Dziedzictwo dobra - Nora Roberts - ebook + książka

Dziedzictwo dobra ebook

Nora Roberts

4,4

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Autorka bestsellerów #1 Nora Roberts powraca z nową powieścią "Dziedzictwo"„ historią o matce i córce, o romansie, ambicji i powrotach do traumatycznej przeszłości.

Królowa literatury obyczajowej i ulubiona autorka polskich czytelniczek!

Adriana Rizzo miała siedem lat, gdy poznała swojego ojca. Tego dnia niemal ją zabił, lecz jej matka Lina zdołała ją ochronić. Aby przywrócić córce równowagę, Lina podrzuca Adrianę do domu rodziców w stanie Maryland. Adriana cieszy się tam zwykłą codziennością, nawiązując coraz silniejsze więzi z dziadkami; pije lemoniadę, bawi się z psami i zawiera nowe przyjaźnie. Po raz pierwszy zakochuje się na zabój. Tymczasem Lina promuje swoją markę fitness i odnosi coraz większe sukcesy.

W szkole średniej Adriana nagrywa i zamieszcza w sieci lekcje jogi własnego pomysłu; zdobywa wykształcenie w dziedzinie dietetyki i śmiało kroczy drogą sukcesów, zapoczątkowaną przez matkę. I wtedy właśnie dostaje pierwszy list z pogróżkami. Lina zapewnia ją jednak, że w przeszłości otrzymała wiele takich listów i nie ma się czym martwić. Ale listy przychodzą regularnie, co roku, zawsze tam, gdzie Adriana akurat przebywa. Gdy wraca do stanu Maryland, aby znów zamieszkać z dziadkiem, dochodzi do eskalacji gróźb - przychodzą one coraz częściej i są coraz bardziej przerażające. Otoczona przez przyjaciół i rodzinę, zaangażowana w relację z byłą wielką miłością, Adriana czuje, że może stracić znacznie więcej niż własne życie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 601

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (156 ocen)
91
44
18
3
0
Sortuj według:
magdala36

Całkiem niezła

Bez dwóch zdań Nora Roberts to moja ulubiona autorka, jestem wierną czytelniczka jej powieści obyczajowych od 30. Nie przeczę, że jej książki są schematyczne. Młoda kobieta w opałach. Najczęściej jest to jakaś tajemnica z przeszłości, która niesie ze sobą zagrożenie. Autorka lubi wplatać wątki kryminalne. Wprowadza też motyw przemocy w rodzinie i jej konsekwencji. I pojawia się on, czasem lokalny bad boy, ale zawsze chłopak o złotym sercu, no i przystojny. Gotowy obronić ja własną piersią. Bo przecież zło musi zostać ukarane, dobro nagrodzone, a prawdziwa miłość zatriumfować. Tym razem historia prześladowanej przez stalkera bohaterki. Jest spełniona zawodowo, otoczona rodziną i przyjaciółmi. Żyje w sielankowym miasteczku. Kto więc jej grozi? Od pierwszych rozdziałów można się domyślać jak potoczy się akcja, co nie odbiera przyjemności z lektury.
00
MALUTKA56K

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze, sięgając po tą powieść, nie zawiodłam się na autorce. Polecam.
00
Anita2587

Nie oderwiesz się od lektury

Książka wciągająca, pełna emocjonujących sytuacji, trzymająca w niepewności do samego końca. Polecam każdemu.
00

Popularność




Część pierw­sza

Ambi­cje

Moc czy­nie­nia dobra jest praw­dzi­wym i upraw­nio­nym celem ludz­kich aspi­ra­cji.

Sir Fran­cis Bacon

Roz­dział 1

GEO­R­GE­TOWN

Kiedy Adriana Rizzo po raz pierw­szy spo­tkała swo­jego ojca, chciał ją zabić.

Gdy była sied­mio­latką, jej świat skła­dał się głów­nie z ruchu. Przez więk­szość czasu miesz­kała z matką – i Mimi, która trosz­czyła się o nie obie – w Nowym Jorku. Cza­sem jed­nak bawiła kilka tygo­dni w Los Ange­les albo w Chi­cago czy Miami.

Latem odwie­dzała swo­ich dziad­ków w Mary­land, jechała do nich na co naj­mniej dwa tygo­dnie. Było to według niej naj­przy­jem­niej­sze, ponie­waż mieli psy, duże podwórko, na któ­rym mogła się bawić, i oponę, na któ­rej mogła się huś­tać.

Kiedy miesz­kały na Man­hat­ta­nie, cho­dziła do szkoły i to było w porządku. Brała lek­cje tańca i gim­na­styki, co uwa­żała za coś o wiele lep­szego niż szkoła.

W trak­cie podróży zwią­za­nych z pracą matki Mimi udzie­lała jej lek­cji w domu; uwa­żano, że wykształ­ce­nie jest ważne. Mimi włą­czała do niego naukę o miej­scach, w któ­rych bywały. Ponie­waż zatrzy­mały się na cały mie­siąc w Waszyng­to­nie, ozna­czało to oglą­da­nie pomni­ków i zabyt­ków, wycieczkę do Bia­łego Domu i Insty­tutu Smi­th­sona, wiel­kiego kom­pleksu muze­alno-badaw­czego.

Cza­sem musiała pra­co­wać z mamą – i to też bar­dzo lubiła. Ile­kroć wystę­po­wała w jed­nym z mat­czy­nych nagrań wideo, zmu­szona była opa­no­wać pewne umie­jęt­no­ści, takie jak car­dio dance albo joga.

Lubiła tę naukę; lubiła tań­czyć.

W wieku pię­ciu lat nagrała z mamą kasetę wideo dla dzieci i rodzin. Z ćwi­cze­niami jogi, ponie­waż, bądź co bądź, była dziec­kiem w Yoga Baby, mat­czy­nej fir­mie.

Odczuła dumę i pod­nie­ce­nie, kiedy matka jej powie­działa, że nagrają następną kasetę. Może – jak będzie miała dzie­sięć lat – dla grupy wła­śnie w tym wieku.

Mama wszystko wie­działa o gru­pach wie­ko­wych, demo­gra­fii i innych podob­nych rze­czach. Adriana sły­szała, jak roz­ma­wia o tym ze swoim mene­dże­rem i pro­du­cen­tami.

Mama wie­działa też mnó­stwo o fit­ness, o więzi mię­dzy umy­słem i cia­łem, o medy­ta­cji i tego rodzaju spra­wach.

Nie wie­działa tylko, jak goto­wać – w prze­ci­wień­stwie do dziadka i babci, któ­rzy byli wła­ści­cie­lami restau­ra­cji. Nie lubiła się tylko bawić jak Mimi – była naprawdę zajęta swoją karierą.

Odby­wała wiele spo­tkań i prób, także sesji, wystę­po­wała też publicz­nie i udzie­lała wywia­dów.

Nawet w wieku sied­miu lat Adriana poj­mo­wała, że Lina Rizzo nie­wiele wie o tym, jak być mamą.

Mimo wszystko nie miała nic prze­ciwko temu, by dziew­czynka bawiła się jej kosme­ty­kami do maki­jażu – dopóki potem odkła­dała wszystko na swoje miej­sce. I ni­gdy się nie gnie­wała, jeśli ćwi­czyły, a mała popeł­niała jakieś błędy.

Pod­czas tej podróży naj­lep­sze ze wszyst­kiego było to, że zamiast pole­cieć z powro­tem do Nowego Jorku, gdzie mama miała dokoń­czyć wideo, prze­pro­wa­dzić wywiady i odbyć spo­tka­nia, zamie­rzały poje­chać w odwie­dziny do dziad­ków na długi week­end.

Pla­no­wała wyne­go­cjo­wać cały tydzień, chwi­lowo jed­nak sie­działa na pod­ło­dze w drzwiach i przy­glą­dała się, jak matka opra­co­wuje nową serię ćwi­czeń.

Lina wybrała ten wła­śnie dom na cały mie­siąc, bo miał salę gim­na­styczną z lustrza­nymi ścia­nami, rów­nie waż­nymi dla niej jak liczba sypialni.

Robiła przy­siady i wypady, pod­no­siła kolana, dosko­na­liła sekwen­cję: przy­siad, deska, pompka, wyskok – Adriana znała wszyst­kie te fachowe okre­śle­nia. A Lina prze­ma­wiała do lustra – swo­ich widzów – prze­ka­zu­jąc instruk­cje i wypo­wia­da­jąc słowa zachęty.

Od czasu do czasu wyry­wał się jej jakiś brzydki wyraz i zaczy­nała ćwi­cze­nie od nowa.

Adriana uwa­żała, że matka jest piękna, jak spo­cona księż­niczka, mimo że nie miała maki­jażu; nor­malne – nie było tu prze­cież kamer ani ludzi. Odzna­czała się zie­lo­nymi oczami, jak bab­cia, i skórą, która wyglą­dała tak, jakby się kąpała w pro­mie­niach słońca – choć tego nie robiła. Jej włosy – spięte teraz z tyłu głowy frotką – przy­po­mi­nały kasz­tany, któ­rych torebkę, pach­ną­cych i cie­płych, można było kupić pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia.

Była wysoka – choć nie tak jak dzia­dek – i dziew­czynka miała nadzieję, że ona też będzie taka wysoka, kiedy doro­śnie.

Nosiła obci­słe maleń­kie szorty i spor­towy biu­sto­nosz, ni­gdy jed­nak nie wło­ży­łaby niczego, co odsła­nia­łoby tak wiele w trak­cie nagry­wa­nia kasety czy poka­zów, ponie­waż, jak twier­dziła, byłoby to bez klasy.

Adriana, wycho­wy­wana wedle zasady „w zdro­wym ciele zdrowy duch”, wie­działa, że jej mama jest sprawna, mocna i nie­sa­mo­wita.

Mru­cząc coś pod nosem, Lina prze­rwała ćwi­cze­nia, by spo­rzą­dzić kilka nota­tek potrzeb­nych do sce­na­riu­sza sesji. Ten skła­dał się z trzech czę­ści – tańca car­dio, tre­ningu siło­wego i jogi – każda trwała pół godziny, plus dodat­kowa pięt­na­sto­mi­nu­towa, poświę­cona całemu ciału.

Lina chwy­ciła ręcz­nik, żeby otrzeć twarz, i dostrze­gła córkę.

– Cho­lera, Adriano! Ależ mnie wystra­szy­łaś. Nie wie­dzia­łam, że tu sie­dzisz. Gdzie Mimi?

– W kuchni. Na kola­cję będzie kur­czak z ryżem i szpa­ra­gami.

– Wspa­niale. Może byś jej pomo­gła? Muszę wziąć prysz­nic.

– Dla­czego jesteś zła?

– Nie jestem zła.

– Byłaś zła, kiedy roz­ma­wia­łaś przez tele­fon z Har­rym. Krzy­cza­łaś, że nikomu nic nie mówi­łaś, zwłasz­cza jakie­muś cho­ler­nemu dzien­ni­ka­rzowi z tablo­idu.

Lina wyrwała frotkę z wło­sów w spo­sób, w jaki to zwy­kle robiła, ile­kroć bolała ją głowa.

– Nie powin­naś słu­chać pry­wat­nych roz­mów.

– Nie słu­cha­łam, tylko sły­sza­łam. Jesteś zła na Harry’ego?

Adriana lubiła mat­czy­nego agenta od reklamy. Prze­my­cał jej małe torebki m&m’sów albo skit­tle­sów i opo­wia­dał śmieszne żar­ciki.

– Nie, nie jestem zła na Harry’ego. Idź pomóc Mimi. Powiedz jej, że zejdę za pół godziny.

Tak, była zła, pomy­ślała Adriana, kiedy matka się odda­liła. Może nie na Harry’ego, ale na kogoś, gdyż popeł­niła w cza­sie ćwi­czeń mnó­stwo błę­dów i wypo­wie­działa sporo brzyd­kich słów.

A jej matka rzadko kiedy popeł­niała błędy.

A może zwy­czaj­nie bolała ją głowa? Mimi mówiła, że ludzi cza­sami boli głowa, gdy się za bar­dzo mar­twią.

Adriana wstała z pod­łogi. Ponie­waż jed­nak poma­ga­nie przy kola­cji było nudne, weszła do sali gim­na­stycz­nej. Sta­nęła przed lustrami, dziew­czynka wysoka jak na swój wiek, z krę­co­nymi wło­sami – czar­nymi, jakie kie­dyś miał dzia­dek – wymy­ka­ją­cymi się spod opa­ski. Jej oczy miały w sobie zbyt dużo złota, żeby ucho­dzić za praw­dzi­wie zie­lone, jak oczy matki, miała wszakże nadzieję, że z cza­sem się zmie­nią.

Ubrana w różowe szorty i pod­ko­szu­lek w kwiatki, przy­brała odpo­wied­nią pozę, po czym, włą­czyw­szy w gło­wie muzykę, zawi­ro­wała w tańcu.

Uwiel­biała lek­cje tańca i gim­na­styki, kiedy były w Nowym Jorku, teraz jed­nak wyobra­żała sobie, że nie uczest­ni­czy w nich, tylko je pro­wa­dzi.

Wiro­wała, wyma­chi­wała nogami, wyko­nała prze­rzut, a potem szpa­gat. Cross-step, salsa, skok! Impro­wi­zo­wała na żywo.

Bawiła się tak przez dwa­dzie­ścia minut. Ostat­nie nie­winne dwa­dzie­ścia minut jej życia.

A potem ktoś naci­snął dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych. Naci­snął i trzy­mał.

Był to wście­kły dźwięk, któ­rego ni­gdy nie zapo­mniała.

Nie wolno jej było otwie­rać drzwi samej, ale to nie zna­czyło, że nie może zoba­czyć, kto to taki. Poszła więc do salonu, a potem ruszyła w stronę kory­ta­rza. Z kuchni zdą­żyła już wkro­czyć Mimi.

Otarła dło­nie o jasno­czer­woną ścierkę, spie­sząc do drzwi.

– Na litość boską! Pali się?

Prze­wró­ciła wymow­nie oczami, patrząc na Adrianę, i wsu­nęła ścierkę za pasek dżin­sów.

– Chwila! – krzyk­nęła Mimi, drobna, lecz obda­rzona sil­nym gło­sem kobieta.

Adriana wie­działa, że Mimi jest w tym samym wieku, co mama, ponie­waż razem stu­dio­wały.

– Jaki masz pro­blem, czło­wieku? – wark­nęła, po czym prze­krę­ciła zamek i otwo­rzyła drzwi.

Z miej­sca, w któ­rym stała, Adriana mogła dostrzec, że iry­ta­cja malu­jąca się na twa­rzy Mimi – jak wtedy, gdy jej pod­opieczna nie posprzą­tała swo­jego pokoju – ustę­puje miej­sca prze­ra­że­niu.

A potem wszystko poto­czyło się w ułamku sekundy, o wiele za szybko.

Mimi pró­bo­wała jesz­cze ponow­nie zamknąć drzwi, ale męż­czy­zna popchnął je mocno i przy oka­zji popchnął też Mimi. Był duży, o wiele więk­szy od niej. Miał małą bródkę upstrzoną siwi­zną, i jesz­cze wię­cej jej miał we wło­sach; wyglą­dał tak, jakby miał sre­brzy­ste skrzy­dła na zło­cie, ale twarz mu pło­nęła czer­wie­nią jak po wyczer­pu­ją­cym biegu. Szok, jakiego Adriana doznała na widok owego męż­czy­zny odpy­cha­ją­cego Mimi, dosłow­nie przy­gwoź­dził ją do miej­sca.

– Gdzie ona, kurwa, jest?! – wrza­snął.

– Nie ma jej tutaj. Nie możesz tak tu wpa­dać. Wynoś się, Jon, bo wezwę poli­cję.

– Kłam­liwa suka. – Chwy­cił Mimi za ramię i potrzą­snął nią. – Gdzie ona jest? Myśli, że może chla­pać ozo­rem? I ruj­no­wać mi życie?

– Zabie­raj ręce. Jesteś pijany.

Kiedy pró­bo­wała mu się wyrwać, ude­rzył ją. Odgłos tego ciosu odbił się w gło­wie Adriany niczym wystrzał; rzu­ciła się bez zasta­no­wie­nia przed sie­bie.

– Nie bij jej! Zostaw ją w spo­koju!

– Adriano, idź na górę. Natych­miast! – krzyk­nęła Mimi.

Dziew­czynka jed­nak, czu­jąc przy­pływ gniewu, zwi­nęła dło­nie w pię­ści.

– Musi stąd wyjść! – oznaj­miła.

– Dla cze­goś takiego? – wark­nął męż­czy­zna, patrząc na Adrianę. – Dla cze­goś takiego znisz­czyła moje cho­lerne życie? W ogóle nie jest do mnie podobna. Pusz­czała się na lewo i prawo, a teraz pró­buje mi wci­snąć tego bękarta. Pie­przyć to. Pie­przyć ją.

– Adriano, na górę! – Mimi obró­ciła się do niej gwał­tow­nie, lecz mała nie dostrze­gła gniewu, jaki sama odczuła. Dostrze­gła za to strach. – Natych­miast.

– Ta suka jest na górze, zga­dza się? Kłam­czu­cha. Oto, co robię z kłam­czu­chami.

Tym razem nie trzep­nął Mimi, tylko użył pię­ści, raz, dwa, waląc kobietę w twarz.

Kiedy się osu­nęła na pod­łogę, Adrianę ogar­nął strach. Pomoc. Musiała wezwać pomocy.

Chwy­cił ją jed­nak na scho­dach i szarp­nął jej głowę, cią­gnąc za kucyk krę­co­nych wło­sów.

Krzyk­nęła, woła­jąc matkę.

– Tak, zawo­łaj ją. – Wymie­rzył jej poli­czek, który zapło­nął ją ogniem. – Chcemy z nią poga­dać.

Kiedy zaczął ją wlec po scho­dach na górę, z sypialni wybie­gła Lina w szla­froku, włosy wciąż miała mokre po prysz­nicu.

– Adriana Rizzo, co się…

Zatrzy­mała się i znie­ru­cho­miała, gdy jej wzrok napo­tkał spoj­rze­nie męż­czy­zny.

– Puść ją, Jon. Puść ją, żeby­śmy mogli spo­koj­nie poroz­ma­wiać.

– Dość się już naga­da­łaś. Znisz­czy­łaś mi życie, ty głu­pia wie­śniaczko.

– Nie roz­ma­wia­łam o tobie ani z dzien­ni­ka­rzami, ani z nikim innym. Ta histo­ria nie wyszła ode mnie.

– Kła­miesz! – Znowu szarp­nął Adrianę za włosy, mocno, na­dal miała wra­że­nie, że głowa jej pło­nie.

Lina postą­piła ostroż­nie dwa kroki do przodu.

– Puść ją, a zała­twimy to. Mogę wszystko napra­wić.

– Za późno, kurwa. Wła­dze uni­wer­sy­tetu zawie­siły mnie dzi­siaj. Moja żona czuje się upo­ko­rzona. Moje dzieci, a ni­gdy nie uwie­rzę, że ta mała suka jest moją córką, pła­czą. Wró­ci­łaś tutaj, z powro­tem do mojego mia­sta, żeby to zro­bić.

– Nie, Jon. Przy­je­cha­łam tu, żeby pra­co­wać. I nie roz­ma­wia­łam z tym dzien­ni­ka­rzem. Minęło ponad sie­dem lat, po co mia­ła­bym to robić aku­rat teraz? Po co? Krzyw­dzisz moją córkę. Prze­stań.

– Ude­rzył Mimi. – Adriana wyczu­wała woń mat­czy­nego mydła i szam­ponu – sub­telną sło­dycz kwiatu poma­rań­czy. I odór męż­czy­zny, nie wie­dząc, że to mie­sza­nina potu i bour­bona. – Ude­rzył ją w twarz, a ona upa­dła.

– Coś ty… – Lina ode­rwała od niego wzrok, by wyj­rzeć poza poręcz, która bie­gła wzdłuż pię­tra. Zoba­czyła Mimi, która miała zakrwa­wioną twarz i wpeł­zała za sofę. Znów skie­ro­wała spoj­rze­nie na Jona. – Musisz dać temu spo­kój, Jon, zanim komuś sta­nie się krzywda.

– To ja zosta­łem skrzyw­dzony, pie­przona dziwko!

Jego głos roz­pa­lił się do czer­wo­no­ści, tak jak jego twarz, przy­po­mi­nał ogień obej­mu­jący czaszkę Adriany.

– Przy­kro mi, że tak się stało, ale…

– Moja rodzina doznała krzywdy! Chcesz zoba­czyć, jak ktoś cierpi? Zacznijmy od two­jego bękarta.

Rzu­cił nią. Adriana przez chwilę poczuła, że leci w powie­trzu, chwilę krótką, lecz prze­ra­ża­jącą, nim ude­rzyła o kra­wędź szczy­to­wego stop­nia scho­dów. Ogień, który dotąd pło­nął w jej gło­wie, wybuchł teraz w nad­garstku i dłoni, po czym powę­dro­wał ku ramie­niu. Wresz­cie jej głowa wal­nęła o drewno, ona zaś sama widziała tylko matkę, ku któ­rej rzu­cił się tam­ten męż­czy­zna.

Ude­rzył ją, ale matka oddała cios i kop­nęła. I wkrótce roz­brzmiały kosz­marne odgłosy, tak kosz­marne, że Adriana chciała zakryć sobie uszy, nie mogła się jed­nak poru­szyć, mogła tylko leżeć jak długa na scho­dach i trząść się ze stra­chu.

Nawet gdy matka krzyk­nęła na nią, by ucie­kała, nie zdo­łała drgnąć.

Zaci­skał dło­nie na szyi matki, mio­ta­jąc nią na prawo i lewo, wresz­cie ude­rzyła go w twarz, tak jak on ude­rzył Mimi.

Teraz krew była i na mamie, i na tym męż­czyź­nie.

Trzy­mali się nawza­jem, jakby byli objęci, ale robili to z siłą i zawzię­to­ścią. Potem matka nadep­nęła mu na stopę i unio­sła gwał­tow­nym ruchem kolano. Gdy męż­czy­zna zato­czył się do tyłu, pchnęła go.

Ude­rzył o balu­stradę. A póź­niej pole­ciał w dół.

Adriana widziała, jak spada, wyma­chu­jąc rękami. Widziała, jak ude­rza cia­łem o stół, na któ­rym matka sta­wiała kwiaty i świeczki. Usły­szała te straszne dźwięki. Zoba­czyła krew ciek­nącą z jego głowy, uszu i nosa.

Zoba­czyła…

Wtedy matka ją pod­nio­sła, obró­ciła i przy­ci­snęła jej twarz do swo­jej piersi.

– Nie patrz, Adriano. Już wszystko dobrze.

– Boli…

– Wiem. – Lina ujęła ostroż­nie jej nad­gar­stek. – Zajmę się tym. Mimi. Och, Mimi.

– Poli­cja już jedzie. – Ze spuch­nię­tym okiem, do połowy zamknię­tym i już czer­nie­ją­cym, Mimi ruszyła chwiej­nym kro­kiem po scho­dach, a potem usia­dła i objęła je obie, matkę i córkę. – Nad­cho­dzi pomoc.

A w końcu Mimi nad głową Adriany wymó­wiła bez­gło­śnie dwa słowa:

– Nie żyje.

*

Adriana już na zawsze miała zapa­mię­tać ten ból i spo­kojne nie­bie­skie oczy ratow­nika medycz­nego, który unie­ru­cha­miał zła­ma­nie podo­kost­nowe w jej nad­garstku. Mówił też spo­koj­nym gło­sem, kiedy świe­cił jej w oczy małą latarką i pytał, ile pal­ców wska­zuje.

Miała też na zawsze zapa­mię­tać poli­cjan­tów, tych, któ­rzy zja­wili się pierwsi, gdy umil­kły syreny. Tych w gra­na­to­wych mun­du­rach.

Jed­nak nie­mal wszystko, nawet kiedy się działo, wyda­wało się odle­głe i nie­ostre.

Zebrali się w salo­nie na pię­trze z wido­kiem na tylne podwó­rze i mały staw z kar­piami koi. Poli­cjanci w mun­du­rach roz­ma­wiali głów­nie z mamą, bo Mimi zabrano do szpi­tala.

Matka powie­działa im, że męż­czy­zna nazy­wał się Jona­than Ben­nett i że wykła­dał lite­ra­turę angiel­ską na Uni­wer­sy­te­cie Geo­r­ge­town. Albo tak też było, kiedy go jesz­cze znała.

Opo­wie­działa, co się stało, albo tylko zaczęła mówić.

Potem do pokoju weszło dwoje ludzi, męż­czy­zna i kobieta. Męż­czy­zna był naprawdę wysoki i nosił brą­zowy kra­wat. Jego skóra wpa­dała w odcień głęb­szego brązu, a zęby odzna­czały się nie­ska­zi­telną bielą. Kobieta nosiła krótko obcięte włosy i miała piegi na całej twa­rzy.

Poka­zali odznaki, tak jak to się robi w seria­lach tele­wi­zyj­nych.

– Pani Rizzo, jestem detek­tyw Riley, a to mój part­ner, detek­tyw Can­non. – Kobieta znów przy­pięła odznakę do paska spodni. – Wiemy, że to trudne, ale musimy pani i córce zadać kilka pytań. – Uśmiech­nęła się do Adriany. – Masz na imię Adriana, prawda?

Kiedy dziew­czynka ski­nęła głową, Riley prze­nio­sła wzrok na Linę.

– Nie ma pani nic prze­ciwko temu, żeby córka poka­zała mi swój pokój i poroz­ma­wiała tam ze mną, a pani w tym cza­sie pomówi z detek­ty­wem Can­no­nem?

– Tak będzie szyb­ciej? Zabrali moją przy­ja­ciółkę, to zna­czy opie­kunkę córki, do szpi­tala. Zła­many nos, wstrzą­śnie­nie mózgu. A Adriana doznała zła­ma­nia podo­kost­no­wego lewego nad­garstka, tak twier­dził ratow­nik. Ude­rzyła się też w głowę.

– Pani też wygląda na nie­źle potur­bo­waną – zauwa­żył Can­non, a Lina wzru­szyła ramio­nami i skrzy­wiła się z bólu wywo­ła­nego tym ruchem.

– Poobi­jane żebra same się wyle­czą, tak jak twarz. Tak naprawdę to na niej się sku­pił.

– Możemy zabrać panią do szpi­tala i tam poroz­ma­wiać, jak już panią zbada lekarz.

– Wola­ła­bym poje­chać, jak… jak już skoń­czy­cie na dole.

– Rozu­miem. – Riley popa­trzyła na Adrianę. – Możemy poroz­ma­wiać w twoim pokoju?

– Chyba tak. – Wstała, przy­ci­ska­jąc mocno do piersi rękę na tem­blaku. – Nie pozwolę wam zabrać mamy do wię­zie­nia.

– Nie bądź nie­mą­dra, Adriano.

Nie zwra­ca­jąc uwagi na matkę, dziew­czynka spoj­rzała w oczy detek­tyw Riley. Były zie­lone, ale jaśniej­sze niż oczy mamy.

– Nie pozwolę wam – powtó­rzyła.

– Jasne. Chcemy tylko poroz­ma­wiać, okej? Twój pokój jest tu, na górze?

– Dru­gie drzwi po pra­wej stro­nie – wyja­śniła Lina. – Idź z detek­tyw Riley, Adriano. Potem spraw­dzimy, co się dzieje z Mimi. Wszystko będzie dobrze.

Adriana ruszyła przo­dem, a Riley znowu przy­wo­łała uśmiech, kiedy weszły do pokoju urzą­dzo­nego w bar­wach mięk­kiego różu i wio­sen­nej zie­leni. Na łóżku leżał duży plu­szowy pies.

– Ład­nie tu. I bar­dzo schlud­nie.

– Musia­łam posprzą­tać dziś rano, ina­czej nie poszła­bym zoba­czyć, jak kwitną cze­re­śnie, i nie byłoby deseru lodo­wego. – Skrzy­wiła się, zupeł­nie jak matka. – Niech pani nie mówi o tym dese­rze. Tak naprawdę to miał być mro­żony jogurt.

– Buzia na kłódkę. Mama tego bar­dzo pil­nuje, co jesz?

– Cza­sem. Na ogół. – W oczach dziew­czynki bły­snęły łzy. – Czy Mimi umrze, jak ten męż­czy­zna?

– Jest ranna, ale to nic groź­nego. I wiem, że ma dobrą opiekę. Może usią­dziemy z tym jego­mo­ściem?

Riley usa­do­wiła się na brzegu łóżka i pokle­pała wiel­kiego psa.

– Jak się wabi?

– Bar­kley. Harry dał mi go na Boże Naro­dze­nie. Nie możemy mieć praw­dzi­wego psa, bo miesz­kamy w Nowym Jorku i dużo podró­żu­jemy.

– Wygląda na wspa­nia­łego czwo­ro­noga. Możesz powie­dzieć mnie i Bar­kley­owi, co się wyda­rzyło?

Słowa zaczęły się z niej wyle­wać niczym stru­mień wody przez szcze­linę w tamie.

– Męż­czy­zna sta­nął pod drzwiami. Cią­gle naci­skał dzwo­nek, więc poszłam zoba­czyć, kto to. Ponie­waż nie wolno mi samej otwie­rać drzwi, zacze­ka­łam na Mimi. Wyszła z kuchni i otwo­rzyła drzwi. A potem pró­bo­wała znowu je zamknąć, bar­dzo szybko, ale on pchnął je, a potem pchnął i ją. Pra­wie prze­wró­cił.

– Znasz go?

– Nie, ale Mimi go znała, bo nazy­wała go Jonem i kazała mu odejść. Wpadł we wście­kłość, wrzesz­czał i mówił brzyd­kie wyrazy. Nie wolno mi takich mówić.

– W porządku. – Riley gła­skała Bar­kleya jak praw­dzi­wego psa. – Wiem, o co cho­dzi.

– Chciał zoba­czyć mamę, ale Mimi powie­działa, że jej nie ma, choć była. Sie­działa na górze i brała prysz­nic. Ten facet cały czas wrzesz­czał i ude­rzył ją w twarz. Zbił ją po pro­stu. Nie wolno nikogo bić. Bicie jest złe.

– Tak, to było złe.

– Krzyk­nę­łam na niego, żeby ją zosta­wił w spo­koju, bo wykrę­cał jej ręce i to ją bolało. Wtedy na mnie popa­trzył. Nie zauwa­żył mnie wcze­śniej, ale wów­czas utkwił we mnie wzrok, i ja się wystra­szy­łam, gdy się tak na mnie gapił. Ale Mimi bolało, więc się na niego roz­gnie­wa­łam. Powie­działa mi, żebym poszła na górę, to zna­czy powie­działa do mnie, ale wiem, że ją bolało. A potem on ją… ude­rzył… pię­ścią… – Adriana poka­zała to zdrową ręką, a po jej policz­kach zaczęły pły­nąć łzy. – Try­snęła krew, Mimi upa­dła, a ja pobie­głam. Chcia­łam pobiec do mamy, ale mnie zła­pał. Chwy­cił mnie mocno za włosy, i pocią­gnął po scho­dach, a ja wciąż woła­łam mamę.

– Chcesz chwilę odpo­cząć, kocha­nie? Możemy pocze­kać. Potem dokoń­czysz.

– Nie, nie. Mama wybie­gła i go zoba­czyła. I cały czas go pro­siła, żeby mnie puścił, ale on nie chciał. Powta­rzał tylko, że znisz­czyła mu życie, i mówił mnó­stwo brzyd­kich wyra­zów. Naprawdę brzyd­kich. Mówiła, że nic nikomu nie powie­działa i że to zała­twi, tylko żeby mnie puścił. A mnie bolało. Wyzy­wał mnie, naprawdę brzydko, i… rzu­cił mną.

– Rzu­cił tobą!?

– Na schody. Rzu­cił mnie na schody, ude­rzy­łam się w nad­gar­stek, poczu­łam, jakby się zapa­lił, i ude­rzy­łam się też w głowę, ale nie spa­dłam daleko ze scho­dów. Chyba ze dwa stop­nie. Mama krzy­czała i sko­czyła na niego, i zaczęła się z nim bić. Ude­rzył ją w twarz i zła­pał, o tak… – Poka­zała gest dusze­nia. – Nie mogłam się poru­szyć, a on ude­rzył ją w twarz, ale mama mu oddała, bar­dzo mocno, i kop­nęła go, i wciąż się bili, a potem… spadł przez balu­stradę. Mama go ode­pchnęła, żeby mi pomóc. Na twa­rzy miała krew i pchnęła go, a on prze­le­ciał przez balu­stradę. Ale to była jego wina.

– Okej.

– Mimi wczoł­gała się po scho­dach, kiedy mama mnie trzy­mała, i powie­działa, że nad­cho­dzi pomoc. Wszy­scy mieli na sobie krew. Nikt ni­gdy wcze­śniej mnie nie ude­rzył, nim on to zro­bił. To okropne, że był moim ojcem.

– Skąd wiesz, że był?

– Z tego, co krzy­czał i jak mnie wyzy­wał. Nie jestem głu­pia. Uczy w col­lege’u, do któ­rego mama cho­dziła; powie­działa mi, że wła­śnie tam poznała mojego ojca. – Adriana wypro­sto­wała się. – I już. Bił wszyst­kich i brzydko pach­niał, i pró­bo­wał mnie zrzu­cić ze scho­dów. Spadł, bo był wredny.

Riley objęła ramiona dziew­czynki i pomy­ślała: „Ponie­kąd słusz­nie”.

*

Zatrzy­mali Mimi w szpi­talu do rana. Lina kupiła w skle­piku kwiaty – tyle przy­naj­mniej mogła uczy­nić – do pokoju przy­ja­ciółki. Adriana pierw­szy raz w życiu miała prze­świe­tle­nie rent­ge­nem i pierw­szy w życiu gips po zej­ściu opu­chli­zny.

Zamiast zre­ali­zo­wać kuli­narne plany Mimi na wie­czór, Lina zamó­wiła pizzę.

Dzie­ciak na to zasłu­żył, bez dwóch zdań. Tak jak ona zasłu­żyła na duży kie­li­szek wina.

Nalała sobie i kiedy Adriana jadła, zła­mała żela­zną zasadę i nalała drugi.

Miała do wyko­na­nia mnó­stwo tele­fo­nów, wszyst­kie jed­nak musiały pocze­kać. W ogóle wszystko musiało pocze­kać, póki się nie poczuje pew­niej.

Zja­dły na tyl­nym podwó­rzu, z jego cie­ni­stymi drze­wami i pło­tem zapew­nia­ją­cym pry­wat­ność. Czy też Adriana jadła, bo Lina tylko sku­bała poje­dyn­czy kawa­łe­czek pizzy mię­dzy jed­nym łykiem wina a dru­gim.

Może było tro­chę za chłodno jak na posi­łek na świe­żym powie­trzu i tro­chę za późno, by Adriana posi­lała się pizzą, ale ten dzień uspra­wie­dli­wiał wła­ści­wie wszystko.

Miała nadzieję, że córka zaśnie, ale musiała przy­znać, że brak jej bie­gło­ści w wie­czor­nym rytu­ale. Mimi się tym na co dzień zaj­mo­wała.

Pomy­ślała o kąpieli z bąbel­kami, pod warun­kiem że nie zmo­czyłby się tym­cza­sowy gips. Myśląc o opa­trunku i o tym, że mogło być znacz­nie gorzej, znów zapra­gnęła się napić wina. Oparła się jed­nak poku­sie. Samo­dy­scy­plina – oto jej spe­cjal­ność.

– Jak to się stało, że ten facet był moim ojcem?

Lina pod­nio­sła wzrok i napo­tkała spoj­rze­nie zło­to­zie­lo­nych oczu, które przy­pa­try­wały jej się uważ­nie.

– Byłam kie­dyś młoda i głu­pia. Przy­kro mi. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że tego żałuję, ale wtedy nie byłoby tu cie­bie, prawda? Nie można zmie­nić tego, co już się stało, a jedy­nie to, co jest teraz i ma się zda­rzyć.

– Był mil­szy, jak byłaś młoda i głu­pia?

Lina par­sk­nęła śmie­chem i poczuła, że jej żebra pro­te­stują bole­śnie. Zasta­na­wiała się, ile można powie­dzieć sied­mio­latce.

– Tak mi się wtedy zda­wało.

– Ude­rzył cię wcze­śniej?

– Raz. Tylko raz, potem nie chcia­łam go już wię­cej widzieć. Jeśli męż­czy­zna ude­rzy cię raz, to praw­do­po­dob­nie zrobi to znowu i znowu.

– Mówi­łaś kie­dyś, że kocha­łaś mojego tatę, ale że nic z tego nie wyszło i że nas nie chciał, więc się już potem nie liczył.

– Myśla­łam, że go kocham. Powin­nam była tak ci powie­dzieć. Mia­łam tylko dwa­dzie­ścia lat, Adriano. Był star­szy ode mnie, przy­stojny, cza­ru­jący i inte­li­gentny. Młody pro­fe­sor. Zako­cha­łam się w kimś, kogo sobie wyobra­ża­łam. Do tej pory się w ogóle nie liczył.

– Dla­czego był dzi­siaj taki wście­kły?

– Bo ktoś, jakiś dzien­ni­karz, dowie­dział się o nas i napi­sał o tym arty­kuł. Nie wiem jak, nie mam poję­cia, kto mu o tym powie­dział. Ja tego nie zro­bi­łam.

– Nie zro­bi­łaś, bo się już nie liczył.

– Wła­śnie.

Ile nale­żało powie­dzieć? – zasta­na­wiała się Lina. W tych oko­licz­no­ściach może wszystko.

– Był żonaty, Adriano. Miał żonę i dwoje dzieci. Nie wie­dzia­łam o tym. To zna­czy okła­my­wał mnie, mówił, że jest w trak­cie roz­wodu. Wie­rzy­łam mu.

Naprawdę? – prze­mknęło jej przez głowę. Nie mogła sobie przy­po­mnieć.

– Może po pro­stu chcia­łam mu wie­rzyć. Miał swoje nie­wiel­kie miesz­ka­nie nie­opo­dal uczelni, więc wie­rzy­łam, że wła­ści­wie jest sam. Potem się dowie­dzia­łam, że nie tylko mnie okła­my­wał. Gdy odkry­łam prawdę, zakoń­czy­łam to wszystko. Nie prze­jął się spe­cjal­nie.

Nie do końca prawda, pomy­ślała. Wrzesz­czał, gro­ził, popy­chał.

– A potem zda­łam sobie sprawę, że jestem w ciąży. Wresz­cie póź­niej, o wiele póź­niej, niż powin­nam była to sobie uświa­do­mić, poczu­łam, że muszę powie­dzieć mu prawdę. Wtedy mnie ude­rzył. I nie był pijany tak jak dzi­siaj.

Pił wcze­śniej, pomy­ślała, ale pijany nie był. Nie tak jak tego dnia.

– Powie­dzia­łam mu, że nic od niego nie chcę ani nie potrze­buję, że się nie poniżę, mówiąc komu­kol­wiek, że jest bio­lo­gicz­nym ojcem. A potem ode­szłam.

Pomi­nęła groźby, żąda­nia, by usu­nęła ciążę, i wszel­kie kosz­mar­no­ści. Nie było sensu o tym wspo­mi­nać.

– Ukoń­czy­łam semestr, zro­bi­łam dyplom i wró­ci­łam do domu. Pomo­gli mi bab­cia i dzia­dek. Wiesz, co było dalej. Zaczę­łam pro­wa­dzić zaję­cia z jogi i fit­ness i nagry­wać kasety, kiedy byłam z tobą w ciąży – dla kobiet spo­dzie­wa­ją­cych się dziecka, a potem dla mło­dych mam i nie­mow­ląt.

– Yoga Baby.

– Zga­dza się.

– Ale zawsze był wredny. Czy to ozna­cza, że i ja będę wredna?

Boże, szło jej dość kiep­sko. Za wszelką cenę sta­rała się przy­po­mnieć sobie, co w takiej sytu­acji powie­dzia­łaby jej matka.

– Czu­jesz się wredna?

– Cza­sem się wście­kam.

– Opo­wiedz mi o tym. – Lina jed­nak, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, uśmiech­nęła się. – Wred­ność jest wybo­rem, jak sądzę, a nie musisz się decy­do­wać na taki wybór. I miał rację, mówiąc, że nie jesteś do niego podobna. Jest w tobie zbyt dużo Riz­zów.

Ujęła zdrową rękę córki. Może przy­po­mi­nało to za bar­dzo roz­mowę dwojga doro­słych ludzi, ale robiła, co w jej mocy.

– On się nie liczy, Adriano, dopóki nie pozwo­limy, by się liczył. A więc nie pozwo­limy.

– Będziesz musiała pójść do wię­zie­nia?

Lina unio­sła kie­li­szek.

– Nie dopu­ścisz do tego, pamię­tasz? – Dostrze­gła w oczach córki prze­lotny strach i ści­snęła jej dłoń. – Tylko żar­tuję. Nie, Adriano, nie pójdę. Poli­cja widziała, co się stało. Powie­dzia­łaś detek­ty­wom prawdę, tak?

– Powie­dzia­łam. Słowo.

– Ja też. Podob­nie jak Mimi. Możesz się o to nie mar­twić. To, co się sta­nie, będzie kon­se­kwen­cją tej histo­rii. I będzie ich jesz­cze wię­cej. Pomó­wię wkrótce z Har­rym, pomoże mi się z tym upo­rać.

– Na­dal możemy odwie­dzić bab­cię i dziadka?

– Tak. Gdy tylko Mimi się lepiej poczuje, ja zała­twię kilka spraw, a tobie założą gips, poje­dziemy do nich.

– A możemy to szybko zro­bić? Jak naj­prę­dzej?

– Gdy tylko będzie to moż­liwe. Pew­nie za kilka dni.

– No to szybko. Tam będzie o wiele lepiej.

Upły­nie sporo czasu, zanim będzie naprawdę lepiej, pomy­ślała Lina. Dopiła wino.

– Jasne.

Roz­dział 2

Kariera Liny zaczęła się od jej nie­pla­no­wa­nej ciąży. W ciągu dosłow­nie kilku mie­sięcy ze stu­dentki i instruk­torki fit­ness na nie­pełny etat prze­obra­ziła się w autorkę kaset wideo.

Potrwało to tro­chę, nim zie­lone pędy wyło­niły się z gleby, ale dzięki jej deter­mi­na­cji, upo­rowi i zmy­słowi biz­nesu w pełni roz­kwi­tły.

W ciągu tych kilku lat, nim Jon Ben­nett wtar­gnął do domu w Geo­r­ge­town, jej kariera roz­wi­nęła się, a sprze­daż pod nazwą Yoga Baby – kasety audio, DVD, pokazy na żywo, książka (wraz z pla­no­waną kolejną) – przy­nio­sły dwa miliony dochodu.

Atrak­cyjna, bystra kobieta, naj­czę­ściej wystę­po­wała w pro­gra­mach śnia­da­nio­wych, a potem wie­czor­nych. Pisy­wała przy tym arty­kuły do maga­zy­nów poświę­co­nych fit­nes­sowi i zamiesz­czała zdję­cia.

Była młodą, atrak­cyjną kobietą o smu­kłym, śnia­dym ciele i wie­działa, jak to odpo­wied­nio wyko­rzy­stać.

Udało jej się nawet wystą­pić gościn­nie w dwóch seria­lach.

Lubiła być w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia i nie wsty­dziła się tego, podob­nie jak swo­ich ambi­cji. Wie­rzyła bez zastrze­żeń w ofe­ro­wany przez sie­bie pro­dukt – zdro­wie, spraw­ność i rów­no­wagę – i ufała, że jest naj­od­po­wied­niej­szą osobą do jego pro­mo­wa­nia.

Ni­gdy nie bała się cięż­kiej pracy. Czer­pała z niej siłę – z podróży, napię­tych ter­mi­nów, z bez­u­stan­nego pla­no­wa­nia przy­szło­ści.

Pro­jek­to­wała wła­śnie nową linię stro­jów do ćwi­czeń i we współ­pracy z spe­cja­li­stą żywie­nia i leka­rzem zamie­rzała się zająć suple­men­tami diety.

A potem pchnęła do grobu czło­wieka, który nie­od­wra­cal­nie zmie­nił jej życie.

Samo­obrona. Poli­cja nie potrze­bo­wała wiele czasu, by usta­lić, że Lina wal­czyła o sie­bie, córkę i przy­ja­ciółkę.

Po wszyst­kim, w jakiś nie­po­jęty spo­sób, roz­głos towa­rzy­szący temu zda­rze­niu przy­niósł zwięk­sze­nie sprze­daży, więk­szą roz­po­zna­wal­ność i nowe oferty.

Nie wahała się pójść za cio­sem.

W tydzień po tym kosz­mar­nym incy­den­cie udała się samo­cho­dem z Geo­r­ge­town w wiej­skie oko­lice Mary­landu, zamie­rza­jąc wyko­rzy­stać sytu­ację do mak­si­mum.

Nosiła ogromne oku­lary; nawet jej mistrzow­ski maki­jaż nie mógł zakryć siń­ców. Wciąż ją bolały żebra, mimo to zaczęła serię odpo­wied­nich ćwi­czeń połą­czo­nych z medy­ta­cją.

Także i Mimi wciąż cier­piała na bóle głowy, jej zła­many nos z wolna przy­bie­rał pier­wotny kształt, a pod­bite na czarno oko zaczy­nało powle­kać się cho­ro­bliwą żół­cią.

Adrianę iry­to­wał gips, ale lubiła, gdy ktoś się na nim pod­pi­sy­wał. Jak twier­dził lekarz, po dwóch tygo­dniach cze­kało ją następne prze­świe­tle­nie. Harry kupił jej nowego game boya, więc miała się czym zająć na tyl­nym sie­dze­niu pod­czas jazdy samo­cho­dem.

Mogło być o wiele gorzej. Lina upo­mi­nała się bez­u­stan­nie w myślach, że mogło być znacz­nie gorzej. Roz­my­śla­jąc, widziała cie­nie gór Mary­landu i bladą lawendę na tle jaskra­wo­nie­bie­skiego nieba.

Chciała za wszelką cenę od tego uciec – od spo­koju, nie­spiesz­nego tempa – uciec do zmien­no­ści, do tłu­mów, ludzi, wszyst­kiego.

I ucie­kała.

Nie była stwo­rzona do małych mia­ste­czek ani pro­win­cjo­nal­nego życia. Bóg jeden wie­dział, że ni­gdy nie chciała przy­rzą­dzać klop­si­ków ani sosu do pizzy, ani też pro­wa­dzić restau­ra­cji – bez względu na rodzinną tra­dy­cję.

Pra­gnęła tłu­mów i mia­sta, i… ow­szem, bla­sku jupi­te­rów.

Zasta­na­wiała się, czy nie urzą­dzić w Nowym Jorku swej głów­nej kwa­tery, a może w niej nawet zamiesz­kać. Uwa­żała, że dom jest tam, gdzie się pra­cuje i gdzie czło­wiek się bez reszty oddaje dzia­ła­niu.

Gdy w końcu zje­chała z auto­strady, samo­chody znik­nęły. Droga wiła się teraz mię­dzy pofał­do­wa­nymi wzgó­rzami, zie­lo­nymi polami, sku­pi­skami sie­dlisk i farm.

No cóż, pomy­ślała, możesz znów wró­cić do domu, ale nie możesz tam zostać. Przy­naj­mniej nie jako Lina Teresa Rizzo.

– Już pra­wie doje­cha­li­śmy! – dobiegł z tyłu głos Adriany, przy­po­mi­na­jący wiwat. – Spójrz! Krowy! Konie! Szkoda, że bab­cia i dzia­dek nie mają koni. Albo kur­cząt. Z kur­czę­tami to byłby dopiero ubaw.

Opu­ściw­szy szybę, Adriana wychy­liła się przez okno wozu jak uszczę­śli­wiony psiak. Jej czarne loki tań­czyły w pory­wach wia­tru.

Lina wie­działa, że skoń­czy się to cha­osem koł­tu­nów.

A potem zalała ją fala pytań: Jak długo jesz­cze? Czy będę mogła się huś­tać na opo­nie? Czy bab­cia ma lemo­niadę? Czy będę mogła poba­wić się z psem?

Zamiast niej Mimi upo­rała się z pyta­niami dziew­czynki.

A nie­ba­wem Lina musiała odpo­wie­dzieć na wła­sne.

Skrę­ciła przy czer­wo­nej sto­dole, w któ­rej stra­ciła dzie­wic­two, na stryszku, w wieku nie­spełna sie­dem­na­stu lat. To był syn far­mera spe­cja­li­zu­ją­cego się w pro­duk­cji mleka. Fut­bo­li­sta na pozy­cji roz­gry­wa­ją­cego. Matt Weaver. Przy­stojny, dobrze zbu­do­wany, sym­pa­tyczny, ale nie popy­cha­dło.

Niby się kochali, tak jak to bywa, kiedy jest się nie­spełna sie­dem­na­sto­lat­kiem. Chciał się z nią oże­nić – któ­re­goś dnia – ale miała inne plany.

Dowie­działa się potem, że poślu­bił jakąś dziew­czynę, docze­kał się dzieci i wciąż pra­co­wał na ojcow­skiej far­mie.

Uwa­żała, że w jego przy­padku dobrze się stało. Dla niej tak by nie było. Ni­gdy.

Ponow­nie skrę­ciła, odda­la­jąc się od małego mia­sta Tra­ve­ler’s Creek, gdzie na nie­wiel­kim pla­cyku stała wło­ska restau­ra­cja Riz­zów, niczym jakiś przy­by­tek ist­nie­jący od dwóch poko­leń.

Jej dziad­ko­wie, któ­rzy go wznie­śli, doszli osta­tecz­nie do wnio­sku, że potrze­bują cie­plej­szego kli­matu. Ale czy nie zało­żyli kolej­nej restau­ra­cji gdzie indziej?

Mieli to we krwi, jak powia­dali, lecz w jakiś spo­sób – szczę­śli­wie – ten gen się w niej nie poja­wił.

Jechała teraz wzdłuż stru­mie­nia, kie­ru­jąc się w stronę jed­nego z trzech kry­tych mostów, które przy­cią­gały foto­gra­fów, tury­stów i mło­do­żeń­ców.

Wydał jej się cza­ru­jący, usa­do­wiony na nie­wiel­kim wznie­sie­niu w zakolu stru­mie­nia. Mimi i Adriana wydały zgodny okrzyk zachwytu, jak zawsze, ile­kroć prze­jeż­dżały mię­dzy czer­wo­nymi ścia­nami, zwień­czo­nymi sko­śnym dachem.

Ponow­nie skrę­ciła, nie zwra­ca­jąc uwagi na Adrianę, która pod­sko­czyła jak gumowa piłka na tyl­nym sie­dze­niu, i wje­chała na krętą drogę, poko­nu­jąc kolejny most nad stru­mie­niem, któ­remu mia­sto zawdzię­czało swą nazwę. Aż w końcu skie­ro­wała się w stronę wiel­kiego domu na wzgó­rzu.

Na ich spo­tka­nie wybie­gły psy, duży żółty kun­del i mały, dłu­go­uchy ogar.

– Tom i Jerry! O rany! Cześć, psiaki, cześć!

– Nie odpi­naj pasa, dopóki się nie zatrzy­mam, Adriano.

– Mamo! – Zro­biła tak, jak jej kazano, pod­ska­ki­wała tylko z rado­ści. – Patrz, to bab­cia i dzia­dek!

Oboje wyszli na duży zada­szony ganek, trzy­ma­jąc się za ręce, Dom i Sophia. Kasz­ta­no­wo­włosa kobieta mie­rzyła sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów w swo­ich różo­wych adi­da­sach, lecz jej mąż i tak nad nią góro­wał przy swo­ich nie­mal stu dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach.

Oboje wciąż sprawni i silni, wyda­wali się o wiele młodsi, kiedy tak stali w cie­niu werandy na pię­trze. Ile teraz mieli lat? – zasta­na­wiała się Lina. Matka jakieś sześć­dzie­siąt sie­dem albo osiem, ojciec był chyba o cztery lata star­szy od niej. Połą­czyła ich miłość jesz­cze lice­alna, a potem prze­żyli w mał­żeń­stwie dłu­gich pięć­dzie­siąt lat.

Prze­żyli stratę syna, który żył nie­spełna czter­dzie­ści osiem godzin, trzy poro­nie­nia i roz­pacz zro­dzoną z lekar­skiej dia­gnozy, że nie będą mieć dzieci.

Aż do chwili, gdy – nie­spo­dzianka! – oboje byli już po czter­dzie­stce i poja­wiła się Lina The­resa.

Zapar­ko­wała pod sze­roką wiatą, obok lśnią­cego czer­wo­nego pic­kupa i mocar­nego czar­nego suv-a. Wie­działa, że uko­chana dzie­cinka jej matki – zgrabny, tur­ku­sowy kabrio­let – zaj­muje hono­rowe miej­sce w wolno sto­ją­cym garażu.

