnego dnia po prostu rozpłynęła się w powietrzu i nigdy więcej na tej ziemi nie widział jej nikt, żaden człowiek ani zwierzę. Gdyby dało się przybliżyć zdjęcie, można by przez dziury w rajstopkach Karli dostrzec, że – tak przynajmniej mówili ludzie – kiedy miała trzy lata, ojciec oblał ją gorącym olejem, bo odmówiła mu posłuszeństwa. Od kiedy wyszła ze szpitala, w którym na intensywnej terapii dziecięcej spędziła trzydzieści sześć tygodni w stanie zagrożenia życia, zaczęła uczęszczać na lekcje baletu, bo musiała nieustannie – tak, nieustannie – rozciągać oparzoną skórę. Kiedy zrobiono to zdjęcie, w 1989 roku, miała siedem lat i już wykazywała potencjał primabaleriny, jednak na nieapetyczne blizny nie można było nic poradzić.
Przed ławką na podłodze, u obciągniętych rajstopami stópek Karli, leży Ludwig, który ze względu na swoją wyjątkową długość i szczupłą posturę szerokości ucha igielnego musiał znosić docinki typu „Hej, ty Wiwernie!”. Przed zrobieniem zdjęcia śnieżnobiałe włosy jak co miesiąc zostały mu ścięte na długość pół centymetra. Przez ojca oficera. To ojciec wymyślił także przejęte przez Ludwiga określenie hamgong na ostatni dzwonek w roku szkolnym oraz „koszarowania” na lekcje, które trwały cały dzień.
Z boku po prawej stronie po turecku siedzi Franzi. Ma na sobie luźne spodnie w kolorze cynamonu, liliowy T-shirt i niebieskie buty Pumy z tajemną skrytką na rzep. Uśmiecha się szeroko do obiektywu. Franzi był wówczas w klasie nowy, przeniósł się z Tyrolu do Karyntii z powodu naprawdę niezwykle delikatnej i tajemniczej historii, której szczegóły znał jedynie Pan Wszechmogący. Jednak z tego, co matka Franziego opowiadała mojej mamie i co podsłuchałam pewnego razu, wynika, że było tak: Franzi chodził w Innsbrucku do katolickiej szkoły o doskonałej, doprawdy doskonałej renomie i dzięki tej szkole dostąpił zaszczytu służby do mszy. Jednak któregoś razu po nabożeństwie nie wyszedł z zakrystii, więc jego matce nie pozostało nic innego, jak bez pozwolenia zakraść się za kulisy Domu Bożego. A gdy zobaczyła swojego syna, wydobyła z siebie taki krzyk, że hostie w Świętym Graalu rozpadły się w pył. Franzi golusieńki stał w rozkroku, a na wysokości jego krocza znajdowała się głowa księdza z otwartymi ustami, do których siusiał Franzi, obok zaś leżały trzy puste butelki po wodzie. Duchowny odepchnął Franziego i zaczął wymyślać jego matce, co ona sobie wyobraża, żeby bez pozwolenia wściubiać nos do zakrystii, i to będąc kobietą; przecież to Dom Boży, a przekraczać jego próg można tylko za pozwoleniem boskiego wysłannika, a mianowicie jego osoby. Matka chwyciła swojego nagiego cherubinka, zaciągnęła go do samochodu i pędem wróciła do ich szeregowca. Wyprowadzili się już następnego dnia. To wszystko opowiadała matka Franziego mojej mamie, nieustannie wykonując znak krzyża, podczas gdy ja przysłuchiwałam się rozmowie pod ławą kuchenną Rucków, na wpół zajęta zabawkowym samochodzikiem.
W kuchni pani Ruck wisiał oleodruk obrazu Matthiasa Holländera, namalowane zdjęcie klasowe z 1889 roku. Dokładnie sto lat przed zrobieniem naszego zdjęcia klasowego. Im dalej do tyłu, ku ostatnim rzędom, tym zdjęcie jest ciemniejsze, bardziej mroczne. Jak gdyby istniało nieskończenie wiele rzędów owych dzieci, coraz dalej w głąb ciemności, licząc w stronę zaświatów. Kiedy zostawałam pod opieką pani Ruck, kilka razy zdarzyło mi się stanąć na kuchennej ławie i spojrzeć w oczy rówieśnikom, czasem z kanapką z mortadelą w jednej i ogórkiem konserwowym w drugiej ręce; donośnie przeżuwając lub mlaskając, wielokrotnie oglądałam ich twarze. W gruncie rzeczy każde dziecko, które znałam, miało na tym obrazie swojego odpowiednika, dublera, przez co obraz emanował złowrogą aurą. Rtęć, która niczym magnes przyciąga rtęć. Dzieci wypędzone w ponadczasową przeszłość. Chciałam być tym na dole po lewej, tym chłopakiem: marynarka wybrzuszona, kołnierzyk wykrzywiony, podkolanówek nieco zmarszczony w zgięciu nogi. Początkowo myślałam, że patrzy w obiektyw, ale po dokładnym przyjrzeniu się stwierdziłam, że tego nie robi. Sto lat temu czas naświetlania był dłuższy niż dziś. Dlatego dzieciom nie wolno się było uśmiechać. Wyraz ich twarzy pasował do ich przemijalności.
Na moim zdjęciu klasowym śmieją się wszyscy. Osiemnaście roześmianych buzi. Andreas śmieje się z opuszczonymi kącikami ust. Adi uśmiecha się łagodnie niczym Chrystus Boleściwy nad portretem Waldheima, z zaciśniętymi wargami i głową przechyloną na bok. Śmiech Karli ukazuje oba rzędy zębów wraz z lukami, jak gdyby chciała dać do zrozumienia, że w jamie ustnej nic przed nami nie ukrywa.
W dniu, kiedy zrobiono owo zdjęcie klasowe, po raz pierwszy zabraliśmy Franziego do leśnego domku. Zbudował go mój o dziewięć lat starszy brat Thomas. Najpierw wyrąbał prześwit w modrzewiowym młodniku. Idąc na palcach, słyszał pod stopami trzask każdej modrzewiowej igiełki, tak bardzo był skupiony, czym zwykł się przechwalać. Mówił, że zwierzęta dały dyla, więc nic nie szeleściło w zaroślach jak zazwyczaj, wiewiórki wstrzymały oddech, mrówki odłożyły swój ciężki sprzęt i ustawiły się jedna na drugiej, tworząc drabinkę, by móc podziwiać go przy pracy. Poza tym słońce paliło i oślepiało jeszcze bardziej niż zazwyczaj, on jednak pozostał niewzruszony i zbudował leśną chatkę z toaletą, z której załatwiona potrzeba była odprowadzana drewnianą rynną do wykopanego w tym celu gnojowiska, wodę do spłukiwania przynosiło się ze studni. Po drabinie można było wejść na pierwsze piętro. Leżały tam materace do spania i lekko zatęchła pościel, Thomas wytapetował ściany plakatami ze starych pism pornograficznych.
Tego dnia przyszedł też Volker, Plujka. Nie ma go na zdjęciu, bo był młodszy o rok od swojego brata Ludwiga, Wiwerna, i chodził do klasy niżej. Synowie oficera mieszkali nad jeziorem Maltschacher See cztery kilometry na południowy zachód od Gospody Gratschbach i mieli prywatną plażę, konie i sad wielkości całej Karyntii Dolnej. Grusze obradzają tam owocami w butelkach, co przez długi czas uznawałam za instalację artystyczną, a co w rzeczywistości jest dziełem ducha nalewki z gruszek Williams. Dziadek chłopaków Hüttera, jak nazywają też Volkera i Ludwiga, podobnie jak moja mama należy do związku łowieckiego, a izba w gospodzie Hüttera jest tak ogromna, że owych trzydziestu myśliwych, w tym moja mama, spokojnie mieści się przy stole, gdzie może przesiadywać i śpiewać. Tutaj poznałam cały zasób pieśni ludowych. „Gdyby panna była leszczyną o smukłych gałąuzkach, ja bym był wijewiórką i nimi potrząusał. Gałąuzkami bym się pobawił, oj, pobawił, orzueszki zebrał, a liście zostawił”, śpiewałam na przykład jako uczennica podstawówki w drodze ze szkoły do domu, wypinając pierś z dumą godną myśliwego, któremu poszczęściło się na polowaniu. W izbie Hütterów często, zwłaszcza po polowaniu z nagonką, musiałam czekać, aż rozśpiewani myśliwi z mamą wypiją jedną albo kilka kolejek sznapsa, zazwyczaj śliwowicy, zanim szłyśmy do domu. W tym czasie leżałam na owczych skórach, które z kolei leżały na piecu kaflowym. Z tego miejsca liczyłam kępki sierści zdobiące kapelusze myśliwych i patrzyłam na pożółkłe zdjęcia w ramkach na wymiar, wszystkie przedstawiające dziadka Ludwiga i Volkera, który z otwartą strzelbą na przedramieniu pozował za każdym razem obok innego martwego zwierzęcia. Albo wymyślałam historie do odznaczeń, które zajmowały zaszczytne miejsce w szklanych kasetkach na półce nad wielkim stołem. Pośrodku widniał złoty Krzyż Matki, a obok rozpadająca się kartka, na której napis gotycką czcionką udało mi się rozszyfrować dopiero po solidnym opanowaniu umiejętności płynnego czytania: „Tablica genealogiczna poświadczająca pochodzenie aryjskie pięć pokoleń wstecz”. Na gwoździu powyżej wisiały równoramienny srebrny krzyż i dwa złote orły wielkości monety. Wyjaśniono mi, że to odznaczenia wojskowe dziadka. Orły miały posępne spojrzenia. Prawie zawsze, gdy moja mama siedziała pod tym odznaczeniem, bałam się, że jeden z drapieżników ożyje, rzuci się na nią i porwie ją ze sobą, a w locie ze złośliwością obróci się w moją stronę i niczym mokrą ścierką plaśnie mi prosto w okrągłą twarz półsieroty radosnym psalmem Beatus vir. Na szczęście sprawy nigdy nie zaszły tak daleko.
Podczas tych spotkań Ludwig z Volkerem mieli przynajmniej raz – „Oto idą nasze chłuopaki!” – pokazać się wspólnocie i odpowiedzieć na to czy inne pytanie, zanim wolno im było iść się pobawić albo spać. Zazwyczaj padały pytania w rodzaju: „Wasz dziadek złuowił kpitalnego jelenia, no kpitalnego! Z was też kijedyś buędą myśliwi, co nie?”. Szybkie „Tak jest!” pozwalało im wywinąć się z sytuacji, zawsze jednak ktoś zdążył mocno uszczypnąć ich w policzek albo poklepać w tył głowy. W stosunku do mnie myśliwi zachowywali się inaczej: „Puatrz no tylko, same chłuopy! Poza twoją matką. Ty to nie buędziesz nigdy myśliwym!”. Głośny śmiech. Odpowiedź mojego ojca mogła brzmieć: „Jeszcze zuobaczycie, jaka moja dziewucha jest wystrzałuowa, pióra wam z kapeluszy puospadają!”. Wszyscy znów wybuchliby śmiechem, a ojciec nie zdawałby sobie sprawy, jak bardzo celny był jego żart, w końcu przed leśnym domkiem regularnie trenowałam z innymi strzelanie z procy, a od niedawna także zabawę zupełnie wyjątkowym nożem.
Tego dnia, gdy zrobiono nam zdjęcie klasowe, z największą gościnnością, na jaką było mnie stać, oprowadziłam Franziego po naszym leśnym obozie i wszystko mu objaśniłam. Dołożyłam tak ogromnych starań, by pokazać się jako osoba otwarta, że on, w obawie, że z siebie wypłynę i w niego wpełznę, odciął się i zamknął na cztery spusty. Kiedy Franzi nie był w stanie ukrywać już pełnego konsternacji uznania, uśmiechnęłam się ukradkiem i wydałam z siebie odgłos, który miał brzmieć naturalnie. Wielkie oczy zrobił jednak dopiero na widok tapety na piętrze sypialnym. „I co, puodobają ci się zdjęcia moich kuoleżanek?”, zapytał Wiwern, wspinając się do nas i wsuwając swoją siedmioletnią głowę, która ledwo co wystawała z włazu. Wiwern przesunął na bok osłupiałego z zakłopotania Franziego i sięgnął po swój wyjątkowy nóż z grawerem głoszącym „Mój honor to wierność”, który podebrał z dziadkowego arsenału, by wyciąć ze ściany jeden z plakatów. Wpadł mu w ręce ten z kobietą, która była podpisana jako Christy Canyon. Ubrana wyłącznie w białe spiczaste kozaki leżała na maszynie Harleya Davidsona, jedną ręką mocno ściskała kierownicę, drugą wbijała w plecy mężczyźnie bez spodni; pomalowane na czerwono paznokcie wystawały dwa centymetry ponad opuszki jej palców. Ludwig wręczył plakat Franziemu, śmiejąc się donośnie z naszego równie nowego co niewinnego kolegi z klasy, po czym wykonał gest nakazujący, byśmy ruszyli za nim w dół.
Tam Andreas zabrał Franziemu podarowany plakat i zapytał: „A ta ci się puodoba?”. Franzi wzruszył ramionami. „Tyrolski knedlu, ściąugaj no portki, cobyśmy z Ludwigiem mogli sprawdzić, czy dasz radę z Kristi. Jak tak, jest twuoja”. Jednak Franzi nie chciał dobrowolnie ściągnąć spodni, więc bracia Ludwig i Volker pomogli mu, jak zapewniał Andreas, dla jego dobra. Volker usiadł Franziemu na piersi i wbił mu kolana w przedramiona, dzięki czemu Ludwig mógł bez przeszkód zmuszonemu do kapitulacji majstrować przy pasku i zsunąć mu go aż pod pupę. Andreas dokonał szczegółowej inspekcji środka ciała leżącego przed nim Franziego gałęzią, którą wcześniej pastwił się nad mrowiskiem i z troską, niczym lekarz, przyznał, że w takich okolicznościach uzyskanie zgody pani Canyon na zawarcie związku małżeńskiego uznaje za mało prawdopodobne. Następnie odwrócił się i w zadumie zrobił przed siebie kilka kroków; dla Ludwiga i Volkera był to sygnał do zakończenia udręki tyrolskiego knedla. Ten zaś w mgnieniu oka podciągnął spodnie i podniósł się rozdygotany.
Chwilę później Andreas powrócił do ich grupki i objął go ramieniem. Franzi rozpromieniał, ów gest bowiem potwierdzał, że jego trudy nie poszły na marne: obnażenie się poskutkowało nową przyjaźnią. Rękawem bluzy wytarł łzy i z ulgą zaśmiał się, patrząc na Andreasa, na co Andreas wyjaśnił swojemu nowemu przyjacielowi, że predyspozycje do zostania mężem Christy może również udowodnić, okazując odwagę i zręczność, a ze względu na swoją niezdolność fizyczną jest wręcz zmuszony to zrobić. W tym celu ma położyć na stole lewą dłoń i rozczapierzyć palce, a następnie jak najszybciej wbijać po kolei między nimi wyjątkowy nóż Ludwiga; ogromne znaczenie przy ocenie jego odwagi będzie miał impet, z jakim to zrobi. Franzi posłuchał rozkazu. Okazał się wręcz tak zdolny, że należało utrudnić mu zadanie. Teraz ja miałam rozczapierzyć palce i Franzi miał między nimi dźgać nożem, tak jak robił to z własną dłonią. Przy każdej kolejnej z trzech rund miał podwoić zarówno tempo, jak i siłę ukłucia. Przystałam na jego propozycję. Jednak za trzecim razem Franzi był tak rozkojarzony, że oczami wyobraźni widziałam, jak nóż wyślizguje się i odcina mi środkowy palec, więc instynktownie, z impetem bokserki klasy światowej, wytrąciłam mu broń z dłoni. Wszystkich sześć par oczu skierowało się na ukradziony nóż, który jak gdyby w zwolnionym tempie, niczym lotka poruszająca się pewnie obranym torem, poszybował prosto do studni. Szyje przestaliśmy wyciągać w stronę studni dopiero w chwili, gdy z odrętwienia wyrwało nas astmatyczne charczenie Ludwiga. Chłopak wpadł w panikę, gdy wyobraził sobie swojego dziadka, który tak bardzo wścieka się z powodu utraty swojego noża, że na oczach kolegów ze związku łowieckiego oddaje wnuczka do odstrzału. Trzeba było odzyskać nóż! Zrekonstruowałam lot broni i sprawdziłam, czy nóż nie zawisł na otworze studni albo nie spadł gdzieś obok. Wówczas w polu mojego widzenia pojawił się rudzik, który wydobył z siebie przeciągle ostrzegawcze „ciiiip” i napędzany strachem, zawirował w powietrzu. Może leśny domek w czerwonawym świetle wyschniętej ziemi, którą pokrywały modrzewiowe igły, wyglądał jak jego największy wróg, czyli sowa, albo wręcz wywołał w nim wspomnienia sięgające pokolenia wstecz. Bowiem gdy Jezus ponad dwa tysiące lat wcześniej wisiał na krzyżu, przodek tego rudzika, który wówczas jeszcze przypominał pospolitego wróbla, a mianowicie był szary, wyciągnął cierń z czoła Synowi Bożemu, wydając z siebie tak samo rozpaczliwe „ciiiip”. Kropla chrześcijańskiej krwi po raz pierwszy zabarwiła ptakowi pierś i gardło. Teraz nasz rudzik patrzył z góry, jak Andreas przynosi z chaty linę i obwiązuje nią Franziego wokół bioder. Franzi zaczął ćwiczyć na sucho skok na główkę, wciskając głowę między uniesione ramiona, rozgrzewając kostki do wyskoku. Aż uznał, że jest gotów. Stanął nieustraszony przy otworze studni, wyciągnął w górę ramiona, tak jak podczas ćwiczeń, i głową w dół dał nura ku przepaści. My, pozostali, trzymaliśmy mocno drugi koniec liny i pomału spuszczaliśmy tyrolskiego knedla w dół szybu, który był tak wąski, że ledwo co mieściło się w nim wiadro wody do spłukania toalety czy też – tak jak teraz – drobne ramiona Franziego. Metr po metrze spuszczaliśmy go w ciemną dziurę, w stronę środka Ziemi. Rudzik poszybował za nim w panice. Wyobraziłam sobie, że Franzi z ptaszkiem przez otwór w studni słyszą świst wiatru i że podoba im się zapach wilgotnej ziemi, od której bije zimno, i głuche odgłosy w szybie. W tym czasie ze skupieniem godnym saperki wsłuchiwałam się w odgłosy studni: „plum, plum, plum”. Aż po chwili rozległo się „plam!”, od którego nagle wszyscy zachwialiśmy się do tyłu, teraz już w uczniowskich dłoniach trzymając luźną linę.
Źrenice Ludwiga rozszerzyły się, jak gdyby chwilę wcześniej zaaplikował sobie solidną dawkę syropu na kaszel, po czym chłopak wbił wzrok w luźny koniec liny, który trzymał między niedowierzającymi palcami. Karla, zamierzająca właśnie wykonać ailes de pigeon, rzuciła się do otworu studni i nieśmiało zawołała w ciemny szyb „Halo?”, na co szyb odpowiedział chlupoczącym echem „Hall hall lo lo o o?”. „Franzi? Mały rudziku?”, zawołała za nimi Karla i nagle ptak z impetem wyfrunął jej prosto w twarz, ześlizgnął się wzdłuż jej ciała na ziemię i zamarł w bezruchu. Ptak był martwy. Z nosa Karli na kryzę jej bluzki kapała krew. Potem ze studni dobiegły nas bulgot i szuranie, po czym w lesie zapadła cisza. Czy też może na całym świecie, kto to wie?
Razem z Andreasem, Karlą, Ludwigiem i Volkerem staliśmy w bezruchu nad otworem studni. Wciąż pamiętam, że czułam się tak, jak gdyby czas się łuszczył; takie to było mniej więcej uczucie. Jak gdybym stała na tle pustych modrzewiów z papiermâché. Wszystko było puste, łuszczyło się i nagle akustyka przestała zupełnie pasować do optyki. Aż z tropu zbiła mnie wpełzająca przez pęknięcie w modrzewiowej fototapecie mucha, która zatarła przednie odnóża, po czym wzbiła się do lotu. Zdołałam jedynie pomyśleć: „Oby tylko zwabiły cię zwłoki rudzika, a nie Franziego”. Padlinówka sprawiała wrażenie zbyt grubej, by w ogóle unosić się w powietrzu. Z ociężałym bzyczeniem podleciała do Andreasa i wylądowała na jego spoconym policzku, wyrywając naszą piątkę z bezruchu. Andreas zamachał dłonią przed twarzą, czym wybudził Karlę, która przytomnie niczym diabeł rzuciła się biegiem do Gospody Gratschbach, podczas gdy cała reszta wciąż stała przy studni, żeby Franzi nie został sam. Karla zaalarmowała dorosłych, kelnerka zgłosiła sprawę na policji i poinformowała o wszystkim matkę Franziego.
Samice muchy wyczuwają zapach padliny na odległość setek kilometrów. Nasza mucha, przegoniona przez Andreasa, spoglądała wówczas z modrzewiowej gałęzi na rudzika, na truchło. W każdej fasetce jej oczu, zwanej również omatidium, pojawił się nieznacznie odmienny obraz. Mucha zielona widziała nas i martwego rudzika trzema tysiącami fasetek na trzech tysiącach obrazów na sekundę. Trzy tysiące różnych obrazów na sekundę oznaczają sto osiemdziesiąt tysięcy obrazów na minutę. Następnie wylądowała na truchle rudzika, cierpliwie czekając na rozwój wydarzeń.
Rozległo się wycie syren. Ochotnicza straż pożarna z St. Martin Lafnit rykiem ściągała swoich członków. Pojawili się dorośli: najpierw mama Franziego, następnie helikopter ratunkowy, dwa pojazdy straży pożarnej, wkrótce zeszli się też gapie. Śmigło helikoptera poruszało wierzchołkami modrzewi, polami pszenicy i łąką. Źdźbła traw kładły się na ziemi niczym włosy od fenowego wiatru.
Odrętwiała z przerażenia patrzyłam na mamę Franziego, która rzuciła się na ziemię obok studni i być może krzyczała tak długo, aż wylądował helikopter ratunkowy. Lekarz w podmuchach wiatru od śmigła ruszył przygarbiony w naszą stronę, mając już przygotowaną strzykawkę ze środkiem uspokajającym, który bezzwłocznie zaaplikował mamie Franziego. Następnie poświecił nam, dzieciom, w oczy, ostukał nas młoteczkiem i zawinął w koce termiczne, które szeleściły i pięknie połyskiwały, aż z sąsiedniej miejscowości nadeszła ochotnicza straż pożarna wraz z żoną przewodniczącego związku łowieckiego. Zapytała nas, jak było w szkole, a także o całą masę osobliwych rzeczy. Wśród gapiów znalazła się też właścicielka winiarni, Marlene Wallach, ciotka Andreasa, która rozdawała strażakom ser liptowski, słone paluszki i cydr. Wyjątkowo oddana była schludnemu strażakowi ze szramą na twarzy, który nazywał się Gernot Pfandl; karmiła go wręcz, podczas gdy on wyciągał sprzęty z wozu strażackiego. Wówczas nadeszli nasi rodzice. Mój tata zaniósł mnie na barana do domu, gdzie dostałam jabłko i kanapkę z serem, po czym mama położyła mnie do snu. Drzwi do pokoju dziecięcego pozostały uchylone, przez szparę patrzyłam na wiszącą w korytarzu ludową sukienkę.
W tym czasie, jak zrelacjonował mi mój brat Thomas, w lesie wydarzyło się, co następuje: straż pożarna poszerzyła studnię, by wydobyć ciało Franziego. Zadanie trwało dobrą godzinę i towarzyszył mu przybyły karawanem pogrzebowym ojciec Don Marco, który śpiewał i odmawiał modlitwy. Obficie dymił przy tym kadzidłem. Franzi został odnaleziony z głową w wodzie. Gdy skrupulatny strażak ze szramą na twarzy wydobył chłopaka, ten głowę miał już nieco opuchniętą. Jednak prawdziwym zaskoczeniem był fakt, że w jego brzuchu tkwił nóż „Mój honor to wierność”. W ten sposób dzięki Franziemu udało się go wydobyć na powierzchnię. Matka padła na kolana przed swym martwym chłopcem i pozbawioną sił ręką wyciągnęła nóż z dziecięcego brzucha, po czym wybuchnęła szlochem. Słychać go było w całej Karyntii. Jej okropny skowyt niósł się wszędzie, aż do doliny, którą od tej pory nazywaliśmy Doliną Szakali i która dotychczas nazywała się inaczej, zupełnie inaczej.
Jednak było to dawno temu. Teraz mamy czerwiec 1994 roku, lato naszej przeprowadzki pięć lat po śmierci Franziego Rucka. Bawię się z Lucą w chowanego. Gdy przed chwilą zobaczyłam, jak mój brat Thomas wychodzi na dwór, niosąc do spakowanych kartonów moją walizkę z Alfem, w której trzymałam rzeczy do prac ręcznych, jak w walizce odskakuje sprzączka i ze środka wypada moje zdjęcie klasowe, z prędkością błyskawicy rzuciłam się przed siebie, minęłam mojego brata i złapałam zdjęcie, z którym z powrotem ukryłam się pod ciężarówką. Teraz leżę w chłodnej trawie, rury i kable nade mną przypominają robaki. Od ciężarówki, której silnik jeszcze przed chwilą turkotał, wciąż bije ciepło. Trzeszczą jej zawiasy, przeguby i blachy. Dookoła stłumione głosy dorosłych, którzy stopniowo schodzą się na nasze podwórko. Widzę świat od kolan w dół. Pachnie dieslem, a światło dookoła rury wydechowej, uruchomionej jeszcze chwilę temu, zdaje się skraplać. Przechodzący dorosły w przelocie muska dmuchawiec, nasiona wirują w powietrzu. Naciskam stopami o spód ciężarówki, jak gdybym chciała na podeszwach moich błękitnych adidasów Pumy unieść ciągnik siodłowy. Jestem Atlasem.
Całą naszą posiadłość – rozpadający się leśny domek z zasypaną studnią, gospodę, staw, basen, korty tenisowe, salę dyskotekową, pawilon, plac zabaw, lasy, łąki, garaż z dwuspadowym dachem, drzewa owocowe i dom mieszkalny – rodzice sprzedali Niemcowi z Berlina, który uznał, że sąsiedztwo prywatnego lądowiska dla sportowych samolotów jest „w dechę”, jak miał powiedzieć przy podpisywaniu umowy kupna mojej mamie, dotychczasowej właścicielce. Miał powiedzieć „w dechę” i „rewelka”.
Luca opiera się o mur naszego domu i odlicza od stu. Jest ode mnie rok starsza i mieszka na drugim piętrze naszej odtąd już byłej gospody. Teraz będzie musiała się stąd wyprowadzić także jej rodzina. Luca lubi dziwne żarty takie jak ten o dziergających bułkach z wędliną czy o nurkującym zającu. Kiedy Luca w piątki się modli, siada na piszczelach, a oprócz regionalnych pierogów z suszonymi gruszkami jej ulubionym jedzeniem, podobnie jak moim, jest ćevapčići. Lubi Whitney Houston, ale to nie rzutuje na naszą relację. W tłumie słyszę, jak z twarzą przyklejoną do muru naszego już byłego domu odlicza cicho: „dziewięćdziesiąt jeden, dziewięćdziesiąt, osiemdziesiąt dziewięć…”. „Kukurikanje!”, woła pomiędzy dwoma liczbami ku mojemu rozbawieniu. Dzień wcześniej bowiem stwierdziłyśmy, że bośniackie i austriackie koguty pieją w różnych językach – czy też po prostu założyłyśmy, że w bośniackich i austriackich ludzkich głowach pianie koguta brzmi inaczej. Podobał mi się obraz koguta w głowie Luki imitujący kukułkę, malutką, pochodzącą z Flandrii kukurikanje.
Kładę zdjęcie klasowe na trawie i patrzę na nogi sąsiadów oraz ludzi z sąsiednich wiosek, którzy schodzą się do ogrodu, by pomóc w przeprowadzce. Widzę, jak stopy dorosłych depczą trawę. Rajgras angielski, zwany też życicą trwałą, wiechlinę, kłosówkę. Widzę skrzynki na skrzynkach, kartony na kartonach, meble i worki, a także moją mamę biegającą od jednego stosu rzeczy do drugiego. Podpisuje ostatnie pudła i worki: „Stop! Ten karton muszę jeszcze opisać!”, po czym znika w czeluściach naczepy.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Projekt okładki: Kira Pietrek
Projekt typograficzny i skład: Robert Oleś
Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl
Korekta: Beata Marzec / d2d.pl, Kamila Zimnicka / d2d.pl
ISBN 978-83-67121-91-0
Wydanie I
Warszawa 2026
Wydawnictwo Cyranka
al. Promienistych 6, 02-648 Warszawa
wydawnictwocyranka.pl
Redakcja: [email protected]
Sprzedaż: [email protected]
