Szkatułka sekretów - Alicja Filipowska - ebook
NOWOŚĆ

Szkatułka sekretów ebook

Filipowska Alicja

5,0

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Sława Tucholska wierzy, że wywalczyła sobie na zawsze skrawek szczęścia i wolność na miarę PRL-owskiej rzeczywistości. Ma kochającego narzeczonego, głos, który porywa męskie serca w Klubie Oficerskim i... najzgrabniejsze nogi w Lublinie. W jeden wieczór Sława traci miłość, a potem wszystko, co uważała za pewne, pęka jak mydlana bańka.
Złamana zaszywa się w zielonym domu zapisanym jej w spadku przez tajemniczą krewną, której nigdy nie poznała, na skraju zapomnianej wsi, której nigdy dotąd nie odwiedziła. Tylko ,,na chwilę”, by posklejać krwawiące serce i zrujnowane życie. Gdy w jej ręce trafia szkatułka cioci Aleksandry musi zmierzyć się z przeszłością i zająć się chłopcem, który pomieszkuje w jej stodole…
Jak estradowa diwa o arystokratycznych korzeniach poradzi sobie z wyzwaniami codzienności w prowincjonalnej Kamionce?
Alicja Filipowska z werwą rysuje portrety zwykłych ludzi na lubelskiej wsi w latach sześćdziesiątych XX wieku, gdzie ramy życia wyznaczają sołtys, ksiądz i partyjni notable. Życie i postawa bohaterki zmieniają się głównie w zderzeniu z dramatycznym losem nastolatka; szczęście odnajduje w relacjach ze zwykłymi „nieznacznymi” ludźmi, w

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 316

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, przejmująca i wciągająca
00



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Iza Szewczyk

Redakcja

Anna Skowrońska | CAŁA JASKRAWOŚĆ

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Agata Wawrzaszek, Anna Skowrońska | CAŁA JASKRAWOŚĆ

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Katowice 2026

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Tekst © Alicja Filipowska

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

ISBN 978-83-68674-45-3

Dla wszystkich kobiet, które odważyły się żyć po swojemu,

i dla Pawła, który odważył się żyć ze mną

Rozdział 1

czerwiec 1968

Stałam przy barze w zadymionej sali kasyna oficerskiego. Nikt ze znajomych jeszcze mnie nie zauważył, tylko barman, witając się, uniósł szklaneczkę. Niczego mi nie zaproponował. Wiedział, że przed występem nie piję. Generalnie nigdy nie piłam. Specjalnie dla mnie trzymał pod ladą butelkę po koniaku z bursztynowym naparem. Czasami musiałam usiąść z którymś z przyjezdnych oficerów. Wówczas markowałam alkohol herbatą, ale umiejętnie wybuchałam śmiechem na każdy żart i zalotnie przesuwałam palcem po zarośniętym policzku rozmówcy. Barman polewał tak długo, aż mój kompan zasypiał z głową na barze, a ja mogłam wtedy wrócić na scenę.

Tego dnia zaczęło trio Lotne Babki. Niezłe były. Dobre głosy, ale bardzo młode. No i trio. Nie utrzymają się. Zespoły zawsze się w końcu rozpadają. Ślub, ciąża albo kłótnia. Dlatego ja od początku występowałam jako solistka. Byłam królową tej sali. Miejscowi mnie nie zaczepiali. Znali zasady, wiedzieli, że nie sypiam z kim popadnie. Owszem, czasami z kimś ważnym, kimś potrzebnym, ale nie tu, nie w pracy.

Salę wypełniały kłęby dymu papierosowego. Przy każdym stoliku nakrytym białym obrusem siedziało czterech mężczyzn, czasami sześciu. Sól ziemi, wszyscy stanęli kiedyś do walki z okupantem, teraz korzystali z zasłużonej nagrody. Przywileje, pieniądze i władza. Zsunęłam się ze stołka barowego i ruszyłam w stronę garderoby. Po drodze minęłam majora Dębskiego, ukradkiem przesunęłam dłonią po jego ramieniu, żeby dać o sobie znać. Odwrócił głowę i uśmiechnął się na mój widok.

– Jak było?! – przekrzyknął zgiełk sali.

Nachyliłam się do jego ucha.

– Wyśmienicie. Najlepszy wyjazd w tym sezonie, panie majorze. – Oblizałam wargi, nie próbując nawet flirtować. I tak był mój.

Ta znajomość się opłaciła. Major Dębski wysłał mnie na dwumiesięczne tournée po NRD, Czechosłowacji i Węgrzech. Początkowo miał być tylko majowy festiwal w Berlinie Wschodnim, ale zrobiła się z tego trasa koncertowa z Orkiestrą Wojska Polskiego. Z Berlina przywiozłam dla ojczyzny drugą nagrodę, a dla siebie walutę.

W schowku pod podłogą w domu przyjaciela trzymałam dolary i marki z takich wyjazdów. Złotówkami zawsze dzieliłam się z dobroczyńcą. Ostatnio był nim Dębski. Nie wiedziałam, jak długo to będzie trwało. Jeśli go przeniosą, znajdę kogoś nowego. Zawsze znajdowałam. Pożegnałam się z nim i kołysząc od niechcenia biodrami, przeszłam pomiędzy stolikami tuż przy scenie.

– Towarzyszko Tucholska – przypłynął do mnie baryton generała Chmury – tęskniliśmy.

Zatrzymałam się i sfingowałam pozycję „baczność”, stukając o siebie szpilkami. Jego przekrwione oczy osadzone głęboko w pyzatych policzkach zamrugały, a wzrok spłynął po moich nogach. Lekko dygnęłam i zgięłam kolano. Moja łydka napięła się jeszcze mocniej, a mężczyzna zacisnął zęby na szklanej fifce i puścił do mnie oko. Był potulny jak baranek i zawsze mogłam prosić go o pomoc.

Obrzuciłam wzrokiem salę i uśmiechnęłam się do mojego życia. Byłam w domu, w swoim królestwie. Za chwilę miałam wejść na scenę i przypomnieć im wszystkim, kto jest tutaj diwą. Niektórzy porównywali mnie do Anny German, ale chyba tylko z wyglądu. W odróżnieniu od słynnej śpiewaczki ja na scenie zamieniałam się w ogień. Przypominałam im, czego pragną, czego pożądają i co nie zawsze mogą dostać. Dla niektórych była to kwestia moralności, dla innych zasad, a dla garstki – odmiennych preferencji.

W garderobie zsunęłam czyjeś kosmetyki z mojego stolika przed lustrem, pierwszym od strony drzwi. Z szafy wyjęłam żółtą sukienkę. Założyłam jedwabne pończochy, pilnując, żeby szew z tyłu układał się idealnie. Tego wieczoru wszyscy mieli patrzeć na moje nogi. Najlepsze nogi na Krakowskim Przedmieściu, kiedy stukając obcasami o płyty chodnikowe, szłam w stronę Domu Żołnierza. Skończyłam dwadzieścia siedem lat, ale wciąż wyglądałam dużo młodziej. Te siksy na scenie może i były świeżutkie jak stokrotki, ale brakowało im doświadczenia i wiedzy o męskim świecie, takiej, żeby nim zawładnąć. Od czterech lat śpiewałam w Klubie Oficerskim w Lublinie. Od trzech byłam ich czarnym koniem, którego wystawiali na festiwalach wojskowych i ważniejszych uroczystościach. Mój talent dawał im kolejne zwycięstwa, których wciąż potrzebowali. Wojna skończyła się dawno temu, ale ich, żołnierzy Polski Ludowej, nadal nie opuszczał duch walki. Teraz zwyciężałam dla nich ja, podczas gdy oni leczyli podagrę i nadciśnienie. Podpisałam cyrograf na wyłączność, ale zostały mi już tylko dwa lata. Byłam więc nietykalna i wiedziałam o tym.

Zaciągnęłam zamek satynowej sukienki i podniosłam piersi, tak żeby wypełniły głęboki dekolt. Usiadłam przed lustrem i obrysowałam grubą, czarną kreską zielone oczy. Wstrzymałam oddech, żeby nie zjechać z linii, i lekko rozchyliłam usta. Widziałam iskierki w swoich oczach i rozpoznałam, że to moja przyjaciółka trema. Czułam obręcz na żołądku, ilekroć wychodziłam na scenę. Nikt o tym nie wiedział, ale zawsze szeptałam wówczas do siebie, idąc z pochyloną głową: „To będzie twój najlepszy występ, skarbie”.

Polakierowałam wysoko natapirowany kok. Andrzej, mój narzeczony, zawsze żartował, że wyglądam, jakbym nosiła na głowie ul. Wzruszałam wówczas ramionami, śmiejąc się.

– Co zrobisz, taka moda. Ale miodem z tego ula to nie pogardzisz, co? – Zaglądałam mu filuternie w brązowe oczy.

Na scenie powitała mnie burza oklasków. Opuściłam skromnie wzrok, podczas gdy konferansjer w białej marynarce zapowiedział mnie, streszczając zebranym przebieg mojego wiosennego tournée. Światło reflektorów odbijało się od jego napomadowanych włosów. Kiedy skończył, wyciągnął ku mnie ramię, akcentując moje estradowe imię.

– Przed państwem Sława Tucholska.

Światła przygasły, a pojedynczy halogen otoczył mnie kręgiem gorącego światła. Spojrzałam w dal, na koniec sali, wyobrażając sobie, że tam, w mroku, przy drzwiach stoi moja miłość, inżynier Andrzej Strzelecki, i to dla niego zaraz zaśpiewam. Nabrałam powietrza i wypuściłam z ust to, co miałam w sobie najlepszego. Głos jak dzwon, jak pisał o moim talencie „Kurier Lubelski”. Po trzech linijkach tekstu opuścił mnie strach sceniczny. Uniosłam dłoń z mikrofonem i odrzuciłam głowę do tyłu. Moja sukienka odchyliła się lekko, dodając nutkę seksapilu do tego, za co i tak wszyscy zebrani cenili mnie najbardziej. Za bycie gwiazdą. Ich własną, nigdy niegasnącą. Gdybym tylko pamiętała wtedy o tym, że wszystkie królestwa kiedyś upadają i z każdego tronu można spaść…

Zespół zagrał sześć moich największych szlagierów, za którymi publiczność tęskniła najbardziej. Nie było mnie przez dwa miesiące, ale chłopcy o mnie nie zapomnieli. Po pierwszej, nostalgicznej piosence popłynęły skoczne akordy. Poruszałam biodrami w rytm muzyki, a cała sala wybuchła oklaskami. Z każdą kolejną piosenką czułam się coraz lepiej. Odzyskiwałam swobodę, którą musiałam odstawić do rezerwy w czasie międzynarodowych występów. Tutaj panowała jedna zasada. Co zdarzy się w klubie, zostaje w klubie. Każdy z cywilów podpisał klauzulę poufności, a nawet bez niej nikt nie odważyłby się opowiedzieć w domu, z kim któryś z oficerów stąd wyszedł i w jakim stanie. Ich tajemnice były naszą rękojmią bezpieczeństwa i przepustką do lepszego życia. Po kolejnym utworze zeszłam ze sceny, podczas gdy zespół zagrał jakiś lekki, jazzujący kawałek do kotleta i pogawędki.

– Opowiadaj, jak było.

W garderobie Helcia, jedna z dziewczyn z trio, przysiadła na stołeczku obok mnie, podwijając pod siebie nogę.

– To prawda, że u Czechów najgorsze jedzenie? – Wpatrywała się we mnie z podziwem w oczach.

Wypiłam duszkiem szklankę wody, zanim spojrzałam na nią ze wzruszeniem ramion.

– Jedzenie? A kogo obchodzi jedzenie! Żebyś ty widziała, jakie buty u nich się nosi. – Wychyliłam się na krześle po ręcznik i otarłam nim pot z szyi i dekoltu. – Kupiłam dwie pary, skóra jak atłas. Niemki nadal brzydkie, jakbyś chciała wiedzieć. W tym departamencie nic się nie zmieniło.

Wszystkie dziewczyny parsknęły śmiechem. Przyłożyłam ręcznik do twarzy i delikatnie osuszyłam czoło.

– Na Węgrzech jak zwykle upał – stwierdziłam jak stała bywalczyni, wiedząc, że żadna z nich nigdy nie wyjeżdżała z Polski i nie mają zielonego pojęcia, jak tam jest. – Ale hotel był najlepszy. Nad samym Dunajem. Zabrali nas na rejs statkiem na Wyspę Małgorzaty.

Dziewczyny siedziały zapatrzone we mnie i spijały słowa z moich ust, podczas gdy pudrowałam powolutku twarz. Odsunęłam się od stolika i spojrzałam na swoje odbicie. Idealnie, nawet nos się nie zaczerwienił od gorąca na sali. Przesunęłam pomadką po ustach i rzuciłam ją beztrosko na blat.

– Byłabym zapomniała. Mam dla was jakieś pamiątki. – Wyjęłam z torebki zawiniątko z drewnianymi broszkami, które dostałam w NRD. Każda z nich przedstawiała inny kwiat pomalowany jaskrawą farbą. Wysunęłam dłoń przed siebie. – Wybierajcie.

Dziewczyny aż pisnęły z zachwytu. Prezenty z zagranicy. Opowiedzą o tym każdej znajomej, a ja wciąż pozostanę wspaniałą, doświadczoną koleżanką.

– Zbieram się. – Podniosłam się z krzesła z myślą, że Andrzej pewnie już czeka.

Dziewczyny pomachały mi na pożegnanie, zanim zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Przed klubem owiało mnie chłodne wieczorne powietrze. Obrzuciłam wzrokiem plac przed budynkiem. Kilku żołnierzy stało pod drzewem, paląc papierosy i czekając, żeby odwieźć swoich oficerów do koszar albo do prywatnego mieszkania. Od strony Alei Racławickich szybkim krokiem nadchodził Andrzej. Postawił kołnierz budrysówki i nawet z daleka wyglądał jak James Dean. Miał w chodzie coś z przemykającego nocą złodziejaszka. Wybuchnął perlistym śmiechem, kiedy mu to kiedyś powiedziałam.

– Jedyne, co pragnę ukraść, to twoje serce, ale chyba wciąż mi się nie udaje. – Zmrużył oczy, świdrując mnie wzrokiem. – Władka, jesteś dla mnie nieustanną zagadką.

Jak zwykle pozostawiłam wtedy te słowa bez komentarza, co jeszcze bardziej rozpaliło jego ogień. Nie umiałam inaczej, nie umiałam mówić o miłości. W moim domu rodzinnym po prostu się tego nie robiło.

Andrzej odrzucił papierosa na chodnik i wspiął się powoli po schodach, kierując się w moją stronę. Czekałam na niego oparta o jedną z wysokich kolumn frontowego portyku.

– Kochana. – Objął mnie i lekko uniósł. Zakręcił mną w powietrzu, jakbym była małą dziewczynką. Uwielbiałam go każdym centymetrem mojego ciała.

– Tęskniłam do szaleństwa – wyszeptałam, wtulając nos w jego szyję.

– Mam nadzieję. – Postawił mnie na schodku poniżej i spojrzał prosto w moje oczy. – Nie cierpię, kiedy wyjeżdżasz. Nie na tak długo. Kiedy to się…

– Cii… – Przyłożyłam palec do jego ust. – Nie psujmy tej chwili i nie traćmy czasu na kłótnie. Irena wraca o dwunastej. – Stanęłam na palcach i cmoknęłam go w koniuszek nosa.

Młodzi żołnierze przy samochodach zagwizdali. Andrzej przygarnął mnie ramieniem i poprowadził wtuloną w swoje gorące ciało. Szliśmy zalanymi mrokiem ulicami nocnego Lublina. Na Lipowej minął nas prawie pusty o tej porze czerwony trolejbus i zatrzymał się tuż przed cmentarzem. Mieszkałam dwa kroki dalej, na rogu Narutowicza. Moja współlokatorka pracowała na zmiany w Fabryce Samochodów Ciężarowych. Praca nie była specjalnie trudna, ale uciążliwa przez system zmianowy. Chociaż przez większość czasu się mijałyśmy, Irenka dbała, żeby w domu zawsze czekała na mnie kolacja. Zwykle kuliła ramiona w przepraszającym geście, jakby w obawie, że gulasz będzie za słony, a pyzy za duże. A ja byłam jej dozgonnie wdzięczna, bo nie umiałabym nawet rozpalić pod kuchnią.

Natknęłam się na nią dwa lata wcześniej. Chowała się w podartej sukience w bramie mojej kamienicy. Chłopak, do którego przyjechała z jakiejś wioski pod Biłgorajem, regularnie spuszczał jej łomot, kiedy wypił za dużo i wpadał w szał. Wreszcie pewnego dnia Irenka miała dosyć i uciekła od niego tak jak stała. Kiedy obmywałam jej rany jodyną, zarzekała się, że planuje wrócić do rodziców choćby i na piechotę. Została u mnie na noc, a potem na dobre. Zdobyłam wąską polówkę, którą rozkładała wieczorem w kuchni. Po kilku tygodniach Andrzej załatwił jej pracę w FSC i zadbał też o to, żeby chodziła głównie na nocną zmianę. Może to niesprawiedliwe, ale co w życiu jest sprawiedliwe? Irenka nie narzekała. Dostała schronienie i możliwość zarobku. Czego więcej może pragnąć samotna kobieta?

Przeszliśmy przez bramę, w której śmierdziało moczem. Zawsze wstrzymywałam tam na chwilę oddech. Na podwórku pomiędzy kamienicami prychały na siebie walczące koty. Gdzieś upadła butelka, rozbijając się na bruku. Wzdrygnęłam się w ramionach Andrzeja, przyklejając się do jego spoconej koszuli pod kurtką, którą okrył moje nagie ramię. Wyglądałam na bezbronną i przestraszoną, bo takiej mnie potrzebował. Kogoś, kim mógłby się zaopiekować. Trzymałam się tej roli, od kiedy przyjechałam za nim do Lublina cztery lata temu. Przez dwa lata Warszawa była nasza, aż skończył studia i dostał nakaz pracy w Lublinie.

– Po moim trupie! – wykrzyknęła moja matka, odstawiając z głośnym stuknięciem wazę z zupą na stole w naszym domu na Saskiej Kępie.

– Nie taki był układ, Władka! – Usiadła na swoim krześle z niewzruszoną elegancją przedwojennej damy, ale wyraz twarzy miała lodowaty.

– Zygmunt, powiedz coś. – Łypnęła na mojego ojca.

– Coś – wycedził ojciec, nurkując głową pod stół, jakby spadła mu łyżka.

Parsknęłam śmiechem. Cały tatuś. Żartowniś w każdym calu, a potem głowa w piasek.

– Mamo, jestem dorosła. Kończę studia i wyjeżdżam. Nie pytam was o pozwolenie, tylko informuję – wygłosiłam jednym tchem, żeby nie stracić animuszu.

Matka płakała przez trzy dni. Snuła się po domu w swojej podomce w róże i chlipała w chusteczkę. Ostentacyjnie i teatralnie, jak zawsze. W końcu zmiękła od tej solanki płynącej z jej oczu i przykładając dłoń do serca, poprosiła:

– Władka obiecaj mi chociaż, że z nim nie zamieszkasz przed ślubem. Tylko o to cię proszę.

– Obiecuję. – Skinęłam głową, krzyżując za sobą palce.

Na szczęście nie wspomniała o celibacie.

Miałam dwadzieścia trzy lata, a moja matka uważała, że nadal wierzę, że to bocian przynosi dzieci. Ślub. O tym nie pomyślałam. Andrzej o tym nie wspominał. Zdawało mi się, że ten temat nas nie dotyczy. Miłość, tak. Szaleję za nim. Ale cała ta reszta? Po co? Bardzo przereklamowana.

W Lublinie zatrzymałam się w mieszkaniu u ciotki Stefy na Bronowicach, ale po trzech tygodniach byłam gotowa zamieszkać pod mostem. Światło gasimy o dziewiątej, kąpiel tylko w soboty. Andrzej mógł przychodzić z wizytą tylko na niedzielny obiad, a wodę musiałam grzać na piecu. Jakiś żart. Wyczułam w tym rękę mojej matki. I wtedy dopadł mnie łut szczęścia. Tak już miałam, chyba urodziłam się w czepku. Los ciągle podsuwał mi idealne rozwiązania. Ciotkę Stefę odwiedził przedwojenny znajomy. Przed domem zaparkował wojskowy samochód, wysiadł z niego siwowłosy siedemdziesięciolatek o lasce, z plecami prostymi jak struna. Ciotka podała ciasto do kawy w porcelanowych filiżankach, a mnie poprosiła, żebym umiliła im czas chociaż jedną piosenką. Poprosili o Fogga, a jakżeby inaczej. Generał Bartkowiak zachwycał się moim głosem całe popołudnie, a po tygodniu dostałam angaż w teatrze muzycznym. To była wersja oficjalna dla rodziców. Wygodna i bezpieczna, żeby matka rzeczywiście nie padła trupem. Chwilę potem generał załatwił mi kwaterę bliżej klubu oficerskiego, tłumacząc ciotce:

– Stefo droga, nie godzi się, żeby dziewczyna sama po nocy jechała przez całe miasto do domu. Do mieszkania pracowniczego będzie miała dziesięć minut na nogach – zapewniał, całując piegowate dłonie ciotki Stefy.

Andrzej sypiał u mnie cztery razy w tygodniu, w niedzielę jechaliśmy na obiad do ciotki, a raz na dwa miesiące przyjeżdżali moi rodzice. Po którejś z wizyt matka wychyliła się przez okno kremowej Warszawy ojca i zapytała Andrzeja:

– Pan zamierza się oświadczyć czy będzie tak zwodził tę naiwną dziewczynę?

Wciąż zwracała się do niego per pan. Stojąc za jego plecami, wywróciłam oczami i wepchnęłam zaciśniętą dłoń w kieszeń prochowca. Ryk silnika zagłuszył resztę słów matki, jeśli jakieś padły, a ja z głębokim westchnieniem pomachałam oddalającym się rodzicom.

***

Nigdy nie litowałam się nad ludzką bezmyślnością. Na uczelni głupie gęsi nieustannie padały ofiarą leciwych profesorów. Oni należeli do przedwojennej elity, one głównie do robotniczych rodzin z przodkami bez wykształcenia i obycia. Papcio zapłacił najwyższą cenę za to, żeby mnie przyjęli. Nie wystarczyły znajomości sprzed lat ani jego znane nazwisko. Teraz rządziła partia i wprowadziła swoje reguły. Jego przyjaciele z PZPR-u przekonywali go do członkostwa, na długo zanim była taka potrzeba. Zawsze odmawiał.

– Załatwimy to jakoś inaczej, Boguniu – zapewniał moją matkę, ilekroć to, co było kiedyś dla nich oczywiste, napotykało betonowe ściany nowej Polski. Wstąpił w szeregi partii dopiero po tym, jak nie dostałam się na uczelnię po raz drugi.

Pewnego wieczoru wrócił do domu, cisnął bordową książeczkę na blat stołu, podparł głowę na przedramionach i ukrył twarz w dłoniach. Obie z matką zastygłyśmy w połowie swoich czynności, ona zsunęła okulary nisko na nos, a ja podniosłam ramię gramofonu, żeby wyciszyć muzykę. Szlagier Biedroneczki są w kropeczki zupełnie nie pasował do tej chwili.

– Zygmuś, co się stało? – W głosie matki wybrzmiały niepokój i troska.

Była jaka była, ale miłość, jaką darzyła mojego ojca od prawie trzydziestu lat, była romantyczna i bezwarunkowa. Mnie dostawały się jakieś ochłapy pod postacią wizyty u dobrej krawcowej albo publicznego wychwalania podczas uroczystości rodzinnych, a potem nic. Chłód i cisza. Reszta życzliwości była zarezerwowana dla taty. Gdy byłam dzieckiem, pragnęłam być nieustannie chora, żeby tylko przyciągnąć na chwilę jej uwagę. Wracałam ze szkoły w rozpiętym płaszczyku, jadłam śnieg na ulicy, a w nocy otwierałam okno w swojej sypialni i stawałam przy nim w koszuli nocnej, głęboko oddychając. Skończyło się na tym, że byłam najbardziej zahartowaną dziewczynką w klasie i nigdy nie chorowałam.

Matka podniosła się z fotela i podeszła do stołu. Wzięła do ręki bordową książeczkę i przyłożyła dłoń do piersi.

– Zygmunt – szepnęła ze łzami w oczach.

– Sprzedałem duszę diabłu – wymamrotał ojciec, nie patrząc na nią. Przesunął dłonią po opadających na czoło włosach i uderzył pięścią w stół.

Obie podskoczyłyśmy, nieprzywykłe do jakiejkolwiek agresji z jego strony.

– Może to coś zmieni z tą uczelnią muzyczną dla Sławki. Powiedzieli mi, że tak. Więc zobaczymy za rok. – Zerknął na mnie. – To przeze mnie nie przyjęli cię po raz drugi. Bo jestem uparty, stary osioł. Kamiński mówi, że nie byłoby szans. Bo pochodzenie i nowe zasady rekrutacji są takie. No to pomogłem losowi. Dość już tej dumy. Ale jak nie dotrzymają słowa – pogroził niewidzialnemu wrogowi pięścią w powietrzu – to jak Boga kocham…

Nie musiałam czekać nawet roku, przyjęli mnie na początku listopada z zaleceniem, że mam trzymać głowę nisko i nie opowiadać o swojej rodzinie. Cokolwiek to znaczyło, w moim wykonaniu wyszło jak zawsze. Przychodziłam na wszystkie zajęcia, trzymałam się na uboczu i nie zaprzyjaźniłam się z nikim. Kiedy siadaliśmy do fortepianu, okazywało się, że każdy z nas był mniej lub bardziej utalentowany. Jedni ćwiczyli codziennie, inni rzadziej, ale wszystko wychodziło na jaw w czasie kontaktów z wykładowcami. Zahukane szare myszki ukrywały się po kątach, żartownisie nie wiedzieli, kiedy przestać dowcipkować, nadęte bufony, pewne swojej wyjątkowości, pierwsze padały ofiarą próżności. Nie ma takiego kozaka, który na pierwszym roku poprawnie zagra Sonatę D-dur Mozarta albo Toccatę i fugę d-moll Bacha. Za każdym razem, kiedy do moich uszu docierały te akordy, zatrzymywałam się i czekałam. Po chwili z sali z płaczem wybiegał zrozpaczony student, a za nim wyfruwały kartki partytury i szybowały po korytarzu jak śnieżnobiałe gołębie. Ja natomiast, za poradą mojej nauczycielki fortepianu z liceum muzycznego, zawsze ćwiczyłam dużo, mówiłam mało, często dziękowałam, uprzejmie prosiłam i zachwycałam się rzemiosłem każdego z moich wykładowców, używając wyszukanego języka. Tatko wytrzymał w partii pięć lat, a ja ukończyłam klasę fortepianu z oceną celującą. Głupie gęsi też, ale one zapewne wylądowały w jakiejś szkole na prowincji, dorabiając sobie w niedziele w parafii przy organach, a ja dostałam angaż w teatrze muzycznym. Grałam tam raptem przez dwa miesiące, kiedy ktoś właściwy usłyszał, jak śpiewam.

– Do pianina można posadzić każdego łysiejącego grajka, ale takiego głosu wstyd byłoby nie wykorzystać – oznajmił generał Chmura, który tamtego wieczoru czekał na zaprzyjaźnioną aktorkę.

Od tamtego dnia wszystko w moim życiu układało się tak gładko, że uwierzyłam, że pewne rzeczy nie dzieją się przypadkiem. Pewni ludzie stają na naszej drodze w jakimś celu, a ja mam szczęście zapisane w gwiazdach.

***

Czerwcowe słońce zajrzało do pokoju i musnęło moją twarz. Uchyliłam oko i położyłam dłoń na poduszce obok, ale Andrzeja już nie było. Jaki w ogóle mamy dzień tygodnia? Pogrzebałam w myślach. No tak, środa, Andrzej pracuje od siódmej. Przeciągnęłam się i zapiałam, naśladując głos koguta. Mój tato robił tak zawsze, kiedy byłam dzieckiem. To on budził mnie do szkoły. Uniosłam głowę z poduszki i podparłam się na łokciach pod plecami. Irenka krzątała się w kuchni i po chwili przypłynął do mnie zapach parzonej kawy. Odrzuciłam kołdrę i wyskoczyłam z łóżka. Stanęłam w kwadratowej plamie słońca na drewnianym parkiecie. Czy życie może być lepsze? Położyłam dłonie na nagich, nabrzmiałych piersiach. Co z tym okresem? To już prawie drugi miesiąc. Przesunęłam dłonią po brzuchu. Wydawał się płaski i gładki jak zwykle. To pewnie przez te podróże, zmiana wody, inne jedzenie czy jaki czort. Nie panikujmy, przecież nie pierwszy raz się spóźnia. Rozejrzałam się po podłodze, szukając podomki. Irena zapukała cicho do drzwi i wsunęła głowę.

– Wstałaś? Jest kawa. Podać ci?

Irena, mój anioł stróż i dobra dusza. Chociaż zawsze brzmiała trochę służalczo, jakbym była gospodynią. Przecież nie traktuję jej jak służącej. Na początku była po prostu obcą osobą, ale teraz… Nie żebyśmy stały się sobie jakoś wybitnie bliskie, ale po co zmieniać ten wygodny układ. Mój pokój był na tyle duży, że śmiało mogłyśmy wstawić tutaj leżankę Ireny, ale skoro nie narzeka, to co będę wyskakiwać przed szereg. Płaci mi przecież grosze, a ja nie zamykam już drzwi do mojego pokoju na klucz. Nie musi wiedzieć, że to głównie po to, żeby mogła napalić mi w piecu. Zawiązałam pasek szlafroka i podbiegłam do drzwi.

– Chodź, zapraszam. – Wzięłam od niej szklankę na spodeczku i postawiłam na stole. – Umieram z głodu. Mamy jakiś chleb albo coś? Andrzej wycisnął za mnie resztę sił – mówiłam, siadając przy stole.

Irena spuściła wzrok. No tak. Seks, temat tabu. Jakbym widziała moją matkę. A już miałam pytać ją o jakiegoś ginekologa.

– Bułki są, kupiłam, wracając z pracy. Przyniosę. – Moja współlokatorka wróciła do kuchni, zanim zdążyłam rozchylić usta.

W sumie, co będę psuć jej przyzwyczajenia. Ja załatwiałam nam smakołyki z kantyny w jednostce wojskowej, przywoziłam kawę i inne zagraniczne delikatesy, a ona kupowała bułki i gotowała krupnik. Zanim ze mną zamieszkała, zimą w piecu palił mi sąsiad Rysiek, za co wciskałam mu w dłoń kilka złotych na dzieci, a on przepijał wszystko z koleżkami w bramie. Jego żona Zyta wpadła kiedyś zrobić mi awanturę, że jej męża rozpijam, ale szybko ucichła, kiedy obiecałam, że połowę będę odkładała do puszki dla niej i dzieci. Ryszard dalej pił, a ja miałam ciepło w domu.

Zanim Irena zamieszkała ze mną, stołowałam się głównie na mieście albo wieczorem w klubie. Jak masz dwadzieścia kilka lat i jesteś zakochana, przypominasz sobie o jedzeniu, kiedy twoje burczenie w brzuchu przeszkadza widzom w kinie. Teraz stało się tradycją, że śniadanie jadałyśmy razem.

Irena postawiła na stole śmietanę tak gęstą, że można ją było rozsmarowywać na bułce jak twarożek. Nauczyłam się od niej jeść przedziwne rzeczy, których w moim rodzinnym domu nigdy nie było. Większość była smaczna. No, może oprócz salcesonu. Nie wzięłabym go do ust, nawet gdybym miała jeść suchy chleb. Rzodkiewki chrupały mi teraz w zębach, szczypiorek na bułce pachniał obłędnie, a pierwszy łyk kawy rozlał mi się po brzuchu falą ciepła.

– Co ja bym bez ciebie zrobiła, Irenka? Żyłabym na krakersach i jabłkach – wspomniałam swoje dawne menu, wbijając zęby w skórkę chrupiącej bułki.

Irena spuściła wzrok jak pensjonarka. Mieszkałyśmy razem ponad dwa lata, a ona nadal pąsowiała, kiedy mówiłam jej miłe słowa. Potem jeszcze przepraszała mnie, machając dłonią, jakby zrywała niewidzialną pajęczynę.

– Daj spokój, przecież to nic wielkiego.

– A właśnie! – wykrzyknęłam. – Mam dla ciebie prezent. – Podbiegłam do wciąż nierozpakowanej torby podróżnej i wyjęłam zawiniątko w błękitnym pergaminowym papierze. – To dla ciebie. Idealna na lato, kiedy wieje wiatr. – Podałam jej pakuneczek.

Usiadłam na krześle, przypatrując się jej twarzy, gdy powolutku rozwijała prezent.

– Sławka! – wykrzyknęła, przykładając do policzka miękki materiał trójkątnej, jedwabnej apaszki. – Cudowna, jak z żurnala. I w moich ulubionych kolorach.

Pojęcia nie miałam, jakie były te jej ulubione kolory, ale wykrzywiłam twarz w uśmiechu. Z opakowania na jej kolanach wypadły na podłogę okulary przeciwsłoneczne w białych oprawkach. Ostatni krzyk mody w NRD. Moja współlokatorka podniosła je, spojrzała na mnie i wybuchnęła płaczem. Och, ta Irenka, wszystkie emocje miała na wierzchu, można z niej było czytać jak z otwartej księgi. Poklepałam ją po chudym kolanie i wzdrygnęłam się, widząc ciemne włoski na jej łydkach. Cofnęłam dłoń. Tyle razy jej mówiłam. Ja swoje rozjaśniałam perhydrolem, a przecież jestem blondynką. Ona ze swoimi ciemnymi włosami powinna golić nogi.

– Co u ciebie? – skierowałam rozmowę na praktyczną stronę życia, żeby uspokoiła swoje emocje.

Przez chwilę słuchałam jej, kiedy streszczała mi wydarzenia z pracy w fabryce i z życia naszej kamienicy, ale po chwili moje myśli odpłynęły w kierunku osób, które mogłyby jednak polecić mi ginekologa. Sąsiadkę Zytę odrzuciłam bardzo szybko. Chociaż była w moim wieku, miała już trójkę dzieci. Może któraś z dziewcząt w klubie? No nie, to nie ten kaliber problemów. Ich świat kręcił się wokół znalezienia chłopaka, który nie zalatywałby gnojem i najlepiej miał stałą posadę w jakimś urzędzie. Od niechcenia maczałam koniuszek palca w śmietanie, potem wkładałam go do cukiernicy i oblizywałam. Matka zabiłaby mnie za coś takiego, ale tu byłam u siebie, wreszcie wolna, i mogłam robić, co dusza zapragnie. Westchnęłam głośno, kiedy dotarło do mnie, że będę chyba musiała iść z tym do ciotki Stefy. Może jej czas na seks już minął, ale zna różnych ludzi, a jak nie zna, to znajdzie, bo miała dar załatwiania rzeczy niemożliwych. Jest od tego jakiś święty, tylko który? Czy ja przypadkiem nie wpadam w panikę? Wyolbrzymiam. No nie, lepiej się upewnić, niż gdyby było za późno. No i Andrzej. Na tę myśl ukryłam usta w dłoni i potarłam, jakby chodziły po nich mrówki. Nawet mu nie powiem. Po co. To nie czas na takie rozmowy. W klubie będę jeszcze dwa lata. No i taki był zawsze plan. Po trzydziestce. Nie teraz. Jakby coś, to zły moment. Jeszcze dwa takie wyjazdy jak ostatni i będziemy ustawieni na całe życie.

Z zamyślenia wyrwał mnie ruch dłoni na stole.

– Pozbieram to, widzę, że już nie jesz.

Pokiwałam mechanicznie głową, nie patrząc na Irenkę.

– Wszystko dobrze u ciebie? Widzę, że coś cię męczy – zauważyła.

Zerknęłam na nią, mrużąc oczy. O kurczę, domyśla się? Przełknęłam ślinę i poprawiłam rozsuwający się na piersiach szlafrok. Pokręciłam głową.

– Przepraszam, odpłynęłam myślami. Co mówiłaś?

– Między innymi, że mamy chyba szczury w piwnicy. Coś mi przebiegło pod nogami, kiedy poszłam po węgiel, żeby napalić w kuchni.

Wzdrygnęłam się.

– Boże, po co tam łazisz. Mówiłam ci, żebyś prosiła Ryśka spod trójki.

– No właśnie, to też ci mówiłam, że wdał się bójkę i leży w domu z połamaną szczęką i żebrami.

– Po pijaku?

Irenka parsknęła śmiechem.

– Nie, na trzeźwo. Zyta mówi, że nie pije od dwóch tygodni, bo jak ciebie nie ma, to nikt inny na wódkę mu nie pożycza. Żartowała, że już lepiej, jak jesteś i dasz mu zarobić, bo teraz będzie siedział przez miesiąc w domu.

– No nieźle. – Pokręciłam głową w rozbawieniu. – Powiem Andrzejowi, żeby ustawił trutki w piwnicy.

Irena ruszyła do wyjścia, dźwigając przed sobą tacę zastawioną naczyniami po śniadaniu.

– A, Irenka, nastaw mi wodę na włosy, proszę.

Mówiąc to, wpatrywałam się w okno, za którym drgały kable linii trolejbusowej, a w głowie układałam sobie scenariusz rozmowy z ciotką Stefą. Podciągnęłam kolana pod brodę i zagryzłam wargę. Czułam, jak strach rozlewa mi się po żołądku na myśl o tym, co musiałabym zrobić, o ile… Pokręciłam głową, żeby odgonić tę myśl, i włączyłam radio, chcąc zająć czymś umysł. Gdybym tylko wtedy wiedziała, że za kilka dni będzie to najmniejszy z moich problemów.

***

Andrzej regularnie przynosił mi kwiaty. Nie mogły konkurować z bukietami od moich wielbicieli w klubie, ale dla mnie były najważniejsze. Zwykłe bukiety ogrodowych kwiatów: tulipany, żonkile albo irysy. Lubiłam je bardziej niż wszystkie inne i hołubiłam głęboko w sercu myśl, że chociaż są mniej trwałe, symbolizują więcej niż sprężyste goździki albo krwistoczerwone róże. W poniedziałki miałam wolne, i to był nasz dzień. Po pracy Andrzej przychodził po mnie do domu z bukietem w dłoni, świeżo ogolonymi policzkami i nutką wody kolońskiej Brutal na twarzy. Zabierał mnie do Czarciej Łapy na lody Cassate i kawę. Potem pokazywaliśmy całemu światu moje zgrabne nogi, idąc Krakowskim Przedmieściem aż do Ogrodu Saskiego, gdzie karmiliśmy łabędzie. Wieczorem paradowaliśmy, idąc pod rękę aż do samego kina Wyzwolenie. Po drodze ani jednego pocałunku, żadnych czułości na ulicy. W razie gdyby zauważył nas ktoś niepożądany, miałam historyjkę o odwiedzającym mnie kuzynie. Nigdy się nie przydała. Jak widać, bywalcy klubu nie wypuszczali się na miasto i po niedzielnych libacjach leczyli kaca i wątrobę.

Kiedy staliśmy w ogonku do kasy kina, Andrzej dmuchał mi na szyję tak długo, aż w końcu zarechotałam jak dziecko.

– No weź – syknęłam, poprawiając włosy.

– Tu też nie? – mruknął przez zaciśnięte zęby.

– Nie o to chodzi, po prostu nie znoszę łaskotek.

– Palcem cię nie dotknąłem. – Pokazał mi język i wsunął dłonie do kieszeni spodni.

– Droczysz się.

– A ty jesteś poważna.

– Ludzie patrzą.

– Skąd wiesz, że na ciebie. Może to ja się podobam wszystkim tym dziewczynom – przekomarzał się ze mną.

– I ich mężom? – szepnęłam mu do ucha.

Wzruszył ramionami i posłał mi szelmowski uśmiech.

– No wiesz. – Nachylił się ku mnie. – Widocznie chcą się upewnić, jak powinien wyglądać przystojny mężczyzna. – Udał, że strzepuje dłonią niewidzialne pyłki ze swojej jasnej, letniej marynarki.

– Raczej śnisz. – Przesunęłam się w ogonku bliżej wejścia do kina i zadarłam głowę. – Będzie padało.

Zrobiło się ciemno od granatowych chmur, a w oddali zamruczał gardłowy odgłos grzmotów przewalających się po niebie. Zapachniało ozonem. Wzdrygnęłam się. Gdyby tamtego czerwcowego dnia nie spadł deszcz, moje życie nie wywróciłoby się do góry nogami, moja kariera nie skończyłaby się z wielkim hukiem, ale też nigdy nie poznałabym chłopaka, który postawił moje życie na głowie.

Andrzej zdjął marynarkę i zarzucił ją na moje ramiona. Plecy oblało mi ciepło nagrzanego materiału i zapach jego wody kolońskiej.

– Może deszcz się wypada, zanim wyjdziemy. Letnie burze szybko mijają. Będzie sucho, zanim film się skończy – zapewniał.

– Z cukru nie jestem, ale piorunów się boję. – Zerknęłam na Andrzeja spod grzywki i wsunęłam dłoń pomiędzy jego palce.

– To po prostu niemożliwe, żebyś nie była z cukru. Według mojej skromnej wiedzy jesteś słodka jak wuzetka – żartował, napierając na mnie swoim ciałem.

– A pan to nie jest przypadkiem inżynierem budowy maszyn? Skąd u pana szanownego taka wiedza o cukiernictwie? – dopytywałam, zaglądając mu filuternie w oczy.

– No wie pani, lata doświadczenia w konsumpcji słodkości dają mi chyba prawo do wyrażania trafnych opinii. A pani…

– Może się państwo raczą przesunąć z tą kolejką – przerwał mu niski głos za naszymi plecami, kiedy zdążyliśmy wejść do kinowego holu.

Oboje zerknęliśmy w stronę, skąd przypłynęła nagana. Facet górował nad Andrzejem co najmniej o głowę, a objętość jego szyi mogła konkurować z moją talią. Ostrzyżona na zapałkę mała głowa wyglądała komicznie, jak przez pomyłkę przymocowana do zbyt szerokiego karku. Zacisnęłam palce na dłoni Andrzeja i pociągnęłam go za sobą. On jednak wysunął się z mojego uścisku, stanął na szeroko rozsuniętych nogach i wybuchnął tubalnym śmiechem.

– Góra do Mahometa! – wykrzyknął, klepiąc faceta po muskularnym ramieniu.

Szerokie ramiona rozpostarły się i Andrzej zginął na moment w potężnych objęciach mężczyzny.

– Ty też dziś będziesz kultury zażywać?

Serce, które początkowo zaczęło mi walić z przerażenia, uspokoiło się, kiedy olbrzym wyciągnął wielką jak bochen chleba dłoń w moją stronę i potrząsnął nią z impetem.

– Adam jestem. Wieczorek – zwrócił się do mnie. – No trzeba, panie inżynierze, trzeba. Naród się ukulturalnia, co będziemy w domu siedzieć! – ryczał na cały kinowy hol.

Zajęty rozmową ze znajomym Andrzej zerknął na mnie, wyciągnął z kieszeni portfel i wcisnął mi go w dłoń.

– Zamienię dwa słowa z kolegą i zaraz do ciebie dołączę – poprosił. Po sekundzie wrócił szybkim krokiem. – Masz może coś do pisania?

Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– Chcesz też plaster i klucz francuski? – zakpiłam, wsuwając dłoń do torebki i szukając na dnie długopisu.

Był to nasz wspólny żart. Pewnego dnia Andrzej uznał, że ze składu mojej torebki byłby w stanie skonstruować niewielki łazik. Najbardziej zadziwiało go to, że w odróżnieniu od wielu kobiet byłam w stanie dokładnie wyliczyć, co się w niej znajduje. Kiedyś zagraliśmy w tę grę dla zabawy, siedząc w kawiarni Ewa. Podczas gdy ja wymieniałam zawartość, Andrzej po kolei wyławiał przedmioty niczym muzealne artefakty z głębokiej studni. Kalendarzyk kieszonkowy w zielonej okładce, kosmetyczka haftowana w kurpiowskie wzory – prezent pod choinkę od Irenki. Pęk kluczy z breloczkiem w kształcie globusa, pudełko zapałek, na wypadek gdyby na schodach w kamienicy nie było światła. Spełniłyby swoją rolę, bo ze współlokatorką później zadekowałyśmy je na parterze, za doniczką z wyschniętą świeczką. Następnie Andrzej wyjął nieduży portfel ze świńskiej skóry, tłoczony, zakopiański. No i oczywiście długopis marki Parker, którym pisałam maturę, podarunek od taty.

Podałam Andrzejowi pisak, a on wygrzebał z kieszeni marynarki zużyty bilet autobusowy. Nachylając się, musnął moją szyję nosem i zamruczał jak kot. Włosy na karku stanęły mi na baczność, a po podbrzuszu rozlało się ciepło. Andrzej cmoknął powietrze koło mojego policzka i poszedł do czekającego w rogu holu Adasia.

– Chłopy, co?

Zerknęłam przez ramię. Drobna brunetka z fryzurą w stylu Twiggy i mocno umalowanymi oczami skinęła głową w stronę odchodzącego Andrzeja.

– Jestem żoną Adasia. – Przyłożyła dłoń do sporego brzuszka ciążowego pod rozkloszowaną sukienką w kolorowe wzory, tak jakby małżeństwo mieściło się właśnie w jej brzuchu.

Nie zdążyłam zareagować, kiedy kobieta w okienku krzyknęła:

– Następny!

Po filmie mrowie ludzi wysypywało się z kina przez dwuskrzydłowe drzwi. Przestało padać i powietrze przesiąkło zapachem mokrego asfaltu i ciepłej ziemi. Przytuleni do siebie głowami, szeptaliśmy o spektakularnej śmierci kochanków na skraju urwiska. Uznałam, że główna bohaterka zbyt łatwo się poddała, ale Andrzej był odmiennego zdania.

– No i w ogóle, dlaczego wielkie miłości zawsze muszą się kończyć tragicznie? Dość już mam tych urwanych opowieści. – Złościłam, się przeskakując kałuże i ciągnąc Andrzeja za sobą.

– Pewnie byłoby to okrutnie nudne, gdyby żyli długo i nieszczęśliwie. Ona w papilotach na głowie, gotująca kaszę, a on z brzuszkiem i łysiną. Kto chciałby oglądać takie historie? – Otoczył mnie ramieniem i objął mocno w talii. – Wygląda na to, że wielkie miłości kończą się tragicznie.

– Bzdura. Ja potrzebuję filmu o starzejących się kochankach, którzy siedzą, trzymając się za rękę w parku, i karmią gołębie. Proszę mi znaleźć taki film na przyszły tydzień – zażądałam, udając nadąsanie. – Albo nie, lepiej ja to zrobię. Ty znowu zabierzesz nas na jakąś łzawą opowieść.

– Cóż poczniesz, romantyczny ze mnie gość, a poza tym tak ślicznie wyglądasz, kiedy płaczesz.

– Wcale nie płakałam – zarzekałam się. – Ani troszeczkę. A ten Adaś… Co to za historia? Nigdy go nie poznałam. – Zmieniłam temat, nie chcąc przyznać się do chwili słabości po scenie finałowej.

– Nikt ważny. Stary znajomy.

– Od kiedy ty masz w Lublinie znajomych, których ja nie znam – zaciekawiłam się.

– Wszystkich znać nie musisz. – Jego głos nabrał powagi. – Może nawet lepiej.

– Nie zgadzam się. – Próbowałam nadal się z nim przekomarzać. – Żądam zapoznania mnie z każdym typem spod ciemnej gwiazdy, z którym jest ci po drodze – ciągnęłam żartobliwym tonem.

Andrzej zatrzymał się i spojrzał na mnie, marszcząc czoło.

– Nie oceniaj ludzi zbyt pochopnie, kochanie. To, że ktoś ma ciało osiłka, nie znaczy, że nie ma duszy gołębia. Adaś to chodzące dobro, gdyby nie on, już dawno… – zawiesił głos, wcisnął rękę do kieszeni marynarki i wyjął paczkę Giewontów. Zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko, jakby chciał wypełnić całe płuca szarym dymem. Pstryknął zapałkę w kałużę na ulicy.

– Andrzejku. – Poszukałam jego drugiej ręki, ale schował ją do kieszeni.

– Nie wszystko powinnaś wiedzieć. Są takie rzeczy, męskie rzeczy, którymi sam muszę się zająć.

– Ale na pewno…

– Nie ma ale. Jak załatwię to, co chcę załatwić, wtedy powiem tobie w pierwszej kolejności. Ale nie wcześniej. Daj mi trochę czasu. Po to właśnie jest Adaś.

– A ja nie mogę pomóc? I co to właściwie za męskie rzeczy? – dociekałam lekko poirytowana jego odmową.

Mijający nas ludzie szli całą szerokością chodnika. Andrzej pociągnął mnie na bok i odpowiedział ciszej.

– Normalne.

– Co to znaczy normalne? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ty masz przede mną tajemnice.

– Władka. Daj spokój. To żadne tajemnice – fuknął. – To po prostu sprawy, którymi ja sam muszę się zająć. Bez ciebie i twoich…

Zrobiłam krok w tył i przekręciłam głowę w niedowierzaniu. Jego pełen złości głos mnie zaskoczył.

– Co mojego? – Schowałam dłoń do kieszeni jego marynarki, którą osłonił mi ramiona.

Andrzej przygryzł papierosa i spojrzał mi prosto w oczy.

– Bez twoich kontaktów. Jesteśmy my. – Wskazał dłonią, w której trzymał papierosa, na mnie i na siebie. – I jesteś ty, z twoją karierą i całym tym… – Zawiesił głos i uciekł wzrokiem, zatrzymując go na swoich butach. – No i jestem ja i pewne moje sprawy.

Zacisnęłam mocno zęby, kiedy wypowiedział słowo „kariera” – nieustanny powód naszych kłótni, który cichł i powracał. Dziś był ten wieczór powrotu i czułam, że zaraz wybuchnie awantura. Policzyłam w myślach do pięciu, odetchnęłam głęboko trzy razy, zsunęłam z pleców kremową marynarkę i podałam mu ją. Chwyciłam mocno pasek torebki i zacisnęłam na nim palce. Spokojnie położyłam drugą dłoń na jego klatce piersiowej, chociaż czułam, że krew pulsowała mi jak szalona w skroniach.

– To wiesz co, ja cię zostawię z twoimi sprawami, żebyś się nimi w spokoju zajął, i wrócę teraz sama do domu, żeby się wyspać przed jutrzejszym dniem i robieniem tej kariery. – Poklepałam go po gorącej piersi, gdzie w głębi waliło jego serce. – A jak już będziesz gotowy opowiedzieć mi o wszystkich męskich sprawach i nie traktować mnie protekcjonalnie, to zapraszam na kawę.

Wyminęłam go, włażąc prosto w kałużę. Woda przelała się przez moje sandały na wysokich kwadratowych obcasach. Zaklęłam pod nosem, ale nie zwolniłam kroku.

– Władka! – krzyknął za mną. – Nie rób afery!

Wyprostowałam mocniej plecy i ściągnęłam łopatki. Drżałam, chociaż wieczór był ciepły. Na rogu głośno wypuściłam z płuc powietrze i zerknęłam przez ramię. Andrzej szedł szybko drugą stroną ulicy. Zwolniłam, czując, że uchodzi ze mnie złość i chyba chcę, żeby mnie dogonił. Ale jego kroki się nie zbliżały. Udając, że odrzucam włosy, spojrzałam za siebie. Szerokie plecy w jasnej marynarce pojawiły się w żółtej plamie światła latarni, kiedy oddalał się ode mnie, idąc opustoszałą ulicą Narutowicza w stronę przystanku autobusowego. No i dobrze. Niech idzie. Daję mu trzy dni i będzie czekał z bukietem kwiatów. Już widziałam jego smutną twarz ukrytą za główkami kolorowych liliowców albo piwonii. Gdybym tylko wiedziała, że nadejdzie taki dzień, kiedy nie będę już sobie umiała przypomnieć ani tych oczu, ani jego twarzy, ani miękkości pocałunku jego ust. Przyśpieszyłam kroku, kiedy ktoś zagwizdał na mnie z półmroku mijanej bramy. Niech sobie idzie. Nie będę pozwalała na tajemnice, a już na pewno na kolejną, bezsensowną dyskusję o śpiewaniu, klubie oficerskim i tak zwanej karierze. Dobrze wie, że nie jestem dziewczątkiem z sąsiedztwa z blond grzywką i fartuszkiem w kwiaty. Sam twierdzi, że kocha mnie za to, jaka jestem. Niech się teraz nie puszy jak paw. No i co to za uwagi na temat oceniania ludzi zbyt pochopnie. Przecież tylko rozmawialiśmy.

Przycisnęłam torebkę do siebie i zwolniłam, powoli traciłam oddech od szybkiego marszu. Stopy zmarzły mi od wody przelewającej się co chwilę przez moje buty. Zerknęłam w okno mijanego sklepu. Tunika w pomarańczowo-żółte wzory pyszniła się na manekinie. Ładna, jutro kupię, postanowiłam. W tym właśnie momencie z głośnym warkotem przemknął obok wielki motor, obryzgując mnie fontanną wody spod kół. Zaklęłam siarczyście, oglądając się na motocyklistę. Ledwie mrugnęłam, a motor z piskiem opon wpadł w poślizg, wywrócił się na bok i sunął po mokrej nawierzchni ulicy. Zastygłam oniemiała z wciąż otwartymi po krzyku ustami. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. Kierowca odkleił się od siodełka, przekoziołkował i z ramionami rozpostartym jak ptak w locie wpadł na ogrodzenie. Wtedy mój wzrok popłynął za motorem sunącym po drodze. Kilka metrów dalej pojazd uderzył z impetem w murek i wbił w niego stojącego na przystanku samotnego mężczyznę w błękitnej koszuli i jasnej marynarce. I wtedy umarłam na chwilę. Słyszałam, jak serce uderza szybko, ale dlaczego w uszach? Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Moje powieki otwierały się i zamykały powoli, jakbym wybudzała się po długim śnie. Dopiero wtedy moje usta raptownie, łapczywie nabrały powietrza. Z bramy dwie kamienice przede mną wyłoniło się trzech mężczyzn. Cisnęli trzymanymi w dłoniach butelkami o trotuar i pobiegli w stronę przystanku. Ruszyłam za nimi bardzo powoli, z trudem odrywając stopy od chodnika, i wreszcie weszłam wprost na jezdnię. Jeden z mężczyzn dopadł do budki telefonicznej obok Teatru Osterwy i grzebał w kieszeniach spodni w poszukiwaniu drobnych.

Mijające mnie auto marki Syrena zatrąbiło i kierowca zatrzymał się obok przystanku. Szłam dalej, szepcząc imię mojego faceta i wypatrując ruchu ciała przygniecionego do murku, ale gromada ludzi zbierająca się wokół przesłoniła mi cały widok. Stanęłam za ich plecami i z dłonią przysuniętą do ust obserwowałam zbiegowisko. Ktoś mnie szturchnął, przebiegając obok, ktoś inny krzyknął:

– Na trzy!

Chrobot motoru na trotuarze wydał mi się piekielnym dźwiękiem. Chwilę potem przed moimi oczami zatańczyły ciemne plamki, a nogi ugięły się pode mną. Ostatnie, co pamiętam, to ciepło rozpływające się po brzuchu i pisk jakiejś kobiety. A potem zalały mnie cisza i ciemność.

***

Od kilku dni leżałam zakopana pod kołdrą. Najpierw spłynęły z moich oczu kupione w NRD sztuczne rzęsy, potem przestałam myśleć o zjedzeniu czegokolwiek, na koniec chciałam już tylko umrzeć.

– Musisz się chociaż napić. Proszę cię, Sławka, zrobiłam ci herbatę, ale już wystygła. Zrobię nową, rosołu ci odgrzeję – przekonywała proszalnym głosem Irenka. – Odwodnisz się i co ja wtedy z tobą zrobię? – Położyła dłoń na moim ramieniu. – Chociaż pół szklanki, błagam. No i leki musisz wziąć, lekarz kazał. Ale najpierw przynajmniej dwa kęsy bułki – dopominała się.

Jej głos przypływał do mnie z daleka, jakbym siedziała w wielkim słoiku i tylko na moment odkręcała pokrywkę, żeby nabrać powietrza. Zajmowała się mną troskliwie od kilku dni. Kiedy musiała iść do pracy, przy moim łóżku zostawiała jedną ze swoich współpracownic, które skrzypiały drewnianym krzesłem i szemrały przerzucanymi stronami gazety, ale nic do mnie nie mówiły.

Lekarz zapisał mi coś, co utrzymywało mnie w lekkim letargu, a w nocy pozwalało zasnąć i nie śnić. Wynurzałam się spod pościeli i szłam do wspólnego wychodka w korytarzu, a Irena lub któraś z jej znajomych biegły za mną i narzucały mi podomkę na nagie ramiona. Piątego dnia rano zerknęłam w lustro na etażerce, ale nie poznałam kobiety, która mignęła mi przed oczami. Na głowie miała kołtun, a zaczerwienione od płaczu oczy ukryły się głęboko w oczodołach. Umyłam twarz, wmusiłam w siebie pół bułki, połknęłam leki i wróciłam do łóżka. Wieczorem usłyszałam pukanie do drzwi, a potem Irenę szepczącą do kogoś w kuchni. Ich słowa zagłuszyło nalewanie wody do żeliwnego czajnika. Po chwili usłyszałam stukot podbitych butów i poczułam ostry zapach męskiej wody kolońskiej wymieszany z wonią zmokłej wełny.

– Pan major da marynarkę, to wysuszę trochę przy piecu – usłyszałam szept Ireny.

Naciągnęłam kołdrę na głowę i zwinęłam się w kokon. Dębski przysunął sobie krzesło od stołu i usiadł bliżej mojego tapczanu. Kaszlnął, ale nie powiedział ani słowa. Po chwili, szurając filcowymi kapciami, weszła moja współlokatorka.

– Herbata dla pana majora, a cukiernica jest na stole. Przepraszam, ale nie mamy nawet herbatników – tłumaczyła się Irena, jakby przyłapał ją na gorącym uczynku.

Upił z głośnym siorbnięciem łyk gorzkiego napoju. Nienawidziłam, kiedy to robił, więc i tym razem nie udało mi się powstrzymać głośnego westchnienia. Pewnie zobaczył ruch moich ramion, bo mruknął.

– O, to żyje. Dziękuję, pani Ireno. Pani nas zamknie, wychodząc – wydał polecenie.

Kiedy przymykane drzwi skrzypnęły, pochylił się nade mną.

– Musisz wracać. Już czas. Ludzie umierają. Tak bywa. Ale masz obowiązki i nie zamierzam tłumaczyć cię przez następny tydzień. No już. – Poklepał mnie po plecach, jakbym była jednym z jego kompanów do wódki. – Sława, mówię do ciebie. – Pociągnął za materiał poszwy. – Proszę na mnie spojrzeć.

– Nie chcę. Nie mogę – wydusiłam z siebie wreszcie. – Dajcie mi wszyscy święty spokój – burknęłam.

– Tego akurat nie możesz mieć. Masz pracę do zrobienia, a ja nie mam kim zastąpić twojego etatu. – Chrząknął. – Właściwie to mam, ale jak wypadniesz z obiegu, to już nie będzie powrotu. No dawaj, dziewczyno. Potrzebujesz jakieś środki? Załatwię.

Na moment wpadłam w panikę. Jak to: zastąpić? Kim? Wypuściłam powietrze z płuc. Pewnie blefuje. Nie ma nikogo na moje miejsce.

– Leki dostałam, ale niedużo. Irena mi je wydziela – rzuciłam, nie odwracając się w jego stronę. Nie chciałam, żeby mnie taką zobaczył.

– Jak widać, nie bardzo ci pomagają, skoro się nie myłaś od trzech dni – odpowiedział z sarkazmem. – Są lepsze rzeczy. Szybko postawią cię na nogi.

Na wzmiankę o myciu poczułam wstyd. Naciągnęłam kołdrę na głowę. Moje skołtunione włosy wyglądały pewnie jak stóg siana. Major dotknął plecami oparcia krzesła i podrapał zarośnięty policzek.

– Umówię cię do fryzjerki na jutro, a wieczorem widzę cię na scenie.

– Nie dam rady iść między ludzi. Jeszcze nie. Pozwól mi zostać w domu jeszcze z tydzień.

Wygiął usta w podkowę.

– Nie chcesz do ludzi, to jedź do lasu. – W jego głosie wybrzmiała irytacja. – No już. Koniec mazgajów. Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko – dorzucił głośniej.

Zamrugałam, zaskoczona jego brakiem litości. Gula wcisnęła mi się do gardła i dławiła. Podniósł się z krzesła, upił łyk herbaty i zerknął za okno.

– No i po deszczu. Pootwierałabyś tu, bo straszny zaduch. – Wsunął dłoń do kieszeni, wyjął plik banknotów, odliczył kilka i rzucił na stół przykryty obrusem. – Włóż coś ładnego. Jutro zostawię ci w garderobie coś specjalnego na poprawę nastroju. Tylko nie mieszaj z wódką. – Spojrzał na mnie, ale ja wciąż gapiłam się na pieniądze na stole. – A tak, przecież ty nie pijesz. Tym lepiej.

Odwróciłam głowę w drugą stronę. Po policzkach płynęły mi łzy. Potraktował mnie jak jakąś wynajmowaną dziwkę. Nawet nie złożył mi kondolencji. Potwór. Egoista. Myśli tylko o swoim.

– A, i Sława, popatrz na mnie.

Zacisnęłam zęby, żeby nie wybuchnąć płaczem.

– Mówię, patrz na mnie! – krzyknął.

Szybkim ruchem odwróciłam twarz w jego stronę.

– Żadnych rzewnych opowieści o zmarłym narzeczonym. Tam ludzie przychodzą oderwać się od swoich problemów. Nie psuj nikomu nastroju dąsami. Zrozumiano?

Skinęłam głową.

– Chcę usłyszeć.

– Zrozumiano, tak jest – żachnęłam się wściekła, zaciskając drugą rękę pod kołdrą w pięść, aż paznokcie wbiły mi się boleśnie w ciało.

Major pociągnął nosem i skinął.

– Dobra dziewczynka. – Stuknął dłonią o blat stołu.

Poczekałam, aż drzwi do mieszkania się zatrzasnęły, a potem jego kroki poniosły się daleko ode mnie po drewnianych schodach, w dół klatki schodowej. Dopiero wtedy wybuchnęłam płaczem, uderzając głową w ścianę, aż z gwoździka spadło moje zdjęcie w ramce i gruchnęło o podłogę za tapczanem.

***

Dziewczyny z Lotnych Babek zamilkły, kiedy stanęłam w progu garderoby. Helena skuliła ramiona i czmychnęła do łazienki. Teresa odwróciła się do mnie plecami, a najmłodsza, Renia, wsunęła palec do ust i zaczęła obgryzać paznokieć, spoglądając na mnie ukradkiem. Na pewno wyglądałam koszmarnie. Szara cera, zapadnięte, chude policzki, zero makijażu. Tylko włosy świeżo ułożone w kok i wysoko natapirowane. Pani Danusia jak zwykle świetnie się spisała. Zdziwiona moim widokiem Renia zapytała:

– To ty dzisiaj występujesz?

Uniosłam brew, odkładając torebkę na fotel. W rogu pokoju stała oparta o szafę gitara.

– Nie, przyszłam was posłuchać – sarknęłam. – Będziecie na tym grały? – Wskazałam brodą instrument.

– Nie my. Ale… – Zamilkła nagle, kiedy Teresa psyknęła na nią.

Opuściła głowę, podeszła do mojego stolika przy wejściu i zgarnęła swoje rzeczy do kosmetyczki w białe grochy. Zsunęłam z ramion marynarkę i powiesiłam na oparciu krzesła.

– Chorowałaś? – zagadnęła Teresa.

– Zapalenie wyrostka – skłamałam zgodnie z obietnicą, że nie będę robiła dramatu.

Kilka lat wcześniej, kiedy zaczęłam tu pracować, major mnie pouczył.

– Twoje życie prywatne jest twoje i nikt nie powinien o tym nic wiedzieć. Ich nie obchodzi, skąd jesteś i jakie szkoły kończyłaś. Potrzebują kobiety, której będą mogli zaimponować, zachwycić, obronić, obsypać prezentami. Gdzieś tam w świecie mają już swoje żony i narzeczone, tutaj potrzebują diwy do wielbienia i Sierotki Marysi, żeby móc ją obronić. Zrozumiano?

Rozumiałam. Wyrostek pasował. Schudłam niby od szpitalnego jedzenia. Bladość spowodował ból, a rana w moim sercu wciąż krwawiła. Pewnie nigdy nie przestanie. Zacisnęłam dłonie na krawędzi stolika, żeby się nie rozryczeć.

Teresa zauważyła grymas na mojej twarzy.

– Boli?

Pokiwałam głową, powstrzymując łzy, głęboko nabierając w płuca powietrze, zanim odpowiedziałam.

– Szwy się goją, ciągnie jak sto diabłów.

– Moja kuzynka Żaneta… – Helena chciała dorzucić swoje trzy grosze.

– Nie interesuje mnie – przerwałam jej. – Trochę ciszy by się przydało.

Wszystkie trzy odwróciły się do luster przy swoich stolikach, a w garderobie zapanowała grobowa cisza. Po chwili ktoś zapukał i po kilku sekundach szatniarz wniósł ogromny bukiet różowych goździków już wstawiony do kryształowego wazonu.

– To dla pani. – Stanął przy moim blacie. – Gdzie postawić?

Obrzuciłam bukiet smutnym spojrzeniem z myślą, że jutro zaniosę go na cmentarz.

Skinęłam na stolik kawowy za moimi plecami. Włożyłam śnieżnobiałą sukienkę z rozkloszowanymi rękawami, a w uszy wpięłam długie kolczyki z cyrkoniami, które sięgały aż do mojego dekoltu, na którym dzisiaj chciałam skupić ich wzrok. Bałam się, że nie zdołam zamaskować smutku w oczach, więc ukryłam je pod umyślnie pogrubioną kreską obrysowującą ich kształt i sztucznymi rzęsami. Wyglądając jak każdego wieczora, poczułam, że powraca moja zwykła obojętność na ich prezenty. Wychodząc z garderoby na scenę, przeczytałam na bileciku dołączonym do kwiatów imię tego, do którego dzisiaj wieczorem będę kierowała swoje piosenki.

Światło halogenu oślepiło mnie na moment, spuściłam wzrok na czubki butów i zaczerpnęłam powietrza. W połowie pierwszej piosenki odzyskałam zwykłą moc i pociągnęłam powietrze prosto z brzucha, a mój głos popłynął przez salę jak wichura. Na chwilę wszystkie rozmowy przy stolikach umilkły, a ja po raz kolejny zaczarowałam ich swoim śpiewem. Z każdym utworem odzyskiwałam pewność siebie i czułam, że unoszę się na fali ich zachwytu, kiedy nagle po czwartym kawałku konferansjer podziękował mi oklaskami.

– A teraz, towarzysze, krótka przerwa przed naszą kolejną gwiazdą niespodzianką.

Moja ręka opadła bezwładnie i upuściłam mikrofon, wpatrując się w zapowiadającego. Jaka gwiazda niespodzianka? Nikt nie wspominał o dzieleniu dzisiaj sceny z kimkolwiek innym. Prowadzący przyklęknął obok mnie, żeby podnieść mikrofon, i opowiedział jakiś żarcik na temat damskiego obuwia. Sala ryknęła śmiechem.

Z impetem otworzyłam drzwi do garderoby. Trio Lotnych Babek siedziało skulone na niedużej kanapie z zaciśniętymi udami i dłońmi równiutko ułożonymi na kolanach. W fotelu przy szafie rozsiadł się major Dębski. Palił papierosa.

– Co to za gwiazda i czemu ja nic o tym nie wiem? Zrobiłeś ze mnie idiotkę przed wszystkimi! – krzyknęłam w jego stronę, nie zwracając uwagi na oniemiałe dziewczyny.

Szum spłuczki w łazience przerwał moje krzyki. Ktoś odkręcił kran i mył ręce. Wlepiłam wzrok w drzwi i skrzyżowałam ramiona.

– Poszukałem zastępstwa. Nie byłem pewny, czy dzisiaj wrócisz. To chyba rozsądne, nie uważasz?

Drzwi do łazienki otwarły się i stanęła w nich postawna dziewczyna o długich, rozpuszczonych jak hipiska włosach, z krótką grzywką nad oczami.

– To Maryla. Będzie dla nas śpiewać przez jakiś czas. – Podniósł się z fotela i zgasił papierosa w kamionkowej popielniczce stojącej obok wazonu z goździkami.

– Bawcie się dobrze.

Nie zdołał zrobić kroku w stronę drzwi, kiedy z wściekłością rzuciłam się na nową dziewczynę. Wbiłam palce w jej długie blond włosy i pociągnęłam na ziemię, wciskając jej kolano w brzuch. Paranoja zaciągnęła mi na oczy ciemną zasłonę, kiedy zdzierałam z dziewczyny błękitną sukienkę w kwiaty, krzycząc i szlochając, jakby to ona prowadziła motor, który zabił Andrzeja, jakbym to ją chciała ukarać za moje straty.

Oniemiały major dopadł do mnie, złapał w pasie, uniósł i odciągnął od nowej. Miotałam się w jego ramionach, wyzywając i jego, i ją najgorszymi epitetami, jakie usłyszałam w życiu. Dębski wepchnął mnie do łazienki i wymierzył siarczysty policzek, zanim zamknął za nami drzwi. Posadził mnie na wannie i potrząsał moimi ramionami.

– Ty gnido! – krzyknęłam. – Chcesz się mnie pozbyć? Teraz, kiedy to wszystko… – Łkałam.

Jego dłoń ponownie wylądowała na mojej twarzy. Oniemiałam. Nikt nigdy mnie nie uderzył, a najmniej spodziewałabym się tego po nim, dystyngowanym oficerze.

– Zamilcz – syknął.

Zastygłam, wpatrując się w niego ze strachem.

– Natychmiast się uspokój. Nie potrzeba mi tu takiego cyrku. I tak ledwo sobie z tobą radziłem. Rozbestwiłaś się jak dziadowski bicz. Robisz, co chcesz, mówisz, co chcesz, łazisz, gdzie chcesz. W którym momencie uznałaś, że ci wolno? Gdyby nie ja, już dawno byś wyleciała na zbity pysk. Tego kwiatu jest pół światu. Co ty myślisz, że tylko ty w Polsce umiesz śpiewać i ruszać tyłkiem?

Co on wygaduje? Oczywiście, że jestem wolna. Nie jestem i nie będę niczyją własnością. Robię, co chcę, bo takie są zasady gry. On i jego kolesie mają mnie na każde zawołanie. Koncerty, festiwale, prywatne biby. Robię dla niego wszystko, o co prosi, a on mnie dzisiaj poniża na oczach wszystkich.

– Posłuchaj, dziewczyno. – Chwycił moją twarz w obie ręce. – Doprowadzisz się teraz do porządku i wyjdziesz później na scenę. Przeprosisz ślicznie tę nową i będziesz współpracować, bo ja tak każę. Nie zapominaj, że jesteś moja jeszcze przez dwa lata. Ciesz się, że ładnie się starzejesz, bo już bym cię dwa razy zwolnił.

Pochylił się i spojrzał na mnie z bardzo bliska. Ogień wściekłości płonął w jego oczach. I wtedy zawładnęła mną jakaś nieznana siła i splunęłam mu prosto w twarz. Wybałuszył oczy, zacisnął szczękę i otarł ślinę rękawem munduru. Wyszedł bez słowa, a ja wlepiłam wzrok w linoleum na podłodze i kołysałam się w przód i w tył, jakbym chciała uśpić tego demona, którego dopuściłam do głosu.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja