Spokojna przystań. Saga rodu Quinnów. Tom 3 - Nora Roberts - ebook + audiobook

Spokojna przystań. Saga rodu Quinnów. Tom 3 ebook i audiobook

Nora Roberts

4,7

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Trzecia część wzruszającej „Sagi rodu Quinnów”, autorstwa niekwestionowanej królowej romansów – Nory Roberts.

Przed laty Raymond i Stella Quinnowie adoptowali trzech dorastających chłopców, którzy jako mężczyźni nadal borykają się ze wspomnieniami bolesnej przeszłości. Wszyscy mają za sobą trudne dzieciństwo w biedzie i upokorzeniu. Krótko przed śmiercią Ray przygarnął też Setha i zobowiązał starsze rodzeństwo do opieki nad najmłodszym z synów.

Philip – trzeci z braci Quinnów – prowadzi wygodne i dostatnie życie, pracuje w agencji reklamowej i pomaga w rodzinnej firmie. Żyje intensywnie i pracuje intensywnie. Ale teraz nadchodzi jego kolej, by zająć się nieufnym Sethem. Kiedy poznaje Sybill, nawet nie podejrzewa, jak wielkie zmiany kobieta wprowadzi w jego życie... I jak bardzo zmieni obraz przeszłości.

Uwielbiana przez polskie czytelniczki Nora Roberts to autorka ponad dwustu powieści, nieodmiennie zajmujących pierwsze miejsce na listach bestsellerów „New York Timesa”, sprzedanych w ponad pięciuset milionach egzemplarzy.

Nora Roberts należy obecnie do najpopularniejszych powieściopisarek". Washington Post Book World

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 23 min

Lektor: Dorota Landowska

Oceny
4,7 (136 ocen)
104
26
5
1
0
Sortuj według:
Karina94_11

Nie oderwiesz się od lektury

polecam 😍
00
Jasia52

Nie oderwiesz się od lektury

cuudna.
00
Lussi50

Nie oderwiesz się od lektury

doskonałą ala trylogia opowiadająca o zmaganiach się z życiem walka o mość i wspaniały charakterach bohaterów
00
Elona

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka
00
huma22

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna ♥️
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: Inner Har­bor

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Maria Grab­ska-Ryń­ska Korekta: Iwona Wyrwisz, Ewa Gra­bow­ska

Copy­ri­ght © 1999 by Nora Roberts Polish edi­tion © Publi­cat S.A. MMXIII

ISBN 978-83-828-9761-6 War­szawa 2022

Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­[email protected]­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Przedmowa

Drogi czy­tel­niku,

Dom dla każ­dego czło­wieka ozna­cza coś innego, a jego stwo­rze­nie bywa zarówno wyzwa­niem, jak i rado­ścią. Szczę­ścia­rze cie­pło wspo­mi­nają miej­sce, w któ­rym dora­stali, tra­dy­cje, wśród któ­rych przy­szło im się wycho­wy­wać. Spo­kojna przy­stań opo­wiada o zna­le­zie­niu takiego domu, stwo­rze­niu go i zacho­wa­niu.

Ray i Stella Quin­no­wie dali Phi­li­powi drugą szansę w życiu. Ni­gdy nie zapo­mniał tego, co dla niego zro­bili. Razem z braćmi – Came­ro­nem, Etha­nem, a teraz także i Sethem – stara się dotrzy­mać słowa danego uko­cha­nemu ojcu i robi wszystko, by ich dom dalej ist­niał. Być może wolał życie w Bal­ti­more, muzea, restau­ra­cje, tłumy ludzi, jed­nakże speł­nił obiet­nicę, cho­ciaż ozna­czało to dla niego dzie­le­nie czasu pomię­dzy mia­sto a wybrzeże, na któ­rym w pocie czoła męczył się nad kadłu­bem powsta­ją­cej łodzi i zada­niami domo­wymi dzie­się­cio­latka.

Ray pra­gnął stwo­rzyć dom dla swo­ich synów. Żeby dotrzy­mać danego mu słowa i zacho­wać rodzinę, Phi­lip musi zaak­cep­to­wać chłopca, któ­rego ojciec wpro­wa­dził do ich życia… oraz zmie­rzyć się z piękną kobietą, któ­rej sekrety doty­czą także Quin­nów – kobietą, która potrze­buje zarówno jego zaufa­nia, jak i serca.

Żeby oczy­ścić imię ojca i wypeł­nić świętą przy­sięgę, bra­cia Quinn muszą utwo­rzyć zgrany zespół. Rodzinę ukształ­to­waną przez zrzą­dze­nie losu oraz wspa­nia­ło­myślne serca pary wyjąt­ko­wych ludzi.

Nora Roberts

Prolog

Phi­lip Quinn umarł w wieku trzy­na­stu lat. Ponie­waż jed­nak prze­pra­co­wany i kiep­sko opła­cany per­so­nel szpi­tala miej­skiego w Bal­ti­more przy­wró­cił go do życia w ciągu nie­ca­łych dzie­więć­dzie­się­ciu sekund, nie­zbyt długo prze­by­wał po stro­nie śmierci.

Dla niego było to jed­nak wystar­cza­jąco długo.

Zabiły go dwie kule kali­bru 6,35 mm wystrze­lone z taniego pisto­letu przez spusz­czoną szybę kra­dzio­nej toyoty celiki. Palec, który pocią­gnął za spust, nale­żał do przy­ja­ciela – czy raczej kogoś naj­bar­dziej zbli­żo­nego do przy­ja­ciela, jakiego trzy­na­sto­letni zło­dzie­ja­szek może sobie zna­leźć na uli­cach nie­bez­piecz­nych dziel­nic Bal­ti­more.

Kula o włos omi­nęła serce. Dopiero w póź­niej­szych latach Phi­lip uznał to za szczę­śliwe zrzą­dze­nie losu.

To młode, silne, choć już zgorzk­niałe serce na­dal biło, zale­wa­jąc krwią zużyte pre­zer­wa­tywy i fiolki po cracku, gdy chło­pak leżał w śmier­dzą­cym rynsz­toku na rogu ulic Fay­ette i Paca. Ból był tak przej­mu­jący, jakby ktoś wbi­jał mu w klatkę pier­siową ostre, palące sople, a mimo to nie prze­niósł go w kojącą nie­świa­do­mość. Był przy­tomny, sły­szał krzyki innych ofiar, być może prze­chod­niów, pisk hamul­ców, war­kot sil­ni­ków i swój wła­sny gorącz­kowy, poszar­pany oddech.

Wła­śnie upłyn­nił tro­chę elek­tro­niki, którą zwi­nął z trzy­pię­tro­wego bloku cztery ulice dalej. Miał w kie­szeni dwie­ście pięć­dzie­siąt dolców i zado­wo­lony zamie­rzał kupić za dzie­sią­taka wore­czek mary­chy, żeby prze­trwać jakoś noc. Potrze­bo­wał pie­nię­dzy, bo dopiero co wypu­ścili go z popraw­czaka, gdzie sie­dział przez dzie­więć­dzie­siąt dni za wła­ma­nie, które nie poszło tak gładko jak to ostat­nie. Przez to wszystko stra­cił kon­takty.

I jak się oka­zało, opu­ściło go także szczę­ście.

Póź­niej przy­po­mni sobie, że cho­dziło mu po gło­wie tylko „Cho­lera, cho­lera, ale boli!”. Nie był w sta­nie myśleć o niczym innym. Wlazł im w drogę przy­pad­kiem, nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści. Te kule nie były prze­zna­czone dla niego. W ułamku sekundy, tuż zanim pisto­let wypa­lił, dostrzegł jesz­cze barwy gangu. Jego wła­snego, bo cza­sem zada­wał się z jedną z band gra­su­ją­cych po uli­cach mia­sta.

Gdyby nie to, że wła­śnie wyszedł z popraw­czaka, nie stałby w tam­tej chwili na rogu. Ktoś by go uprze­dził, że ma się trzy­mać z dala, i nie leżałby teraz na ziemi, bro­cząc krwią, wpa­tru­jąc się pustym wzro­kiem w brudny wylot rynny.

Roz­bły­sły świa­tła – nie­bie­skie, czer­wone i białe. Przez ludz­kie wrza­ski prze­bił się dźwięk syren. Gliny. Mimo otu­ma­nie­nia bólem, instynkt kazał mu ucie­kać. W wyobraźni zerwał się, młody, zwinny, sprytny, i roz­pły­nął w tłu­mie. Już od samego wysiłku, który wło­żył w tę myśl, twarz oblała mu się zim­nym potem. Poczuł dotyk ręki na ramie­niu, czy­jeś palce macały go, aż zna­la­zły ledwo wyczu­walny puls na szyi.

Ten oddy­cha. Wołaj­cie ratow­ni­ków!

Ktoś go odwró­cił. Ból był nie­wy­obra­żalny, ale nie potra­fił wydo­być z sie­bie krzyku, który roz­sa­dzał mu czaszkę. Widział pochy­lone nad sobą twa­rze, twarde spoj­rze­nie gli­nia­rza, posępną minę ratow­nika. Czer­wone, nie­bie­skie i białe świa­tła paliły go w oczy. Ktoś nie­da­leko szlo­chał gło­śno i prze­ni­kli­wie.

Nie odchodź, młody.

A niby dla­czego, miał ochotę zapy­tać. Ni­gdy nie uciek­nie na dobre tak, jak to sobie obie­cy­wał. To, co zostało z jego życia, spły­wało czer­wo­nym stru­mie­niem do kanału ście­ko­wego. Do tej pory spo­ty­kały go tylko same świń­stwa. Teraz został mu jedy­nie ból. Po cho­lerę ma się trzy­mać takiego życia?

* * *

Odszedł na moment, zapadł w stan, w któ­rym nie ma bólu, świat jest ciemny i brud­no­czer­wony. Gdzieś spoza tego świata docie­rało do niego wycie syren, ucisk na klatce pier­sio­wej, pęd mkną­cej po uli­cach karetki.

Potem znów świa­tło, tym razem jaskra­wo­białe, zaczęło palić go w zamknięte powieki. Uniósł się w powie­trze, dookoła roz­le­gły się krzyki.

Rany postrza­łowe, klatka pier­siowa. Ciśnie­nie osiem­dzie­siąt na pięć­dzie­siąt i spada. Puls słaby, przy­spie­szony. Traci i odzy­skuje świa­do­mość. Źre­nice bez zmian.

Grupa krwi i zgod­ność. Potrzebne będą zdję­cia. Na trzy. Raz, dwa, trzy.

Miał wra­że­nie, że jego ciało pod­rywa się do góry, a potem opada. Nic go to nie obcho­dziło. Nawet brudna czer­wień coraz bar­dziej sza­rzała. Ktoś wpy­chał mu do gar­dła jakąś rurę, ale nie pró­bo­wał jej wykrztu­sić. Ledwo ją czuł. Ledwo czuł cokol­wiek i dzię­ko­wał za to Bogu.