Led­wie naci­snęła hamu­lec, gdy Adriana wysko­czyła z samo­chodu.

– Bab­ciu! Dziadku! Witaj­cie, kochani!

Objęła psy, kiedy Tom oparł się o nią, a Jerry machał zawzię­cie ogo­nem i lizał ją po twa­rzy. A potem pobie­gła wprost w obję­cia dziadka.

– Wiem, że według cie­bie popeł­niam błąd, ale spójrz tylko na nią, Mimi – powie­działa Lina. – W tej chwili to dla niej naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

– Każda dziew­czynka potrze­buje matki. – Oznaj­miw­szy to, Mimi wysia­dła z wozu, przy­wo­łała uśmiech na twarz i pode­szła do ganku.

– Jezu, nie wsa­dzam jej prze­cież do koszyka i nie pusz­czam na wodę jak matka Moj­że­sza. To tylko jedno cho­lerne lato.

Jej matka zeszła po scho­dach ganku, po czym dotknęła posi­nia­czo­nej twa­rzy córki i przy­tu­liła ją bez słowa.

Lina odnio­sła wra­że­nie, że nic innego w ciągu minio­nego kosz­mar­nego tygo­dnia nie poru­szyło nią tak bar­dzo.

– Nie mogę, mamo. Nie chcę, żeby Adriana widziała, jak pła­czę.

– Szczere łzy to nie powód do wstydu.

– Wszy­scy mamy ich chwi­lowo dość. – Odsu­nęła się od matki. – Dorze wyglą­dasz.

– Trudno mi to samo powie­dzieć o tobie.

Lina zmu­siła się do uśmie­chu.

– Powin­naś zoba­czyć tam­tego faceta.

Sophia par­sk­nęła śmie­chem.

– Cała ty. Chodź­cie, posie­dzimy na ganku, skoro jest tak ład­nie. Zgłod­nia­ły­ście pew­nie. Przy­go­to­wa­li­śmy dla was jedze­nie.

Wyni­kało to z wło­skiego cha­rak­teru albo z restau­ra­cyj­nych genów, w każ­dym razie rodzice Liny zakła­dali z góry, że każdy, kto zja­wia się w ich domu, musi być głodny.

Doro­śli zasie­dli przy okrą­głym stole na ganku, pod­czas gdy Adriana bawiła się na podwó­rzu z psami. Raczyli się chle­bem, serem, oliw­kami i przy­staw­kami. Stała też w dzbanku lemo­niada; Adriana bar­dzo na nią liczyła. Mimo że wybiła dwu­na­sta, pili też wino.

Połowa kie­liszka, na którą pozwo­liła sobie Lina, pomo­gła jej uwol­nić się od napię­cia wywo­ła­nego pro­wa­dze­niem samo­chodu.

Nie mówili o tym, co się zda­rzyło, gdyż Adriana przy­bie­gała do nich, żeby posie­dzieć – krótko – na kola­nach dziadka, a potem poka­zać nową grę albo napić się lemo­niady i poga­dać o psach.

Lina pomy­ślała, że jej ojciec jest cier­pliwy, jak zawsze w przy­padku dzieci; świet­nie sobie z nimi radził. I był wciąż taki przy­stojny z siwymi wło­sami i kurzymi łap­kami wokół zło­to­brą­zo­wych oczu.

Przez całe życie sobie uświa­da­miała, jak dosko­nałą two­rzą parę, on i Sophia – wysocy i sprawni, oboje tacy przy­stojni, tak bar­dzo zgrani. Czuła się przy nich zawsze tro­chę wyob­co­wana.

No cóż, było tak, prawda? Jakby do nich nie paso­wała, do tego miej­sca ani do tego mia­sta, które miesz­kańcy nazy­wali po pro­stu Creek.

Zna­la­zła swój rytm gdzie indziej.

Adriana zachi­cho­tała, kiedy dzia­dek pod­pi­sał się sumien­nie na jej gip­sie, a bab­cia naszki­co­wała syl­wetki psów, uzu­peł­nione o ich imiona.

– Przy­go­to­wa­li­śmy wam już pokoje – oznaj­miła Sophia. – Prze­nie­siemy wasze bagaże na górę, żeby­ście mogły się roz­pa­ko­wać i odpo­cząć, jeśli macie ochotę.

– Muszę jechać do restau­ra­cji – powie­dział Dom. – Ale wrócę na kola­cję.

– Adriana od wielu dni mówi o huś­tawce. Posłu­chaj, Mimi, może zapro­wa­dzisz ją na tyły domu i się tro­chę poba­wi­cie?

– W porządku. – Mimi wstała i choć spoj­rze­nie, które rzu­ciła Linie, było pełne dez­apro­baty, zawo­łała wesoło do Adriany: – Chodź, pohuś­tamy się.

– O, tak. No dalej, psiaki!

Ojciec zacze­kał, aż Adriana i Mimi znikną za naroż­ni­kiem domu.

– A teraz mów, o co cho­dzi.

– Mimi i ja nie zosta­jemy u was. Muszę wró­cić do Nowego Jorku dokoń­czyć pro­jekt, który zaczę­łam jesz­cze w Waszyng­to­nie. Tam sobie z nim nie pora­dzę, więc… mam nadzieję, że na jakiś czas przy­gar­nie­cie Adrianę.

– Lino – Sophia ujęła dłoń córki – potrze­bu­jesz co naj­mniej kilku dni, żeby odpo­cząć, dojść do sie­bie, zro­bić wszystko, żeby Adriana znów poczuła się bez­pieczna.

– Nie mam czasu na odpo­czy­nek, a gdzie ona będzie bez­piecz­niej­sza niż tu?

– Bez matki?

Lina przy­su­nęła się do ojca.

– Będzie miała was oboje. Muszę tę całą histo­rię zosta­wić za sobą. Nie pozwolę, by znisz­czyła mi karierę i biz­nes, biorę byka za rogi i ruszam przed sie­bie.

– Ten czło­wiek mógł cię zabić… cie­bie, Adrianę, Mimi.

– Wiem, tato, wierz mi. Prze­ży­łam to. Będzie tu szczę­śliwa, bar­dzo jej się tu podoba. Od paru dni nie mówi o niczym innym. Wzię­łam ze sobą wyniki badań, może tu pójść do leka­rza i zro­bić następne prze­świe­tle­nie. Dok­tor w Waszyng­to­nie uważa, że będzie mogła już za tydzień czy dwa nosić rękę na tem­blaku. To typowy uraz, nie­groźny, więc…

– Nie­groźny!

Widząc ojcow­ski gniew, Lina unio­sła dło­nie.

– Pró­bo­wał ją zrzu­cić ze scho­dów. Nie zdą­ży­łam chwy­cić jej dosta­tecz­nie szybko. Nie zdo­ła­łam go powstrzy­mać. Gdyby nie był taki głupi i taki w trupa pijany, dopro­wa­dziłby rzecz do końca, i wtedy skoń­czy­łaby ze zła­ma­nym kar­kiem, a nie tylko nad­garst­kiem. Wierz mi, ni­gdy tego nie zapo­mnę.

– Dom… – mruk­nęła Sophia i pokle­pała uspo­ka­ja­jąco mężow­ską dłoń. – Jak długo mia­łaby tu zostać?

– Przez całe lato. Tak, wiem, to dość długo. Zdaję sobie sprawę, że o wiele was pro­szę.

– Z rado­ścią się nią zaj­miemy – odparła Sophia. – Ale to nie­do­brze, Lino. Nie­do­brze, że zosta­wiasz ją wła­śnie teraz. Dopil­nu­jemy jed­nak, żeby się czuła bez­pieczna i zado­wo­lona.

– Doce­niam to, wierz­cie mi. Skoń­czyła już wła­ści­wie naukę, ale Mimi przy­go­to­wała jej kilka zadań do zro­bie­nia. Wszystko wam wyja­śni. Kiedy się zacznie nowy rok, naj­gor­sze będzie już za nią, za mną, za nami.

Rodzice nie odzy­wali się przez chwilę, spo­glą­dali tylko na nią bez słowa. Patrząc w brą­zo­wo­złote oczy ojca i w zie­lone matki, myślała o tym, jak wiele odzie­dzi­czyła po nich jej córka.

– Wie, że ją tutaj zosta­wiasz? – spy­tał Dom. – Że wra­casz do Nowego Jorku bez niej?

– Nic jej jesz­cze nie powie­dzia­łam, naj­pierw chcia­łam pomó­wić z wami. – Lina wstała. – Poga­dam z nią teraz. Musimy nie­długo wyjeż­dżać. – Mil­czała przez chwilę. – Wiem, że was znowu roz­cza­ro­wa­łam. Ale uwa­żam, że tak będzie naj­le­piej dla wszyst­kich. Potrze­buję czasu, żeby się sku­pić, a nie mogła­bym jej poświę­cić uwagi, jakiej w tej chwili wymaga. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że kiedy tu będzie, żaden repor­ter nie zrobi jej zdję­cia, które potem ukaże się w jakimś bru­kowcu w super­mar­ke­tach.

– Ale ty będziesz szu­kała roz­głosu – przy­po­mniał jej ojciec.

– Ow­szem. Ale takiego, który potra­fię kon­tro­lo­wać. Wiesz, tato, nie wszy­scy męż­czyźni są tacy jak ty, ser­deczni i pełni miło­ści. Wiele kobiet koń­czy z siń­cami na twa­rzy. – Postu­kała się pal­cem pod okiem. – I mnó­stwo dzieci koń­czy z ręką w gip­sie. Bądź pewien, że o tym powiem, kiedy tylko będę miała oka­zję.

Odda­liła się wście­kła, bo uwa­żała, że ma rację. I nie­za­do­wo­lona, bo podej­rze­wała, że się myli.

*

Godzinę póź­niej Adriana stała na ganku i patrzyła, jak jej matka i Mimi odjeż­dżają.

– Skrzyw­dził wszyst­kich z mojego powodu, więc nie chce, żebym z nią była.

Dzia­dek pochy­lił się, a kiedy jego oczy zna­la­zły się na wyso­ko­ści jej wzroku, poło­żył jej dło­nie na ramio­nach.

– To nie­prawda, Adriano. Za nic nie pono­sisz winy, a mama pozwala ci z nami zostać, bo będzie bar­dzo zajęta.

– Zawsze jest zajęta. Mimi i tak się mną opie­kuje.

– Wszy­scy myśle­li­śmy, że chcia­ła­byś spę­dzić z nami waka­cje. – Sophia prze­su­nęła dło­nią po wło­sach Adriany. – Jeśli nie będziesz zado­wo­lona, powiedzmy po tygo­dniu, odwie­ziemy cię do Nowego Jorku.

– Naprawdę?

– Tak. Ale przez ten czas chcemy mieć naszą ulu­bioną wnuczkę wyłącz­nie dla sie­bie. Naszą gioia – radość.

Adriana uśmiech­nęła się leciutko.

– Jestem waszą jedyną wnuczką.

– Mimo wszystko ulu­bioną. A jeśli będziesz zado­wo­lona, dzia­dek nauczy cię robić ravioli, a ja cię nauczę tira­misu.

– Będziesz jed­nak miała też obo­wiązki. – Dom postu­kał ją pal­cem po nosie. – Kar­mie­nie psów, pomoc w ogro­dzie.

– Wie­cie, że lubię to robić, kiedy tu jestem. To nie są obo­wiązki.

– Praca, która spra­wia przy­jem­ność, to wciąż praca.

– Mogę jechać z tobą do restau­ra­cji i popa­trzeć, jak pod­rzu­casz cia­sto na pizzę?

– Nauczę cię tego. Możemy zacząć, jak zdejmą ci gips. Teraz muszę już jechać. Idź umyj ręce, zabiorę cię ze sobą.

– Okej!

Kiedy wbie­gła do domu, Dom wypro­sto­wał się i wes­tchnął.

– Dzieci są wytrzy­małe. Będzie dobrze.

– Ow­szem, ale Lina ni­gdy nie odzy­ska tego stra­co­nego czasu z córką. No cóż. – Sophia pokle­pała męża po policzku. – I nie kupuj jej za dużo cukier­ków.

– Kupię jej tyle, ile trzeba.

*

Ray­lan Wells sie­dział przy dwu­oso­bo­wym sto­liku u Rizza i odra­biał głu­pią pracę domową. Uwa­żał w grun­cie rze­czy, że i tak już ma jej dosta­tecz­nie dużo, ponie­waż musiał wyko­ny­wać pewne prace w domu, dla­czego więc lek­cje nie mia­łyby się ogra­ni­czać wyłącz­nie do głu­piej szkoły?

O dzie­sią­tej poczuł się znę­kany i zdez­o­rien­to­wany przez świat ludzi doro­słych, a także przez zasady usta­no­wione z myślą o dzie­ciach.

Upo­rał się z mate­ma­tyką, co nie było według niego trudne, gdyż zawsze jawiła mu się jako sen­sowna. W prze­ci­wień­stwie do ist­nej kupy innego gówna. Jak na przy­kład koniecz­ność odpo­wia­da­nia na pyta­nia doty­czące wojny sece­syj­nej. Jasne, miesz­kali nie­da­leko Antie­tam i w ogóle, i pole bitewne było nie­sa­mo­wite, ale prze­cież to wszystko zda­rzyło się dawno temu. Unia wygrała, Kon­fe­de­ra­cja prze­grała. Jak się wyra­ził Stan Lee – a prze­cież był geniu­szem – „Nie ma o czym gadać”.

Tak więc Ray­lan odpo­wie­dział na jedno pyta­nie, potem na następne, po czym zaczął sobie wyobra­żać epicką bitwę mię­dzy Spi­der­ma­nem i Dok­to­rem Octo­pu­sem.

Była aku­rat, jak to mawiała jego matka, mar­twa pora – po lun­chu, a przed obia­dem – więk­szość klien­teli sta­no­wili ucznio­wie szkoły śred­niej, któ­rzy przy­cho­dzili pograć na auto­ma­tach, a cza­sem zafun­do­wać sobie kanapkę lub colę.

Sam nie mógł się napić, dopóki nie skoń­czył głu­piej pracy domo­wej. Zasada usta­no­wiona przez mamę.

Prze­biegł wzro­kiem po pustej w więk­szo­ści jadalni, poza kon­tuar, i utkwił spoj­rze­nie w dużym otwar­tym oknie kuchni, w któ­rej pra­co­wała.

Pół roku wcze­śniej goto­wała wyłącz­nie w domu, we wła­snej kuchni. Ale to było jesz­cze przed ucieczką ojca.

Teraz mama goto­wała tutaj, ponie­waż musieli opła­cać rachunki i temu podobne. Nosiła duży, czer­wony far­tuch z napi­sem rizzo z przodu, a włosy cho­wała pod głup­ko­wa­tym bia­łym czep­kiem, który wkła­dali wszy­scy kucha­rze i pomoc­nicy.

Powie­działa, że lubi tu pra­co­wać, a on sądził, że to prawda, ponie­waż wyglą­dała na bar­dzo zado­wo­loną, gdy się krzą­tała przy gigan­tycz­nym piecu.

Potra­fił się na ogół zorien­to­wać, kiedy nie mówi prawdy.

Jak wtedy, gdy powie­działa jemu i jego sio­strze, że wszystko jest w porządku, ale jej oczy mówiły coś innego.

Tro­chę się bał na początku, lecz wma­wiał sobie, że wszystko jest okej. Maya pła­kała, ale miała tylko sie­dem lat, no i była dziew­czynką. A zresztą nawet i ona w końcu zdo­łała się jakoś pozbie­rać.

Z grub­sza.

Wyobra­żał sobie, że jest teraz panem domu, ale szybko się prze­ko­nał, że nie ozna­cza to wcale, że może daro­wać sobie pracę domową albo zosta­wać w szkole do wie­czora.

Więc odpo­wie­dział na następne durne pyta­nie o wojnę sece­syjną.

Maya mogła iść do swo­jej przy­ja­ciółki Cas­sie i tam odra­biać lek­cje. Co nie zna­czy, by jej kie­dy­kol­wiek ich dużo zada­wano. A on? Zde­cy­do­wana odmowa ze strony matki.

Może dla­tego, że poprzed­niego dnia jego naj­lep­szy przy­ja­ciel i dwaj naj­lepsi przy­ja­ciele przy­ja­ciela ćwi­czyli rzuty do kosza i obi­jali się, zamiast odra­biać lek­cje.

Podob­nie jak dzień wcze­śniej.

Dok­tor Octo­pus nie miał spo­sobu na Gniew Mamy, więc teraz musiał się mel­do­wać po szkole u Rizza, zamiast obi­jać się u Micka, Nate’a albo Spen­cera.

Nie byłoby nawet tak źle, gdyby Mick, Nate albo Spen­cer mogli obi­jać się wraz z nim w tym lokalu. Nie­stety, ich mamy też pałały gnie­wem.

Gdy Ray­lan zoba­czył wcho­dzą­cego pana Rizzo, tro­chę się oży­wił. Wia­domo było, że kiedy szef wkro­czy do kuchni, to zacznie pod­rzu­cać pla­cek do pizzy. Mama Ray­lana i kilku innych kucha­rzy też potra­fiło to robić, ale pan Rizzo znał różne sztuczki – pod­rzu­cał pla­cek, po czym obra­cał nim w powie­trzu i chwy­tał go za ple­cami.

I jeśli aku­rat nie byli zbyt zajęci, pozwa­lał Ray­la­nowi też tego spró­bo­wać, a nawet przy­rzą­dzić wła­sną pizzę z takimi dodat­kami, jakie tylko chciał – i to za darmo.

Nie zwró­cił szcze­gól­nej uwagi na dzie­ciaka, który zja­wił się z panem Rizzo, bo była to dziew­czyna. Ponie­waż jed­nak miała gips na ręku, wydała mu się odro­binę bar­dziej inte­re­su­jąca.

Prze­cho­dziły mu przez głowę różne powody nosze­nia tego gipsu, gdy zma­gał się z ostat­nimi pyta­niami pracy domo­wej.

Spa­dła w głąb studni, z drzewa albo z okna pod­czas pożaru domu.

Odpo­wie­dziaw­szy na pyta­nia – wresz­cie! – zabrał się do ostat­niego zada­nia.

Naj­pierw odro­bił mate­ma­tykę, bo była łatwa, a potem chłam histo­ryczny, bo zda­wał się nudny.

Na koniec zosta­wił sobie pisow­nię słów w wybra­nym zda­niu, ponie­waż się nimi bawił.

Słowa lubił jesz­cze bar­dziej niż mate­ma­tykę i nie­mal tak samo jak rysunki.

1. Pie­szy. Samo­chód ucie­ka­jący po napa­dzie na bank prze­je­chał pie­szego.

2. Sąsiedz­two. Kiedy obcy z pla­nety Zork naje­chali Zie­mię, świat mógł liczyć na jedyne życz­liwe sąsiedz­two Spi­der­mana.

3. Kosze­nie. Zły nauko­wiec pory­wał powią­za­nych w snopki ludzi i zaczął kosze­nie ich orga­nów w celu doko­ny­wa­nia sza­lo­nych eks­pe­ry­men­tów.

Wła­śnie upo­rał się z ostat­nim z dzie­się­ciu słów, kiedy przy­sia­dła się do niego matka.

– Odro­bi­łem tę całą głu­pią pracę domową.

Ponie­waż jej zmiana dobie­gła końca, Janet zdjęła już far­tuch i cze­pek. Zaczęła strzyc się na krótko po odej­ściu męża, uwa­żała, że fry­zura na chło­paka jej pasuje. Nie wyma­gała szcze­gól­nych zabie­gów.

Pomy­ślała, że Ray­lan też mógłby się tak strzyc. Jego nie­gdyś płowe blond włosy zaczy­nały przy­bie­rać ciem­no­mio­dową barwę, jak u niej. Dora­sta – pomy­ślała, pro­sząc gestem, by poka­zał jej pracę domową.

Obrzu­cił ją spoj­rze­niem tych wspa­nia­łych zie­lo­nych oczu – oczu jej taty – i pod­su­nął jej zeszyt.

Tak, dora­stał, jego włosy nie były już po dzie­cin­nemu rzad­kie ani jasne niczym wata cukrowa, tylko gęste, nieco pofa­lo­wane. Stra­cił też dzie­cięcą krą­głość twa­rzy – gdzie się podział ten czas? – a rysy nabrały ostro­ści, która miała go cecho­wać w doro­słym życiu.

Dosłow­nie na jej oczach prze­mie­nił się z uro­czego chłopca w przy­stoj­niaka.

Spraw­dziła jego pracę domową, bo choć mogła doj­rzeć w chłopcu męż­czy­znę, jakim stałby się pew­nego dnia, to jed­nak wciąż się lubił obi­jać.

Prze­czy­tała zda­nia doty­czące pisowni.

„Nie­dola. Nie­dola Mrocz­nego Ryce­rza to wola walki jak ulu­biona rola”.

Uśmiech­nął się tylko.

– Pasuje.

– Jakim cudem ktoś tak cho­ler­nie bystry poświęca tyle czasu i wysiłku, żeby wykrę­cić się od pracy domo­wej, którą może wyko­nać w nie­spełna godzinę?

– Bo praca domowa jest do kitu.

– Ow­szem – przy­znała. – Ale to twój obo­wią­zek. Nie­źle ci dzi­siaj poszło.

– Mogę więc iść do Mike’a?

– Jak na kogoś tak dobrego z mate­ma­tyki masz pro­blem z poli­cze­niem dni tygo­dnia. Szla­ban aż do soboty. I jeśli znowu wykrę­cisz się od pracy domo­wej…

– …szla­ban przez dwa tygo­dnie – dokoń­czył tonem raczej smutku niż roz­go­ry­cze­nia. – To co mam teraz robić? Przez całe godziny?

– Nie martw się, kocha­nie. – Oddała mu zeszyt. – Mam dla cie­bie mnó­stwo rze­czy do zro­bie­nia.

– Obo­wiąz­ków. – Na jego twa­rzy malo­wało się roz­go­ry­cze­nie. – Prze­cież odro­bi­łem wszyst­kie lek­cje.

– Och, spo­dzie­wasz się nagrody za to, co powi­nie­neś robić? Rozu­miem! – Z sze­ro­kim uśmie­chem i roz­tań­czo­nym wzro­kiem złą­czyła dło­nie. – A co powiesz na to, żebym wyca­ło­wała cię po twa­rzy? – Nachy­liła się ku niemu. – Po pro­stu wyca­łuję twoją twarz na oczach wszyst­kich. Mniam mniam, cmok cmok.

Wzdry­gnął się, nie potra­fił wszakże powstrzy­mać uśmie­chu.

– Prze­stań!

– Duże gło­śne poca­łunki nie wpra­wi­łyby cię w zakło­po­ta­nie, prawda, mój kochany maleńki chłop­czyku?

– Jesteś stuk­nięta, mamo.

– Tak jak ty. A teraz chodźmy po twoją sio­strę. I do domu.

Wsa­dził zeszyt z powro­tem do ple­caka.

Zaczęli się zja­wiać klienci, by napić się piwa albo wina, i spo­tkać się ze zna­jo­mymi na wcze­snym obie­dzie.

Pan Rizzo wło­żył cze­pek i far­tuch i teraz odsta­wiał swój numer z pod­rzu­ca­niem cia­sta. Dziew­czynka sie­działa przy kon­tu­arze i biła brawo.

– Do widze­nia, panie Rizzo! – krzyk­nął Ray­lan.

Szef chwy­cił pla­cek, obró­cił nim na palcu i mru­gnął.

– Ciao, Ray­lan. Opie­kuj się mamą.

– Tak, pro­szę pana.

Wyszli na kryty taras, gdzie kil­koro ludzi już posi­lało się przy sto­li­kach. Woń kwia­tów w donicz­kach mie­szała się z zapa­chem pie­czo­nych kal­ma­rów, pikant­nego sosu i tostów.

Rynek ota­czały duże beto­nowe kwiet­niki, sklepy też były ozdo­bione donicz­kami albo wiszą­cymi koszami.

Kiedy cze­kali oboje na zie­lone świa­tło przed przej­ściem, Jan z tru­dem się powstrzy­mała, by nie wziąć syna za rękę.

Dzie­sięć lat, upo­mniała się w myślach. Nie chciał trzy­mać już mat­czy­nej dłoni, prze­cho­dząc przez ulicę.

– Kim była ta dziew­czynka z panem Rizzo?

– Hm? Och, to jego wnuczka, ma na imię Adriana. Spę­dzi u nich lato.

– A skąd ten gips na jej ręce?

– Uszko­dziła sobie nad­gar­stek.

– Jak? – spy­tał, gdy ruszyli na drugą stronę ulicy.

– Upa­dła.

Poczuła na sobie wzrok syna, kiedy się zbli­żali do następ­nej prze­cznicy, i zer­k­nęła na niego.

– O co ci cho­dzi?

– Masz to spoj­rze­nie.

– Jakie spoj­rze­nie?

– Takie jak wtedy, gdy nie chcesz mi powie­dzieć cze­goś nie­do­brego.

Przy­pusz­czała, że oczy naprawdę ją zdra­dzają. I że w mie­ście tak małym jak Tra­ve­ler’s Creek, gdzie rodzina Riz­zów sta­no­wiła nie­od­łączną część wspól­noty, Ray­lan – ze swoim wyostrzo­nym słu­chem – prę­dzej czy póź­niej się dowie.

– To wina jej ojca.

– Poważ­nie? – Jego wła­sny ojciec powie­dział wpraw­dzie i zro­bił mnó­stwo paskud­nych rze­czy, ale ni­gdy by nie uszko­dził swoim dzie­ciom rąk.

– Spo­dzie­wam się, że usza­nu­jesz pry­wat­ność pana i pani Rizzo, Ray­la­nie. A ponie­waż zamie­rzam przy­pro­wa­dzić do nich Mayę – jest w tym samym wieku, co Adriana, może się zaprzy­jaź­nią – nie chcę, żebyś mówił sio­strze cokol­wiek. Jeśli Adriana tak posta­nowi, sama jej powie.

– Okej, ale o Jezu, jej tata naprawdę zła­mał jej rękę!?

– Nad­gar­stek, ale to też nic przy­jem­nego.

– Sie­dzi w wię­zie­niu?

– Nie żyje.

– O kur­czę! – Zdu­miony i odro­binę pod­eks­cy­to­wany nie­mal pod­sko­czył. – Zabiła go, bro­niąc się przed nim? Coś w tym stylu?

– Nie opo­wia­daj głupstw, Ray­la­nie. To po pro­stu mała dziew­czynka, która prze­żyła kosz­mar. Nie życzę sobie, żebyś ją zamę­czał pyta­niami.

Dotarli do domu Cas­sie, sto­ją­cego naprze­ciw ich wła­snego.

Mogli w nim pozo­stać, ponie­waż Riz­zo­wie dali jej pracę, kiedy ojciec Ray­lana odszedł od nich, zabie­ra­jąc z banku więk­szość pie­nię­dzy.

To była naprawdę jedna z naj­pa­skud­niej­szych rze­czy, jaką zro­bił.

Ray­lan sły­szał potem, jak mama pła­cze, sądząc, że śpi – jesz­cze zanim dostała tę posadę.

Ni­gdy nie zro­biłby ani nie powie­dział niczego, co mogłoby ura­zić pana albo panią Rizzo.

Dziew­czynka jed­nak wyda­wała się teraz o wiele bar­dziej inte­re­su­jąca.

Roz­dział 3

Wszystko, co wią­zało się z tym latem, ule­gło zmia­nie, kiedy Adriana poznała Mayę. W jej świe­cie poja­wiły się odwie­dziny z noco­wa­niem, zabawy i wspólne sekrety.

Po raz pierw­szy w życiu miała praw­dziwą przy­ja­ciółkę.

Uczyła Mayę jogi i kro­ków tanecz­nych – i nie­mal prze­rzutu – a Maya z kolei uczyła ją krę­ce­nia batutą i gry w kości.

Miała psa imie­niem Jimbo, który potra­fił cho­dzić na tyl­nych łapach, i kotkę, Miss Priss, która lubiła się przy­tu­lać.

Miała też brata, Ray­lana, ale ten chciał się tylko bawić grami wideo, czy­tać komiksy albo włó­czyć się z kole­gami, więc rzadko go widy­wała.

Odzna­czał się jed­nak zie­lo­nymi oczami, bar­dziej zie­lo­nymi i ciem­niej­szymi niż jego matka i babka Adriany. Jakby wszy­scy oni dostali jakiś superza­strzyk zie­leni.

Maya mówiła, że to w dużej mie­rze idiota, Adriana jed­nak nie dostrze­gła żad­nych kon­kret­nych dowo­dów owego idio­ty­zmu, gdyż chło­pak trzy­mał się od nich z daleka.

No i naprawdę podo­bały jej się jego oczy.

Siłą rze­czy zasta­na­wiała się, jak by to było mieć brata lub sio­strę. Sio­stra byłaby lep­sza, no pew­nie, ale i tak prze­by­wa­nie w domu z kimś w tym samym wieku wyda­wało się fajne.

Mama Mai była naprawdę prze­miła. Bab­cia nazy­wała ją skar­bem, a dzia­dek powie­dział, że jest świetną kucharką i pra­co­witą osobą. Cza­sem, kiedy pani Wells miała aku­rat swoją zmianę, Maya przy­cho­dziła do Adriany i zosta­wała u nich na cały dzień, a jeśli popro­siły odpo­wied­nio wcze­śnie, inne dziew­czynki też mogły przyjść.

Po usu­nię­ciu gipsu musiała jesz­cze przez trzy tygo­dnie nosić rękę w spe­cjal­nym tem­blaku. Mogła go jed­nak zdej­mo­wać, jeśli chciała zro­bić sobie kąpiel z bąbel­kami albo popły­wać w base­nie na podwó­rzu z tyłu domu u Cas­sie, przy­ja­ciółki Mai.

Pew­nego dnia, pod koniec czerwca, poszła z Mayą na górę, żeby przy­go­to­wać wszystko, co było potrzebne do her­batki, którą zamie­rzały urzą­dzić sobie na dwo­rze, w cie­niu wiel­kiego drzewa.

Przy­sta­nęła pod otwar­tymi drzwiami sypialni Ray­lana. Wcze­śniej zawsze były zamknięte, wisiała na nich tabliczka wstęp wzbro­niony.

– Nie wolno nam tam wejść bez pozwo­le­nia – poin­for­mo­wała ją Maya. Tego dnia jej jasne włosy były sple­cione w war­ko­czyki, jej mama miała aku­rat wolne i dużo czasu. Pod­parła dło­nią bio­dro i prze­wró­ciła wymow­nie oczami. – I tak nie mia­ła­bym na to ochoty. Jest tam bała­gan i brzydko pach­nie.

Adriana nie wyczuła nic nie­przy­jem­nego, ale słowo „bała­gan” było rze­czy­wi­ście traf­nym okre­śle­niem. Ray­lan nawet nie zadał sobie trudu, by choć tro­chę poście­lić łóżko. Po pod­ło­dze walały się ubra­nia i buty, a tu i ówdzie wysta­wały z nich ruchome figurki.

Jej uwagę przy­cią­gnęły ściany pokryte rysun­kami.

Super­bo­ha­te­ro­wie, walki z potwo­rami albo zło­czyń­cami, statki kosmiczne, oso­bliwe budowle, wie­jące grozą lasy.

– On to wszystko nary­so­wał?

– Tak, robi to przez cały czas. Dobrze rysuje, ale zawsze coś głu­piego. Ni­gdy nie rysuje niczego ład­nego, wyją­tek zro­bił tylko na Dzień Matki. Nary­so­wał bukiet kwia­tów i poko­lo­ro­wał je. Mama się roz­pła­kała, ale dla­tego, że jej się to spodo­bało.

Adriana wcale nie uwa­żała, że te rysunki są głu­pie – nie­które budziły lęk, nie było w nich jed­nak nic nie­mą­drego. Mimo wszystko nie powie­działa tego gło­śno, ponie­waż Maya była jej przy­ja­ciółką.

Gdy wsu­nęła głowę w drzwi odro­binę głę­biej, po scho­dach na górę wbiegł Ray­lan. Zastygł na chwilę w miej­scu i zmru­żył oczy, a potem zablo­ko­wał sobą wej­ście do pokoju.

– Nie wolno wam tam wcho­dzić.

– Nie weszły­śmy, matołku. Nikt nie chce wcho­dzić do two­jego cuch­ną­cego pokoju. – Maya pocią­gnęła prze­sad­nie nosem i znów poło­żyła dłoń na bio­drze.

– Drzwi były otwarte – wyja­śniła Adriana, zanim Ray­lan zdą­żył odciąć się sio­strze. – Nie weszłam tam, słowo. Patrzy­łam tylko na rysunki. Są naprawdę dobre. Podoba mi się zwłasz­cza Iron Man. Ten – dodała i przy­brała jakby pozy­cję do lotu, z wycią­gniętą ręką i zaci­śniętą pię­ścią.

Teraz te pełne gniewu oczy napo­tkały jej wzrok. Cof­nęła się odru­chowo, a jej nad­gar­stek zapul­so­wał bólem fan­to­mo­wym.

Zauwa­żył, że objęła kon­tu­zjo­waną koń­czynę dło­nią, i przy­po­mniał sobie jej ojca. Każdy by się bał, gdyby jego wła­sny ojciec coś mu zła­mał.

Wzru­szył więc tylko ramio­nami, jakby go to wcale nie obcho­dziło. Może jed­nak był pod nie­ja­kim wra­że­niem, że ta dziew­czynka jed­nak wie­działa, kim jest Iron Man.

– Ujdzie. To było tylko ćwi­cze­nie. Potra­fię ryso­wać lepiej.

– Spi­der­man i Dok­tor Octo­pus też są nie­sa­mo­wici.

No dobrze, był bar­dziej niż pod wra­że­niem. Żadna z głu­pa­wych kole­ża­nek Mai nie odróż­niała Octo­pusa od Zie­lo­nego Goblina.

– Ow­szem, tak sądzę. – Uzna­jąc, że wystar­czy jak na jedną roz­mowę z dziew­czyną, uśmiech­nął się szy­der­czo do sio­stry. – Nie wchodź tutaj.

Z tymi sło­wami wszedł do pokoju i zatrza­snął drzwi.

Maya uśmiech­nęła się pro­mien­nie.

– Widzia­łaś? Tak jak mówi­łam. Idiota.

Po czym wzięła Adrianę za rękę i pospie­szyła do swo­jego pokoju po rekwi­zyty do her­batki.

Tego wie­czoru, przed pój­ściem do łóżka, Adriana wzięła kilka kar­tek papieru i ołó­wek, by nary­so­wać swoją ulu­bioną super­bo­ha­terkę, Czarną Wdowę.

Wszystko, co wycho­dziło spod jej ręki, wyglą­dało jak kleksy połą­czone z liniami albo… jesz­cze wię­cej klek­sów. Ze smut­kiem wró­ciła do swo­ich stan­dar­do­wych moty­wów – domu, drzew, kwia­tów i dużego, okrą­głego słońca.

Nawet to nie było dosta­tecz­nie dobre – i doty­czyło każ­dego rysunku – choć bab­cia zawsze je wie­szała na drzwiach lodówki.

Nie wycho­dziło jej ryso­wa­nie. Ani też goto­wa­nie, ani wypieki, choć bab­cia i dzia­dek ją zapew­niali, że szybko się uczy.

A co jej wycho­dziło?

Żeby się pocie­szyć, poćwi­czyła jogę – musiała jed­nak uwa­żać, by nie obcią­żać zbyt­nio nad­garstka.

Kiedy skoń­czyła wie­czorny rytuał, wyszo­ro­wała zęby i wło­żyła piżamę.

Już miała pójść do dziadka i powie­dzieć mu, że jest gotowa się poło­żyć – bab­cia miała zmianę w restau­ra­cji – kiedy zapu­kał do jej otwar­tych drzwi.

– No, grzeczna dziew­czynka. Wyką­pana i gotowa do snu. A co to takiego? – spy­tał, rzu­ciw­szy okiem na rysu­nek. – No, musi tra­fić do naszej gale­rii.

– To nic, bazgra­nina.

– Każdy widzi piękno po swo­jemu, a mnie się to podoba.

– Brat Mai, Ray­lan, naprawdę potrafi ryso­wać.

– O tak, rze­czy­wi­ście, jest bar­dzo uta­len­to­wany. – Spoj­rzał na nią i dostrzegł jej nadą­saną minę. – Ale ni­gdy nie widzia­łem, by cho­dził na rękach.

– Nie powin­nam tego chwi­lowo robić.

– Ale znowu będziesz. – Poca­ło­wał ją w czu­bek głowy, a potem popchnął deli­kat­nie w stronę łóżka. – Otu­limy teraz cie­bie i Bar­kleya, żeby­śmy mogli prze­czy­tać następny roz­dział Matyldy. Moja dziew­czynka czyta lepiej niż więk­szość nasto­la­tek.

Adriana opa­tu­liła się koł­drą wraz ze swoim plu­szo­wym psem.

– Aktywny umysł, aktywne ciało.

Kiedy Dom się roze­śmiał i usiadł obok niej na łóżku z książką, przy­su­nęła się do niego. Pach­niał trawą, którą sko­sił przed kola­cją.

– Myślisz, że mama za mną tęskni?

– Pew­nie. Dzwoni co tydzień, żeby z tobą poroz­ma­wiać i spraw­dzić, co robisz.

Chcia­ła­bym, żeby dzwo­niła czę­ściej, pomy­ślała Adriana. I rzadko pyta o to, co robię.

– Chyba nauczę cię jutro przy­rzą­dzać maka­ron, a potem ty mnie cze­goś nauczysz.

– Czego?

– Jed­nego z tych ćwi­czeń, które wymy­ślasz. – Postu­kał ją pal­cem po nosie. – Aktywny umysł, aktywne ciało.

Nie kryła zachwytu.

– Okej! Dla cie­bie wymy­ślę coś nowego.

– Byle nie było zbyt trudne. Nie mam wprawy. A teraz prze­czy­taj mi jakąś histo­rię.

*

Kiedy Adriana wra­cała pamię­cią do tam­tego lata, wyda­wało jej się idyl­liczne. Jakby uwol­niła się na chwilę od rze­czy­wi­sto­ści, odpo­wie­dzial­no­ści i rutyny dnia codzien­nego; ni­gdy wię­cej póź­niej tego nie doświad­czyła.

Dłu­gie, gorące, sło­neczne dni z lemo­niadą na weran­dzie, wesoły jazgot psów na podwó­rzu. Dreszcz wywo­łany przez nagłą burzę z pio­ru­nami, kiedy to powie­trze przy­bie­rało srebrną barwę, a drzewa koły­sały się i tań­czyły. Miała przy­ja­ciół, z któ­rymi mogła się bawić i śmiać. Miała try­ska­ją­cych zdro­wiem, peł­nych ener­gii, tro­skli­wych dziad­ków, któ­rzy na ten krótki czas uczy­nili z niej cen­trum swo­jego świata.

Opa­no­wała umie­jęt­no­ści potrzebne w kuchni, a nie­które mogła wyko­rzy­sty­wać przez resztę życia. Odkryła też radość, jaką daje zry­wa­nie świe­żych ziół i warzyw, które rosły tuż za pro­giem, i uśmiech babci, kiedy dzia­dek przy­no­sił jej bukiet sło­necz­ni­ków.

Tego lata nauczyła się, co tak naprawdę ozna­cza rodzina i wspól­nota. Zapa­mię­tała to już na zawsze i czę­sto za tym tęsk­niła.

Lecz dni mijały. Parada i sztuczne ognie w Dniu Nie­pod­le­gło­ści. Gorąca wil­gotna noc pełna kolo­ro­wych świa­teł i wiru­ją­cych dźwię­ków, gdy do Tra­ve­ler’s Creek zawi­tało wesołe mia­steczko. Robaczki świę­to­jań­skie, które się łapało, a potem wypusz­czało na wol­ność, obser­wo­wa­nie koli­brów, delek­to­wa­nie się wiśnio­wym lodem na patyku na dużej, zada­szo­nej weran­dzie w dniu tak cichym, że sły­chać było nawet szem­ra­nie stru­mie­nia.

A potem wszy­scy mówili o ubran­kach szkol­nych i przy­bo­rach. Jej przy­ja­ciółki traj­ko­tały o tym, jakiego będą miały nauczy­ciela, i poka­zy­wały z dumą nowe tor­ni­stry i zeszyty.

I lato, pomimo upału, świa­tła, dłu­gich dni, zmie­rzało coraz szyb­ciej do końca.

Pró­bo­wała bez powo­dze­nia nie pła­kać, kiedy bab­cia poma­gała jej się pako­wać.

– Och, daj spo­kój, dzie­cinko. – Sophia wzięła ją w ramiona. – Nie wyjeż­dżasz na zawsze. Odwie­dzisz nas jesz­cze.

– To nie to samo.

– Ale będzie czymś wyjąt­ko­wym. Sama wiesz, jak tęsk­ni­łaś za mamą i Mimi.

– Ale teraz będę tęsk­nić za tobą i dziad­kiem, za Mayą, Cas­sie i panią Wells. Jak to jest, że zawsze muszę za kimś tęsk­nić?

– To trudne, wiem, bo ja i dzia­dek będziemy tęsk­nić za tobą.

– Chcia­ła­bym, żeby­śmy mogły tu miesz­kać. – W tym dużym domu, pomy­ślała, z ład­nym poko­jem, z któ­rego wycho­dziło się na ganek i widziało psy, ogrody i góry. – Nie musia­ła­bym za nikim tęsk­nić, gdy­by­śmy mogły tu być.

Sophia pogła­skała Adrianę po ple­cach i odsu­nęła się, żeby wło­żyć do walizki parę dżin­sów.

– To nie jest dom two­jej mamy, moje dziecko.

– Kie­dyś był. Uro­dziła się tutaj, cho­dziła prze­cież do szkoły i w ogóle.

– Ale teraz to nie jest jej dom. Każdy musi zna­leźć wła­sny.

– A jeśli chcę, żeby był mój? Jak to jest, że nie mogę mieć tego, czego chcę?

Sophia spoj­rzała na tę słodką, bun­tow­ni­czą twarz i poczuła, jak ści­ska jej się serce. Mała tak bar­dzo przy­po­mi­nała swoją matkę.

– Kiedy już będziesz dosta­tecz­nie duża, może zechcesz, by był to twój dom. Albo wybie­rzesz Nowy Jork czy inne miej­sce. I wtedy zde­cy­du­jesz.

– Dzie­ciom nie wolno o niczym decy­do­wać.

– I dla­tego ludzie, któ­rzy je kochają, sta­rają się za wszelką cenę podej­mo­wać za nie wła­ściwe decy­zje, dopóki same nie mogą tego zro­bić. Twoja mama bar­dzo się stara, Adriano. Wierz mi.

– Gdy­byś powie­działa, że mogła­bym tu miesz­kać, pew­nie by się zgo­dziła.

Sophia poczuła nagle, że serce jesz­cze moc­niej jej się ści­ska.

– Nie byłoby to dobre ani dla cie­bie, ani dla mamy. – Usia­dła na brzegu łóżka i ujęła w dło­nie zapła­kaną twarz Adriany. – Potrze­bu­je­cie się nawza­jem. Posłu­chaj – powie­działa, kiedy dziew­czynka pokrę­ciła głową. – Wie­rzysz, że zawsze mówię ci prawdę?

– Tak myślę. Ow­szem.

– I wła­śnie teraz mówię ci prawdę. Potrze­bu­je­cie się nawza­jem. Może w tej chwili, kiedy jesteś smutna i zagnie­wana, nie odczu­wasz tego w ten spo­sób, ale tak wła­śnie jest.

– Czy ty i dzia­dek mnie nie potrze­bu­je­cie?

– Och Boże, oczy­wi­ście, że cię potrze­bu­jemy. – Przy­cią­gnęła Adrianę do sie­bie i objęła ją mocno. – Gioia mia. Dla­tego będziesz do nas pisała, a my będziemy ci odpi­sy­wać.

– Listy? Ni­gdy nie napi­sa­łam listu.

– Teraz napi­szesz. I dam ci na począ­tek bar­dzo ładną pape­te­rię. Mam ją w biurku, zaraz przy­niosę. Spa­ku­jemy ją razem.

– I będziesz pisała listy tylko do mnie?

– Tylko do cie­bie. I raz w tygo­dniu będziesz do mnie dzwo­niła, żeby­śmy mogły poroz­ma­wiać.

– Obie­cu­jesz?

– Obie­cuję. – Sophia ujęła palu­szek dziew­czynki, przy­wo­łu­jąc jej uśmiech.

Nie pła­kała, kiedy pod­je­chał samo­chód – duża, lśniąca, czarna limu­zyna – tylko przy­warła do dłoni dziadka.

Ści­snął jej rękę.

– Oho, popatrz, jaki wóz! Będziesz podró­żo­wała w wiel­kim stylu. No, bie­gnij. – Znowu ści­snął jej dłoń. – Przy­wi­taj się z mamą.

Kie­rowca nosił gar­ni­tur i kra­wat i wysiadł pierw­szy, żeby otwo­rzyć drzwi. Z samo­chodu wysu­nęła się matka. Miała na sobie ładne, srebrne san­dały, Adriana zaś dostrze­gła, że poma­lo­wała paznok­cie u stóp na jasno­ró­żowo, pod kolor bluzki.

Mimi wysia­dła z dru­giej strony, cała w uśmie­chach, choć oczy jej błysz­czały.

Nawet w wieku nie­spełna ośmiu lat Adriana wie­działa, że nie powinna się witać naj­pierw z Mimi. Ruszyła więc przez traw­nik w stronę matki. Lina pochy­liła się, żeby objąć córkę.

– Wydaje mi się, że jesteś wyż­sza. – Pro­stu­jąc się, prze­su­nęła dło­nią po war­ko­czyku Adriany. Potem zmarsz­czyła brwi, jak zawsze, gdy jej się coś nie podo­bało. – Dużo się opa­la­łaś.

– Sma­ro­wa­łam się kre­mem z fil­trem. Bab­cia i dzia­dek pil­no­wali tego.

– Dobrze. Bar­dzo dobrze.

– Gdzie moja mała? – Mimi roz­po­starła ramiona, Adriana zaś pod­bie­gła do niej bez waha­nia. – Och, tęsk­ni­łam za tobą! – Pod­nio­sła dziew­czynkę, uca­ło­wała jej policzki, i mocno ją uści­skała. – Wyro­słaś. Cała jesteś złota i pach­niesz słoń­cem.

Wszy­scy się uści­skali, ale Lina oznaj­miła, że nie mogą zostać na posi­łek ani nawet na drinka.

– Przy­le­cia­ły­śmy z Chi­cago. Już teraz mi się zdaje, że to był długi dzień, a rano mam wywiad w Today. Dzię­kuję, że się nią opie­ko­wa­li­ście.

– Jest cudowna. – Sophia ujęła dło­nie Adriany i uca­ło­wała je. – Abso­lut­nie cudowna. Będę tęsk­niła za twoją śliczną buzią.

– Bab­ciu. – Adriana objęła star­szą kobietę.

Dom pod­niósł ją i przy­tu­lił.

– Bądź dobra dla mamy. – Poca­ło­wał ją w szyję, a potem uwol­nił z objęć.

Uści­skała Toma i Jerry’ego, tuląc zapła­kaną twarz do sier­ści psia­ków.

– Chodź, Adriano, można by pomy­śleć, że ni­gdy wię­cej ich nie zoba­czysz. Ani się obej­rzysz, gdy nadej­dzie następne lato.

– Mogły­by­ście przy­je­chać na Boże Naro­dze­nie – powie­działa Sophia.

– Zoba­czymy, jak się ułoży. – Lina poca­ło­wała w poli­czek matkę, a potem ojca. – Dzię­kuję wam. To była ogromna ulga wie­dzieć, że jest z dala od… tego wszyst­kiego. Przy­kro mi, że nie mogę zostać dłu­żej, ale muszę być o szó­stej rano w stu­dio.

Zer­k­nęła na samo­chód, w któ­rym Mimi pró­bo­wała zająć dziew­czynkę, poka­zu­jąc jej, jak dzia­łają świa­tła w wozie.

– To było dla niej dobre. Dobre dla wszyst­kich.

– Przy­jedź­cie na Boże Naro­dze­nie. – Sophia ujęła dłoń córki. – Albo na Święto Dzięk­czy­nie­nia.

– Spró­buję. Uwa­żaj­cie na sie­bie.

Wsia­dła do samo­chodu i zatrza­snęła drzwi.

Igno­ru­jąc mat­czyne pole­ce­nie zapię­cia pasa, Adriana uklę­kła na tyl­nym sie­dze­niu i zoba­czyła przez szybę dużego wozu, jak jej dziad­ko­wie, sto­jąc przed wiel­kim domem z psami u stóp, machają na poże­gna­nie.

– Usiądź, Adriano, Mimi cię przy­pnie. – Gdy limu­zyna prze­my­kała pod kry­tym mostem, roz­dzwo­niła się komórka Liny. – Muszę ode­brać. – Prze­su­nęła się na drugi koniec kanapy. – Tu Lina. Witaj, Mere­dith.

– Mamy wodę sodową i sok – oznaj­miła wesoło Mimi, przy­pi­na­jąc Adrianę pasami. – Tro­chę jagód i te wege­ta­riań­skie chipsy, które tak lubisz. Zro­bimy sobie samo­cho­dowy pik­nik.

– W porządku. – Adriana roz­pięła nie­wielki ple­ca­czek, który kupili jej dziad­ko­wie, i wyjęła game boya. – Nie jestem głodna.

NOWY JORK

Począw­szy od tych dawno minio­nych waka­cji, Adriana nabrała zwy­czaju pisa­nia listów. Dzwo­niła do dziad­ków przy­naj­mniej raz w tygo­dniu, wysy­łała cza­sem maila albo ese­mesa, ale coty­go­dniowe listy stały się tra­dy­cją.

Korzy­sta­jąc z cie­płego, wietrz­nego wrze­śnio­wego poranka, usia­dła na zewnętrz­nym tara­sie mat­czy­nego trzy­po­zio­mo­wego apar­ta­mentu w Upper East Side, żeby napi­sać o swoim pierw­szym tygo­dniu w szkole.

Mogła wystu­kać to na kom­pu­te­rze i prze­słać mailem, ale, jak pomy­ślała, sam akt odręcz­nego pisa­nia prze­mie­niał list w coś oso­bi­stego.

Wysy­łała ese­mesy, dość czę­sto, zwłasz­cza do Mai, ale nawet i do niej zdo­by­wała się cza­sem na pocz­tówkę.

Nie miała już opie­kunki – Mimi zako­chała się w Isa­acku, wyszła za mąż i uro­dziła dwójkę wła­snych dzieci. Poza tym, Adriana prze­cież miała za sześć tygo­dni skoń­czyć sie­dem­na­ście lat.

Mimi wciąż pra­co­wała dla Liny, ale jako asy­stentka od spraw admi­ni­stra­cyj­nych, czu­wała nad har­mo­no­gra­mem spo­tkań albo kon­tak­to­wała się z Har­rym w uma­wia­niu wywia­dów i orga­ni­za­cji even­tów.

Kariera matki nabrała nie­by­wa­łego tempa, jeśli cho­dzi o porad­niki i płyty DVD, imprezy poświę­cone fit­nes­sowi, wykłady moty­wa­cyjne, występy w tele­wi­zji (zagrała nawet w serialu Prawo i porzą­dek, sek­cja spe­cjalna).

Marka Yoga Baby świe­ciła peł­nym bla­skiem.

Fla­gowy pro­dukt, czyli siłow­nia Ever Fit na Man­hat­ta­nie, objął swoim zasię­giem cały kraj. Stroje do ćwi­czeń, pro­dukty odżyw­cze, olejki, świece, emul­sje, sprzęt gim­na­styczny – wszystko to w ciągu nie­spełna dzie­się­ciu lat prze­mie­niło się z jed­no­oso­bo­wej dzia­łal­no­ści w naro­dowe przed­się­wzię­cie warte miliard dola­rów.

Yoga Baby finan­so­wała obozy dla dzieci z ubo­gich rodzin i wspie­rała szczo­drze ośrodki dla samot­nych matek, więc Adriana nie mogła w żaden spo­sób twier­dzić, że jej matka nie jest hojna.

Jed­nak przez więk­szość dni wra­cała po szkole do pustego apar­ta­mentu. Żar­to­wała z Mayą, że łączy ją ści­ślej­szy zwią­zek z por­tie­rem niż z wła­sną matką.

Ich naj­ści­ślej­szy kon­takt spro­wa­dzał się do tego – jak uwa­żała – że pra­co­wały razem nad corocz­nym nagra­niem DVD, uwiecz­nia­ją­cym ćwi­cze­nia matki i córki.