Niebezpieczne prądy. Saga rodu Quinnów. Tom 2 - Nora Roberts - ebook + audiobook

Niebezpieczne prądy. Saga rodu Quinnów. Tom 2 ebook i audiobook

Nora Roberts

4,6

Opis

Druga część wzruszającej „Sagi rodu Quinnów”, autorstwa niekwestionowanej królowej romansów – Nory Roberts.

Bracia powracają do rodzinnego domu, aby wypełnić ostatnią wolę ojca... Ethan Quinn to człowiek morza. Nie po drodze mu z tradycją, lecz ją akceptuje. Serce tego cichego mężczyzny jest równie głębokie, co wody, które kocha. Teraz, po śmierci ojca, stara się odnieść sukces, budując łodzie. Lecz do najważniejszych osiągnięć będą należeć zmiany, których dokona w swoim życiu...

Jest taki chłopiec, który go potrzebuje. I kobieta, którą kocha, choć nigdy nie przypuszczał, że może z nią być. By spełniać marzenia, Ethan musi zmierzyć się ze swoją mroczną przeszłością – zaakceptować nie tylko to, kim jest, ale też, kim chciałby się stać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 20 min

Lektor: Dorota Landowska

Oceny
4,6 (200 ocen)
132
51
13
4
0
Sortuj według:
Justom86

Nie oderwiesz się od lektury

Piekna , życiowa, taka prawdziwa.
10
krarad

Nie oderwiesz się od lektury

Poruszająca, słodko-gorzka, zabawna i smutna. Przekonująco odmalowana postać chłopca odnajdującego swoje miejsce i nietypowych opiekunów. O rodzinie, której nie pokrewieństwo, lecz miłość jest czynnikiem spajającym i o miłości, która niczego się nie boi i odmienia życie.
10
KarolkaK123

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna ❤❤❤❤
10
Niunia81

Całkiem niezła

Nora Roberts zawsze mi pomaga w kryzysie czytelniczym. W swoich książkach porusza ciężkie tematy, ale tak wplecione w fabułę, że że spokojem wyczekuję dobrego zakończenia.
00
Elona

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka
00

Popularność




Przed­mowa

Drogi czy­tel­niku!

Ser­cem i duszą wschod­niego wybrzeża Mary­landu są ludzie morza, zara­bia­jący na chleb dzięki zatoce Che­sa­pe­ake i jej kana­łom. Muszą sobie radzić z pro­ble­mami, sztor­mami, krót­kimi sezo­nami poło­wów. Dzień po dniu, rok po roku prze­mie­rzają wody, zasta­wia­jąc pułapki na kraby lub poszu­ku­jąc w mule ostryg, i mimo­wol­nie stają się obser­wa­to­rami świata, któ­rego wielu z nas ni­gdy nie pozna. Widzą, jak nad ciem­nymi wodami wstaje świt, jak ze wschodu nad­cią­gają czarne, powolne burze. W cięż­kich, gumo­wych butach i gru­bych ręka­wi­cach pro­wa­dzą kutry przez mroźny świt lub upalne popo­łu­dnie, szu­ka­jąc kalin­ków błę­kit­nych – kra­bów, z któ­rych sły­nie ich oko­lica.

Jed­nym z tych ludzi jest Ethan Quinn. Nie uro­dził się wśród nich, lecz kul­ty­wuje ich zwy­czaje. Ten spo­kojny męż­czy­zna o uczu­ciach rów­nie głę­bo­kich jak wody, które poko­chał, w Nie­bez­piecz­nych prą­dach będzie musiał się zmie­rzyć z wyzwa­niami więk­szymi niż życie rybaka, racz­ku­jący zakład szkut­ni­czy, który zało­żył wraz z braćmi, czy opieka nad mło­dym chłop­cem. Czeka go rów­nież walka o kobietę i dziecko, któ­rych kocha, choć ni­gdy dotąd nie miał nadziei, że kie­dyś będą razem. By ukształ­to­wać swój świat, Ethan musi się zmie­rzyć z wła­sną mroczną prze­szło­ścią i zaak­cep­to­wać nie tylko to, kim jest, lecz także to, kim ma nadzieję się stać.

Nora Roberts

Pro­log

Ethan wynu­rzył się ze snu i stur­lał z łóżka. Wciąż było ciemno, on jed­nak zwy­kle zaczy­nał dzień, nim noc ustą­piła pod napo­rem świtu. Lubił to ciche, pro­ste życie i towa­rzy­szącą mu ciężką pracę. Ni­gdy nie prze­stał żywić wdzięcz­no­ści za to, że mógł doko­nać wyboru i żyć w ten spo­sób. Choć ludzie, któ­rzy dali mu ten wybór i to życie, ode­szli, Ethan wciąż sły­szał ich głosy w pięk­nym domu nad wodą. Zda­rzało mu się uno­sić głowę znad samot­nego śnia­da­nia, jakby się spo­dzie­wał, że lada moment w drzwiach kuchni sta­nie, zie­wa­jąc, matka ze zmierz­wio­nymi od snu rudymi wło­sami i ledwo widzą­cymi oczami.

Choć nie żyła od nie­mal sied­miu lat, ten swoj­ski poranny obra­zek doda­wał mu otu­chy. Więk­szy ból spra­wiało myśle­nie o męż­czyź­nie, który go usy­no­wił. Od śmierci Ray­monda Quinna upły­nęły zale­d­wie trzy mie­siące i wspo­mnie­nie wciąż było zbyt świeże, zwłasz­cza ze względu na nie­przy­jemne i nie do końca wyja­śnione oko­licz­no­ści. Ray zgi­nął w wypadku bez udziału innych samo­cho­dów, w środku dnia, na suchej dro­dze, we wcze­sno­wio­senny mar­cowy dzień. Samo­chód jechał szybko i kie­rowca nie zdo­łał – lub nie chciał – opa­no­wać go na zakrę­cie. Próby dowio­dły, że z fizycz­nego punktu widze­nia nie było powodu, by Ray roz­trza­skał się o słup tele­fo­niczny.

Ist­niały jed­nak przy­czyny emo­cjo­nalne, o któ­rych z cięż­kim ser­cem myślał teraz Ethan.

Myślał o nich, roz­po­czy­na­jąc dzień: pobież­nie przy­cze­su­jąc wciąż mokre po prysz­nicu, gęste, kręte, wypło­wiałe od słońca brą­zowe włosy, zbyt nie­sforne, by cokol­wiek sobie robiły z tych prób; goląc się przed zapa­ro­wa­nym lustrem, zdra­pu­jąc piankę i nocny zarost z ogo­rza­łej, kości­stej twa­rzy skry­wa­ją­cej sekrety, któ­rymi rzadko się dzie­lił. Ze spo­koj­nych, nie­bie­skich oczu także nie dało się ich wyczy­tać.

Na lewo od szczęki bie­gła podłużna bli­zna – pamiątka po naj­star­szym bra­cie, cier­pli­wie zszyta przez matkę. Co za szczę­ście, że mama była lekarką, myślał Ethan, w zamy­śle­niu pocie­ra­jąc bli­znę kciu­kiem. Co rusz któ­ryś z jej trzech synów potrze­bo­wał udzie­le­nia pierw­szej pomocy. Ray i Stella adop­to­wali ich wszyst­kich – trzech obcych, zdzi­cza­łych, pora­nio­nych przez życie wyrost­ków – i utwo­rzyli rodzinę.

Kilka mie­sięcy przed śmier­cią Ray usy­no­wił kolejne dziecko. Seth DeLau­ter był teraz jed­nym z nich. Ethan ni­gdy tego nie kwe­stio­no­wał, ale wie­dział, że inni tak. Mia­steczko St. Chri­sto­pher aż huczało od plo­tek, że Seth nie jest kolej­nym wyrzut­kiem przy­gar­nię­tym przez Raya, lecz jego nie­ślub­nym synem, spło­dzo­nym jesz­cze za życia pani Quinn z inną, młod­szą kobietą.

Ethan potra­fił zigno­ro­wać plotki, lecz faktu, że dzie­się­cio­letni Seth ma oczy Raya, zigno­ro­wać się nie dało.

Dosko­nale dostrze­gał też obecną w tych oczach ciem­ność. Zra­nieni roz­po­znają zra­nio­nych. Wie­dział, że życie Setha przed przy­gar­nię­ciem go przez Raya było kosz­ma­rem. Znał to z autop­sji. Ale teraz dzie­ciak jest bez­pieczny – myślał, wkła­da­jąc luźne baweł­niane spodnie i wypło­wiałą koszulę robo­czą. Teraz jest Quin­nem, nawet jeśli nie ure­gu­lo­wano jesz­cze do końca kwe­stii praw­nych. Na szczę­ście mieli Phi­lipa. Ethan miał nadzieję, że jego skru­pu­latny brat zała­twi wszystko z praw­ni­kiem. Wie­dział też, że Came­ron, naj­star­szy z Quin­nów, zdo­łał nawią­zać z chłop­cem umiar­ko­wany kon­takt.

Zro­bił to wpraw­dzie po dłuż­szych dąsach – Ethan z pół­u­śmie­chem wspo­mi­nał, jak ci dwaj ska­kali sobie do oczu niczym wście­kłe kocury. Teraz, gdy Cam się ustat­ko­wał – oże­nił się ze śliczną pra­cow­nicą socjalną – powinno im się lepiej ukła­dać. Ethan lubił uło­żone życie. Nie­stety, cze­kała ich jesz­cze wojna z firmą ubez­pie­cze­niową, która nie chciała wypła­cić pie­nię­dzy z polisy Raya, ponie­waż ist­niało podej­rze­nie samo­bój­stwa. Poczuł ucisk w żołądku. Tro­chę trwało, nim znów się odprę­żył. Ich ojciec ni­gdy by się nie zabił. Wielki Quinn zawsze sta­wiał czoło pro­ble­mom i nauczył synów robić to samo.

