Wendeta po śmierć - Nora Roberts - ebook + audiobook + książka

Wendeta po śmierć ebook i audiobook

Nora Roberts

4,4

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Niezwykły thriller Nory Roberts (J.D. Robb), autorki powieści sprzedanych w pięciuset milionach egzemplarzy.

Bestseller nr 1 „New York Timesa”

Najnowsza powieść o porucznik Wydziału Zabójstw nowojorskiej policji Eve Dallas, która walczy, aby ocalić niewinnych i przysłużyć się sprawiedliwości.

W Nowym Jorku grasuje seryjny morderca. Od kilku dni nad ranem odnajdowane są kolejne nagie, okaleczone ciała torturowanych ze szczególnym okrucieństwem mężczyzn. Morderca, czy też morderczyni, porzuca je przed świtem pod ich domami z wciśniętą w ranę po wyciętych genitaliach kartką, na której wypisane jest wierszem wyjaśnienie powodu ich śmierci. Podpis sprawcy: Lady Justice. Kto kryje się pod tym pseudonimem? Czy to jedna osoba, czy może zorganizowana grupa przestępcza? Dochodzenie prowadzi porucznik Eve Dallas. Według niej obrażenia zamordowanych mężczyzn wskazują na zemstę lub mord rytualny. W prowadzeniu śledztwa pomaga jej nieoceniony mąż Roarke, asystentka w stopniu detektywa Peabody oraz cała doskonała policyjna ekipa wydziału zabójstw nowojorskiej policji.

Dlaczego tajemnicza Lady Justice wymierza mężczyznom tę, według niej sprawiedliwą, karę? Czy zostanie odnaleziona i osądzona zgodnie z prawem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 546

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 24 min

Lektor: Dorota Landowska

Oceny
4,4 (105 ocen)
61
28
12
2
2
Sortuj według:
Karollka1902

Całkiem niezła

Pani tłumacz po raz kolejny nie przyłożyła się do swojej pracy. Nie dość, że ma problem z poprawną polszczyzną (cyt. "...nie psujesz mi grafika zajęć..."), myli płeć postaci z poprzednich części, zmienia nazwy przedmiotów używanych przez bohaterów (autochef, Ident-pad, droid) to jeszcze zmienia całkowity charakter postaci. Eve nigdy nie była grzeczną i ułożoną - kompletnie straciła pazur. Roarke nigdy nie powiedziałby do niej "kochana żonko". Takie małe szczegóły naprawdę odbierają radość czytania osobom, które uwielbiają tą serię i znają ją na pamięć. Oby następne części wydawało inne wydawnictwo bo to jak widać czytelników ma w nosie - biorąc pod uwagę fakt, iż przy poprzednich dwóch częściach sytuacja była taka sama i czytelnicy szeroko komentowali błędy i prosili o poprawę tłumaczenia w przyszłości. Jak widać nic to nie dało. A szkoda...
40
Taniuszka

Nie oderwiesz się od lektury

dużo lepsze tłumaczenie niż w poprzedniej książce.. choć i tak nie jest to taki majstersztyk jak w początkowych tomach :-(
40
Ola84
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Książka jak zwykle świetna:) Tylko powinni zmienić tłumacza.
20
Tilitiki566

Nie polecam

Choć od lat jestem wierna fanką serii o porucznik Eve Dallas to to tłumaczenie jest tak fatalne, że bardzo ciężko się czyta książkę, brakuje tu charakteru bohaterów, ciętych rozmów, niestety to nie wina autorki lecz tłumacza.
10
masza186

Dobrze spędzony czas

przyjemna niespodzianka 👍pomimo obietnic, że nie wezmę do ręki następnej książki z Eve Dallas tej tłumaczki. Złamałam się jednak i przeczytałam. Przyjemna odmiana po poprzednim koszmarku. Trzeba oddać sprawiedliwość tłumaczce i wydawcy, że przyłożyli się porządnie do pracy. Każdy miłośnik J.D. Robb może mieć troszkę różną opinię, będąc przyzwyczajonym do poprzednich wydawców. To kwestia przyzwyczajenia i dalszych wysiłków wydawnictwa.😊
00

Popularność




Rozdział 1

1

Odczu­wała wewnętrzny przy­mus zabi­ja­nia.

Prze­pro­wa­dziła dogłębny wywiad, wszystko dokład­nie prze­stu­dio­wała i zapla­no­wała: kto, kiedy, jak i dla­czego. Zajęło jej to ponad rok. Jej wybór padł na Nigela B. McEn­roya. To on miał być tym pierw­szym.

Czter­dzie­sto­trzy­la­tek, od jede­na­stu lat żonaty, dwoje dzieci – dwie dziew­czynki: lat dzie­więć i sześć. W ciągu osiem­na­stu lat udało mu się – z dwoma wspól­ni­kami – zało­żyć i roz­wi­nąć firmę headhun­tin­gową kadr zarzą­dza­ją­cych o nazwie Per­fect Pla­ce­ment, Angaż Ide­alny. Jako dyrek­tor gene­ralny miał pełną kon­trolę nad rekru­ta­cją na sta­no­wi­ska w fir­mach i na Ziemi, i poza nią.

Sie­dzibę główną zde­cy­do­wał się umiej­sco­wić w Lon­dy­nie, więc bez prze­rwy podró­żo­wał. Oddziały firma miała w Nowym Jorku, Waszyng­to­nie, Tokio, Madry­cie, Syd­ney, w Nowym Los Ange­les, Dubaju, Hong­kongu i w Vegas II, a ostat­nimi czasy otwo­rzyli nowe cen­trum nawet na Olim­pie.

Wiódł przy­jemne, dostat­nie życie, zaba­wiał się z iście kró­lew­skim prze­py­chem i wyro­bił sobie repu­ta­cję osoby umie­ją­cej nie­zwy­kle pre­cy­zyj­nie okre­ślać potrzeby klien­tów. Co do mał­żeń­stwa – robił wszystko, by było per­fek­cyjne, przy­naj­mniej w jego oce­nie.

W pracy Nigel B. McEn­roy odzna­czał się sumien­no­ścią, był rze­telny i wyma­ga­jący, dbał też o zacho­wa­nie wyso­kich stan­dar­dów etycz­nych.

Żadna z wymie­nio­nych powy­żej cech nie powstrzy­mała go jed­nakże w życiu pry­wat­nym od prze­isto­cze­nia się w kłamcę, łotra, cudzo­łoż­nika oraz seryj­nego gwał­ci­ciela.

Facet bez dwóch zdań nale­żał do oble­śnych wie­przów; nad­szedł czas krwa­wej jatki.

Z nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wała odpo­wied­niej chwili. Czuła, że ide­al­nie dobrała swą pierw­szą ofiarę.

Lubił zdra­dzać żonę z rudo­wło­symi, cyca­tymi bab­kami, które zazwy­czaj stały niżej w hie­rar­chii łań­cu­cha pokar­mo­wego wła­dzy niż on. Kiedy nie wyru­szał na łowy we wła­snej fir­mie, zaba­wiał się polo­wa­niem w eks­klu­zyw­nych klu­bach.

Jakby tego nie było dość – a prze­cież miał cał­kiem udaną rodzinę – zwy­kle wrzu­cał wybra­nej ofie­rze do drinka tabletkę gwałtu, aby no cóż… dobrze współ­pra­co­wała. W pełni ska­pi­tu­lo­wała.

A co może było jesz­cze gor­sze, przy­naj­mniej raz (miała uza­sad­nione podej­rze­nia, że powtó­rzyło się to kil­ka­krot­nie) dodat­kowo odu­rzył kan­dy­datkę na pewne sta­no­wi­sko – to kon­kret­nie, przy któ­rym pod­czas rekru­ta­cji pomi­nął KOBIETY, prze­zna­cza­jąc je dla MĘŻ­CZY­ZNY – by nie dość, że skrzyw­dzić, to jesz­cze upo­ko­rzyć.

Oczy­wi­ście biedna dziew­czyna nie potra­fiła niczego udo­wod­nić i ledwo pamię­tała całe zaj­ście, zbyt prze­ra­żona, by oskar­żyć sukin­syna.

Jed­nakże wystar­cza­jąco dużo infor­ma­cji pozy­skała od innych jego ofiar – w osta­tecz­nym roz­li­cze­niu o wiele wię­cej, niżby wystar­czyło do pod­ję­cia wła­snego śledz­twa – cho­dziła więc za nim krok w krok, tro­piąc każdy ślad i obser­wu­jąc wie­prza w akcji. Dwu­krot­nie udało się jej cało­ściowo udo­ku­men­to­wać jego ruty­nowe zacho­wa­nia seryj­nego gwał­ci­ciela.

W końcu zgro­ma­dziła wszel­kie nie­zbędne dane i teraz po raz ostatni zasty­gła na dłuż­szą chwilę przed dużym lustrem, znaj­du­ją­cym się w jej pra­cowni. Pod­dała oce­nie odbi­cie swo­jej syl­wetki, widocz­nej w nim od stóp do głów.

Dłu­gie, krę­cone, ogni­sto­rude loki, powieki pokryte cie­niem w kolo­rze zja­dli­wej zie­leni, oczy sta­ran­nie obwie­dzione kredką, mocno wytu­szo­wane rzęsy. Wydatne usta grubo pocią­gnięte czer­woną pomadką o bar­wie rów­nie pło­mien­nej jak włosy.

Sporo czasu zajęło jej uzy­ska­nie efektu nieco zadar­tego noska i lekko spi­cza­stego pod­bródka.

Sztuczny obfity biust wyglą­dał cał­kiem auten­tycz­nie, i tak też się z nim czuła – w końcu dosta­jesz to, za co pła­cisz. W celu ide­al­nego wykoń­cze­nia cało­ści uwy­dat­niła jesz­cze nieco pośladki. Skórę miała nasma­ro­waną deli­kat­nie samo­opa­la­czem – tylko na tyle, by uzy­skać sub­telny zło­tawy odcień.

Suk­nia, którą wybrała – zie­lona jak jej oczy i gładka jak tafla wody – opi­nała ją jak druga skóra. Srebrne, iskrzące się w świe­tle wyso­kie szpilki doda­wały jej wzro­stu także optycz­nie, dzięki prze­dłu­ża­nym pięt­kom z wąskim pasecz­kiem.

Wie­przek Nigel miał ze sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, a ona w szpil­kach nie prze­kra­czała metra osiem­dzie­się­ciu. Ujdzie.

Pre­zen­to­wała się iście posą­gowo, zuchwale i sek­sow­nie.

W peruce, z mocno ucha­rak­te­ry­zo­waną twa­rzą – no, no! – nie roz­po­zna­łaby jej nawet wła­sna matka.

Wyko­nała jesz­cze jeden obrót przed trój­dziel­nym, wyso­kim lustrem i wzbu­rzyła nieco włosy peruki.

– Wil­ford! Uru­cha­miamy się! – zawo­łała.

Robot-droid, zapro­jek­to­wany tak, by ide­al­nie odwzo­ro­wy­wać bia­łego męż­czy­znę po sześć­dzie­siątce, z przy­strzy­żo­nym wąsem, rów­nie siwym jak jego gęste włosy, otwo­rzył nie­bie­skie oczy o spo­koj­nym wej­rze­niu.

– Jestem, pro­szę pani! Czego sobie pani życzy, madame?

Zapro­gra­mo­wała jego głos na tona­cję z mięk­kim bry­tyj­skim akcen­tem, ubrała w czarny frak, śnież­no­białą koszulę i czarny kra­wat.

– Przy­pro­wadź samo­chód – zaor­dy­no­wała. – Weź zwy­czajny miej­ski. Zawie­ziesz mnie do klubu o nazwie This Place, a potem zapar­ku­jesz i zacze­kasz na dal­sze instruk­cje.

– Jak sobie pani życzy, madame.

– Jedź windą. Odblo­ko­wa­łam dostęp.

Kiedy Wil­ford zajął się wyko­ny­wa­niem jej pole­ceń, ona spraw­dziła zawar­tość torebki, a następ­nie pode­szła do zestawu moni­to­rów.

Jej bab­cia – dzięki Bogu! – spała spo­koj­nie, pil­no­wana przez dro­idkę-pie­lę­gniarkę. Kochana, naj­droż­sza Busia (tak na nią zawsze piesz­czo­tli­wie mówiła) prze­śpi całą noc jak dziecko, wspo­ma­gana łagod­nym środ­kiem nasen­nym, który wnuczka doda­wała co wie­czór do szkla­neczki brandy, wypi­ja­nej na dobry sen przez uko­chaną Busię.

– Nie­długo wrócę. – Prze­słała całusa w stronę moni­tora i skie­ro­wała się do windy, która zawio­zła ją na główną kon­dy­gna­cję wspa­nia­łej sta­rej rezy­den­cji, uwiel­bia­nej przez nią nie­omal na równi z Busią.

Ostrożna i uważna jak zawsze, ponow­nie zablo­ko­wała dostęp do windy i dopiero wtedy ruszyła dalej wystaw­nie urzą­dzo­nym foyer, stu­ka­jąc z satys­fak­cją obca­sami. Wyszła na zewnątrz w rześką kwiet­niową noc i zamknęła za sobą drzwi, uru­cho­miw­szy uprzed­nio alarm.

Zadrżała lekko i z zimna, i z nie­cier­pli­wo­ści, jed­nakże Wil­ford już stał na pod­jeź­dzie, przy­trzy­mu­jąc otwarte drzwi samo­chodu.

Wśli­znęła się do środka i skrzy­żo­wała nogi. Jede­na­sty kwiet­nia dwa tysiące sześć­dzie­sią­tego pierw­szego roku – pomy­ślała. Zna­czący dzień w histo­rii mia­sta. Dzień naro­dzin Lady Justice, praw­dzi­wej damy wymie­rza­ją­cej spra­wie­dli­wość.

*

Nigel tym­cza­sem wpadł w fer­wor łowów, gotów cele­bro­wać zakoń­cze­nie dłu­giego, peł­nego suk­ce­sów dnia pracy. Jego żona i córki roz­ko­szo­wały się aku­rat tro­pi­kalną lekką bryzą pod­czas wio­sen­nych ferii, miał więc cały tydzień tylko dla sie­bie. Nie musiał silić się na wymy­śla­nie wykrę­tów, dla­czego znów się zasie­dział w pracy, i czuł się z tym nieco dziw­nie.

