Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
KAŻDY SKRYWA JAKĄŚ TAJEMNICĘ. WYSTARCZY JEDNA, BY ZABIĆ.
Śmierć młodego mężczyzny staje się początkiem śledztwa, które wciąga komisarza Piotra Brozia i aspirantkę Wiktorię Kocuń-Widelską w niebezpieczną grę pozorów. Im dłużej przyglądają się sprawie, tym więcej rodzi się pytań.
Każdy świadek opowiada inną historię. Każdy coś ukrywa. Tropy prowadzą donikąd, a kolejne odkrycia każą zwątpić we wszystko, co dotąd wydawało się pewne. Bohaterowie noszą własne blizny, a przeszłość potrafi być równie groźna jak zbrodnia. Człowieka najłatwiej osądzić z daleka. Z bliska wszystko przestaje być oczywiste.
Wystarczy jedna chwila, by pękła cienka granica między rozsądkiem a szaleństwem.
Prawda istnieje. Trzeba tylko przeżyć wystarczająco długo, by ją odnaleźć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 333
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książkę dedykuję najbliższej rodzinie. Że wy jeszcze nie wpadliście w szał przez to moje pisanie...
Prolog
Wdech, wydech. Wdech, wydech.
Powoli docierało do niego, co zrobił.
Popatrzył na swoje zakrwawione dłonie i westchnął. Nadludzkie siły, które jeszcze przed chwilą wypalały go od środka jak ogień piekielny, zniknęły nagle gdzieś bez śladu. Ich miejsce zajęła rozchodząca się niczym dym nad pogorzeliskiem słabość. Najpierw zatruła serce, zmuszając je do porzucenia szaleńczego tempa, a potem sprawiła, że nogi same się pod nim ugięły i gdyby nie przebłysk świadomości, który w ostatniej chwili sprawił, iż odzyskał kontrolę, runąłby na ziemię jak długi.
To go otrzeźwiło. Omiótł spojrzeniem tonące w mroku pomieszczenie, ale nawet przyzwyczajone do ciemności oczy nie mogły przebić się przez zasłonę nocy.
Jedno wiedział na pewno. Chłopak nie żył już od jakiegoś czasu, choć dopiero przed momentem poczuł, że może przestać okładać go pięściami. Zaczął od przypadkowo znalezionych na miejscu przedmiotów, ale potem zapragnął poczuć, jak twarz zapada się pod jego dotykiem.
Zdyszany, opuścił ramiona. Wykipiał jak zostawione na wolnym ogniu mleko i teraz było już po wszystkim. W żaden sposób nie mógł powstrzymać tego, co się stało. To nawet nie on zadecydował o tym, by się zatrzymać.
Każde spotkanie ze swoją drugą naturą wywoływało w nim niepokój, ale i nie dający się z niczym porównać dreszcz emocji. Ta treść nie mieściła się w formie. Wstydził się przed nią tego, kim był na co dzień. Na tym polegał błąd chłopaka, który leżał na ziemi ze zmiażdżoną czaszką. Kiedy ona patrzy, czegoś takiego nie można puścić płazem. To wszystko jego wina, pretensje mógł mieć wyłącznie do siebie.
Gdy po kilku minutach uspokoił oddech, wokół zaległa przejmująca cisza, którą zakłócał jedynie dźwięk kapiącej na podłogę krwi. Został sam, choć jeszcze przed chwilą czuł obecność kogoś, kto był tu razem z nim i dodawał mu sił. Zniknął. Ulotnił się równie szybko, jak życie z leżącego u jego stóp ciała.
Wtem naszła go wątpliwość. A co, jeśli nikogo tu nie było, a wszystko to wyłącznie efekt furii i stanu bezładnego niszczenia? Nie kara, nie zemsta, nie złość, tylko ślepa, mechaniczna przemoc? Zupełnie, jakby ręce odprawiały mroczny rytuał, domagając się kolejnego uderzenia, a on tylko stał z boku i się temu przyglądał. Może czuł jedynie obecność własnej bezradności?
Wzdrygnął się i odgonił tę myśl jak natrętną muchę. Ktoś na pewno tu był, zawsze się zjawiał, gdy go potrzebował. Przecież sam nigdy by tego nie dokonał.
Chłopak nie żyje, bo tak miało być.
1
Wiktoria Kocuń-Widelska siedziała na jednym z trzech niewygodnych krzeseł ustawionych na długim i wąskim korytarzu bez okien i nie spuszczała wzroku ze znajdujących się naprzeciwko drzwi. Po drugiej stronie trwała właśnie narada, której jedynym punktem programu była ona. Wstrzymała nawet oddech w nadziei, że uda się jej coś podsłuchać, lecz bez większego powodzenia.
Policjantka czuła nieodpartą chęć, by obgryźć paznokcie do krwi, ale nie zamierzała dać komisji choćby pretekstu do tego, by nabrali podejrzeń. Przez ostatnie tygodnie musiała poddać się niezliczonym badaniom i odbyć wiele rozmów, w trakcie których wywlekano na światło dzienne wszystko, co sprawiało jej największy ból. Nie dała się wyprowadzić z równowagi, choć trudno było oprzeć się wrażeniu, że niektórym bardzo na tym zależało. Zniosła to, bo miała jasno określony cel. Teraz pozostało już tylko wysłuchać, co mają jej do powiedzenia.
Gdy o umówionej godzinie zjawiła się na komendzie, poprosili, by zaczekała na korytarzu. Narada nie miała potrwać długo, tak powiedzieli. Tymczasem tkwili za drzwiami od blisko trzydziestu minut i nie dawali znaku życia. Dlaczego nie kazali jej przyjść później? Wiktoria podejrzewała, że to część sprawdzianu. Badali jej cierpliwość i odporność na stres. Jeśli myśleli, że przed upływem godziny wyważy drzwi kopniakiem, wparuje do środka i przedstawi swoje żądania, to się rozczarują. Jeżeli jednak czekanie przeciągnie się do dwóch godzin, wówczas nie będzie mogła za siebie ręczyć.
Poddali ją już wszelkim testom, więc jedyne, co miała tego dnia do przygotowania, to właściwy ubiór. Zdecydowała się na mundur, bo musiała zadbać o estymę, a przy okazji mogła odwołać się do zawodowej solidarności. Zatroszczyła się też o kontrolowany nieład. Ledwo widoczne zagięcie na koszuli, pojedyncza chusteczka tworząca w kieszeni niewielką wypukłość, czy wymykający się ostatniej szlufce pasek – te drobne elementy miały wysłać podprogowy sygnał, że policyjny mundur to jej druga skóra. Czuje się w nim doskonale i jest pewna swego. Załatwi tego dociekliwego psychologa jego własną bronią, wystawiając wydumane schematy myślowe na ciężką próbę.
Nagle drzwi otworzyły się bezgłośnie.
– Aspirant Kocuń-Widelska! – wyrecytował ktoś sztywno.
Stanęła na baczność, ale chyba trochę zbyt gorliwie, bo od razu zganiła się w myślach. Wzięła głęboki oddech, strzepała z ramion nieistniejące paprochy, po czym wmaszerowała do pokoju.
– Proszę usiąść – zabrzmiał ten sam głos, który wywołał ją z korytarza.
Usiadła na kolejnym niewygodnym krześle i przez chwilę walczyła z pokusą, by nie założyć nogi na nogę. Ostatecznie uznała, że byłoby to przesadą, godząc w przyjętą przez nią policyjną odmianę stylu boho i zanadto kojarzyłoby się ze sceną z filmu Psy.
Po drugiej stronie stołu siedziało trzech mężczyzn, każdy z poważną miną. Od razu poznała psychologa, z którym spędziła ostatnio dużo czasu. Unikał jej wzroku. Pod ścianą usadowił się oficer odpowiedzialny za kadry. To on wziął na siebie obowiązek wezwania jej przed oblicze komisji, a teraz z godnością dźwigał ciężar jej spojrzenia. Ostatniego nie znała, ale z racji tego, że zajmował środkowe miejsce, z pewnością to on miał tu najwięcej do powiedzenia. Świadczyła o tym też jego marsowa mina, dumnie złożone na blacie dłonie i demonstracyjny szacunek, z jakim spoglądali na niego pozostali.
– Aspirant Kocuń-Widelska – powtórzył oficer – Wezwaliśmy tu dziś panią, by zakomunikować decyzję w sprawie wniosku złożonego na ręce Komendanta Wojewódzkiego Policji w Łodzi. Przypomnę, poprosiła pani o przeniesienie do Wydziału Kryminalnego.
Wiktoria skinęła głową.
– A zatem – kontynuował policjant – po przeprowadzeniu wnikliwego postępowania nie stwierdziliśmy żadnych przesłanek uniemożliwiających podjęcie służby w Wydziale Kryminalnym. Dotychczasowy przebieg służby oraz przebyte testy jednoznacznie kwalifikują panią do tej roli, mimo iż na początkowym etapie postępowania wniosek został zakwestionowany z uwagi na wątpliwości natury osobistej i związane z nimi powikłania.
Kocuń-Widelska nerwowo poruszyła się na krześle.
– Niniejszym informujemy, że postępowanie wnioskowe zostało zakończone, a wydana opinia jest pozytywna.
Warunki nie sprzyjały ekspresyjnemu okazywaniu radości, więc Wiktoria ograniczyła się do ponownego skinienia głową. Miała wielką ochotę stąd wyjść, zbiec po schodach, wystrzelić z komendy jak pocisk i... no właśnie, co dalej? Przecież nie zamierzała krzyczeć z radości. Daleko jej było do szczęścia, czuła raczej ulgę, ale tak ogromną, jakby znów mogła oddychać pełną piersią. Długo czekała na tę chwilę, idealizowała ją w myślach, a kiedy już nastąpiła, to entuzjazmu wystarczyło raptem na szybsze bicie serca i poczucie dobrze wykonanej misji. Chyba liczyła na coś więcej.
– Czy jest pani gotowa?
To pytanie wepchnęło ją z powrotem w duszny kąt rzeczywistości – głównie dlatego, że padło z ust człowieka, którego nie znała. O siedzącym pośrodku oficerze wiedziała tylko, że jest Naczelnikiem Wydziału Kadr i Szkolenia, ale nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać, tym bardziej powinna zachować czujność do samego końca.
– Oczywiście – odparła. Pamiętała, że w policji, jak we wszystkich służbach mundurowych, zawsze należy zapewnić przełożonych, że zadanie zostanie wykonane. Później będzie czas na zamartwianie jak to zrobić.
– Czy jest pani gotowa zacząć już teraz?
– Eee… tak od razu?
– Jakiś problem? – zmarszczył brwi naczelnik.
– Nie! Po prostu nie spodziewałam się… Nieważne. Tak, jestem gotowa!
– Dobrze, w takim razie zaczyna pani od zaraz. Podinspektor Tekla Malicka czeka na panią w swoim gabinecie. Zanim się rozstaniemy, powiem jeszcze tylko, że bardzo wnikliwie przeanalizowaliśmy wszystkie okoliczności i pomimo pewnych wątpliwości, zdecydowaliśmy się zaufać pani umiejętnościom oraz niezachwianemu przekonaniu, że jest pani gotowa. Proszę nas nie zawieść.
– Oczywiście.
– To wszystko. Może pani odejść.
Wiktoria podniosła się z krzesła, zasalutowała, po czym ruszyła w ślad za oficerem kadrowym, który poprowadził ją wąskim korytarzem i schodami w dół prosto przed gabinet Tekli Malickiej.
– Dziękuję – powiedziała Kocuń-Widelska.
– Życzę powodzenia! – odrzekł policjant. Zapukał, wykonując przy tym zapraszający gest, a jak tylko przekroczyła próg, zamknął drzwi za jej plecami.
– Dzień dobry! – zawołała siedząca za biurkiem kobieta po czterdziestce z bujnymi, kasztanowymi włosami spiętymi w ciasną kitkę. Poderwała się z miejsca i z promiennym uśmiechem uścisnęła dłoń Wiktorii.
Tekla Malicka miała idealnie okrągłe oczy, zadarty nos oraz wąskie usta. Ich prawy kącik unosił się lekko w permanentnym wyrazie drwiny i wszystko wskazywało na to, że podinspektor nie była w stanie temu w żaden sposób zaradzić. Mogła za to pochwalić się nienaganną figurą z krągłościami tam, gdzie trzeba. Na palcu brakowało obrączki. Nie ma dzieci, stąd tak świetny wygląd, pomyślała Wiktoria, a na głos powiedziała:
– Dzień dobry, Wiktoria Kocuń-Widelska.
– Wiem, czekałam na panią. Usiądźmy. I przejdźmy, proszę, na „ty”, nie jestem aż tak stara.
Jak tylko zajęły miejsca po przeciwnych stronach biurka, podinspektor przeszła do rzeczy:
– Przekazali ci wszystkie szczegóły?
– Powiedzieli tylko, że mam zacząć od zaraz.
– A więc przekazali wszystko, co najważniejsze. Druga ważna rzecz jest taka, że przydzielam cię do pracy z Piotrem Broziem. Od niego nauczysz się co i jak. Jest doświadczonym śledczym, patrz uważnie, co robi, ale radziłabym z rezerwą przyjąć to, co mówi.
– Nie rozumiem…
– Taka dobra rada na start. Możemy to nazwać kobiecą solidarnością. Po prostu uprzedzam, że nie masz co liczyć na jakiekolwiek względy.
– Dlaczego miałabym na nie liczyć? – obruszyła się Wiktoria. – Bo jestem kobietą?
– To akurat nie będzie miało żadnego znaczenia. Nie myśl sobie, że chcę cię nastraszyć czy zniechęcić. Nic z tych rzeczy. Najlepiej będzie, jak sama się o wszystkim przekonasz. Zapamiętaj tylko, żeby nie osądzać nikogo zbyt pochopnie, bo jak człowiek długo przebywa z czyhającą za rogiem śmiercią, to w nim też coś umiera. Czym się do tej pory zajmowałaś?
– Pracowałam w wydziale techniki operacyjnej. Zakładanie podsłuchów, inwigilacja, wsparcie policjantów pracujących pod przykryciem, analiza danych. Jestem wdzięczna za całe doświadczenie, które udało mi się do tej pory zebrać, ale teraz chcę stanąć w pierwszym szeregu w walce z przestępczością.
– Nie wątpię, ale mam nadzieję, że masz świadomość, z jakim ryzykiem się to wiąże?
– Oczywiście. Nie przyprowadziliby mnie tu, gdyby tego nie sprawdzili. Znam wszystkie ryzyka i jestem gotowa je podjąć. Chcę tropić zło i nie ma żadnego powodu, dla którego miałabym się przed nim dłużej ukrywać.
– Nie jesteś z Łodzi, prawda?
– Nie, ale właśnie się tutaj sprowadziłam. Wiem, że będę musiała być dostępna o każdej porze dnia i nocy.
– Czytasz w moich myślach!
Wiktoria miała nadzieję, że nowa przełożona nie czytała w jej, bo do Łodzi przeniosła się głównie dlatego, by nikt nie patrzył na nią ze współczuciem tak, jak ludzie robili to w jej rodzinnych stronach. Nie mogła tego dłużej znieść.
Tekla odchyliła się w fotelu i sięgnęła do szuflady. Przez chwilę z czymś się siłowała, ale w końcu z triumfalnym uśmiechem położyła na blacie pokaźny stos dokumentów.
– Mam dla ciebie kilka formalności do uzupełnienia. Wiadomo, bez tego się nie obejdzie, na pewno to rozumiesz. Przypomnisz, czego się dowiedziałaś na komisji?
– Eee… że zaczynam od zaraz?
– Dokładnie! A więc do dzieła! Tu jest długopis. Najpierw papierki, a potem poznam cię z nowym partnerem.
2
Komisarz Piotr Broź czekał w umówionym miejscu nieopodal wejścia do Parku Julianowskiego i popijał kawę z papierowego kubka. W stojących obok budkach można było kupić gofry, szejki, desery lodowe, hot dogi i cholera wie co jeszcze, ale w żadnej nie mieli kawy, która nie śmierdziałaby spalonym tłuszczem.
Zjawił się przed czasem, bo lubił mieć wszystko pod kontrolą. Wolał być tym, który zauważy jako pierwszy, a nie tym, który jako pierwszy zostanie zauważony. Wtopił się w tłum ludzi stłoczonych wokół budek i krążył między nimi bez celu, rozglądając się dyskretnie. Dla niewprawionego oka mógł uchodzić za ojca jednego z wielu biegających wokół dzieciaków, starających się naciągnąć rodziców na byle co.
W końcu go dostrzegł. Chudy, wręcz żylasty mężczyzna o szczurzej twarzy szedł wolnym krokiem jedną z alejek i pogwizdywał wesoło. Co za kretyn, pomyślał Broź.
Cyprian Sznajderuk był dilerem. Jakiś czas spędził za kratami, gdzie ugruntował swoją pozycję na rynku, zyskując szacunek w środowisku. Z początku nie było łatwo, ale nie dał się, nie poszedł na łatwiznę i nikogo nie sypnął, a kiedy nabrał wiatru w żagle, zemścił się na tych, którzy najbardziej zaleźli mu za skórę. Po wyjściu z więzienia wrócił do interesów. Piotr nie pytał o szczegóły, wolał nie wiedzieć. Widywał go raz w miesiącu, czasem rzadziej. To wystarczyło, by upewnić się, że nie zwieje.
Po szybkiej wymianie porozumiewawczych spojrzeń ruszyli w kierunku znajdującej się niedaleko muszli koncertowej. Wciąż utrzymując bezpieczną odległość, przeszli na drugą stronę płynącej przez park rzeczki i zniknęli między drzewami, gdzie przejścia dla spacerowiczów przypominały raczej leśne ścieżki niż parkowe alejki. Krok zrównali dopiero wtedy, gdy nabrali pewności, że nikt nie zwraca na nich uwagi.
Jako pierwszy odezwał się Piotr:
– Serwus, Cypek!
– Nie mów tak do mnie.
– Och, wybacz! – Broź udał przejęcie, przykładając dłoń do ust. – Jeśli wolisz, będę cię nazywał potentatem na rynku zmarnowanych żyć, albo krócej, pieprzonym dilerem, i od razu przejdę do odczytania ci twoich praw!
– Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz!
– Zesrasz to się ty, jak już w areszcie zrobią sobie z twojej dupy fifkę, a zadbam o to, jeśli kiedykolwiek zostaniesz przyłapany ze swoim świństwem pod szkołą.
– Typowe! – prychnął Sznajderuk. – Policjanci potrafią tylko straszyć i wywijać pałką!
– Mylisz mnie ze swoim starym! – odgryzł się Broź.
Cyprian zatrzymał się i wyjął z kieszeni paczkę papierosów.
– Dobra, miejmy to już za sobą – mruknął, wkładając jednego do ust.
– Poczęstuj mnie – rzucił Piotr.
– Przecież ty nie palisz.
– Nie palę. Po prostu chcę, żebyś ty miał mniej.
– Kurwa…
– Teraz mylisz mnie ze swoją matką, ale zostawmy to już i przejdźmy w końcu do rzeczy… Dajesz tę fajkę?!
Zrezygnowany Sznajderuk poczęstował komisarza papierosem, a kiedy ten zgromił go spojrzeniem, pożyczył mu też zapalniczkę.
– Do brzegu – powiedział Broź, krztusząc się dymem. – Wiesz może, skąd przyszły te nowe listki z LSD? Kolega z narkotykowego pyta. Porządny gość, zawsze „dzień dobry” powie.
– Nie wiem, o czym mówisz – odburknął Cyprian.
– Daj spokój! Na pewno coś wiesz! W branży musi być o tym głośno, a na czym jak na czym, ale akurat na rozgłosie to nie powinno jej zależeć. Dwójka dzieciaków włożyła sobie to świństwo pod język, a potem niemal odleciała w zaświaty na kolorowych jednorożcach!
– Ja nie sypię.
– Nie każę ci sypać – odparł zupełnie innym tonem komisarz. – Proszę, żebyś myślał jak biznesman. Możesz wygryźć konkurencję. Marną konkurencję, gdyby mnie ktoś pytał, bo co to za biznes, który wykańcza własną klientelę, ale akurat w tej kwestii możemy się istotnie różnić… A sypać, mój drogi, to mogę zacząć ja, a wtedy w twoim życiu bardzo wiele się zmieni. Nie zrobiłem tego, bo do tej pory miałem jakąś motywację, ale chyba powoli ją tracę.
– Dobrze! – warknął Sznajderuk. – Zobaczę, co da się zrobić! To musiał być ktoś nowy. Możliwe, że nawet jacyś gówniarze spaprali robotę i sami nie wiedzieli, co rozprowadzali na imprezie. Wielu już się tym interesuje, ktoś w końcu puści parę z gęby. Dam znać.
Broź skinął głową, po czym rzucił niedopalonego papierosa na ziemię i rozgniótł go butem.
– W przyszłym tygodniu trzymaj się z dala od melin i kramików na Górnej – powiedział ledwo dosłyszalnym głosem. – Będzie nalot. Odwiedzą też parę osób pod Pabianicami, więc ogranicz wizyty towarzyskie w tamtym rejonie. Nie wychylaj się.
Tym razem Cyprian skinął głową.
Szli jakiś czas w milczeniu, aż w końcu dotarli na skraj parku. Pomiędzy drzewami prześwitywały ustawione w rzędzie domki jednorodzinne, a śpiew ptaków coraz częściej rozpraszał szum przejeżdżających niedaleko samochodów. Wiedzieli, że mają do omówienia jeszcze jeden temat, ale żadnemu nie spieszyło się, by go wywołać.
– Masz jakiś sygnał od Adama? – spytał w końcu Broź.
– Nie – przyznał Cyprian, a komisarz nie miał najmniejszych wątpliwości, że mówi prawdę.
– No to w kontakcie.
– W kontakcie.
Mężczyźni nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia, ruszyli więc każdy w swoją stronę.
Zawiedziony Broź maszerował parkową alejką ze spuszczoną głową. W głębi duszy gardził ludźmi pokroju Cypriana, choć na dobrą sprawę nigdy nie przeszkadzało mu towarzystwo osób nie cieszących się powszechnym uznaniem, żeby nie powiedzieć – odrażających. Problem ze Sznajderukiem polegał na tym, że Piotr był na niego skazany.
3
Dochodziło południe, gdy komisarz Broź zaparkował swoją służbową Skodę Octavię na parkingu przed Komendą Wojewódzką Policji w Łodzi przy ulicy Lutomierskiej. Zgasił silnik i czekał, bo był typem człowieka, który zostaje w aucie chwilę dłużej i wysiada dopiero wtedy, gdy skończy się piosenka, a tym razem wypadło nie byle co, bo kultowe Baba O’Riley w wykonaniu The Who.
Kiedy zamykał za sobą drzwi samochodu, uderzyła go panująca wokół cisza. W uszach wciąż wybrzmiewało mocne instrumentalne zakończenie angielskiego klasyka, ale Broź szybko się opamiętał, bo nie chciał wyglądać jak swój nauczyciel historii z liceum, który podczas przerw tak bardzo zasłuchiwał się w płynących z radiowęzła melodiach sprzed dekad, że uczniowie pokazywali go sobie palcami, gdy stawał pod głośnikiem na samym środku korytarza i kiwał się na boki.
W ciasnym, dwuosobowym pokoju zajmował biurko pod oknem. Drugie, ustawione tuż przy drzwiach, stało od jakiegoś czasu puste i zdążyło pokryć się cienką warstwą kurzu. Jego też było puste, bo nie uznawał praktyki trzymania bibelotów na widoku, a wszystkie ważne dokumenty przechowywał w szufladzie, do której i tak nie zaglądał, dopóki przełożeni nie upomnieli się o raport. Dzień zapowiadał się wyjątkowo leniwie, więc rozważał, czy może z własnej inicjatywy nie wyciągnąć kilka teczek i przynajmniej choć trochę nie nadgonić papierkowych zaległości, zanim szefowa przydzieli mu jakąś rozróbę albo pobicie.
Nagle zabrzęczał dzwonek stojącego na biurku telefonu. Broź zerknął na wyświetlacz.
O wilku mowa, pomyślał.
– Tak, pani kierownik? – rzucił do słuchawki.
– Zapraszam przed majestat.
Nie miał szans nic na to odpowiedzieć, bo od razu się rozłączyła. Dziwne, rzadko go do siebie wzywała. Najczęściej sama przychodziła, jak tylko przyuważyła go przemykającego przez korytarz. Chyba czekała go bura, tylko za co? Nie zdążył jeszcze nic przeskrobać.
Chcąc nie chcąc, podniósł się z miejsca i ruszył w kierunku gabinetu przełożonej. Już po chwili stanął przed drzwiami, nacisnął klamkę, zrobił krok do przodu i… stanął jak wryty.
Oprócz szefowej w pokoju był ktoś jeszcze. Młoda kobieta siedziała na krześle tyłem do niego, ale jak tylko wszedł, poderwała się na równe nogi i odwróciła w jego stronę. Miała nie więcej niż trzydzieści parę lat, była raczej niskiego wzrostu, drobna, z okrągłą, wręcz dziecięcą buzią i ciasno związaną z tyłu blond kitką. Spoglądała na niego z wyczekiwaniem, jakby coś jej obiecał i słowa nie dotrzymał.
– Chylę czoła przed majestatem – odezwał się, odrywając wzrok od nieznajomej.
– Miło, że wpadłeś do pracy – uśmiechnęła się Tekla. – A skoro już nas zaszczyciłeś, chciałabym ci kogoś przedstawić. Poznaj Wiktorię Kocuń-Widelską, twoją nową partnerkę.
Broź zmarszczył brwi.
– Wiedziałem, że przyjście tu to kiepski pomysł – burknął.
– Doskonały! Widzę, że z wrażenia zapomniałeś o manierach, więc pozwól, że cię wyręczę. To komisarz Piotr Broź, twój nowy partner – ostatnie słowa Tekla skierowała do Wiktorii.
Młoda aspirant jak na komendę wyciągnęła dłoń, a komisarz uścisnął ją z miną człowieka boleśnie doświadczonego przez los.
– Skoro wstęp mamy już za sobą, to możesz zabrać Wiktorię do waszego pokoju i wprowadzić ją w sprawy – ciągnęła Malicka. – Na początek może ci pomóc trochę z papierkami, bo masz straszliwe zaległości, niech się wdroży. Ale nie próbuj jej wmanewrować w samo tylko klepanie raportów, bo jak się o tym dowiem, to zabiorę ci biurko pod oknem i dostaniesz mniejsze w kanciapie pod schodami! – ostrzegła, grożąc palcem.
– Mam brzydki charakter pisma, a kobieca ręka mogłaby… - zaczął Broź, ale Tekla natychmiast weszła mu w słowo:
– Zaczekaj z seksistowskimi żartami, aż się dobrze poznacie. Twój czar może być przytłaczający dla kogoś, kto wcześniej nie miał z nim do czynienia.
– Okej, ale wytrzymam nie dłużej niż do momentu, kiedy przekroczymy próg naszego gabinetu – odparł komisarz, spoglądając na Wiktorię i kładąc nacisk na „naszego”. – Nie ma co przedłużać, trzeba brać się do pracy! Proszę za mną!
Broź uchylił drzwi, odsunął się i przepuścił nową partnerkę. Ta podziękowała mu lekkim skinieniem głowy, ale była już na tyle skołowana tym, co wydarzyło się tego dnia, że w podobny sposób zareagowałaby na wszystko.
– Powodzenia! – zdążyła jeszcze zawołać Tekla. – I nie przejmuj się, komisarz Broź zyskuje przy bliższym poznaniu!
– He, he! – zaśmiał się Piotr, gdy został z dziewczyną sam na korytarzu. – To tylko żarty, jesteśmy z panią podinspektor jak stare dobre małżeństwo. Chodź, pokażę ci naszą miejscówkę!
Broź zaprowadził koleżankę do pokoju, który mieli od tej pory dzielić. Nim weszli do środka, znów puścił ją przodem i uśmiechnął się szarmancko, wskazując właściwe biurko.
– A więc to masz do stracenia, jeśli zagonisz mnie do papierkowej roboty? – zagadnęła Wiktoria, rozglądając się po pomieszczeniu.
– Tak, ale zapewniam, że do tego nie dojdzie! – odpowiedział czym prędzej komisarz. – Rozgość się, ja za moment wracam.
Broź szarpnął za drzwi i bez żadnego dodatkowego wyjaśnienia wyszedł z powrotem na korytarz. Wiktoria była nieco zbita z tropu, lecz w duchu przyznała, że mogło być gorzej. Podinspektor Malicka napędziła jej stracha, a tymczasem okazało się, że jej nowy partner jest wprawdzie nieco ekscentryczny, ale wszystko w granicach rozsądku.
Zupełnie inaczej go sobie wyobrażała. Spodziewała się wysokiego, barczystego mężczyzny z kwadratową szczęką, chełpiącego się wetkniętą za pas bronią, ale taki obraz w żadnym razie nie pasował do komisarza Brozia. Był niewiele wyższy od niej i nie wyglądał na atletę. Nosił granatową koszulę w kratę, a na niej dawno niemodną marynarkę. Głowę miał ogoloną prawie na łyso, lecz mimo to zdołała dojrzeć wdzierające się nad skronie zakola. Oczy, nos i usta były małe, jakby wciśnięte w twarz. Gdyby nie dwudniowy zarost, wyglądałby przekomicznie.
Podczas gdy Wiktoria próbowała uspokoić skołatane nerwy po pełnym wrażeń poranku, komisarz Broź gnał przez korytarz na łeb, na szyję. Kiedy dopadł do drzwi podinspektor Malickiej, nie kłopotał się pukaniem.
– Powiedz, że to żart! – zagrzmiał, kiedy tylko wpadł do środka.
– Myślałam, że przybiegniesz szybciej – mruknęła Tekla, nie odrywając wzroku od leżących przed nią dokumentów. – Starzejesz się.
– Dobrze, że o tym wspominasz, bo ona mogłaby być moją córką!
– Tylko przy założeniu, że sytuacja wymknęłaby ci się spod kontroli na jednej z pierwszych dyskotek w podstawówce.
– I jeszcze ten mundur… Kto nosi mundur?!
– Ty mógłbyś czasem.
– Nie mogę, bo pracuję pod przykrywką! Na tym polega praca śledczego! Jak pójdę z nią na miasto, to jakbym poszedł na ryby z małym dzieckiem! Wszystkie przepłoszy! A ja poluję na grube ryby!
– Masz zielone światło, by poprosić ją o zmianę garderoby. Tylko nie każ jej się przy tobie rozbierać, poczekajmy z pierwszą skargą przynajmniej tydzień, to byłaby miła odmiana.
– Najpierw dziadek, teraz dziewczynka… Kto będzie następny?! Jakiś inwalida?! Jakie parytety mamy jeszcze do obskoczenia?!
– Potem sprawdzę w grafiku parytetów i dam ci znać.
– Młode dziewczyny wysyła się do drogówki, bo jak machają suszarką, to faceci tracą głowę, zapominają zwolnić i łapią mandaty! Każdy wygrywa! Dlaczego w tym przypadku stało się inaczej?!
Tekla odłożyła długopis, wyprostowała się i rozsiadła wygodnie w fotelu. Posłała Broziowi pełne politowania spojrzenie, po czym rzekła:
– Nie tragikomizuj. Mielesz ozorem jak przekupka. Przyjęłam na siebie taką porcję twojego biadolenia, że jestem napromieniowana goryczą. Żeby oszczędzić dalszych cierpień nie tylko sobie, ale także tobie, zdradzę ci, że Wiktoria Kocuń-Widelska sama poprosiła o przeniesienie z wydziału techniki operacyjnej do naszego. Rozkaz przyszedł z samej góry. Zapewniam, że mi też nie uśmiecha się wysyłać ją pod twoją opiekę jak baranka na rzeź, ale nie mam zbyt dużego wyboru. Skoro już to sobie wyjaśniliśmy, proponuję, żebyś zacisnął zęby i skupił się na robocie. Im szybciej ją wyszkolisz, tym szybciej zacznie pracować na własne konto.
Piotr przyjął te słowa z kamienną miną. Po chwili zastanowienia spytał:
– A czy w nagrodę dostanę pojedynczy gabinet z widokiem na skwer?
– Nie, ale pomyślę nad wymianą twojego zakamienionego czajnika.
– Despotka.
– Zrzęda.
– Na razie.
– Na razie.
Komisarz Broź zastał Wiktorię dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Stała obok biurka i wlepiła w niego spojrzenie, jak tylko pojawił się w drzwiach. Nawet minę miała podobną, tak mu się przynajmniej wydawało.
– No… także ten – zaczął Piotr, sadowiąc się wygodnie w fotelu. – Usiądziesz, czy na wesele prosisz?
– Słucham? – zdumiała się Wiktoria.
– Ciągle stoisz, więc… tak się mówi… że na wesele… Nieważne. Usiądziesz?
Kocuń-Widelska opadła ciężko na swoje miejsce i utkwiła wzrok w komisarzu.
– Mam jedno zasadnicze pytanie, bynajmniej nie o wesele – podjął na nowo temat Broź. – Dlaczego?
– Co „dlaczego”? – zmarszczyła brwi Wiktoria.
– Dlaczego wydział kryminalny? Podobno nalegałaś na ten przydział.
– Zgadza się. Chcę walczyć z przestępczością i przestępcami na pierwszej linii frontu. Mam doświadczenie w pracy operacyjnej, które może mi się przydać, i motywację, by robić to skutecznie i z zaangażowaniem. Nie planuję żadnych dodatkowych osobistych zobowiązań, więc mogę poświęcić się bez reszty temu, o czym zawsze marzyłam. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, postanowiłam ją wykorzystać.
– Bardzo to wszystko wzniosłe i szlachetne, ale praca tutaj różni się trochę od tego, co pokazują w filmach, zwłaszcza tych amerykańskich. Nie zrozum mnie źle! – Komisarz uniósł dłonie w przepraszającym geście, widząc nasilający się grymas niezadowolenia na twarzy Kocuń-Widelskiej. – Po prostu staram się zarządzić twoimi oczekiwaniami i odpowiednio przygotować na to, co przyjdzie. A przyjdzie.
– Jestem gotowa.
– Jesteś gotowa na bezpośrednie zagrożenie życia? Na groźby kierowane pod adresem twoich najbliższych? Jesteś gotowa stanąć twarzą w twarz z najgorszymi szujami w sytuacji, w której nie oddzielają cię od nich żadne kraty, nie krępują ich żadne kajdanki?
– Tak.
– Teraz tak mówisz, bo jesteś zaślepiona ideałami.
– Każdego witasz w wydziale tak ciepło, czy tylko kobiety?
– To, że jesteś kobietą, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Dla tych po drugiej stronie może mieć niestety całkiem spore. Potencjalnie stanowisz łakomy kąsek, zwłaszcza że jesteś tu nowa. Jeśli nadepniesz komuś na odcisk, prześwietlą twoje życie i uderzą w najczulszy punkt, czyli w najbliższych.
– W twoim przypadku tak było?
– Nie, bo przezornie ich nie mam.
– Powiedzmy, że lista moich najbliższych też jest bardzo krótka.
– Jesteś jeszcze młoda, wszystko przed tobą.
Kątem oka Piotr zauważył, że twarz Wiktorii znów zaczyna się zmieniać. Najwyraźniej trafił w czuły punkt.
– Myślę, że ani to nie miejsce, ani tym bardziej czas na rozmowę o moich planach na przyszłość – wycedziła przez zęby Kocuń-Widelska.
– O niektórych planach będziemy musieli porozmawiać – zaoponował Broź. – Musisz przemyśleć swój ubiór. Mundur jest dobry na parady. Jest dobry na coś jeszcze, ale nie powiem na co, bo mnie zgłosisz do kadr.
– I bez tego miałabym kilka powodów, by to zrobić – wtrąciła Wiktoria.
– Nim ta rozmowa dobiegnie końca, będziesz miała ich jeszcze więcej.
– Nic dziwnego, że mnie przed tobą ostrzegali.
– Kiedy? Przecież jesteś tu pierwszy dzień!
– Niektórzy ludzie są życzliwi. Uprzedzili mnie.
– Brzydzę się plotkami! – prychnął Piotr. – Mniejsza o to… Zrozum, że mundur to kiepski wybór w wydziale kryminalnym. Będziesz jak żul w tramwaju, każdy się od ciebie odsunie.
– Skąd wiesz, skoro nie nosisz?
– Bo to moje miasto.
Wiktoria zamierzała kłócić się dalej, ale wtedy drzwi otworzyły się nagle i w progu stanęła podinspektor Malicka.
– Mamy zgłoszenie. Zbierajcie się, jedziecie na miejsce przestępstwa.
Broź dźwignął się z fotela i westchnął ciężko. Nie tak wyobrażał sobie ten dzień.
– Cho, Wiki! Robota czeka! – rzucił w stronę partnerki.
Kocuń-Widelska zacisnęła mocno zęby, ale nic nie odpowiedziała. Ona także inaczej wyobrażała sobie pierwszy dzień w wydziale kryminalnym.
4
Kamienica na zbiegu ulic Franciszkańskiej i Wolborskiej straszyła już na pierwszy rzut oka. Zaniedbana elewacja odchodziła płatami, paździerzowe płyty wypełniały te dziury po oknach, których dotąd nie zamurowano, a jakiekolwiek wątpliwości rozwiewała tabliczka z informacją, że budynek grozi zawaleniem. Nie wszystkim to przeszkadzało, gdyż gdzieniegdzie można było dojrzeć szpary, przez które z powodzeniem do środka dostałby się każdy, komu naprawdę na tym zależało. Z pewnością korzystali z nich bezdomni, w końcu taki dach nad głową jest lepszy niż żaden. Możliwe też, że zaglądały tam lekkomyślne dzieciaki, bo mogły liczyć na odrobinę prywatności z dala od wścibskich spojrzeń rodziców, choć oczywiście odbywało się to w niezbyt komfortowych warunkach. Jeśli jednak ktoś był dostatecznie zdeterminowany, cena, jaką musiałby zapłacić, nie była wygórowana.
Ciało znajdowało się w jednym z pomieszczeń na drugim i zarazem ostatnim piętrze, ale już przed wejściem do budynku czuć było nieznośny fetor zgnilizny. Zabezpieczający teren policjanci przestępowali z nogi na nogę i nerwowo pocierali nosy w nadziei, że to pomoże odgonić uciążliwy zapach. Wspinając się po schodach, śledczy zakryli twarze maseczkami ochronnymi i wsunęli na dłonie lateksowe rękawiczki. Na miejscu technicy uwijali się już jak w ulu.
Ofiara siedziała na podłodze z plecami opartymi o ścianę. Twarz była tak zmasakrowana, że Wiktoria mimowolnie odwróciła wzrok. Zmiażdżona czaszka, zlepione krwią kępki włosów, brak oczu i nosa, a także liczne rany na pozostałych częściach ciała stanowiły zbyt makabryczny widok, by przyjąć go z obojętnością. Kilka zębów leżało obok między kapslami po piwie, technicy zdążyli je oznaczyć i sfotografować.
Komisarz Broź poprowadził zdezorientowaną partnerkę w stronę niskiej i pulchnej policjantki, która stała przed zwłokami i zapisywała coś na kartce.
– Uszanowanie – zagadał Piotr.
– Cześć – odparła kobieta, nie odrywając oczu od trzymanego w dłoniach druku. – Widzę, że przybyła ciężka kawaleria.
– Husaria polskiej policji, do usług! – zasalutował komisarz. – Kasiu, to Wiki, nasz nowy nabytek w wydziale. Wiki, to Kasia Białek, anioł śmierci, głównodowodząca wszystkim kryminalistykom na komendzie. O śmierci wie więcej, niż ja o życiu, a jestem od niej starszy!
Panie wymieniły się zdawkowymi uprzejmościami, a Kocuń-Widelska nie omieszkała przy tym spiorunować Brozia wzrokiem za to, że znów posłużył się niewłaściwą formą jej imienia. Ten niewiele sobie z tego robił i zamiast posypać głowę popiołem, przeszedł do rzeczy.
– Kasiu – odezwał się. – Co tu się stało?
– Mam nadzieję, że kiedyś dowiem się tego od ciebie – odparowała Białek. – Na ten moment mogę tylko gdybać. Wygląda, jakby ten facet podpadł niewłaściwej osobie. Komuś puściły nerwy i wszelkie hamulce, złapał to, co miał pod ręką, i rozłupał mu czaszkę. Są też liczne rany tłuczone i cięte na innych częściach ciała, tak więc powiedziałabym, że sprawca nie kalkulował.
– Jak długo tu leży?
– Obstawiam kilka dni. Poza tym, że jest blady jak ściana, to zaczyna nam tu już usychać. On gnije.
– Stąd ten smród?
– Między innymi. Ale rozejrzyjcie się – westchnęła technik kryminalistyki, zataczając ręką koło. – Widać, że ktoś tutaj przebywał i niezbyt przejmował się czystością. Wszędzie walają się puszki, butelki, pety, kartony i inne śmieci. Są nawet zużyte prezerwatywy! Trudno będzie zabezpieczyć jakikolwiek wiarygodny ślad! Zbieramy odciski palców, ale już na pierwszy rzut oka widać, że kręciło się tutaj sporo osób. Chłopaki zabezpieczyli też ślady zapachowe, ale pewnie ciężko będzie zrobić z nich użytek… Jakby tego było mało, denatowi puściły zwieracze i zalał wszystko treścią jelitową. Nie dokładajcie problemów i załóżcie ochraniacze.
– Słuchaj jej! – zwrócił się do Wiktorii Piotr. – Niech cię nie zwiedzie ten spokój. Jak się rozsierdzi, zostanie z ciebie mokra plama, a chyba nie muszę przekonywać, że wie, jak zatrzeć ślady!
– Tylko ty mnie rozsierdzasz – odgryzła się Białek.
– Dlatego zawsze zakładam rękawiczki! – ogłosił triumfalnie komisarz i na potwierdzenie swych słów pociągnął za lateksowy brzeg, który z charakterystycznym trzaskiem odbił się od nadgarstka.
– To załóż jeszcze buty.
Śledczy posłusznie wykonali polecenie, choć zgięci wpół nad własnymi stopami, przy każdym ruchu czuli duszący zapach śmierci.
– A dlaczego uważasz, że leży tutaj od kilku dni? – spytał w końcu Piotr.
– Bo rigor mortis1 już ustąpiło. Facet jest wiotki. Na moje oko leży tu znacznie dłużej niż dwa dni. W powietrzu unosi się trupi jad, więc obstawiam jakieś cztery dni, może dłużej.
– Znaleźliście narzędzie zbrodni?
– Możliwe. Mamy kilka typów, ale trzeba będzie to potwierdzić. Mamy zakrwawioną butelkę, deskę i jakiś metalowy pręt. Nie zdziwiłabym się, gdyby nasz denat dostał wszystkimi trzema po trochu. Ściągnęliśmy z nich ile się dało, ale wiele wskazuje na to, że trudno będzie wyodrębnić choćby jeden kompletny odcisk linii papilarnych. Najprawdopodobniej znajdziemy ich tam wiele, każdy w strzępach. W kilku miejscach widać ślady przetarcia krwi, lecz nie układają się we wzór jak po kontakcie z dłonią. Albo to coś zupełnie nieistotnego, może efekt rzucenia przedmiotem na ziemię, albo sprawca założył rękawiczki lub cokolwiek innego, co pozwoliło mu uniknąć podpisania się na narzędziu zbrodni.
– A ślady biologiczne? – nie poddawał się Piotr.
– Łatwość w znajdowaniu śladów biologicznych polega na tym, że każdy jakieś zostawia i wiele z nich widać gołym okiem, a w przypadku pozostałych dość łatwo przewidzieć, gdzie mogą się znajdować. Niestety, kłopot w tym konkretnym miejscu polega na tym, że takie ślady są absolutnie wszędzie i bez wątpienia należą do wielu różnych osób. Sprawca wiedział, jak utrudnić nam życie.
– À propos utrudniania życia… – mruknął Broź, zerkając z ukosa w stronę korytarza, z którego właśnie wyłoniła się nowa postać.
Do pomieszczenia wkroczył mężczyzna w garniturze i pod krawatem. Stąpał po ziemi tak twardo, że jego wypucowane na błysk półbuty stukały o posadzkę niczym końskie kopyta, a mijani ludzie od razu schodzili mu z drogi, by uniknąć stratowania. Roztaczał wokół siebie aurę władzy i niezachwianej pewności siebie, które kazały wszystkim wokół wstrzymać się ze swoimi osądami i czekać na jego polecenia.
– Wietrzycki… – burknął Broź i już miał splunąć z obrzydzeniem na podłogę, ale Katarzyna Białek zgromiła go spojrzeniem.
– Ani mi się waż! – warknęła.
By upewnić się, że jego autorytet dotarł do każdego zakamarka, prokurator Bartosz Wietrzycki zrobił błyskawiczną rundkę po pomieszczeniu, a następnie rozejrzał się po twarzach zgromadzonych w środku policjantów. Jak tylko dostrzegł Piotra w towarzystwie głównej technik kryminalistyki, natychmiast ruszył w ich stronę.
– Dzień dobry! – zawołał głośniej, niż to było konieczne. Spojrzał przez ramię na ofiarę, pokręcił głową z dezaprobatą i ostentacyjnie zagwizdał. – Co my tu mamy?
– Mężczyzna, tożsamości jeszcze nie znamy, ale podejrzewamy, że nie żyje przynajmniej od dwóch dni – odpowiedziała rzeczowo Katarzyna Białek. – Kończymy zabezpieczać ślady. Nie ma wątpliwości, że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych.
– Pozwoli pani, że zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa stwierdzi to prokurator.
Policjantka skinęła głową, zupełnie nie przejmując się przytykiem ze strony Wietrzyckiego. Tego samego nie mógł powiedzieć o sobie komisarz Broź.
– Z całym brakiem szacunku, wasza prokuratorska wielmożność – zaczął. – Może jednak dla odmiany warto byłoby zdać się na opinię kogoś, kto naprawdę zna się na rzeczy?
– Nigdy nie nauczysz się szacunku, Broź… – odparł Wietrzycki. – Ja już się nawet nie łudzę, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Zadaniem policji jest zabezpieczenie miejsca zdarzenia do czasu przybycia prokuratury, która decyduje o dalszych krokach i właśnie do tego zmierzamy. Pani Katarzyno, o jakiś śladach pani mówi? Mamy narzędzie zbrodni z DNA sprawcy?
– Śladów DNA mamy aż nadto – skrzywiła się Białek. – Nie wiadomo jeszcze, czy którekolwiek do niego należą. To miejsce to chlew, w którym nikt nie sprzątał od wielu miesięcy. Każdy, kto się tutaj przewinął, zostawił po sobie jakąś pamiątkę.
– Ciekawa sprawa, całe to DNA… – zamyślił się Piotr, spoglądając na prokuratora. – Niewiarygodne, za ile odpowiadają geny. Ty na przykład jesteś pałą, bo nosisz pałogen. Wszyscy w prokuraturze go macie, nie od dziś wiadomo, że rządzą tam rodzinne koneksje. Objawy posiadania pałogenu są łatwe do stwierdzenia, bo widać je gołym okiem. Po pierwsze, jesteście tępymi pałami. Po drugie, wysokie stężenie pałogenu w całym organizmie sprawia, że macie go mniej w swoich fujarkach, dlatego są mniejsze. Stąd jego nazwa.
Kocuń-Widelska miała ochotę zapaść się pod ziemię. Odsunęła się nawet o krok od komisarza Brozia, żeby tylko nikt jej z nim nie powiązał.
– Porażająca błyskotliwość… – skwitował Wietrzycki. – Liczę na podobną w raportach, które przyniesiesz mi w zębach.
– Ruszają mi się dwójka i trójka. Chwyt jest niepewny, kartki mogą wylecieć. Ale zwieracze mam sprawne.
– A to jednak zaskakujące. Ktoś tak wyszczekany musiał podpaść niejednemu zakapiorowi, a ci mają pełen wachlarz możliwości, jeśli chodzi o uczenie ludzi pokory. Niektóre są naprawdę uwłaczające…
– Zawsze myślałem, że praca z tobą to taka lekcja, bo faktycznie jest uwłaczająca. Zauważyłem też, że nosisz wdzianka znacznie droższe od tych, na które byłoby cię stać z prokuratorskiej pensji. Masz sponsora?
– Też mógłbyś zainwestować w nową garderobę, bo wyglądasz jak przedwojenny nauczyciel filozofii – odparował prawnik. – Co spodziewałeś się tu zobaczyć? Siedzące w rzędzie dzieciaki żądne twoich szczeniackich grypsów?
– Miałem nadzieję zobaczyć, jak się przewracasz i sobie ten głupi ryj rozwalasz.
Wiktoria poszukała ratunku w oczach Katarzyny, ta jednak odpowiedziała jedynie bezradnym wzruszeniem ramion. Po chwili panie dyskretnie wycofały się w stronę okna. Tam nawet pod maskami powietrze wydawało się odrobine lżejsze.
– Oni mogą tak bez przerwy – westchnęła Białek. – Jeden gada na drugiego, a obaj są siebie warci. Trafił ci się naprawdę trudny przypadek.
– Zdążyłam się zorientować – przyznała Kocuń-Widelska. Z ulgą przyjęła, że nie ona jedna tak się na to zapatruje. – A wracając do sprawy, kto znalazł zwłoki?
– My. Nikt tutaj nie wszedł, w każdym razie nikt nie chce się do tego przyznać. Chłopaki zrobili szybki wywiad, ale wiesz, jak to działa. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Ktoś poczuł straszliwy smród, zadzwonił i poprosił o interwencję. Policjanci z patrolu w pierwszej chwili chcieli się zawinąć, ale kiedy sami się tym zaciągnęli, woleli sprawdzić. To oni znaleźli ciało.
– Skoro tak tutaj cuchnie, w jaki sposób udało się zabezpieczyć ślady zapachowe?
– Mamy swoje sposoby – odparła z dumą technik. – Od początku podejrzewaliśmy, że ofiara leży tu od dłuższego czasu i ślady zapachowe sprawcy mogły ulec wywietrzeniu, dlatego użyliśmy atomizera z wodą i rozpyliliśmy go nad kilkoma powierzchniami, z których planowaliśmy zebrać próbki. Woda zwiększa parowanie, dzięki czemu ślad będzie wyraźniejszy, ale i tak nie pokładałabym w tym zbyt dużych nadziei.
– Dlaczego?
– Bo ślady zapachowe są tak samo zanieczyszczone jak wszystkie pozostałe. Psy to niezwykle mądre zwierzęta, ale czy zdołają wyciągnąć z tych próbek właściwy trop? Sama nie wiem.
Kobiety zdążyły wymienić jeszcze kilka uwag, zanim prokurator Wietrzycki ogłosił, że dokonał oględzin miejsca zdarzenia i wyraża zgodę na przetransportowanie zwłok do prosektorium. Zebrani wokół policjanci przyjęli jego słowa z wyraźną ulgą, bo to oznaczało, że wkrótce będą mogli opuścić ten zionący śmiercią budynek.
5
– Cho, Wiki! – zawołał Piotr, widząc, że partnerka się ociąga.
Właśnie wyszli z zabezpieczonej przez służby kamienicy i Wiktoria zwolniła, by po zdjęciu maseczki wziąć kilka głębszych wdechów.
– Rach-ciach, bo szefowa wzywa! – dodał. – Zrobi nam odpytkę z tego, co zapamiętaliśmy z miejsca zdarzenia. Lepiej zacznij sobie wszystko powtarzać, bo dostaniesz linijką po łapkach!
Wiktorii nie było do śmiechu. Starała się pozbierać, ale nadmiar wrażeń tego dnia powoli wychodził jej bokiem. Przez ostatni miesiąc nie wydarzyło się tyle, co w przeciągu kilku ostatnich godzin. Minie trochę czasu, zanim przyzwyczai się do takiego tempa.
– Mam nadzieję, że ty nie do Rygi? – spytał komisarz, gdy usiedli w jego służbowej Skodzie.
Kocuń-Widelska utkwiła w nim pełne zdziwienia spojrzenie.
– Chyba nie rozumiem… – wymamrotała.
– Mam nadzieję, że mi tu nie zwymiotujesz. Żebyś widziała, jak zbladłaś, kiedy zobaczyłaś człowieka-piniatę. Wyglądałaś, jakby krew odpłynęła z ciebie w geście solidarności z ofiarą. Byłaś kiedykolwiek wcześniej na miejscu zbrodni?
– Nie – odparła cicho Wiktoria.
– No to pierwsze koty za płoty. A teraz zapnij pasy i na wszelki wypadek trzymaj okno otwarte na oścież. Będę jechał powoli, ale dziury na drogach bywają zdradzieckie! Dobrze, że nie puściłaś pawia na trupa, bo Wietrzycki dopiero miałby z nas używanie!
Na komendzie policjanci od razu skierowali się w stronę gabinetu Tekli Malickiej. Podinspektor już na nich czekała, z niecierpliwością wystukując długopisem sobie tylko znany rytm.
– Opowiadajcie! – zakomenderowała, jak tylko przekroczyli próg. – Jest tak źle, jak słyszałam?
– Jest gorzej – odparł bez namysłu Broź. – Wyobraź sobie, że przysłali tego gogusia, Wietrzyckiego.
– Tego odstawionego jak na rozdanie Oscarów?
– Dokładnie!
Komisarz streścił Malickiej wszystko, co usłyszał od Katarzyny Białek. Kocuń-Widelska uzupełniła jego relację o szczegóły, których dowiedziała się w czasie, gdy on kłócił się z prokuratorem. Piotr spojrzał na nią zaskoczony, ale nie skomentował.
– Czyli faktycznie jest gorzej, niż myślałam… – pokręciła głową Tekla. – Wiktoria, przykro mi, że nie było ci dane zaznać przynajmniej kilku spokojnych dni, podczas których mogłabyś się wprawić, ale jak widzisz, przestępcy nie konsultują z nami swoich grafików zbrodni. Już na starcie poprzeczka jest zawieszona wysoko. Piotrek, przydzielam was do tej sprawy. Dorwijcie go.
– Tak jest! – zasalutował Piotr. – Pracujemy jeszcze nad tożsamością denata, ale na ten moment wymyśliłem dla niego roboczą ksywkę: człowiek-piniata.
Podinspektor Malicka zbladła.
– To nie może przedostać się do mediów… – wydusiła z siebie po chwili.
– Na mnie można polegać jak na Zawiszy! – uderzył się w pierś Piotr. – Będę milczał jak grób!
– Jeśli nie będziesz, to naczelnik Bąk osobiście dopilnuje, żebyś zgłębił wszelkie możliwe aspekty powiedzenia „milczeć jak grób”.
– Gdybym miał na nazwisko Bąk, to bardzo ostrożnie podchodziłbym do jakichkolwiek gierek słownych – prychnął Broź. – Skupmy się na sprawie. Wiemy już, że mamy do czynienia z morderstwem, prawie na pewno wiemy też, gdzie zostało ono popełnione. Ułożenie ciała oraz zabezpieczone na miejscu ślady, w tym porozrzucane wokół zęby, sugerują, że to właśnie tam nasza ofiara dokonała żywota. Kasia szacuje, że do zdarzenia doszło co najmniej dwa dni temu. Jak znajdziemy i potwierdzimy narzędzie zbrodni, łatwiej będzie nam ustalić przebieg zdarzenia, a gdy poznamy nazwisko denata, to po pierwsze szybciej zawęzimy krąg podejrzanych, a po drugie nie będę musiał nazywać go dłużej człowiekiem-piniatą, zwłaszcza że to bardzo nieeleganckie określenie!
– Najgorsze, że sprawa już wyciekła do mediów… – westchnęła Tekla.
– Szybko – mruknął Piotr.
– Za szybko. Już się rozpytują o szczegóły, trzeba będzie wypuścić jakiś komunikat, bez konferencji prasowej się nie obejdzie.
– Przecież ty lubisz konferencje prasowe.
– Ale tylko wtedy, gdy mam coś mądrego do powiedzenia!
– Samym swoim powabem i naturalnym wdziękiem wytrącisz dziennikarzy z równowagi! Pogubią się i zamiast o morderstwo, zasypią cię pytaniami o to, jakiego kremu na trądzik używasz!
Tekla przeszyła go chłodnym spojrzeniem.
– Nie. Mam. Trądziku – powiedziała powoli, wyraźnie akcentując każde słowo.
– No właśnie! – zawołał triumfalnie Broź.
– Wiktoria. – Malicka zwróciła się do Kocuń-Widelskiej. – Rzeczy, których powinnaś się nauczyć od komisarza Brozia, jest przynajmniej tyle samo co tych, których uczyć się nie powinnaś. Ufam, że będziesz umiała rozpoznać te właściwe.
– Oczywiście – zapewniła Wiktoria. – Miałam dzisiaj już dość okazji, by napatrzeć się na jedne i drugie.
– Doskonale! – skwitowała Tekla, podnosząc się z miejsca. – W takim razie do dzieła, nie ma na co czekać!
– A co z… – zaczął Piotr, ale nie dokończył, bo stojący na biurku szefowej telefon zabrzęczał donośnie. Zdziwiona podinspektor Malicka zerknęła na niego z ukosa, po czym podniosła słuchawkę.
– Rozumiem – odezwała się po chwili, dając jednocześnie podwładnym sygnał, by nie wychodzili z gabinetu. Wiktoria trzymała już dłoń na klamce, ale zastygła w bezruchu, czekając na dalsze instrukcje.
Broź nawet nie drgnął. Wytężył słuch i starał się zrozumieć, co mówił głos po drugiej stronie, lecz z marnym skutkiem. Zamiast tego wlepił więc spojrzenie w Teklę i czekał, aż ta zdradzi szczegóły.