Nad rodziną wisiała jed­nak chmura, która za żadne skarby nie chciała się roz­pro­szyć. Zaczęło się od tego, że pew­nego dnia w col­lege’u, w któ­rym Ray uczył lite­ra­tury angiel­skiej, zja­wiła się nagle matka Setha. Poskar­żyła się dzie­ka­nowi, że Ray Quinn ją mole­sto­wał. Niczego nie dowio­dła, bo jej opo­wieść zawie­rała zbyt wiele nie­wia­ry­god­nych zwro­tów i oczy­wi­stych kłamstw, lecz Ray był wyraź­nie wstrzą­śnięty. Wkrótce po wyjeź­dzie Glo­rii DeLau­ter wyje­chał w ślad za nią – i wró­cił z chłop­cem.

Był też list zna­le­ziony w samo­cho­dzie po wypadku. List, w któ­rym Glo­ria ewi­dent­nie szan­ta­żo­wała Raya. Ponadto wia­domo było, że Quinn dał jej pie­nią­dze. Sporo pie­nię­dzy.

Teraz kobieta znów znik­nęła. Ethan pra­gnął, żeby już ni­gdy nie wró­ciła, ale wie­dział, że plotki nie ucichną, póki wszystko się nie wyja­śni. „Nic na to nie pora­dzę” – pomy­ślał z rezy­gna­cją, po czym wyszedł na kory­tarz i zapu­kał ener­gicz­nie w drzwi pokoju naprze­ciw. Usły­szał stęk­nię­cie, senny pomruk, a potem prze­kleń­stwo. Nie­zra­żony zszedł na dół. Seth znów będzie się pie­klił, że musi tak wcze­śnie wstać. Cóż. Cam i Anna spę­dzali mie­siąc mio­dowy we Wło­szech, a Phi­lip wyje­chał do Bal­ti­more i miał wró­cić dopiero na week­end, więc nie­wdzięczne zada­nie budze­nia chło­paka i pro­wa­dze­nia go do domu zna­jo­mych, by tam prze­cze­kał do roz­po­czę­cia lek­cji, przy­pa­dło w udziale Etha­nowi. Sezon na kraby trwał w naj­lep­sze, więc dzień poła­wia­cza – a do powrotu Came­rona i Anny także dzień Setha – zaczy­nał się przed świ­tem.

W cichym budynku pano­wał mrok, lecz Ethan prze­miesz­czał się bez trudu. Miał wła­sny dom, ale chcąc otrzy­mać opiekę nad Sethem, trzej bra­cia musieli się zobo­wią­zać, że będą żyć pod jed­nym dachem i dzie­lić mię­dzy sie­bie obo­wiązki. Obo­wiązki mu nie prze­szka­dzały, tęsk­nił jed­nak za swoim dom­kiem, za pry­wat­no­ścią i spo­ko­jem daw­nego życia.

Zapa­lił świa­tło w kuchni. Poprzed­niego wie­czoru przy­pa­dała kolej Setha na sprzą­ta­nie w kuchni i na pierw­szy rzut oka widać było, że nie spi­sał się naj­le­piej. Igno­ru­jąc zagra­cony i lepki blat stołu, Ethan pod­szedł pro­sto do kuchenki. Jego pies Simon odwi­nął się z kłębka i prze­cią­gnął leni­wie, ude­rza­jąc ogo­nem o pod­łogę.

Ethan w zamy­śle­niu podra­pał retrie­vera po gło­wie i zapa­rzył kawę.

Powoli przy­po­mi­nał sobie sen, który śnił krótko przed prze­bu­dze­niem. Sie­dział z ojcem na kutrze, spraw­dza­jąc pułapki na kraby. Ośle­pia­jące słońce, nie­ru­choma, krysz­ta­łowo czy­sta tafla wody i tylko oni dwaj. Jakie to wszystko było wyra­zi­ste, pomy­ślał teraz: nawet zapach wody, ryb i potu…

– Wie­dzia­łem, że zaopie­ku­je­cie się Sethem. – Ponad ryk sil­nika i krzyki mew wzniósł się zna­jomy głos ojca.

– Nie musia­łeś umie­rać, żeby to spraw­dzić. – W gło­sie Ethana pobrzmie­wała uraza, może nawet gniew, do któ­rego teraz, po prze­bu­dze­niu, nie chciał się przy­znać.

– Nie pla­no­wa­łem tego – odparł swo­bod­nie Ray, wycią­ga­jąc kraby z klatki wyło­wio­nej przez Ethana osęką spod boi. Jego grube, poma­rań­czowe ręka­wice rybac­kie poły­ski­wały w słońcu. – Zaufaj mi. Masz tu parę dobrych pia­sko­ła­zów i mnó­stwo samic kalinka.

Ethan omiótł wzro­kiem dru­cianą klatkę. Jego wzrok odno­to­wał roz­miary połowu, ale umysł zaprząt­nięty był czymś innym.

– Chcesz, żebym ci zaufał, ale nie chcesz mi nic wyja­śnić.

Ray odwró­cił się i zdjął jaskra­wo­czer­woną czapkę, uwal­nia­jąc impo­nu­jącą szopę siwych wło­sów. Wiatr bawił się nimi i marsz­czył kary­ka­turę Johna Ste­in­becka zdo­biącą front jego luź­nej koszuli okry­wa­ją­cej sze­roką pierś. Wielki ame­ry­kań­ski pisarz trzy­mał trans­pa­rent gło­szący, że chęt­nie podej­mie pracę w zamian za wyży­wie­nie, ale nie wyglą­dał na zbyt zado­wo­lo­nego. Ray Quinn dla odmiany pro­mie­nio­wał rado­ścią i ener­gią dziar­skiego sześć­dzie­się­cio­latka mają­cego przed sobą jesz­cze kawał życia.

– Musisz zna­leźć wła­sny spo­sób, wła­sne odpo­wie­dzi. – Uśmiech­nął się do Ethana błysz­czą­cymi, nie­bie­skimi oczami, wokół któ­rych pogłę­biły się zmarszczki. – Wtedy bar­dziej je doce­nisz. Jestem z cie­bie dumny.

Z palą­cym gar­dłem i ści­śnię­tym ser­cem Ethan machi­nal­nie wło­żył do klatki nową przy­nętę, a potem patrzył, jak poma­rań­czowe boje pod­ska­kują na wodzie.

– Za co?

– Za to, że jesteś. Że jesteś Etha­nem.

– Powi­nie­nem był czę­ściej cię odwie­dzać. Zosta­wi­łem cię samego.

– Bzdury – w gło­sie Raya zabrzmiała nagła iry­ta­cja. – Czy ja byłem jakimś sta­rym inwa­lidą? Na litość boską, jeśli nie chcesz mnie zde­ner­wo­wać, nie waż się tak myśleć, obwi­niać się o brak opieki nade mną! Naj­pierw masz pre­ten­sje do Cama, że wypro­wa­dza się do Europy, potem do Phi­lipa, że jedzie do Bal­ti­more, a teraz to. Zdrowe ptaki wyla­tują z gniazda. Twoja matka i ja wycho­wa­li­śmy zdrowe potom­stwo. – Nim Ethan zdą­żył się ode­zwać, ojciec uniósł rękę. Był to tak typowy gest wykła­dowcy, który tłu­ma­czy swój punkt widze­nia i nie dopusz­cza, aby mu prze­ry­wano, że syn musiał się uśmiech­nąć. – Tęsk­ni­łeś za nimi. Dla­tego chcia­łeś być na nich wście­kły. Oni wyje­chali, a ty zosta­łeś i bra­ko­wało ci ich. Cóż, teraz masz ich z powro­tem, prawda?

– Na to wygląda.

– A w dodatku doro­bi­łeś się pięk­nej bra­to­wej, firmy i tego. – Ray zama­szy­stym gestem ogar­nął wodę, pod­ska­ku­jące boje i wyso­kie kępy lśnią­cej od wil­goci zostery, na któ­rych skraju niczym mar­mu­rowa kolumna stała samotna cza­pla. – A na doda­tek masz w sobie coś, czego potrze­buje Seth. Cier­pli­wość. Może pod nie­któ­rymi wzglę­dami nawet za dużą.

– Co niby chcesz przez to powie­dzieć?

Ray wes­tchnął dra­ma­tycz­nie.

– Bra­kuje ci cze­goś, czego bar­dzo potrze­bu­jesz, Etha­nie. Cze­kasz i wymy­ślasz sobie wymówki, zamiast wziąć się w garść i dzia­łać. Jeśli będziesz sie­dział z zało­żo­nymi rękami, znów ci to umknie.

– Niby co? – zapy­tał Ethan, wzru­sza­jąc ramio­nami i pod­pły­wa­jąc do kolej­nej boi. – Mam wszystko, czego mi trzeba i czego pra­gnę.

– Nie pytaj „co”, tylko „kto”. – Ray cmok­nął zna­cząco, po czym ujął syna za ramiona i potrzą­snął nim szybko. – Zbudź się, Etha­nie.

I Ethan się zbu­dził, wciąż czu­jąc na ramie­niu dotyk zna­jo­mej wiel­kiej dłoni.

Teraz jed­nak, w zamy­śle­niu popi­ja­jąc poranną kawę, wciąż nie znał odpo­wie­dzi.

Roz­dział pierw­szy

– Mam tu garść ład­nych kalin­ków, kapi­ta­nie. – Jim Bodine wygar­niał kraby z klatki, wrzu­ca­jąc do zbior­nika te, które nada­wały się na sprze­daż. Bli­zny na twar­dych dło­niach sta­no­wiły żywy dowód na to, że kła­piące szczypce są mu nie­straszne. Miał na sobie tra­dy­cyjne ręka­wice poła­wia­cza, które jed­nak, co potwier­dzi każdy przed­sta­wi­ciel tej pro­fe­sji, szybko się nisz­czą. A gdy tylko zrobi się w nich dziura, kraby natych­miast ją znaj­dują.

Jim pra­co­wał bez wytchnie­nia, sto­jąc w roz­kroku dla utrzy­ma­nia rów­no­wagi na roz­ko­ły­sa­nej łodzi i mru­żąc ciemne oczy wyzie­ra­jące z ogo­rza­łej od słońca i ste­ra­nej życiem twa­rzy. Rów­nie dobrze mógł mieć pięć­dzie­siąt, co osiem­dzie­siąt lat i nie­spe­cjal­nie go obcho­dziło, na któ­rym bie­gu­nie go umie­ścisz.

Zawsze nazy­wał Ethana kapi­ta­nem i rzadko wypo­wia­dał wię­cej niż jedno zda­nie oznaj­mu­jące na raz.

Ethan skrę­cił w stronę następ­nej klatki, prze­su­wa­jąc rum­pel, który więk­szość ryba­ków woli od koła ste­ro­wego. Jed­no­cze­śnie lewą ręką regu­lo­wał prze­pust­nicę i biegi. Prze­miesz­cza­jąc się wzdłuż sze­regu puła­pek, na każ­dym kroku trzeba było uwa­żać, żeby się w coś nie wpa­ko­wać. Zatoka Che­sa­pe­ake potra­fiła być hojna, gdy miała na to ochotę, lecz lubiła pła­tać figle i zmu­szała poła­wia­czy, by ciężko haro­wali na swoje kraby.

Znał ją jak wła­sną kie­szeń. Cza­sami miał wra­że­nie, że poznał zmienne nastroje naj­więk­szego estu­arium kon­ty­nentu lepiej niż wła­sne. Zatoka cią­gnęła się z pół­nocy na połu­dnie przez dwie­ście mil, lecz miała zale­d­wie cztery mile sze­ro­ko­ści w oko­li­cach Anna­po­lis i trzy­dzie­ści u ujścia Poto­maku.

Uza­leż­nione od kapry­sów zatoki i prze­kli­na­jące jej kapry­śną naturę mia­steczko St. Chri­sto­pher wci­skało się w połu­dniową część jej wschod­niego wybrzeża. Uko­chane wody Ethana ota­czały mokra­dła poprze­ci­nane nizin­nymi rze­kami o postrzę­pio­nych, prze­dzie­ra­ją­cych się przez gąsz­cze euka­lip­tu­sów i dębów odno­gach. Był to świat kana­łów pły­wo­wych i nagłych pły­cizn, na któ­rych ple­niły się nurza­niec i rupia. Ethan zaak­cep­to­wał ten świat z jego zmienną pogodą, nagłymi burzami, nie­za­mie­ra­ją­cymi ani na chwilę odgło­sami i zapa­chami wody.

Chwy­cił osękę i w odpo­wied­nim momen­cie wyćwi­czo­nym, płyn­nym jak taniec ruchem zaha­czył linkę i przy­cią­gnął klatkę do wycią­garki.

Po kilku sekun­dach klatka wynu­rzyła się z wody, ude­ko­ro­wana wodo­ro­stami i reszt­kami przy­nęty. W środku tło­czyły się kraby: roz­po­znał jasno­czer­wone szczypce samic i sko­śne oczy sam­ców.

– Nie­zły połów. – Tylko tyle miał do powie­dze­nia Jim, nim przy­stą­pił do pracy, wcią­ga­jąc klatkę na pokład, jakby ważyła tyle co piórko.

Wody tego dnia były wzbu­rzone i Ethan wyczuł nad­cią­ga­jący sztorm. Ste­ru­jąc kola­nem, bo rąk potrze­bo­wał do innych czyn­no­ści, zer­k­nął na chmury kłę­biące się w oddali na zacho­dzie. Mamy czas, uznał i ruszył ku kolej­nym pułap­kom, by spraw­dzić, ile kra­bów się zła­pało. Wie­dział, że Jim roz­pacz­li­wie potrze­buje gotówki, a i on sam łak­nął każ­dego gro­sza, jaki mógł wyci­snąć z tej pracy. Sporo jesz­cze musieli zain­we­sto­wać w nową firmę szkut­ni­czą braci Quinn.

Mamy czas, powtó­rzył w myślach, gdy Jim obwie­szał klatkę roz­mro­żo­nymi kawał­kami ryb i spusz­czał do wody. Potem gwał­tow­nym ruchem zaha­czył osękę o linkę kolej­nej boi.

Simon, wypie­lę­gno­wany che­sa­pe­ake bay retrie­ver, stał z wysu­nię­tym języ­kiem, przed­nie łapy trzy­ma­jąc na relingu. Podob­nie jak jego pan, naj­szczę­śliw­szy czuł się na morzu.

Męż­czyźni pra­co­wali w ide­al­nej har­mo­nii, komu­ni­ku­jąc się pomru­kami, wzru­sze­niami ramion i od czasu do czasu jakimś prze­kleń­stwem. Praca dawała im satys­fak­cję, bo kraby w tym roku obro­dziły. Bywały jed­nak i takie sezony, w któ­rych zda­wało się, że zima zabiła wszyst­kie albo woda ni­gdy nie sta­nie się dość cie­pła, by poku­siły się o wypły­nię­cie. Były to cięż­kie lata dla poła­wia­czy, jeśli nie mieli innego źró­dła docho­dów. Dla­tego wła­śnie Ethan zamie­rzał budo­wać łodzie.

Pierw­szy jacht Quin­nów był już nie­mal gotów. I wyglą­dał prze­pięk­nie. Came­ron zna­lazł kolej­nego klienta – jakie­goś nadzia­nego gościa, któ­rego poznał, gdy jesz­cze brał udział w wyści­gach – więc wkrótce mieli zacząć budowę kolej­nej łodzi. Ethan ni­gdy nie wąt­pił, że jego brat przy­cią­gnie gotówkę. Damy radę, powta­rzał sobie, nie­za­leż­nie od wąt­pli­wo­ści i narze­kań Phi­lipa. Zer­k­nął na słońce, spraw­dził czas, przyj­rzał się pły­ną­cym ocię­żale, lecz nie­prze­rwa­nie ku wscho­dowi chmu­rom.

– Wra­camy, Jim – powie­dział.

Byli na wodzie zale­d­wie osiem godzin, ale Jim nie narze­kał. Wie­dział, że to nie nad­cho­dząca burza kazała Etha­nowi zawró­cić do brzegu.

– Chło­pak wró­cił ze szkoły – mruk­nął.

– Mhm.

Seth był dość samo­dzielny, by spę­dzić kilka godzin sam w domu, ale Ethan wolał nie kusić losu. Dzie­się­cio­la­tek z takim tem­pe­ra­men­tem przy­ciąga kło­poty jak magnes. Póki Cam był w Euro­pie, czyli jesz­cze przez parę tygo­dni, opieka nad chłop­cem spo­czy­wała wyłącz­nie na bar­kach Ethana.

Wody zatoki przy­brały mato­wo­szarą barwę nieba i coraz moc­niej koły­sały łodzią, lecz ani męż­czyźni, ani pies nie przej­mo­wali się zbyt­nio sza­loną huś­tawką. Simon stał na dzio­bie z unie­sio­nym łbem i powie­wa­ją­cymi na wie­trze uszami, uśmie­cha­jąc się swoim psim uśmie­chem. Wie­dział, że łajba dowie­zie ich bez­piecz­nie do brzegu, bo zbu­do­wał ją wła­sno­ręcz­nie jego pan. Jim, rów­nie ufny jak pies, schro­nił się pod bre­zen­tem i zapa­lił papie­rosa, ota­cza­jąc pło­mień dłońmi.

Na nabrzeżu w St. Chri­sto­pher tło­czyli się tury­ści. Począ­tek czerwca wygo­nił ich z przed­mieść Waszyng­tonu i Bal­ti­more i przy­gnał tutaj. Ethan przy­pusz­czał, że uwa­żają mia­steczko z jego wąskimi ulicz­kami, drew­nia­nymi gon­tami i maleń­kimi skle­pi­kami za sta­ro­świecko uro­cze. Lubili obser­wo­wać pracę poła­wia­czy i obja­dać się kru­chymi kra­bo­wymi ciast­kami albo chwa­lić zna­jo­mym, że jedli zupę z samic kalinka. Zatrzy­my­wali się w pen­sjo­na­tach – St. Chri­sto­pher miało ich aż cztery – i zosta­wiali pie­nią­dze w restau­ra­cjach oraz skle­pach z pamiąt­kami.

Nie prze­szka­dzali Etha­nowi. Kiedy zatoka ską­piła swo­ich dóbr, to tury­styka trzy­mała mia­sto przy życiu. Kto wie, może kie­dyś nie­któ­rzy z tych ludzi dojdą do wnio­sku, że niczego nie pra­gną bar­dziej niż ręcz­nie zbu­do­wa­nej drew­nia­nej żaglówki.

Gdy cumo­wał, wiatr jesz­cze się wzmógł. Jim zwin­nie prze­sko­czył przez ota­cza­jącą pomost linkę. Ze swo­imi krót­kimi nóż­kami i krępą syl­wetką wyglą­dał jak żaba w bia­łych kalo­szach i usma­ro­wa­nej czapce z dasz­kiem.

Na nie­dbały znak Ethana Simon siadł i cze­kał posłusz­nie w łodzi, aż męż­czyźni wyła­dują kraby. Wypło­wiały, zie­lony bre­zent podry­gi­wał na wie­trze. Ethan pod­niósł głowę i zoba­czył idą­cego ku nim Pete’a Mon­roe z ukry­tymi pod zno­szoną czapką sta­lo­wo­si­wymi wło­sami, w luź­nych spodniach khaki i czer­wo­nej koszuli w kratkę na przy­sa­dzi­stym ciele.

– Nie­zły połów.

Ethan uśmiech­nął się. Lubił pana Mon­roe mimo potwor­nego skąp­stwa, z któ­rym ten zarzą­dzał sku­pem kra­bów. Zresztą wszy­scy poła­wia­cze na świe­cie wiecz­nie narze­kają na ceny. Quinn dotknął daszka czapki i podra­pał się w spo­coną szyję.

– Nie­zły – przy­tak­nął.

– Szybko dziś wró­ci­łeś.

– Burza idzie.

Mon­roe poki­wał głową. Jego ludzie, pra­cu­jący w cie­niu pasia­stego daszku, prze­no­sili się już do budynku. Szef wie­dział, że deszcz prze­goni z nabrzeża także tury­stów, któ­rzy pójdą na kawę albo deser lodowy, a ponie­waż był współ­wła­ści­cie­lem restau­ra­cji „Nad Zatoką”, by­naj­mniej mu to nie prze­szka­dzało.

– Masz tu jakieś sie­dem­dzie­siąt buszli.

Ethan uśmiech­nął się z roz­my­słem. Nie­któ­rzy mogliby dostrzec w jego twa­rzy piracki rys. Nie wyglą­dał na ura­żo­nego – raczej na zdu­mio­nego.

– Moim zda­niem bli­żej dzie­więć­dzie­się­ciu.

Znał ryn­kową cenę co do pensa, ale targi były sta­łym ele­men­tem ich współ­pracy. Ethan wyjął z kie­szeni swój nego­cja­cyjny rekwi­zyt w postaci cygara, zapa­lił i zabrał się do dzieła.

Pierw­sze wiel­kie kro­ple desz­czu dopa­dły go w dro­dze do domu. Otrzy­mał godziwą zapłatę za osiem­dzie­siąt sie­dem buszli kra­bów. Jeśli dal­sza część lata będzie rów­nie dobra, zasta­nowi się nad zarzu­ce­niem w przy­szłym roku kolej­nych stu puła­pek i może wyna­ję­ciem paru ludzi do sezo­no­wej roboty. Połowy ostryg w zatoce nie były już takie jak kie­dyś, odkąd więk­szość małży zabiły paso­żyty. Prze­trwa­nie zimy sta­wało się coraz trud­niej­sze. Ethan potrze­bo­wał kilku dobrych sezo­nów kra­bo­wych, by na dobre roz­krę­cić nowy biz­nes i dorzu­cić się do hono­ra­rium praw­nika.

Zaci­snął zęby, wspi­na­jąc się na wyso­kie fale. Nie powinni pła­cić jakie­muś wyga­da­nemu gogu­siowi za to, że oczy­ści imię ich ojca. To i tak nie powstrzyma sąsia­dów od plot­ko­wa­nia. Prze­staną dopiero wtedy, gdy znajdą sobie cie­kaw­szy temat niż życie i śmierć Raya Quinna.

I ten chło­pak, myślał Ethan, wpa­tru­jąc się w drżącą od nie­ubła­ga­nych ude­rzeń desz­czu wodę. Nie­któ­rzy upodo­bali sobie plotki o chło­paku, z któ­rego twa­rzy spo­glą­dają sza­fi­rowe oczy Raya Quinna.

Etha­nowi to gada­nie nie prze­szka­dzało. Jeśli o niego cho­dziło, mogli sobie kła­pać ozo­rami do usra­nej śmierci. Prze­szka­dzało mu nato­miast, i to bar­dzo, plot­ko­wa­nie o czło­wieku, któ­rego całym ser­cem kochał. Dla­tego haro­wał, by opła­cić praw­nika, i gotów był zro­bić co w jego mocy, by otrzy­mać opiekę nad chłop­cem.

Grzmot roz­darł niebo i odbił się od wody niczym wystrzał armatni. Zro­biło się ciemno jak w nocy i z czar­nych chmur lunęła lita ściana desz­czu. Ethan jed­nak nie­spiesz­nie cumo­wał łódź przy domo­wym pomo­ście. W końcu odro­bina wody wię­cej go nie zabije.

Simon naj­wy­raź­niej się z nim zga­dzał, bo kiedy jego pan zabez­pie­czał linkę, pies sko­czył do wody i popły­nął do brzegu. Ethan zabrał pudełko po lun­chu i ruszył w stronę domu, pla­ska­jąc kalo­szami o mokry pomost. Zosta­wił je na tyl­nej weran­dzie. W mło­do­ści matka wciąż go stro­fo­wała, żeby nie roz­no­sił błota po domu. Wciąż jed­nak nie miał nic prze­ciwko wpusz­cze­niu do środka mokrego psa.

…dopóki nie zoba­czył lśnią­cej pod­łogi i bla­tów. „Cho­lera” – zdo­łał jedy­nie pomy­śleć, przy­glą­da­jąc się śla­dom psich łap, zanim usły­szał rado­sne poszcze­ki­wa­nie. Po nim pisk, kolejne szczek­nię­cie, wresz­cie śmiech.

– Jesteś cał­kiem mokry! – zabrzmiał kobiecy głos, niski, swo­bodny i roz­ba­wiony. A także sta­now­czy, co wywo­łało w Etha­nie wyrzuty sumie­nia. – Na dwór, Simon! Wysusz się na weran­dzie!

Roz­legł się kolejny pisk, chi­chot dziecka, śmiech chłopca. Wszy­scy w kom­ple­cie, pomy­ślał Ethan, wycie­ra­jąc mokre włosy. Gdy tylko usły­szał kroki, ruszył żwawo w stronę schowka z mio­tłami i mopami. Rzadko prze­miesz­czał się tak szybko, ale teraz naprawdę się sta­rał.

– Oj, Ethan. – Grace Mon­roe stała z rękami na wąskich bio­drach, prze­no­sząc wzrok to na niego, to na ślady łap na świeżo wypa­sto­wa­nej pod­ło­dze.

– Zaraz to posprzą­tam. Prze­pra­szam. – Zauwa­żył, że mop wciąż jest wil­gotny, więc wolał nie patrzeć kobie­cie pro­sto w oczy. – Nie zasta­na­wia­łem się – mruk­nął, nale­wa­jąc w zle­wie wody do wia­dra. – Nie wie­dzia­łem, że dziś przy­jeż­dżasz.

– Więc kiedy nie przy­jeż­dżam, pozwa­lasz mokrym psom bie­gać po domu i bru­dzić pod­łogę?

Wzru­szył ner­wowo ramio­nami.

– Była brudna, gdy wycho­dzi­łem rano z domu, więc sądzi­łem, że odro­bina wil­goci jej nie zaszko­dzi. – W końcu roz­luź­nił się nieco. Ostat­nio zawsze potrze­bo­wał na to tro­chę czasu, gdy znaj­do­wał się w towa­rzy­stwie Grace. – Ale gdy­bym wie­dział, że tu będziesz i zmy­jesz mi za to głowę, zosta­wił­bym go na weran­dzie.

Odwró­cił się do niej z uśmie­chem. Wes­tchnęła.

– Daj ten mop.

– Nie ma mowy. Mój pies, mój bała­gan. Sły­sza­łem Aubrey.

Grace w zamy­śle­niu oparła się o futrynę drzwi. Była zmę­czona, ale co w tym dziw­nego? Ona też miała za sobą osiem godzin pracy, a wie­czo­rem cze­kały ją cztery kolejne godziny poda­wa­nia drin­ków w pubie Shi­neya. W nie­które wie­czory, wpeł­za­jąc do łóżka, była gotowa przy­siąc, że sły­szy, jak jej stopy łkają.

– Seth jej pil­nuje. Musia­łam prze­ło­żyć robotę. Rano zadzwo­niła pani Lyn­ley i spy­tała, czy możemy prze­nieść sprzą­ta­nie jej domu na jutro, bo teściowa z Waszyng­tonu wpro­siła się na obiad. Pani Lyn­ley twier­dzi, że jej teściowa jest osobą, która każdą dro­binkę kurzu uważa za grzech prze­ciwko Bogu i ludz­ko­ści. Pomy­śla­łam, że nie pognie­wa­cie się, jeśli przy­jadę dziś zamiast jutro.

– Jeste­śmy ci wdzięczni za każdy przy­jazd, Grace.

Przy­glą­dał jej się spod powiek, wycie­ra­jąc pod­łogę. Zawsze uwa­żał ją za piękną. Była jak koń palo­mino: dłu­go­noga i zło­to­grzywa. Włosy przy­ci­nała na chło­pięcą modłę, ale podo­bał mu się spo­sób ich uło­że­nia. Przy­po­mi­nały lśniący cze­pek z frędz­lami. Była szczu­plutka jak jedna z tych mode­lek, które zara­biają miliony dolców; Ethan wie­dział jed­nak, że Grace nie zawdzię­cza figury wyma­ga­niom mody. Odkąd pamię­tał, była chudą, wysoką dziew­czyną. Kiedy przy­je­chał do St. Chri­sto­pher i zamiesz­kał u Quin­nów, mogła mieć sie­dem czy osiem lat. Teraz miała dwa­dzie­ścia parę i słowo „chuda” chyba już do niej nie paso­wało. Jest smu­kła jak wierz­bowa witka, pomy­ślał i omal się nie zaczer­wie­nił.

Grace uśmiech­nęła się do niego. Z jej zie­lo­nych jak u syreny oczu znik­nął chłód, a w policz­kach poja­wiły się dołki. Z jakie­goś powodu bawił ją widok sil­nego faceta z mopem w ręku.

– Jak ci dziś poszło?

– Nie­źle – odparł Ethan, nie prze­ry­wa­jąc skru­pu­lat­nej pracy. Wszystko, co robił, robił skru­pu­lat­nie. Gdy skoń­czył, wró­cił do zlewu, by opłu­kać wia­dro i mop. – Sprze­da­łem two­jemu tacie sporą par­tię.

Na wzmiankę o ojcu Grace spo­chmur­niała nieco. Sto­sunki mię­dzy nimi nie były naj­lep­sze, odkąd dziew­czyna zaszła w ciążę i wyszła za Jacka Caseya, któ­rego Pete nazy­wał „robo­lem bez gro­sza przy duszy”. Czas zresztą przy­znał mu rację, bo Jack znik­nął mie­siąc przed naro­dzi­nami Aubrey, zabie­ra­jąc ze sobą oszczęd­no­ści, samo­chód i dumę żony.

Ale to już prze­szłość, pomy­ślała. Teraz radziła sobie cał­kiem dobrze i zamie­rzała radzić sobie w dal­szym ciągu, nie przyj­mu­jąc od rodziny ani gro­sza, nawet gdyby miała się zaha­ro­wać na śmierć. Usły­szała ser­deczny śmiech Aubrey i zapo­mniała o ura­zie. Miała wszystko, czego jej było trzeba. Cały sens jej życia zamy­kał się w tym aniołku z roze­śmia­nymi oczami i głową pełną loków.

– Zro­bię wam jesz­cze coś do jedze­nia, zanim pójdę.

Ethan znów na nią spoj­rzał. Opa­le­ni­zna doda­wała jej urody i czy­niła cerę jakby cie­plej­szą. Pocią­gła twarz paso­wała do figury, choć pod­bró­dek zdra­dzał uparty cha­rak­ter. Przy pierw­szym spoj­rze­niu widziało się ładną, wysoką blon­dynkę o zgrab­nej syl­wetce i twa­rzy, na którą miało się ochotę popa­trzeć nieco dłu­żej. Gdy jed­nak się to zro­biło, dostrze­gało się cie­nie pod wiel­kimi, zie­lo­nymi oczami i zmę­cze­nie wokół mięk­kich warg.

– Nie musisz tego robić, Grace. Powin­naś iść do domu i tro­chę odpo­cząć. Pra­cu­jesz dzi­siaj u Shi­neya, prawda?

– Mam czas. Poza tym obie­ca­łam Sethowi ham­bur­gery. To nie potrwa długo. – Poru­szyła się nie­spo­koj­nie pod spoj­rze­niem Ethana. Już dawno pogo­dziła się z fak­tem, że jego dłu­gie, zamy­ślone spoj­rze­nia burzą w niej krew. Cóż. To był tylko jeden z wielu drob­nych pro­ble­mów, jakimi raczyło ją życie. – Co jest? – zapy­tała, pocie­ra­jąc dło­nią poli­czek, jakby myślała, że jest brudny.

– Nic. Skoro robisz ham­bur­gery, to chyba powin­naś nam pomóc je zjeść.

– Chęt­nie. – Napię­cie ustą­piło. Wzięła z rąk Ethana wia­dro i mop, żeby odło­żyć je na miej­sce. – Aubrey uwiel­bia wasze towa­rzy­stwo. Może dołą­czysz do niej i do Setha? Skoń­czę pra­nie i zabiorę się do obiadu.

– Pomogę ci.

– Nie ma mowy. – Duma ni­gdy by jej na to nie pozwo­liła. Oni jej pła­cili, ona wyko­ny­wała swoją pracę. W cało­ści. – Idź do salonu. I nie zapo­mnij zapy­tać Setha o spraw­dzian z mate­ma­tyki, który im dzi­siaj oddali.

– Co dostał?

– Kolejną piątkę. – Mru­gnęła i ode­gnała go gestem.

Seth to nie­sa­mo­wity bystrzak, myślała, wycho­dząc z kuchni i kie­ru­jąc się do pralni. Gdyby ona miała za młodu lep­szą głowę do liczb i bar­dziej prak­tyczny umysł, nauczy­łaby się cze­goś, zamiast bujać w obło­kach. Zyska­łaby jakąś przy­datną umie­jęt­ność poza poda­wa­niem drin­ków, sprzą­ta­niem domu i opra­wia­niem kra­bów. Gdyby miała zawód, mogłaby do niego wró­cić, kiedy została sama, w ciąży, a wszyst­kie jej marze­nia o wyjeź­dzie do Nowego Jorku i zosta­niu tan­cerką pry­snęły jak bańka mydlana. I tak zresztą były głu­pie, powta­rzała sobie, opróż­nia­jąc wirówkę, a potem wkła­da­jąc do niej mokre ubra­nia wyjęte z pralki. Marze­nie ścię­tej głowy, jak powie­dzia­łaby matka. Prawda była jed­nak taka, że jako nasto­latka Grace pra­gnęła tylko dwóch rze­czy: tańca i Ethana Quinna.

Żad­nej z nich nie zdo­była.

Wes­tchnęła leciutko, przy­kła­da­jąc do policzka cie­płe, gład­kie prze­ście­ra­dło. Prze­ście­ra­dło Ethana, dopiero co zdjęte z jego łóżka. Wciąż czuła na nim jego zapach i przez minutę czy dwie pozwo­liła sobie myśleć, jak by to było, gdyby on jej pra­gnął, gdyby spała z nim na tej pościeli, w tym domu.

Za marze­nia jed­nak nie pła­cili, a ona musiała pokryć czynsz i kupić wszystko, czego potrze­bo­wała uko­chana córeczka. Zaczęła więc ener­gicz­nie skła­dać pościel i ukła­dać ją sta­ran­nie na dud­nią­cej wirówce. Nie wsty­dziła się, że zara­bia na chleb sprzą­ta­niem czy poda­wa­niem drin­ków. Robiła to dobrze, była potrzebna i to jej wystar­czało. Z pew­no­ścią nie potrze­bo­wał jej męż­czy­zna, z któ­rym tak krótko była zamężna. Gdyby naprawdę się kochali, byłoby ina­czej. Nią kie­ro­wała roz­pacz­liwa potrzeba nale­że­nia do kogoś; bycia z kimś, kto pra­gnie jej jako kobiety. A Jack… Pokrę­ciła głową. Naprawdę nie wie­działa, czym się kie­ro­wał.

Chyba po pro­stu mu się podo­bała. A gdy z tego podo­ba­nia wyni­kła ciąża, Jack w swoim mnie­ma­niu wyświad­czył Grace przy­sługę, idąc z nią do urzędu w chłodny jesienny dzień i wypo­wia­da­jąc przy­sięgę mał­żeń­ską.

Ni­gdy jej nie ude­rzył. Nie upił się jak świ­nia i nie pomia­tał nią tak, jak nie­któ­rzy pomia­tają żonami, któ­rych nie pra­gną. Ni­gdy nie uga­niał się za innymi, a przy­naj­mniej nie było jej o tym wia­domo. Gdy jed­nak Aubrey rosła w jej brzu­chu, a ten sta­wał się coraz okrą­glej­szy, Grace widziała w oczach Jacka nara­sta­jącą panikę.

Aż pew­nego dnia znik­nął bez słowa.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim było to, że poczuła ulgę. Jeśli Jack cokol­wiek dla niej zro­bił, to wła­śnie pomógł jej doro­snąć, wziąć życie we wła­sne ręce. Mimo woli ofia­ro­wał jej dar wart wię­cej niż gwiazdka z nieba.

Wło­żyła zło­żone pra­nie do kosza, oparła go o bio­dro i prze­szła do salonu. Jej mały skarb sie­dział roze­śmiany na kola­nach Ethana i traj­ko­tał jak najęty, potrzą­sa­jąc locz­kami. W wieku dwóch lat Aubrey Mon­roe wyglą­dała jak anioł Bot­ti­cel­lego – zło­to­włosa i dłu­go­palca, z jasno­zie­lo­nymi oczami, ząb­kami jak u kociątka i doł­kami w okrą­głych, różo­wych policz­kach. Ethan kiwał głową z powagą, choć rozu­miał zale­d­wie piąte przez dzie­siąte.

– I co wtedy zro­bił Głup­tas? – zapy­tał, orien­tu­jąc się, że pró­buje mu opo­wie­dzieć jakąś histo­ryjkę o szcze­niaczku Setha.

– Poli­zał mnie po buzi! – Ze śmie­chem pogła­skała się po policz­kach. – Całej! – Przy­ło­żyła ręce do jego twa­rzy i prze­su­nęła po zaro­ście. Uwiel­biała tę zabawę. – Auć! Broda!

Ethan posłusz­nie prze­su­nął kłyk­ciami po jej gład­kim policzku, a potem gwał­tow­nie cof­nął rękę.

– Auć! Tu też!

– Nie! Ty masz brodę!

– Nie. – Przy­cią­gnął ją do sie­bie i gło­śno cmo­kał po policz­kach, a ona wyry­wała się ze śmie­chem.

– Ty!

Śmie­jąc się w głos, dziew­czynka wyśli­znęła się z jego objęć, pod­bie­gła do leżą­cego na pod­ło­dze chłopca i zło­żyła na jego policzku dwa wil­gotne całusy. Jak przy­stało na męż­czy­znę, Seth odsu­nął się z uda­wa­nym nie­sma­kiem.

– Jejku, Aub, daj mi spo­kój. – By zająć ją czymś innym, chwy­cił jeden z samo­cho­dzi­ków i leciutko prze­je­chał nim po ramie­niu dziew­czynki. – Jesteś torem wyści­go­wym.

Natych­miast zapa­liła się do nowej zabawy. Chwy­ciła samo­cho­dzik i znacz­nie mniej łagod­nie zaczęła nim jeź­dzić po każ­dej czę­ści ciała Setha, jakiej zdo­łała dosię­gnąć.

Ethan tylko się uśmie­chał.

– Sam zaczą­łeś, chło­pie – rzekł do Setha, gdy Aubrey prze­szła mu po bio­drze, by się­gnąć dru­giego ramie­nia.

– Lep­sze to niż liza­nie po twa­rzy – burk­nął chło­piec, ale pod­niósł rękę, by ochro­nić dziew­czynkę przed upad­kiem.

Przez chwilę Grace przy­glą­dała im się w mil­cze­niu. Męż­czy­zna sie­dział swo­bod­nie w sze­ro­kim fotelu, uśmie­cha­jąc się do dzieci, które bawiły się na pod­ło­dze, głowa przy gło­wie – jedna deli­katna i pokryta zło­tymi lokami, druga z nie­sforną, znacz­nie ciem­niej­szą czu­pryną.

Zagu­biony chłop­czyk, pomy­ślała kobieta, wra­ca­jąc myślą do chwili, w któ­rej zoba­czyła go po raz pierw­szy. Wresz­cie zna­lazł swoje miej­sce.

I jej cudowna dziew­czynka. Kiedy jesz­cze Grace nosiła ją w brzu­chu, przy­rze­kła sobie, że będzie ją roz­piesz­czać, chro­nić i uwiel­biać. Że mała zawsze będzie miała dom.

