Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 459 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Święte grzechy - Nora Roberts

Nora Roberts to prawdziwa królowa romansu. Jej powieści utrzymywały się na liście bestsellerów „New York Timesa" w sumie przez 893 tygodnie, czyli około 16 lat. Co minutę na świecie sprzedaje się ponad 30 książek jej autorstwa!

„Grzechy są jej odpuszczone” – te słowa widnieją na kartkach pozostawionych przy ciałach młodych kobiet, ofiar seryjnego mordercy w sparaliżowanym strachem Waszyngtonie. Policjantowi z wydziału zabójstw pomaga w śledztwie Tess Court, która ma stworzyć portret psychologiczny sprawcy. Takie zlecenie to prawdziwe wyzwanie dla młodej lekarki psychiatry. Ale też śmiertelne ryzyko – Tess staje się następnym celem „Księdza”. Jakie są motywy szaleńca? Czy dwojgu ludzi uda się wygrać wyścig z czasem, zanim dopadnie on kolejną ofiarę?

Groźba i namiętność, pasja i zbrodnia przeobrażają się pod piórem Nory Roberts w elektryzujący sensacyjny suspens.

Nora Roberts – znana i ceniona autorka ponad 200 powieści, bestsellerów „New York Timesa", które zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków i sprzedały się w nakładzie ponad 400 milionów egzemplarzy na całym świecie. W Polsce ukazały się m.in. „Czarne Wzgórza”, „W samo południe”, „Poszukiwania”, „Trzy boginie”, „Błękitny dym”, „Lasy w płomieniach”, „Świadek”, „Ukryte skarby”, „Gorący lód”.

Opinie o ebooku Święte grzechy - Nora Roberts

Fragment ebooka Święte grzechy - Nora Roberts

Tytuł oryginału Sacred Sins

WydawcaGrażyna Woźniak

Redaktor prowadzącyTomasz Jendryczko

RedakcjaElżbieta Novák

KorektaKatarzyna Kucharczyk Katarzyna Nowakowska

Copyright © 1987 by Nora Roberts. This translation published by arrangement with the Bantam Dell Publishing Group, a division of Random House, Inc. All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o., Warszawa 2003

Świat Książki Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Magik

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-988-1

Skład wersji elektronicznej

Mojej matce w dowód wdzięczności

Rozdział 1

Piętnasty sierpnia – kolejny dzień z bezchmurnym, rozpalonym do białości niebem. Powietrze, którego nie mącił najlżejszy nawet wietrzyk, było tak nasycone wilgocią, iż zdawało się, że można w nim pływać.

Prognoza pogody, w wiadomościach nadanych o szóstej, a następnie o jedenastej, nie była optymistyczna. Wszystko wskazywało na to, że to dopiero początek. Podczas długich, leniwych dni lata fala upałów nękająca od dwóch tygodni rejon Waszyngtonu stała się prawdziwym tematem dnia.

Senat przerwał posiedzenia aż do września, tak więc na Kapitolu życie toczyło się jakby w zwolnionym tempie. Prezydent odpoczywał w Camp David przed męczącą podróżą do Europy. Polityka jak zwykle nadawała ton życiu miasta, ale tak naprawdę Waszyngton opanowali turyści i uliczni sprzedawcy.

Tuż przed Smithsonian popisywał się jakiś mim, spoceni ludzie tłumnie zatrzymywali się bardziej dla złapania oddechu niż po to, by złożyć hołd sztuce. Piękne letnie suknie kleiły się do wilgotnych ciał, a dzieciaki natarczywie domagały się lodów. Młodzi i starzy podążali do Rock Creek Park, aby skorzystać z cienia i wody, które chroniły przez nieznośnym żarem. Chłodzące napoje pochłaniane były litrami, a piwo i wino w nie mniejszych ilościach, choć może nieco bardziej dyskretnie. Butelki znikały natychmiast, kiedy w pobliżu pojawiała się ochrona parku. Podczas niezliczonych pikników i przyrządzanych na powietrzu posiłków ludzie ociekali potem, spalali hot dogi i przyglądali się maluchom raczkującym na trawie. Matki krzykliwie upominały dzieci, aby nie zbliżały się do wody, nie biegały w pobliżu jezdni lub wyrzuciły trzymany w ręku kamień czy kij. Muzyka z przenośnych odbiorników radiowych była jak zwykle głośna i agresywna, a „gorące nagrania”, jak nazywali je dyskdżokeje, podnosiły i tak już wysoką temperaturę.

Studenci w małych grupkach przysiadali na kamieniach tuż nad strumykiem i zawzięcie dyskutowali na temat losów świata, inni młodzi ludzie, wylegując się na trawie, zdawali się bardziej zainteresowani własną opalenizną. Ci natomiast, którzy mieli wystarczająco dużo czasu i benzyny, uciekali na plażę lub w góry. Kilku znalazło nawet w sobie tyle energii, aby urządzić zawody w rzucaniu frisbie, i rozebrani do szortów demonstrowali wspaniale opalone torsy.

Młoda, niezwykle urodziwa dziewczyna siedziała pod drzewem, szkicując coś od niechcenia. Jeden z graczy, bezskutecznie usiłując zwrócić jej uwagę na swoje bicepsy – efekt pracy ostatnich sześciu miesięcy – wybrał skuteczniejszą, jak się zdaje, metodę i oto szybujący w powietrzu dysk wylądował z plaśnięciem na bloku rysunkowym dziewczyny. Kiedy podniosła głowę zagniewana, tuż nad sobą ujrzała skruszoną twarz winowajcy.

– Przepraszam. Wyleciał mi z rąk – tłumaczył się. Dziewczyna, odgarniając z twarzy kaskadę czarnych włosów, podała mu dysk.

– W porządku – powiedziała i nawet nie spojrzawszy na niego, powróciła do przerwanego zajęcia.

Młodość rzadko się jednak poddaje. Przykucnąwszy więc przy dziewczynie, z zainteresowaniem przyglądał się jej szkicom. O sztuce miał bardzo blade pojęcie, ale jakie to w końcu miało znaczenie.

– Hej, to naprawdę dobre. Gdzie studiujesz?

Przejrzała zamiary natręta i już chciała go spławić, kiedy zauważyła jego uśmiech – musiała przyznać, że był doprawdy zniewalający.

– W Georgetown.

– Nie żartuj! Ja też. Prawo.

– Rod! Gramy czy nie? – dobiegł głos zniecierpliwionego partnera.

– Często tu przychodzisz? – zapytał Rod, ignorując przyjaciela. Dziewczyna miała ogromne brązowe oczy. Nigdy jeszcze takich nie widział.

– Od czasu do czasu.

– Może byśmy...

– Rod, chodźże wreszcie.

Rod spojrzał na spoconego, nieco otyłego przyjaciela, po czym znowu w chłodne brązowe oczy dziewczyny i nie miał już wątpliwości, jakiego dokonać wyboru.

– Później, Pete! – zawołał i niedbałym ruchem rzucił frisbie wysoko w powietrze.

– Koniec gry? – zapytała dziewczyna, przyglądając się lotowi krążka.

Uśmiechnął się od ucha do ucha i dotykając nieśmiało jej włosów, powiedział:

– To zależy.

Pete, głośno złorzecząc, rzucił się w pogoń za dyskiem. Dopiero co zapłacił za niego aż sześć dolców. Omal nie wpadł na psa i cały czas śledząc lot krążka, w nadziei że nie wyląduje on w strumieniu, zbiegł po zboczu. Skórzane sandały, które miał na nogach, kosztowały go znacznie więcej. Tymczasem frisbie najwyraźniej leciało wprost do wody, co widząc, Pete zaczął głośno kląć, nie licząc się już ze słowami. Dysk, uderzywszy w drzewo, nagle zmienił kierunek i poszybował w zarośla. Zlany potem Pete, myślami już przy zimnym mooseheadzie, rzucił się w plątaninę krzewów.

Nagle serce mu zamarło, a krew uderzyła do głowy. Zanim przyszedł do siebie, gwałtownie zwymiotował zjedzony niedawno lunch składający się z prażynek i dwóch hot dogów.

Jego frisbie wylądowało zaledwie o kilka centymetrów od brzegu strumienia. Nowiutki, czerwony dysk lśnił na śnieżnobiałej dłoni, która zdawała się podawać Pete’owi zgubę.

W krzakach leżała Carla Johnson, dwudziestotrzyletnia studentka szkoły dramatycznej, w wolnych godzinach dorabiająca jako kelnerka. Jakieś dwanaście do piętnastu godzin wcześniej została uduszona humerałem[1].

*

Detektyw Ben Paris, skończywszy raport o zabójstwie niejakiej Johnson, pełen ponurych myśli usiadł przy biurku. Pisząc na maszynie jedynie dwoma palcami, ale za to z szybkością karabinu maszynowego, zanotował wszystkie związane ze sprawą fakty. Teraz ponownie je odtwarzał. To nie był napad o podłożu seksualnym czy rabunkowym. Pod ciałem ofiary znaleziono torebkę z kwotą dwudziestu trzech dolarów i siedemdziesięciu sześciu centów oraz plastikową mastercard, a na palcu zamordowanej wciąż tkwił okazały pierścień z opalem, wartości co najmniej pięćdziesięciu dolców. Żadnego więc motywu, żadnych podejrzeń. Absolutnie nic.

Ben i jego partner spędzili całe popołudnie, przesłuchując rodzinę ofiary. Wyjątkowo wredna robota, pomyślał. Konieczna, ale wredna.

Za każdym razem otrzymywali te same odpowiedzi. Carla chciała zostać aktorką. Studia całkowicie ją pochłaniały, co nie znaczy, że nie spotykała się z chłopcami. Jednak zawsze były to tylko przelotne znajomości. Miała bardzo wygórowane ambicje, niestety nigdy ich nie zrealizowała.

Ben ponownie zaczął przeglądać raport i zatrzymał się przy narzędziu zbrodni. Używany przez księży humerał. Przypięta była do niego kartka. Kiedy detektyw przybył na miejsce zbrodni, uklęknął, aby ją przeczytać.

„Grzechy są jej odpuszczone”.

– Amen – wyszeptał Ben i głęboko westchnął.

*

Była spokojna wrześniowa noc. Zegar dawno już wybił pierwszą, kiedy Barbara Clayton, skracając sobie drogę, szła przez trawnik tuż przy katedrze w Waszyngtonie. Powietrze było ciepłe, a niebo skrzyło się milionem gwiazd. Kobieta zdawała się jednak zupełnie tego nie dostrzegać. Idąc, mówiła do siebie, wyraźnie zagniewana. Już ona się rano rozprawi z tym przeklętym mechanikiem o lisiej twarzy. Da mu popalić! Co za drań! Dobrze, że ma już tylko kawałek do przejścia. Niestety, rano będzie musiała jechać do pracy autobusem. Ten skurczybyk drogo jej za to zapłaci!

Spadająca gwiazda przemknęła nagle po niebie, pozostawiając świetlisty ślad. Barbara nawet tego nie zauważyła, nie zauważył również mężczyzna, który ją obserwował. Wiedział, że tu przyjdzie. Czyż nie powiedziano mu, aby tu właśnie na nią czekał? Czyż jego głowa nawet teraz nie pękała od siły Głosu? Został wybrany, obarczono go strasznym ciężarem, ale chwała stanie się jego udziałem.

– Dominus vobiscum – wyszeptał i mocno ścisnął w dłoniach delikatny materiał humerału.

Kiedy dokonał dzieła, poczuł gwałtowny przypływ siły. Jego mięśnie drżały z podniecenia, a krew radośnie pulsowała. Był oczyszczony. A teraz również i ona. Wolno i bardzo delikatnie powiódł kciukiem po jej czole, ustach i sercu, kreśląc znak krzyża. Szybko udzielił jej rozgrzeszenia. Głos ostrzegł go, że wielu nie zrozumie szlachetnych pobudek jego czynu.

Pozostawiając ciało w mroku, ruszył przed siebie; oczy lśniły mu od łez radości i uniesienia.

*

– Media nas tym udupią. – Kapitan Harris walnął pięścią w gazetę rozłożoną na stole. – Całe to sakramenckie miasto ogarnęła panika. Niech no się tylko dowiem, kto sprzedał tę historię prasie.

Tracił panowanie nad sobą. Nie zdarzało się to często. Wprawdzie siedział za biurkiem, był jednak gliną i to, jak twierdził, cholernie dobrym gliną. Dobry glina nie traci panowania nad sobą.

Aby zyskać na czasie, złożył gazetę i obrzucił wzrokiem siedzących w pokoju kolegów. Też cholernie dobre gliny, przyznał w duchu. Nie tolerowałby innych.

Ben Paris usiadł na rogu biurka, bawiąc się przyciskiem z pleksiglasu. Harris doskonale wiedział, że kiedy Ben się nad czymś zastanawia, zawsze uważnie przygląda się swoim dłoniom. Jest młody, pomyślał, ale dziesięć lat w służbie zrobiło swoje. Solidny gliniarz, choć czasem trochę zbyt wielki indywidualista. Dwie pochwały za odwagę miały swoją wymowę. Gdy Harris był mniej napięty, bawiło go nawet, że Ben wygląda jak tajniak w wersji hollywoodzkiego scenarzysty – pociągła twarz, szczupła, ale umięśniona sylwetka, ciemna, śniada karnacja. Gęsta i trochę za długa jak na klasyczny styl fryzura na pewno wyszła spod ręki jednego z najlepszych fryzjerów w Georgetown. Jasnozielone oczy patrzyły badawczo i przenikliwie.

Tuż obok siedział Ed Jackson, partner Bena. Jego ponaddwumetrowy wzrost i studziesięciokilogramowa waga budziły powszechny respekt. Broda była gęsta i tak ruda jak kędzierzawe włosy na głowie, a oczy niebieskie i przyjazne. Z odległości pięćdziesięciu metrów policyjną spluwą potrafił zrobić dziurę wielkości dwudziestopięciocentówki.

Harris odłożył na bok gazetę, lecz nie usiadł.

– A więc co macie?

Ben bawił się przyciskiem, przerzucając go z ręki do ręki. Po chwili go odłożył.

– Poza budową ciała i kolorem włosów ofiary nie miały ze sobą nic wspólnego. Żadnych wspólnych znajomych, żadnych wspólnie odwiedzanych miejsc. O Carli Johnson wiesz już wszystko. Barbara Clayton pracowała w sklepie z konfekcją. Rozwiedziona, bezdzietna. Rodzina mieszka w Marylandzie. Środowisko robotnicze. Była z kimś związana jakieś trzy miesiące temu. Sprawy się jednak skomplikowały. On wyjechał do Los Angeles. Sprawdzamy go, lecz wygląda na to, że jest czysty. – Sięgnął do kieszeni po papierosa, chwytając wymowne spojrzenie partnera.

– To już szósty – rzucił mimochodem Ed. – Ben próbuje zejść poniżej paczki dziennie – wyjaśnił i sięgnął po raport.

– Clayton spędziła wieczór w barze na Wisconsin. Coś w rodzaju babskiego wieczoru z przyjaciółką, która z nią pracuje. Według tej przyjaciółki Clayton wyszła około pierwszej. Jej samochód znaleziono zepsuty kilka przecznic dalej. Wygląda na to, że miała problemy z przekładnią. Najwidoczniej postanowiła przejść ten kawałek na piechotę. Jej mieszkanie znajduje się zaledwie kilometr dalej.

– Jedyne, co łączy ofiary, to płeć, jasna karnacja i blond włosy. – Ben wciągnął głęboko w płuca dym, po czym delikatnie go wypuścił. – Zostały zamordowane.

Na jego terenie, pomyślał Harris, i potraktował to jak osobiste wyzwanie.

– Narzędzie zbrodni: używana przez księży szarfa.

– Humerał – poprawił go Ben. – To powinno ułatwić nam zadanie. Ten facet używa najlepszego, jedwabnego.

– Tu na pewno go nie kupił – wtrącił Ed. – W każdym razie nie w tym roku. Sprawdziliśmy każdy sklep z dewocjonaliami, każdy kościół. Wpadliśmy na trop trzech miejsc, gdzie używa się właśnie takich.

– Tekst, który morderca pozostawiał przy zwłokach, jest pisany na papierze dostępnym w każdym najmniejszym nawet sklepiku – dodał Ben.

– Jednym słowem, nie macie nic.

– Jednym słowem. – Ben znowu zaciągnął się dymem – nie mamy nic.

Harris w milczeniu obserwował swoich współpracowników. Mógłby zażądać, aby Ben zaczął nosić krawat, a Ed przystrzygł brodę. Ale przecież nie o to w końcu chodziło. To byli jego najlepsi ludzie. Paris, przy dużym uroku osobistym i pozornej niefrasobliwości, miał instynkt lisa, a umysł przenikliwy i ostry jak brzytwa. Jackson był uosobieniem sumienności i dokładności, jakie spotkać można jedynie u starej panny. Ta ponura sprawa przypominała skomplikowaną układankę, a Jackson sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie był zmęczony dopasowywaniem jej elementów.

Harris poczuł dym z papierosa i przypomniał sobie, że zrezygnował z palenia dla własnego dobra.

– Jeszcze raz porozmawiajcie ze wszystkimi – zwrócił się do policjantów. – Chcę mieć dokładny raport o tym chłopaku Clayton oraz listę klientów sklepów z dewocjonaliami. – Znów spojrzał na gazetę. – Chcę mieć tego typa.

– Księdza – mruknął Ben, przebiegając wzrokiem po nagłówkach. – Prasa zawsze lubi jakoś nazywać psychopatów.

– I poświęca im dużo uwagi – dodał Harris. – Zdejmijmy go więc z tych nagłówków i wsadźmy za kratki.

*

Doktor Teresa Court, zmęczona nocnym ślęczeniem nad papierami, popijała kawę i przeglądała prasę. Mijał tydzień od drugiego już morderstwa, a Ksiądz, jak go nazywała prasa, wciąż pozostawał na wolności. Wcale nie uważała, aby czytanie o nim było najlepszym sposobem, by rozpocząć dzień, ale to względy zawodowe ją do tego skłaniały. Nie mogła się pogodzić ze śmiercią tych dwóch młodych kobiet, ale musiała analizować fakty i stawiać diagnozy. Takiej właśnie pracy się poświęciła. Jej życie zawodowe to nieustanny kontakt z cudzymi problemami, cierpieniem i frustracją. Chciała więc, aby przynajmniej jej prywatny świat był prosty i uporządkowany. Dorastała w dobrobycie, wśród rzeczy pięknych i ludzi wykształconych. Było więc zupełnie naturalne, że na ścianie miała sztych Matisse’a, a na stole kryształ Baccarata. Właściwie odpowiadały jej raczej czyste linie i pastele, ale od czasu do czasu chętnie wybierała coś bardziej ekstrawaganckiego, jak na przykład ten abstrakcyjny obraz olejny nad biurkiem, uderzający dynamizmem i jaskrawymi barwami. Doskonale godziła ze sobą zarówno potrzebę surowości, jak i łagodności. Być zadowolona, i to w każdej sytuacji, to jedno z najważniejszych zadań, które przed sobą stawiała.

Kawa wystygła, więc odsunęła ją na bok. Po chwili to samo zrobiła z leżącymi tuż przed nią papierami. Żałowała, że tak mało wie o mordercy i jego ofiarach i że nie zna wszystkich szczegółów tej okropnej sprawy. Zaraz jednak przypomniała sobie stare powiedzenie, że z życzeniami należy być ostrożnym, ponieważ czasami lubią się spełniać. Rzuciwszy okiem na zegarek, szybko podniosła się zza biurka. Nie miała już czasu zastanawiać się nad całą tą historią. Czekali na nią pacjenci.

*

Miasta we wschodniej części Stanów najpiękniejsze są jesienią. Lato zamienia je w rozżarzoną do białości pustynię, zima topi w błocie i szarości, za to jesień obdarza niezwykłym bogactwem kolorów i jakimś dziwnym dostojeństwem.

O drugiej nad ranem w pewien chłodny październikowy dzień Ben Paris nagle się obudził. Nie potrafił zrozumieć, co przerwało jego tak ciekawie zapowiadający się sen z trzema blondynkami w roli głównej. Wstał i nago przeszedł do szafy po papierosy. Dwudziesty drugi, policzył w duchu.

Zapalił, czekając, aż znany, gorzki smak wypełni usta, po czym udał się do kuchni przygotować sobie kawę. Włączył świetlówkę przy kuchence i rozejrzał się uważnie za karaluchami. Nie zauważył, aby cokolwiek pomknęło w stronę szpar. Zapalił gaz pod czajnikiem i pomyślał, że ostatnia dezynsekcja okazała się skuteczna. Sięgając po filiżankę, odsunął na bok pocztę z dwóch dni, która wciąż czekała na otwarcie.

W ostrym świetle kuchennym twarz Bena była zacięta, wręcz złowroga. Smukłość jego ciała graniczyła z chudością, która robiłaby jeszcze większe wrażenie, gdyby nie delikatny zarys mięśni. Nagle zaczął myśleć o morderstwie. Sama kawa na pewno by go nie otrzeźwiła. Ale kiedy umysł już funkcjonował, ciało natychmiast za nim podążało. Systematyczne treningi zrobiły swoje. Chudy bury kot skoczył na stół. Bacznie przyglądał się, jak Ben pije kawę i pali papierosa, po czym widząc jego roztargnienie, całą swoją uwagę skupił na wieczornej misce mleka i rozpoczął ceremonię mycia.

Od tego popołudnia, gdy odnaleziono pierwszą ofiarę, nie poczynili żadnych istotnych postępów w wykryciu mordercy. Kiedy wydawało się, że natrafili wreszcie na coś, co mogło być nitką wiodącą do kłębka, trop szybko okazywał się fałszywy.

Ślepy zaułek, pomyślał Ben. Nic, kompletnie nic. W ciągu miesiąca odnotowano wprawdzie pięć przypadków zgłoszenia się rzekomych morderców, ale wszyscy okazali się psychopatami, którzy za wszelką cenę chcieli zwrócić na siebie uwagę.

Minęło dwadzieścia sześć dni od drugiego morderstwa, a oni wciąż tkwili w punkcie zerowym. Ben zdawał sobie sprawę, że w miarę upływu czasu ślady ulegają coraz większemu zatarciu. Kiedy dla prasy sprawa przestała być tematem dnia, ludzie jakby zaczęli odzyskiwać spokój. Benowi wcale się to nie podobało. Przypalając kolejnego papierosa, pomyślał, że tak właśnie wygląda cisza przed burzą. W zamyśleniu wyjrzał przez okno w chłodną, rozjaśnioną przez księżyc noc.

*

Doug’s znajdował się zaledwie osiem kilometrów od mieszkania Bena. Ten niewielki klub kończył właśnie swoją działalność. Światła w pomieszczeniach były już wygaszone, muzycy opuścili lokal, a w powietrzu unosił się zapach rozlanego alkoholu. Francie Bowers wyszła tylnym wyjściem, narzucając na siebie sweter. Bardzo bolały ją nogi. Chociaż przed wyjściem zmieniła obuwie na wygodne tenisówki, po sześciu godzinach chodzenia na wysokich obcasach zupełnie nie czuła palców u stóp. Jednak sute napiwki pozwalały zapomnieć o bólu. Praca kelnerki roznoszącej drinki wymagała ustawicznego ruchu, lecz jeśli dziewczyna miała zgrabne nogi, a tak właśnie było w jej przypadku, zawsze otrzymywała hojne napiwki.

Jeszcze kilka nocy takich jak ta, pomyślała Francie, i w końcu może będzie w stanie zapłacić za małego volkswagena, o którym bezustannie marzyła. Nigdy więcej udręki związanej z jazdą autobusem. Tak właśnie wyobrażała sobie szczęście. Ostry ból w podbiciu stopy sprowadził ją na ziemię. Krzywiąc się, spojrzała na boczną uliczkę. Gdyby w nią skręciła, mogłaby zaoszczędzić jakieś sześćset metrów. Ale uliczka była zupełnie ciemna. Kolejne dwa kroki przy świetle ulicznych lamp i w końcu się poddała. Ciemno czy nie, nie zrobi nawet kroku więcej niż to konieczne.

Długo czekał. Był jednak pewien: Głos powiedział mu, że spotka jedną z zagubionych dusz. Szła szybko, tak jakby nie mogła doczekać się zbawienia. Od wielu dni modlił się za nią, za oczyszczenie jej duszy. Teraz nadszedł właśnie dzień wybaczenia. On odegra jedynie rolę instrumentu. Poczuł zamęt w głowie i wrzenie powoli ogarnęło jego ciało. Spłynęła na niego Moc. Stojąc w ukryciu, modlił się, aby dziewczyna się zbliżyła.

Działał bardzo sprawnie. Kiedy zarzucił humerał na jej szyję, miała tylko chwilę na złapanie oddechu – szarfa zacisnęła się, z ust dziewczyny wydobył się słaby krzyk, po czym dopływ powietrza został odcięty. Śmiertelnie przerażona, upuściła na ziemię płócienną torbę i obiema rękami usiłowała się bronić.

Czasami, kiedy czuł w sobie wielką Moc, dzieło dokonywało się szybko. Tym razem jednak nie poszło mu tak łatwo. Jakieś straszliwe zło tkwiące w tej dziewczynie stawiało zacięty opór. Chwyciła za humerał, usiłowała rozerwać dłonie w rękawiczkach, zaciskające się na jej szyi. Kiedy zaczęła się szarpać, uniósł ją do góry, lecz wciąż nie dawała za wygraną. Kopiące bezładnie nogi trafiły w leżącą na ziemi pustą puszkę, która potoczyła się z brzękiem. Potworny hałas echem odbił się w jego głowie, sprawiając mu dotkliwy ból.

Po chwili jednak dziewczyna się uspokoiła, a łzy na jego twarzy osuszył jesienny wiatr. Delikatnie ułożył ją na betonie i wypowiadając starą formułę rozgrzeszenia, przypiął do jej swetra kartkę. Odchodząc, pobłogosławił leżące nieruchomo ciało.

Teraz już była spokojna. On również.

*

– Chyba nie chcesz nas pozabijać. – Ton głosu Eda był obojętny, podczas gdy prowadzony przez Bena mustang wziął zakręt z prędkością ponad osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. – Ona i tak już nie żyje.

Ben zjechał w dół, po czym skręcił w prawo.

– To przecież ty wykończyłeś ostatni samochód. Mój ostatni samochód – dodał z odrobiną złośliwości. – Miał na liczniku zaledwie sto dwadzieścia tysięcy kilometrów.

– To był szaleńczy pościg – zamruczał Ed. Mustang siadał przy każdym wstrząsie, przypominając Benowi, że powinien sprawdzić resory. – Ale ty jakoś żyjesz.

– A siniaki i stłuczenia? – Ben wrzucił trójkę, przejeżdżając szybko na żółtym świetle. – Było ich całe mnóstwo.

Ed uśmiechnął się na wspomnienie słynnego pościgu. – No, ale ich dostaliśmy!

– Byli nieprzytomni. – Ben z piskiem opon zatrzymał samochód i wrzucił kluczyki do kieszeni. – A mnie kosztowało to pięć szwów na ręku.

– Złóż skargę. – Ed, ziewając, wygramolił się z samochodu i stanął tuż obok na chodniku.

Świtało. Przejmujący poranny chłód sprawiał, że każdy oddech natychmiast zamieniał się w obłoczek pary. Pomimo to na miejscu zdążył się już zgromadzić niezły tłumek żądnych sensacji ludzi. Otulając się szczelnie płaszczem i marząc o odrobinie gorącej kawy, Ben przeszedł przez szpaler gapiów w stronę zablokowanej przez policję alei.

– Szczwany lis. – Ben, kiwnąwszy głową policyjnemu reporterowi, spojrzał na trzecią już z kolei ofiarę.

Jej wiek określiłby na jakieś dwadzieścia sześć do dwudziestu ośmiu lat. Miała na sobie sweter z marnej włóczki i tenisówki o niemal zdartych podeszwach. Nosiła długie, pozłacane kolczyki. Ben pomyślał, że jej mocny makijaż zupełnie nie pasuje do swetra z domu towarowego i taniutkich sztruksów.

Zająwszy ręce drugim już dziś papierosem, słuchał raportu umundurowanego policjanta stojącego obok.

– Znalazł ją włóczęga. Trzymamy go w samochodzie policyjnym, aż dojdzie do siebie. Wygląda na to, że grzebał w śmieciach i wtedy się na nią natknął. Był tak przerażony, że kiedy wybiegł z alei, o mało co nie wpadł mi pod koła.

Ben skrzywił się, kiedy ujrzał przypiętą do swetra ofiary kartkę ze starannie wypisanymi słowami. Ogarnęła go wściekłość, ale po chwili był już jak zwykle opanowany.

Ed schylił się i podniósł płócienną torbę, którą upuściła zamordowana dziewczyna. Z jej wnętrza wysypała się garść żetonów na autobus. Zapowiadał się długi dzień.

*

Sześć godzin później wchodzili na teren posterunku. Wydział zabójstw nie sprawiał zbyt ponurego wrażenia. Daleko mu jednak było do schludności posterunków na peryferiach miasta. Dwa lata temu pomalowano ściany na, jak to określił Ben, typowy dla czynszówek beżowy kolor; kafelki na podłodze latem były niezmiennie wilgotne, a zimą przeraźliwie lodowate. W pokojach natomiast, bez względu na to, jak bardzo się starały służby porządkowe, unosił się wciąż ten sam nieprzyjemny zapach dymu, fusów od kawy oraz świeżego potu. Wiosną wydział otrzymał nawet do dyspozycji pewną kwotę na zakup kwiatów na parapety okienne. I chociaż jak dotąd rośliny jeszcze nie pousychały, nie można było jednak powiedzieć, aby zbyt bujnie się rozrastały.

Ben skinął głową, przechodząc obok biurka Lou Rodericka zajętego właśnie pisaniem na maszynie służbowego raportu. Lou był wyjątkowo solidnym policjantem, do swoich obowiązków podchodził niczym księgowy sporządzający bilans przedsiębiorstwa.

– Harris chce cię widzieć – rzucił Lou, nie podnosząc głowy znad maszyny. W jego głosie zabrzmiało coś w rodzaju współczucia. – Dopiero co wrócił ze spotkania z burmistrzem. Lowenstein ma pewnie dla ciebie wiadomość.

– Dzięki. – Ben zerknął na snickersa leżącego na biurku. – Hej, Lou...

– Nie waż się! – Roderick, nie zwalniając nawet na chwilę, dalej pisał swój raport.

– Ładny przyjaciel – mruknął Ben i wolnym krokiem ruszył w kierunku Lowenstein.

Ta dziewczyna w niczym nie przypomina Rodericka, pomyślał. Widać, że nie jest entuzjastką pracy biurowej. Patrolowanie ulic z pewnością bardziej jej odpowiada niż pisanie na maszynie. Ben cenił solidność Lou, ale gdyby potrzebował pomocy, bez wahania wybrałby Lowenstein, której doskonale skrojone kostiumy i gustowne suknie znakomicie eksponowały najzgrabniejsze w departamencie nogi.

Zanim usiadł na rogu jej biurka, obrzucił nogi dziewczyny szybkim spojrzeniem. Jaka szkoda, że jest mężatką, pomyślał. Zerkając od niechcenia w jej papiery, czekał, aż skończy rozmawiać przez telefon.

– Jak leci, Lowenstein?

– Nawaliła mi w domu kanalizacja, a hydraulik żąda trzech stów; na szczęście mój mąż się tym zajmie. – Wkręciła papier do maszyny. – I w ten sposób będzie nas to kosztowało dwa razy więcej. A co u ciebie? – Trzepnęła go po ręce sięgającej po pepsi. – Masz coś nowego w sprawie Księdza?

– Następne zwłoki. – Jeśli nawet w jego głosie pojawiła się nuta goryczy, trudno było ją zauważyć. – Znasz Doug’sa?

– Nie prowadzę tak światowego życia jak ty, Paris.

Burknął coś gniewnie, po czym podniósł duży pojemnik na ołówki.

– Pracowała tam jako kelnerka. Miała dwadzieścia siedem lat.

– Nie ma sensu, abyś wszystko brał tak do siebie – powiedziała cicho, po czym spojrzawszy na jego twarz, bez słowa podała mu pepsi. – Harris chce widzieć ciebie i Eda.

– Tak, wiem. – Głośno przełknął, czekając, aż cukier i kofeina dotrą do żołądka. – Masz dla mnie jakieś wiadomości?

– A tak. – Na jej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. Przejrzała papiery i wreszcie znalazła. – Dzwoniła Bunny. – Widząc, że nie reaguje, spojrzała na niego z ukosa i wręczyła mu kartkę. – Chce wiedzieć, o której po nią przyjedziesz. Wiesz, Paris, ona ma całkiem sympatyczny głos.

Wsunął kartkę do kieszeni i uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Ona jest w ogóle całkiem sympatyczna, Lowenstein. Ale rzuciłbym ją w każdej chwili, gdybyś tylko zechciała zdradzić swego męża.

Kiedy odszedł, zabierając ze sobą pepsi, roześmiała się i powróciła do wypełniania formularza.

– Co oni robią z moim mieszkaniem! – Ed rzucił słuchawką i wraz z Benem ruszył w stronę biura Harrisa. – Pięćdziesiąt tysięcy! Chryste!

– Wymieniają rury kanalizacyjne. – Ben wysączył resztę pepsi i rzucił puszkę do kosza.

– Tak. Czy tam, gdzie mieszkasz, jest coś wolnego do wynajęcia?

– U nas nikt się nie wyprowadza, chyba że na tamten świat.

Poprzez szerokie, przeszklone drzwi biura Harrisa ujrzeli szefa stojącego przy biurku i rozmawiającego przez telefon. Zupełnie dobrze się trzymał, jak na swoje pięćdziesiąt siedem lat, w tym ostatnie dziesięć spędzone za biurkiem. Miał zbyt dużo silnej woli, aby pozwolić sobie na tycie. Jego pierwsze małżeństwo umarło śmiercią naturalną z powodu jego pracy, drugie z powodu picia. W końcu Harris zrezygnował i z alkoholu, i z małżeństwa. Teraz praca była dla niego wszystkim. Policjanci z jego departamentu nie przepadali za nim, ale niewątpliwie darzyli go szacunkiem. Harrisowi nawet to odpowiadało.

Podniósłszy wzrok, skinął na Bena i Eda, by weszli.

– Przed piątą chcę mieć raport z laboratorium. Jeśli na jej swetrze znajdą fragmenty jakichś nitek, chcę wiedzieć, skąd one pochodzą. Róbcie swoje i dajcie mi coś, nad czym sam będę mógł popracować. – Odłożywszy słuchawkę, podszedł do podgrzewacza i nalał sobie kawy. Po pięciu latach wciąż miał nadzieję, że kawa okaże się jednak whisky. – Co wiecie o Francie Bowers?

– Prawie rok pracowała U Doug’sa jako kelnerka. Do Waszyngtonu przeniosła się z Wirginii w listopadzie ubiegłego roku. Mieszkała sama w North West. – Ed otworzył notes. – Dwukrotnie zamężna. Żaden z tych związków nie trwał jednak dłużej niż rok. Sprawdzamy jej obydwu eksmężów. Pracowała w nocy, spała w ciągu dnia, tak więc sąsiedzi niewiele o niej wiedzą. Wyszła z pracy o pierwszej. Wszystko wskazuje na to, że szła aleją w kierunku przystanku autobusowego. Nie miała samochodu.

– Nikt nic nie słyszał – dodał Ben – ani nic nie widział.

– Popytajcie jeszcze raz – powiedział Harris. – Musicie kogoś znaleźć. Jest coś nowego o numerze pierwszym?

Ben bardzo nie lubił, kiedy numerowano ofiary przestępstwa. Wsunął ręce do kieszeni.

– Chłopak Carli Johnson jest w Los Angeles. Dostał jakąś małą rólkę w operze mydlanej. Jest czysty. Zdaje się, że dziewczyna pokłóciła się z jakimś innym facetem na dzień przed zabójstwem. Świadkowie twierdzą, że była niezła awantura.

– Potwierdził to – ciągnął Ed. – Wygląda na to, że spotkali się kilkakrotnie, ale ona nie chciała dłużej tego ciągnąć.

– Ma alibi?

– Twierdzi, że się upił i poderwał dziewczynę z pierwszego roku studiów.

Wzruszywszy ramionami, Ben usiadł na oparciu krzesła.

– Są zaręczeni. Możemy go tu znowu ściągnąć, lecz, prawdę mówiąc, nikt z nas nie wierzy, aby miał z tym coś wspólnego. Nie ma żadnych powiązań ani z Clayton, ani z Bowers. Chłopak pochodzi z zamożnej rodziny. Studiuje. Ed bardziej wygląda na psychicznego niż ten studencik.

– Dzięki, partnerze.

– No cóż, sprawdźcie go jeszcze raz. Jak się nazywa?

– Robert Lawrence Dors. Jeździ hondą civic i nosi koszulki polo. – Ben wyciągnął papierosa. – Białe mokasyny bez skarpetek.

– Roderick go sprowadzi.

– Chwileczkę...

– Wyznaczam specjalną ekipę do tej sprawy – powiedział Harris, przerywając Benowi. Nalał kolejną filiżankę kawy. – Roderick, Lowenstein i Bigsby będą z tobą pracować. Chcę mieć tego drania, zanim znowu zabije. – Jego głos cały czas był łagodny, wyważony, lecz jednocześnie kategoryczny. – Czy są jakieś pytania?

Ben podszedł do okna. Traktował tę sprawę jak coś bardzo osobistego.

– Nie, wszyscy chcemy go dostać.

– Włączając nawet samego burmistrza – dodał Harris z odrobiną sarkazmu. – On chce przekazać prasie coś konkretnego najpóźniej pod koniec tygodnia. Odwołamy się do psychiatry, niech nakreśli nam sylwetkę mordercy.

– Psychiatry? – Ben, rechocząc, odwrócił się w stronę Harrisa. – Ależ szefie!

Ponieważ Harris też nie był tym zachwycony, jego głos stał się demonstracyjnie lodowaty.

– Doktor Court zgodziła się z nami współpracować na prośbę burmistrza. Nie wiemy, jak morderca wygląda, może więc dobrze byłoby przynajmniej dowiedzieć się czegoś o jego psychice. Dlatego – dodał, wymownie spojrzawszy na obydwu policjantów – zamierzam popatrzeć w kryształową kulę. Przekonamy się, czy uda się coś z niej wyczytać. Bądźcie tu o czwartej.

Ben już zamierzał otworzyć usta, ale w ostatniej chwili powstrzymał się, widząc ostrzegawcze spojrzenie Eda. Po chwili obydwaj wyszli z gabinetu szefa.

– Może powinniśmy sprowadzić medium – zamruczał Ben.

– Ciasnomózgowiec.

– Realista.

– Psychika ludzka to fascynująca zagadka.

– Znowu się dokształcałeś.

– Jedynie ten, kto stara się zrozumieć, może pojąć to, co niepojęte dla laika.

Ben westchnął i wysiadając z samochodu, rzucił papierosa na ziemię.

– Cholera.

– Cholera – mruknęła Tess, wyjrzawszy przez okno w biurze. W tej chwili nie miała absolutnie ochoty na dwie rzeczy: na stanie w korkach i na włączenie się w sprawę zabójstw, które jak zaraza nawiedziły miasto. Musiała jednak zrobić tę pierwszą, ponieważ burmistrz oraz jej dziadek zmuszali ją do zrobienia tej drugiej.

Bagaż obowiązków, które wzięła na siebie, i tak dostatecznie już ją przytłaczał. Mogła więc grzecznie odmówić burmistrzowi, wypowiadając przy tym kilka zdawkowych słów usprawiedliwienia. Jednak z dziadkiem nie poszłoby tak łatwo. Rozmawiając z nim, nigdy nie czuła się doktor Teresą Court. Już po pięciu minutach przestawała być słusznego wzrostu kobietą posiadającą stopień naukowy. Znowu stawała się chudą dwunastolatką zdominowaną przez mężczyznę, którego kochała najbardziej na świecie. To dzięki niemu przecież zdobyła ten dyplom. Dzięki jego zaufaniu, jego poparciu oraz niesamowitej w nią wierze. Jak mogłaby odmówić, kiedy prosił ją, aby wykorzystała swoje zdolności? Jednakże praca zajmowała jej już prawie dziesięć godzin dziennie. Może najwyższa pora, aby przestała być uparta i zatrudniła w końcu kogoś do pomocy.

Tess rozejrzała się po pomalowanym na pastelowo wnętrzu biura ze starannie dobranymi antykami i obrazami. To wszystko należało do niej, każda najdrobniejsza nawet rzecz. Spojrzała na wysoką dębową starą szafę na dokumenty, które wypełniały ją po brzegi. Za rok stuknie jej trzydziestka, miała doświadczenie, własne biurko i własne sprawy. I to jej odpowiadało.

Wyciągnęła z szafy obszyty norką płaszcz przeciwdeszczowy i szybko go włożyła. A może, może jednak mogłaby pomóc policji znaleźć tego mężczyznę, który od pewnego czasu codziennie pojawiał się na pierwszych stronach gazet, i przeszkodzić w ten sposób w popełnieniu dalszych morderstw. Jednocześnie ten psychopata otrzymałby pomoc, jakiej z pewnością potrzebował.

Wzięła torebkę oraz aktówkę wypełnioną dokumentami; miała zamiar przejrzeć je dzisiejszego wieczoru.

– Kate. – Wchodząc do sekretariatu, Tess postawiła kołnierz płaszcza. – Jadę do biura kapitana Harrisa. Nie ma mnie dla nikogo, chyba że byłoby to coś naprawdę ważnego.

– Powinna pani wziąć coś na głowę – odpowiedziała sekretarka.

– Mam w samochodzie. Do jutra.

– Proszę jechać ostrożnie.

Myśląc już zupełnie o czymś innym, przeszła przez drzwi, szukając kluczyków do samochodu. Może w drodze do domu kupi coś chińskiego na wynos i spokojnie zje kolację, zanim...

– Tess!

Jeszcze jeden krok i byłaby w windzie. Klnąc w duchu, Tess odwróciła się z wymuszonym uśmiechem.

– Frank. – Przez blisko dziesięć dni udawało się jej go unikać.

– Trudno cię złapać.

Szybko ruszył w jej stronę. Nienaganny. Właśnie to słowo zawsze przychodziło jej do głowy, ilekroć widziała doktora F.R. Fullera. Prawdziwa nuda. Perłowoszary garnitur Brooks Brothers, krawat w paski w tym samym odcieniu, koszula od Arrowa w kolorze delikatnego różu, a włosy obcięte niezmiennie w ten sam sposób.

Bardzo się starała, by uśmiech nie zniknął jej z twarzy. To nie była wina Franka, że nie mogła go polubić.

– Byłam zajęta.

– Wiesz, co mówi się o każdej pracy, Tess.

Zacisnęła zęby, powstrzymując się od pytania: „Nie wiem, a co się mówi?”. Zaśmiałby się i powiedział coś banalnego. Nacisnęła guzik ze strzałką w dół, modląc się, aby winda szybko przyjechała.

– Wcześnie dziś wychodzisz.

– Mam spotkanie poza biurem. – Celowo spojrzała na zegarek. Miała jeszcze czas. – Jestem już trochę spóźniona – skłamała, nie czując żadnych wyrzutów sumienia.

– Próbowałem się z tobą spotkać. – Pochylił się nad nią, opierając dłoń o ścianę.

Było coś w jego zachowaniu, co budziło w niej odrazę.

– Nie sądzisz, że to dziwne, skoro nasze biura znajdują się tuż obok siebie?

Gdzie, do diabła, podziała się ta winda?

– Frank, chyba nie muszę ci tłumaczyć, co znaczą obowiązki?

– Oczywiście, że nie – powiedział, uśmiechając się szeroko. Tess zastanawiała się, czy on zdaje sobie sprawę, że zapach jego wody kolońskiej przyprawia ją o mdłości. – Ale od czasu do czasu wszystkim potrzeba trochę relaksu, czyż nie, pani doktor?

– Powiedzmy.

– Mam na jutrzejszy wieczór bilety do Centrum Kennedy’ego, na sztukę Noela Cowarda. Może razem byśmy się zrelaksowali?

Niedawno, kiedy po raz pierwszy przystała na jego propozycję, omal nie zdarł z niej ubrania, ledwo udało się jej uciec. A co gorsza, zanim doszło do szarpaniny, przez bite trzy godziny śmiertelnie się z nim nudziła.

– To miło, że pomyślałeś o mnie, Frank. – Znów bez wahania skłamała. – Lecz niestety jutrzejszy wieczór mam już zajęty.

– A może byśmy...

Drzwi windy otworzyły się wreszcie.

– O Boże, ale jestem spóźniona. – Przesyłając mu promienny uśmiech, weszła do środka. – Nie przepracowuj się aż tak bardzo, Frank. Wiesz, że to niezdrowo.

Lejący bez przerwy deszcz oraz uliczne korki sprawiły, że dotarcie na posterunek policji trwało wyjątkowo długo. To dziwne, ale mimo tych wszystkich przeciwności Tess ani na chwilę nie traciła dobrego humoru. Może dlatego, że tak sprytnie udało się jej uciec przed Frankiem. Myślała o tym, że gdyby miała wystarczająco dużo odwagi, powiedziałaby mu wprost, że jest nudny, i uwolniłaby się od niego raz na zawsze.

Założyła filcowy kapelusz i schowała pod nim włosy. Spojrzała w lusterko i zmarszczyła nos. Nie ma sensu robić w tej chwili jakichkolwiek poprawek. Deszcz i tak wszystko zniszczy. Po przybyciu na miejsce znajdzie damską toaletę, gdzie zrobi sobie przyzwoity makijaż. Na razie musi wyglądać jak zmokła kura.

Gwałtownym ruchem jedną ręką otworzyła drzwi samochodu, drugą przytrzymując kapelusz. Biegiem ruszyła w stronę budynku.

– Spójrz tylko! – Ben zatrzymał partnera na schodach prowadzących do głównego biura. Nie zwracając uwagi na deszcz, gapili się, jak Tess przeskakuje przez kałuże.

– Niezłe nogi – skomentował Ed. – Cholera. Lepsze nawet niż Lowenstein.

– Może – powiedział Ben i dodał po chwili: – Niewiele widać w tym deszczu.

Wciąż biegnąc, z głową nisko pochyloną, Tess pokonała schody i zderzyła się z Benem. Usłyszał, jak zaklęła, zanim chwycił ją za ramiona i odsunął od siebie na tyle, aby spojrzeć jej w twarz.

Warto było zmoknąć. Rzeczywiście miała klasę. Nawet w strugach deszczu nie można było tego nie dostrzec. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe upodabniały jej twarz do twarzy kobiet wikingów. Usta, miękkie i wilgotne, przyprawiały o zawrót głowy, a skóra zachwycała bladością zabarwioną lekkim odcieniem różu. Ben już miał się odezwać, ale zmroziły go jej oczy; duże, chłodne i jakby trochę zakłopotane, a do tego w kolorze fiołków. Zawsze mu się zdawało. że ten właśnie kolor zarezerwowany jest wyłącznie dla Elizabeth Taylor i... polnych kwiatów.

– Przepraszam – powiedziała wreszcie Tess, z trudem łapiąc oddech. – Nie widziałam pana.

– Nic się nie stało. – Nie mógł oderwać od niej wzroku, lecz w końcu jakoś się opanował. Miał opinię wielkiego znawcy kobiet. Może nieco przesadzoną, ale coś jednak w tym było. – Biorąc pod uwagę szybkość, z jaką pani biegła, wcale mnie to nie dziwi. – Co to za frajda trzymać ją w ramionach i obserwować, jak krople deszczu zatrzymują się na jej rzęsach. – Mógłbym wpakować panią do ciupy... za atak na funkcjonariusza.

– Pani moknie – mruknął Ed.

Dopiero wtedy Tess uświadomiła sobie, że znalazła się w ramionach mężczyzny, który patrzył na nią jak na jakieś nieziemskie zjawisko. Rozejrzała się dookoła. Spostrzegła przemokniętego do suchej nitki olbrzyma ze śmiejącymi się niebieskimi oczami oraz szopą ociekających wodą rudych włosów. Czy to na pewno posterunek policji, pomyślała, a może to tylko sen?

Ben jedną ręką otwierał drzwi, a drugą wciąż trzymał na ramieniu dziewczyny. Wpuścił ją do środka, lecz wcale nie zamierzał się z nią rozstać. Jeszcze nie teraz.

Kiedy już znaleźli się wewnątrz, Tess ponownie spojrzała na Eda, jakby upewniając się, że naprawdę istnieje, i odwróciła się do Bena. Ten też był prawdziwy. I wciąż trzymał ją za ramię. Rozbawiona, uniosła brew.

– Komisarzu, ostrzegam pana. Jeśli mnie pan zamknie za napaść, ja oskarżę policję o brutalność.

Kiedy uśmiechnął się, poczuła coś w rodzaju satysfakcji: jak przypuszczała, nie był tak groźny.

– A teraz, jeśli mi pan wybaczy...

– Zapomnijmy o pretensjach. – Ben wciąż trzymał rękę na jej ramieniu. – Jeśli potrzebuje pani potwierdzenia na piśmie...

– Panie sierżancie...

– Detektyw Ben, do usług – poprawił.

– A więc, panie detektywie. Mogłabym złapać się na to kiedy indziej, ale teraz bardzo się spieszę. Jeśli chce mi pan pomóc...

– Jestem urzędnikiem państwowym.

– A więc może puści pan moje ramię i poinformuje mnie, gdzie mogę znaleźć kapitana Harrisa.

– Kapitana Harrisa? Z wydziału zabójstw?

Zauważyła zdziwienie, niedowierzanie i nagle poczuła, jak uścisk słabnie. Schyliła głowę i zdjęła kapelusz. Blond włosy opadły na jej ramiona.

– Zgadza się.

Ben zaintrygowany spojrzał na nią i na kaskadę włosów. Coś tu nie grało.

– Doktor Court?

Niełatwo jest połączyć wdzięk z cynizmem i opryskliwością. Ale jakoś nie miała z tym problemu.

– Znowu pan trafił w dziesiątkę.

– Czyżby pani była tym specjalistą od czubków?

– Czyżby pan był tym gliniarzem? – odpowiedziała mu pytaniem na pytanie.

Ta wymiana uszczypliwości zapewne jeszcze by trwała, gdyby Ed nie wybuchnął śmiechem.

– Koniec pierwszej rundy! – powiedział. – Biuro Harrisa to miejsce neutralne. – Ujął ramię Tess i pokazał jej drogę.

1 Humerał – w liturgii rzymskiej biała lniana chusta (niekiedy z kapturem), okrywająca szyję i ramiona księdza, wkładana pod albę.

Rozdział 2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.