Ciśnie­nie spada. Tra­cimy go.

Już od dawna jestem stra­cony, pomy­ślał.

Przy­glą­dał się im z lek­kim zain­te­re­so­wa­niem. Sześć osób w zie­lo­nych kitlach w małym pomiesz­cze­niu, w któ­rym na stole leżał wysoki, jasno­włosy chło­pak. Wszę­dzie było pełno krwi. To moja krew, zro­zu­miał. To on leżał na tym stole z otwartą klatką pier­siową. Popa­trzył na samego sie­bie z bez­stron­nym współ­czu­ciem. Koniec bólu. Pra­wie się uśmiech­nął, taką mu to przy­nio­sło ulgę. Wzniósł się wyżej, aż szpi­talna scena skryła się za per­łową poświatą, a dźwięki stały się jedy­nie echem.

A potem roze­rwał go potworny ból, szok wstrzą­snął leżą­cym na stole cia­łem i wcią­gnęło go z powro­tem. Walka o oswo­bo­dze­nie była krótka i bez­owocna. Znów znaj­do­wał się w swo­jej fizycz­nej powłoce, znów czuł ból i znów nie miał przy­szło­ści.

Następną rze­czą, jaką zare­je­stro­wał, było otu­ma­nie­nie wywo­łane lekami. Ktoś chra­pał. W pokoju pano­wała ciem­ność, łóżko było wąskie i twarde. Świa­tło prze­świ­ty­wało przez szybę pozna­czoną śla­dami pal­ców. Sły­chać było mono­tonne pika­nie i świsz­cze­nie urzą­dzeń. Chciał uciec od tych wszyst­kich dźwię­ków. Znów zapadł się w sobie.

Przez dwa dni na prze­mian odzy­ski­wał i tra­cił przy­tom­ność. Miał szczę­ście, tak mu mówili. Śliczna pie­lę­gniarka o zmę­czo­nym wzroku i siwie­jący lekarz z wąskimi ustami. Nie­spe­cjal­nie im wie­rzył, kiedy równo co dwie godziny, jak w zegarku, wra­cał kosz­marny ból.

Gdy poja­wili się ci dwaj gli­nia­rze, był przy­tomny, a ból został przy­kryty kil­koma war­stwami mor­finy. Od razu poznał psy. Mimo wszystko nie miał aż tak przy­tę­pio­nej intu­icji, by nie zauwa­żyć cha­rak­te­ry­stycz­nego chodu, butów, oczu. Nawet nie musie­liby machać mu przed nosem iden­ty­fi­ka­to­rami.

– Macie fajki? – zapy­tał tak, jak pytał każ­dego, kto koło niego prze­cho­dził. Dia­bel­nie pra­gnął niko­tyny, cho­ciaż wąt­pił, czy byłby w sta­nie zacią­gnąć się papie­ro­sem.

– Jesteś za młody, żeby palić. – Pierw­szy z poli­cjan­tów przy­kleił do twa­rzy dobro­duszny uśmiech i usiadł z boku łóżka. Dobry glina, pomy­ślał Phi­lip ze znu­że­niem.

– Z każdą minutą robię się star­szy.

– Masz szczę­ście, że żyjesz – ode­zwał się drugi z kamienną twa­rzą i wyjął notes.

Oraz zły glina, uznał Phi­lip. Pra­wie go to roz­ba­wiło.

– Wszy­scy mi to powta­rzają. Co do cho­lery tak naprawdę się wyda­rzyło?

– Ty nam powiedz. – Zły gli­niarz zawie­sił ołó­wek nad otwar­tym notat­ni­kiem.

– Dosta­łem pie­przoną kulkę.

– Co robi­łeś na ulicy?

– Chyba wra­ca­łem do domu. – Już wcze­śniej posta­no­wił, jak to roze­gra. – Nie pamię­tam dokład­nie – dodał, zamy­ka­jąc oczy. – Byłem… w kinie? – Zro­bił z tego pyta­nie i otwo­rzył oczy. Widział, że zły gli­niarz nie kupuje jego wer­sji, ale co mogli mu zro­bić?

– Na jaki film posze­dłeś? Z kim?

– Słu­chaj­cie, nie mam poję­cia. Wszystko mi się mie­sza. W jed­nej chwili sobie sze­dłem, a w następ­nej leża­łem twa­rzą na chod­niku.

– To powiedz nam, co pamię­tasz. – Dobry glina poło­żył mu rękę na ramie­niu. – Powoli, zasta­nów się.

– To wszystko wyda­rzyło się za szybko. Sły­sza­łem strzały, to musiały być strzały. Ktoś wrzesz­czał, a potem jakby mi coś wybu­chło w klatce pier­sio­wej. – To aku­rat nie mijało się z prawdą.

– Zauwa­ży­łeś samo­chód? Tego, kto strze­lał?

Cały czas wyraź­nie widział przed oczami zarówno wóz, jak i strzelca.

– Chyba był tam samo­chód. Ciemny. Gdzieś mi mignął.

– Nale­żysz do Pło­mieni.

Phi­lip prze­niósł wzrok na złego poli­cjanta.

– Cza­sem się koło nich kręcę.

– Trzy ciała, które zgar­nę­li­śmy po strze­la­ni­nie, to człon­ko­wie gangu Dzi­kich. Nie mieli tyle szczę­ścia co ty. Ostat­nio ludzie z Pło­mieni i Dzicy nie bar­dzo się mogą doga­dać.

– Też tak sły­sza­łem.

– Dosta­łeś dwie kule, Phil. – Dobry glina przy­brał teraz zatro­skaną minę. – Dwa cen­ty­me­try w jedną czy drugą stronę i był­byś mar­twy, zanim dotknął­byś chod­nika. Wyglą­dasz na bystrego dzie­ciaka. A bystre dzie­ciaki nie robią z sie­bie kre­ty­nów, wie­rząc, że powinni zacho­wać lojal­ność wobec total­nych dup­ków.

– Nic nie widzia­łem. – To nie była lojal­ność, tylko kwe­stia prze­ży­cia. Gdyby kogoś wsy­pał, byłby mar­twy.

– Mia­łeś w port­felu ponad dwie stówy.

Phi­lip wzru­szył ramio­nami i od razu tego poża­ło­wał, bo ruch wywo­łał ból.

– Tak? No to może nawet będzie mnie stać na opła­ce­nie tego eks­klu­zyw­nego hotelu.

– Nie pyskuj, gnojku. – Zły gli­niarz pochy­lił się nad łóż­kiem. – Takich jak ty spo­ty­kam codzien­nie. Nie minie doba po wyj­ściu z popraw­czaka i lądu­je­cie zakrwa­wieni w rynsz­toku.

Phi­lip nawet nie drgnął.

– Czy to, że zosta­łem postrze­lony, w jaki­kol­wiek spo­sób naru­sza warunki mojego zwol­nie­nia?

– Skąd wzią­łeś pie­nią­dze?

– Nie pamię­tam.

– Wpa­dłeś do dziel­nicy han­dla­rzy nar­ko­ty­ków, żeby kupić działkę.

– Zna­leź­li­ście przy mnie jakieś dragi?

– Być może. Prze­cież i tak byś tego nie pamię­tał, prawda?

Punkt dla niego, pomy­ślał Phi­lip.

– Teraz cho­ler­nie by mi się przy­dały.

– Odpuść sobie. – Dobry glina prze­sta­wił stopy. – Słu­chaj, synu. Pój­dziesz na współ­pracę, to i my uczci­wie cię potrak­tu­jemy. Znasz ten sys­tem od dawna, powi­nie­neś wie­dzieć, jak działa.

– Gdyby fak­tycz­nie dzia­łał, tobym tu teraz nie leżał, no nie? Nie może­cie zro­bić mi nic, czego ktoś już wcze­śniej mi nie zro­bił. Na litość boską, prze­cież gdy­bym wie­dział, że coś się kroi, wcale by mnie tam nie było.

Nagłe zamie­sza­nie na kory­ta­rzu odwró­ciło uwagę poli­cjan­tów. Phi­lip zamknął oczy, od razu poznał roz­wście­czony głos.

Naćpana, pomy­ślał tylko. A kiedy wta­ra­ba­niła się do sali, otwo­rzył oczy i prze­ko­nał się, że się nie mylił.

Odstrze­liła się na tę wizytę. Żółte włosy przy­gła­dziła i ujarz­miła lakie­rem. Wyma­lo­wała się jak ta lala. Może i pod spodem była ładną kobietą, ale nosiła twardą, kamienną maskę. Miała nie­złe ciało, to dzięki niemu na­dal utrzy­my­wała się w swo­jej pro­fe­sji. Strip­ti­zerki, które dora­biają jako dziwki, muszą się dobrze pre­zen­to­wać. Dziś miała na sobie dżinsy oraz bluzkę z odkry­tymi ple­cami. Pode­szła do łóżka, stu­ka­jąc ośmio­cen­ty­me­tro­wymi obca­sami.

– Co ty sobie myślisz? Kto do kurwy nędzy będzie za to pła­cił?

– Cześć mamo, ja też się cie­szę, że cię widzę.

– Nie wymą­drzaj się, gnojku. Przez cie­bie gliny cią­gle mi stoją pod drzwiami. Mam tego ser­decz­nie dosyć. – Rzu­ciła krót­kie spoj­rze­nie na sie­dzą­cych po obu stro­nach łóżka męż­czyzn. Podob­nie jak jej syn, od razu roz­po­znała w nich gli­nia­rzy. – On ma już pra­wie czter­na­ście lat – poin­for­mo­wała ich kwa­śno i zwra­ca­jąc się do syna, dodała: – Koniec tego dobrego. Nie wra­casz do domu. Nie ma mowy, żeby gliny i opieka spo­łeczna wiecz­nie wisiały mi nad głową.

Ode­pchnęła pie­lę­gniarkę, która przy­bie­gła, by chwy­cić ją za rękę, a potem pochy­liła się nad łóż­kiem.

– Dla­czego do cho­lery nie mogłeś po pro­stu zdech­nąć?

– Nie wiem – odpo­wie­dział ze spo­ko­jem. – Pró­bo­wa­łem.

– Ni­gdy nie było z cie­bie żad­nego pożytku – narze­kała i syk­nęła na dobrego glinę, kiedy ją odcią­gnął. – Abso­lut­nie żad­nego pożytku. Nawet nie pró­buj do mnie wra­cać, kiedy już stąd wyj­dziesz! – krzy­czała, gdy wypro­wa­dzali ją z sali. – Skoń­czy­łam z tobą!

Phi­lip leżał i słu­chał, jak prze­klina, zło­rze­czy, domaga się doku­men­tów, po któ­rych pod­pi­sa­niu pozbę­dzie się go raz na zawsze. A potem spoj­rzał na złego gli­nia­rza.

– I pan chciał mnie prze­stra­szyć? Ja żyję z czymś takim. Nie ma nic gor­szego.

Dwa dni póź­niej do sali weszła para nie­zna­jo­mych. Męż­czy­zna był potężny, w jego sze­ro­kiej twa­rzy błysz­czały nie­bie­skie oczy. Kobieta miała burzę rudych wło­sów wymy­ka­ją­cych się z nie­dba­łego koka u nasady szyi oraz twarz pełną pie­gów. Wzięła do ręki wiszącą na łóżku kartę, przej­rzała ją i zaczęła stu­kać nią o swoją dłoń.

– Witaj, Phi­li­pie. Jestem lekarką, nazy­wam się Stella Quinn, a to mój mąż, Ray.

– No i?

Męż­czy­zna przy­su­nął sobie krze­sło i usiadł z wyraźną ulgą. Prze­chy­lił głowę i przez chwilę przy­glą­dał się Phi­li­powi.

– Wpa­ko­wa­łeś się w nie­złą kabałę, co? Chciał­byś się z niej wydo­stać?

Rozdział pierwszy

Phi­lip polu­zo­wał wind­sor­ski węzeł kra­watu od Fen­diego. Dojazd z Bal­ti­more do wschod­niego wybrzeża Mary­landu zabie­rał mu sporo czasu, zapro­gra­mo­wał więc odtwa­rzacz, bio­rąc to pod uwagę. Zaczął łagod­nie od kilku utwo­rów grupy Tom Petty and the Heart­bre­akers.

Wie­czorne czwart­kowe korki oka­zały się tak paskudne, jak się tego spo­dzie­wał. Sytu­ację pogar­szał jesz­cze sią­piący deszcz oraz gapie, któ­rzy z zafa­scy­no­wa­niem przy­glą­dali się sce­nie wypadku z udzia­łem trzech samo­cho­dów na obwod­nicy mia­sta. Kiedy wresz­cie odbił na połu­dnie trasą numer 50, nawet gorące rytmy sta­rych, dobrych Sto­ne­sów nie były w sta­nie popra­wić mu humoru.

Musiał zabrać ze sobą pracę i jakimś cudem zna­leźć w week­end czas dla Myer­stone Tire, któ­rzy zaży­czyli sobie zupeł­nie nowej kam­pa­nii rekla­mo­wej. Szczę­śliwe opony czy­nią szczę­śli­wych kie­row­ców. Gów­niany pomysł, pomy­ślał. Nikt nie jest szczę­śliwy, kiedy utknie w desz­czu w korku, bez względu na to, jaką gumę ma na kołach.

Ale wymy­śli coś, dzięki czemu klienci będą prze­ko­nani, że jazda na opo­nach Myer­stone daje im szczę­ście, bez­pie­czeń­stwo i do tego koja­rzy się sek­sow­nie. Na tym pole­gała jego praca i był w niej naprawdę dobry. Na tyle dobry, że sam zaj­mo­wał się czte­rema głów­nymi klien­tami, nad­zo­ro­wał sze­ściu pomniej­szych i ni­gdy nawet nie spo­cił się nad żad­nym zle­ce­niem w dosko­nale pro­spe­ru­ją­cej agen­cji rekla­mo­wej Inno­va­tions – fir­mie, która od swo­ich dyrek­to­rów wyma­gała stylu, entu­zja­zmu oraz kre­atyw­no­ści.

Nie pła­cili mu za to, żeby się pocił.

Co innego, kiedy był sam.

Od kilku mie­sięcy zarzy­nał się obo­wiąz­kami. Jed­nym nagłym zrzą­dze­niem losu prze­stał funk­cjo­no­wać tylko dla sie­bie i teraz zasta­na­wiał się, co się stało z jego wol­no­ścią i ela­stycz­nym, miej­skim sty­lem życia.

Śmierć ojca sześć mie­sięcy wcze­śniej wywró­ciła do góry nogami całą jego egzy­sten­cję – tę, którą Ray i Stella Quin­no­wie wypro­sto­wali sie­dem­na­ście lat temu, gdy weszli do ponu­rej szpi­tal­nej sali, dając mu wybór i szansę. Sko­rzy­stał z szansy, ponie­waż był na tyle mądry, by wie­dzieć, że nie ma żad­nego wyboru.

Powrót na ulice nie wyda­wał mu się już tak atrak­cyjny po tym, jak kule poszat­ko­wały mu klatkę pier­siową. Miesz­ka­nie z matką nie wcho­dziło w grę, nawet gdyby zmie­niła zda­nie i pozwo­liła mu wró­cić do cia­snej klitki w roz­ryw­ko­wej dziel­nicy The Block. Opieka spo­łeczna zabrała się do wni­kli­wego ana­li­zo­wa­nia jego sytu­acji, wie­dział więc, że ledwo sta­nie na nogach, już się nim zajmą.

Nie zamie­rzał wra­cać do popraw­czaka, do matki, ani rzecz jasna do rynsz­toka. Już to posta­no­wił. Potrze­bo­wał tylko czasu, żeby wymy­ślić jakiś plan.

Chwi­lowo umysł miał przy­tę­piony bar­dzo sku­tecz­nymi nar­ko­ty­kami, któ­rych nie musiał ani kupo­wać, ani kraść. Wie­dział jed­nak, że cudowne zamro­cze­nie nie będzie trwało wiecz­nie. Tak więc, nabu­zo­wany deme­ro­lem, popa­trzył z ukosa na Quin­nów i uznał, że są po pro­stu parą zwa­rio­wa­nych filan­tro­pów. Jemu to paso­wało. Chcą bawić się w dobrych sama­ry­tan i zapew­nić mu metę, póki nie doj­dzie do sie­bie? Super dla nich. No i super dla niego.

Powie­dzieli, że mają dom na wschod­nim wybrzeżu, co dzie­cia­kowi z cen­trum dużego mia­sta wyda­wało się koń­cem świata. Doszedł jed­nak do wnio­sku, że zmiana sce­ne­rii mu nie zaszko­dzi. Podobno mieli dwóch synów mniej wię­cej w jego wieku. Nie zamie­rzał się przej­mo­wać mię­cza­kami, któ­rych wycho­wali ci miło­śnicy dobrych uczyn­ków.

Oświad­czyli, że obo­wią­zują u nich pewne zasady, a prio­ry­te­tem jest szkoła. To też mu nie prze­szka­dzało. Nauka przy­cho­dziła mu z łatwo­ścią, o ile się na nią decy­do­wał.

I żad­nych nar­ko­ty­ków. Stella powie­działa to lodo­wa­tym tonem, aż musiał zmie­nić o niej zda­nie. Przy­brał aniel­ski wyraz twa­rzy i odparł grzecz­nie: „Dobrze, pro­szę pani”. Był pewien, że jeśli naj­dzie go ochota na działkę, znaj­dzie źró­dło nawet w zapy­zia­łej dziu­rze nad zatoką.

A wtedy Stella pochy­liła się nad łóż­kiem, patrząc na niego prze­bie­gle, i uśmiech­nęła się lekko.

– Masz buźkę jak z rene­san­so­wego obrazu, co nie zmie­nia faktu, że jesteś zło­dzie­jem, ban­dzio­rem i kłamcą. Pomo­żemy ci, jeśli fak­tycz­nie chcesz uzy­skać pomoc. Jed­nakże nie trak­tuj nas jak idio­tów.

Ray wybuch­nął wtedy tym swoim dud­nią­cym śmie­chem. Jed­no­cze­śnie ści­snął ramię Stelli i Phi­lipa. Phi­lip pamię­tał jego słowa: „Przy­glą­da­nie się waszym star­ciom będzie dla mnie w naj­bliż­szym cza­sie praw­dziwą gratką”.

W ciągu następ­nych dwóch tygo­dni odwie­dzali go jesz­cze kil­ka­krot­nie. Phi­lip roz­ma­wiał z nimi, roz­ma­wiał też z pra­cow­ni­kiem opieki spo­łecz­nej, któ­rego można było nabrać znacz­nie łatwiej niż Quin­nów. W końcu zabrali go ze szpi­tala do ślicz­nego, bia­łego domu nad wodą. Poznał ich synów, oce­nił sytu­ację. Kiedy się dowie­dział, że ci dwaj chłopcy, Came­ron i Ethan, zostali tak samo jak i on przy­jęci do rodziny, był już pewien, że ma do czy­nie­nia z bandą sza­leń­ców.

Posta­no­wił zacze­kać, aż nada­rzy się oka­zja. Jak na lekarkę i pro­fe­sora aka­de­mic­kiego nie zgro­ma­dzili zbyt wiele kosz­tow­no­ści, które można by łatwo pod­wę­dzić i opchnąć, przyj­rzał się jed­nak wszyst­kiemu dokład­nie i osza­co­wał, co warto zwi­nąć.

Ale zamiast ich okraść, poko­chał. Przy­jął ich nazwi­sko i spę­dził kolej­nych dzie­sięć lat w domku nad wodą.

Potem Stella zmarła i jakaś część jego świata prze­stała ist­nieć. Była dla niego taką matką, w jakich ist­nie­nie ni­gdy wcze­śniej nie wie­rzył. Opa­no­wana, silna, kocha­jąca i prze­ni­kliwa. Cier­piał po jej śmierci. Tak naprawdę była to pierw­sza wielka strata w jego życiu. Zagrze­bał część cier­pie­nia w pracy, piął się w górę na stu­diach, które miały mu zapew­nić suk­ces i ogładę. Tak zna­lazł się u dołu dra­biny awan­sów w Inno­va­tions.

Nie zamie­rzał zbyt długo zagrze­wać miej­sca na niż­szych szcze­blach.

Sta­no­wi­sko w bal­ti­mor­skiej fir­mie było jego małym oso­bi­stym trium­fem. Wra­cał do mia­sta, w któ­rym spo­tkało go tyle nie­szczęść, ale teraz przy­by­wał tu jako yup­pie. Widząc męż­czy­znę w szy­tym na miarę gar­ni­tu­rze, nikt nie pomy­ślałby, że kie­dyś był drob­nym zło­dzie­jasz­kiem, przez pewien czas dile­rem, a spo­ra­dycz­nie także męską pro­sty­tutką.

Wszystko, co osią­gnął w ciągu ostat­nich sie­dem­na­stu lat, zawdzię­czał chwili, w któ­rej Ray i Stella Quin­no­wie weszli do szpi­tal­nej sali.

Ale Ray nagle zmarł, zosta­wia­jąc za sobą cie­nie, które trzeba było dopiero roz­ja­śnić świa­tłem. Męż­czy­zna, któ­rego Phi­lip poko­chał tak, jak tylko syn może kochać ojca, stra­cił życie w biały dzień na spo­koj­nym odcinku drogi, kiedy auto, które pro­wa­dził, zde­rzyło się przy dużej pręd­ko­ści ze słu­pem tele­fo­nicz­nym.

I znów szpi­talna sala. Tym razem to Wielki Quinn leżał na łóżku, pod­łą­czony do pika­ją­cej apa­ra­tury. Phi­lip i jego bra­cia obie­cali ojcu, że zaopie­kują się ostat­nim przy­gar­nię­tym przez niego zabłą­ka­nym chłop­cem.

Chło­piec ten krył w sobie tajem­nicę i patrzył na świat oczami tak bar­dzo przy­po­mi­na­ją­cymi oczy Raya.

Plotki, które roz­cho­dziły się w poło­żo­nym nad zatoką mia­steczku St Chri­sto­pher i jego oko­licy, napo­my­kały o cudzo­łó­stwie, samo­bój­stwie i ogól­nym skan­dalu. Po sze­ściu mie­sią­cach od chwili, w któ­rej ludzie zaczęli szep­tać, Phi­lip miał wra­że­nie, że nie zbli­żyli się ani o krok do pozna­nia prawdy. Kim był Seth DeLau­ter, a przede wszyst­kim kim był dla Ray­monda Quinna?

Kolejne zagu­bione dziecko? Kolejny chło­piec, który tak bar­dzo tonął we wzbu­rzo­nym morzu zanie­dba­nia i prze­mocy, że było mu potrzebne koło ratun­kowe? A może był kimś wię­cej? Quin­nem nie tylko w wyniku zaist­nia­łych oko­licz­no­ści, ale także dzięki wię­zom krwi?

Phi­lip był pewien tylko jed­nego: dzie­się­cio­letni Seth jest jego bra­tem tak samo jak Cam i Ethan. Każdy z nich został wyrwany z kosz­maru, każdy dostał szansę, by odmie­nić swoje życie. Tyle że przy Secie zabra­kło Raya i Stelli, żeby tego dopil­no­wać.

W Phi­li­pie tkwiło coś, co kie­dyś zamiesz­kało w duszy mło­dego, bez­tro­skiego wła­my­wa­cza, a teraz nie dopusz­czało myśli, że Seth mógłby być bio­lo­gicz­nym synem Raya, spło­dzo­nym w zdra­dzie i porzu­co­nym we wsty­dzie. To ozna­cza­łoby sprze­nie­wie­rze­nie się wszyst­kiemu temu, czego go uczyli, co mu demon­stro­wali, pro­wa­dząc takie, a nie inne życie. Brzy­dził się sobą, że w ogóle bie­rze takie roz­wią­za­nie pod uwagę, że od czasu do czasu tak­suje chłopca chłod­nym, rze­czo­wym wzro­kiem, zasta­na­wia­jąc się, czy jego ist­nie­nie przy­czy­niło się do śmierci Raya Quinna.

Za każ­dym razem, kiedy nacho­dziły go takie paskudne myśli, kie­ro­wał uwagę ku Glo­rii DeLau­ter. Matka Setha oskar­żyła pro­fe­sora Ray­monda Quinna o mole­sto­wa­nie sek­su­alne. Twier­dziła, że wszystko zda­rzyło się wiele lat wcze­śniej, gdy była jego stu­dentką. Jed­nak nie ist­niały żadne dowody na to, by kie­dy­kol­wiek uczęsz­czała na zaję­cia na tej uczelni. Ta sama kobieta sprze­dała Ray­owi dzie­się­cio­let­niego syna, jakby był ochła­pem mięsa. To z nią wła­śnie – Phi­lip był tego pewien – ojciec spo­tkał się w Bal­ti­more tuż przed śmier­tel­nym wypad­kiem.

A potem zwiała. Kobiety pokroju Glo­rii wyka­zy­wały zwy­kle talent do ucieczki, kiedy sytu­acja robiła się gorąca. Dopiero przed kil­koma tygo­dniami przy­słała bra­ciom nie­zbyt sub­telny list z szan­ta­żem: chce­cie zatrzy­mać dzie­ciaka, musi­cie wysko­czyć z forsy. Phi­lip zaci­snął zęby, przy­po­mi­na­jąc sobie blady strach, jaki padł na Setha, gdy się o tym dowie­dział.

Nie miał zamiaru pozwo­lić, by poło­żyła łapę na chłopcu. Jesz­cze się prze­kona, że bra­cia Quinn są o wiele bar­dziej nie­ustę­pliwi niż star­szy czło­wiek o mięk­kim sercu.

No i już nie tylko sami bra­cia, pomy­ślał, skrę­ca­jąc w wiej­ską drogę pro­wa­dzącą do domu. Mknął pomię­dzy polami z soją, grosz­kiem i kuku­ry­dzą wyż­szą od czło­wieka i roz­my­ślał o swo­jej rodzi­nie. Teraz, kiedy Cam i Ethan się oże­nili, Seth miał po swo­jej stro­nie także dwie sta­now­cze kobiety.

Oże­nili się. Phi­lip pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, ale i roz­ba­wie­niem. Kto by pomy­ślał? Cam chajt­nął się z sek­sowną babką z opieki spo­łecz­nej, a Ethan wziął za żonę ślicz­no­oką Grace. I tym samym został od razu ojcem uro­czej Aubrey.

Phi­lip cie­szył się z ich szczę­ścia. Co wię­cej, musiał przy­znać, że Anna Spi­nelli i Grace Mon­roe były po pro­stu stwo­rzone dla jego braci. Przy­pusz­czał, że kiedy doj­dzie do prze­słu­cha­nia w spra­wie sta­łej opieki nad Sethem, ich obec­ność doda rodzi­nie wia­ry­god­no­ści. Mał­żeń­stwo wyda­wało się bar­dzo im słu­żyć, choć Phi­lipa samo to słowo napa­wało lękiem. Zde­cy­do­wa­nie wolał życie sin­gla i pły­nące z niego korzy­ści. Nie żeby w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy mógł się nimi cie­szyć. Week­endy w St Chri­sto­pher znacz­nie ogra­ni­czały moż­li­wo­ści faceta, zwłasz­cza jeśli musiał nad­zo­ro­wać odra­bia­nie zadań domo­wych, zbi­jać kadłub łodzi oraz zaj­mo­wać się księ­go­wo­ścią racz­ku­ją­cego rodzin­nego biz­nesu, a także zno­sić do domu siaty pełne zaku­pów – bo wszystko to jakimś cudem stało się jego obo­wiąz­kiem.

Dał słowo umie­ra­ją­cemu ojcu, że zatrosz­czy się o Setha. Umó­wili się z braćmi, że wszy­scy wrócą do domu nad zatoką i wspól­nie zajmą się opieką nad chłop­cem oraz innymi obo­wiąz­kami. Dla Phi­lipa ozna­czało to dzie­le­nie czasu pomię­dzy Bal­ti­more a St Chri­sto­pher, zaś ener­gii pomię­dzy utrzy­ma­nie sta­no­wi­ska – a także pen­sji – a zaj­mo­wa­nie się nową firmą oraz nowym, nie­rzadko spra­wia­ją­cym pro­blemy bra­tem.

Wszystko nio­sło w sobie ryzyko. Domy­ślał się, że wycho­wa­nie dzie­się­cio­latka nawet w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach przy­spa­rza czło­wie­kowi zmar­twień i gene­ruje roz­ma­ite błędy, a trudno nazwać nor­mal­nymi oko­licz­no­ściami sytu­ację, w któ­rej chłop­cem opie­kuje się ktoś, kto kie­dyś był peł­no­eta­to­wym ćpu­nem, oka­zjo­nalną męską dziwką oraz szan­ta­ży­stą ama­to­rem.

Roz­krę­ce­nie firmy budu­ją­cej łodzie pocią­gało za sobą mnó­stwo nie­zbyt przy­jem­nych detali oraz ogrom cięż­kiej pracy. Jakimś cudem jed­nak się udało, a jeśli zapo­mnieć, ile kosz­to­wało go to czasu oraz wysiłku, można powie­dzieć, że udało się cał­kiem dobrze.

Jesz­cze nie­dawno week­endy spę­dzał w towa­rzy­stwie inte­re­su­ją­cych i atrak­cyj­nych kobiet – na kola­cji w jakiejś nowej, mod­nej knaj­pie, na kon­cer­cie albo w teatrze, a jeśli zaist­niała tak zwana che­mia, w nie­dzielę cze­kało go wspólne śnia­da­nie w łóżku.

To jesz­cze wróci, obie­cy­wał sobie. Kiedy upora się ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, odzy­ska swoje dawne życie. Ale, jak by to powie­dział ojciec, chwi­lowo nie­stety…

Skrę­cił w drogę pro­wa­dzącą do domu. Prze­stało padać, deszcz pozo­sta­wił na tra­wie i liściach cienką war­stwę poły­skli­wej wil­goci. Powoli zapa­dał zmierzch. Świa­tło w oknie salonu świe­ciło deli­kat­nie, zapra­sza­jąco. Na­dal kwi­tły jesz­cze nie­które z let­nich kwia­tów, pie­lę­gno­wa­nych przez Annę, roz­kwi­tały też pierw­sze jesienne gatunki. Sły­chać było szcze­ka­nie Głup­tasa, dzie­wię­cio­mie­sięczny psiak urósł tak bar­dzo, że trudno już go było trak­to­wać jak szcze­niaka.

Phi­lip przy­po­mniał sobie, że tego dnia przy­pada w kuchni kolej Anny. Dzięki Bogu! To ozna­czało, że może się spo­dzie­wać porząd­nego posiłku. Roz­pro­sto­wał ramiona, tęsk­niąc za lampką wina, a potem przy­glą­dał się przez chwilę, jak Głup­tas śmiga za róg domu, goniąc znisz­czoną żółtą piłeczkę teni­sową.

Oczy­wi­ście widok Phi­lipa wysia­da­ją­cego z auta zupeł­nie odwró­cił uwagę psa. Zatrzy­mał się z pośli­zgiem i roz­sz­cze­kał z dzi­kim prze­ra­że­niem.

– Idiota – powie­dział Phi­lip, ale uśmiech­nął się, wycią­ga­jąc teczkę z jeepa.

Na dźwięk zna­jo­mego głosu uja­da­nie prze­ro­dziło się w osza­lałą radość. Pies pode­rwał się, wyraź­nie uszczę­śli­wiony, wycią­ga­jąc mokre, ubło­cone łapy.

– Nie skacz! – wrza­snął Phi­lip i użył teczki jako tar­czy. – Prze­stań. Siad!

Głup­tas zadrżał, lecz opadł posłusz­nie tył­kiem na zie­mię i podał łapę. Wywie­sił jęzor, oczy mu błysz­czały.

– Dobry pie­sek. – Phi­lip ostroż­nie chwy­cił brudną łapkę i podra­pał psa za jedwa­bi­stymi uszami.

– Cześć. – Seth wyszedł przed dom. Spodnie miał ubło­cone po zapa­sach z psem, czapka mu się prze­krzy­wiła tak, że ster­czały spod niej jasne, pro­ste włosy. Uśmiech, co Phi­lip od razu zauwa­żył, poja­wił się na jego twa­rzy o wiele szyb­ciej i łatwiej niż jesz­cze kilka mie­sięcy wcze­śniej. Tylko był dziu­rawy.

– Coś zgu­bi­łeś?

– Że co?

Phi­lip postu­kał pal­cem we wła­sne, pro­ste i białe zęby.

– A tak. – Seth wzru­szył ramio­nami w typowy dla Quin­nów spo­sób i wsu­nął język w szparę. Miał peł­niej­szą twarz niż pół roku temu, a jego spoj­rze­nie nie było już tak ostrożne. – Ruszał się. Musia­łem go sobie wyrwać parę dni temu. Sukin­syn, ale krwa­wił.

Phi­lip nie zamie­rzał zamar­twiać się języ­kiem chło­paka. Posta­no­wił nie zaprzą­tać sobie głowy pew­nymi aspek­tami wycho­wa­nia.

– To jak, Wróżka Zębuszka coś ci przy­nio­sła?

– No weź, prze­stań.

– Ej, nie przy­znaję się do cie­bie, jeśli nie wyci­sną­łeś dolca od Cama.

– Wyci­sną­łem nawet dwa. Jed­nego od Cama i jed­nego od Ethana.

Phi­lip zaśmiał się, objął Setha ramie­niem i ruszył do domu.

– Na mnie nie masz co liczyć, chłop­cze. Nie ze mną takie numery. Jak minął pierw­szy tydzień szkoły?

– Nudy. – Cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści wcale tak nie było. To były eks­cy­tu­jące dni. Anna kupiła mu tyle nowych rze­czy do szkoły: ołówki, zeszyty, dłu­go­pisy. Odmó­wił jedy­nie przy­ję­cia śnia­da­niówki z moty­wem z „Archi­wum X”, którą pró­bo­wała mu wci­snąć. Tylko kre­tyni noszą w gim­na­zjum kanapki w pudełku. Ale podo­bało mu się nawet to, że mógł wykpić cały ten pomysł.

Dostał też super­ciu­chy i zaje­bi­ste teni­sówki. A przede wszyst­kim po raz pierw­szy w życiu miesz­kał w tym samym miej­scu, z tymi samymi ludźmi i wra­cał do tej samej szkoły, którą zosta­wił za sobą w czerwcu.

– Dużo wam zadają? – zapy­tał Phi­lip, uno­sząc brwi. Wła­śnie otwie­rał drzwi do domu.

Seth prze­wró­cił oczami.

– Jezu, czy ty kie­dy­kol­wiek myślisz o czymś innym?

– Chło­pie, zada­nia domowe to sens mojego życia. Zwłasz­cza twoje zada­nia.

Głup­tas wystrze­lił przed Phi­lipa i wpadł do domu, nie­mal zbi­ja­jąc go z nóg swoim entu­zja­zmem.

– Musisz jesz­cze sporo popra­co­wać nad tym psem. – Łagodna iry­ta­cja bar­dzo szybko się roz­pły­nęła, bo w powie­trzu wyczuł boski zapach gotu­ją­cego się sosu pomi­do­ro­wego. – Niech Bóg nas wszyst­kich bło­go­sławi – mruk­nął.

– Mani­cotti – poin­for­mo­wał go Seth.

– Tak? Mam butelkę chianti, którą trzy­ma­łem na taką wła­śnie chwilę – odparł i rzu­cił teczkę w kąt. – Lek­cjami zaj­miemy się po kola­cji.

Anna stała w kuchni i napeł­niała serem rurki maka­ronu. Cudowne, czarne loki miała wysoko upięte. Pod­wi­nęła rękawy śnież­no­bia­łej bluzki, którą wło­żyła do pracy, a gra­na­tową spód­niczkę zasła­niał duży far­tuch. Zdjęła buty i bosą stopą wybi­jała rytm nuco­nej melo­dii. Phi­lip od razu roz­po­znał arię Car­men.

Mru­gnął do Setha, pod­szedł do niej od tyłu, objął w talii i zło­żył siar­czy­sty poca­łu­nek na czubku głowy.

– Uciek­nij ze mną. Zmie­nimy nazwi­ska. Ty będziesz Sophia, a ja Carlo. Zabiorę cię do raju, w któ­rym będziesz mogła goto­wać dla mnie i tylko dla mnie. Żaden z tych wie­śnia­ków nie doce­nia cie­bie tak jak ja.

– Pozwól, że skoń­czę tylko tę rurkę i już lecę się pako­wać. – Odwró­ciła się, patrząc na niego z roz­ba­wie­niem. – Kola­cja za pół godziny.

– Otwo­rzę wino.

– Nie ma nic do jedze­nia na teraz? – zapy­tał Seth.

– Jest, anti­pa­sto w lodówce. Weź sobie.

– Ale to warzywa i takie tam dzia­do­stwo – maru­dził chło­pak, wycią­ga­jąc talerz.

– Ano tak.

– O Jezu…

– I zmyj psa z rąk, zanim zaczniesz jeść.

– Ślina psa jest czyst­sza niż ludzka – poin­for­mo­wał ją Seth. – Czy­ta­łem, że ugry­zie­nie przez czło­wieka jest gor­sze niż pogry­zie­nie przez psa.

– Jestem wzru­szona, że posta­no­wi­łeś podzie­lić się ze mną tą fascy­nu­jącą infor­ma­cją. Ale i tak pro­szę, umyj ręce.

– Co za ludzie. – Seth wyma­sze­ro­wał zde­gu­sto­wany. Głup­tas wyśli­zgnął się za nim.

Phi­lip wybrał wino z nie­wiel­kiego zapasu, który prze­cho­wy­wał w spi­żarni. Dobre wina sta­no­wiły jedną z jego pasji, a trzeba przy­znać, że miał bar­dzo wyma­ga­jące pod­nie­bie­nie. W miesz­ka­niu w Bal­ti­more trzy­mał sporą kolek­cję sta­ran­nie dobra­nych gatun­ków. Zaj­mo­wały spe­cjal­nie prze­ro­bioną w tym celu szafkę.

Tutaj, w domu nad zatoką, uko­chane bor­de­aux i bur­gundy stały na półce w towa­rzy­stwie płat­ków ryżo­wych kel­log’s oraz budy­niu bły­ska­wicz­nego. Nauczył się z tym żyć.

– Jak minął tydzień? – zapy­tał Annę.

– Pra­co­wi­cie. Ten, kto stwier­dził, że kobieta może mieć wszystko, nadaje się tylko do odstrzału. Godze­nie pracy zawo­do­wej i życia rodzin­nego to katorga – powie­działa i pod­nio­sła głowę, uśmie­cha­jąc się rado­śnie. – Uwiel­biam to.

– To widać. – Wyjął z wprawą korek, pową­chał go, zaapro­bo­wał i posta­wił butelkę na bla­cie, żeby wino mogło oddy­chać. – A gdzie Cam?

– Powi­nien już wra­cać z firmy. Dzi­siaj z Etha­nem zostali godzinę dłu­żej. Pierw­sza łódź braci Quinn jest już gotowa. Wła­ści­ciel jutro ją odbiera. Skoń­czone, Phi­li­pie. – Anna uśmiech­nęła się z dumą. – Stoi przy pomo­ście, zdatna do żeglugi i po pro­stu prze­cudna.

Poczuł cień roz­cza­ro­wa­nia, że nie było go tu w ten ostatni dzień.

– W takim razie powin­ni­śmy wypić szam­pana.

Anna unio­sła brew, stu­diu­jąc ety­kietę na winie.

– Otwo­rzy­łeś folo­nari, ruf­fino?

Phi­lip uwa­żał zami­ło­wa­nie do dobrego wina za jedną z naj­więk­szych zalet swo­jej bra­to­wej.

– Rocz­nik sie­dem­dzie­siąty piąty – dodał, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

– Nie będę narze­kać. Gra­tu­la­cje, panie Quinn, z oka­zji zakoń­cze­nia budowy pierw­szej łodzi.

– To nie moje dzieło. Ja tylko zaj­muję się papier­kami i służę jako nie­wol­ni­cza siła robo­cza.

– Oczy­wi­ście, że to twoje dzieło. Papiery to koniecz­ność, a Cam i Ethan nie daliby sobie z nimi rady tak jak ty.

– Pie­klą się, że im zrzę­dzę.

– Bo trzeba im tro­chę pozrzę­dzić nad głową. – Anna prych­nęła, napy­cha­jąc rurki maka­ronu serem. – Powi­nie­neś być dumny z tego, co we trójkę osią­gnę­li­ście w ciągu ostat­nich paru mie­sięcy. I nie cho­dzi jedy­nie o biz­nes, ale także o rodzinę. Każdy z was musiał zre­zy­gno­wać dla Setha z cze­goś, co było dla was ogrom­nie istotne. I każdy dostał w zamian coś rów­nie istot­nego.

– W życiu bym się nie spo­dzie­wał, że dzie­ciak sta­nie się dla mnie taki ważny. – Phi­lip otwo­rzył szafkę, żeby wyjąć kie­liszki. – Na­dal zda­rza się, że wku­rza mnie bez­gra­nicz­nie.

– To zupeł­nie natu­ralne.

– I tak czuję się z tym paskud­nie. – Phi­lip wzru­szył ramio­nami i nalał wina do kie­lisz­ków. – Czę­ściej jed­nak stwier­dzam, że tra­fił mi się cał­kiem nie­zły młod­szy brat.

Anna zaczęła trzeć ser nad zapie­kanką. Kątem oka zer­k­nęła na Phi­lipa, który uniósł kie­li­szek i spraw­dził bukiet wina. Był piękny; pod wzglę­dem fizycz­nym bli­ski ide­ału męskiej urody. Gęste, brą­zowe włosy, oczy bar­dziej złote niż piwne. Zmy­słowe, ale i aniel­skie. Długa, wąska, zamy­ślona twarz. I ta wysoka, szczu­pła syl­wetka, jakby stwo­rzona do nosze­nia wło­skich gar­ni­tu­rów. Widziała go jed­nak roze­bra­nego do pasa, w samych wypło­wia­łych lewi­sach, orien­to­wała się więc, że nie ma w nim nic deli­kat­nego.

Obyty, twardy, wykształ­cony, prze­ni­kliwy. Inte­re­su­jący facet, doszła do wnio­sku. Wsu­nęła maka­ron do pie­kar­nika i odwró­ciła się po swoje wino. Z uśmie­chem stuk­nęła kie­lisz­kiem w jego kie­li­szek.

– A ja, patrząc na cie­bie, muszę stwier­dzić, że tra­fił mi się cał­kiem nie­zły star­szy brat.

Poca­ło­wała go lekko w tej samej chwili, w któ­rej do kuchni wszedł Cam.

– Zabie­raj ten pysk od mojej żony.

Phi­lip tylko się uśmiech­nął i objął Annę w pasie.

– To ona mnie całuje. Podo­bam jej się.

– Ale woli mnie. – Żeby dowieść praw­dzi­wo­ści swo­ich słów, Cam zaha­czył palce o wią­za­nie far­tu­cha, okrę­cił ją dookoła i chwy­cił w obję­cia tak, jakby chciał cało­wać ją do utraty tchu. A potem uśmiech­nął się, skub­nął ją w dolną wargę i klep­nął przy­ja­ciel­sko w pośla­dek. – Prawda, żab­ciu?

Zakrę­ciło jej się w gło­wie.

– Może – przy­znała słabo. – Ogól­nie rzecz bio­rąc, to tak – dodała i wyswo­bo­dziła się z objęć. – Jaki ty jesteś brudny!

– Wpa­dłem tylko, żeby wziąć sobie piwo pod prysz­nic – odparł i pochy­lił się nad lodówką, wysoki i szczu­pły, ciemny i nie­bez­pieczny. – A także poca­ło­wać żonę – uzu­peł­nił, patrząc z wyż­szo­ścią na brata. – Znajdź sobie wła­sną.

– Kto by miał na to czas – odparł Phi­lip żało­śnie.

* * *

Po kola­cji i całej godzi­nie spę­dzo­nej nad dzie­le­niem spo­so­bem pisem­nym, bitwami toczo­nymi w cza­sie wojny o nie­pod­le­głość oraz słow­nic­twem angiel­skim, Phi­lip usiadł w swoim pokoju z lap­to­pem i doku­men­tami.

To był ten sam pokój, który dostał od Raya i Stelli Quinn, kiedy go przy­gar­nęli. Ściany były wtedy jasno­zie­lone. Gdzieś w oko­li­cach szes­na­stych uro­dzin zasza­lał i poma­lo­wał je pur­pu­rową farbą. Cho­lera wie czemu. Pamię­tał, że mama – bo wtedy trak­to­wał już Stellę jak matkę – spoj­rzała tylko i ostrze­gła, że takie ściany przy­pra­wią go o chro­niczną nie­straw­ność.

Uwa­żał, że wyglą­dają sek­sow­nie. Przez jakieś trzy mie­siące. Potem poszedł w śnieżną biel, pod­kre­śloną nastro­jo­wymi czarno-bia­łymi zdję­ciami w ciem­nych ram­kach.

Zawsze szu­ka­łem ory­gi­nal­nych roz­wią­zań, pomy­ślał o sobie z roz­ba­wie­niem. Tuż przed prze­pro­wadzką do Bal­ti­more wró­cił do tam­tej deli­kat­nej zie­leni. Nawet w tej kwe­stii mieli rację, pomy­ślał. Pra­wie zawsze mieli rację we wszyst­kim.

Dali mu pokój w tym domu. Nie uła­twiał im życia. Pierw­sze trzy mie­siące były jed­nym wiel­kim kon­flik­tem cha­rak­te­rów. Szmu­glo­wał nar­ko­tyki, wywo­ły­wał bójki, kradł alko­hol i pijany wra­cał nad ranem chwiej­nym kro­kiem.

Teraz rozu­miał, że wysta­wiał ich na próbę, pro­wo­ko­wał do tego, by go wyrzu­cili. Oddali z powro­tem. No dalej, na co cze­ka­cie? – myślał. Nie dacie sobie ze mną rady.

A jed­nak dali. Nie tylko sobie z nim pora­dzili, ale zro­bili z niego czło­wieka.

– Tak się zasta­na­wiam – powie­dział kie­dyś ojciec – dla­czego posta­no­wi­łeś zmar­no­wać taki świetny umysł i takie świetne ciało. Dla­czego chcesz, żeby te sukin­syny wygrały.

Phi­lip, któ­remu głowa pękała i żołą­dek pod­cho­dził do gar­dła, bo cier­piał na poal­ko­ho­lo­wego i pona­rko­ty­ko­wego kaca, miał to wszystko w dupie. Ray wziął go na łódkę, twier­dząc że porządne żeglo­wa­nie oczy­ści mu umysł. Przez pierw­sze pół godziny Phi­lip wisiał nad relin­giem, zwra­ca­jąc resztki tru­cizn, które poprzed­niego wie­czora wtło­czył sobie do orga­ni­zmu.

Wła­śnie skoń­czył czter­na­ście lat.

Ray zako­twi­czył w wąskiej zatoczce. Przy­trzy­mał mu głowę, wytarł twarz, a potem wrę­czył puszkę zim­nego imbi­ro­wego piwa.

– Sia­daj.

Phi­lip nie tyle usiadł, ile upadł. Ręce mu się trzę­sły, w żołądku się zakrę­ciło przy pierw­szym łyku piwa. Ray zajął miej­sce naprze­ciwko. Oparł wiel­kie dło­nie na kola­nach, siwie­jące włosy powie­wały mu na deli­kat­nym wie­trze. No i te oczy, wspa­niałe nie­bie­skie oczy, patrzące na niego ze spo­ko­jem i tro­ską.

– Mia­łeś parę mie­sięcy, żeby się tu odna­leźć. Stella twier­dzi, że pod wzglę­dem fizycz­nym dosze­dłeś już do sie­bie. Jesteś wystar­cza­jąco silny i zdrowy, tyle że długo taki nie pozo­sta­niesz, jeśli będziesz na­dal robił to, co robisz.

Wydął wargi i przez dłuż­szą chwilę nic nie mówił. W wyso­kiej tra­wie stała cza­pla, nie­ru­choma, jakby sta­no­wiła ele­ment malo­wi­dła. W powie­trzu czuć było jesienny chłód, przez pozba­wione liści gałę­zie prze­świ­ty­wało lazu­rowe niebo. Wiatr mierz­wił trawę i śli­zgał się po powierzchni wody.

Męż­czy­zna sie­dział w mil­cze­niu, naj­wy­raź­niej napa­wa­jąc się ciszą i sce­ne­rią. Chło­pak gar­bił się, blady na twa­rzy i zły.

– Możemy to roze­grać na roz­ma­ite spo­soby – ode­zwał się w końcu Ray. – Możemy zaba­wić się w upier­dli­wych sukin­sy­nów. Trzy­mać cię na krót­kiej smy­czy, nie spusz­czać ani na chwilę z oka i uprzy­krzać ci życie za każ­dym razem, kiedy nawa­lisz. Czyli pra­wie cią­gle.

Pod­niósł z namy­słem wędkę i zało­żył przy­nętę na haczyk.

– Albo możemy uznać, że ten mały eks­pe­ry­ment zupeł­nie nam się nie udał i oddać cię z powro­tem.

Prze­wró­ciło mu się w żołądku, musiał prze­łknąć, żeby utrzy­mać to, w czym nie roz­po­znał stra­chu.

– Nie potrze­buję was. Nie potrze­buję nikogo.

– Mylisz się – rzekł Ray pogod­nie i zarzu­cił wędkę. Od spła­wika roze­szły się nie­zli­czone kręgi. – Wró­cisz tam, gdzie byłeś, i już ni­gdy się nie wyrwiesz. Za parę lat prze­sta­niesz być nie­let­nim prze­stępcą. Skoń­czysz w celi z praw­dzi­wymi kry­mi­na­li­stami. Z face­tami, któ­rym spodoba się twoja śliczna buźka. Któ­re­goś pięk­nego dnia jakiś dwu­me­trowy ban­dzior z łapami wiel­kimi jak bochny przy­dy­bie cię pod prysz­ni­cem i urzą­dzi ci praw­dziwą noc poślubną.

Phi­lip okrop­nie pra­gnął zapa­lić. Obraz, jaki nakre­ślił przed nim Ray, spra­wił, że na czoło wystą­piły mu kro­ple świe­żego potu.

– Potra­fię o sie­bie zadbać.

– Synu, będą prze­ka­zy­wali cię z rąk do rąk jak fajkę pokoju i dobrze o tym wiesz. Jesteś wyga­dany i potra­fisz się bić, lecz pew­nych rze­czy nie da się unik­nąć. Do tej pory mia­łeś gene­ral­nie gów­niane życie, ale nie ty pono­sisz za to odpo­wie­dzial­ność. Jed­nak to ty będziesz odpo­wie­dzialny za to, co sta­nie się z twoim życiem od teraz.

Znów zamilkł, przy­trzy­mał wędkę kola­nami i się­gnął po puszkę zim­nej pepsi. Nie­spiesz­nie otwo­rzył ją, prze­chy­lił i napił się.

– Wyda­wało się nam ze Stellą, że masz coś w sobie – cią­gnął. – Na­dal nam się tak wydaje – dodał, spo­glą­da­jąc na chłopca. – Dopóki i ty tego nie zoba­czysz, ni­gdzie nie doj­dziemy.

– A co was to obcho­dzi? – zapy­tał Phi­lip roz­pacz­li­wie.

– Trudno powie­dzieć. Może nie jesteś tego wart. Może wylą­du­jesz z powro­tem na ulicy, po to, by dalej nacią­gać naiw­nia­ków i sprze­da­wać się chęt­nym.

Przez trzy mie­siące miał cie­płe łóżko, regu­larne posiłki i mnó­stwo ksią­żek do dys­po­zy­cji – a czy­ta­nie sta­no­wiło jego ukrytą pasję. Na samą myśl, że mógłby to wszystko stra­cić, żołą­dek znowu pod­szedł mu do gar­dła, ale wzru­szył tylko ramio­nami.

– Dam sobie radę.

– Jeżeli twoje życie ma pole­gać wyłącz­nie na dawa­niu sobie rady, pro­szę bar­dzo. Jed­nak tu możesz mieć dom, rodzinę. Praw­dziwe życie, w któ­rym mógł­byś coś osią­gnąć. Oczy­wi­ście możesz wró­cić do tego, co było daw­niej.

Ray wycią­gnął szybko rękę i chło­pak przy­go­to­wał się na cios, zaci­snął pię­ści, żeby oddać. Lecz Ray tylko pod­cią­gnął mu koszulkę, uka­zu­jąc świeże bli­zny na klatce pier­sio­wej.

– Możesz wró­cić do tego – powie­dział cicho.

Phi­lip spoj­rzał mu w oczy, dostrzegł w nich współ­czu­cie i nadzieję. Ujrzał odbi­cie samego sie­bie z nie­zbyt odle­głej prze­szło­ści, kiedy wykrwa­wiał się na śmierć w brud­nym rynsz­toku, gdzie życie nie było warte wię­cej niż torebka pro­chów.

Zmę­czony, prze­ra­żony, zdru­zgo­tany, ukrył twarz w dło­niach.

– Jaki to ma sens? – zapy­tał.

– Ty jesteś sen­sem, synu. – Ray pogła­skał go po wło­sach. – Ty.

Sytu­acja nie zmie­niła się z dnia na dzień. Ale zaczęła się zmie­niać. Dzięki rodzi­com nauczył się wie­rzyć w sie­bie, wbrew sobie. Posta­wił sobie za punkt honoru, żeby osią­gać dobre wyniki w szkole, zdo­by­wać wie­dzę, odro­dzić się jako Phi­lip Quinn.