Bar­dzo lubił klub This Place za dys­kre­cję (żad­nych kamer moni­to­ringu), za znaj­du­jące się w jego wnę­trzu kap­suły dla VIP-ów, dosko­nale odizo­lo­wane od gęstych tłu­mów gawie­dzi wokół, oraz za dosko­nałe mar­tini i świetną muzykę. Ach! Prawda! Rów­nież za duży wybór atrak­cyj­nych dziew­czyn, poszu­ku­ją­cych drob­nej odmiany w swoim nud­na­wym życiu.

Oczy­wi­ście zare­zer­wo­wał uprzed­nio VIP-owską kap­sułę, lecz przez pierw­szą godzinę pobytu błą­dził tu i tam po lśnią­cych sre­brzy­ście posadz­kach, obser­wu­jąc pul­su­jące świa­tła na par­kie­cie do tańca i rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nia to w górę, to w dół po wszyst­kich trzech kon­dy­gna­cjach klubu.

Tę część wie­czoru zwał polo­wa­niem i nie­zmien­nie się nią fascy­no­wał.

Poprzed­niej nocy uzy­skał dosko­nały wynik – co za far­ciarz! – ustrze­liw­szy bliź­niaczki. Dwie tru­skaw­ko­wo­blond sio­stry z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią dzie­lące się z nim swo­imi wdzię­kami przez kilka godzin w jego gar­so­nie­rze gdzieś w Nowym Jorku.

Zasta­na­wiał się przez chwilę, czyby nie skon­tak­to­wać się z któ­rąś z nich – albo obiema? – i nie powtó­rzyć wyczy­nów z poprzed­niej nocy, ale wolał jed­nak świeże mię­sko. Na wszelki wypa­dek, jak zawsze, usu­nął numery ich tele­fo­nów.

Zda­wał sobie sprawę z tego, że wygląda sza­łowo w czar­nych, obci­słych spodniach z paskiem nabi­ja­nym ćwie­kami i w nie­bie­skim swe­trze, pasu­ją­cym do koloru jego oczu. Nosił na nad­garstku ele­gancki wie­lo­funk­cyjny zega­rek; świad­czył on o zamoż­no­ści jego posia­da­cza, o ile ktoś był wyczu­lony na takie gadżety.

Stać go było na płatne, licen­cjo­no­wane towa­rzyszki uciech z naj­wyż­szej półki – i chęt­nie korzy­stał z ich usług, jeśli brak czasu dra­stycz­nie zawę­żał mu moż­li­wość wyboru. Jed­nakże o wiele bar­dziej pasjo­no­wało go samo­dzielne polo­wa­nie oraz ustrze­lona sztuka zwie­rzyny.

W tej wła­śnie chwili jego uwagę przy­kuła rudo­włosa dziew­czyna, wijąca się wdzięcz­nie na par­kie­cie do tańca. Nieco za młoda jak na jego upodo­ba­nia, stwier­dził, a jej włosy – nastro­szone i krót­kie – nie two­rzyły zbyt wyra­fi­no­wa­nej fry­zury.

Jed­nakże te wężowe ruchy!

Po namy­śle zaczął krą­żyć na par­kie­cie, mając ją wciąż w zasięgu wzroku. Zaraz jakoś do niej zagada, a potem…

Wtem ktoś się zde­rzył z nim lekko ple­cami. Spoj­rzał przez ramię i usły­szał gar­dłowe:

– Excu­sez-moi!

Głos, lekki fran­cu­ski akcent oraz sek­sowny pomruk spra­wiły, że się cał­kiem odwró­cił.

Tan­cerka o wężo­wych ruchach natych­miast ule­ciała mu z głowy.

– Pas de quoi. – Ujął dłoń zja­wi­sko­wej kobiety i uniósł do ust. W odpo­wie­dzi został obda­ro­wany zmy­sło­wym uśmie­chem.

Zatrzy­mał dłoń, a ona nie opo­no­wała.

– Êtes-vous ici seule? – spy­tał.

– Ah, oui! – odrze­kła tonem, który odczy­tał jako jed­no­znaczne zapro­sze­nie. – Et vous?

Odwró­cił jej dłoń, musnął deli­kat­nie ustami wewnętrzną stronę nad­garstka i powie­dział już po angiel­sku:

– Mam nadzieję, że od tej chwili nie będę samotny.

– Jesteś Angli­kiem? Mówisz bar­dzo dobrze po fran­cu­sku.

– Mam nadzieję, że pozwo­lisz mi posta­wić sobie drinka i wtedy poroz­ma­wiamy w takim języku, w jakim sobie zaży­czysz.

Wolną ręką prze­cią­gnęła z góry w dół po tej swo­jej wspa­nia­łej kaska­dzie rudych loków i prze­chy­liła głowę na bok.

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią – powie­działa.

Mam cię! – pomy­ślał, pro­wa­dząc ją przez tłum i lawi­ru­jąc pomię­dzy sto­li­kami. Prze­szli obok jed­nego z wielu barów i zna­leźli się przy jego kap­sule.

– Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko? Wolę odro­binę pry­wat­no­ści.

Za kotarą cze­kało na nich pół­okrą­głe, czarne, plu­szowe sie­dzi­sko z obfi­to­ścią rów­nie czar­nych poduch obrze­żo­nych srebr­nymi lamów­kami. Usia­dła i skrzy­żo­waw­szy te swoje dosko­nałe nogi, odchy­liła się lekko do tyłu. Tylko na tyle, by dotknąć ple­cami opar­cia.

– Lubię kap­suły – oznaj­miła. – Widzimy przez ich ścianki wszystko, co się dzieje dookoła, a nikt z zewnątrz nie może zaj­rzeć do środka. To… działa na zmy­sły, nie­praw­daż?

– Tak. Istot­nie. – Usiadł obok, oce­nia­jąc w myślach, jak z nią postę­po­wać. Nie za szybko – zde­cy­do­wał. To zie­lo­no­okie cudo zna zasady gry i zapewne ocze­kuje nieco bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych metod. – Co więc spra­wia ci naj­więk­szą przy­jem­ność?

– Mam wiele pomy­słów.

Poczuł pod­nie­ce­nie, ale roze­śmiał się tylko krótko.

– To tak jak i ja. A jeśli cho­dzi o coś do picia?

– Wódka i bar­dzo wytrawne mar­tini, dwie oliwki. Naj­bar­dziej lubię Roma­nov Five.

– Tak jak i ja.

– Ach, więc mamy podobne gusta.

– To zapewne pierw­sze z wielu.

Doko­nał zamó­wie­nia z auto­ma­tycz­nego menu w kap­sule. Jed­no­cze­śnie błą­dził wzro­kiem po jej kształ­tach. Cie­szył go ruch za pół­prze­pusz­czal­nymi ścian­kami kur­ty­no­wymi kap­suły, pul­su­jący rytm muzyki, dzia­ła­jący na zmy­sły.

– Nazy­wam się Nigel…

Przy­ło­żyła palec do jego ust.

– Tylko imiona, ça va? Niech będzie tajem­ni­czo. Solange.

– Solange – powtó­rzył. – Co cię spro­wa­dza do Nowego Jorku?

– Jeśli ci to zdra­dzę, czar tajem­nicy pry­śnie. Może lepiej powiem coś doty­czą­cego tej chwili. Lubię Nowy Jork za wiele przy­jem­no­ści, któ­rych dostar­cza, i za jego… – Spra­wiała wra­że­nie szu­ka­ją­cej odpo­wied­niego okre­śle­nia. – Ach, tak! Za ano­ni­mo­wość. A ty, Nigelu, co lubisz naj­bar­dziej?

– Tę chwilę.

Roze­śmiała się i potrzą­snęła lokami.

– W takim razie powin­ni­śmy się razem nią cie­szyć, tą oraz tymi, które wkrótce nadejdą. Przy­szłam tutaj dzi­siej­szego wie­czoru, żeby… tak, żeby pozbyć się… to zna­czy, och! żeby zapo­mnieć o minio­nym dniu oraz o wszyst­kim, co musi i powinno zostać zro­bione. Żeby zamiast tego uczy­nić coś, co sprawi mi przy­jem­ność. Będzie to wie­czór dla mnie, rozu­miesz?

– Tak. Ja mam to samo. Kolejne podo­bień­stwo.

– A więc… – otwo­rzyła swoją wie­czo­rową torebkę i wyjęła z niej malutką puder­niczkę – …więc dziś wie­czo­rem będziemy cie­szyć się chwilą. Razem.

Już zaczął się skła­niać w jej stronę, gdy naraz w tym samym momen­cie okienko podaw­cze zasy­gna­li­zo­wało dostar­cze­nie drin­ków i się otwo­rzyło.

– Powin­ni­śmy wznieść toast – rzekł.

Kiedy się odwró­cił, chcąc się­gnąć po kie­liszki z kok­taj­lem zawie­ra­ją­cym mar­tini, zrzu­ciła torebkę na pod­łogę. On tym­cza­sem posta­wił kie­liszki na stole i schy­lił się, by ją pod­nieść, a wtedy kobieta wlała zawar­tość fiolki ukry­tej w puder­niczce do jego drinka.

– Merci! – Wzięła od niego torebkę, po czym scho­wała puder­niczkę i swoim kie­lisz­kiem deli­kat­nie stuk­nęła w jego szkło. – Wypijmy więc za tę chwilę! – Wznio­sła toast.

– Oraz za wiele cze­ka­ją­cych nas uciech – dodał.

Spo­glą­dała na niego roz­iskrzo­nym wzro­kiem spo­nad brzegu kie­li­cha.

– Opo­wiedz mi dokład­niej, czego pra­gniesz – zapro­po­no­wała kusząco.

– Pięk­nej kobiety, która chce tego samego co ja.

Poło­żyw­szy mu dłoń na udzie, obser­wo­wała uważ­nie, jak wychyla kie­lich. Następ­nie, draż­niąc jego zmy­sły, prze­su­nęła pal­cami w stronę wyraź­nego wznie­sie­nia w oko­licy jego kro­cza.

– Jak zamie­rzasz się­gnąć po to, na co wła­śnie natra­fi­łeś? – wymru­czała, lecz kiedy gwał­tow­nie pochy­lił się w jej stronę, zablo­ko­wała go, opie­ra­jąc wycią­gniętą rękę o jego pierś. – Mais non! Ależ nie! Wypijmy naj­pierw za tę chwilę, za przy­szłe roz­ko­sze i nie­cier­pliwe wycze­ki­wa­nie ich nadej­ścia. Widzimy je jak za zasłoną, te ruchy, dotyk, rytuał zespo­le­nia ciał, tak?… Nie­któ­rzy mogą, nie­któ­rzy nie, a my… Cóż, my możemy robić, co nam tylko przyj­dzie do głowy już tutaj, przez nikogo nie­wi­dziani.

– Pod­nie­ca­jąca per­spek­tywa – odrzekł, czu­jąc dziwny mętlik w gło­wie.

– Zatem dopij do dna i chodź ze mną. Mam dosko­nałe lokum, które będzie bar­dziej niż odpo­wied­nie dla nas dwojga. Zaznamy tam wielu uciech.

Nie mogąc się już docze­kać, pospiesz­nie wychy­lił kie­lich i ujął jej dłoń, którą wycią­gnęła ku niemu, wsta­jąc.

– Moje miesz­ka­nie jest nie­da­leko stąd – zaczął.

– Mam dosko­nałe lokum – powtó­rzyła.

Wyda­wało mu się, że prze­dziera się przez kłęby jakby pod­świe­tlo­nej sre­brzy­ście mgły i nie zdo­łał już dostrzec, jak kobieta dotyka odpo­wied­nich przy­ci­sków na wyświe­tla­czu wie­lo­funk­cyj­nego zegarka, wysy­ła­jąc infor­ma­cję do ocze­ku­ją­cego na nich dro­ida. Led­wie docie­rały do niego dźwięki muzyki, kiedy spro­wa­dzała go na pierw­szy poziom klubu, a potem powio­dła na zewnątrz, w noc.

Pchnęła go lekko, żeby wsiadł do auta. W środku zaczął dłońmi obma­cy­wać jej piersi, a jego usta pożą­dli­wie szu­kały jej warg.

Wyda­wało mu się, że usły­szał słowa kobiety: „Wil­ford! Pro­sto do domu!”, wymó­wione innym zgoła tonem, ale zaczął już zapa­dać się gdzieś w głąb sie­bie, w głąb przy­jem­no­ści i cie­le­snych uciech.

Ogar­nęła go ciem­ność.

*

Ock­nął się z dud­nie­niem w gło­wie. Gar­dło paliło go żywym ogniem. Kiedy spró­bo­wał się poru­szyć, uczuł ból w mię­śniach rąk. Zamru­gał, z wysił­kiem otwie­ra­jąc oczy, i od razu je przy­mknął, ośle­piony ostrym świa­tłem.

Znaj­do­wał się w obszer­nym pomiesz­cze­niu z bla­tami robo­czymi, jaki­miś moni­to­rami i ekra­nami, z roz­bu­do­wa­nymi sta­no­wi­skami pracy. Nic z tego nie rozu­miał.

Musiała minąć dobra minuta, nim sobie uświa­do­mił, że jest cał­ko­wi­cie nagi, a ręce ma skute kaj­dan­kami w nad­garst­kach i wykrę­cone ponad głową. Okowy ktoś przy­twier­dził do łań­cu­cha zwi­sa­ją­cego z sufitu. Ledwo się­gał pod­łogi sto­pami.

Porwany? Oszo­ło­miony nar­ko­ty­kami? Spró­bo­wał się wykrę­cić mimo wię­zów, lecz zabo­lało.

Nie, nie, był w klu­bie. Ow­szem, poszedł do klubu. Ta Fran­cuzka… Solange… Coś sobie przy­po­mi­nał, lecz dość męt­nie, a gdy usi­ło­wał się głę­biej nad tym zasta­no­wić, poczuł nawrót roz­dzie­ra­ją­cego bólu czaszki.

Nie ma żad­nych okien – myślał, oble­wa­jąc się zim­nym potem ze stra­chu. Zauwa­żył schody pro­wa­dzące gdzieś na wyż­sze pię­tro, a kiedy prze­krzy­wił mak­sy­mal­nie na bok bolącą głowę, zdo­łał jedy­nie dostrzec u ich szczytu zamknięte drzwi.

Przez chwilę pró­bo­wał wołać po pomoc, ale z jego krtani wydo­był się tylko chra­pliwy szept.

Cie­le­sne ucie­chy – tak, pamię­tał te obiet­nice. Roz­ma­wiali o cze­ka­ją­cych ich przy­jem­no­ściach, a potem ona…

Wyczuł za ple­cami jakiś ruch i w tej samej chwili prze­szył go spazm nie­wy­obra­żal­nego bólu. Jego krzyk, który roz­po­czął się chrypą, prze­szedł w paniczny wrzask.

Wtedy ona prze­su­nęła się tak, by mógł ją widzieć.

Nie była to wcale poznana wczo­raj Fran­cuzka.

Kim była ta kobieta, ta kre­atura śmie­jąca się z niego, o twa­rzy zasło­nię­tej srebrną maską, o ciem­nych wło­sach lśnią­cych sre­brzy­ście na koń­cach? Ta kobieta o zgrab­nych, krą­głych kształ­tach, odziana w czerń?

Miała na sobie srebrne, wyso­kie za kolano buty i coś w rodzaju – dobry Boże! – napier­śnika z czar­nej skóry z wytło­czo­nymi lite­rami LJ, poma­lo­wa­nymi rów­nież na kolor srebrny, iden­tyczny jak buty.

– Kim jesteś? – wychry­piał. – Czego chcesz?

– Pra­gnę doznać wielu obie­ca­nych chwil przy­jem­no­ści.

– Solange? – Poczuł cienką strużkę ulgi wle­wa­jącą się w ciało skrę­cone stra­chem. – Czy…

– Czy ja ci przy­po­mi­nam Solange? – prych­nęła i sma­gnęła go tuż nad peni­sem elek­trycz­nym poskra­mia­czem na dłu­giej rączce.

Zwi­nął się z bólu, rażony palą­cym skórę impul­sem, który prze­szył jego ciało, spły­wa­jąc w dół.

– Jam jest Lady Justice, ta, która czyni spra­wie­dli­wość, ty cudzo­łożny zła­ma­sie! Wła­śnie nad­szedł dla cie­bie czas roz­ra­chunku, Nigelu McEn­royu!

– Prze­stań! Nie rób tego! Mam pie­nią­dze! Dam ci, cokol­wiek zechcesz! Zapłacę każdą cenę!

– Och, tak, wierz mi, że zapła­cisz! Ten raz za to, co robisz swo­jej żonie… – mówiąc to, sma­gnęła go na odlew przez brzuch – …i cór­kom… – następny cios spadł na jego pierś – …i za każdą kobietę, którą zgwał­ci­łeś. – Prze­cią­gnęła elek­trycz­nym poskra­mia­czem po jego poślad­kach.

– Nie! Nie! Nie! – Jego wrza­ski odbi­jały się od ścian. – Ni­gdy nie zgwał­ci­łem żad­nej kobiety! Popeł­niasz ogromny błąd!

– Doprawdy?! Doprawdy, Nigelu? – Musnęła go poskra­mia­czem po jądrach i przy­szło jej do głowy, że chyba jesz­cze tylko pies mógłby wyć w tak wyso­kich tona­cjach.

Za każ­dym razem, kiedy wyma­wiała następne imię – imię jed­nej z jego ofiar – wywo­ły­wała u niego kolejny wstrząs elek­tryczny.

McEn­roy beł­ko­tał coś, aż wresz­cie osu­nął się bez­wład­nie, kobieta była jed­nak nie­ustę­pliwa. Pod­su­nęła mu pod nos fiolkę, która go otrzeź­wiła, i zaczęła wszystko od początku.

Bła­gał ją – och, jak on ją bła­gał! – prze­kli­nał, łkał, darł się, aż w końcu się zlał.

Och, och, och, te chwile przy­jem­no­ści!

– Dla­czego? Dla­czego mi to robisz?!

– Msz­czę się za wszyst­kie kobiety, które zdra­dza­łeś, upo­ka­rza­łeś i które mole­sto­wa­łeś. Wyznaj, Nigelu, wyznaj teraz wszyst­kie swoje zbrod­nie!

– Ni­gdy nikogo nie skrzyw­dzi­łem!

Trza­snęła go na odlew prę­tem para­li­za­tora po poślad­kach. Kiedy odzy­skał zdol­ność mówie­nia, wyję­czał, szlo­cha­jąc:

– Kocham moją żonę. Kocham moją żonę, lecz mam więk­sze potrzeby. Tak mi przy­kro. To był tylko seks! Pro­szę! Bła­gam!

– Odu­rza­łeś kobiety.

– Ni­gdy… Tak, tak! – wrza­snął, chcąc unik­nąć bólu. – Nie zawsze, ale jest mi przy­kro z tego powodu. Prze­pra­szam za to!

– Wyko­rzy­sty­wa­łeś swoje sta­no­wi­sko do ich zastra­sza­nia. Zmu­sza­łeś kobiety, które chciały tylko pra­co­wać, do upra­wia­nia seksu.

– Nie… Tak, tak! Ale mam prze­cież swoje potrzeby. Bła­gam!

– Masz swoje potrzeby? – powtó­rzyła z prze­ką­sem, po czym wzięła do ręki meta­lowy pręt i rąb­nęła go w twarz, łamiąc mu kość policz­kową. – Twoje potrzeby były waż­niej­sze niż ich wolna wola, niż ich życze­nia, ich potrzeby? Niż słowa przy­sięgi zło­żo­nej wła­snej żonie w dniu ślubu?!

– Nie, nie! Przy­kro mi! Tak mi przy­kro! Ja… Potrzebna jest mi pomoc. Pójdę na lecze­nie. Do wszyst­kiego się przy­znam. Pójdę do wię­zie­nia. Zro­bię wszystko, co każesz!

– Powiedz, kim jestem.

– Nie wiem, kim jesteś. Bła­gam!

– Prze­cież już ci mówi­łam! – Znów pora­ziła go prą­dem, a po kon­wul­syj­nej reak­cji drgaw­ko­wej domy­śliła się, że nie­wiele mu bra­ko­wało do końca. – Zwę się Lady Justice. Powtórz!

– Lady Justice – wymam­ro­tał, zacho­wu­jąc resztki przy­tom­no­ści.

– Justice, czyli Spra­wie­dli­wość! – rze­kła z pato­sem. – I spra­wie­dli­wo­ści sta­nie się zadość!

Miała już przy­go­to­wane wia­dro i ostry szty­let. Teraz przy­nio­sła je bli­żej. Wia­dro posta­wiła mu mię­dzy nogami.

– A to po co?… Co robisz?… Prze­cież przy­zna­łem się do wszyst­kiego. Prze­pro­si­łem! O mój Boże! Boże! Pro­szę! Nieee!

– Wszystko jest w porządku, Nigelu. – Uśmiech­nęła się, patrząc w zacho­dzące łzami, prze­ra­żone oczy męż­czy­zny. – Zamie­rzam zająć się tobą i two­imi potrze­bami po raz ostatni.

Utrzy­my­wała go przy życiu tak długo, jak tylko się dało, a kiedy już było po wszyst­kim, kiedy ucichł, a jego ciało zwiot­czało, wes­tchnęła prze­cią­gle.

– A więc spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość!

*

Gdy porucz­nik Eve Dal­las sta­nęła nad zma­sa­kro­wa­nym, nagim cia­łem męż­czy­zny, mia­sto wciąż jesz­cze spo­wi­jał mrok. Wiał lekki wiatr, który wichrzył jej krótką, wystrzę­pioną fry­zurkę i szar­pał połami dłu­giego skó­rza­nego płasz­cza. Nachy­liw­szy się, odczy­ty­wała wyraź­nie wydru­ko­wane, pisane na kom­pu­te­rze słowa z kartki, przy­mo­co­wa­nej do miej­sca, w któ­rym nie­gdyś znaj­do­wały się geni­ta­lia ofiary.

Ten tutaj za nic przy­sięgi mał­żeń­skiej miał słowa:

Zdra­dzana przez niego była jego druga połowa.

Bogac­twa i wła­dzy miał nad­miary

Do twier­dzy swej bez­bronne wabił ofiary.

Gwał­cił je dla zabawy

I zdechł dziu­rawy.

Lady Justice

Eve odsta­wiła swoją wali­zeczkę oglę­dzi­nową i zwró­ciła się do poli­cjantki mun­du­ro­wej, która pierw­sza dotarła na miej­sce zna­le­zie­nia ciała.

– Co już wia­domo? – zagad­nęła.

Na co gęsto­brewa kobieta rasy mie­sza­nej wyre­cy­to­wała:

– Na numer dzie­więć­set jede­na­ście zadzwo­niono o czwar­tej trzy­dzie­ści osiem nad ranem. Z limu­zyny na rogu ulic Osiem­dzie­sią­tej Ósmej Zachod­niej oraz Colum­bus wysia­dła kobieta, Tisha Fein­stein. Utrzy­muje ona, że była na swoim wie­czo­rze panień­skim w towa­rzy­stwie czter­na­stu przy­ja­ció­łek i chciała się przejść kawa­łek dla ode­tchnię­cia świe­żym powie­trzem. Ode­tchnię­cia, jak się wyra­ziła, świe­żym powie­trzem. Prze­szła trzy kwar­tały mia­sta aż po Dzie­więć­dzie­siątą Pierw­szą i tu spo­strze­gła leżące na chod­niku zwłoki. Wbie­gła do budynku – a tu wła­śnie mieszka – i obu­dziła swo­jego narze­czo­nego, Clip­pera Vance’a. Ten wyszedł przed dom, zoba­czył ciało i zadzwo­nił na poli­cję. Wezwa­nie ode­bra­łam ja z part­ne­rem. Przy­by­li­śmy na miej­sce o czwar­tej czter­dzie­ści, zabez­pie­czy­li­śmy je taśmami i natych­miast wezwa­li­śmy wspar­cie w postaci poste­run­ko­wych-dro­idów. Poste­run­kowy Rigby jest w środku ze świad­kami.

– W porządku. Pro­szę pozo­stać na sta­no­wi­sku.

Eve zabez­pie­czyła dło­nie gumą w sprayu, kuc­nęła przy zwło­kach i otwo­rzyła swoją wali­zeczkę oglę­dzi­nową. Zaczęła od doci­śnię­cia kciuka ofiary do okienka Identi-pada. Odczy­tała z wyświe­tla­cza, co nastę­puje:

Ofiara ziden­ty­fi­ko­wana jako Nigel B. McEn­roy, rasy bia­łej kau­ka­skiej. Wiek czter­dzie­ści trzy lata, oby­wa­tel­stwo bry­tyj­skie. Wśród kilku posia­da­nych przez niego nie­ru­cho­mo­ści znaj­duje się rów­nież apar­ta­ment przy ulicy Dzie­więć­dzie­sią­tej Pierw­szej Zachod­niej, numer sto czter­dzie­ści pięć w Nowym Jorku. W budynku pod tym samym adre­sem zamiesz­kuje rów­nież Tisha Fein­stein, która zna­la­zła zwłoki.

Eve przyj­rzała się uważ­nie twa­rzy denata.

– Nic dziw­nego, że go nie roz­po­znała, nawet jeśli go znała. Pełno sinia­ków i śla­dów po przy­pie­ka­niu skóry, naj­praw­do­po­dob­niej jakimś urzą­dze­niem elek­trycz­nym, na twa­rzy i całym ciele. Nie­zwy­kle głę­bo­kie ślady po wię­zach na obu nad­garst­kach wska­zują, że zmarły był skrę­po­wany pod­czas tor­tur i bar­dzo wów­czas cier­piał – mówiła do dyk­ta­fonu.

Wyjęła mikro­go­gle i przyj­rzała się uważ­niej roz­cię­ciom i zasi­nie­niom na nad­garst­kach.

– Sądząc po kącie nachy­le­nia śla­dów, miał ręce zwią­zane nad głową i to wła­śnie nad­garstki utrzy­my­wały cały cię­żar jego ciała. Do potwier­dze­nia przez pato­loga medy­cyny sądo­wej. Geni­ta­lia zostały odcięte.

Pochy­liła się bar­dziej nad cia­łem i unió­sł­szy ostroż­nie za rożek kartkę z wier­szem, spoj­rzała na ranę pod innym kątem.

– Żad­nych oznak waha­nia. Cię­cie wyko­nane z nie­omal chi­rur­giczną pre­cy­zją. Moż­liwa sto­sowna wie­dza medyczna lub doświad­cze­nie w tej dzie­dzi­nie.

Wyjęła z wali­zeczki detek­tory.

– Czas zgonu: trze­cia dwa­dzie­ścia. Przy­pusz­czalna przy­czyna śmierci: cał­ko­wite wykrwa­wie­nie po kastra­cji. Moż­liwy zawał serca, spo­wo­do­wany wie­lo­krot­nym raże­niem prą­dem elek­trycz­nym. Być może jedno i dru­gie rów­no­cze­śnie.

Przy­kuc­nęła na pię­tach.

– A więc był zwią­zany, tor­tu­ro­wany i zamor­do­wany gdzieś indziej, bo do tego potrzeba jed­nak nieco bar­dziej odizo­lo­wa­nego miej­sca, a potem zwłoki uło­żono tutaj. I nie pod­rzu­cono, ale wła­śnie uło­żono w odpo­wiedni spo­sób tuż przy wej­ściu do budynku, w któ­rym miesz­kał. W dodatku z tą tutaj, zlo­ka­li­zo­waną w prze­my­śla­nym miej­scu, poetycz­nie zre­da­go­waną notką. – Popa­trzyła na kartkę. – Lady Justice, ta, która czyni spra­wie­dli­wość. Ktoś się na cie­bie nie­źle wku­rzył, drogi Nigelu.

Ujęła do ręki małe szczyp­czyki i wydo­była z wali­zeczki kilka tore­bek ewi­den­cyj­nych. Kiedy wycią­gała z rany pierw­sze wkle­jone w nią ciało obce, usły­szała zna­jomy stu­kot niskich obca­sów różo­wych kow­bo­jek swo­jej part­nerki, zbli­ża­ją­cej się szyb­kim kro­kiem po pobli­skim chod­niku.

Peabody zapre­zen­to­wała poste­run­ko­wym-dro­idom peł­nią­cym straż odznakę poli­cyjną i schy­liw­szy się, prze­szła pod taśmą odgra­dza­jącą miej­sce zda­rze­nia. Po czym rzu­ciła okiem na zwłoki i stwier­dziła krótko:

– Nie­źle poha­ra­tany.

– Cały tak wygląda.

Eve dobrze pamię­tała, jak jesz­cze cał­kiem nie­dawno Peabody zie­le­niała na twa­rzy od takich wido­ków. Dwa lata w wydziale zabójstw zde­cy­do­wa­nie ją uod­por­niły.

– Miał jesz­cze dołą­czony ten tutaj liścik miło­sny. Wci­śnięty tam. Peabody, wezwij z łaski swo­jej zespół z kost­nicy oraz ekipę sprzą­ta­czy. Lepiej, żeby go spa­ko­wali do worka i ozna­ko­wali, zanim miesz­kańcy tej miłej, spo­koj­nej oko­licy zaczną wypro­wa­dzać psy czy wycho­dzić na poranny jog­ging. Hej tam! Poste­run­kowy! Pomóż­cie mi odwró­cić ciało. Chcę dokoń­czyć oglę­dziny denata.

Odna­la­zła kolejne ślady przy­pa­la­nia na skó­rze: na ple­cach, poślad­kach, pod kola­nami, na łyd­kach. Wiele z nich już pod­czas tor­tur prze­kształ­ciło się w otwarte, sączące się rany.

– Musiało to zająć sporo czasu… – mruk­nęła pod nosem. – Nie da się zro­bić cze­goś podob­nego, jeśli się nie dys­po­nuje dużą ilo­ścią wol­nego czasu. A poza tym, co też mogła począć nasza Lady Justice z fiu­tem i jaj­kami?

Eve pod­nio­sła się i odwró­ciła do swo­jej part­nerki. Peabody miała na sobie nie­śmier­telny różowy płasz­czyk. Szyję owi­nęła cien­kim nie­bie­skim sza­li­kiem z wzor­kiem – o zgrozo! – w różowe kwiatki. Ciemne włosy spięła w krótki kucyk, pod­ska­ku­jący przy każ­dym jej kroku.

– Poszu­kaj­cie świad­ków w środku – zaor­dy­no­wała Eve. – Zabez­piecz­cie miej­sce zbrodni, funk­cjo­na­riuszko! Jaki ma numer apar­ta­ment panny Fen­stein?

– Sześć­set trzy, pani porucz­nik.

Razem z Peabody ruszyły w stronę wej­ścia do pięt­na­sto­pię­tro­wej dostoj­nej budowli z ele­wa­cją z cał­kiem przy­jem­nie odno­wio­nego brą­zo­wego kamie­nia. Przy wej­ściu nie było wpraw­dzie noc­nej ochrony – jak zauwa­żyła Eve – ale budy­nek miał dobry, solidny sys­tem moni­to­ringu.

Poka­zała odznakę poli­cyjną sto­ją­cemu przy drzwiach poste­run­ko­wemu-dro­idowi.

Hol wej­ściowy pre­zen­to­wał się rów­nie oka­zale, jak cały budy­nek. Jego posadzkę wyło­żono naprze­mien­nie gra­na­to­wymi i kre­mo­wymi płyt­kami. Gra­na­towe ściany zdo­bił kre­mowy szla­czek, uwagę zwra­cały dys­kret­nie usy­tu­owane biurko ochrony – chwi­lowo przez nikogo nie­ob­sa­dzone – kilka wyście­ła­nych miękko ławek i parę wyso­kich, smu­kłych wazo­nów z wyglą­da­ją­cymi na świeże wio­sen­nymi kwia­tami.

Eve wci­snęła przy­cisk windy i cze­ka­jąc na kabinę, prze­ka­zy­wała Peabody wszystko, co wie­działa.

– Świa­dek wra­cała z wie­czoru panień­skiego i zauwa­żyła ciało McEn­roya leżące na chod­niku. Wbie­gła do środka, powie­działa o tym Vance’owi, swo­jemu narze­czo­nemu. Ten wyszedł przed budy­nek, zwe­ry­fi­ko­wał słowa narze­czo­nej, a potem zadzwo­nił na poli­cję. Mamy zapis roz­mowy na numer dzie­więć­set jede­na­ście o godzi­nie czwar­tej trzy­dzie­ści osiem. Dwie minuty póź­niej na miej­scu zda­rze­nia poja­wił się pierw­szy patrol poli­cji. Denat był rów­nież miesz­kań­cem tego budynku – a raczej miał tu swój apar­ta­ment. Jest naro­do­wo­ści bry­tyj­skiej. Posiada wraz ze swo­imi rodzi­cami mię­dzy­na­ro­dową, mię­dzy­pla­ne­tarną spółkę headhun­ter­ską. Żonaty, dwoje dzieci.

– Co z żoną? – zain­te­re­so­wała się Peabody.

– Taa… – Eve weszła do kabiny windy. – Spraw­dzimy potem, czy jest w domu, ale naj­pierw spró­bujmy zna­leźć jakichś świad­ków.

– Nie dotrzy­mał słów przy­sięgi mał­żeń­skiej. – Peabody przy­po­mniała słowa wier­szyka. – Jeśli ona ich dotrzy­my­wała, ten wier­szyk miło­sny od zabój­czyni musiałby wywrzeć na niej ogromne wra­że­nie.

– Mhm… No cóż, ludzie reagują bar­dzo dziw­nie, kiedy są wku­rzeni, a ta Lady Justice, nio­sąca spra­wie­dli­wość, musiała być nie­źle wku­rzona, choć… o ile żona nie jest zwy­czajną idiotką, będzie miała cho­ler­nie mocne alibi.

Eve wyszła z windy i skie­ro­wała się szyb­kim kro­kiem w stronę cichego, spo­koj­nego kory­ta­rza. Odno­to­wała zamon­to­wane tam kamery ochrony.

– Sprawdźmy, co zare­je­stro­wano na kame­rach moni­to­ringu z pię­tra, na któ­rym miesz­kał denat, z wind, holu wej­ścio­wego, z naj­bliż­szego oto­cze­nia budynku.

Zadzwo­niła do drzwi o nume­rze sześć­set trzy i mach­nęła swoją odznaką przed nosem poli­cjan­towi mun­du­ro­wemu – mło­demu chło­pa­kowi o ufnym spoj­rze­niu – który jej otwo­rzył.

– Mam to, funk­cjo­na­riu­szu Rigby – rze­kła. – Pro­szę się skon­tak­to­wać z ochroną budynku lub zarządcą nie­ru­cho­mo­ści. Chcę przej­rzeć nagra­nia z kamer na pię­trze, gdzie miesz­kał denat, z wind, holu wej­ścio­wego do budynku oraz ze wszyst­kich kamer skie­ro­wa­nych na ulicę.

– Z jakiego prze­działu czasu, pani porucz­nik?

– Dwie doby wstecz, o ile je prze­cho­wują. Potem zacznij­cie się dobi­jać do drzwi sąsia­dów.

– Tak jest, pani porucz­nik!

Ode­słała go do wyko­na­nia powie­rzo­nych zadań, a sama szyb­kim, uważ­nym spoj­rze­niem otak­so­wała parę sku­loną w obję­ciach na dłu­giej, lśnią­cej szma­rag­dową zie­le­nią żelo­wej sofie.

Dziew­czyna – na oko dobie­ga­jąca trzy­dziestki – miała dłu­gie, krę­cone, mie­dzia­no­złote włosy. Po pod­puch­nię­tych oczach mniej wię­cej tego samego koloru widać było, że pła­kała. Gry­mas na bla­dej twa­rzy, z któ­rej zmyła dokład­nie maki­jaż – a musiała być mocno wyma­lo­wana na wie­czor­nej impre­zie – świad­czył o prze­ży­tym szoku.

Ubrana była w pro­ste, szare baweł­niane spodnie, koszulkę z dłu­gimi ręka­wami i domowe bam­bo­sze. Sie­działa wtu­lona w postaw­nego chło­paka rasy mie­sza­nej, mniej wię­cej w tym samym wieku co ona.

Chło­pak skie­ro­wał swe udu­cho­wione piwne oczy na Eve i powie­dział:

– Mam nadzieję, że nie zaj­mie to dużo czasu. Tish powinna się prze­spać.

– Oba­wiam się, że długo nie wytrzy­mam – ode­zwała się dziew­czyna. – Oczy same mi się zamy­kają. Wiem, że powin­nam ziden­ty­fi­ko­wać… – Wtu­liła twarz w sze­ro­kie ramiona Vance’a.

– Zdaję sobie sprawę, że to trudne, panno Fein­stein, posta­ramy się jed­nak zała­twić wszystko naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Jestem porucz­nik Dal­las, a to detek­tyw Peabody. Wydział zabójstw.

– Wydaje mi się, że panią roz­po­znaję. Brat mojej przy­ja­ciółki Lydii jest dziel­ni­co­wym w Queens. Mia­łam nawet do niego zadzwo­nić. W liceum cho­dzi­li­śmy ze sobą przez pewien czas, ale…

– Może lepiej opo­wiedz nam, co się wła­ści­wie wyda­rzyło – Eve prze­rwała jej wynu­rze­nia. – Zacznij od tego, gdzie byłaś wczo­raj wie­czo­rem.

– Impreza się skoń­czyła i… – zaczęła Fein­stein.

– Prze­pra­szam – wtrą­cił się Vance. – Niech panie usiądą. Mogę czymś słu­żyć? Może przy­go­tuję kawę?

– Byłoby świet­nie – powie­działa Eve. Zaj­mie go to przez pewien czas, pomy­ślała. – Dla mnie espresso, dla mojej part­nerki ame­ri­cano.

– A dla cie­bie, kocha­nie, może jesz­cze jedną her­batkę? – zwró­cił się do towa­rzyszki.

– Chęt­nie. Dzięki, Clip. – Uśmiech­nęła się do niego. – Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­biła.

– Mam nadzieję, że ni­gdy nie będziesz musiała tego spraw­dzać. Jedną chwi­leczkę. – Pod­niósł się i wyszedł bez­sze­lest­nie z pokoju.

Fein­stein sku­liła się, przyj­mu­jąc pozy­cję obronną.

– A więc jak to było z tym waszym wie­czo­rem? – pod­jęła Eve.

– Impreza się skoń­czyła. Dokład­niej: mój wie­czór panień­ski. Pobie­ramy się z Cli­pem w przy­szły pią­tek. Limu­zyna zabrała mnie spod domu około dwu­dzie­stej pierw­szej. Bawi­ły­śmy się w czter­na­ście dziew­czyn, wia­domo, jak to w klu­bie. Clip ma jutro swój wie­czór kawa­ler­ski. Nie­ważne. Zakoń­czy­ły­śmy zabawę męską rewią u Spin­nera w cen­trum. Wiem, że to brzmi tro­chę tak, jak…

– Rado­sny czas, spę­dzony w towa­rzy­stwie przy­ja­ció­łek – wtrą­ciła Peabody z uśmie­chem.

– No wła­śnie. – Oczy Fein­stein zaszły łzami. – Naprawdę tak było. Nie­które z dziew­czyn są moimi przy­ja­ciół­kami od wie­ków, a ja pierw­sza z naszej grupki wycho­dzę za mąż. Bawi­ły­śmy się świet­nie, dużo piły­śmy i śmia­ły­śmy się bez prze­rwy. Potem limu­zyna odwo­ziła nas po kolei do domów. Ja byłam ostat­nia, popro­si­łam kie­rowcę, żeby wysa­dził mnie na rogu. Chcia­łam łyk­nąć tro­chę świe­żego powie­trza i przejść się kawa­łek. Czu­łam się taka szczę­śliwa, tak roz­kosz­nie nie­mą­dra! Było mi tak dobrze! Chcia­łam nieco prze­dłu­żyć ten stan i wtedy…

Prze­rwała, kiedy Vance powró­cił z peł­nymi kub­kami usta­wio­nymi na tacy.

– Clip.

– W porządku, kocha­nie. Mów dalej. Wszystko w porządku.

Odsta­wił tacę i objął narze­czoną ramie­niem. Eve wzięła do ręki kubek z czarną kawą. Po zapa­chu skon­sta­to­wała, że pijała gor­sze. Bóg jeden wie, że pijała lep­sze, ale gor­sze też.

– Gdy­bym popro­siła Shelly, która nas odwo­ziła do domu, żeby pod­je­chała pod samo wej­ście do budynku, ona spo­strze­głaby go pierw­sza. To okropne, ale wola­ła­bym, żeby tak się stało. On zwy­czaj­nie tam sobie leżał. Przez uła­mek sekundy myśla­łam, że to jakiś ponury żart, tylko że potem zoba­czy­łam… Chyba zaczę­łam krzy­czeć. Nie jestem pewna, ale chyba zaczę­łam biec… Za nic nie mogłam prze­cią­gnąć kartą przez ska­ner ani wpro­wa­dzić popraw­nie kodu otwie­ra­ją­cego drzwi, tak bar­dzo trzę­sły mi się ręce, w końcu się jed­nak udało, od razu wje­cha­łam na górę i pobie­głam do Clipa.

– Myśla­łem, że wyda­rzył się jakiś wypa­dek. Nie była w sta­nie mi nic wytłu­ma­czyć. Potem uzna­łem, że no cóż, tro­chę wypiła, coś tam sobie ubz­du­rała, tyle że wciąż była strasz­nie roz­trzę­siona. – Mówiąc to, chło­pak obej­mo­wał plecy Tishy ochron­nym gestem, pal­cami głasz­cząc ramię, prze­cią­ga­jąc dło­nią ryt­micz­nie w górę i w dół. – Wło­ży­łem coś na sie­bie i wysze­dłem przed budy­nek. Zoba­czy­łem wtedy, że nie ściem­niała. Zadzwo­ni­łem na dzie­więć jeden jeden i zaraz przy­je­chała poli­cja.

– Roz­po­zna­li­ście denata?

– Nie. – Vance popa­trzył na Fein­stein, która pokrę­ciła prze­cząco głową.

– Przy­znam szcze­rze, że nie za bar­dzo się przy­glą­da­łam – wyja­śniła. – Pamię­tam, że leżał dokład­nie pod latar­nią, ale nawet nie spoj­rza­łam na jego twarz. Skórę na całym ciele miał… bo ja wiem… jakby czymś poprzy­pa­laną. Widzia­łam pod­pis, cały ten liścik, i zauwa­ży­łam, że dokład­nie pod nim on… – Głos się jej zała­mał i zamil­kła.

– Ja też to zauwa­ży­łem – ode­zwał się Vance. – Ktoś go wyka­stro­wał.

– Mogę spy­tać, jak długo miesz­ka­cie w tym apar­ta­men­towcu?

– Dwa i pół mie­siąca. – Dziew­czyna uśmiech­nęła się blado, ujmu­jąc dłoń narze­czo­nego. – Chcie­li­śmy mieć wła­sne gniazdko jesz­cze przed ślu­bem. Nasze pierw­sze wspólne miej­sce na ziemi.

Rozdział 2

2

– Denat miesz­kał na naj­wyż­szej kon­dy­gna­cji – Eve poin­for­mo­wała Peabody, kiedy doszły z powro­tem do windy. – Nic dziw­nego, że żadne z tych dwojga nie znało ani jego samego, ani jego żony. Miesz­kają tu od dwóch mie­sięcy, osiem pię­ter niżej, i są ponad dwa­dzie­ścia lat młodsi.

– W dodatku jest to tylko jedno z wielu miesz­kań denata – dodała Peabody – więc nie zawsze prze­by­wał w tym budynku.

– Jed­nak prze­by­wał wystar­cza­jąco długo, żeby zaro­bić na śmierć. Sprawdźmy, czy jego rodzina znaj­duje się na miej­scu.

Poje­chały na górę.

– Zabójca to kobieta lub też chce, aby myślano, że uczy­niła to kobieta – roz­my­ślała na głos Peabody. – Jeśli pozo­sta­wiona wia­do­mość mówi o kon­kret­nej gru­pie kobiet, to zapewne o tych, z któ­rymi zdra­dzał żonę. Być może je gwał­cił. Zasta­na­wia mnie jedno… Był raczej szczu­pły i wyspor­to­wany, ale i tak potrzeba sporo siły, żeby go wsa­dzić do samo­chodu… o ile oczy­wi­ście ma samo­chód… a potem go stam­tąd wytasz­czyć. A jak już się go wyj­mie z bagaż­nika, trzeba uło­żyć ciało na chod­niku. Może ona… jeżeli to kobieta… miała pomoc­nika?

– Jest to abso­lut­nie moż­liwe. Odci­śnięte uko­śnie na nad­garst­kach ślady po wię­zach wska­zują na to, że ręce miał zwią­zane nad głową i nad­garstki dźwi­gały więk­szą część jego wagi. Mógł być utrzy­my­wany w takim zawie­sze­niu siłą mię­śni lub za pomocą wie­lo­krążka. Potem został opusz­czony na coś w rodzaju jed­no­osio­wego wózka trans­por­to­wego, prze­to­czony po pochylni, prze­rzu­cony do samo­chodu i odwie­ziony tutaj. Dużo tego, ale ktoś musiał dokład­nie wszystko prze­my­śleć. Na sto pro­cent wie­dzieli, gdzie mieszka w Nowym Jorku i kiedy tutaj będzie. Nie zna­la­złam na ciele żad­nych śla­dów świad­czą­cych o tym, żeby pró­bo­wał się bro­nić.

Na ostat­niej kon­dy­gna­cji znaj­do­wało się tylko sześć prze­stron­nych apar­ta­men­tów. Ten nale­żący do McEn­roya zaj­mo­wał pół­nocno-wschodni naroż­nik. Pro­wa­dziły doń sze­ro­kie, dwu­skrzy­dłowe drzwi.

Kamera, panel alarmu, ska­ner, solidne zamki.

Eve naci­snęła guzik wide­ofonu.

Usły­szała głos auto­ma­tycz­nej sekre­tarki: McEn­roy­owie obec­nie nie przyj­mują gości. Podaj, pro­szę, swoje imię i nazwi­sko, powód wizyty oraz dane kon­tak­towe. Dzię­ku­jemy!

Unio­sła odznakę do kamery.

– Porucz­nik Dal­las Eve oraz detek­tyw Peabody Delia. W spra­wie poli­cyj­nego śledz­twa. Musimy w tej chwili poroz­ma­wiać z kim­kol­wiek znaj­du­ją­cym się w miesz­ka­niu.

– Pro­szę cze­kać! Obec­nie odznaka pod­lega wery­fi­ka­cji.

Eve cze­kała przed ska­ne­rem. Minęła dłuż­sza chwila, po któ­rej usły­szała szczęk otwie­ra­ją­cych się zam­ków.

Por­tier-droid uchy­lił przed nimi lewe skrzy­dło drzwi. Stał – jak skała – dys­tyn­go­wany, w czar­nym fraku. Widok jego ciała o musku­lar­nej budo­wie suge­ro­wał, że rów­nie dobrze mógłby być tutaj ochro­nia­rzem. Wypo­wia­dał się rów­nie dys­tyn­go­wa­nie, z bry­tyj­skim akcen­tem, patrząc na Eve i Peabody nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem błę­kit­nych oczu.

– Przy­kro mi, pani porucz­nik oraz pani detek­tyw, lecz pan McEn­roy jesz­cze nie wró­cił z wie­czor­nego spo­tka­nia. Pani McEn­roy wraz z dziećmi wyje­chała z mia­sta na waka­cje, spo­dzie­wamy się jej powrotu dopiero za pięć dni. Czy w takiej sytu­acji mogę paniom w czymś pomóc?

– O tak! Możesz nam podać miej­sce pobytu pani McEn­roy oraz dane kon­tak­towe do niej.

– Jak już mówi­łem, bar­dzo prze­pra­szam, lecz te infor­ma­cje są poufne.

– Już nie. Pan McEn­roy nie powróci z wie­czor­nego spo­tka­nia, ponie­waż znaj­duje się wła­śnie w dro­dze do kost­nicy.

Obser­wo­wała, jak nie­ru­chome oczy dro­ida nagle oży­wają, gdy zaczyna on prze­twa­rzać nie­spo­dzie­wa­nie uzy­skane infor­ma­cje.

– To bar­dzo nie­for­tunne zda­rze­nie – orzekł w końcu.

– Można to i tak okre­ślić. Wcho­dzimy! – zde­cy­do­wała Eve.

– Tak, zapra­szam. – Odsu­nął się nieco na bok i zamknął za nimi drzwi.

Sze­roki hol wej­ściowy prze­cho­dził płyn­nie w prze­stronny pokój dzienny. Przez ogromne prze­szkle­nia Eve widziała skrawki rzeki Hud­son, poły­sku­ją­cej sre­brzy­ście w świe­tle poranka.

W salo­nie nad dłu­gim, wąskim komin­kiem roz­cią­gał się ogromny, wbu­do­wany w ścianę ekran tele­wi­zora. Eks­klu­zywne meble w spo­koj­nych tona­cjach błę­ki­tów i zie­leni, kilka wido­ków mia­sta, uję­tych w ramy, tu i tam rodzinne foto­gra­fie rów­nież w ele­ganc­kich ram­kach i ni­gdzie abso­lut­nie ani śladu bała­ganu.

– O któ­rej godzi­nie pan McEn­roy opu­ścił apar­ta­ment?

– O dwu­dzie­stej pierw­szej osiem­na­ście ubie­głego wie­czoru.

– Dokąd się wybie­rał?

– Nie posia­dam takich infor­ma­cji.

– Czy był sam?

– Tak.

– W co był ubrany?

Znów zauwa­żyła błysk w oku, kiedy droid prze­szu­ki­wał zasoby pamięci.

– Miał na sobie czarne spodnie od Vin­cen­tiego, jasno­nie­bie­ski pulo­wer Box Club z mie­szanki jedwa­biu i kasz­miru, czarną skó­rzaną mary­narkę Leonardo, moka­syny z czar­nej skóry firmy Bal­dwin oraz czarny skó­rzany pasek.

Tak szcze­gó­łowy opis uświa­do­mił jej, że cza­sem i dro­idy mogą być przy­datne w śledz­twie.

– Kiedy pozo­stali człon­ko­wie rodziny opu­ścili Nowy Jork?

– Dwa dni temu o ósmej rano. Samo­chód oso­bowy przed­się­bior­stwa trans­portu miej­skiego zabrał panią McEn­roy, jej córki oraz ich guwer­nantkę w celu odwie­zie­nia ich na lot­ni­sko. Stam­tąd udali się na Tahiti i zostali zakwa­te­ro­wani w ośrodku wypo­czyn­ko­wym South Seas Resort & Spa, a kon­kret­nie w bun­ga­lo­wie przy plaży o nazwie Para­dise i tam spę­dzają czas wolny.

Taaa… – pomy­ślała Eve. – Dro­idy są doprawdy nie­zwy­kle przy­datne.

– Czy pan McEn­roy przyj­mo­wał jakichś gości pod­czas nie­obec­no­ści reszty rodziny?

– Nie posia­dam takich infor­ma­cji. Panuje zasada, że moje funk­cje są odłą­czane, kiedy pan McEn­roy wycho­dzi z domu, a ponow­nie uru­cha­miany jestem tylko wów­czas, kiedy pan McEn­roy życzy sobie, bym mu asy­sto­wał.

– Macie tutaj kamerę przy drzwiach wej­ścio­wych. Muszę przej­rzeć zapis moni­to­ringu.

– Oczy­wi­ście. Sta­cja moni­to­ringu znaj­duje się tuż za pomiesz­cze­niem kuchni.

– Zaj­mij się tym, Peabody. Popro­szę o numer kon­tak­towy do pani McEn­roy – zwró­ciła się do dro­ida.

Tym razem nie opo­no­wał i podał numer.

– Która godzina jest teraz na Tahiti?

Oczy dro­ida mru­gnęły i natych­miast otrzy­mała odpo­wiedź:

– Na Tahiti jest w tej chwili dwu­na­sta trzy­dzie­ści trzy po połu­dniu.

– To jakaś totalna bzdura – mruk­nęła pod nosem. – No nic, zate­le­fo­nuję i spraw­dzę ten czas.

– Nie rozu­miem – rzekł droid.

– Ja też nie rozu­miem. Mamy tutaj mor­der­stwo, muszę prze­szu­kać miesz­ka­nie, a ekipa wydziału tech­niki ope­ra­cyj­nej EDD spraw­dzi wszyst­kie kom­pu­tery i inne nośniki infor­ma­cji. Czy w miesz­ka­niu są jesz­cze inne dro­idy, per­so­nel zaj­mu­jący się pra­cami domo­wymi, skła­da­jący się z ludzi lub urzą­dzeń innego rodzaju?

– Są tu małe auto­ma­tyczne urzą­dze­nia do czysz­cze­nia pod­łóg i wyko­ny­wa­nia innych zadań. Jest guwer­nantka do dzieci, lecz, jak już wspo­mi­na­łem, ona rów­nież wyje­chała na urlop razem z panią McEn­roy. Asy­stentka pana McEn­roya oraz inni pra­cow­nicy jego firmy mają­cej sie­dzibę w Nowym Jorku są cza­sem wzy­wani do tutej­szego apar­ta­mentu, jed­nak ogól­nie rzecz bio­rąc, pan McEn­roy pra­cuje codzien­nie, kiedy jest na miej­scu, ze swo­jego cen­trum zarzą­dza­nia, które znaj­duje się w budynku Mid­town Roarke Tower.

– Ha! Dam ci znać, jeśli będę miała jesz­cze jakieś pyta­nia. Co tam masz, Peabody? – zwró­ciła się potem do swo­jej part­nerki, która wyło­niła się z głębi apar­ta­mentu.

– Wyszedł dokład­nie o tej godzi­nie, którą podał droid, ubrany dokład­nie w to, co opi­sał. Od tam­tej pory, dopóki my się nie poja­wi­ły­śmy, nikt nie pod­cho­dził do drzwi. Przej­rza­łam też poprzed­nie sie­dem­dzie­siąt dwie godziny, nie zauwa­ży­łam jed­nak niczego podej­rza­nego. Ci z EDD może wygrze­bią coś wię­cej.

– Napisz natych­miast do McNaba i przy­ślij tu na górę ekipę sprzą­ta­czy.

Eve zaczęła prze­szu­ka­nie od sypialni McEn­royów. Znaj­do­wały się tu jesz­cze bar­dziej mięk­kie, wysma­ko­wane barwy, wisiały też jesz­cze bar­dziej wysma­ko­wane dzieła sztuki. Choć zagłó­wek łóżka miał kształt roz­po­star­tego pawiego ogona, już pokry­wa­jące go mięk­kie, mate­ria­łowe obi­cie miało przy­jemny brzo­skwi­niowy kolor, o kilka odcieni jaśniej­szy niż puszy­sta narzuta, która z kolei była o wiele jaśniej­sza niż uło­żone na niej, zaaran­żo­wane ele­gancko poduszki.

Zasta­na­wia­jąca wydała się Eve jedy­nie obro­towa kamera, usta­wiona na trój­noż­nym sta­ty­wie pośrodku pokoju.

Spraw­dziła ją i zauwa­żyła, że była usta­wiona tak, by włą­czać się i reago­wać na pole­ce­nia gło­sowe. Nie zna­la­zła w jej pamięci żad­nych obra­zów. Wyszła z powro­tem na kory­tarz i zawo­łała do dro­ida:

– Pro­szę tutaj na górę!

– Oczy­wi­ście – odrzekł, po czym natych­miast wspiął się po scho­dach i ruszył za nią do sypialni.

Wska­zała na kamerę.

– Czy ona zawsze tutaj stoi? – spy­tała.

– Nie. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem tego urzą­dze­nia.

– Tutaj czy w ogóle?

– W ogóle, pani porucz­nik.

– Okej. Możesz wró­cić na dół. Ocze­kuj na dal­sze pole­ce­nia.

Eve spraw­dziła szu­flady w szaf­kach noc­nych z pole­ro­wa­nego metalu; zna­la­zła tam czyt­niki inter­ne­towe, które odło­żyła dla ekipy infor­ma­ty­ków EDD, w szafce bli­żej okna kon­domy, a polerkę do paznokci i emul­sję do rąk w tej bli­żej wej­ścia do łazienki.

Nie zna­la­zła ni­gdzie żad­nych zaba­wek sek­su­al­nych ani zwią­za­nych z sek­sem dodat­ków.

Inte­re­su­jące.

Zacie­ka­wiona odwi­nęła narzutę i prze­cią­gnęła ręką po pościeli, nachy­liła się nad nią, pową­chała. Wszystko świeże, pach­nące lekko lawendą.

Ponow­nie wyszła z pokoju i pode­szła do dro­ida.

– Mam pyta­nie odno­śnie do pościeli w głów­nej sypialni. Kiedy była wymie­niana?

– Wczo­raj rano. O dzie­sią­tej.

– Czy pan McEn­roy popro­sił o zmianę pościeli? Czy dzieje się tak zazwy­czaj?

– Kiedy pan McEn­roy zostaje sam w miesz­ka­niu, pościel jest zmie­niana codzien­nie.

– A wtedy, kiedy są wszy­scy?

– Dwa razy na tydzień.

– Gdzie znaj­duje się pościel zdjęta wczo­raj rano?

– Została zabrana do pralni.

– Nie­do­brze. Peabody, zaczniemy od sypialni głów­nej.

– McNab jest już w dro­dze. Ekipa tech­ni­ków-czy­ści­cieli będzie tu na górze za dwa­dzie­ścia minut. A niech mnie!… – zaklęła poli­cjantka, kiedy weszły do sypialni i zoba­czyła kamerę.

– Ehm! Kamera obro­towa, usta­wiona na akty­wa­cję gło­sową, na samym środku sypialni. Pościel zmie­niana dwa razy w tygo­dniu, kiedy żona jest z nim, codzien­nie, gdy wyjeż­dża.

Peabody przy­gry­zła wargę zamy­ślona.

– Zwa­biał do łóżka, które dzie­lił z wła­sną żoną, jakieś swoje asy­stentki i wszystko nagry­wał? – roz­wa­żała na głos.

– Tego wła­śnie będę się musiała dowie­dzieć. Idę o zakład, że ma tu gdzieś poukry­wane sto­sowne zabawki. Zacznij szu­kać w jego gar­de­ro­bie. Ja muszę prze­pro­wa­dzić roz­mowę z żoną.

Zaczęła od wyko­na­nia tele­fonu do ośrodka wcza­so­wego, gdzie uzy­skała potwier­dze­nie, że Geena McEn­roy, jej dwie córki oraz ich guwer­nantka Fran­ces Early są obec­nie gośćmi ośrodka. Dowie­działa się też, kiedy się zamel­do­wały i kiedy zamie­rzały wyje­chać.

Następ­nie wybrała numer tele­fonu, który podał jej droid, gotowa poin­for­mo­wać naj­bliż­szych zamor­do­wa­nego o zaist­nia­łej tra­ge­dii.

Geena ode­brała po trze­cim sygnale. Miała zablo­ko­waną trans­mi­sję obrazu.

– Halo? Kto tam? – spy­tała zaspa­nym gło­sem.

– Czy roz­ma­wiam z Geeną McEn­roy?

– Tak. Przy tele­fo­nie.

– Mówi porucz­nik Eve Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji.

– Kto taki?! O mój Boże! – W gło­sie kobiety zabrzmiało prze­ra­że­nie. Natych­miast się włą­czył prze­kaz wideo, uka­zu­jąc bar­dzo ładną zaspaną kobietę ze zmierz­wio­nymi brą­zo­wymi wło­sami i nie­bie­skimi wystra­szo­nymi oczami. – Czy było wła­ma­nie?

– Nie. Droga pani McEn­roy, z przy­kro­ścią muszę poin­for­mo­wać, iż mąż pani nie żyje. Jego ciało zostało odna­le­zione dzi­siaj nad ranem. Pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cje z powodu straty mał­żonka.

– Co? Co takiego?! O czym pani mówi? To nie­moż­liwe! Roz­ma­wia­łam z Nige­lem wczo­raj po połu­dniu. Już będąc tutaj. T-to zna­czy tam pew­nie był już wie­czór. Musiała zajść jakaś kosz­marna pomyłka!

– Przy­kro mi, pani McEn­roy, ale taka jest prawda. Pani mąż został zamor­do­wany dzi­siej­szej nocy, mniej wię­cej o trze­ciej nad ranem, i został ofi­cjal­nie ziden­ty­fi­ko­wany.

– Ale to nie­moż­liwe. Sama pani mówiła, że nie było żad­nego wła­ma­nia. O tej godzi­nie Nigel musiał być już w domu, w swoim łóżku.

– Zgod­nie z infor­ma­cjami otrzy­ma­nymi od waszego domo­wego dro­ida oraz nagra­niami z kamer moni­to­ringu, mąż opu­ścił wasz apar­ta­ment przy ulicy Dzie­więć­dzie­sią­tej Pierw­szej Zachod­niej wczo­raj wie­czo­rem, kilka minut po dwu­dzie­stej pierw­szej. Jego ciało zostało odna­le­zione cał­kiem nie­dawno. – Nie ma potrzeby infor­mo­wa­nia jej teraz o dra­stycz­nych szcze­gó­łach, pomy­ślała Eve. – Powtó­rzę jesz­cze raz: jest mi bar­dzo przy­kro z powodu utraty przez panią współ­mał­żonka.

– Jed­nakże… – Dez­orien­ta­cja, coraz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie, cią­głe nie­do­wie­rza­nie zaczęły się mie­szać i prze­ra­dzać w szok, a ten z kolei w smu­tek i żal. – Co takiego się wła­ści­wie wyda­rzyło? Co się stało Nige­lowi? Wypa­dek?

– Nie, pani McEn­roy. Pani mąż został zamor­do­wany.

– Zamor­do­wany?… Zamor­do­wany?!… Ależ to nie­do­rzeczne! – Jej głos prze­szedł nie­omal w pisk, ale po chwili udało się jej opa­no­wać. Przy­sło­niła usta dło­nią. – Jak? Kto? Dla­czego?

– Pani McEn­roy, naj­le­piej by było, gdyby wró­ciła pani do Nowego Jorku. Dopiero roz­po­czę­li­śmy docho­dze­nie. Czy jest ktoś, z kim mogła­bym się jesz­cze skon­tak­to­wać teraz w tej spra­wie?

– Ja… Nie… Ja… Chwi­leczkę…

Obraz na wyświe­tla­czu roz­ma­zał się, kiedy Geena naj­praw­do­po­dob­niej wybie­gła z sypialni z komórką w dłoni. Eve dostrze­gła w prze­lo­cie skrawki wido­ków z pokoju dzien­nego: nasy­cone, tro­pi­kalne kolory, odro­bina księ­ży­co­wego świa­tła, odbi­ja­jąca się w szy­bach okien, a w końcu wąska, długa stopa z paznok­ciami poma­lo­wa­nymi w kolo­rze bla­do­ró­żo­wym.

– Fran­cie! – Ochry­pły szept był wstrzą­sa­jący. Łzy dopiero napły­wały, stwier­dziła Eve. – Boże mój! Fran­cie! Potrze­buję cię!

– Już nie śpię! Już wstaję! – Świa­tło się zapa­liło. – Źle się czu­jesz, kochana?

Eve mogła tylko przy­pusz­czać, że Geena rzu­ciła tele­fon na łóżko śpią­cej na nim kobiety, po czym usia­dła i zalała się łzami.

Na wyświe­tla­czu tele­fonu poja­wiło się prze­ra­żone obli­cze jej towa­rzyszki, kobiety rasy mie­sza­nej w wieku lat około pięć­dzie­się­ciu, o orze­cho­wych oczach, ciska­ją­cych wście­kłe spoj­rze­nia.

– Kto przy tele­fo­nie? – spy­tała.

– Mówi porucz­nik Eve Dal­las z Nowego Jorku…

– Och, aku­rat! Czy­ta­łam książkę i oglą­da­łam film. Dal­las jest… – Orze­chowe oczy zamru­gały, a potem zostały prze­tarte i wresz­cie zoba­czyły swoją roz­mów­czy­nię. – Dobry Boże! Co się stało?! Kto nie żyje?

Mówiąc to, prze­krę­ciła się na bok, na ekra­nie poja­wiło się moc­nej budowy ciało opięte różową – nie bla­do­ró­żową, lecz wście­kle różową – koszulą nocną z bry­ka­ją­cym bia­łym jed­no­roż­cem na piersi.

– No już dobrze, Geeno, uspo­kój się, już dobrze. Przy­niosę ci szklankę wody. Zajmę się wszyst­kim, dobrze? Co się stało? – zwró­ciła się z pyta­niem do Eve, naj­wy­raź­niej prze­miesz­cza­jąc się po pokoju.

– Nigel McEn­roy nie żyje. Został zamor­do­wany dzi­siaj nad ranem.

– O mój Boże! Jak… Albo lepiej pro­szę teraz o tym nie mówić.

Z tego, co Eve mogła dostrzec, zorien­to­wała się, że kobieta zna­la­zła się w anek­sie kuchen­nym, wrzu­ciła do szklanki kilka kostek lodu i dolała wody gazo­wa­nej do pełna.

– Ona mnie potrze­buje. Dziew­czynki mnie potrze­bują. Jakoś to prze­cze­kamy. One go kochały. Wszyst­kim się zajmę tu na miej­scu. Wró­cimy do Nowego Jorku naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Czy to się stało w miesz­ka­niu?

– Nie.

– W porządku. Wyru­szymy w drogę powrotną, jak tylko uda mi się wszystko dograć.

– Popro­szę o pani dane.

– Fran­cie… To zna­czy Fran­ces – popra­wiła się. – Fran­ces Early. Uczę dziew­czynki. Muszę się zająć Geeną.

– Pro­szę się ze mną skon­tak­to­wać, kiedy tylko przy­je­dzie­cie do Nowego Jorku.

– Geena to zrobi. Na pewno zdąży się już wtedy wziąć w garść, choćby dla dziew­czy­nek. Teraz muszę do niej iść.

Kiedy kobieta się roz­łą­czyła, Eve zmie­niła usta­wie­nia tele­fonu i wyko­nała szyb­kie roze­zna­nie co do osoby Fran­ces Early.

– Guwer­nantka… – zaczęła czy­tać, kiedy weszła do pomiesz­cze­nia będą­cego raczej czymś w rodzaju prze­bie­ralni obojga mał­żon­ków ani­żeli gar­de­robą któ­re­goś z nich. – Fran­ces Early, zamężna jeden raz, jeden roz­wód, bez­dzietna. Wiek: pięć­dzie­siąt sześć lat, zaj­muje się edu­ka­cją dzieci, dwa­dzie­ścia dwa lata nauczała w szkole publicz­nej; uro­dzona i wycho­wana w Nowym Jorku. Sie­dem lat spę­dziła jako guwer­nantka star­szej córki McEn­royów, potem obu. Podró­żuje razem z rodziną, gdzie­kol­wiek wyjeż­dżają. Zamiesz­kuje razem z McEn­roy­ami lub ze swoją sio­strą, kiedy są w Nowym Jorku, ma swoje pokoje w ich lon­dyń­skim apar­ta­men­cie, ma też miej­sce zakwa­te­ro­wa­nia w każ­dej z ich pozo­sta­łych rezy­den­cji. Jej były mąż raz był oskar­żony o napaść z pobi­ciem, lecz został unie­win­niony. Spra­wia wra­że­nie osoby solid­nej, na któ­rej można pole­gać.

– Nie zna­la­złam tutaj niczego podej­rza­nego, jedy­nie mnó­stwo naprawdę ład­nych ubrań nale­żą­cych do niej i do niego, a w czę­ści z toa­letką sporo kosme­ty­ków dosko­na­łej jako­ści. Jest tu jed­nakże jesz­cze sejf – Eve zaczęła mówić do dyk­ta­fonu.

Obej­rzała skrytkę dokład­nie, zasta­na­wia­jąc się, czy zdoła ją otwo­rzyć – a uczył ją tego mistrz wśród wła­my­wa­czy (były mistrz), który, tak się aku­rat zło­żyło, został jej mężem.

Chyba to sejf z biżu­te­rią – pomy­ślała. – Żona na pewno znała szyfr, więc on nie cho­wałby tutaj niczego, co chciałby ukryć przed jej oczami. Wspól­nie uży­wana prze­strzeń.

Dam sobie z tym spo­kój – posta­no­wiła. – Zajmę się lepiej jego gabi­ne­tem.

Ruszyła dalej kory­ta­rzem, zatrzy­mu­jąc się na chwilę przed poko­jem, który nale­żał bez wąt­pie­nia do dwóch sióstr. Cały w różach, bieli i fal­ba­nia­stych ozdób­kach. Urzą­dzony wybit­nie dziew­częco. W jed­nej jego czę­ści usta­wione były naprze­ciw sie­bie dwa biurka, w dru­giej znaj­do­wały się różne gry i zabawki.

Trzeci pokój z kolei ziden­ty­fi­ko­wała jako pokój guwer­nantki. Narzuta na łóżko w jaskrawy kwia­towy wzo­rek wska­zy­wała na upodo­ba­nie do kolo­rów – te przy­pusz­cze­nia potwier­dziła gar­de­roba z ubra­niami w jasnych, przy­jem­nych bar­wach.

Na jed­nej ze ścian wisiała duża kor­kowa tablica z przy­pię­tymi do niej wie­loma pra­cami dzieci, two­rzą­cymi całą wystawę. Na stole przy oknie stały trzy foto­gra­fie przed­sta­wia­jące sio­stry i ich nauczy­cielkę wraz z rodziną.

Zwra­cała się do pani McEn­roy po imie­niu, a nawet – jeśli tego wyma­gała sytu­acja – per kocha­nie. Sta­nowi nie­ro­ze­rwalną część rodziny – pod­su­mo­wała swoje roz­wa­ża­nia Eve – a ludzie, któ­rzy do tej czę­ści należą, znają rodzinne sekrety.

Będzie chciała prze­pro­wa­dzić roz­mowę z Fran­ces Early.

Poszła dalej. Minęła pokój, który słu­żył za klasę do nauki i miej­sce do zabawy obu córek, potem coś w rodzaju salo­niku, gdzie wspól­nie spę­dzały czas, dalej oddzielną jadal­nię, a na końcu gabi­net McEn­roya.

Nie było oddziel­nego gabi­netu dla żony ani nawet prze­zna­czo­nego dla niej kącika do pracy – jak zauwa­żyła – za to gabi­net jej męża zaj­mo­wał spek­ta­ku­larną prze­strzeń i rów­nie spek­ta­ku­lar­nie został urzą­dzony. Ten widok z okien, biurko, fotel, sofa, dzieła sztuki, zgro­ma­dzone tu urzą­dze­nia do prze­cho­wy­wa­nia danych oraz sys­temy komu­ni­ka­cji!

Wszystko z naj­wyż­szej półki – roz­my­ślała – jak przy­stoi czło­wie­kowi tak zamoż­nemu i z jego pozy­cją.

Wkrótce odna­la­zła ter­mi­narz: zła­mała kod dostępu; kom­pu­ter fir­mowy: zła­mała kod dostępu; komu­ni­ka­tory: rów­nież zła­mała kod dostępu.

Ostrożny facet, nawet w swoim wła­snym miesz­ka­niu.

Szu­flady w biurku – każda zamknięta na klucz i zako­do­wana.

Szafa z zam­kiem wyma­ga­ją­cym prze­cią­gnię­cia kartą dostępu i wpro­wa­dze­nia kodu cyfro­wego.

Zaczęła od niej.

Otwo­rzyła swoją wali­zeczkę z polo­wym zesta­wem do prze­pro­wa­dza­nia oglę­dzin miejsc powią­za­nych z prze­stęp­stwami. Wyjęła pewien przy­rząd, który dostała od Roarke’a, i zabrała się do roboty.

Sły­szała, jak ekipa tech­ni­ków-czy­ści­cieli wcho­dzi do miesz­ka­nia, sły­szała roz­ma­wia­jącą z nimi Peabody. Zigno­ro­wała ich obec­ność.

Uda się jej to zro­bić i niech ją dia­bli, jeśli McEn­roy nie po to tak zabez­pie­czył swoje biuro, żeby ukryć tu pie­przone dyski pamięci i inne nośniki danych.

Dzie­sięć minut póź­niej, kom­plet­nie sfru­stro­wana, była o krok od pod­da­nia się i wła­śnie kop­nęła z całej siły w dia­belne drzwi. Chwilę póź­niej musiała jed­nak wziąć się w garść.

Usły­szała ser­deczne powi­ta­nie McNaba: „Cześć, dziew­czyno!”, i podwo­iła wysiłki.

I niech ją szlag trafi, jeśli po tak dłu­gim dłu­ba­niu przy zamku prze­każe zada­nie zła­ma­nia szy­fru jakie­muś świ­rowi z wydziału infor­ma­tyki EDD. Już ona im pokaże!

Zaci­snęła tylko zęby, sły­sząc zbli­ża­jący się ku niej sze­lest pode­szew jego aero­bu­tów.

– Cześć, pani porucz­nik! – McNab zna­lazł się tuż przy niej.

– Zacznij od urzą­dzeń infor­ma­tycz­nych – zarzą­dziła. – Otwórz na miej­scu to, co zdo­łasz, zrób szybki prze­gląd, oznacz i sko­piuj wszystko. Szlag! Szlag! Szlag! Otwórz się, do jasnej cho­lery! – syk­nęła w stronę sejfu. – To, czego nie zdo­łasz otwo­rzyć, zabierz do sie­dziby waszego wydziału.

– Tak jest! Hej, masz ten magiczny czyt­nik kodów szy­fru­ją­cych! Czy to nie ten słynny TTS-5?

– Skąd, do dia­bła, mam to wie­dzieć? I prze­stań chu­chać mi do ucha.

– Wygląda na to, że kod został zła­many, ale…

Naraz z jej gar­dła wydo­był się taki dźwięk, że nawet wście­kły pies by się cof­nął. Ale McNab przy­su­nął się jesz­cze bli­żej.

Kiedy na urzą­dze­niu zami­go­tała zie­lona lampka, huk­nął ją otwartą dło­nią w ramię.

– Dobra robota! – pochwa­lił.

– Nie­źle, kuźwa, co? – rze­kła zado­wo­lona z sie­bie i za pomocą karty dostępu zała­twiła resztę.

Zda­wała sobie sprawę, że McNab pew­nie zro­biłby to dwa razy szyb­ciej. A Roarke? Ten pew­nie prze­biłby się przez zabez­pie­cze­nia, wyko­rzy­stu­jąc jedy­nie swój cho­lerny irlandzki czar.

Tak czy owak, udało się jej!

Otwo­rzyła drzwi, za któ­rymi kryły się karty pamięci, dyski oraz inne akce­so­ria nie­zbędne w dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nym biu­rze – a sprawa, w któ­rej pro­wa­dziła docho­dze­nie, obej­mo­wała rów­nież kamerę w sypialni, jak też zamkniętą na trzy spu­sty wewnętrzną szafkę.

– Jezu Chry­ste! Co to jest, do cho­lery? Czy on tu prze­cho­wuje pie­przone klej­noty koronne?

– Tym razem to zwy­kły zamek zapad­kowy – wtrą­cił McNab. – Wystar­czy go wyła­mać.

– Żad­nego nisz­cze­nia cudzej wła­sno­ści! – wark­nęła Eve.

Wydo­była ze swo­jej wali­zeczki zestaw wytry­chów, poda­ro­wa­nych jej przez Roarke’a. Miała zde­cy­do­wa­nie lep­szą rękę do otwie­ra­nia zam­ków na zwy­kły klucz niż tych z elek­tro­niką i odblo­ko­wała wewnętrzną szafkę w nie­całe pięć sekund.

Kiedy otwo­rzyła drzwiczki, McNab aż cicho gwizd­nął.

– Ale jazda! Raj dla miło­śni­ków wsze­la­kich per­wer­sji.

– Wie­dzia­łam!

– Gościu mógłby z tym spo­koj­nie otwo­rzyć wła­sny sex shop. – Mówiąc to, McNab wci­snął obie dło­nie do dwóch z wielu kie­szeni sze­ro­kich fio­le­to­wych spodni, wyglą­da­ją­cych jakby były wypeł­nione plu­to­nem.

Nie mogła się nie zgo­dzić. Prze­bie­gła szybko wzro­kiem po kolek­cji kaj­dan­ków wyło­żo­nych mięk­kim futer­kiem, wibra­to­rach, olej­kach i emul­sjach nawil­ża­ją­cych, pier­ście­niach nakła­da­nych na penisa, nasut­ni­kach, akce­so­riach słu­żą­cych do deli­kat­nego draż­nie­nia róż­nych czę­ści ciała, jedwab­nych sznu­rach, prze­pa­skach na oczy, piór­kach, ogrom­nym zapa­sie pre­zer­wa­tyw, wspo­ma­ga­czach erek­cji, przeróż­nych żelach i innych spe­cy­fi­kach.

Wska­zała gestem na bute­leczkę, pod­pi­saną dru­ko­wa­nymi lite­rami: ROHYP­NOL. Na innej wid­niał napis KRÓ­LI­CZEK, na następ­nej, mniej­szej: DZIWKA.

– Skur­wy­syn! Dys­po­no­wał nie­wiel­kimi podróż­nymi fiol­kami. Szedł do klubu, zabie­rał ze sobą fiolkę, po czym brał na cel jakąś dziew­czynę. Następ­nie przy­wo­ził ją tu ze sobą i robił z nią, co mu się żyw­nie podo­bało. Wiersz Lady Justice nie odbie­gał od rze­czy­wi­sto­ści.

– Wiersz…?

– Do tego też kie­dyś doj­dziemy, McNab. Teraz bierz się do kom­pu­te­rów!

– Już się robi! – Męż­czy­zna odsu­nął się od szafy. Był szczu­płym face­tem o przy­jem­nej twa­rzy i dłu­gich jasnych wło­sach spię­tych w kucyk, w płat­kach uszu nosił srebrne kółka. – Te wszyst­kie zabawki, no wiesz, to jedna sprawa. Nikomu nie wadzą ani nie szko­dzą, o ile obie strony czer­pią z tego przy­jem­ność. Jed­nakże te medy­ka­menty… To prze­srana sprawa.

– Tak. A teraz i on ma prze­srane.

Cokol­wiek McEn­roy zro­bił, gdzie­kol­wiek bywał, teraz nale­żał do niej.

Wyszła z gabi­netu, zamie­niła parę słów z dowo­dzą­cym ekipą sprzą­ta­czy, po czym pode­szła do Peabody od tyłu.

– Wezwijmy na prze­słu­cha­nie jego nowo­jor­skiego zastępcę – zaor­dy­no­wała. – To naj­lep­szy spo­sób, żeby poznać zwy­czaje McEn­roya, roz­kład jego dnia, przy­ja­ciół i zna­jo­mych oraz zaję­cia na boku, o ile był powta­rzalny w swo­ich zacho­wa­niach.

– Lance Po – prze­czy­tała Peabody z ekranu swo­jego pod­ręcz­nego kom­pu­tera, kiedy doszu­kała się odpo­wied­nich infor­ma­cji. – Lat trzy­dzie­ści osiem, męż­czy­zna rasy mie­sza­nej. Pięć lat temu oże­nił się z Westleyem Schup­pem. Pra­cuje w nowo­jor­skim oddziale od jede­na­stu lat, przez ostat­nie cztery był prawą ręką ofiary. – Kiedy już zjeż­dżały windą na dół, dodała z zachwy­tem: – Ależ luk­su­sowo i ze sma­kiem urzą­dzony apar­ta­ment!

– Taaa… Takie spra­wiał wra­że­nie. Przy­tulny, cichy, wszystko z naj­wyż­szej półki. Na biurku miał zdję­cia żony i córek. Trzy metry od zamknię­tej szafki, peł­nej zaba­wek sek­su­al­nych, fio­lek z piguł­kami gwałtu oraz bute­le­czek z róż­nymi środ­kami odu­rza­ją­cymi. A to, do cho­lery, świad­czy o cał­ko­wi­tym braku klasy.

– Więc, cho­lera jasna, gość nie tylko zdra­dzał żonę w ich wła­snym łóżku, ale też fasze­ro­wał swoje ofiary środ­kami osza­ła­mia­ją­cymi! – obu­rzyła się Peabody.

– Trudno uwie­rzyć, że posia­da­jąc te wszyst­kie medy­ka­menty… a nie każda bute­leczka była pełna… ani razu żad­nego nie użył. Musimy spraw­dzić, czy jego asy­stent wie, dokąd zamie­rzał się udać zeszłego wie­czoru i z kim, o ile w ogóle, był umó­wiony na jakieś spo­tka­nie.

Wyszły wprost na tęt­niącą życiem ulicę Nowego Jorku. Nad ich gło­wami hała­so­wały ste­rowce rekla­mowe, war­czały sil­niki samo­cho­dów, obok prze­pły­wały fale obcych ludzi. Na chod­niku nie leżało już teraz żadne ciało, nie pozo­stał nawet ślad, że kie­dy­kol­wiek tu było.

Wewnątrz budynku – zupeł­nie inna histo­ria. Do wszyst­kich drzwi pukali poli­cjanci mun­du­rowi, ekipa tech­ni­ków-czy­ści­cieli prze­cze­sy­wała miesz­ka­nie McEn­royów, a spe­cja­li­sta infor­ma­tyk prze­ko­py­wał się przez wszyst­kie udo­ku­men­to­wane i zacho­wane w pli­kach rodzinne infor­ma­cje, jak rów­nież zare­je­stro­wane roz­mowy tele­fo­niczne, przez wszystko, co wyszu­ki­wali w inter­ne­cie, przez wszyst­kie zdję­cia, które pozo­sta­wili na jakim­kol­wiek urzą­dze­niu.

Śmierć odsła­nia wszel­kie sekrety.

Kiedy Eve usia­dła za kół­kiem, Peabody podała jej adres asy­stenta.

– Dla jego żony i dzieci będzie to trudna podróż powrotna do domu – rzu­ciła poli­cjantka mimo­cho­dem.

– O tak! Czy wie­działa? – zaczęła się zasta­na­wiać Eve. – Może, a może nie wie­działa, co trzy­mał pod klu­czem w szafce w swoim gabi­ne­cie, tylko jak mu się udało ukryć przed nią te wszyst­kie zdrady? Facet nie jest aż taki sek­sowny, no może tylko w sypialni, którą dzieli ze swoją mał­żonką. Nie zdra­dzał jej przy­pad­kiem. Jak mogła o tym nie wie­dzieć?

– Nie­które kobiety po pro­stu ufają bez­gra­nicz­nie, a nie­któ­rzy faceci są mistrzami kamu­flażu.

– Nikt nie jest w tym aż tak dobry. – Eve pokrę­ciła głową.

Ruszyła szybko do przodu i wymu­siła pierw­szeń­stwo, wpy­cha­jąc się w sznur aut.

Po i jego mąż miesz­kali w cen­trum nad grecką restau­ra­cją.

– Porządny spa­cer do pracy, o ile Po wybie­rał ten rodzaj prze­miesz­cza­nia się – myślała Eve na głos.

Zadzwo­niła do drzwi znaj­du­ją­cych się na pozio­mie ulicy, i po chwili z inter­comu dobie­gło wesołe:

– Witaj­cie!

– Tu porucz­nik Dal­las i detek­tyw Peabody, nowo­jor­ska poli­cja. Musimy zamie­nić kilka słów z panem Po.

– Taa, jasne, a Roarke jest już tutaj na górze i zajada baj­gle. To ty, Car­rie?

– A jed­nak porucz­nik Dal­las. Czy roz­ma­wiam z Lance’em Po?

– Hm… No, tak. Ale że porucz­nik Dal­las? Poważ­nie?…

– Poważ­nie. Musimy poga­dać.

Eve usły­szała w tle krótką wymianę zdań i śmie­chy. „Mówi, że nazywa się Eve Dal­las. To pew­nie Car­rie”.

Po chwili roz­legł się brzę­czyk domo­fonu i klik­nął odblo­ko­wany zamek drzwi wej­ścio­wych.

W wąskim, cia­snym holu zauwa­żyły drzwi do jesz­cze węż­szej windy, któ­rej Eve za nic nie powie­rzy­łaby swo­jego życia, nawet gdyby Po zamiesz­ki­wał na ostat­nim pię­trze dra­pa­cza chmur. Na górę pro­wa­dziły rów­nie wąskie schody.

Kiedy zaczęły się po nich wspi­nać, usły­szały odgłos otwie­ra­ją­cych się na pię­trze powy­żej drzwi i męski głos:

– Zabrzmiało to dość prze­ko­nu­jąco, Car­rie, ale… – Face­towi sto­ją­cemu w progu głos uwiązł w gar­dle.

Oka­zał się Azjatą, rasy mie­sza­nej, o wyspor­to­wa­nej, smu­kłej syl­wetce i wzro­ście nieco powy­żej metra sie­dem­dzie­się­ciu. Trzy­dzie­sto­ośmio­la­tek wyglą­dał znacz­nie mło­dziej, niż wska­zy­wała na to jego metryka. Miał kru­czo­czarne włosy, ucze­sane w krót­kie, skrę­cone dredy, zdo­bione zło­tymi pasem­kami. Ubrany w schludny, nie­bie­ski gar­ni­tur o meta­licz­nym poły­sku oraz czer­wony kra­wat w nie­bie­skie gro­chy.

Jego oczy, pra­wie tak samo złote jak pasemka, nie­omal wyła­ziły mu z orbit.

– A niech mnie cho­lera! A niech to… Wes! To naprawdę ta świ­ru­ska Eve Dal­las!

– Weź się uspo­kój, Lance. – Na klatkę scho­dową wyszedł drugi męż­czy­zna o czar­nej skó­rze, bar­czy­sty, z ogo­loną na łyso głową, ubrany w spło­wiałe dżinsy i czer­wony T-shirt z dłu­gimi ręka­wami. Zro­bił wiel­kie oczy, a potem poło­żył dłoń na ramie­niu Po i wes­tchnął: – No i tak, ty sukin­synu!

Przyj­rzał się Eve uważ­niej. W jego tęczów­kach poja­wił się nie­po­kój.

– Jezu! Ktoś nie żyje.

– O mój Boże! Czy ktoś zgi­nął? – zawtó­ro­wał mu Po.

– Możemy wejść?

– Boże! Moja mama! Moja mama…

– Nie o nią nam cho­dzi, panie Po, ani też o nikogo z pań­skiej rodziny. Jeste­śmy tutaj ze względu na wasze sze­fo­stwo.

– Coś się stało Sylvii?! – Męż­czy­zna uniósł nagle ręce i zła­pał dłoń swo­jego part­nera.

– Nie. Sprawa doty­czy Nigela McEn­roya.

– Pan McEn­roy nie żyje?!

– Chcia­ły­by­śmy wejść do środka.

– Ach! Tak! Prze­pra­szam, prze­pra­szam! – Męż­czy­zna odsu­nął się na bok. – Pro­szę, wejdź­cie. Twój widok zro­bił na mnie… na nas, pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Obaj jeste­śmy waszymi wiel­kimi fanami. Nie tylko książki i filmu, choć byłaś w nim magiczna, ale obaj śle­dzimy wasze poczy­na­nia, odkąd ty i Roarke jeste­ście razem… a jeste­śmy wiel­kimi fanami rów­nież jego… i to twoja praca, i to, jak super się ubie­rasz, i te wywiady z tobą, kiedy cię dopadną z kamerą! Jeste­śmy…

– Zaczy­nasz gadać od rze­czy, słonko. – Schupp dał Po kuk­sańca łok­ciem pod żebra, a potem uści­snął dłoń naj­pierw Eve, a następ­nie Peabody. – Sia­daj­cie, pro­szę! Nie mamy wpraw­dzie takiej kawy jak wasza, ale…

– Nie trzeba, dzię­ku­jemy.

Pokój dzienny, choć nie­wielki, wywarł na Eve wra­że­nie o wiele bar­dziej przy­tul­nego i wygod­niej urzą­dzo­nego niż salon McEn­royów. Jedną ścianę zaj­mo­wała gra­na­towa kanapa z wyso­kim opar­ciem, a nad nią – bez­po­śred­nio na ścia­nie – została nary­so­wana czarno-biała gra­fika, przed­sta­wia­jąca zabu­do­wa­nia Nowego Jorku. Naprze­ciw niej stały fotele z obi­ciami w wie­lo­barwne paski w żywych kolo­rach. Dzięki ławce obi­tej eko­skórą było wię­cej miej­sca do sie­dze­nia. Wnęka po lewej otwie­rała się na przy­jem­nie urzą­dzony, nie­wielki aneks kuchenny i jadal­nię.

– Chyba zadzwo­nię i popro­szę o zastęp­stwo. Uczę sztuki i jestem tre­ne­rem piłki noż­nej – wyja­śnił Schupp. – W szkole wyż­szej – dodał. – Zro­bić ci her­batę, Lance?

– Jeśli możesz, to chęt­nie. Jestem po pro­stu… To na pewno nie był wypa­dek. Jak już mówi­łem, jeste­śmy waszymi fanami, więc wiemy, że zaj­mu­je­cie się zabój­stwami. Czy to był napad rabun­kowy?

Mówiąc to, wska­zał fotel, Eve zajęła jeden, a Peabody usia­dła na sto­ją­cym obok. Po wybrał kanapę.

– Nie – odpo­wie­działa Eve. – Czy był pan asy­sten­tem pana McEn­roya?

– Mhm. Tak. Dużo podró­żuje, więc kiedy go nie ma w Nowym Jorku, czyli tak naprawdę mniej wię­cej przez pół roku, oddzia­łem zarzą­dza Sylvia Brant. Zna­czy się pan McEn­roy i jego part­ne­rzy biz­ne­sowi dalej kie­rują wszyst­kim, ale Sylvia jest jak gdyby kapi­ta­nem statku pod­czas jego nie­obec­no­ści. Czy powi­nie­nem ją poin­for­mo­wać?

– Tym też my się zaj­miemy. Czy znał pan roz­kład zajęć pana McEn­roya?

– Jasne! Na pamięć. Dzi­siaj rano o dzie­sią­tej spo­tka­nie z głów­nym kan­dy­da­tem na sta­no­wi­sko dyrek­tora działu mar­ke­tingu w fir­mie Grange Uni­ted z Nowego Jorku, o jede­na­stej…

– Co z wczo­raj­szymi?

– A, prawda. Prze­pra­szam!

Nazwi­ska, godziny spo­tkań i ich tematy padały z ust Po jak seria z kara­binu maszy­no­wego. Schupp przy­niósł mu w tym cza­sie duży kubek her­baty. Kubek i kwia­towy zapach przy­wio­dły Eve na myśl Mirę. Pomy­ślała, że już nie­długo będzie oma­wiała tę sprawę z naj­lep­szą psy­cho­lożką nowo­jor­skiej poli­cji, spo­rzą­dza­jącą por­trety psy­cho­lo­giczne mor­der­ców.

– A więc żad­nych spo­tkań z kola­cją? Żad­nych umó­wio­nych wcze­śniej wie­czor­nych zajęć? – uści­śliła.

– Dokład­nie. Skoń­czył pracę w biu­rze tuż przed osiem­na­stą. Jego żona wraz z cór­kami wyje­chały na ferie wio­senne na Tahiti. O Jezu, Wes! Te małe słod­kie dzie­wuszki!

Schupp ujął dłoń Po i uści­snął ją lekko.

– Czy mogli­by­śmy się dowie­dzieć, co się wła­ści­wie stało? – spy­tał.

– Pan McEn­roy został zamor­do­wany dzi­siaj nad ranem. Z zebra­nych do tej pory dowo­dów wynika, że opu­ścił swój apar­ta­ment tuż po dwu­dzie­stej pierw­szej. Mor­der­stwo zostało popeł­nione w innym miej­scu, a ciało pod­rzu­cono przed wej­ściem do budynku, w któ­rym miesz­kał. – Mówiąc to, bacz­nie obser­wo­wała obu męż­czyzn. – Ist­nieje domnie­ma­nie, że czynu doko­nała kobieta lub też ktoś dzia­ła­jący w imie­niu kobiet, które pan McEn­roy mógł… wyko­rzy­stać.

Po i jego part­ner wymie­nili wymowne spoj­rze­nia.

– Nie wyglą­da­cie na spe­cjal­nie tym zasko­czo­nych – rze­kła Eve. – Wyja­śnij­cie nam dla­czego.

Rozdział 3

3

– Zawsze mi to powta­rza­łeś – mruk­nął Po.

– Jak cię widzą, tak cię piszą. Miał w sobie coś… coś z gra­cza, z raso­wego gra­cza – zaczął Schupp, zwra­ca­jąc się do Eve. – Widzia­łem go tylko kilka razy, ale miał w sobie to coś. Powiedz im, Lance.

– No cóż. To tylko prze­czu­cia i głów­nie moje obser­wa­cje. Jest jed­nak pewien wyją­tek: dobrze wiem, że ude­rzał do dwóch dziew­czyn z per­so­nelu naszej firmy, zaj­mu­ją­cych niż­sze sta­no­wi­ska. Jedna z nich poskar­żyła się kie­row­niczce działu kadr i bum! prze­stała u nas pra­co­wać. Cho­dziły słu­chy, że słono jej za to zapła­cił. A co do Sylvii… Do niej zawsze się odno­sił z należ­nym respek­tem, ale… Widzi­cie, ona jest tro­chę star­sza i zapewne sko­pa­łaby mu tyłek, gdyby się do niej przy­sta­wiał. Tak czy owak, prze­mó­wiła mu do rozumu, postra­szyła, że oso­bi­ście spo­rzą­dzi skargę. Nie­źle się wów­czas ścięli… a działo się to mniej wię­cej rok temu. Cho­dził potem nabu­zo­wany, co dało się zauwa­żyć, ale prze­stał polo­wać na fir­mo­wym poletku, jeśli łapie­cie, o czym mówię.

– Jasne, łapiemy. Dla­czego Sylvia nie wnio­sła skargi?

– Sądzę, że głów­nie ze względu na jego żonę i dzieci. Zro­bi­łaby to, gdyby nie prze­stał, lecz…

– Nie jest pan nie­lo­jalny, panie Po – Peabody włą­czyła się do roz­mowy. – Do śmierci pań­skiego zwierzch­nika naj­praw­do­po­dob­niej dopro­wa­dziły jego zacho­wa­nia i zwy­czaje. Rodzina powinna się dowie­dzieć, kto był sprawcą, a to, co nam pan powie, pomoże w jego odna­le­zie­niu.

– Ni­gdy go nie lubi­łem – wypa­lił nagle Po. – Uwiel­bia­łem jed­nak swoją pracę i Sylvię, i wszyst­kich moich współ­pra­cow­ni­ków. Poza tym nie­czę­sto bywał na miej­scu. Trak­to­wał mnie dobrze. Złego słowa nie mogę na niego powie­dzieć.

– Byłeś jego asy­sten­tem, mój drogi. Lep­szego nie mógł sobie wyma­rzyć.

– Tro­chę prze­sa­dzasz. – Męż­czy­zna się uśmiech­nął. – Jestem dobry w tym, co robię, i lubię swoją pracę. On, to zna­czy pan McEn­roy, nie spraw­dził się w roli dobrego męża. Uwiel­biał dziew­czynki i było to jasne jak słońce. Sądzę, że w pewien spo­sób kochał też swoją żonę. Miał jed­nak w sobie to coś, o czym już wspo­mniał Wes. Poza tym, no cóż… Zda­rzyło się wiele takich poran­ków, zwłasz­cza kiedy jego żona i córki wyjeż­dżały z mia­sta, że wcho­dził do biura z miną „wła­śnie kolejną prze­le­cia­łem”. Wcale się z tym nie krył.

– Czy kie­dy­kol­wiek pró­bo­wano się na nim ode­grać?

– W sen­sie, żeby go napaść i pobić? Nie. Chyba że ktoś go szan­ta­żo­wał, wysy­ła­jąc coś na jego pry­watny numer tele­fonu czy mejl. Do wszyst­kiego poza tym mam dostęp. Szcze­rze? Nie sądzę, żeby kie­dy­kol­wiek czuł się zastra­szany. Zawsze wyglą­dał na… na zado­wo­lo­nego z sie­bie, w pełni usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego. Jedyny raz, kiedy go widzia­łem nabu­zo­wa­nego, to wtedy z Sylvią. Mógł­bym przy­siąc, że ona ni­gdy nikogo nie skrzyw­dziła. Roz­pra­wiła się z nim w pełni pro­fe­sjo­nal­nie, a pod­dał się tylko dla­tego, jak sądzę, że wie­dział, że była gotowa to zro­bić.

– Zna pan może jakieś kluby, do któ­rych cha­dzał po pracy?

– Może i tak. – Popra­wił się na sie­dze­niu, naj­wy­raź­niej czu­jąc się nie­kom­for­towo. – Orga­ni­zo­wa­nie mu czasu po pracy rów­nież należy… nale­żało do moich obo­wiąz­ków. Wtedy, kiedy był w Nowym Jorku i kiedy gdzieś wyjeż­dżał. Nie­które lokale dają małe upo­minki lub pro­po­nują udo­god­nie­nia, szcze­gól­nie jeśli wymaga się pry­wat­no­ści czy zama­wia lożę dla VIP-a. Prze­cho­wy­wał pamiąt­kowe łupy z kilku miejsc w szu­fla­dzie swo­jego biurka.

– Pro­si­łam o kon­kretne nazwy, jeśli pan pamięta.

– Lola’s Lair, Seekers, This Place, Fer­nando’s. Z tego, co pamię­tam, zazwy­czaj cha­dzał do tych. Mogło być ich wię­cej, ale nie widzia­łem suwe­ni­rów z innych klu­bów.

– Bar­dzo nam to pomoże w śledz­twie.

– Nie wiem, co powi­nie­nem teraz zro­bić? – Męż­czy­zna roz­ło­żył ręce, a potem zła­pał się za łok­cie. – Czy powi­nie­nem iść do pracy?