Tajemnica starego zegara - Anna Green - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Tajemnica starego zegara ebook i audiobook

Green Anna

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowy York, przełom XIX i XX wieku. W jednej z rezydencji w Park Gramercy została zamordowana kobieta. Nie wiadomo kim jest ofiara i jak się tam znalazła, mieszkańców bowiem nie było w domu. Powoli wyjaśnia się kim mogła być zamordowana i dlaczego mogła się tam znaleźć… ale czy aby na pewno… Sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana i… ciekawa!

Wspaniały klasyk detektywistycznego kryminału, czarne i białe charaktery, detektyw i nadzwyczaj inteligentny świadek-sąsiadka. Do końca nie wiadomo kto i dlaczego zabił.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 228

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 55 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Michał Białecki

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału The Old Clock Mystery

Wydanie na podstawie publikacji “Zorza”, Lwów 1925

Copyright © 2026, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-352-6

Projekt okładki: Anna Slotorsz Na okładce wykorzystano zasoby Adobe Stock (©Murat İrfan Yalçın, © estu, ©Utro na more)

Redakcja: MR

Korekta: Michał Gniazdowski

Skład: Jacek Antoniuk

[email protected]@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ I

Odkrycie

Nie jestem z natury specjalnie ciekawska, ale gdy pewnej ciepłej wrześniowej nocy usłyszałam, jak w pobliżu mojego domu w Park Gramercy1 zatrzymała się dorożka, nie mogłam oprzeć się pokusie i wyskoczyłam z łóżka, aby ukryta za firankami popatrzeć na ulicę.

Sąsiedni dom, a właściwie rezydencja, stał od pewnego czasu pusty, a przynajmniej za taki uchodził, bo rodzina, która tam mieszkała, przebywała, jak mówiono, w Europie. Otóż dorożka zatrzymała się teraz dokładnie naprzeciwko właśnie tego domu.

Latarnia, która oświetla nasz róg ulicy, znajduje się o kilkanaście metrów dalej, po drugiej stronie, tak że z trudem rozróżniłam tylko sylwetki młodego mężczyzny i młodej kobiety, stojących na chodniku.

Chwilę potem nieznajomi weszli na schody prowadzące do głównego wejścia, a dorożka odjechała.

Jak już wcześniej powiedziałam, było późno i bardzo ciemno, nie mogłam zatem dokładnie widzieć młodej pary. Ale kiedy zobaczyłam, że weszli do środka, nabrałam przekonania, iż młodym mężczyzną był zapewne pan Franklin, starszy syn pana van Burnama, a młodą kobietą jakaś jego krewna.

Fakt, iż zobaczyłam osobę tak nienagannie się prowadzącą, jak Franklin van Burnam, z nieznajomą kobietą o takiej godzinie, w domu pozbawionym jakichkolwiek potrzebnych rzeczy dla gości, stanowił dla mnie prawdziwą tajemnicę, nad którą zastanawiałam się, leżąc w łóżku.

Po pewnym czasie usłyszałam ze zdumieniem, że drzwi wejściowe do sąsiedniego domu się zamknęły. Przyskoczyłam do okna dokładnie w chwili, by zdążyć zobaczyć, jak młody człowiek oddala się szybkim krokiem w kierunku Broadwayu. Młodej kobiety już z nim nie było i gdy pomyślałam, że zostawił ją samą w tym ogromnym, pustym domu, zaczęłam powątpiewać, czy to mógł być pan Franklin. Takie postępowanie bardziej już pasowało do jego brata Howarda, postrzeleńca, który jakiś czas temu ożenił się z dziewczyną wątpliwego pochodzenia i wskutek tego małżeństwa został wykluczony z grona rodziny.

Nazajutrz rano obejrzałam uważnie dom sąsiadujący z moim. Ani jedna zasłona nie była podniesiona, ani jedno okno otwarte. Stwierdziwszy po śniadaniu, że w wielkiej ponurej rezydencji nie widzę najmniejszych oznak życia, poczułam się zaniepokojona. Nie podjęłam jednak żadnego kroku aż do południa, kiedy to mogłam zejść do ogrodu.

Zauważywszy, że okna z tyłu domu, podobnie jak okna frontowe, również były szczelnie zamknięte, odczułam taki strach, że zatrzymałam pierwszego przechodzącego policjanta i poprosiłam go, aby zadzwonił do drzwi wejściowych, co też uczynił.

Nie było żadnej odpowiedzi.

– Nie ma tam nikogo – rzekł.

– Niech pan zadzwoni jeszcze raz – nalegałam.

Zadzwonił powtórnie, także bez żadnego skutku.

– Widzi pani, że dom stoi pusty – mruknął policjant. – Otrzymaliśmy polecenie monitorowania go podczas nieobecności właścicieli.

– W tym domu przebywa kobieta – upierałam się. – Jestem przekonana, że tej nocy wydarzyło się tam coś złego.

Wzruszył ramionami i miał zamiar odejść, gdy w tej właśnie chwili przed domem zatrzymała się jakaś kobieta. Z pewnością już ją kiedyś widziałam wchodzącą do van Burnamów. Nie do końca zdając sobie sprawę z ogarniających mnie emocji, zeszłam spiesznie ze schodów i zbliżyłam się do nowo przybyłej.

– Dzień dobry – powiedziałam. – Czy pani pracuje dla van Burnamów i czy może zna pani kobietę, która tu przyszła minionej nocy?

Przerażona tymi nagłymi pytaniami, lub też tonem mojego głosu, przyznaję, że dość szorstkim, kobieta cofnęła się szybko i gdyby nie obecność policjanta, z pewnością by uciekła.

– Jestem tylko sprzątaczką – rzekła. – Pod nieobecność gospodarzy od czasu do czasu przychodzę, żeby zrobić to, co mi wyznaczyli.

Zauważyłam, że nie odpowiedziała na drugie moje pytanie i już chciałam je powtórzyć, gdy nagle do rozmowy wmieszał się policjant.

– Właściciele już wrócili? – rzekł, ni to pytając, ni to stwierdzając fakt.

– Nie wiem, przypuszczam, że to możliwe – odpowiedziała kobieta.

Ale czuło się, że mówi bez przekonania.

– Ma pani klucz do domu? – zapytałam, widząc, że wpycha rękę do kieszeni.

Nie odpowiedziała, ale na jej twarzy nadal malował się wyraz lęku. Odwróciła się do mnie plecami.

– Jeśli ma pani klucz, wejdziemy razem do środka, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku – rzekł policjant.

Kobieta zaczęła dygotać. Czułam, że mnie także ogarnia coraz większa ekscytacja.

Pomyślałam, że jeśli w domu państwa van Burnam wydarzyło się istotnie coś nadzwyczajnego, będę przy tym odkryciu obecna. Następne słowa kobiety prędko przekreśliły tę nadzieję.

– Pan oczywiście może wejść – zwróciła się do policjanta – ale nie mogę na to pozwolić tej pani. Bo jakim prawem ona miałaby wejść do czyjegoś domu.

Na te słowa policjant, odsunąwszy mnie na bok, ruszył z kobietą do wejścia dla służby na wysokości sutereny, bo do nich właśnie miała klucz. Wkrótce zniknęli wewnątrz domu. Nie zamierzałam odejść. Czułam, że moim obowiązkiem jest czekać. Chciałam się tylko upewnić, że młoda kobieta, którą widziałam wchodzącą do tego domu o północy, jest zdrowa i że okien nie otworzono jedynie z powodu właściwego światowym damom lenistwa.

Tymczasem na ulicy zatrzymało się już koło mnie kilka osób. Nagle otworzyły się drzwi od sutereny i ujrzeliśmy przerażoną twarz gospodyni, dygoczącej na całym ciele.

– Nie żyje! – krzyczała. – Ona nie żyje! Na pomoc! Morderstwo!

I zapewne wołałaby nadal, gdyby policjant nie wciągnął jej do środka, mrucząc jakieś przekleństwa. Już zamykał mi drzwi przed nosem, ale wślizgnęłam się szybciej niż mysz i na całe szczęście, bo gdy tylko weszliśmy na poziom parteru, gospodyni nagle zbladła i runęła zemdlona na podłogę.

Mimo że naprawdę chciałam jej pomóc, najpierw podbiegłam do salonu, gdzie moim oczom przedstawił się przerażający widok.

W półmroku, ponieważ pokój oświetlony był tylko światłem padającym z otwartych drzwi, w których stałam, leżało ciało kobiety do połowy przywalone wywróconym meblem. Widziałam jedynie spódnicę i rozkrzyżowane ramiona. Ale po nienaturalnym ułożeniu nóg można było poznać, że kobieta nie żyje.

Zwróciwszy się do policjanta, który nie mógł się zdecydować czy ma podejść do gospodyni czy do trupa, zawołałam głośno:

– Prędko, prędko, panie policjancie. Ta kobieta nie żyje, ale tamtą trzeba ratować. Proszę przynieść wodę z kuchni i udać się po lekarza. Ja zostanę przy niej i pomogę ją otrzeźwić. Jest silna, niedługo powinna dojść do siebie.

Na twarzy policjanta malowała się niepewność, wręcz podejrzliwość.

– Niech pani sama idzie poszukać wody – powiedział wreszcie. – I niech krzyknie pani przez okno, aby przywołano koronera i śledczego. Nie ruszę się stąd, dopóki któryś z nich się nie zjawi.

Usłuchałam jego polecenia, chociaż przyznaję, że niechętnie oddalałam się z miejsca tajemniczego wypadku.

– Niech pani biegnie prędko na piętro – zawołał jeszcze do mnie, gdy podnosiłam ciało zemdlonej gospodyni, żeby je wygodniej ułożyć – i krzyknie to, co powiedziałem. W przeciwnym wypadku, gdy otworzymy drzwi, runie tutaj cała dzielnica.

Wbiegłam na schody. Otworzyłam okno i zobaczyłam, że rzeczywiście przed domem zebrał się już całkiem spory tłum.

– Potrzebujemy lekarza! – krzyknęłam z całej siły. – Zawiadomcie też posterunek policji!

Cofnęłam się od okna i rozejrzałam się za wodą. Znajdowałam się w kobiecej sypialni, prawdopodobnie należącej do starszej córki, od wielu miesięcy już tu najwyraźniej niemieszkającej, ponieważ brak było potrzebnych mi w tej chwili przedmiotów. Ani butelki z wodą kolońską na toaletce, ani szczypty soli pachnącej na umywalce.

Za to była tam woda i kubek. Napełniłam go i spiesznie ruszyłam ku drzwiom, kiedy nastąpiłam nogą na jakiś niewielki przedmiot. Była to okrągła poduszeczka na szpilki. Nie lubię nieładu, podniosłam ją więc i położyłam na gzymsie kominka, po czym wyszłam.

Gospodyni ciągle nieprzytomna leżała koło drzwi. Pokropiłam jej twarz wodą, dzięki czemu wkrótce przyszła do siebie. W pierwszej chwili chciała jakby coś powiedzieć, ale powstrzymała się, co wydało mi się podejrzane. Mój wzrok skierował się teraz w stronę salonu. Policjant nie ruszył się z miejsca, w którym go zostawiłam, stał koło martwego ciała i wpatrywał się w nie.

Odeszłam od gospodyni, która już całkiem oprzytomniała, i skierowałam się w jego stronę, gdy nagle gospodyni krzyknęła:

– Niech pani ode mnie nie odchodzi! Nie widziałam nigdy nic bardziej przerażającego! Biedna dziewczyna! Biedna dziewczyna! Dlaczego nie zdejmiecie z jej ciała tych wszystkich przedmiotów?

Nie mówiła tylko o meblu, który chyba był szafką z półkami, ale również o licznych bibelotach, które leżały teraz rozbite na kawałki częściowo na podłodze, a częściowo na zmarłej.

– Tak, zaraz to zrobię – odpowiedziałam. – Czekamy tylko na kogoś uprawnionego, koronera i kogoś z policji.

– A jeśli ona nie umarła? Jeśli się pod tym udusi. Podnieśmy ją. Ja pomogę. Jestem silna.

– Czy pani wie, kim ona jest? – zapytałam, ponieważ jej głos zdradzał silniejsze emocje, niż powinien wywołać wypadek dotyczący kompletnie obcej osoby.

– Ja? – zapytała, mrugając oczami, pragnąc wytrzymać mój wzrok. – Skąd miałabym wiedzieć? Weszłam tu razem z policjantem. Czego pani chce ode mnie? Jestem tylko sprzątaczką i nie znam wszystkich członków rodziny.

– Zdawało mi się, że jest pani bardzo poruszona.

– A kogóż by to nie poruszyło widzieć tę biedną kobietę zmiażdżoną pod szafką i tymi wszystkimi skorupami?

Japoński wazon, który leżał rozbity, mógł mieć wartość kilkuset dolarów, a saskie figurki pochodziły zapewne sprzed dobrych dwustu lat.

Do salonu van Burnamów wchodziło się z holu przez łukowo sklepione drzwi. Na prawo od nich leżała zmarła. Teraz, kiedy moje oczy zaczęły się przyzwyczajać do półmroku, rozejrzałam się dokoła i zauważyłam dwa lub trzy szczegóły, które do tej pory uszły mojej uwadze.

Po pierwsze, kobieta leżała na plecach, z nogami zwróconymi ku drzwiom prowadzącym do holu. Po drugie, nigdzie nie widać było śladów walki. Wszystko pozostało na swoim miejscu i miało wygląd ładu, który panuje w moim salonie, gdy nie spodziewam się gości.

Podczas gdy ja czyniłam swoje spostrzeżenia, gospodyni zagłębiała się w najrozmaitsze przypuszczenia co do przyczyn wypadku. Próbowała wytłumaczyć, w jaki sposób przewróciła się szafka.

– Biedna dziewczyna, biedna dziewczyna! Z pewnością przewróciła ją na siebie! Ale co mogła robić w tym pustym domu?

– Co też pani wyprawia? – mruknął poirytowany policjant, bo służąca najwyraźniej zabierała się do sprzątania. – Niech pani pozostawi wszystko na miejscu! Nikt, prócz śledczych, nie ma prawa tu niczego tknąć.

– Przecież ja nie robię nic złego – zaprotestowała zduszonym głosem. – Chciałam tylko zobaczyć, jak ta biedaczka jest ubrana. Ma na sobie niebieską sukienkę, prawda? – rzekła, zwróciwszy się do mnie.

– Z błękitnego jedwabiu – odparłam – suknię kupioną w sklepie, ale bardzo piękną. Pochodzi zapewne z magazynu Altmana albo Sterna.

– Nie nawykłam do oglądania podobnych rzeczy – wyszeptała służąca.

Zdawało się, jakby i tę resztkę przytomności umysłu, którą okazywała dotychczas, coraz bardziej traciła.

– Biedna mała, taka młodziutka – rzekła naraz głosem, który zdradzał pewne wahanie.

– Sądzę, że jest młodsza zarówno od pani, jak i ode mnie – odpowiedziałam.

– Jak to przykro patrzeć, gdy młodym ludziom przytrafi się nieszczęście, prawda?

W tym momencie usłyszeliśmy na zewnątrz pospieszne kroki i wkrótce gwałtownie zadzwonił dzwonek.

– To na pewno śledczy z komisariatu – oznajmił spokojnym głosem policjant. – Niech pani otworzy drzwi. Ja nie ruszę się z tego miejsca.

Z całą godnością udałam się do głównych drzwi. Należy przypomnieć, że my wszyscy troje weszliśmy wejściem na wysokości sutereny, bo do nich klucz miała służąca. Z jakąż więc uwagą i ciekawością przypatrywałam się głównemu wejściu, przez które wchodzili i wychodzili główni bohaterowie dramatu, którego oczywistym dowodem był leżący tu trup.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Ekskluzywna, spokojna dzielnica w Nowym Jorku (Manhattan), znana głównie z prywatnego, otoczonego murem ogrodu, do którego klucze mają tylko mieszkańcy przylegających budynków. Jest to jedno z nielicznych miejsc w tym mieście symbolizujących zamożność i historię. ↩