Musiał przy­znać, że mu się to udało. Przy­oblekł tam­tego ulicz­nego chu­li­gana w klasę i kul­turę. Robił karierę, miał dosko­nale urzą­dzone miesz­ka­nie z boskim wido­kiem na ele­gancką nad­brzeżną dziel­nicę oraz gar­de­robę pełną ubrań pasu­ją­cych tak do sta­no­wi­ska, jak i miej­sca zamiesz­ka­nia.

Miał wra­że­nie, że los zato­czył koło. Teraz znów spę­dzał week­endy w swoim daw­nym pokoju o zie­lo­nych ścia­nach, masyw­nych meblach, z oknami wycho­dzą­cymi na drzewa i mokra­dła.

Ale tym razem to Seth był sen­sem.

Rozdział drugi

Phi­lip stał na pokła­dzie dzio­bo­wym jesz­cze nie ochrzczo­nej „Nep­tune’s Lady”. Oso­bi­ście prze­ha­ro­wał w pocie czoła pra­wie dwa tysiące robo­czo­go­dzin, żeby z pro­jektu na papie­rze prze­kształ­cić ją w gotowy slup. Na pokła­dzie lśniły deski tekowe, kadłub poły­ski­wał w zło­ci­stym wrze­śnio­wym słońcu.

Pod pokła­dem znaj­do­wała się duma szkut­ni­ków, przede wszyst­kim Cama: wyko­nane z natu­ral­nego drewna kajuty, zro­bione ręcz­nie według zamó­wie­nia dla czwórki przy­ja­ciół, któ­rzy mieli pły­wać na tej łaj­bie.

Jest solidna, pomy­ślał. I taka piękna. Este­tyczna i uro­kliwa dzięki płyn­nej syl­wetce kadłuba, błysz­czą­cemu pokła­dowi i dłu­giej linii wod­nej. Decy­zja Ethana, żeby zbu­do­wać ją na zakładkę, kosz­to­wała ich wiele godzin dodat­ko­wej pracy, ale przy­nio­sła świetny efekt. Praw­dziwą perełkę.

Lekarz podo­log z Waszyng­tonu zapłaci z nawiązką za każdy cen­ty­metr kwa­dra­towy swo­jej nowej zabawki.

– No i…? – Ethan nie dokoń­czył pyta­nia, stał z rękoma w kie­sze­niach wypło­wia­łych dżin­sów, mru­żąc oczy przed jaskra­wym słoń­cem.

Phi­lip prze­su­nął ręką po gład­kim wykoń­cze­niu gór­nej czę­ści burty – miej­scu, które przez dłu­gie godziny pole­ro­wał i wykań­czał.

– Zasłu­guje na mniej banalną nazwę.

– Wła­ści­ciel ma wię­cej pie­nię­dzy niż wyobraźni. Nie­źle nabiera wia­tru. – Usta Ethana wygięły się w tym jego cha­rak­te­ry­stycz­nym, poważ­nym, powol­nym uśmie­chu. – Chry­ste, mówię ci, Phil. Kiedy wypły­nę­li­śmy na próbę z Camem, bałem się, że nie będzie chciał wró­cić. Sam nie byłem pewien, czy nie wolał­bym jej zatrzy­mać dla nas. Albo żeby on to zro­bił.

Phi­lip potarł dło­nią po bro­dzie.

– Mam zna­jo­mego mala­rza w Bal­ti­more. Więk­szość jego rze­czy to czy­sta komer­cja dla hoteli i restau­ra­cji, nato­miast dla sie­bie maluje naprawdę cuda. I za każ­dym razem, kiedy sprze­daje taki obraz, strasz­nie maru­dzi. Nie cierpi pozby­wać się tych płó­cien. Do tej pory zupeł­nie go nie rozu­mia­łem, teraz wiem, jak się czuje.

– To nasza pierw­sza.

– Ale nie ostat­nia. – Phi­lip nie sądził, że tak się przy­wiąże do łodzi. Ten biz­nes nie był jego pomy­słem, nie był też jego wybo­rem. Wolał myśleć, że bra­cia wcią­gnęli go na siłę. Powta­rzał im, że to sza­leń­stwo i głu­pota, że na pewno się nie uda.

A potem rzu­cił się do nego­cjo­wa­nia ceny za wyna­jem hali, wystą­pił o wszyst­kie pozwo­le­nia, poza­ma­wiał nie­zbędny sprzęt. Pod­czas budowy tego, co miało stać się „Nep­tune’s Lady”, wycią­gał sobie drza­zgi z pal­ców, opa­try­wał popa­rze­nia gorą­cym kre­ozo­tem, roz­ma­so­wy­wał mię­śnie obo­lałe po dłu­gich godzi­nach nosze­nia desek. I by­naj­mniej nie cier­piał w mil­cze­niu.

Jed­nak widząc taki nama­calny dowód cięż­kiej pracy, koły­szący mu się wdzięcz­nie pod sto­pami, musiał przy­znać, że warto było się namę­czyć.

A teraz mieli zaczy­nać wszystko od początku.

– Zabra­li­ście się już z Camem do kolej­nego pro­jektu?

– Chcemy mieć kadłub gotowy przed koń­cem paź­dzier­nika. – Ethan wyjął ban­danę i skru­pu­lat­nie wytarł widoczne na bur­cie ślady pal­ców Phi­lipa. – O ile utrzy­mamy to zabój­cze tempo, które nam wyzna­czy­łeś. Ale ta jesz­cze nie jest skoń­czona.

– Nie jest? – Phi­lip zmru­żył oczy i zsu­nął z nosa oku­lary prze­ciw­sło­neczne. – Cho­lera, Ethan, mówi­łeś, że jest już gotowa! Wła­ści­ciel ma po nią przy­je­chać. Mia­łem wła­śnie przy­go­to­wać ostat­nie papiery.

– Tylko jeden szcze­gół. Musimy zacze­kać na Cama.

– Jaki znowu szcze­gół? – Phi­lip ze znie­cier­pli­wie­niem spoj­rzał na zega­rek. – Klient tu zaraz będzie.

– To nie potrwa długo. – Ethan ski­nął głową w kie­runku drzwi do hali. – A oto i Cam.

– Jest za dobra dla tego pro­staka! – zawo­łał ich brat, wcho­dząc na wąski pomost z wier­tarką w dłoni. – Mówi­łem, że powin­ni­śmy zabrać żony i dzieci i sami popły­nąć na niej do Bimini.

– Jest wystar­cza­jąco dobra na ostat­nią ratę wypłaty. Niech wrę­czy nam pod­pi­sany czek i może zostać kapi­ta­nem. – Phi­lip odcze­kał, aż Cam wsko­czy zgrab­nie na pokład. – Kiedy wybiorę się do Bimini, nie chcę tam widzieć żad­nego z was.

– Jest zazdro­sny, bo my mamy kobiety – oznaj­mił Cam Etha­nowi. – Masz. – Wło­żył Phi­li­powi do ręki wier­tarkę.

– I co mam z nią do cho­lery zro­bić?

– Dokoń­czyć. – Uśmie­cha­jąc się sze­roko, Cam wyjął z tyl­nej kie­szeni spodni mosiężną knagę. – Zosta­wi­li­śmy ostatni ele­ment dla cie­bie.

– Naprawdę? – Phi­lip poczuł się dziw­nie wzru­szony. Wziął knagę i przez chwilę patrzył, jak poły­skuje w słońcu.

– Zaczę­li­śmy budo­wać razem – zauwa­żył Ethan. – To jedyne słuszne roz­wią­za­nie. Przy­mo­cuj ją do ster­burty.

Phi­lip wziął od Cama śruby i pochy­lił się nad zazna­czo­nym miej­scem na relingu.

– Stwier­dzi­łem, że powin­ni­śmy póź­niej to uczcić – powie­dział. Wier­tarka zawar­czała mu w ręku. – Pomy­śla­łem o butelce dom pérignon – cią­gnął, pod­no­sząc głos, żeby prze­krzy­czeć hałas. – Ale uzna­łem, że to mar­no­traw­stwo ser­wo­wać wam takiego szam­pana. Więc w lodówce chło­dzą się trzy piwa.

Będą ide­al­nie paso­wały do nie­spo­dzianki, którą zamó­wił na popo­łu­dnie.

* * *

Docho­dziła dwu­na­sta, kiedy klient prze­stał się w końcu roz­pły­wać nad każ­dym cen­ty­me­trem swo­jej nowej łodzi. Ethan został odde­le­go­wany do odby­cia poka­zo­wego rejsu i Phi­lip obser­wo­wał z pomo­stu, jak jasno­żółte żagle – decy­zja klienta – wypeł­niają się wia­trem.

Ethan miał rację, pomy­ślał. Fak­tycz­nie pięk­nie idzie.

Slup sunął w stronę przy­stani, pochy­la­jąc się nad wodą jak marze­nie. Phi­lip wyobra­ził sobie, jak jesienni tury­ści zatrzy­mują się, by na niego popa­trzeć, jak poka­zują sobie pal­cem śliczną łódź. Nie ma lep­szej reklamy niż dobry pro­dukt sam w sobie, pomy­ślał.

– Wej­dzie na mie­li­znę za pierw­szym razem, kiedy na niej popły­nie – ode­zwał się Cam za ple­cami.

– Na pewno. Ale i tak będzie miał kupę frajdy – odparł i klep­nął brata w ramię. – Idę przy­go­to­wać fak­turę.

Stary ceglany budy­nek, który wyna­jęli i prze­bu­do­wali tak, by słu­żył za warsz­tat szkut­ni­czy, nie miał zbyt wiele udo­god­nień. Więk­szą część zaj­mo­wała obszerna, otwarta prze­strzeń ze zwie­szo­nymi z kro­kwi jarze­niów­kami. Okna były małe, wiecz­nie pokryte war­stwą pyłu.

W miej­scach łatwo dostęp­nych zgro­ma­dzono narzę­dzia elek­tryczne, stosy drewna, sprzętu, hek­to­li­try żywicy, lakie­rów oraz farb do malo­wa­nia dna. Pod­wyż­sze­nie zaj­mo­wał w tej chwili goły szkie­let kadłuba spor­to­wej łodzi rybac­kiej, sta­no­wią­cej ich kolejne zle­ce­nie.

Ściany pokry­wały dziu­rawe cegły i nie­wy­koń­czona war­stwa gła­dzi tyn­ko­wej. Strome żela­zne stop­nie pro­wa­dziły do cia­snego, pozba­wio­nego okien pomiesz­cze­nia, które słu­żyło za biuro.

Mimo małych roz­mia­rów i nie­wy­god­nego poło­że­nia, Phi­lip wszystko dro­bia­zgowo urzą­dził. Meta­lowe biurko wyglą­dało, jakby zostało zaku­pione po pro­mo­cyj­nej cenie na pchlim targu, ale było wyszo­ro­wane do czy­sta. Na bla­cie stał kalen­darz, stary lap­top, dru­ciana tacka na doku­menty, tele­fon z fak­sem obsłu­gu­jący dwie linie oraz prze­zro­czy­sty, pla­sti­kowy orga­ni­zer na dłu­go­pisy i ołówki.

Oprócz biurka gabi­net mie­ścił dwie szafki na doku­menty, kse­ro­ko­piarkę oraz osobny faks.

Phi­lip usiadł na krze­śle i odpa­lił kom­pu­ter. Jego uwagę zwró­ciła migo­cząca dioda tele­fonu. Kiedy włą­czył odtwa­rza­nie wia­do­mo­ści, oka­zało się, że ktoś dzwo­nił dwa razy, cho­ciaż niczego nie nagrał. Ska­so­wał połą­cze­nia.

Chwilę póź­niej miał na pul­pi­cie pro­gram spe­cjal­nie zaadap­to­wany na potrzeby firmy. Uśmiech­nął się na widok logo: Łodzie Quin­nów.

Może i szli na żywioł, pomy­ślał, wkle­pu­jąc dane trans­ak­cji, ale nikt nie musiał o tym wie­dzieć. Papier wyso­kiej jako­ści zakwa­li­fi­ko­wał jako koszty pro­mo­cji. Dosko­nale się odnaj­dy­wał w kom­pu­te­ro­wym przy­go­to­wa­niu mate­ria­łów Two­rze­nie pape­te­rii, rachun­ków, fak­tur to była łatwi­zna. Zale­żało mu na image’u firmy.

Zdą­żył prze­słać doku­menty do wydruku, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

– Łodzie Quin­nów, słu­cham.

Po dru­giej stro­nie słu­chawki nastą­piło waha­nie, a potem ktoś odchrząk­nął.

– Prze­pra­szam, pomyłka. – Zdu­szony kobiecy głos szybko się urwał.

– Nie ma sprawy, skar­bie – powie­dział, cho­ciaż roz­legł się już sygnał roz­łą­czo­nej roz­mowy, po czym wyjął z dru­karki gotową fak­turę.

* * *

– Tak wygląda szczę­śliwy czło­wiek – zauwa­żył Cam godzinę póź­niej, kiedy stali we trójkę, przy­glą­da­jąc się, jak klient odjeż­dża z łodzią na nowej przy­cze­pie.

– My jeste­śmy szczę­śliwsi. – Phi­lip poma­chał wyję­tym z kie­szeni cze­kiem. – Bio­rąc pod uwagę zakup sprzętu, robo­ci­znę, mate­riały, koszty ogólne… – Zło­żył czek na pół. – No cóż, chyba wyszli­śmy na zero.

– Spró­buj powstrzy­mać ten dziki entu­zjazm – mruk­nął Cam. – Trzy­masz w łapie czek na pię­cio­cy­frową sumę. Otwórzmy może piwo.

– Więk­szość trzeba od razu wła­do­wać w firmę – ostrzegł Phi­lip, kiedy ruszyli do środka. – Gdy przyjdą mrozy, rachu­nek za ogrze­wa­nie sko­czy pod sufit – powie­dział i spoj­rzał w górę wyso­kiego pomiesz­cze­nia. – Dosłow­nie. A w przy­szłym tygo­dniu mija ter­min zapłaty kwar­tal­nego podatku.

Cam zdjął kap­sel z butelki i podał ją bratu.

– Przy­mknij się, Phil.

– Ale – cią­gnął ten nie­zra­żony. – To wyjąt­kowa chwila w histo­rii rodziny – dodał, uno­sząc piwo, i stuk­nął nim w butelki Cama i Ethana. – Za zdro­wie naszego dok­tora od stóp, pierw­szego z wielu zado­wo­lo­nych klien­tów. Niech mu się tak samo dobrze żegluje, jak leczy haluksy.

– I niech powie kum­plom, żeby się z nami skon­tak­to­wali – dodał Cam.

– I niech pływa w oko­li­cach Anna­po­lis i trzyma się z dala od mojej czę­ści zatoki – zakoń­czył Ethan, krę­cąc głową.

– Kto sko­czy po coś do żar­cia? – zapy­tał Cam. – Umie­ram z głodu.

– Grace zro­biła kanapki. Mam je w lodówce.

– Boska dziew­czyna.

– Chyba odło­żymy na chwilę jedze­nie. – Phi­lip usły­szał dźwięk nad­jeż­dża­ją­cej cię­ża­rówki. – Wydaje mi się, że przy­je­chało to, co na cze­kam – wyja­śnił i wyszedł na zewnątrz.

Kie­rowca wychy­lił się z szo­ferki, mię­dląc w ustach gumę do żucia.

– Quinn?

– Tak jest.

– Coś ty znowu kupił? – Cam skrzy­wił się na widok samo­chodu dostaw­czego, zasta­na­wia­jąc się, jaka część świeżo wypi­sa­nego czeku wła­śnie wymyka im się z rąk.

– Coś, co jest nam potrzebne. Pomóżmy to wypa­ko­wać.

– Zga­dza się. – Kie­rowca sap­nął, wysia­da­jąc z auta. – Trzeba było trzech chłopa, żeby to zała­do­wać. To cho­ler­stwo waży chyba ze sto kilo.

Otwo­rzył tylne drzwi. Przed­miot leżał na gru­bej wyściółce. Miał co naj­mniej trzy metry dłu­go­ści, ponad pół­tora metra wyso­ko­ści i był gruby na sie­dem, osiem cen­ty­me­trów. W oszli­fo­wa­nym dębie wycięto pro­stymi lite­rami napis ŁODZIE QUIN­NÓW. W gór­nym pra­wym rogu znaj­do­wała się szcze­gó­łowa podo­bi­zna skifa pod peł­nymi żaglami.

Na dole wid­niały imiona: Came­ron, Ethan, Phi­lip i Seth Quinn.

– Cho­ler­nie dobry szyld – wydu­sił z sie­bie Ethan, kiedy już odzy­skał mowę.

– Wyko­rzy­sta­łem jeden ze szki­ców Setha. Ten sam, któ­rego uży­wamy jako logo na fir­mo­wym papie­rze. Wszystko zło­ży­łem na kom­pu­te­rze. – Phi­lip prze­su­nął kciu­kiem po dębo­wej powierzchni. – Ci goście od szyl­dów nie­źle sobie pora­dzili z odwzo­ro­wa­niem.

– Świetny. – Cam poło­żył mu rękę na ramie­niu. – Tego nam wła­śnie bra­ko­wało. Kur­czę, dzie­ciak chyba fik­nie koziołka, kiedy to zoba­czy.

– Usta­wi­łem nasze imiona w takiej kolej­no­ści, w jakiej się tu poja­wi­li­śmy. Wyszło chro­no­lo­gicz­nie, ale i alfa­be­tycz­nie. Chcia­łem, żeby to było pro­ste i czy­telne. – Zro­bił krok do tyłu i wsu­nął ręce do kie­szeni, nie­świa­do­mie naśla­du­jąc postawę braci. – Pomy­śla­łem, że będzie paso­wało do budynku i tego, co robimy.

– Jest super. – Ethan poki­wał głową. – Pasuje.

Kie­rowca popchnął gumę pal­cem.

– To jak, ludzie? Będzie­cie tu stać przez cały dzień i podzi­wiać, czy pomo­że­cie mi wypa­ko­wać z samo­chodu to cięż­kie cho­ler­stwo?

* * *

Two­rzą razem piękny obra­zek, pomy­ślała. Trzy wyjąt­kowe okazy gatunku męskiego zaan­ga­żo­wane w pracę fizyczną w cie­płe wrze­śniowe popo­łu­dnie. I budy­nek do nich paso­wał. Wyda­wał się nie­wy­koń­czony, cegły wybla­kły, pełne były dziur, a teren dookoła obra­stało bar­dziej ziel­sko niż trawa.

Oni sami róż­nili się znacz­nie od sie­bie. Jeden miał ciem­niej­szą skórę i włosy na tyle dłu­gie, że mógł je zwią­zać w kitkę. Ubrany był w czarne dżinsy, wybla­kłe do sza­ro­ści. Coś w jego stylu koja­rzyło jej się nieznacz­nie z Europą. Stwier­dziła, że to musi być Came­ron Quinn, ten, który odno­sił suk­cesy na torach wyści­go­wych.

Drugi miał na sobie zdarte robo­cze buty wyglą­da­jące, jakby pocho­dziły z poprzed­niej epoki. Roz­świe­tlone słoń­cem włosy wymy­kały się spod czapki z nie­bie­skim dasz­kiem. Poru­szał się płyn­nymi ruchami i pod­no­sił swój koniec szyldu bez widocz­nego wysiłku. Uznała, że to Ethan Quinn, rybak.

Co ozna­czało, że trzeci musiał być Phi­li­pem Quin­nem, dyrek­to­rem pra­cu­ją­cym w jed­nej z naj­lep­szych agen­cji rekla­mo­wych w Bal­ti­more. Oku­lary Ray Ban i dżinsy Levi’sa, pomy­ślała. Brą­zowe włosy, sta­no­wiące z pew­no­ścią dumę sty­li­sty. Wyso­kie, szczu­płe ciało, które na pewno regu­lar­nie tre­nuje w klu­bie spor­to­wym.

Inte­re­su­jące. Fizycz­nie zupeł­nie sie­bie nie przy­po­mi­nali, zresztą dzięki wcze­śniej­szemu śledz­twu wie­działa, że mają wspólne nazwi­sko, lecz nie geny. A jed­nak coś w mowie ich ciał, spo­so­bie, w jaki się poru­szali, świad­czyło, że są braćmi.

Zamie­rzała tylko przejść obok budynku, zer­k­nąć na halę, w któ­rej pro­wa­dzili dzia­łal­ność, i oce­nić, jak wygląda. Wie­działa, że przy­naj­mniej jeden z nich jest na miej­scu, bo ode­brał tele­fon, ale nie spo­dzie­wała się ujrzeć całej trójki na zewnątrz, nie ocze­ki­wała, że będzie miała oka­zję im się przyj­rzeć.

Była jed­nak kobietą, która sza­nuje i doce­nia to, co nie­ocze­ki­wane.

Żołą­dek ści­snął jej się z ner­wów. Z nawyku wzięła trzy powolne wde­chy i poru­szyła ramio­nami, żeby je roz­luź­nić. Bądź swo­bodna, napo­mniała samą sie­bie. Nie ma czym się stre­so­wać. W końcu to ona miała nad nimi prze­wagę. Wie­działa, kim są, a oni jej nie znali.

Prze­szła przez ulicę, stwier­dza­jąc, że zacho­wuje się cał­kiem typowo. W końcu widok trzech męż­czyzn zawie­sza­ją­cych impo­nu­jący szyld z pew­no­ścią wzbu­dziłby zain­te­re­so­wa­nie każ­dego prze­chod­nia. Zwłasz­cza tury­sty w małym mia­steczku, bo taką wła­śnie rolę przy­jęła do swo­ich celów. Poza tym była samotną kobietą, a oni trójką nie­zwy­kle atrak­cyj­nych face­tów. Umiar­ko­wany flirt także będzie więc na miej­scu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki