Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Inga Górska to nauczycielka z powołania. Oprócz tego, że z pasją podchodzi do wykonywanego zawodu, to uwielbia obcowanie z uczniami, angażuje się w ich życie oraz próbuje pomagać w rozwiązywaniu problemów.
Prywatnie jednak jej codzienność nie wygląda tak kolorowo. Wychowywana przez babcię, bo rodzice postanowili ruszyć za chlebem, nie za bardzo przejmując się pozostawioną jedynaczką, szybko przekonuje się, że sama musi zatroszczyć się o swój byt.
Studia w Poznaniu miały stać się wstępem do normalnego, spokojnego życia. Niestety, traumatyczne doświadczenie sprawia, że Inga buduje wokół siebie mur. Niewielu osobom pozwala się do siebie zbliżyć.
Kiedy już wydaje się jej, że pokonała wszelkie przeciwności, los postanawia z niej zakpić. Chore zauroczenie nastolatka sprawia, że kobieta ponownie traci grunt pod nogami. Wybucha afera, która wyrzuca ją ze znanego środowiska. Przeniesienie z Poznania na Śląsk wydaje się najlepszym rozwiązaniem, ale to, co początkowo daje nadzieję na normalne życie, zmienia się w koszmar, a Inga staje się podejrzaną numer jeden w sprawie o zaginięcie nastolatki. Wracają też demony z przeszłości, a stabilna teraźniejszość rozpada się niczym domek z kart.
Czy Indze uda się oczyścić z zarzutów? Czy odnajdzie stabilizację i spokój? Kto okaże się sprawcą wszelkich zawirowań w jej życiu? I czy winni zostaną ukarani?
„Tajemnice szkolnych murów” Agnieszki Kaźmierczyk to trochę taka lalka matrioszka. Otwierasz pierwszą, a w środku pojawia się kolejna, a potem jeszcze jedna i jeszcze jedna. Ale to nie oznacza, że ta najmniejsza jest najmniej ważna. Wręcz przeciwnie – odsłaniane wątki sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, iż jest wodzony za nos. Co rusz pojawia się jakaś historia z przeszłości, która burzy nasze wyobrażenia o bohaterach, a rozwikłanie zagadek stawia na głowie wszystkie nasze założenia i przypuszczenia.
Serdecznie polecam! Nie pożałujecie, że sięgnęliście po tę książkę – Barbara Mikulska, autorka powieści grozy, fantasy, obyczajowych oraz książek dla dzieci i młodzieży.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 286
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Agnieszka KaźmierczykCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Barbara Wiśniewska
Korekta: Magdalena Czmochowska
Projekt okładki: Magdalena Czmochowska
Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly
Zdjęcie wewnątrz okładki: Adobe Firefly
Wektor przy nagłówkach: © by pngtree.com
Ilustracja na drugiej stronie: © by Pheladi Shai z Pixabay
Wektor na ostatniej stronie: © by Mohamed Hassan z Pixabay
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-950-0
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
PROLOG
TRZY LATA WCZEŚNIEJ
– Pani Ingo, musi pani zmienić pracę. To znaczy, może źle się wyraziłem, chodziło mi o szkołę, środowisko…
Dyrektor zespołu szkół ogólnokształcących wydawał się bardziej spięty niż dotychczas. Nie lubiła go, nie szanowała. Był marionetką w ręku organu prowadzącego i pełnomocnika do spraw edukacji. Na wieść o kontroli z kuratorium drżał. Był człowiekiem pozbawionym charyzmy i własnego zdania. Nie liczyli się dla niego pracownicy. Za cel wyznaczył sobie święty spokój, a ten zapewniało mu zadowolenie rodziców. Wazeliniarz. Tak na niego mówili w pokoju nauczycielskim.
Jego rozmówczyni siedziała naprzeciwko na niewygodnym drewnianym krześle obitym musztardowym aksamitem pamiętającym z całą pewnością lepsze czasy, gdy nauczyciel miał autorytet wśród uczniów i nie musiał tłumaczyć się z byle głupoty, a już na pewno nie z tego, co nie było w żadnej mierze jego winą. Młodziutka nauczycielka z rozrzewnieniem słuchała opowieści starszych koleżanek o czasach, kiedy rodzic z uwagą słuchał słów belfrów, szedł w tę samą stronę, nie podważał, nie domagał się, nie żądał… Czasów, w których uczeń nie robił kompromitujących zdjęć, nie komentował na zamkniętych grupach, nie oczerniał swoich pedagogów na forach. Przyszło jej pracować w czasach innych, mniej spokojnych, trudnych. Mimo to traktowała swój wybór jako powołanie. Nie zrażała się przeciwnościami. Do tej pory. Teraz sprawy wymknęły się spod kontroli.
– Wydaje mi się, że to nie ja… – zaczęła, a jej głos brzmiał pewnie. Nie było jej jednak dane dokończyć.
– Pani Ingo, to nie jest propozycja – przerwał dyrektor. Na jego czole pojawiły się pierwsze krople, a w pomieszczeniu już od jakiegoś czasu czuć było nieprzyjemny zapach męskiego potu. Była przekonana, że chciał uciąć sprawie łeb, nim dowie się całe miasto, w tym jego przełożeni.
Inga doskonale wiedziała, że nie jest mu na rękę pozbycie się najlepszej anglistki, której uczniowie zajmowali imponujące lokaty w konkursach wojewódzkich i ogólnopolskich, a także otrzymywali wysoką liczbę punktów na egzaminach. Sytuacja jednak przerosła szefa placówki, a utrącenie niewygodnego tematu było znacznie prostsze niż podjęcie walki w imieniu młodej dziewczyny, która przecież poradziłaby sobie świetnie w każdym miejscu, do jakiego by trafiła.
– Do końca semestru zostały cztery tygodnie – przypomniała, nie kryjąc oburzenia.
– Proszę pójść do lekarza. Nikogo nie zaskoczy, że podupadła pani na zdrowiu po tym, co zaszło. Oceny przewidywane przecież i tak już pani wystawiła. – Bawił się długopisem i co rusz odchrząkał, jakby upewniając się, że da radę powiedzieć jeszcze kilka słów.
– Rozumiem, że nie mam nic do powiedzenia. – Kiwnęła kilka razy głową i prychnęła. – Polska szkoła. System marzeń. Ja pierdolę – rzuciła na odchodne, zabierając torebkę i wstając.
– Wydaje mi się, że mimo wszystko nie przystoi… – zamierzał zwrócić jej uwagę, jednak w obliczu tego, co usłyszała, nie pozwoliła mu.
– Co, kurwa, nie przystoi? Polecam czasem sięgnąć do książek, może Internetu. Wyjść ze szkoły i pobyć z ludźmi. Pan coś w ogóle czyta? Timothy Jay, emerytowany profesor psychologii na Massachusetts College of Liberal Arts, który przez blisko czterdzieści lat prowadził badania nad językiem, twierdzi, że przeklinanie świadczy o inteligencji1 – przytoczyła przeczytaną na jednym z portali informację, usprawiedliwiającą jej zamiłowanie do słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. – A przystoi z powodu własnego tchórzostwa zwalniać kogoś za coś, na co nie miał wpływu? Pozbawiać uczniów zaangażowanego nauczyciela, który swoją pracę wykonuje z pasją? – uniosła się, mimo iż w pamięci miała widziany gdzieś w sieci mem pokazujący, że dyskusja z idiotą jest niczym zapasy ze świnią w błocie. Po pewnym czasie zauważa się, że świni się to nawet podoba. Machnęła więc ręką i opuściła pokój.
Dyrektor odetchnął z ulgą. Wtedy drzwi na powrót się otworzyły, a głowa Ingi znalazła się w środku gabinetu.
– Tak już całkiem na koniec: niechże pan zainwestuje w jakiś porządny antyperspirant. Nie unikamy tego pokoju z obawy przed blaskiem pana majestatu, a jedynie z powodu tego nieprzyjemnego zapachu. – Trzasnęła drzwiami i mrugnęła okiem do nasłuchującej od dłuższego czasu sekretarki, pani Ilonki, która obdarzyła ją w tej chwili tak szczerym i serdecznym uśmiechem, że Indze zrobiło się naprawdę żal. Nie chciała opuszczać tego miejsca ani teraz, ani w ogóle. Poza dyrektorem tworzyli je znakomici i życzliwi ludzie. Miała tutaj kilka dobrych znajomych i całe mnóstwo koleżanek. Nie było jednak innego wyjścia. Zresztą, sprawy pozaszkolne także przybrały nieoczekiwany obrót, stąd spodziewała się, że prędzej czy później pożegna się z placówką.
1https://zdrowie.wprost.pl/psychologia/10441052/przeklinanie-jest-oznaka-inteligencji-i-kreatywnosci.html
1
OBECNIE
Marysia siedziała w ostatniej ławce. Była wysoka i szczupła, choć uwielbiała jeść. Podobno miała problemy z tarczycą. Mimo swoich skończonych siedemnastu lat, wciąż była płaska jak deska, co nieustannie wypominali jej koledzy od czasu, gdy skończyła siódmą klasę. Nie farbowała włosów, nie robiła makijażu. Wbrew panującej modzie unikała gabinetów kosmetyczek. Żadnych sztucznych rzęs, henny pudrowej czy choćby tuszu. Obce jej były przykrótkie spódniczki i szorty odsłaniające pośladki. Ubrana na sportowo z jasnymi, sięgającymi łopatek włosami. Była inna od swoich rówieśniczek. Z nosem w książkach. Licealistka, której smartfon leżał na dnie plecaka. Musiała szybko dorosnąć i przejąć rolę matki. Ta, sięgająca stale po alkohol, wymagała opieki i kontroli. Maria wspierała ojca w prowadzeniu domu i w radzeniu sobie z nałogiem żony. Mimo wszystko kochała ją. Kochała ją bezgranicznie. W chwilach, gdy tamta trzeźwiała, były sobie naprawdę bliskie. Młoda Ostrowska wierzyła, że alkoholizm to choroba – taka sama jak cukrzyca czy Alzheimer, dlatego wciąż pełniła rolę terapeutki, pielęgniarki, pokojówki – licząc niezmiennie, że to tylko etap, że niebawem nad ich domem znów zaświeci słońce. W chwilach zwątpienia, kryzysu, kiedy podświadomie zadawała sobie pytanie: dlaczego ja?, wracała do przeczytanego gdzieś w Internecie aforyzmu, który mówił o tym, że Bóg zsyła cierpienie i smutek na najlepszych, tak jak na wojnie najtrudniejsze rozkazy otrzymują najdzielniejsi. 2
Miała nadzieję, że wakacje, które właśnie dobiegły końca, coś zmienią. Nie tylko w jej wyglądzie, z powodu którego miała kompleksy. Dziewczyna oglądająca dziesiątki romantycznych komedii na Netflixie, ze stosem książek Nicholasa Sparksa w pokoju marzyła o płomiennym uczuciu, pierwszej miłości, która przyjdzie znienacka. Czekała na grom z jasnego nieba, który pozwoli jej uwierzyć, że wszystko jest możliwe, a dziury, w jakiej mieszkali, może nie uda się opuścić nikomu z jej znajomych, poza nią.
Potrzebowała bratniej duszy niczym kania dżdżu. Kogoś, kto pomoże jej nieść ciężki bagaż, uśmiechem ukoi ból, a pomocną dłonią zapewni, że razem można wszystko. Coś się w końcu zaczęło, jednak po raz kolejny w jej nastoletnim życiu, gdy tylko zaczęła podnosić się po kolejnym upadku, los przygniótł ją jeszcze mocniej, dociskając do ziemi w najmniej oczekiwanym momencie.
Do tej pory nowa szkoła nie przyniosła niczego poza kolejnymi rozczarowaniami, a Maria, wbrew słowom poety tak uwielbianego przez jej polonistkę, zdawała się porzucać wszelką nadzieję3. Miała wrażenie, że nagle stała się bohaterem tragicznym, który stoi w obliczu wyboru, lecz każda decyzja przyniesie łzy, więcej łez…
– Marry, are you listening to me? – wyrwała ją z letargu ulubiona nauczycielka.
– Certainly. It was seven years ago – potwierdziła szybko, gdyż zadanie wykonała już kilka minut wcześniej. Język angielski był jednym z nielicznych przedmiotów, do którego nauki przykładała się tak mocno. To była przepustka do ucieczki, do rozpoczęcia na nowo. Szczególnie teraz, gdy nie widziała innego rozwiązania.
– Very well. Marry, my sweet Marry – pochwaliła ją belferka.
– Szkoda, że nie jest taka prepared na życie… – skomentował Olaf, nastolatek siedzący tuż przed nią.
Chłopak, który niedawno przeniósł się na Śląsk. Początkowo postrzegany przez Górską jako typowy bad boy. Taki, co to dziewczyny zmienia jak rękawiczki, kocha się w nim połowa szkoły, a on ma w głowie albo sport, albo w najlepszym razie filozoficzne dyrdymały. Nauczycielka zdążyła jednak poznać go na tyle dobrze, aby wiedzieć, że jest to poza, a pod płaszczykiem niedostępności kryje się dusza wrażliwca. Ucieszyło ją, gdy zobaczyła chłopaka obok Marysi. Pierwszy raz widziała wówczas, jak się uśmiechał.
– Olaf, Marry, please stay after classes. – Nauczycielka od dłuższego czasu miała pewien plan. Tym razem nadarzyła się okazja ku temu, by wcielić go w życie.
Inga nie była wychowawczynią czwartej A, klasy o profilu językowo-informatycznym. Mimo to wzbudzała zaufanie, choć trochę starsza od swoich uczniów, złapała z nimi świetny kontakt już na samym początku pracy. Wszystko to sprawiło, że młodzi chętnie podchodzili do niej na przerwach, czy łapali ją po lekcjach, by po prostu pogadać o troskach dnia codziennego.
Drobna, ciemnowłosa profesorka ze śmiejącymi się oczyma była zawsze pełna energii. Szkolne korytarze przemierzała na szpilkach w takim tempie, że niejeden nastolatek nie mógł dotrzymać jej kroku. O Marysi wiedziała tylko tyle, że nie mogła liczyć na matkę. Ojciec starał się, lecz zdaniem nauczycielki wszyscy w tym nieszczęśliwym domu wymagali terapii. Między jednym a drugim odwykiem, w przypływie wyrzutów sumienia matka na moment przypominała sobie o istnieniu dziecka. Ojciec starał się zapewnić jedynaczce godziwe warunki dorastania, jednak był już bardzo zmęczony dbaniem o utrzymanie domu i żony w nieco lepszym niż opłakany stan.
Sytuacja rodzinna Olafa wydawała się zgoła inna, choć w wielu aspektach podobna. Syn zamożnego ginekologa, który przeprowadził się tutaj z ojcem rok temu. Lekarz wrócił do rodzinnego domu, wyremontował górę i zamieszkał wraz z rodzicami. Zostawił matkę chłopaka.
Inga znała sprawę aż za dobrze i wiedziała, że Olaf będzie musiał odreagować. Rozstanie rodziców, przeprowadzkę z ekskluzywnej willi w Poznaniu i pozostawienie wszystkich tych, których nazywał przyjaciółmi. Było jednak inaczej. Chłopak początkowo otrzymywał wysokie stopnie, szybko znalazł kumpli i naprawdę wydawało się jej, że zbliżył się do Marysi. Nie sprawiał problemów wychowawczych, choć wiele razy słyszała, z jaką niechęcią i rozdrażnieniem opowiadał o nowej zdzirze ojca. Ostatnie dni przyniosły jednak zmiany. Marysia stała się nieobecna, miała problem z koncentracją. Olaf zaś nie szczędził kąśliwych uwag i uszczypliwości pod adresem dziewczyny. Kiedy wszyscy uczniowie opuścili salę, Inga zamknęła drzwi, usiadła na biurku i zaczęła rozmowę.
– Co się stało w wakacje? – spytała prosto z mostu. – Właściwie to chyba pod koniec wakacji – sprostowała.
Chłopak i dziewczyna spojrzeli na siebie. Marysia spuściła wzrok, Olaf przygryzał wargę, szybko oddychał. Nie powiedział jednak ani słowa.
– Rozstawaliśmy się w czerwcu i pamiętam dokładnie takie obrazki z tego miesiąca: Marry i Olaf razem na ławce przed szkołą, Marry i Olaf przy tym samym stoliku w jadalni, Marry i Olaf w naszej lokalnej kawiarni wieczorową porą. Wyglądało na to, że całkiem nieźle się dogadujecie. Więc, ja się pytam, kto z was odwalił coś w lipcu albo w sierpniu, że teraz nie możecie sobie spojrzeć w oczy, a wymiana zdań zamienia się w wymianę złośliwości? – rzuciła.
– To skomplikowane – powiedziała wreszcie Marysia. Zaczęła bawić się rękawem luźnego swetra i co rusz przełykać ślinę. Do tego wachlowała się dłonią, jakby zaczynało brakować jej tchu. Olaf przyglądał się jej, a jego spojrzenie stawało się łagodniejsze, pełne niepokoju. Gdy tylko jednak dziewczyna odwracała głowę, on spuszczał wzrok, nie pozwalając jej tego zauważyć.
– Mój iloraz inteligencji jest naprawdę wysoki. Śmiało – zachęcała nauczycielka. – Jeśli nawywijaliście, powiedzcie mi. Mogę pomóc. Jestem trochę starsza, mam nieco więcej możliwości. Dajcie mi szansę, bo nie dam rady patrzeć na to, jak się męczycie.
W sali panował chłód. Kaloryfery nie zaczęły jeszcze grzać, wprowadzono oszczędności. Zresztą ostatnie dni września były wyjątkowo ciepłe i pogodne.
– No, powiedz jej, Marry. – Chłopak rozłożył ręce i obdarzył koleżankę złowrogim spojrzeniem, zupełnie innym niż to sprzed chwili, które udało się wyłapać anglistce. Starał się brzmieć surowo, jednak jego szklące się oczy zdradzały zaangażowanie i smutek.
Nauczycielka cierpliwie czekała, jednak dziewczyna, której nerwowe ruchy nie uszły uwagi kobiety, wzdychała raz po raz, poza tym nie wydając z siebie żadnych innych dźwięków. Korytarz szkolny powoli pustoszał. Pojawiły się panie sprzątaczki, które rozpoczynały codzienną żmudną pracę. Budynek był dwupiętrowy, nowa elewacja zachęcała do zajrzenia do środka. Ten, niestety, nie wyglądał już tak ciekawie. Pomalowane na żółto ściany, ławki i krzesła, które pamiętali jeszcze niektórzy rodzice uczniów, stare gabloty ze zdjęciami z uroczystości państwowych. Inga zawsze zastanawiała się, kiedy polska szkoła stanie się miejscem nowoczesnym, przyjaznym i zerwie z wizerunkiem sprzed lat.
– W porządku. Jeśli zechcecie podzielić się swoją tajemnicą, jestem do waszej dyspozycji. Tak tylko wspomnę, że nie jestem aż taka drętwa, swoje w latach młodości robiłam, na błędach się uczyłam i naprawdę wiele rozumiem. I chyba jestem już także na tyle dorosła, by móc zaproponować rozwiązanie, jeśli wam brakuje pomysłów. – Wywracała oczami, gdyż nie takiego przebiegu rozmowy się spodziewała.
– Whatever – podsumował Olaf, założył plecak na ramię i wyszedł, nie czekając na Marię. Dziewczyna popatrzyła najpierw na tego wysokiego i ładnego chłopaka w czerni, a następnie na nauczycielkę, której źrenice rozszerzyły się w nadziei, że ta zechce wyjawić prawdę, gdy zostały same. Maria wciągnęła mocno powietrze, później popatrzyła w sufit, a ostatecznie machnęła dłonią i szybko opuściła salę lekcyjną, przy czym zasłoniła usta, jakby za moment miała się rozpłakać.
Inga odczuła to jako osobistą klęskę i postanowiła, że przy najbliższej okazji podejmie kolejną próbę. Zbyt wiele osób odwróciło się w ostatnim czasie plecami od tej młodej dziewczyny, by i ona miała spisać ją na straty. A że coś w jej życiu się działo, było jasne jak słońce.
Dochodziła piętnasta czterdzieści pięć. Dla większości klas oznaczało to koniec lekcji. Nauczycielka angielskiego poskładała wszystkie prace pisemne i włożyła je do jednej koszulki. Nie należała do osób uporządkowanych, często zdarzało się jej coś zgubić, co w tym zawodzie było nie do pomyślenia. Nie była gorliwą katoliczką, ale z domu, który opuściła bardzo szybko, wyniosła między innymi modlitwę do świętego Antoniego, patrona rzeczy zagubionych. Uciekała się do niego w sytuacjach kryzysowych i musiała przyznać przed samą sobą, że nigdy jej nie zawiódł.
Wiedziała, że w tym zawodzie musi się nad wyraz pilnować, choć szkolna papierologia spędzała jej sen z powiek. Rodzice byli bezlitośni. Uczniowie – gdy chodziło o ich interes – także. Zerknęła przez okno sali językowej znajdującej się na parterze ich sporych rozmiarów szkoły. Okno wychodziło na południe. Ciepły wrześniowy dzień spowodował, że młodzi ludzie zamiast rozejść się od razu do domów, zmierzali w stronę pobliskiego parku. Słońce grzało mocno mimo popołudniowej pory, a drzewa nie zamierzały jeszcze ubierać się w kolorowe jesienne stroje. Gdzieniegdzie można już było dostrzec żółty czy czerwony liść, ale wciąż nie usypywały jeszcze dywanowych ścieżek. Inga spoglądała na świat i przez moment dała się uwieść jesiennemu klimatowi, choć zdecydowanie preferowała cieplejsze pory roku.
Podeszła bliżej szyby. Z przykrością stwierdziła, że mimo całego trudu sprzątających znowu znajdują się na niej odbite dłonie, a na parapecie nowe hasła napisane markerem najpewniej podczas jej zajęć. Szykowała się na reprymendę. Czasem, po prostu, podczas lekcji dawała się ponieść i wykładała z takim zaangażowaniem, że nie dostrzegała najzwyczajniej w świecie oznak młodzieńczego wandalizmu.
Przy jednej z alei, oddalonej od tej najbardziej uczęszczanej, dostrzegła Marię i Olafa.
Chłopak gestykulował żywo, chodził w tę i we w tę.
Nastolatka znów dłońmi zasłaniała usta, schylała się i opierała o drzewo, chłopak chwycił ją za dłoń, jakby pomagał dziewczynie utrzymać się na nogach.
Nauczycielka nie dostrzegała jej oczu. Nagle scena przybrała nieco inny obrót. Maria wyprostowała się i odepchnęła jego pomocne ramię. Olaf podszedł do Marysi i przytulił ją. Był wyższy, jej głowa spokojnie opadła na klatkę piersiową chłopaka. Wyglądali, jakby odzyskali właśnie spokój po awanturze, choć Indze wydawało się, że chłopak ocierał łzy dziewczyny. Obserwatorka nie rozumiała. Przyjęła jednak, że cokolwiek się między nimi wydarzyło, doszli do względnego porozumienia. Liczyła, że ich relacja na powrót stanie się przynajmniej poprawna.
Odwróciła wzrok, włożyła do torebki butelkę z niedopitą wodą, posprzątała biurko. Gdy zamierzała zamknąć drzwi, jeszcze raz spojrzała przez okno. Olaf stał naprzeciw Marysi. Ta, patrząc w ziemię, coś mówiła. Olaf, ni stąd, ni zowąd, podszedł bliżej, rozejrzał się dokoła, a nie zauważywszy nikogo, chwycił Marysię za nadgarstek, a jej szyja wygięła się dziwacznie. Inga nie wiedziała, czy powinna zostać, czy raczej biec na pomoc. Wybrała pierwsze rozwiązanie. Była bierną obserwatorką, a mimo to na widok znajomych i lubianych nastolatków przeżywających trudne chwile, jej samej serce biło mocniej.
Olaf puścił Marysię, zrobił to jednak tak gwałtownie, że ta delikatnie osunęła się na ziemię. Natychmiast pomógł jej wstać. Coś powiedział. Potem odszedł. Nie odwrócił się już ani razu. Marysia otrzepała ubranie, zabrała plecak i pobiegła w stronę przystanku autobusowego.
Inga wiedziała, że nie zdoła jej dogonić. Nie zamierzała jednak odpuścić. Odpuszczanie i wiara w to, że sytuacja sama się jakoś rozwiąże, doprowadziła ją w tę część Polski. Do tego miejsca, w którym na kilometr czuć było małomiasteczkowość. Uznała, że to dobry adres na osiedlenie się, założenie rodziny, ustatkowanie, czy jak kto woli, zapuszczenie korzeni.
Sprawdziła adres Marysi w dzienniku elektronicznym. Mieszkała na osiedlu nieopodal szkoły. Według internetowych map nauczycielka pieszo dotarłaby tam w jakieś dziesięć minut. Wzięła głębszy oddech i ostatecznie zdecydowała, że nie powinna nachodzić dziewczyny w domu. Nie wiadomo, w jakim stanie była jej matka. Nie chciała dokładać jej wstydu.
– Jutro. Porozmawiam z nią jutro z samego rana – szepnęła sama do siebie. Wreszcie, długo po swoich zajęciach, opuściła szkolny budynek. Z ironią dodając pod nosem:
– Osiemnaście godzin tygodniowo. Też coś.
*
Wolny czas spędzała na ogół w wynajętym tuż obok szkoły mieszkaniu. Pięć czteropiętrowych budynków na starym osiedlu otoczonych było kasztanowcami i jarzębinami. Zieleń zaglądała przez okna i pozwalała na moment poczuć, że jest się daleko od betonu. Okolica przypadła jej do gustu. Na wyciągnięcie ręki znajdowało się ścisłe centrum miasta z kościołem, biblioteką i kilkoma knajpami, a nie dochodził tutaj gwar. Sąsiadów nie poznała, choć minęło już sporo czasu, odkąd się wprowadziła. Mijała ich na klatce schodowej, wymieniając grzecznościowe dzień dobry, lecz nie wdawała się w żadne relacje. Starszy pan i jego żona, samotny mężczyzna, panna z dwójką dzieci z dołu. Potrzebowała odpocząć od ludzi, od zamieszania wokół siebie, od atmosfery skandalu, w której wyjeżdżała z miejsca, o którym myślała dawno temu, że stanie się już na zawsze jej domem.
Gdy znalazła się wewnątrz lokalu, przypomniał się jej wiersz Barańczaka „Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka”4– spojrzała na sprzęty i dodatki. Mimo iż mieszkała tutaj ponad rok, wciąż nie zmieniła dosłownie niczego, co zostawiła właścicielka. Nie dodała nic od siebie, by sprawić, by czyjeś mieszkanie stało się jej mieszkaniem.
Trzy duże obrazy z sylwetkami kobiet wiszące na ścianie w salonie, czarno-złoty wazon, do którego nikt nigdy nie przyniósł kwiatów. Poduszki w stylu boho, których nie znosiła i kilka świec, których nie zapaliła ani razu. Do szaf włożyła swoje ubrania, przywiozła z Poznania zestaw sztućców i garnków, parę ręczników. Cały jej dobytek. Nie miała przekonania co do tego, jak długo zostanie. Zdecydowała się więc nie zadomawiać, nie oswajać, nie przyzwyczajać, by w razie konieczności zmiany, nie bolała ona tak mocno…
Gdy zaczynała pracę w liceum, miała plany, ambicje, zamierzenia. Teraz, po przeprowadzce i podjęciu kolejnej, musiała ze wstydem przyznać, że obniżyła loty, że spauzowała, dostosowała się do tutejszej kadry i oczekiwań dyrektorki, której głównym celem było, podobnie jak u poprzednika w Poznaniu, zadowolenie mało wymagających rodziców i święty spokój.
Spojrzała na ramki ustawione na regale pod ścianą. Nadal były puste. Właścicielka, gadatliwa blondynka o miłym usposobieniu, wyraziła nadzieję, że Inga uzupełni je – jak to ujęła – zapisami najcenniejszych chwil. Czy takie w ogóle posiadała? Ramki stały więc puste, czekając na to, co przyniesie los. Czas mijał, a Górskiej wydawało się, że stoi w jednym i tym samym punkcie, choć zmienia się tło, zmieniają się ludzie i zmienia się ona sama. Ze smutnej dziewczyny w jeszcze smutniejszą kobietę.
Kiedy nauczycielka opadła na kanapę w salonie, który tak naprawdę był tylko większym pokojem, zdała sobie sprawę, że w trakcie trzydziestoletniego życia rzadko czuła się szczęśliwa. Było to dla niej pojęcie obce. Ba, doszła do gorzkiego wniosku, że tak naprawdę żaden z momentów nie zasłużył na to, aby zostać wyeksponowanym w małym szkiełku otoczonym drewnem. Nie stanęła na ślubnym kobiercu, nie urodziła dziecka, nie zrobiła sobie pamiątkowego zdjęcia z dyplomem ukończenia studiów, bo nikt na jej obronę nie przyjechał. Nic. Nie było niczego, co wywoływałoby u niej dumę.
Na co dzień starała się zachowywać optymizm. Uśmiechała się nieustannie, nie szczędziła młodzieży żartów, a jej język był cięty. Gdy jednak ściągała szpilki i rzucała na podłogę aktówkę pełną zeszytów, twarz się zmieniała. Inga wydawała się starsza, jej oczy gasły. Zdejmowała maskę, zrywała zasłonę.
Nie czuła się doceniona. Nie czuła się potrzebna. Pochodziła z małej wsi na Podkarpaciu. Jej rodzice wyjechali za chlebem za granicę, zostawiając dwunastoletnią Ingę pod opieką babci. Ta zmarła, gdy dziewczyna skończyła dziewiętnaście lat. Wraz z jej odejściem Inga została zupełnie sama. Mama i tato wciąż powtarzali, że niebawem wrócą, jednak mijały lata, a wnętrza opuszczonego domu zarastały kurzem. Rzadko się kontaktowali. Od czasu do czasu dzwonili, przysyłali paczki. To nie wystarczało. Wychowana bez bliskości, wzorców, autorytetów, bez poczucia własnej wartości. Zakompleksiona i niepewna siebie zostawiła rodzinny dom bez sentymentu.
Szybko się usamodzielniła. Już jako nastolatka udzielała lekcji, później zdecydowała, że może to kontynuować, jednocześnie zdobywając umowę o pracę i stały dochód. Tak zaczęła się jej przygoda ze szkołą. Miejscem może nie wymarzonym, do którego nie do końca pasowała, ale które ostatecznie uznała za swoje.
Wyprowadzając się do Poznania, z tyłu głowy miała scenariusz o samorozwoju i możliwościach, szybko jednak przekonała się, że duże miasto nie dało jej nic poza większą samotnością i poczuciem wyobcowania. Krótka przygoda zakończyła się w sposób nieoczekiwany i wyjątkowo brutalny.
Inga otrząsnęła się, wróciła do tu i teraz. Podeszła do kuchennej szafki. Była głodna, ale lodówka świeciła pustkami. Gdy zastanawiała się, co prócz naleśników mogłaby przyrządzić z kilku jajek i mąki, zadzwonił telefon.
– Chodź na jakieś żarcie. – Usłyszała w słuchawce.
– Szpiegujesz mnie? – Spojrzała przez okno, by sprawdzić czy kolega, nauczyciel wychowania fizycznego, stoi już na dole. Nie dostrzegła go jednak.
– Nie muszę. Znamy się już trochę. Czekam w „Piccolo”. Zamówić ci cztery sery? – proponował.
– Dobra. Niech będzie. Przyjdę za dziesięć minut – odparła bez przekonania.
Paweł Pietrzak miał dwadzieścia osiem lat. Był dryblasem. Były siatkarz pracujący nie tylko w liceum, ale także w miejskim centrum sportu. Lubiany przez uczniów i nauczycielki – szczególnie starsze rozwódki. Ingę śmieszyło, jak stroiły się w piórka na jego widok. Chłopak, mimo iż nie powalał urodą, miał w sobie to coś, co sprawiało, że trudno było nie darzyć go sympatią. Inga myślała o nim do tej pory wyłącznie w kategoriach dobrego kumpla. Pomógł jej zadomowić się w mieście. Mieli podobne poczucie humoru. Jasno określiła jednak granice, gdy po jednej z imprez z okazji zakończenia roku, próbował ją pocałować. Sytuacja nie powtórzyła się już więcej, ale Inga miała wrażenie, że Paweł zawsze patrzył na nią inaczej niż na pozostałe koleżanki.
Spojrzała na siebie.
Po siedmiu godzinach spędzonych w pracy nie wyglądała zbyt świeżo, jednak machnęła ręką, sięgnęła po małą listonoszkę mieszczącą jedynie klucze i portfel, a następnie wyszła, nie przeczesując nawet włosów. W bluzie, dżinsach i sportowych butach wyglądała jak nastolatka. Często zresztą mylono ją z uczennicami podczas wycieczek czy wyjść z klasą. Wciąż zdarzało się jej także, że ekspedientka w sklepie prosiła o okazanie dowodu, gdy w jej koszyku znalazł się alkohol. Inga sięgała po niego, gdy dopadała ją chandra. To zdarzało się ostatnio dość często.
Dziś nie bardzo miała ochotę na pogawędki, ale była głodna. A lubiła jeść, choć nie było tego po niej widać. Gdyby miała wymienić jedną jedyną największą życiową przyjemność, byłoby to właśnie jedzenie. Odkryła kuchnie świata dopiero podczas studiów. Nie miała bowiem ani okazji, ani funduszy, aby podróżować. Zostały jej wiec podróże kulinarne dzięki dobrym knajpom, których w Poznaniu nie brakowało. Tutaj, w czternastym pod względem wielkości mieście w Polsce, znajdowały się tylko dwie. Ubolewała nad tym podobnie jak nad faktem, że po dwudziestej trzeciej w tygodniu nie było gdzie pójść na piwo. Miasto wymarłe. Tak zwykła o nim mawiać, gdy rozmawiały z koleżankami ze studiów, co zdarzało się jednak rzadko, coraz rzadziej.
Gdy stanęła w drzwiach pizzerii, Paweł wstał i pomachał do niej ręką.
Wyglądali obok siebie komicznie.
Inga miała sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, bez obcasów, które w pracy dodawały jej zawsze kilka centymetrów, jej oczy znajdowały się na poziomie klatki piersiowej wuefisty. Nie przejmowali się tym jednak, choć przyciągali zawsze spojrzenia ludzi.
– Sądząc po minie, coś się wydarzyło – zaczął. Pił piwo, drugie, lekko zabarwione sokiem, stało obok.
– Z imbirowym? – upewniła się. Skinął głową.
– Dobrze, że chociaż można się napić piwa z sokiem imbirowym w tym mieście. – Westchnęła. – Dzięki. No, powiedz mi, bo ja może jakaś niedoinformowana jestem – zaczęła i wzięła łyk piwa. Rozejrzała się jednak najpierw po sali, sprawdzając, czy aby nie widać na horyzoncie żadnego z jej uczniów. Kontynuowała szeptem: – Olaf i Maryśka. Oni się w końcu mają ku sobie, czy wręcz przeciwnie?
– Oj, to nie do mnie. Olafa uczę, ale o dziewczynie nic nie wiem. Kojarzę, że gdzieś tam razem się bujali w wakacje, ale to za mało, żebym pomógł – przyznał.
– Nie mogę ich rozgryźć. Czuję, że coś mi umyka. Dzisiaj się pokłócili. I to tak na poważnie. A wcześniej miałam wrażenie, że coś się kroi – analizowała.
– To cię aż tak bardzo martwi? Serio? Ja rozumiem, poczucie misji i tak dalej, ale pierwszy raz się aż tak angażujesz… co najmniej jakby to były twoje dzieci – zdziwił się.
– Nie o to chodzi. Wierz mi, potrafię wywęszyć aferę na kilometr. A tu coś śmierdzi. I nie zamierzam być znowu tą, która stanie się kozłem ofiarnym. Raz wystarczy – wyjaśniła, nie podnosząc głosu.
– A propos. Powiesz wreszcie, co się tam wtedy stało? Znamy się już dość długo, gadamy prawie o wszystkim, ja ci się zwierzam nawet z głupot, ale ty nigdy mi nie powiedziałaś, dlaczego… Co się w tym durnym Poznaniu stało? – zaczął któryś raz z kolei.
– Daj spokój – ucięła temat. – Mówiłam ci, że nie zamierzam wracać do przeszłości. Szczególnie, że jest bolesna. Sądziłam, że to sobie wyjaśniliśmy – przypominała.
– Dobrze, już dobrze, bo ci żyłka na czole pęknie. – Uśmiechnął się łagodnie.
Kelnerka przyniosła dwie duże pizze. Zajęli się jedzeniem. Cisza nigdy nie była dla nich krępująca. W swoim towarzystwie nie musieli przejmować się drobiazgami jak ketchup w kąciku ust czy oregano między zębami. Stanowili zgraną drużynę. Gdyby nie Paweł, Inga nie poradziłaby sobie w momentach kryzysu. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, choć nie była wobec niego wylewna.
– Jak wam się układa z… Malwiną? – zagaiła, przełykając kawałek ciasta.
– Mówiłem ci, że to nic poważnego. Taka znajomość… – tłumaczył się, choć wcale tego nie oczekiwała.
– No, to już dobry początek. Friends with benefits. Tak to się teraz nazywa – skomentowała.
– Czyli, że co? Wiesz, że kuleję z językiem.
– No tacy przyjaciele, ale uprawiający seks – wyjaśniła i odchrząknęła znacząco.
– Weź… jesteś niepoprawna – oburzył się odrobinę.
– A powiedz, że nie mam racji? I teraz jeszcze odpowiedz sobie na pytanie, czy ona też tak to traktuje. – Zainteresowała się drugą stroną. Paweł nie odpowiadał. Nie chciał się pogrążać.
– U mnie ani widu, ani słychu o żadnej potencjalnej znajomości – kontynuowała i znacząco rozkładała ręce.
– Wyłącznie twoja wina – odparł enigmatycznie.
– Tak, słyszałam to już z twoich ust. A ja ci powtarzam: związek jest jak sok, nie ma w nim chemii, wtedy jest jednodniowy. Nie zamierzam ciągnąć niczego na siłę. Pierwsze spotkanie i wiesz, że kolejne skończy się małżeństwem albo morderstwem. Nie zamierzam iść do paki, a kandydata do ołtarza wciąż nie widzę. – Puściła oko do kolegi.
– W pewnym wieku wystarczyłoby założyć odpowiednie okulary. – Parsknął śmiechem, a Inga uderzyła go bawełnianą serwetką w ramię.
– Idę. Mam trochę roboty papierkowej, czego nie można powiedzieć o tobie – dogadała mu.
– No cóż, ja idę chałturzyć, luksusowe życie wymaga poświęceń. – Naśmiewał się trochę.
– Dzięki za towarzystwo. – Pomachała ręką i zostawiła na stole odliczoną kwotę. Wyszła, nie czekając na kolegę.
Źle spała tej nocy.
W jej sennych koszmarach przeplatały się sceny sprzed kilku lat i dzisiejszego popołudnia. Widziała Seweryna, swojego byłego ucznia. Przychodził do niej w bieli, trzymał w ręku lilię. Nagle jednak świat zaczynał wirować i chłopak stawał cały we krwi, wszystko wokół zmieniało barwę na karminową. Za moment spoglądał jej w oczy Olaf, uśmiechając się przy tym w taki sposób, że chciała uciec. Był też on, nieznany jej mężczyzna, którego jednak obawiała się najbardziej. Nie widziała jego twarzy, lecz dobrze wiedziała, kim jest. Drżała. Gdy we śnie próbowała krzyczeć, była niczym mała syrenka, której bezwzględna wiedźma morska odebrała głos. Nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku. Biegła więc. Uciekała najszybciej, jak potrafiła. A tuż obok niej biegła Marysia, zapłakana, przerażona… Była jakaś inna, opuchnięta na twarzy, wyglądała poważniej…
Nocna wizja Ingi została przerwana mniej więcej o trzeciej nad ranem, gdy nauczycielka, oblana potem, wreszcie zdołała się przebudzić. Długo musiała się zastanawiać, gdzie jest i czy na pewno ścigający ją mężczyzna to tylko demon przeszłości.
Odruchowo podeszła do okna, które wychodziło na plac zabaw. Cofnęła się. Odniosła wrażenie, że ktoś stał naprzeciw i patrzył na nią. Uznała, że najwyraźniej wyobraźnia płata jej figle, choć od dnia, w którym wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko, odczuwała ten dziwny rodzaj strachu, który nie pozwala o sobie zapomnieć o żadnej porze dnia i nocy. Odsłoniła firankę, a wtedy przekonała się, że to nie omam, ale żywy mężczyzna, który zauważywszy ją, naciągnął na głowę kaptur i odszedł pospiesznie. Wypiła szklankę wody i odrzuciła od siebie wszystkie myśli, które nosiły znamiona paranoi. Sięgnęła do szafki nocnej, w której trzymała leki uspokajające. Wiedziała, że tej nocy już nie zaśnie. Wzięła do ręki książkę ulubionego twórcy grozy i postanowiła katować się dramatami, w których nie ona była główną bohaterką, co miało stanowić pewien rodzaj pocieszenia.
2Seneka.
3Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie” – cytat z „Boskiej Komedii” Dantego Alighieri, umieszczony nad bramą piekła.
4Wiersz z tomu Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu, Stanisław Barańczak.
2
OBECNIE
Niezależnie od tego, co wydarzyło się poprzedniego dnia, ptaki powitały poranek radosnym świergotaniem.
– Nowy dzień. Bez starych myśli – powiedziała do siebie, gdy ocknęła się z nosem w książce leżącej na twarzy. Postanowiła nie stracić na rozpamiętywaniu ani jednej sekundy dłużej.
Trzy pierwsze lekcje minęły błyskawicznie. Nawet nie zauważyła, że pod salą stoi już spora grupa uczniów klasy drugiej A. Miała dyżur obok ich sali. Witali się z nią kolejni uczniowie, jednak ani Marysi, ani Olafa nie dojrzała wśród nich. Czuła niepokój podobny do tego, co dawniej, gdy po rozmowie z Sewerynem usiłowała odnaleźć go w tłumie młodzieży kolejnego dnia. Bezskutecznie. Tamta chwila stała się początkiem końca jej poznańskiej kariery. Poczuła nagły ucisk w żołądku. Jej nerwy nie były już tak silne jak kilka lat wcześniej, dlatego nie wytrwała do dzwonka, lecz podeszła do Mikołaja, jednego z rozsądniejszych uczniów i zapytała wprost:
– Marysia jest nieobecna? Coś się stało?
– Tak. Nie ma jej, Olafa, Kaśki i Amelii – referował zastępca przewodniczącej.
– Chorzy? – udawała, że nie ma pojęcia o wczorajszym incydencie.
– Trudno powiedzieć. Kaśka pisała wczoraj na grupie, że ma dzisiaj ortodontę, Amelia pewnie zaspała i zrobiła sobie wolne. A ta dwójka… z nimi nigdy nic nie wiadomo – skwitował chłopak, nie odrywając nosa od książki. Inga zapowiedziała na dzisiaj kartkówkę ze słownictwa.
– Ok. Dzięki. – Odeszła, pozwalając mu na ostatnią powtórkę.
Ona, spokojna i opanowana nauczycielka, w tej chwili czuła się tak, jakby serce miało za moment wyskoczyć z jej klatki piersiowej. Próbowała zmienić tok myślenia. Spojrzała na szarą tablicę z wypisanym na niej modelem absolwenta ich placówki. Czytała punkt po punkcie, żeby uspokoić myśli: potrafi samodzielnie organizować naukę, planuje własny rozwój, rozwiązuje problemy. Następnie zerknęła na rząd plastikowych doniczek w pożółkłym odcieniu, który z pewnością dawniej nazywany był bielą i przeliczyła paprotki. Oddychała głęboko. Powoli wracała do żywych.
W miejscu pracy nie mogła pozwolić sobie na ataki paniki. A miały one charakter nawracający. Psychiatra, do którego udała się po pierwszym podobnym incydencie, a z którym współpracować miała jeszcze przez kilka miesięcy, uznał, że w jej przypadku nie ma mowy o zespole lęku napadowego, zaś same ataki powinny ustąpić, gdy pamięć o traumatycznych wydarzeniach minie.
I rzeczywiście. Od dłuższego czasu nie miewała podobnych problemów, nawet gdy jakaś sytuacja wydawała się jej stresująca. Uznała więc, że umysł pozbył się już niemal całkowicie historii z przeszłości i uwolnił tym samym ciało od lęku.
Dzisiaj, gdy zdała sobie sprawę, że Marysi i Olafa nie ma w szkole, znów poczuła nagły brak powietrza. Znów wydawało się jej, że za moment zabraknie jej tchu i najzwyczajniej w świecie, tu, przy wszystkich uczniach, po prostu się udusi.
Wyrównała oddech, policzyła do dziesięciu, skupiła uwagę na roślinach. Zadzwonił dzwonek i była prawie gotowa wejść do sali lekcyjnej.
Zaczęła rozmawiać z uczniami, tłumacząc, że kartkówkę napiszą pod koniec lekcji. Potrzebowała teraz gwaru, zmiany tematu… Jej myśli krążyły jednak przez cały czas wokół tej dwójki, która nie stawiła się na lekcji. Był piątek, co jeszcze bardziej ją denerwowało. Przed nią bowiem dwa dni niepewności. Na kolejnej przerwie zdybała wychowawczynię nieobecnych, lecz ta nawet nie zwróciła uwagi, że nie pojawili się w szkole.
– Mamusia pewnie znowu zapiła. A Olaf może został z nią – skomentowała bez większej refleksji, bez grama empatii w głosie. Stara biologiczka. Wykładała kiedyś na uniwersytecie, pracę w szkole traktowała jak degradację i upodlenie.
Inga skończyła lekcje tuż po trzynastej. Nie wiedziała jednak, co powinna zrobić. Gdyby zaniechała jakichkolwiek działań, jej weekend byłby przepełniony złością, niepokojem i czarnymi scenariuszami. Trzeba było działać, choć brakowało pomysłu jak.
Wtedy jej spojrzenie pełne udręki wychwycił nie kto inny, jak tylko Paweł. Szedł korytarzem w swoim granatowym dresie z torbą sportową zarzuconą na ramię. Wyglądał, jakby się spieszył, gdy jednak ich spojrzenia się spotkały, zwolnił i od razu podszedł do koleżanki.
– Co jest? Wyglądasz jakbyś zobaczyła przed chwilą ducha… – zagaił i chwycił ją za dłonie. Na korytarzu nie było nikogo. Kilka minut wcześniej rozpoczęła się lekcja.
– Czuję się jak w jakimś cholernym filmie z elementami retrospekcji – przyznała szczerze. – Chyba tracę kontrolę… – znów oddychała zbyt szybko.
– Wyjdźmy stąd – zaproponował.
– Masz trening, prawda? – Spojrzała na niego, przygryzając wargę. Paweł istotnie wybierał się na halę.
– Wytrzymasz bez robienia głupot dwie godziny? Skończę i przyjadę. Dobrze? – Patrzył na nią z troską. Inga wiedziała, że nie powinna wykorzystywać jego słabości do niej, że Malwina będzie wściekła, gdy dowie się, że kolejne popołudnie spędził ze swoją przyjaciółką, jak o niej mówił swojej dziewczynie, że wreszcie wizyta w domu Marysi nie będzie ani niczym przyjemnym, ani nawet mile widzianym. Jednak lęk zdominował w tym momencie resztki racjonalnego myślenia.
– Wytrzymam. Pójdziesz ze mną do jej ojca? – Wypuściła nagromadzone powietrze.
– Nic i tak cię przed tym nie powstrzyma – rzucił, spojrzał na zegarek.