A obok nich męż­czy­zna, który sam kie­dyś był zagu­bio­nym chłop­cem i który wiele lat temu wkradł się w jej mło­dzień­cze sny, by ni­gdy ich nie opu­ścić. On też zna­lazł swoje miej­sce.

Deszcz bęb­nił o dach. Tele­wi­zor cicho pomru­ki­wał w tle. Psy spały na fron­to­wej weran­dzie, a przez siat­kowe drzwi wdzie­rał się do środka wil­gotny wiatr.

Grace znów się roz­ma­rzyła. Wie­działa, że to nie­roz­sądne, ale pra­gnęła odło­żyć kosz i usiąść na kola­nach Ethana. Czuć się, jakby i ona była u sie­bie. Zamknąć na chwilę oczy i stać się jedną z nich.

Zamiast tego wyco­fała się, czu­jąc, że nie pasuje do tej siel­skiej sce­ne­rii. Wró­ciła do nieco zbyt rzę­si­ście oświe­tlo­nej kuchni, posta­wiła kosz na stole i zajęła się przy­go­to­wy­wa­niem obiadu. Gdy chwilę póź­niej Ethan przy­szedł po piwo, mięso już brą­zo­wiało, ziem­niaki sma­żyły się na oleju z orzesz­ków ziem­nych, a Grace robiła sałatkę.

– Cudow­nie pach­nie.

Przez chwilę stał nie­pew­nie. Nie przy­wykł do tego, by ktoś mu goto­wał. Od lat nikt tego nie robił, a już na pewno nie kobieta. Ojciec dobrze się czuł w kuchni, ale mama… Zawsze żar­to­wali, że ile­kroć gotuje, potrze­bują jej wie­dzy medycz­nej, by prze­żyć posi­łek.

– Za jakieś pół godziny wszystko będzie gotowe. Nie prze­szka­dza ci, że zje­cie dziś tro­chę wcze­śniej? Muszę zawieźć Aubrey do domu, wyką­pać ją i prze­brać się do pracy.

– Jedze­nie ni­gdy mi nie prze­szka­dza, zwłasz­cza kiedy nie muszę sam goto­wać. Poza tym wie­czo­rem chcę jesz­cze wpaść na parę godzin do han­garu.

– Ojej. – Odwró­ciła się i odgar­nęła grzywkę. – Powi­nie­neś był mi powie­dzieć, żebym się pospie­szyła.

– To tempo mi odpo­wiada. – Pocią­gnął łyk z butelki. – Napi­jesz się cze­goś?

– Nie, dzięki. Wezmę sos do sała­tek, który zro­bił Phi­lip. Wygląda znacz­nie ape­tycz­niej niż ten ze sklepu.

Deszcz słabł, prze­cho­dząc w powolną mżawkę, przez którą usi­ło­wały się prze­bić roz­myte pro­mie­nie słońca. Grace spoj­rzała w okno. Zawsze miała nadzieję, że uda jej się zoba­czyć tęczę.

– Kwiaty Anny się trzy­mają – rze­kła. – Deszcz im służy.

– Przy­naj­mniej nie muszę wycią­gać węża. Zabi­łaby mnie, gdyby zwię­dły pod jej nie­obec­ność.

– I słusz­nie. Haro­wała jak wół, żeby je zasa­dzić przed ślu­bem – zauwa­żyła Grace, nie prze­ry­wa­jąc pracy. Szybko i spraw­nie odce­dzała usma­żone ziem­niaki i dorzu­cała na skwier­czącą patel­nię nowych. – Piękny to był ślub – dodała, mie­sza­jąc w misce sos.

– Wyszło, jak trzeba – przy­znał Ethan. – I pogoda nam sprzy­jała.

– Deszcz w taki dzień byłby zbrod­nią.

Przed oczami miała wyra­zi­sty obraz tam­tych chwil. Zie­leń trawy na tyłach domu, zatokę poły­sku­jącą w słońcu, w któ­rym mie­niły się kolo­rami zasa­dzone przez Annę kwiaty, pod­czas gdy inne, w donicz­kach, deko­ro­wały biały dywan, po któ­rym oblu­bie­nica szła na spo­tka­nie z oblu­bień­cem…

Biała suk­nia powie­wała na wie­trze, a cie­niutka woalka tylko uwy­dat­niała ciemne, nie­przy­tom­nie szczę­śliwe oczy. Wokół rzędy krze­seł, na któ­rych zasia­dła rodzina i przy­ja­ciele. Oboje dziad­ko­wie Anny pła­kali. A Cam – znany twar­dziel Came­ron Quinn – patrzył na żonę takim wzro­kiem, jakby wła­śnie wrę­czono mu klucz do nieba.

Ogro­dowy ślub, pomy­ślała Grace. Słodki, pro­sty, roman­tyczny. Ideał.

– To naj­pięk­niej­sza kobieta, jaką w życiu widzia­łam – powie­działa z wes­tchnie­niem, w któ­rym była jedy­nie odro­binka zazdro­ści. – Taka egzo­tyczna.

– Pasuje do Cama.

– Wyglą­dali jak gwiazdy fil­mowe. – Uśmiech­nęła się, doda­jąc do mięsa pikantny sos. – Kiedy ty i Phi­lip zagra­li­ście im tego walca, a oni tań­czyli pierw­szy taniec… to była naj­bar­dziej roman­tyczna scena, jaką widzia­łam w życiu. – Znów wes­tchnęła i wrzu­ciła do sałatki resztę skład­ni­ków. – A teraz są w Rzy­mie. Coś nie­praw­do­po­dob­nego.

– Dzwo­nili wczo­raj rano, zanim wysze­dłem do pracy. Mówili, że dobrze się bawią.

Grace zaśmiała się zmy­sło­wym, per­li­stym śmie­chem, który wywo­ły­wał u Ethana gęsią skórkę.

– Trudno, żeby było ina­czej, gdy się jest w podróży poślub­nej w Rzy­mie. – Wygar­nęła kolejną por­cję ziem­nia­ków i zaklęła cicho, bo tra­fił ją pry­ska­jący olej.

Ethan pod­sko­czył i chwy­cił jej dłoń, nim zdą­żyła ją unieść do ust.

– Opa­rzy­łaś się? – Zoba­czył, jak skóra różo­wieje, i pocią­gnął dziew­czynę do zlewu. – Schłodź zimną wodą.

– Daj spo­kój, to dro­biazg. Zda­rza się.

– Powin­naś bar­dziej uwa­żać. – Zmarsz­czył brwi i mocno trzy­mał ją za rękę, by nie mogła jej wycią­gnąć spod stru­mie­nia wody. – Boli?

– Nie. – Nie czuła nic oprócz jego dotyku i sza­lo­nych ude­rzeń wła­snego serca. Pró­bo­wała się oswo­bo­dzić, myśląc, że lada chwila zrobi z sie­bie idiotkę. – Daj spo­kój, Ethan. Nie musisz się ze mną cac­kać.

– Zaraz ci znajdę jakąś maść.

Się­gnął do szafki, pod­niósł głowę i napo­tkał wzrok Grace.

Woda chło­dziła ich złą­czone dło­nie, a oni stali w mil­cze­niu. Ethan ni­gdy dotąd nie ośmie­lił się stać tak bli­sko niej; tak bli­sko, że dostrze­gał maleń­kie złote plamki w jej oczach. Uni­kał tego, bo a nuż zacząłby myśleć, jak by to było… Musiał przy­wo­łać się do porządku, przy­po­mnieć sobie, że zna tę dziew­czynę od dziecka; że to matka Aubrey, sąsiadka, która mu ufa i uważa go za przy­ja­ciela.

– Musisz być ostroż­niej­sza – wychry­piał przez zaschnięte gar­dło.

Pach­niała cytryną.

– Nic mi nie będzie.

Umie­rała z roz­ko­szy i prze­ra­że­nia jed­no­cze­śnie. Ethan trzy­mał jej dłoń, jakby była zro­biona ze szkła, i marsz­czył brwi, jakby miał przed sobą kogoś nieco mniej roz­sąd­nego od jej dwu­let­niej córeczki.

– Ziem­niaki się przy­palą!

– Ojej. – Prze­ra­żony, bo przez sekundę pozwo­lił sobie myśleć o tym, że jej usta mogą być tak mięk­kie, na jakie wyglą­dają, odsu­nął się gwał­tow­nie i zaczął szpe­rać w szafce w poszu­ki­wa­niu maści.

Serce waliło mu jak mło­tem. Nie­na­wi­dził tego uczu­cia; pra­gnął spo­koju.

– Tak czy owak, posma­ruj. – Poło­żył maść na stole i cof­nął się ku drzwiom. – Przy­pil­nuję… żeby dzie­ciaki umyły ręce przed obia­dem.

Wziął jesz­cze ze stołu kosz z pra­niem i już go nie było.

Powoli, z wiel­kim wysił­kiem wyko­nu­jąc każdy ruch, Grace zakrę­ciła kran i pobie­gła rato­wać ziem­niaki. Gdy już zapa­no­wała nad kuch­nią, wzięła maść i roz­sma­ro­wała odro­binę na czer­wo­nej plamce. Potem odło­żyła maść do kre­densu, oparła się o zlew i wyj­rzała przez okno.

Nie zoba­czyła jed­nak tęczy.

Roz­dział drugi

Nie ma nic lep­szego od soboty – chyba że jest to sobota przed ostat­nim tygo­dniem szkoły, po któ­rym zaczy­nają się waka­cje, czyli wszyst­kie soboty twego życia zwi­nięte w jedną wielką, lśniącą kulę. Sobota ozna­czała spę­dza­nie dnia na kutrze z Etha­nem i Jimem zamiast w szkol­nej ławie. Ozna­czała ciężką pracę, gorące słońce i zimne napoje. Męskie sprawy.

Osło­niw­szy oczy dasz­kiem cza­peczki z logo Bal­ti­more Orio­les i faj­nymi oku­la­rami kupio­nymi w cen­trum han­dlo­wym, Seth zanu­rzył osękę, by przy­cią­gnąć naj­bliż­szą boję znacz­ni­kową. Młode muskuły wybrzu­szyły się pod koszulką z mot­tem Archi­wum X, wska­zu­ją­cym, gdzie należy szu­kać prawdy.

Patrzył, jak Jim prze­chyla klatkę, otwiera przy­cze­pioną do jej dna puszkę z przy­nętą, by wyrzu­cić starą i nało­żyć nowej. Natych­miast z sza­leń­czym wrza­skiem zle­ciały się mewy i zaczęły nur­ko­wać, wyła­wia­jąc resztki z wody. Fajny widok. Teraz trzeba mocno chwy­cić pułapkę, obró­cić ją i potrzą­sać z całej siły, prze­rzu­ca­jąc kraby do zbior­nika. Seth uwa­żał, że gdyby tylko zechciał, byłby w sta­nie sam to wszystko zro­bić. Nie zamie­rzał bać się zgrai dur­nych kra­bów tylko dla­tego, że wyglą­dają jak wiel­kie, zmu­to­wane robale z Wenus i mają ostre szczypce.

Nie­stety, na razie musiał się zado­wo­lić nakła­da­niem nowej przy­nęty w postaci kilku gar­ści obrzy­dli­wych kawał­ków ryb, zamknąć pojem­nik, spraw­dzić, czy linka gdzieś się nie prze­tarła, spraw­dzić odle­głość mię­dzy bojami i jeśli wszystko wyglą­dało dobrze, zrzu­cić klatkę za burtę. Plusk! A potem przy­cią­gnąć kolejną boję.

Seth potra­fił już odróż­niać samce od samic. Jim mówił, że samice kalin­ków malują paznok­cie, bo miały czer­wone szczypce. Nie­sa­mo­wite było to, że wzory na pod­brzu­szach przy­po­mi­nały narządy płciowe. Wszy­scy widzieli, że samce mają tam długą literkę „T”, która wygląda zupeł­nie jak fiut.

Jim poka­zał mu też, jak kraby się pie­przą – tyle że on nazy­wał to roz­mna­ża­niem – i to już naprawdę była prze­sada. Samiec po pro­stu wspi­nał się na part­nerkę i tak sobie pły­wali całymi dniami.

Seth doszedł do wnio­sku, że muszą to lubić.

Ethan nazy­wał takie kraby mał­żeń­stwami, a kiedy Seth par­sk­nął śmie­chem, uniósł brwi. Chło­pak był tak zain­try­go­wany, że poszedł do szkol­nej biblio­teki poczy­tać o kra­bach. I chyba zro­zu­miał, o co cho­dziło Etha­nowi. Samiec chro­nił samicę, przy­kry­wa­jąc ją swoim cia­łem, bo mogły się parzyć jedy­nie wtedy, gdy samica zrzu­cała zewnętrzną war­stwę pan­ce­rza, a to, co pod spodem, było bar­dzo mięk­kie. Poza tym parzyła się tylko raz, więc porów­na­nie z mał­żeń­stwem wcale nie było takie głu­pie.

Przy­po­mniał sobie ślub Cama i pani Spi­nelli – to zna­czy Anny, popra­wił się w myślach. Kobiety beczały, a faceci śmiali się i żar­to­wali. Wszy­scy robili z tego wiel­kie halo – były kwiaty, muzyka i fura żar­cia. Naprawdę nie wie­dział, czym tu się eks­cy­to­wać. Czy w mał­żeń­stwie nie cho­dzi tylko o to, że możesz upra­wiać seks, kiedy masz ochotę, i nikt się cie­bie o to nie cze­pia?

Musiał jed­nak przy­znać, że ślub był fajny. Ni­gdy przed­tem nie brał udziału w takiej uro­czy­sto­ści. Wpraw­dzie Cam zacią­gnął go do mar­ketu i zmu­sił do przy­mie­rza­nia gar­ni­tu­rów, ale cała reszta była w porządku.

Cza­sem tylko się zasta­na­wiał, jak teraz będzie. Gdy wresz­cie zaczął się przy­zwy­cza­jać do tutej­szego życia, wszystko miało się zmie­nić. Anna zamieszka z nimi. Ow­szem, lubił ją. Była cał­kiem w porządku jak na pra­cow­nicę spo­łeczną. Ale mimo wszystko była kobietą.

Jak jego matka.

Dość, pomy­ślał. Nie zamie­rzał psuć sobie nastroju myśle­niem o matce i życiu, które z nią pro­wa­dził – o jej face­tach, nar­ko­ty­kach i małych, obskur­nych poko­ikach. W ciągu dzie­się­ciu lat swo­jego życia nie prze­żył aż tylu sło­necz­nych dni, by móc sobie pozwo­lić na zmar­no­wa­nie któ­re­goś.

– Zasną­łeś, Seth? – obu­dził go z zadumy łagodny głos Ethana.

Zamru­gał, zoba­czył odbi­ja­jące się od wody pro­mie­nie słońca i podry­gu­jące poma­rań­czowe boje.

– Zamy­śli­łem się – mruk­nął i szybko przy­cią­gnął następną.

– Ja tam za wiele nie myślę. – Jim posta­wił klatkę na relingu i zaczął wygar­niać kraby. Uśmiech jesz­cze bar­dziej pomarsz­czył jego per­ga­mi­nową twarz. – Głowa od tego boli.

– Kurde. – Seth pochy­lił się nad kra­bami. – Ten zaczyna zrzu­cać pan­cerz.

Jim mruk­nął coś i pod­niósł kraba z pęka­ją­cym na grzbie­cie pan­ce­rzem.

– Jutro ktoś będzie wsu­wał tę pan­nicę z kanapką. – Mru­gnął do Setha i wrzu­cił kraba do zbior­nika. – Może nawet ja.

Głup­tas, wciąż dosta­tecz­nie młody, by zasłu­gi­wać na swoje imię, przy­su­nął nos do klatki, wywo­łu­jąc szybką i bru­talną reak­cję kra­bów. Szczypce kłap­nęły, a psiak odsko­czył, skom­ląc.

– Temu psu nie grozi ból głowy. – Jim ser­decz­nie się roze­śmiał.

*

Nawet kiedy przy­bili do nabrzeża, wyła­do­wali cało­dzienny połów i poże­gnali się z Jimem, nie było mowy o odpo­czynku.

Ethan odsu­nął się od steru.

– Musimy popły­nąć do han­garu. Chcesz popro­wa­dzić?

Oczy chłopca były ukryte za ciem­nymi oku­la­rami, ale widząc, jak opa­dła mu szczęka, męż­czy­zna domy­ślił się ich wyrazu. Kiedy Seth wzru­szył ramio­nami, jakby codzien­nie miał oka­zję ste­ro­wać łodzią, Ethan poczuł roz­ba­wie­nie.

– Jasne, czemu nie. – Chło­pak spo­co­nymi dłońmi ujął drą­żek.

Ethan stał obok z rękoma wetknię­tymi swo­bod­nie w tylne kie­sze­nie spodni, lecz z czuj­nym wzro­kiem. Na zatoce pano­wał duży ruch. Piękne sobot­nie popo­łu­dnie przy­cią­gnęło week­en­do­wych żegla­rzy. Podróż do han­garu nie była jed­nak długa, a dzie­ciak musiał się kie­dyś nauczyć pro­wa­dzić łódź. Nie można było żyć w St. Chri­sto­pher i tego nie umieć.

– Skręć tro­chę w prawo – rzekł do Setha. – Widzisz tego gościa? To nie­dzielny żeglarz. Jeśli nie zmie­nisz kie­runku, wje­dzie ci pro­sto w dziób.

Seth zmru­żo­nymi oczami przy­glą­dał się łódce i ludziom na niej.

– Bo bar­dziej go inte­re­suje ta dziew­czyna w bikini niż wiatr – prych­nął.

– Jest nie­zła.

– Nie wiem, co takiego faj­nego jest w bab­skich cyc­kach.

Trzeba oddać Etha­nowi spra­wie­dli­wość: nie wybuch­nął gło­śnym śmie­chem, tylko z poke­rową twa­rzą poki­wał głową.

– Pew­nie mię­dzy innymi to, że my ich nie mamy.

– I całe szczę­ście.

– Pocze­kaj parę lat – mruk­nął Ethan, wie­dząc, że war­kot sil­nika zagłu­szy jego słowa.

I nagle się skrzy­wił. Co oni, u dia­bła, zro­bią, kiedy ten dzie­ciak zacznie doj­rze­wać? Ktoś będzie musiał z nim poroz­ma­wiać o… tych spra­wach. Oczy­wi­ście Seth sporo już wie­dział o sek­sie, lecz była to głów­nie wie­dza brudna i nie­przy­jemna. Taka, jaką w swoim cza­sie, sta­now­czo zbyt wcze­śnie, posiadł rów­nież sam Ethan.

Któ­ryś z nich musi wytłu­ma­czyć chło­pa­kowi, i to w miarę szybko, jak to naprawdę powinno wyglą­dać, jakie może być. Ethan modlił się, żeby tym kimś nie musiał być on.

Dostrze­gał już w oddali stary ceglany han­gar i nowiuśki pomost zbu­do­wany przez niego i braci. Roz­pie­rała go duma. Może te podzio­bane cegły i łatany dach nie robiły impo­nu­ją­cego wra­że­nia, lecz on wie­dział, że sprawy idą w dobrym kie­runku. Okna budynku, choć przy­bru­dzone, były przy­naj­mniej nowe i całe.

– Zwol­nij prze­pust­nicę i wpły­waj powoli.

Ethan machi­nal­nie poło­żył dłoń na ste­ru­ją­cej dłoni chłopca. Poczuł, jak Seth się napina, a potem roz­luź­nia. Wciąż się dener­wo­wał, gdy ktoś znie­nacka go dotknął. Ale już było lepiej.

– O, tak. Odro­binę w prawo.

Gdy łódź ude­rzyła łagod­nie o pale, Ethan wysko­czył na pomost i przy­wią­zał cumy.

– Dobra robota. – Simon tylko cze­kał na jego ski­nie­nie, by dać susa za burtę. Gdy to zro­bił, Głup­tas wspiął się na reling, szcze­ka­jąc zaja­dle, i po chwili waha­nia ruszył w jego ślady.

– Podaj lodówkę, Seth.

Seth mruk­nął coś pod nosem, ale bez szem­ra­nia pod­niósł torbę chłod­ni­czą.

– Może dał­byś mi cza­sem popro­wa­dzić łódź, kiedy łowimy?

– Może.

Zacze­kał, aż chło­pak wygra­moli się na pomost, po czym ruszył do tyl­nych drzwi budynku. Były otwarte na oścież, a ze środka dobie­gał emo­cjo­nalny śpiew Raya Char­lesa. Ethan posta­wił lodówkę zaraz za drzwiami i wsparł się dłońmi pod boki.

Kadłub był gotowy. Cam przed wyjaz­dem do Europy haro­wał jak wół, by zro­bić jak naj­wię­cej. Przy­go­to­wali deski i sta­ran­nie docięli wpu­sty, żeby je gładko połą­czyć.

Giętą w parze ramę dokoń­czyli już we dwóch z Phi­li­pem, rysu­jąc ołów­kiem linie, a potem powoli, cier­pli­wie wpro­wa­dza­jąc każdy wręg na swoje miej­sce. Kadłub robił wra­że­nie mono­litu: łódź Quin­nów nie mogła mieć żad­nych szcze­lin.

Pro­jekt sta­no­wił przede wszyst­kim dzieło Ethana, choć i Cam doło­żył parę popra­wek. Dno miało kształt litery „U”, trudny w budo­wie, ale gwa­ran­tu­jący sta­bil­ność i szyb­kość. Ethan zapro­jek­to­wał dziób z myślą o klien­cie, któ­rego znał. Zde­cy­do­wał się na ostry dziób w stylu krą­żow­nika, atrak­cyjny i rów­nież sprzy­ja­jący roz­wi­ja­niu dużych pręd­ko­ści. Rufa z kolei miała śred­nią dłu­gość i nad­bu­dówkę, która wydłu­żała łódź w sto­sunku do jej linii wod­nej.

Wyglą­dała zgrab­nie i przy­cią­gała wzrok. Ethan rozu­miał, że klien­towi zależy na wyglą­dzie rów­nie jak na spraw­no­ści. Wyko­rzy­stał Setha do lakie­ro­wa­nia wnę­trza łodzi mie­szanką zło­żoną w poło­wie z gorą­cego oleju lnia­nego, a w poło­wie z ter­pen­tyny. Była to ciężka, nie­wdzięczna robota, która mimo ostroż­no­ści i ręka­wic kosz­to­wała go kilka drob­nych opa­rzeń, ale chło­piec świet­nie sobie pora­dził.

Zlu­stro­wał wzro­kiem krzy­wi­znę kadłuba. Zde­cy­do­wał się ją spłasz­czyć, żeby łódź była bar­dziej prze­stronna, sucha, z wysoką kabiną. Klient lubił zabie­rać w rejsy przy­ja­ciół i rodzinę. I uparł się przy teku, choć pró­bo­wali mu wytłu­ma­czyć, że sosna lub cedr są rów­nie dobrym mate­ria­łem na poszy­cie kadłuba. Facet miał jed­nak dość forsy, by fol­go­wać swoim kapry­som i dbać o pre­stiż, a Ethan musiał przy­znać, że były to dobrze wydane pie­nią­dze. Kadłub pre­zen­to­wał się wspa­niale.

Na pokła­dzie pra­co­wał Phi­lip, drugi z braci Ethana. Roze­brany do pasa, z ciem­nymi wło­sami ukry­tymi pod czarną cza­peczką bez żad­nego logo, zało­żoną dasz­kiem do tyłu, moco­wał deski. Co kilka sekund jedwa­bi­sty tenor Raya Char­lesa prze­ry­wał wysoki zgrzyt elek­trycz­nego wkrę­taka.

– Jak idzie? – zawo­łał Ethan.

Nad relin­giem poja­wiła się głowa Phi­lipa. Jego twarz anioła męczen­nika była mokra od potu, a ciem­no­złote oczy ziry­to­wane. Wła­śnie sobie powta­rzał, że jest, na litość boską, spe­cja­li­stą od reklamy, a nie cie­ślą.

– Dopiero czer­wiec, a już jest gorę­cej niż w pie­kle. Musimy tu zamon­to­wać jakieś wen­ty­la­tory. Masz w tej lodówce coś zim­nego albo przy­naj­mniej mokrego? Mnie się wszystko skoń­czyło godzinę temu.

– Odkręć kran w łazience i napij się wody – odparł ze sto­ic­kim spo­ko­jem Ethan, schy­la­jąc się, by wyjąć napój z lodówki. – To taki nowy wyna­la­zek.

– Bóg jeden wie, co pływa w tej wodzie. – Phi­lip zła­pał rzu­coną przez brata puszkę i skrzy­wił się na widok logo. – Tu przy­naj­mniej piszą, jakie che­mi­ka­lia wpu­ścili.

– Wybacz, eviana wypi­li­śmy z Jimem. Wiesz, że ma fioła na punk­cie baje­ranc­kich napit­ków. Żło­pie je hek­to­li­trami.

– Pieprz się – burk­nął Phi­lip, ale bez gniewu. Wychłep­tał pepsi, po czym uniósł brwi, gdy Ethan wspiął się na górę, by obej­rzeć jego dzieło.

– Nie­źle.

– O rany, dzięki, sze­fie. Dostanę pod­wyżkę?

– Jasne, podwoję ci pen­sję. Seth jest dobry z matmy. Seth, ile jest zero plus zero?

– Podwójne zero – odparł z zawa­diac­kim uśmie­chem chło­pak.

Ręce go świerz­biły, by wypró­bo­wać elek­tryczny wkrę­tak. Do tej pory nikt nie pozwa­lał mu dotknąć żad­nego z urzą­dzeń.

– W takim razie stać mnie teraz na rejs na Tahiti.

– Jeśli nie masz nic prze­ciwko myciu się w wodzie z kranu, idź się spry­skać, a ja dokoń­czę robotę.

Dla brud­nego, spo­co­nego i zgrza­nego jak dia­bli Phi­lipa była to kusząca pro­po­zy­cja. Z roz­ko­szą zabiłby trzech zupeł­nie obcych ludzi za kie­li­szek zim­nego wina pouilly-fuisse. Wie­dział jed­nak, że Ethan wstał przed świ­tem i ma za sobą to, co nor­malny czło­wiek uwa­żałby za cało­dzienną pracę.

– Wytrzy­mam jesz­cze parę godzin.

– Świet­nie. – Ethan by­naj­mniej nie spo­dzie­wał się innej odpo­wie­dzi. Phi­lip lubił zrzę­dzić, ale zawsze wywią­zy­wał się z obo­wiąz­ków. – Myślę, że damy radę skoń­czyć dziś ten pokład.

– Mógł­bym…

– Nie – odparli jed­no­cze­śnie Ethan i Phi­lip, wyprze­dza­jąc pyta­nie Setha.

– Niby czemu? – zapy­tał nie­cier­pli­wie. – Nie jestem debi­lem. Nie zabiję nikogo jakimś głu­pim wkrę­ta­kiem.

– Bo sami lubimy się nim bawić – rzekł z uśmie­chem Phi­lip. – A jeste­śmy więksi od cie­bie. Masz. – Się­gnął do tyl­nej kie­szeni, wyjął port­fel i wyło­wił z niego pię­cio­do­la­rówkę. – Idź do Craw­forda i kup mi parę bute­lek wody. Jak nie będziesz maru­dził, możesz sobie za resztę kupić lody.

Seth nie maru­dził, ale zanim wyszedł, przy­wo­łu­jąc przed­tem do sie­bie psa, mruk­nął pod nosem coś o tym, że robi się z niego nie­wol­nika.

– Kiedy będziemy mieli tro­chę czasu – rzekł Ethan – powin­ni­śmy mu poka­zać, jak uży­wać narzę­dzi. Ma sprawne ręce.

– Ow­szem. Po pro­stu chcia­łem się go na chwilę pozbyć. Nie zdą­ży­łem ci wczo­raj powie­dzieć, że detek­tyw wytro­pił Glo­rię DeLau­ter aż w Nags Head.

– Więc jedzie na połu­dnie. – Pod­niósł wzrok, by spoj­rzeć bratu w oczy. – Dorwał ją?

– Nie, wciąż się prze­miesz­cza i wydaje forsę. Dużo forsy. – Zaci­snął szczęki. – Ma co wyda­wać, bio­rąc pod uwagę, ile ojciec zapła­cił jej za Setha.

– Nie wygląda, jakby miała zamiar tu wró­cić.

– Powie­dział­bym, że dzie­ciak inte­re­suje ją mniej niż zeszło­roczny śnieg. – Jego wła­sna matka była taka sama. Ni­gdy nie spo­tkał Glo­rii DeLau­ter, ale mimo to dobrze ją znał i głę­boko nią pogar­dzał. – Jeśli jej nie znaj­dziemy – dodał, chło­dząc czoło zimną puszką – ni­gdy nie poznamy prawdy o tacie. Ani o Secie.

Ethan ski­nął głową. Wie­dział, że Phi­lip trak­tuje te poszu­ki­wa­nia jak misję i że praw­do­po­dob­nie ma rację. Zasta­na­wiał się tylko, i to sta­now­czo zbyt czę­sto, co zro­bią, gdy już tę prawdę poznają.

*

Po czter­na­sto­go­dzin­nym dniu pracy marzył jedy­nie o dłu­gim prysz­nicu i zim­nym piwie. Połą­czył więc jedno z dru­gim. Potem samot­nie zjadł na tyl­nej weran­dzie kanapki, które kupili na kola­cję, pod­czas gdy w domu Seth i Phi­lip spie­rali się, jaki film naj­pierw obej­rzeć. Arnold Schwa­rze­neg­ger wal­czył z Kevi­nem Cost­ne­rem; Ethan już dawno posta­wił na Arnolda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki