Szeptacz - Alex North - ebook + audiobook

232 osoby właśnie czytają

Opis

Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę, szeptać zacznie ktoś wieczorem…

„Na początku jest dziwnie, potem strasznie, następnie przerażająco, a na końcu… No cóż, drogi Czytelniku, podejmujesz wyzwanie na własne ryzyko” A.J. Finn, autor „Kobiety w oknie”

„Najbardziej niepokojący thriller, jaki przeczytałem od czasu Pierwszego śniegu Jo Nesbø” Alex Michaelides, autor „Pacjentki”

Pisarz Tom Kennedy nie potrafi pogodzić się z nagłą śmiercią żony. Tęsknota za nią staje się szczególnie dotkliwa w momentach, gdy nie może znaleźć wspólnego języka ze swoim synem. Obaj mają nadzieję, że zmiana otoczenia pozwoli im uporać się z traumą.

Senne Featherbank wydaje się idealne, by zacząć wszystko od nowa. Ale miejscowość ma swoją mroczną przeszłość. Dwadzieścia lat wcześniej seryjny morderca zamordował tu pięciu kilkuletnich chłopców. Prasa nadała mu przezwisko Szeptacz, ponieważ w nocy miał w zwyczaju szeptać pod oknami swych ofiar.

Kiedy dochodzi do zaginięcia małego chłopca, koszmar sprzed lat powraca. Prowadzący śledztwo detektywi dostrzegają niepokojące podobieństwo do sprawy Szeptacza...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 447

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Whisper Man

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Redakcja:Ewa Orzeszek-Szmytko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Lilianna Mieszczańska, Monika Paduch

Original English language edition first published

by Penguin Books Ltd, London

© Alex North, 2019

The author has asserted his moral rights

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Paweł Wolak

ISBN 978-83-287-1247-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Niepokojący i złowieszczy klimat, atmosfera rodzącej się paranoi i zbrodnie przyprawiające o dreszcze. Nie wierzysz w duchy? Po lekturze Szeptaczazaczniesz.

Asia Wójciak, instagram.com/zupa.czyta

Nigdy jeszcze nie czytałam żadnej książki z taką fascynacją i przerażeniem jednocześnie. Szeptacz to absolutny majstersztyk. Ciarki na ciele i przyspieszone bicie serca gwarantowane!

Miłka Awgul, instagram.com/maw_reads

Historia, której nie czyta się po zmroku. Wywołuje gęsią skórkę, niepokoi i intryguje jednocześnie. Przeczytaj, a nie odważysz się podejść nocą do okna.

Natalia Golis, instagram.com/prostymislowami

Alex North stworzył w swojej powieści niesamowity klimat niepokoju, który wciąga od pierwszej strony. Kiedy dodamy do tego małe dzieci i szeptanie, powstanie opowieść, która dostarczy wam wielu mocnych wrażeń.

Diana Chmiel, instagram.com/bardziejlubieksiazki

Od teraz każdy szept będzie wprowadzał mnie w stan niepokoju. Thriller przepełniony napięciem, z przerażającą niewiadomą i inteligentnie poprowadzonym wątkiem śledztwa. Polecam!

Maja Kłodawska, instagram.com/jestemmaja.k

Ależ to jest powieść! Nie odłożysz tej książki, dopóki nie poznasz wszystkich tajemnic Szeptacza. Czytelnicze emocje na najwyższym poziomie – gwarantowane.

Tomasz Radochoński, www.nowalijki.com

Szeptacz to majstersztyk w swoim gatunku. Niepokoi, wywołuje dreszcze, przeraża, a jednocześnie uzależnia i fascynuje. Fabuła porywa i pędzi jak szalona, uniemożliwiając czytelnikowi odłożenie książki choć na krótką chwilę. Z wypiekami na twarzy czekam na kolejną powieść autora. Chcę więcej! Mistrzostwo!

Małgorzata Tinc, www.ladymargot.pl

Po przeczytaniu Szeptacza już zawsze będę sprawdzać, czy moje drzwi są zamknięte. Ta książka jest przerażająco dobra!

Kasia Jarosińska, instagram.com/kejti.reads

Szeptacz sprawi, że w cieniach roślin doszukiwać się będziesz ludzkich twarzy, a każdy nieprzewidziany dźwięk przyprawi cię o gęsią skórkę. Oby wszystkie czające się tam strachy były jedynie wytworem twojej wyobraźni.

Paula Sieczko, instagram.com/ruderecenzuje

Dla Lynn i Zacka

* * *

Jake.

Jest tak wiele spraw, o których chciałbym ci powiedzieć, ale chyba zgodzisz się ze mną, że rozmawianie zawsze przychodziło nam z trudem.

Postanowiłem więc do ciebie napisać.

Pamiętam, jak zabraliśmy cię z Rebeccą ze szpitala i przywieźliśmy do domu. Było ciemno i padał śnieg. Nigdy wcześniej nie prowadziłem auta tak ostrożnie. Urodziłeś się zaledwie dwa dni wcześniej i leżałeś na tylnym siedzeniu w specjalnym foteliku. Obok drzemała Rebecca. Od czasu do czasu patrzyłem w lusterko, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Wiesz dlaczego? Ponieważ umierałem ze strachu. Jestem jedynakiem i nie miałem wcześniej żadnego doświadczenia w opiece nad dziećmi. Tymczasem musiałem się zająć noworodkiem. Byłeś mały i bezbronny, a ja czułem się zupełnie nieprzygotowany do roli, którą miałem odegrać. Wydawało mi się, że ktoś, kto pozwolił, żebym zabrał cię ze szpitala, popełnił ogromny błąd. Od samego początku nie za bardzo do siebie pasowaliśmy. Rebecca nie miała problemu z trzymaniem cię na rękach. Było to dla niej coś naturalnego. Zachowywała się jak prawdziwa matka, a ja, biorąc cię w ramiona, spinałem się i bałem, że zrobię ci krzywdę. Kiedy wybuchałeś płaczem, nie miałem pojęcia, czego ci brakuje. Chyba tak naprawdę cię nie rozumiałem.

I to się nigdy nie zmieniło.

Kiedy trochę podrosłeś, Rebecca powiedziała mi, że nie potrafimy się dogadać, ponieważ jesteśmy do siebie za bardzo podobni. Mam nadzieję, że tak nie jest. W końcu zawsze chciałem, żebyś skończył lepiej ode mnie.

Wyszło, jak wyszło, i teraz nie możemy ze sobą rozmawiać. Muszę więc spróbować wyjaśnić ci wszystko na piśmie. Mam zamiar ujawnić całą prawdę o tym, co się stało w Featherbank.

Opowiem ci o panu Nocy, o chłopcu mieszkającym w podłodze, o motylach i małej dziewczynce ubranej w dziwną sukienkę.

No i, rzecz jasna, o Szeptaczu.

To nie będzie łatwe i zdaję sobie sprawę, że powinienem zacząć od przeprosin. Przez te wszystkie lata twierdziłem, że nie ma się czego bać. Próbowałem ci wmówić, że nie istnieją żadne potwory.

Wybacz, ale kłamałem.

Część pierwszaLipiec

Rozdział 1

Porwanie dziecka to najgorszy koszmar każdego rodzica, jednak statystycznie takie wydarzenie jest mało prawdopodobne. Największe zagrożenia czyhają w domu, za zamkniętymi drzwiami, a krzywdy zazwyczaj nie wyrządzają obcy ludzie, ale członkowie rodziny. Chociaż świat zewnętrzny wydaje się najeżony rozmaitymi niebezpieczeństwami, to na ulicach spotykamy najczęściej przyzwoitych ludzi. Ryzyko czai się w domu.

Mężczyzna, który chodził za sześcioletnim Neilem, doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Szedł spokojnie po drugiej stronie ścieżki, chowając się za krzakami. Starał się ani na chwilę nie stracić chłopca z oczu. Neil snuł się noga za nogą, zupełnie nieświadomy zagrożenia. Od czasu do czasu trącał czubkiem adidasa pylistą ziemię, głośno szurając stopami i wzniecając kłęby kurzu. Nieznajomy wszystko słyszał, sam jednak stawiał kroki ostrożnie, żeby nie zrobić niepotrzebnego hałasu.

Chociaż zbliżał się wieczór, wciąż było ciepło. Przez większą część dnia żar lał się z nieba, ale dochodziła już szósta i niebo zrobiło się lekko zamglone. Temperatura nieco spadła i wszystko nabrało złocistego blasku. W taki wieczór przyjemnie usiąść na tarasie z kieliszkiem schłodzonego białego wina i patrzeć na zachód słońca. Na razie nie trzeba zabierać ze sobą swetra, a kiedy zapadnie zmrok i zrobi się chłodniej, nie będzie się już chciało wracać do domu po jakieś okrycie.

W taką pogodę nawet skąpane w bursztynowym świetle pustkowie wydawało się piękne. Porośnięte krzakami nieużytki rozciągały się od granic miasteczka Featherbank aż do opuszczonego kamieniołomu. Pofałdowany teren był spękany z powodu suszy i pozbawiony roślinności z wyjątkiem rosnących w skupiskach chaszczy, które sprawiały, że okolica przypominała ogromny labirynt. Dzieciaki mieszkające w okolicy czasami się tutaj bawiły, chociaż wiadomo było, że mogą zrobić sobie krzywdę. Dość często zdarzało się, że wchodziły na teren starego kamieniołomu i wspinały się po stromych zboczach, które groziły osunięciem. Władze samorządowe wybudowały ogrodzenie i postawiły odpowiednie znaki, ale wiadomo było, że to nie wystarczy. Dzieci potrafią przecież przechodzić przez płoty.

I nie zwracają uwagi na ostrzeżenia.

Nieznajomy mężczyzna wiedział dużo na temat Neila Spencera. Gruntownie prześwietlił nie tylko chłopca, lecz także jego rodzinę. Neil słabo radził sobie w szkole: miał kiepskie oceny i problemy z kontaktami społecznymi. Jeśli chodzi o pisanie, czytanie i matematykę, był wyraźnie gorszy od rówieśników. Nosił używane ubrania po innych dzieciach i jak na swój wiek zachowywał się dość dziwnie. Łatwo wpadał w złość i darzył świat wyraźną niechęcią. Istniało spore ryzyko, że za kilka lat zostanie rozrabiaką, który dręczy młodszych. Na razie był jednak małym chłopcem i ludzie z łatwością wybaczali mu agresywne zachowanie. „Nie robi tego celowo”, mówili. „To nie jego wina”. Neil nie osiągnął jeszcze wieku, w którym można mu było przypisywać pełną odpowiedzialność. Szukano więc winnych gdzie indziej.

Mężczyzna znał jego sytuację rodzinną, która nie była zresztą dla nikogo tajemnicą.

Neil spędził dzisiejsze popołudnie z ojcem. Rodzice żyli w separacji. Oboje byli alkoholikami, którzy raz lepiej, a raz gorzej radzili sobie z codziennym życiem. Nie potrafili zajmować się synem i woleli, kiedy dziecko przebywało u ekspartnera. Ogólnie rzecz biorąc, Neil mógł liczyć tylko na samego siebie, co w dużym stopniu wyjaśniało jego trudny charakter. Przyszedł na świat, gdy rodzice mieli już swoje lata i na pewno nie obdarzyli go miłością.

Nie pierwszy raz ojciec był zbyt pijany, żeby odwieźć Neila do matki. Nie chciało mu się również wychodzić z domu i odprowadzać go na piechotę. Chłopiec miał prawie siedem lat i ojciec najprawdopodobniej doszedł do wniosku, że sam świetnie da sobie radę. Neil ruszył więc w drogę bez opieki.

Nie miał pojęcia, że wieczorem znajdzie się w zupełnie innym miejscu, niż planował. Mężczyzna rozmyślał o przygotowanym zawczasu pokoju, z trudem powstrzymując narastające podniecenie.

W połowie drogi Neil nagle się zatrzymał.

Mężczyzna również przystanął i rozchylił gałęzie, żeby zobaczyć, co przyciągnęło uwagę chłopca.

Obok jednego z krzaków leżał porzucony przez kogoś stary telewizor. Na szarym wybrzuszonym ekranie nie widać było żadnych pęknięć. Neil lekko trącił telewizor czubkiem adidasa, ale ciężkie urządzenie ani drgnęło. Ten wiekowy odbiornik pewnie wydawał się chłopcu pamiątką dawno minionej epoki: na obudowie znajdowały się guziki i suwaki, a lampowy kineskop wyglądał jak ogromny bęben. Po drugiej stronie ścieżki leżało trochę pokruszonych skał. Mężczyzna patrzył zafascynowanym wzrokiem, jak Neil bierze do ręki jeden z odłamków i z całej siły ciska nim w szklany ekran.

Łup!

Rozległo się głośne brzdęknięcie, ale szkło nie rozbiło się w drobny mak. Pocisk przeleciał na wylot, a w ekranie pojawiła się jedynie mała dziura. Neil sięgnął po drugi kamień, lecz tym razem nie trafił. Kolejny rzut był celniejszy i kineskop znowu ucierpiał.

Neilowi chyba spodobała się ta zabawa.

Mężczyzna wiedział dlaczego. Ten przypadkowy akt bezsensownego wandalizmu był jak wybuch agresji, którą chłopiec przejawiał w szkole coraz częściej. Chodziło o to, żeby wywrzeć jakiś wpływ na otaczającą rzeczywistość. Świat wydawał się przecież całkowicie obojętny na kogoś takiego jak Neil. A chłopiec chciał, żeby go zauważono. Pragnął, żeby ktoś go pokochał.

O tym samym marzyło każde dziecko.

Mężczyzna poczuł ukłucie w bijącym coraz szybciej sercu. Wyszedł zza krzaków i stanął za chłopcem, po czym wyszeptał jego imię.

Rozdział 2

Neil. Neil. Neil.

Komisarz Pete Willis szedł ostrożnie przez pustkowie, słysząc, jak inni policjanci wykrzykują w regularnych odstępach imię zaginionego chłopca. Między okrzykami zalegała kompletna cisza. Pete podniósł głowę i wyobraził sobie, że skandowane słowa znikają w ciemności, tak samo jak Neil Spencer zniknął bez śladu z powierzchni ziemi.

Komisarz skierował latarkę na zakurzony grunt, żeby sprawdzić, gdzie stoi, i poszukać jakichś tropów. Chłopiec miał na sobie niebieskie spodnie od dresu, koszulkę z logo Minecrafta, czarne adidasy; zabrał też wojskowy chlebak i butelkę wody. Pete dostał informację o jego zaginięciu, kiedy siadał do obiadu, który sam przygotował. Na myśl, że jedzenie stoi teraz na stole i stygnie, ścisnęło go w żołądku.

Zapodział się gdzieś mały chłopiec i zadaniem Pete’a było go odnaleźć.

W panujących ciemnościach nie dało się dostrzec pozostałych policjantów, ale można się było zorientować, gdzie są, ponieważ z ich latarek padały snopy światła przeczesujące pustkowie otaczające miasteczko. Pete rzucił okiem na zegarek: była dwudziesta pięćdziesiąt trzy. Dzień prawie się skończył i chociaż po południu panował jeszcze upał, teraz temperatura znacznie spadła i zrobiło się chłodno. Tak bardzo spieszył się do wyjścia, że zapomniał kurtki. Był ubrany jedynie w cienką koszulę, która nie zapewniała należytej ochrony przed zimnem. Poza tym miał już pięćdziesiąt sześć lat i jego stare kości lubiły ciepło. Zresztą taka temperatura dokuczałaby także komuś młodszemu, szczególnie jeśliby się zgubił i był sam jak palec. I najprawdopodobniej stała mu się jakaś krzywda.

Neil. Neil. Neil.

– Neil! – krzyknął Pete razem z innymi.

Nic.

Najważniejsze jest pierwsze czterdzieści osiem godzin. Zaginięcie chłopca zgłoszono o dziewiętnastej trzydzieści dziewięć, mniej więcej półtorej godziny po wyjściu od ojca. Powinien dotrzeć do domu około osiemnastej dwadzieścia, rodzice nie ustalili jednak między sobą dokładnej godziny powrotu, więc nieobecność syna została odkryta dopiero, gdy matka zadzwoniła do swojego eks. Policja przybyła na miejsce o dziewiętnastej pięćdziesiąt jeden. Słońce chyliło się ku zachodowi, a cienie zrobiły się długie i cienkie. Już na samym początku stracili prawie dwie godziny cennego czasu. Teraz już prawie trzy.

Pete wiedział, że w znakomitej większości przypadków zaginione dzieci szybko się odnajdują i bezpiecznie wracają do swoich rodzin. Zniknięcia nieletnich można było podzielić na pięć kategorii: wyrzucenie z domu, ucieczka z domu, nieszczęśliwy wypadek, porwanie przez członka rodziny i porwanie przez nieznajomego. Rachunek prawdopodobieństwa wskazywał, że w tej sytuacji mają do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem i że chłopiec wkrótce się odnajdzie. Jednak im dłużej przeczesywał pustkowie, tym bardziej instynkt podpowiadał mu, że może się mylić. Poczuł w sercu dziwny ucisk, który pojawiał się niemal zawsze, gdy ginęło dziecko. Zdawał sobie sprawę, że to nic nie znaczy. Chodziło o złe wspomnienia sprzed dwudziestu lat i powiązane z nimi nieprzyjemne emocje.

Nagle snop światła rzucanego przez latarkę przesunął się po czymś szarym.

Pete od razu się zatrzymał, żeby sprawdzić co to. Obok jednego z krzaków stał stary telewizor z podziurawionym kineskopem. Wyglądało to tak, jakby ktoś trenował rzucanie kamieniami do celu. Komisarz przez dłuższą chwilę wpatrywał się w odbiornik.

– Coś ciekawego? – spytał gdzieś z boku anonimowy głos.

– Nie! – odkrzyknął w odpowiedzi Pete i ruszył w dalszą drogę.

Dotarł na drugą stronę pustkowia w tym samym czasie co inni policjanci. Niczego nie udało im się znaleźć. Pete zdążył się przyzwyczaić do ciemności i blada poświata ulicznych latarni wprawiła go w dziwny niepokój. Otaczał go przytłumiony gwar, który wyraźnie kontrastował z ciszą porośniętego krzakami pola nieużytków.

Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Po kilku chwilach spojrzał gdzieś w dal i ruszył przed siebie.

Miał wrażenie, że nogi same go niosą, i nie wiedział, dokąd idzie. Po jakimś czasie zorientował się, że zbliża się do opuszczonego kamieniołomu. W ciemności było tu naprawdę niebezpiecznie, więc skierował się w stronę skupiska latarek rozświetlających mrok. Kolejna grupa policjantów miała właśnie rozpocząć poszukiwania. Niektórzy zaczęli już maszerować wzdłuż skraju kamieniołomu, oświetlając urwiste zbocze i wykrzykując imię zaginionego chłopca. Pozostali przeglądali jeszcze mapy i przygotowywali się do zejścia stromą ścieżką na samo dno. Kiedy zobaczyli mężczyznę wyłaniającego się z ciemności, podnieśli głowy. Jeden z nich rozpoznał komisarza.

– Nie wiedziałem, że jest pan dziś wieczorem na służbie – powiedział.

– Bo nie jestem. – Pete odgiął kawałek siatki z ogrodzenia i prześlizgnął się na drugą stronę, żeby dołączyć do kolegów. – Po prostu mieszkam w okolicy.

– Aha, nie wiedziałem – mruknął policjant z wyraźną wątpliwością w głosie.

Komisarze rzadko brali udział w akcjach terenowych. Amanda Beck koordynowała operację, siedząc za biurkiem, a grupa poszukiwawcza składała się z funkcjonariuszy niższych stopniem. Pete zdał sobie sprawę, że jest w tym gronie najstarszy, ale dzisiaj w nocy czuł się częścią zespołu. Zaginął mały chłopiec i musiał go odnaleźć. Młodszy kolega z pewnością nie pamiętał okoliczności, w jakich dwie dekady wcześniej zniknął Frank Carter. W przeciwnym razie nie byłby zdziwiony, że widzi przed sobą komisarza.

– Proszę iść ostrożnie. Grunt łatwo się tutaj osuwa.

– Wiem.

Co gorsza, ten gołowąs uważał Pete’a za niedołężnego staruszka. Chyba nigdy go nie widział w policyjnej siłowni, gdzie ćwiczył codziennie rano przed rozpoczęciem służby. Chociaż dzieliła ich spora różnica wieku, Pete był przekonany, że na każdym urządzeniu byłby w stanie wycisnąć więcej niż ten młokos. Poza tym zawsze zachowywał ostrożność. To była jego druga natura.

– Okay, za chwilę będziemy schodzić. Chciałem tylko skoordynować działania.

– Ale ja nie wydaję teraz rozkazów. – Pete oświetlił ścieżkę, żeby przygotować się na pokonanie ewentualnych nierówności terenu. Latarka była jednak zbyt słaba, a rzucany przez nią snop światła za krótki. Dno kamieniołomu wyglądało jak wielka czarna dziura. – Pana przełożonym jest komisarz Beck.

– Tak jest.

Pete wpatrywał się w ciemność, rozmyślając o Neilu Spencerze. Sprawdzono dokładnie wszystkie trasy, którymi chłopiec mógł wrócić do domu. Przeszukano ulice i skontaktowano się z większością kolegów. Bez skutku. Na pustkowiu również niczego nie znaleziono. Jeśli zniknięcie chłopca było związane z wypadkiem albo nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, kamieniołom był ostatnim miejscem, które należało spenetrować.

Pete miał jednak wrażenie, że ziejąca w dole otchłań nie kryje w sobie żadnych tajemnic.

Nie wiedział tego na pewno, ale miał bardzo mocne przeczucie, że nie znajdą tam Neila Spencera.

Być może w ogóle nie uda się go odszukać.

Rozdział 3

– Pamiętasz, co ci powiedziałam? – spytała dziewczynka.

Pamiętał, ale teraz robił wszystko, żeby nie zwracać na nią uwagi. Pozostałe dzieci wyszły na dwór i bawiły się na słońcu. Jake słyszał ich okrzyki i odgłos toczącej się po asfalcie piłki, która od czasu do czasu odbijała się z hukiem od ściany budynku. Sam siedział w świetlicy i rysował. Bardzo chciał skończyć obrazek i wolałby, żeby koleżanka zostawiła go w spokoju.

Nie chodziło o to, że jej nie lubił. Jej towarzystwo sprawiało mu przyjemność, a poza tym była jedynym dzieckiem, które chciało się z nim bawić. Zazwyczaj bardzo się cieszył, gdy do niego podchodziła, tego popołudnia jednak była w jakimś dziwnym nastroju. Zachowywała się wyjątkowo poważnie i nie miała ochoty na żarty. Wcale mu się to nie podobało.

– Pamiętasz?

– Chyba tak.

– W takim razie powtórz.

Głośno westchnął, odłożył ołówek i podniósł wzrok. Koleżanka była ubrana tak jak zwykle. Miała na sobie sukienkę w biało-niebieską kratę, a na kolanie widać było ranę po zadrapaniu, która nie chciała się zagoić. Inne dziewczynki miały ładnie uczesane włosy, które albo luźno opadały na ramiona, albo były spięte w ciasny kucyk. Jej bujne loki od dawna nie widziały grzebienia i sterczały w nieładzie w jedną stronę.

Z wyrazu jej twarzy wywnioskował, że łatwo się nie podda, więc powtórzył słowa, które wcześniej usłyszał:

– „Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę…”.

Dziwne, że tak dobrze wszystko zapamiętał, chociaż szczególnie mu na tym nie zależało. Z jakiegoś jednak powodu te słowa utkwiły mu w pamięci. Chodziło chyba o rytm. Czasami słyszał na CBBC jakąś piosenkę i potem przez wiele godzin miał w głowie powtarzający się refren. W takich sytuacjach tata mówił, że coś za nim chodzi. Jake wyobrażał sobie wtedy, że jakaś tajemnicza postać stoi za jego plecami i nie odstępuje go na krok.

Kiedy skończył, dziewczynka z zadowoleniem skinęła głową, a Jake znowu wziął do ręki ołówek.

– Co to właściwie znaczy? – spytał.

– To ostrzeżenie – wyjaśniła, marszcząc nos. – W każdym razie coś w tym stylu. Kiedy byłam mała, powtarzały to wszystkie dzieciaki.

– Okay, ale o co w tym chodzi?

– Potraktuj to jak dobrą radę – oznajmiła. – Po świecie chodzi wielu złych ludzi i zdarza się mnóstwo niemiłych sytuacji. Warto o tym pamiętać.

Jake zrobił zdziwioną minę i zabrał się do rysowania. Źli ludzie. Znał jednego z nich. To był Carl, trochę starszy chłopiec, z którym Jake chodził do świetlicy. W zeszłym tygodniu Carl bez żadnego powodu się do niego przyczepił. Jake budował fortecę z klocków lego, gdy nagle obok pojawił się Carl. Stanął bardzo blisko, rzucając na podłogę wielki cień.

– Dlaczego zawsze przychodzi po ciebie ojciec? – zapytał, chociaż doskonale znał odpowiedź. – To dlatego, że twoja mama nie żyje?

Jake uznał, że lepiej milczeć.

– Jak wyglądała, kiedy ją znalazłeś?

Nie miał zamiaru odpowiadać na takie pytania. Ta straszna scena pojawiała się tylko w najgorszych koszmarach. Starał się w ogóle do tego nie wracać. Na samą myśl ściskało go w gardle i miał problemy ze złapaniem oddechu. Nie był jednak w stanie pozbyć się świadomości, że mama na zawsze zniknęła z jego życia.

Pamiętał dawno minione czasy, kiedy zaglądał ukradkiem do kuchni i patrzył, jak przepoławia nożem wielką czerwoną paprykę, a potem wykrawa pestki.

– Cześć, przystojniaku.

Zawsze tak do niego mówiła, kiedy zauważyła, że ją obserwuje. Za każdym razem, gdy przypominał sobie, że umarła, słyszał dźwięk podobny do odgłosu powstającego przy wykrawaniu nasion z papryki. Miał wrażenie, że ktoś wydrąża go od środka i zostawia ziejącą pustkę.

– Lubię, kiedy ryczysz jak niemowlak – oznajmił Carl i odszedł od Jake’a, jak gdyby ten w ogóle nie istniał.

Naprawdę wolałby, żeby na świecie nie było takich ludzi. Miał nadzieję, że dziewczynka wszystko zmyśliła. Zaczął rysować kółka, które miały przedstawiać pole siłowe chroniące małe ludziki toczące bitwę.

– Wszystko w porządku, Jake?

Podniósł głowę znad papieru. Zobaczył Sharon, jedną z opiekunek w świetlicy. Wcześniej była w innej części sali i zmywała naczynia. Teraz pochyliła się nad chłopcem z rękami wciśniętymi między kolana.

– Tak – odpowiedział.

– Ładny rysunek.

– Jeszcze nie skończyłem.

– A co to będzie?

Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, jak opowiedzieć o bitwie. Brało w niej udział kilka różnych armii oddzielonych od siebie kolorowymi liniami. Nad przegranymi widniały nieczytelne gryzmoły. Było to naprawdę skomplikowane.

– Po prostu bitwa.

– Na pewno nie chcesz wyjść na dwór i pobawić się z innymi dziećmi? Jest piękna pogoda.

– Nie, dziękuję.

– Mam jeszcze trochę kremu do opalania. – Rozejrzała się po sali. – Powinien tu też być kapelusz przeciwsłoneczny.

– Najpierw muszę skończyć rysunek.

Sharon wyprostowała się i cicho westchnęła, ale wciąż patrzyła na niego z sympatią. Martwiła się o Jake’a, chociaż nie było takiej potrzeby. Pomyślał, że to miłe z jej strony. Zawsze potrafił wyczuć, kiedy ktoś się o niego troszczył. Tak zazwyczaj obchodził się z nim tata, chyba że akurat tracił cierpliwość. Czasami głośno krzyczał, powtarzając: „Ja tylko chcę, żebyś ze mną porozmawiał! Jestem ciekaw, co myślisz i co czujesz!”. W takich chwilach Jake zaczynał się bać. Wydawało mu się, że znowu sprawił ojcu zawód i przysparza mu samych zmartwień. Nie miał jednak pojęcia, w jaki sposób mógłby zmienić swoje zachowanie.

Z zapałem zabrał się do pracy. Wykonywał okrężne ruchy ręką, rysując kolejne pole siłowe. A może to były wrota do teleportacji? Wtedy mali żołnierze mogliby po prostu zniknąć i znaleźć schronienie w jakimś lepszym miejscu. Odwrócił ołówek i zaczął ostrożnie ścierać gumką jedną z postaci.

Okay, zrobione.

Teraz jesteś bezpieczny niezależnie od tego, dokąd cię wysłałem.

Pewnego razu, kiedy tata się wkurzył, Jake znalazł na swoim łóżku wiadomość. Na kartce papieru widniał naprawdę udany obrazek przedstawiający uśmiechniętych ojca i syna z podpisem:

Przepraszam. Pamiętaj, że nawet podczas kłótni bardzo się kochamy. Buziaki!

Jake schował wiadomość do Teczki z Bardzo Ważnymi Rzeczami, w której trzymał wszystko, co zasługiwało na specjalną ochronę.

Poczuł, że musi sprawdzić, czy teczka jest na swoim miejscu. Leżała na stoliku, tuż obok rysunku.

– Niedługo przeprowadzisz się do nowego domu – powiedziała mała dziewczynka.

– Naprawdę?

– Twój tata poszedł dzisiaj do banku.

– Wiem, ale jego zdaniem nic nie jest jeszcze pewne. Możliwe, że nie dostanie pieniędzy.

– Chciałeś powiedzieć: nie udzielą mu kredytu – wyjaśniła cierpliwie dziewczynka. – Nie ma powodów do obaw.

– Skąd wiesz?

– Jest przecież słynnym pisarzem i potrafi wymyślać różne rzeczy. – Spojrzała na rysunek Jake’a i uśmiechnęła się sama do siebie. – Tak jak ty.

Nie wiedział, jak zareagować. W jej uśmiechu było coś dziwnego, tak jakby jednocześnie odczuwała zadowolenie i smutek. W gruncie rzeczy w taki sam sposób myślał o przeprowadzce. Chciał zmiany, ponieważ zdawał sobie sprawę, że w ich obecnym domu tata pogrąża się w coraz głębszej rozpaczy. Razem przeglądali oferty na iPadzie i to właśnie Jake wybrał nowe lokum. Jednocześnie coś podpowiadało mu, że to jednak zła decyzja.

– Czy nadal będziemy się widywać, kiedy się wyprowadzę? – zapytał.

– Oczywiście. Przecież sam dobrze wiesz. – Dziewczynka przysunęła się bliżej i dodała rozgorączkowanym tonem: – Niezależnie od tego, co się stanie, pamiętaj o moich słowach. To bardzo ważne. Musisz mi obiecać, że nie zapomnisz.

– Obiecuję. Tylko nadal nie wiem, o co chodzi.

Przez chwilę wydawało mu się, że dziewczynka wszystko wyjaśni, lecz wtedy w drugim końcu sali rozległ się dzwonek domofonu.

– Za późno – szepnęła. – Przyszedł twój tata.

Rozdział 4

Kiedy parkowałem samochód, większość dzieci bawiła się na świeżym powietrzu. Słyszałem stłumione śmiechy i przez chwilę przyglądałem się rozbawionej gromadce, szukając wzrokiem Jake’a. Miałem nadzieję, że go zobaczę. Dzieciaki naprawdę wyglądały na szczęśliwe. Ich życie wydawało się takie normalne.

Rzecz jasna, mojego syna tam nie było.

Siedział w środku, pochylony nad rysunkiem, z plecami zwróconymi do wejścia. Kiedy go zobaczyłem, poczułem ukłucie w sercu. Jake był jak na swój wiek niezwykle drobny, a skulony przy stole sprawiał wrażenie jeszcze bardziej kruchego i bezbronnego. Wyglądał tak, jakby chciał wejść do leżącego na blacie obrazka.

Trudno było go za to winić. Zdawałem sobie sprawę, że nienawidzi tej świetlicy, chociaż nigdy nie narzekał. Ani razu nie powiedział, że nie chce tu przychodzić. Chyba po prostu wiedział, że nie mamy wyboru. Od śmierci Rebekki przeżyliśmy wiele trudnych momentów: pierwsza wizyta u fryzjera, kupowanie ubrań do szkoły, pakowanie prezentów gwiazdkowych, które strasznie się przeciągało, ponieważ trudno to robić ze łzami w oczach. Mógłbym dalej ciągnąć tę listę. Z jakiegoś powodu najgorsze były jednak wakacje. Chociaż bardzo kocham Jake’a, nie jestem w stanie spędzać z nim całych dni od rana do wieczora. Mam wrażenie, że nie zostaje wtedy nic dla mnie. Brzydzę się samym sobą, że nie jestem perfekcyjnym ojcem. Muszę mieć jednak trochę czasu dla siebie. Chcę zapomnieć o pogłębiającej się między nami przepaści i o tym, że coraz gorzej radzę sobie ze wszystkim. Potrzebuję chwili wytchnienia, żeby uklęknąć na podłodze i wybuchnąć płaczem bez obawy, że Jake wejdzie do pokoju i mnie nakryje.

– Cześć, kolego!

Położyłem rękę na jego ramieniu, ale on nie podniósł wzroku.

– Cześć, tato.

– Co dzisiaj robiłeś?

– Nic ciekawego.

Poczułem, że lekko wzruszył ramionami, jednak w ogóle nie było tego widać. Jego ciało wydawało się lżejsze i delikatniejsze od materiału, z którego zrobiony był T-shirt.

– Trochę się bawiłem.

– Z kim? – spytałem.

– Z jedną dziewczynką.

– To fajnie. – Pochyliłem się i spojrzałem na leżącą na stoliku kartkę papieru. – Widzę, że również trochę rysowałeś.

– Podoba ci się?

– Oczywiście. Bardzo ładne.

W gruncie rzeczy nie miałem pojęcia, co to miało być: chyba bitwa, ale nie mogłem się zorientować, kto z kim walczy i o co w tym wszystkim chodzi. Jake rzadko rysował statyczne sceny. Jego obrazki zawsze tętniły życiem i rozgrywała się na nich jakaś historia przypominająca film, w którym wszystkie sceny przedstawione są jednocześnie, jak gdyby nałożone na siebie.

Trzeba przyznać, że Jake miał bujną wyobraźnię, co mi się nawet podobało. Sam miałem zapędy artystyczne i widziałem w tym coś, co nas łączy. Zdawałem sobie jednak sprawę, że od śmierci Rebekki minęło już dziesięć miesięcy, a ja prawie niczego nie napisałem.

– Przeprowadzimy się do nowego domu, tato?

– Tak.

– Pan z banku cię wysłuchał?

– Powiedzmy, że w wystarczająco kreatywny sposób przedstawiłem opłakany stan moich finansów.

– Co to znaczy „opłakany”?

Zdziwiłem się, że nie znał tego słowa. Niemal od zawsze staraliśmy się z Rebeccą mówić do niego jak do dorosłego i wszystko mu objaśnialiśmy. Łatwo przyswajał nowe wyrazy i później często wyskakiwał z czymś dziwnym. Tym razem nie miałem jednak ochoty na tłumaczenie.

– To coś związanego ze sprawą, którą załatwiałem w banku – powiedziałem. – Nie zawracaj sobie tym głowy.

– Kiedy się wyprowadzamy?

– Jak najszybciej.

– Uda nam się wszystko zabrać?

– Wynajmiemy ciężarówkę. – Pomyślałem o pieniądzach i obleciał mnie strach. – Albo załadujemy się do naszego samochodu. Kilka kursów powinno wystarczyć. Możliwe, że coś trzeba będzie zostawić, ale najpierw przejrzymy twoje rzeczy i sam zdecydujesz.

– Nie chcę niczego wyrzucać.

– Zobaczymy, dobrze? Do niczego nie będę cię zmuszać, ale na niektóre zabawki jesteś już za duży. Może bardziej przydadzą się jakiemuś młodszemu dziecku.

Jake milczał. Z pewnością wyrósł już z wielu zabawek, ale z każdą był przecież emocjonalnie związany. Rebecca lepiej radziła sobie w takich sytuacjach. Potrafiła bawić się z synem i nadal wyobrażałem sobie, jak klęczy na podłodze i przesuwa jakieś figurki. Zawsze wykazywała bezgraniczną cierpliwość, szczególnie w chwilach, w których ja nie byłem w stanie zachować spokoju. Dotykała jego zabawek i na tych najstarszych pozostawiła najwięcej śladów. W ten niewidoczny sposób wciąż była obecna w życiu Jake’a.

– Pamiętaj, że na pewno nie będziesz musiał pozbywać się niczego, z czym nie chcesz się rozstawać.

Przypomniałem sobie o Teczce z Bardzo Ważnymi Rzeczami. Leżała na stoliku obok rysunku: był to zniszczony skórzany pokrowiec wielkości książki w twardej oprawie, zamykany z trzech stron na suwak. Nie miałem pojęcia, do czego służył w poprzednim życiu. Przypominał trochę duży organizer z wyjętymi kartkami. Do czego był potrzebny Rebecce?

Kilka miesięcy po tym, jak umarła, zabrałem się do przeglądania jej rzeczy. Lubiła wszystko zbierać, ale zachowywała przy tym zdrowy rozsądek. Wiele z jej starych gratów leżało w garażu popakowanych w pudełka. Pewnego dnia przyniosłem część tych kartonów do domu i zacząłem je otwierać. Znalazłem pamiątki z dzieciństwa, całkowicie niezwiązane z naszym wspólnym życiem. Wydawało się, że dlatego będzie mi łatwiej je przeglądać, ale się myliłem. Dzieciństwo jest, albo przynajmniej powinno być, szczęśliwym czasem, lecz, niestety, miałem świadomość, że te trywialne, Bogu ducha winne przedmioty w jakiś sposób związane były z tragicznym losem mojej żony. Rozpłakałem się. Jake wszedł do pokoju i położył mi rękę na ramieniu. Nie zareagowałem, więc mocno mnie objął swoimi drobnymi ramionami. Potem wspólnie przejrzeliśmy zawartość paru pudełek i znaleźliśmy dziwny pokrowiec, który później stał się Teczką. Jake zapytał, czy może go zatrzymać. Oczywiście się zgodziłem. Mógł wziąć, co tylko chciał.

Na początku Teczka była pusta, ale stopniowo zaczęła wypełniać się różnymi rzeczami. Niektóre należały wcześniej do Rebekki, na przykład listy, zdjęcia i jakieś drobiazgi. Jake wkładał tam również swoje rysunki i rozmaite przedmioty, które z jakiegoś powodu były dla niego ważne. Teczka była jak różdżka czarnoksiężnika. Jake prawie w ogóle się z nią nie rozstawał i miałem blade pojęcie na temat jej rosnącej zawartości. Jednak nawet gdyby nadarzyła się okazja, nie zajrzałbym do środka. To były w końcu jego Ważne Rzeczy. Jake miał prawo do swoich tajemnic.

– Okay, kolego – powiedziałem. – Zbieramy się do wyjścia.

Podał mi starannie złożony rysunek. Niezależnie od tego, co przedstawiał, nie był wystarczająco ważny, żeby wylądować w Teczce. Jake zebrał swoje rzeczy ze stołu i poszedł na drugą stronę sali, gdzie na haczyku wisiał jego bidon. Nacisnąłem zielony guzik, żeby otworzyć drzwi, i obejrzałem się przez ramię. Sharon stała przy zlewie i zmywała naczynia.

– Nie chcesz się pożegnać? – zapytałem Jake’a.

Odwrócił się w drzwiach i przez chwilę patrzył na coś smutnym wzrokiem. Spodziewałem się, że powie Sharon do widzenia, ale zamiast tego zaczął machać w stronę pustego stolika, przy którym wcześniej siedział.

– Cześć! – zawołał. – Obiecuję, że nie zapomnę.

Zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, wybiegł na zewnątrz.

Rozdział 5

W dniu, w którym umarła Rebecca, sam odebrałem Jake’a ze szkoły.

Zgodnie z umową powinienem przeznaczyć popołudnie na pisanie, więc kiedy Rebecca poprosiła mnie o pomoc, zareagowałem rozdrażnieniem. Za kilka miesięcy miałem oddać do wydawnictwa nową książkę, a przez cały ranek, mimo szczerych chęci, nie udało mi się wyprodukować niczego sensownego. Liczyłem, że jakimś cudem nadrobię zaległości w ciągu ostatnich trzydziestu minut pracy. Rebecca nie wyglądała jednak najlepiej – była blada i trzęsły jej się ręce – więc zgodziłem się pojechać po syna.

Kiedy wracałem do domu, starałem się wykazać zainteresowanie tym, co robił przez cały dzień, ale Jake prawie się nie odzywał. To było dla niego dość typowe: nie miał ochoty na rozmowę albo po prostu niczego nie pamiętał. Jak zwykle miałem wrażenie, że w obecności Rebekki zachowywałby się zupełnie inaczej. Cały czas myślałem też o swoich nieudanych zmaganiach z książką, co sprawiło, że byłem jeszcze bardziej podenerwowany i sfrustrowany. Kiedy zaparkowałem przed domem, otworzył drzwi i szybko wyskoczył z samochodu, pytając, czy może zobaczyć się z mamą. Zgodziłem się, ponieważ byłem pewien, że Rebecca się ucieszy. Wiedziałem jednak, że nie czuje się najlepiej. Poprosiłem więc Jake’a, żeby był grzeczny i zdjął buty, bo mama nie lubi bałaganu.

Potem niespiesznie grzebałem jeszcze chwilę przy samochodzie. Nic mi nie wychodziło i czułem się jak ostatni nieudacznik. Powoli wszedłem do domu i zaniosłem rzeczy do kuchni. Przy okazji zauważyłem, że Jake nie zdjął butów i nie zostawił ich w korytarzu, tak jak prosiłem. Jak zwykle w ogóle mnie nie słuchał. W domu panowała cisza. Podejrzewałem, że Rebecca poszła na górę, by się położyć, i Jake do niej dołączył. Na pewno wszystko u nich w porządku.

Niestety, ze mną było gorzej.

Dopiero kiedy poszedłem do salonu, zobaczyłem Jake’a na końcu korytarza. Stał przy wejściu na schody i gapił się na coś leżącego na podłodze. Nie miałem pojęcia, co to może być. W ogóle się nie ruszał i wyglądał, jak gdyby ktoś go zahipnotyzował. Powoli się do niego zbliżyłem. W pewnym momencie zorientowałem się, że ten bezruch jest pozorny. Jake trząsł się jak osika. Właśnie wtedy zauważyłem Rebeccę. Leżała na dywanie, tuż przy schodach.

Zrobiło mi się ciemno przed oczami i od tamtego momentu niewiele pamiętam. Wiem tylko, że zabrałem Jake’a i zadzwoniłem po pogotowie. Zrobiłem, co do mnie należało, ale nie jestem sobie w stanie przypomnieć żadnych szczegółów.

Najgorsze jest to, że chociaż Jake nigdy ze mną o tym nie rozmawiał, na pewno wszystko doskonale pamiętał.

***

Dziesięć miesięcy później staliśmy razem w kuchni, w której niemal każdą wolną przestrzeń zajmowały kubki, szklanki i inne naczynia. Jedyny wolny kawałek blatu lepił się od brudu i był pokryty okruchami. W salonie leżały porozrzucane zabawki, o których nikt już chyba nie pamiętał. Chociaż przed wyprowadzką chciałem gruntownie przejrzeć nasze rzeczy, wyglądało na to, że już podjęliśmy decyzję, co ze sobą zabierzemy, a reszta walała się w różnych miejscach jak jakieś odpadki. Od wielu miesięcy nad domem unosił się złowrogi cień, który z czasem robił się coraz ciemniejszy. Przypominało to dzień chylący się ku końcowi. Czułem, że od kiedy Rebecca od nas odeszła, wszystko zaczęło się powoli rozpadać. Nic dziwnego: przecież to ona od zawsze była duszą tego miejsca.

– Dasz mi mój rysunek, tato?

Jake klęczał na podłodze, zbierając z różnych zakamarków kolorowe kredki, które rano rozsypały się na parkiecie.

– Magiczne słowo?

– Proszę.

– Oczywiście. – Położyłem rysunek obok niego. – Chcesz kanapkę z szynką?

– Wolałbym coś słodkiego.

– Później.

– Dobrze.

Zrobiłem więcej miejsca na blacie i posmarowałem masłem dwie kromki chleba, po czym dołożyłem trzy plasterki szynki i pokroiłem kanapkę na cztery części. Z całych sił starałem się walczyć z depresją. Wiedziałem, że muszę po prostu iść do przodu. Krok za krokiem.

Nie mogłem przestać myśleć o tym, co się stało w świetlicy. Jake pomachał ręką do pustego stolika. Od kiedy pamiętam, mój syn miał wymyślonych przyjaciół. Zawsze był typem samotnika. Zamykał się w sobie i pogrążał we własnych myślach, co zniechęcało do niego rówieśników. Kiedy miałem lepszy nastrój, próbowałem sobie wmówić, że jest samodzielny i po prostu nie potrzebuje towarzystwa. Najczęściej jednak bardzo się o niego martwiłem.

Dlaczego nie mógł być taki jak inne dzieci?

Bardziej normalny?

Wiedziałem, że nie wolno mi tak myśleć, ale musiałem go jakoś ochronić. Świat potrafi być okrutny dla ludzi, którzy są cisi i spokojni. Nie chciałem, żeby przechodził przez to samo co ja w jego wieku.

Niezależnie od wszystkiego, do tej pory wyimaginowani przyjaciele pojawiali się w jego życiu w subtelniejszy sposób. Zazwyczaj prowadził z nimi cichą dyskusję. Nie byłem pewien, czy podobało mi się to, co dzisiaj zobaczyłem. Nie miałem wątpliwości, że dziewczynka, z którą rzekomo bawił się przez cały dzień, istniała tylko w jego wyobraźni. Po raz pierwszy jednoznacznie potwierdził, że rozmawia z kimś wymyślonym. To mnie lekko niepokoiło.

Rzecz jasna, Rebecce w ogóle to nie przeszkadzało. „Nic mu nie jest. Zostaw go w spokoju”. Doskonale wiedziałem, że lepiej się na tym zna, i dlatego starałem się postępować według jej wskazówek. Ale teraz? Może Jake potrzebował pomocy specjalisty?

Albo po prostu już taki był.

To kolejna rzecz, z którą powinienem sobie poradzić, lecz zupełnie nie wiedziałem jak. Nie miałem pojęcia, co należy zrobić. Nie potrafiłem być dobrym ojcem. O Boże, dlaczego nie ma przy mnie Rebekki!?

Tęsknię za tobą…

Zdałem sobie sprawę, że za chwilę się rozpłaczę, więc spróbowałem opanować emocje i sięgnąłem po talerz. W tym samym momencie usłyszałem Jake’a szepczącego w salonie do samego siebie.

– Tak – mruknął pod nosem, a potem dodał coś, czego nie byłem w stanie zrozumieć. – Tak, wiem.

Przeszły mnie dreszcze.

Zakradłem się do drzwi i zatrzymałem w progu. Chciałem sprawdzić, co będzie dalej. Nie widziałem Jake’a, ale przez okno wpadały do pokoju promienie słońca i na kanapie widać było cień: amorficzny kształt, który nie za bardzo przypominał człowieka, ale ruszał się rytmicznie w przód i w tył, jak gdyby ktoś się kołysał.

– Pamiętam.

Na kilka sekund zaległa cisza. Słyszałem tylko bicie własnego serca. Z wrażenia bezwiednie wstrzymałem oddech. Jake znowu się odezwał, tym razem głośniej. Był chyba czymś zdenerwowany.

– Nie chcę tego powtarzać!

W tym momencie zrobiłem krok do przodu.

Na początku nie byłem pewien, co zobaczę, ale Jake klęczał na podłodze dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiłem. Na parkiecie leżał porzucony rysunek. Mój syn przekrzywił głowę i spoglądał gdzieś w bok. Wbiłem wzrok w miejsce, w które patrzył. Nikogo tam nie było, lecz Jake miał w oczach takie skupienie, jakby rzeczywiście widział przed sobą żywego człowieka.

– Jake? – odezwałem się cichym głosem.

Nie odwrócił się.

– Z kim rozmawiałeś?

– Z nikim.

– Słyszałem, jak coś mówisz.

– Nic nie mówiłem.

Wziął do ręki kredkę i zaczął rysować. Zrobiłem kolejny krok w jego kierunku.

– Możesz przestać i odpowiedzieć na moje pytanie?

– Dlaczego?

– Bo to ważne.

– Z nikim nie rozmawiałem.

– W takim razie zrób, co ci każę, i odłóż kredkę.

Zignorował mnie i nadal mazał po kartce, wykonując okrężne ruchy dłonią. Z zapałem rysował kółka otaczające małe ludziki.

Moja frustracja przerodziła się w złość. Bardzo często Jake był dla mnie jak zadanie, którego nie potrafiłem rozwiązać. Czułem się wtedy nieudolny i całkowicie bezużyteczny. Wkurzało mnie jednak, że mój syn nie daje mi żadnych wskazówek. Nigdy nie starał się niczego mi ułatwiać, a ja chciałem mu przecież pomóc i sprawić, żeby wszystko było dobrze. Bałem się, że nie dam rady w pojedynkę.

W pewnym momencie zorientowałem się, że zbyt mocno ściskam talerz.

– Przyniosłem ci jedzenie.

Postawiłem talerz na kanapie i od razu wróciłem do kuchni, żeby nie sprawdzać, czy Jake przerwie rysowanie, czy nie. Oparłem się o blat i zamknąłem oczy. Poczułem, że serce wali mi jak szalone.

Tak bardzo za tobą tęsknię, Rebecco, pomyślałem. Szkoda, że cię tu nie ma. Boję się, że bez ciebie nie jestem w stanie poradzić sobie z tym wszystkim.

Wybuchłem płaczem. Teraz już mogłem sobie na to pozwolić. Jake był zajęty rysowaniem albo zjadał właśnie podwieczorek. Na pewno nie przyszedłby w tej chwili do kuchni. Nie miał żadnych powodów, żeby gadać z własnym ojcem. Trudno. Najwyraźniej wolał towarzystwo wyimaginowanych przyjaciół. W takiej sytuacji ja również mogłem porozmawiać z kimś, kogo nie było już wśród żywych, pod warunkiem, że zrobię to w miarę cicho.

Tęsknię za tobą.

***

Wieczorem, jak zawsze, zaniosłem Jake’a do łóżka. Robiłem tak, od kiedy umarła Rebecca. Nie chciał patrzeć na miejsce, w którym zobaczył jej ciało. Przytulał się do mnie, wstrzymywał oddech i chował twarz pod moim ramieniem. Zachowywał się tak za każdym razem, gdy musiał skorzystać z łazienki, niezależnie od pory. Rozumiałem jego zachowanie, ale z czasem robił się coraz cięższy, a ja coraz trudniej to znosiłem.

Miałem nadzieję, że wkrótce nastąpi zmiana.

Kiedy zasypiał, schodziłem na dół i siadałem na kanapie z iPadem i kieliszkiem wina, żeby pooglądać zdjęcia naszego nowego domu. Sprawiało mi to przyjemność, ale jednocześnie czułem jakiś niepokój.

Można śmiało powiedzieć, że to Jake wybrał dla nas nowe lokum. Na początku nie byłem w stanie się przekonać: mały piętrowy dom wyglądał trochę jak rozpadająca się wiejska chata. Na dodatek miał w sobie coś dziwnego. Okna zamontowano w nietypowych miejscach i nie mogłem wywnioskować, jaki jest układ pomieszczeń. Dach był lekko przekrzywiony, co zaburzało proporcje i sprawiało, że fasada przypominała zaciekawioną, a może nawet rozgniewaną ludzką twarz. Za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, pojawiało się nieprzyjemne uczucie, jakby mrowienie z tyłu czaszki. Krótko mówiąc, ten dom wytrącał mnie z równowagi.

Jednak kiedy tylko Jake go zobaczył, od razu podjął decyzję, że chce w nim zamieszkać. Był nim całkowicie urzeczony i nie miał zamiaru przeglądać innych ofert.

Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy obejrzeć dom z bliska, Jake sprawiał wrażenie zafascynowanego. Ja nie podzielałem jego entuzjazmu. W środku było dość dużo miejsca, ale panował straszny bałagan. Szczególnie odpychały mnie zakurzone szafki i krzesła, sterty starych gazet i sfatygowany materac w pokoju gościnnym. Właścicielką okazała się starsza kobieta, pani Shearing. Przepraszała za kiepski stan nieruchomości, wyjaśniając, że zniszczone wyposażenie należy do poprzedniego lokatora i zniknie, kiedy dom zostanie sprzedany.

Jake nie miał zamiaru zmieniać zdania, więc pojechałem tam jeszcze raz, tym razem bez niego. Wtedy spojrzałem na wszystko z innej perspektywy. To prawda, dom wyglądał dziwnie, ale bez wątpienia miał w sobie pewien urok. Mroczna fasada sprawiała teraz nieco przyjaźniejsze wrażenie. Pomyślałem sobie, że ten dom traktował przybyszów z rezerwą, jakby został kiedyś skrzywdzony i trzeba było się postarać, by zaskarbić sobie jego zaufanie.

Przyznałem sam przed sobą, że to miejsce miało swój charakter.

Jednak na samą myśl o przeprowadzce ogarniał mnie strach. Kiedy poszedłem do banku, w głębi serca liczyłem, że nie dadzą się nabrać i bez większych ceregieli odrzucą wniosek kredytowy. Decyzja była jednak pozytywna i tak naprawdę poczułem ulgę.

Teraz stałem w salonie i widziałem zakurzone, przez nikogo niechciane resztki naszego starego życia. Było oczywiste, że musimy coś zmienić. Niezależnie od czekających nas trudności należało się stąd wyprowadzić. Wiedziałem, że nadchodzące miesiące mogą być dla mnie wyjątkowo nieprzyjemne, lecz mój syn potrzebował jakiegoś przełomu. Ja zresztą też.

Musieliśmy zacząć wszystko od początku, w miejscu, w którym Jake nie będzie się bał chodzić po schodach. Powinien znaleźć prawdziwych przyjaciół i nie otaczać się wytworami własnej wyobraźni. Ja również łaknąłem świeżego powietrza. Nie chciałem spotykać na każdym kroku duchów przeszłości.

Kiedy znowu tam pojechałem, doszedłem do wniosku, że w jakiś dziwny sposób ten dom do nas pasuje. Był jak outsider, który ma problemy z dopasowaniem się do świata. Uznałem, że będzie nam razem dobrze. Nawet nazwa miejscowości brzmiała przyjemnie.

Featherbank.

Czułem, że będziemy tu bezpieczni.

Rozdział 6

Komisarz Amanda Beck, tak samo jak Pete Willis, doskonale zdawała sobie sprawę, jak ważne jest pierwsze czterdzieści osiem godzin. W ciągu dwunastu godzin jej zespół gruntownie przeczesał różne trasy, którymi Neil Spencer mógł wracać do domu. Przesłuchano też członków rodziny i sporządzono profil zaginionego chłopca. W ręce policji trafiły fotografie, na których był Neil, i przystąpiono do analizy rozmaitych scenariuszy przebiegu zdarzeń. O dziewiątej rano następnego dnia zorganizowana została konferencja prasowa, na której przekazano mediom rysopis dziecka.

Rodzice siedzieli w milczeniu po obu stronach pani komisarz, która wygłosiła stosowne apele i zachęciła świadków do kontaktowania się z policją. Od czasu do czasu błyskały flesze. Amanda starała się nie zwracać na to uwagi, ale czuła, że ojciec i matka Neila wszystko rejestrują i za każdym razem lekko się wzdrygają, jak gdyby dziennikarze mieli do nich pretensje o to, co się stało.

– Prosimy mieszkańców o sprawdzenie znajdujących się na terenie ich posesji garaży i komórek ogrodowych.

Starała się mówić spokojnym głosem i zachować powściągliwość. Jej głównym celem, rzecz jasna, poza odnalezieniem Neila Spencera, było niedopuszczenie do wybuchu paniki. Chociaż nie mogła z całą stanowczością stwierdzić, że chłopiec nie został porwany, była jednak w stanie skierować uwagę na to, jakim torem biegło obecnie śledztwo.

– Najprawdopodobniej doszło do jakiegoś wypadku – powiedziała. – Chociaż Neil zaginął przed piętnastoma godzinami, wciąż żywimy nadzieję, że wkrótce odnajdzie się cały i zdrowy.

W głębi duszy wcale nie była tego taka pewna.

***

Po zakończeniu konferencji jedną z pierwszych decyzji Amandy było zlokalizowanie kilku mieszkających w okolicy mężczyzn skazanych za przestępstwa na tle seksualnym, dyskretne przewiezienie ich na komendę i przesłuchanie.

W ciągu dnia poszerzono teren poszukiwań. Sprawdzono dno biegnącego w okolicy kanału. Zrobiono to dla świętego spokoju, ponieważ mało kto wierzył, że znajdą tam chłopca. Rozpoczęto również zakrojoną na szeroką skalę akcję polegającą na chodzeniu od domu do domu i rozmawianiu z mieszkańcami. Amanda sama zabrała się do analizy nagrań z monitoringu. Kamery zarejestrowały początek drogi powrotnej Neila, ale ślad urywał się, w momencie gdy chłopiec wyszedł z miasteczka i dotarł na pustkowie. Potem nie pojawił się już na żadnym nagraniu, więc wiadomo było przynajmniej, gdzie zniknął.

Pani komisarz była wyczerpana i zaczęła rozmasowywać twarz, żeby jakoś przegonić senność.

Policjanci jeszcze raz przeczesali porośnięte krzakami odludzie, tym razem przy dziennym świetle, a potem ponownie sprawdzili kamieniołom.

Nie natrafiono na żaden ślad chłopca.

W mediach zaczęły się pojawiać jego zdjęcia. Wieczorem było ich naprawdę dużo. Najczęściej wykorzystywano to, na którym Neil miał na sobie sportową koszulkę i lekko się uśmiechał. To była jedna z niewielu fotografii znajdujących się w posiadaniu rodziców, na których sprawiał wrażenie szczęśliwego. W serwisach informacyjnych pokazano też mapkę z zakreślonymi na czerwono najważniejszymi miejscami i zaznaczonymi na żółto możliwymi trasami powrotu Neila do domu.

Retransmitowano również poranną konferencję prasową. Amanda obejrzała ją wieczorem na tablecie, leżąc w łóżku, i pomyślała, że rodzice chłopca wyglądają przed kamerami na jeszcze bardziej przygnębionych, niż zapamiętała. Wydawało jej się, że czują się winni, i nawet jeśli na razie tak nie było, już wkrótce spadnie na nich ciężar odpowiedzialności. Nie da się tego uniknąć. Podczas popołudniowej odprawy ostrzegła swoich podwładnych – wielu z nich miało przecież dzieci – że chociaż okoliczności zaginięcia Neila Spencera są kontrowersyjne, należy traktować jego matkę i ojca z wyrozumiałością. Na pewno nie byli idealnymi rodzicami, ale Amanda nie podejrzewała ich o bezpośredni udział w zaginięciu chłopca. Ojciec miał na koncie jakieś drobne wykroczenia – głównie bójki pod wpływem alkoholu – nie budziły one jednak niepokoju o bezpieczeństwo dziecka. Matka w ogóle nie była notowana. Co więcej, oboje sprawiali wrażenie kompletnie załamanych tym, co się stało. Trudno w to uwierzyć, lecz nie pojawiły się żadne wzajemne oskarżenia.

Oboje chcieli tylko, żeby ich syn jak najszybciej wrócił do domu.

***

Amanda źle spała i przyszła do komendy z samego rana. Od zniknięcia chłopca minęło już ponad trzydzieści sześć godzin, z których zaledwie kilka przeznaczyła na wypoczynek. Usiadła w swoim biurze i jeszcze raz przeanalizowała pięć głównych przyczyn zaginięć nieletnich. Niestety, coraz bardziej skłaniała się ku najgorszemu scenariuszowi. Nie wierzyła, że Neil został porzucony lub skrzywdzony przez rodziców. Gdyby w drodze do domu wydarzył się wypadek, policja z pewnością już by chłopca odnalazła, żywego lub martwego. Porwanie przez innego członka rodziny również wydawało się niezwykle mało prawdopodobne. Nie dało się wykluczyć ucieczki z domu, lecz Amanda uważała, że przez tak długi czas sześciolatek nie byłby w stanie wodzić za nos doświadczonych funkcjonariuszy. Nie miał przecież ze sobą pieniędzy ani zapasów jedzenia.

Spojrzała na wiszące na ścianie zdjęcia Neila, rozważając jedyną możliwość, która wchodziła jeszcze w grę.

Porwanie przez nieznajomego.

W takich przypadkach opinia publiczna zwykle podejrzewała całkowicie obce osoby, należało jednak opierać się na faktach. Dzieci rzadko były porywane przez kogoś, z kim nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Porywacz zazwyczaj najpierw zaprzyjaźniał się ze swoją ofiarą i przez jakiś czas funkcjonował na peryferiach jej życia. Należało więc zmienić charakter śledztwa i zająć się wątkami, które przez ostatnie półtora dnia wydawały się drugorzędne. Przyjaciele rodziny i rodziny przyjaciół. Trzeba też jeszcze gruntowniej prześwietlić notowanych przestępców i zbadać strony internetowe odwiedzane ostatnio przez rodzinę Neila. Amanda ponownie uruchomiła nagrania z kamer miejskiego monitoringu i zaczęła je przeglądać z innej perspektywy, koncentrując się mniej na ofierze, a bardziej na czających się w tle drapieżnikach.

Po raz drugi wezwano na przesłuchanie rodziców chłopca.

– Czy Neil skarżył się na jakieś nieprzyjemne zaczepki? – zapytała Amanda. – A może wspominał coś o nowych znajomościach z dorosłymi?

– Nie. – Ojciec wydawał się urażony taką sugestią. – Cholera jasna! Gdyby tak było, na pewno coś bym z tym zrobił. Już o tym rozmawialiśmy, pamięta pani?

Amanda grzecznie się uśmiechnęła.

– Nie – odpowiedziała matka, ale z mniejszą pewnością siebie.

Pani komisarz trochę ją przycisnęła i okazało się, że kobieta rzeczywiście coś sobie przypomina. Wcześniej nie wydawało jej się to szczególnie istotne. Tłumaczyła, że to, co się stało, było bardzo dziwne i trudne do zrozumienia. Na dodatek naprawdę niewiele pamięta, ponieważ już prawie spała.

Amanda znowu grzecznie się uśmiechnęła, pohamowując chęć urwania jej głowy.

Dziesięć minut później siedziała w gabinecie swojego przełożonego inspektora Colina Lyonsa. Była tak przemęczona, a może zdenerwowana, że z trudem powstrzymywała drżenie nóg. Lyons patrzył na nią ze zbolałą miną. Był czynnie zaangażowany w śledztwo i doskonale rozumiał sytuację, w której się znaleźli. Niestety, okazało się, że właśnie spełnia się najczarniejszy scenariusz, i z trudem przychodziło mu się z tym pogodzić.

– To nie może przedostać się do mediów – powiedział cichym głosem.

– Oczywiście.

– A co z matką? – Spojrzał zaniepokojony na Amandę. – Czy została poinformowana, że z nikim nie powinna się dzielić tą informacją?

Odpowiedź była oczywista. Pani komisarz miała ochotę siarczyście przekląć.

– Ma się rozumieć.

Czy ten zakaz był jednak rzeczywiście konieczny? W wielu relacjach prasowych pojawił się oskarżycielski ton. Rodzice Neila mieli już wystarczająco dużo powodów, żeby czuć się winnymi. Nie trzeba im było dokładać kolejnego.

– Dobrze – stwierdził Lyons. – Jeśli to wypłynie… O, mój Boże…

– Jestem świadoma konsekwencji.

Odchylił się na krześle, wziął głęboki oddech i na kilka sekund zamknął oczy.

– Znasz tę sprawę?

Wzruszyła ramionami. Wszyscy ją znali, co nie oznaczało, że orientowała się w szczegółach.

– W ogólnym zarysie – powiedziała.

Lyons otworzył oczy i wbił wzrok w sufit.

– Będziemy potrzebowali pomocy – oznajmił.

Na chwilę zamarła z przerażenia. Przez ostatnie dwa dni tyrała w pocie czoła i była u kresu sił. Nie miała zamiaru dzielić się z kimś owocami swojej ciężkiej pracy. Ale zrozumiała, że trzeba będzie stanąć oko w oko z mrocznym widmem z odległej przeszłości.

Frank Carter.

Znany również jako Szeptacz.

Uspokojenie opinii publicznej będzie teraz o wiele trudniejsze. Być może w ogóle nie uda się zapobiec panice, szczególnie jeśli niektóre fakty wyjdą na jaw. Musieli zachować daleko idącą ostrożność.

– Tak.

Lyons podniósł słuchawkę stojącego na biurku telefonu.

Właśnie w ten sposób komisarz Pete Willis został ponownie zaangażowany w śledztwo. Od czasu zniknięcia Neila Spencera upłynęło prawie czterdzieści osiem godzin.

Rozdział 7

Pete Willis wcale nie chciał się w to mieszać.

Jego życiowa filozofia była stosunkowo prosta. Przez wiele lat służby wyrobił sobie zdanie na temat tego, jak działa świat. Zbudował na tej opinii całe swoje życie.

Ręce próżniaka kuszą diabła.

Bezczynność prowadzi do złego.

Zawsze starał się mieć ręce pełne roboty i nie zaprzątał sobie głowy wydumanymi problemami. Porządek i dyscyplina były dla niego ważne. Poszukiwania chłopca na pustkowiu zakończyły się fiaskiem i Pete spędził większość ostatnich czterdziestu kilku godzin, robiąc to, co zwykle.

Z samego rana poszedł do policyjnej siłowni, żeby powyciskać sztangę i poćwiczyć mięśnie naramienne. Każdego dnia pracował nad inną częścią ciała. Nie robił tego z próżności ani dla zdrowia. Po prostu lubił trening w pojedynkę, a niezbędne przy ćwiczeniach skupienie pozwalało mu oderwać myśli od codziennych kłopotów. Po trzech kwadransach wysiłku był często zdziwiony, że przez większość tego czasu nie skupiał się na niczym konkretnym.

Na przykład dziś rano nie pomyślał ani razu o Neilu Spencerze.

Potem siedział na piętrze w swoim biurze i zajmował się pomniejszymi sprawami, których zawsze miał na tyle dużo, żeby się nie nudzić. Kiedy był młodszy i bardziej impulsywny, potrzebował silniejszych bodźców niż banalne wykroczenia, ale teraz doceniał spokój związany z rutyną. Uważał, że w pracy policjanta należy unikać nadmiernego rozgorączkowania. Stan podniecenia wiązał się zwykle z jakąś tragedią. Jeśli komuś brakowało mocnych wrażeń, to znaczy, że szukał guza. Pete wiele już przeżył i nie potrzebował dodatkowych emocji. W zupełności wystarczały mu włamania do samochodów i kradzieże w sklepach. Regularnie pojawiał się w sądzie w związku z rozmaitymi drobnymi przestępstwami. Dawało mu to pewien komfort psychiczny. Miał poczucie, że świat jakoś się kręci i chociaż nie wszystko układało się idealnie, to panowała na nim względna równowaga.

Mimo że nie był bezpośrednio zaangażowany w śledztwo dotyczące Neila Spencera, nie mógł się z niego całkowicie wyłączyć. Zaginięcie małego chłopca odbiło się szerokim echem i rozwiązanie tej sprawy bardzo szybko stało się priorytetem dla policji. Funkcjonariusze często poruszali ten temat w prywatnych rozmowach. Zastanawiali się, gdzie może przebywać chłopiec, co się z nim stało i jaką rolę odegrali w tym wszystkim rodzice. Ostatnią kwestię omawiano ściszonym głosem, ponieważ oficjalnie nie wolno było prowadzić takich dywagacji. Jednak Pete często słyszał, jak koledzy rozwodzą się o nieodpowiedzialności ojca i matki, którzy pozwolili, żeby dziecko samo wracało wieczorem do domu. W takich momentach przypominał sobie podobne dyskusje prowadzone dwadzieścia lat wcześniej, wtedy odwracał się na pięcie i szybkim krokiem szedł do swojego gabinetu. Nic się nie zmieniło: nadal nie miał zamiaru brać udziału w tego rodzaju rozmowach.

Kilka minut przed siedemnastą siedział spokojnie za biurkiem, zastanawiając się, co będzie robił wieczorem. Mieszkał sam i nie prowadził życia towarzyskiego. Po powrocie do domu często przeglądał książki kucharskie i przygotowywał wymyślne dania, które później jadł w samotności. Potem oglądał film albo czytał.

Oraz odprawiał swój rytuał.

Wystarczyła do tego butelka alkoholu i zdjęcie.

Kiedy zaczął zbierać rzeczy i był prawie gotowy do wyjścia, poczuł, że jego serce zaczyna bić szybciej. Wczoraj w nocy, po raz pierwszy od wielu miesięcy, powrócił stary koszmar. Przyśniła mu się Jane Carter szepcząca przez telefon: „Musisz się pospieszyć”. Wychodziło na to, że chociaż bardzo chciał, nie mógł uciec od sprawy Neila Spencera. Czarne myśli i nieprzyjemne wspomnienia nie ukryły się tak głęboko, jak by chciał. Włożył kurtkę i właśnie w tym momencie zadzwonił stojący na biurku telefon. Pete nie był zaskoczony. Rzecz jasna, nie mógł wiedzieć, w jakiej sprawie ktoś się z nim kontaktuje, ale podskórnie czuł, co się święci.

Podniósł słuchawkę i zorientował się, że lekko drży mu ręka.

– Pete – odezwał się Colin Lyons. – Cieszę się, że jeszcze cię złapałem. Mógłbyś zajrzeć do mnie na górę? Chciałbym z tobą pogadać.

***

Jego przypuszczenia potwierdziły się, w momencie gdy wszedł do gabinetu inspektora. Co prawda, Lyons nie wyjaśnił, o co chodzi, ale za biurkiem stojącym najbliżej drzwi siedziała komisarz Amanda Beck. Obecnie zajmowała się tylko jednym śledztwem, co oznaczało, że Pete musiał zostać wezwany właśnie w tej sprawie.

Zamknął drzwi i starał się zapanować nad nerwami. W szczególności nie chciał przypominać sobie tego, co zobaczył, gdy dwadzieścia lat temu udało mu się wreszcie wejść do przybudówki Franka Cartera.

Lyons szeroko się uśmiechnął. Bił od niego zaraźliwy entuzjazm.

– Świetnie, że mogłeś do nas dołączyć. Siadaj.

– Dziękuję. – Pete zajął miejsce obok Amandy.

Komisarz Beck skinęła głową na powitanie, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. Chyba chciała być miła, ale trudno to porównać z energią tryskającą od inspektora Lyonsa. Pete nie znał jej zbyt dobrze. Była od niego dwadzieścia lat młodsza, ale dzisiaj sprawiała wrażenie dużo starszej niż w rzeczywistości. Wyglądała na zmęczoną i zdenerwowaną. Może bała się, że szef odbierze jej nadzór nad śledztwem i w ten sposób pozbawi ją autorytetu. Pete słyszał, że jest bardzo ambitna. Nie powinna się jednak niepokoić. Lyons był wystarczająco bezwzględny, żeby traktować ludzi jak pionki, jeśli akurat tak mu pasowało, ale na pewno nie oddałby dochodzenia w ręce Pete’a.

Byli niemal równolatkami. Lyons dosłużył się wyższej rangi, jednak to Pete rozpoczął pracę w policji rok wcześniej i pod wieloma względami jego kariera była bardziej spektakularna. Na dobrą sprawę powinni urzędować w tym samym gabinecie, ale ten świat nie należał do sprawiedliwych. Lyons zawsze był ambitny, a Pete nie miał ochoty zabiegać o kolejne awanse, ponieważ zdawał sobie sprawę, że wiążą się z tym konflikty i niepotrzebna szarpanina. Lyons, co jest w sumie zrozumiałe, miał mu to za złe. Kiedy bardzo o coś zabiegasz, najbardziej wkurzający jest ktoś, kto z łatwością mógłby to mieć, lecz z jakiegoś powodu wcale tego nie chce.

– Wiesz, że prowadzimy śledztwo w sprawie zaginięcia Neila Spencera? – zapytał inspektor.

– Tak. Brałem udział w akcji poszukiwawczej pierwszego dnia na pustkowiu.

Lyons przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jak gdyby zastanawiał się, czy w tych słowach nie kryją się jakieś wyrzuty.

– Mieszkam niedaleko – wyjaśnił Pete.