Święta poza zasięgiem - Hania Wrzos - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Święta poza zasięgiem ebook i audiobook

Hania Wrzos

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

193 osoby interesują się tą książką

Opis

Święta poza zasięgiem?
Tu chyba nie chodzi tylko o Wi-Fi!

Melania, znana jako Kawka w Kamperze, ma pół miliona obserwujących, dom na czterech kołach i prosty plan: nagrać ostatni świąteczny materiał, a potem zniknąć tam, gdzie nikt nie pyta, co robisz w Wigilię.

Plan jednak psuje się wraz z kamperem – gdzieś w górach, pod pensjonatem „Śnieżka”, gdzie zasięg ma jedną kreskę, wszystkim rządzi kucharka Zosia, a gburowaty właściciel patrzy na influencerkę jak na klęskę żywiołową. Feliks nie chce być w kadrze, z którego Melania żyje. I ma ku temu naprawdę dobry powód. Tylko jego pies zdaje się wiedzieć, że te dwa światy razem mogą wywołać całkiem niezłe zamieszanie.

Bo kiedy jej zasięgi ratują jego pensjonat, a przy Feliksie Melania coraz częściej zapomina być Kawką, w komentarzach odzywa się ktoś, kto zna ją lepiej, niż powinien.
I wcale nie przyszedł z życzeniami.

Powieść romansiary ukrytej pod pseudonimem, która obiecała sobie pisać romcomy na każdą porę roku – i zawsze z elementami healing romance!

Tropy literackie:
grumpy właściciel pensjonatu x sunshine influencerka z kampera • found family • healing romance • Christmas romance (ale prawdziwy i polski) • snowed in • small business rescue • cavalier, który umie swatać! • ekipa seniorów do zadań specjalnych

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 320

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 3 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Wicka

Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
niania183

Nie oderwiesz się od lektury

:)
00
bubbleteaxx

Nie oderwiesz się od lektury

Co to była za niezwykła historia! To jest totalny must read tych świąt. To książka, przez którą zapomnicie o wirtualnym świecie, porzucicie Instagrama, odpuścicie sobie Tiktoka, a Facebook zejdzie na dalszy plan. Wszystko po to, aby spędzić Święta poza zasięgiem. Ale nie dajcie się zmylić temu, że każda książka w światecznym klimacie jest słodkim romansem. Choć czuć tutaj słodkawy smak pierniczków, to nie zabraknie również tej goryczki i lekko cierpkiego posmaku. Polecam każdemu!
00
alabomba

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo sympatyczne
00
Agata-Akasha

Nie oderwiesz się od lektury

Świąteczny klimat z ponurym Feliksem? Czemu, nie! [współpraca reklamowa] Malanie poznajemy jako Kawkę w Kamperze, pół miliona obserwujących, wyrobiona marka osobista. Ma miejsce gdzie czuje się przytulnie i bezpiecznie, a do tego na kółkach, czego chcieć więcej? Feliks ponury, izolujący się od internatu właściciel pensjonatu, który ma na głowie wszystkie fizyczne usterki i ciągle niedomagający piec. Rodzice na wakacjach, a siostra sprosiła jeszcze tę influ od siedmiu boleści, która ma "pomóc" ..... Zapowiada się świątecznie, romantycznie i dostaniemy tu wiele zabawnych i śmiesznych sytuacji, zaczynając od hasła do Wi-Fi do szukania zasięgu w kompromitującej pozie lub dwóch. Tylko, że ta książka ma w sobie dużo więcej. Nie raz seniorzy spędzający z pasją świąteczny czas w pensjonacie zwilżą nam oczy i wzruszą, a jak myślę o tej jednej ... która nic nie może sobie przypomnieć, a jednak to co pamięta, chwyta za serce. Kiedy książka schyla się ku zakończeniu dostajemy tajemnice przeszł...
00



Święta poza zasięgiem

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i autorki. Szanuj prawa autorskie: kupując z legalnych źródeł, wspierasz twórców. Ściągając „za darmo”: sprawiasz, że przestają pisać.

Redaktor prowadzący: Angela Węcka

Redakcja językowa: Beata Buko

Rewizja na składzie: Monika Sygo

Skład: Katarzyna Mróz-Jaskuła

Ilustracje w środku: @Canva

Projekt i realizacja okładki: Justyna Knapik | fb.com/justyna.es.grafik

Ilustracja bohaterów na okładce: Aleksandra Grzesiak

Wydawnictwo Spisek Pisarzy

Powieść w wersji papierowej kupisz na stronie wydawnictwa i w księgarniach internetowych.

www.spisekpisarzy.pl

Copyright © by Hania Wrzos, 2026

Copyright © by Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2026

Irządze, 2026

ISBN: 978-83-68277-46-3

Spis treści

Playlista Kawki

Rozdział 1

Ostatni bożonarodzeniowy jarmark

Rozdział 2

Kawka kontra wszechświat

Rozdział 3

Teściowa musiała pokazać sąsiadowi

Rozdział 4

Ta influencerka z kampera

Rozdział 5

Sprawa niewielkiej wagi

Punkty orientacyjne

Cover

Playlista Kawki

(czyli sześć piosenek, które uwielbia Melania i zapętla je na swoim Spotify!)

1. Zara Larsson & MNEK – „Never Forget You”

(o kimś, kogo nosisz ze sobą wszędzie, nawet kiedy zostały już tylko zdjęcia)

2. Sia – „Snowman”

(nie odchodź, nawet kiedy robi się trudno)

3. Miley Cyrus – „Flowers”

(moment, w którym przestajesz czekać, aż ktoś Cię uratuje, bo robisz to sama)

4. Ariana Grande – „Santa Tell Me”

(kiedy chcesz zaufać, ale już raz Cię to kosztowało za dużo)

5. ALIKA – „Bridges”

(o burzeniu murów i wybaczaniu sobie kłamstw, które opowiadałaś samej sobie)

6. Chris Rea – „Driving Home for Christmas”

(bo najlepsze święta to te, do których w końcu masz dokąd wracać)

A Feliks? Feliks nie ma ulubionej piosenki.

Woli słuchać trzasku ognia w kominku i śmiechu zadowolonych gości.

Rozdział 1

Ostatni bożonarodzeniowy jarmark

Kawka

Ustawiłam się w teoretycznie bezpiecznym miejscu. Dlaczego więc świat nie pozwalał mi na nagranie raptem dziesięciosekundowej wypowiedzi na jednym z najpiękniejszych jarmarków bożonarodzeniowych, jakie widziałam?

– No cześć, tu Kawka w Kamperze, a to ostatni jarmark, który odwiedzimy w tym rok… ej, jak leziesz?! – krzyknęłam głośno, łapiąc się za bolące ramię.

Koleś uderzył we mnie z boku z taką siłą, że telefon zatańczył mi niebezpiecznie w dłoni. Zrobiłam krok w tył, wpadłam na czyjeś plecy, ktoś więc zaklął, ktoś inny parsknął śmiechem. Tłum falował jak morze w rytm pokrzykiwań sprzedawców: grzane wino, grzane wino plus darmowe pierniki!

Zatrzymałam nagrywanie. Męczenie się z łapaniem doskonałego ujęcia do rolki nie miało tutaj sensu. Czerwony przycisk zgasł, a ja poczułam, że jak najszybciej muszę opuścić ten oszalały tłum i dostać się do swojego bezpiecznego kampera, zaparkowanego poza tą częścią Katowic.

Westchnęłam i zaczęłam przedzierać się przez ludzi bawiących się w najlepsze podczas tego grudniowego wieczoru. Wielu z nich było już podchmielonych, a ich donośne śmiechy działały na mnie drażniąco. Nie znosiłam publicznego upijania się wśród nieznajomych, chociaż sama lubiłam od czasu do czasu napić się dobrego grzańca. Nie jest to jednak łatwe i częste, kiedy jest się kierowcą domku na kółkach o powierzchni raptem sześciu metrów kwadratowych. No, może siedmiu, niech będzie!

A przecież ten rok miał być inny – lepszy niż poprzedni. Mocniejszy i obfitszy w działania influencerki, którą byłam już od dwóch lat. Jednak stałam właśnie między budką z oscypkami a stoiskiem z ręcznie robionymi bombkami, zmarznięta, obtłuczona i z materiałem tak bezużytecznym, że żaden algorytm nie spojrzy na niego łaskawym okiem. Przycisnęłam się do ściany jakiejś kamienicy, osłaniając się kurtką przed kolejną falą ludzi. W tle grało Last Christmas w wersji, która brzmiała jak cover coveru coveru. Światła z jarmarku migały, śnieg bardziej topniał, niż zasypywał krajobraz. Magia świąt, kurna nać!

Na poboczu odpaliłam podgląd wcześniejszego nagrania, wciskając słuchawkę AirPodsa w jedno ucho. Drugie musiało kontrolować sytuację.

– No cześć, tu Kawka w Kamperze, a to ostatni jarmark, który odwiedzimy w tym rok… ej, jak leziesz?! – Mój głos urwał się na wysokim pisku, obraz poszedł w bok, a na cały ekran wjechał czyjś kaptur.

Super. Rolka roku, nie ma co.

Wyłączyłam podgląd i słuchałam wolnym uchem, jak ktoś tłumaczy dziecku, że jeśli będzie grzeczne, to dostanie watę cukrową. Ja byłam bardzo niegrzeczna w środku swojego pulchnego ciała, więc nie zasłużyłam na to, aby ktoś wręczył mi jakąś słodką nagrodę. Gdyby nie wrzawa, sama stałabym się główną audioatrakcją na tym niewielkim placu. Na naprawdę niewielkim placu – jak oni tu pomieścili tyle drewnianych budek i dwa diabelskie młyny?!

Schowałam telefon do kieszeni, zanim zaczęłabym po raz setny nagrywać to samo zdanie. Znałam już ten schemat: idealne intro, idealny kadr, a potem normalne życie wchodziło mi w obiektyw z butami.

Wdech. Wydech. Mela, ogarnij się, przecież robisz to tak długo. To już prawie koniec twojej zawodowej męczarni w tym roku. Mamy tyle gotowych materiałów, że będziemy leżeć brzuchem w kamperze na jakimś zamkniętym kempingu i oglądać od nowa tandetne polskie filmy świąteczne. Listy do M., mówię o was!

Przecisnęłam się dalej, szukając wyjścia z jarmarku. Mijałam właśnie rząd stanowisk z rękodziełem i lawendowymi mydełkami, kiedy jakaś dziewczyna szturchnęła koleżankę, zerkając na mnie spod wełnianej czapki.

– To ta od kampera?

– Nie, tamta miała blond włosy.

Jak miło. Dwa lata budowania marki Kawka w Kamperze, a i tak jestem „nie ta, bo tamta”.

Nim jednak znalazłam wyjście, moją uwagę przykuły słodycze. One przynajmniej wołały mnie po imieniu! Nie jadłam od południa, maksymalnie skupiona na znalezieniu bezpiecznego parkingu i zawitaniu na tym katowickim jarmarku. Przystanęłam teraz obok stanowiska z gotowymi pierniczkami i innymi ciekawymi ciasteczkami. Chuda blondynka ziewnęła i kiwnęła głową w moją stronę.

– Czego sobie życzy? – zarzuciła, biorąc do ręki reklamówkę, jakby była przekonana, że mam zamiar kupić chociaż jedną rzecz.

W sumie miałam. Czy aż tak to po mnie widać? Chyba muszę regularniej jeść…

– Tych tutaj ciastek – wyjąkałam, zupełnie nie po polsku, otwierając torbę w poszukiwaniu portfela.

Miałam w niej wszystkie gadżety każdego influencera – od dodatkowych etui z ringiem na smartfona, po zapasowego selfie sticka i nawet małą lampę z tandetnym oświetleniem z chińskiej strony internetowej. Wszystko dla sztuki, prawda?

– Tych? – Dziewczyna wskazała na ciasteczka podpisane jako orzeszki. Spakowane w folię i przystrojone czerwoną wstążką, faktycznie prezentowały się jak małe orzechy włoskie, zapewne wypełnione pysznym nadzieniem. – Jedna paczka?

– Dwie, poproszę – rzuciłam, nim zdążyłam się nad tym porządnie zastanowić. W końcu może mi zasmakują, prawda? Przecież już tutaj nie wrócę. – Można kartą?

Dziewczyna kiwnęła głową i nabiła na kasę produkty. Dopiero teraz dostrzegłam, że żuje gumę. Kiedy zapłaciłam, zrozumiałam, że się we mnie wpatruje, i to dość intensywnie.

– Może jednak trzy paczki? – powiedziała w końcu, lustrując moje ciało od stóp do głów.

Brwi podjechały mi wysoko na czoło. Serio, czy to miał być pocisk na moją wagę?

– Nie, dziękuję. – Sięgnęłam po produkty i zignorowałam jej reklamówkę. Obróciłam się na pięcie, nie pozwalając sobie na gniew czy stres. Wiedziałam, że jestem większa, niż przewiduje polski kanon piękna. Internet wiele razy dał mi o tym znać i nie pomagał zapomnieć.

Na żywo jednak ludzie rzadko byli tak bezpośredni, ale i to się zdarzało. Właśnie tym grożą kontakty ze społeczeństwem, prawda? Na sto miłych osób kilka nam pokaże, że wiara w ludzkość nie zawsze ma sens. Nieważne. Uciekam, uciekam, uciekam. Zaraz będę w moim ulubionym, bezpiecznym miejscu, gdzie nikt nie ma wstępu. Oprócz moich obserwujących!

Mój kamper stał na skraju parkingu przy jakimś uniwersytecie, trochę krzywo, trochę śmiesznie, cały oblepiony śniego-błotem. Mój dom, moje studio, mój największy błąd i najlepsza decyzja jednocześnie. Wspięłam się po stopniu, trzasnęłam wąskimi drzwiami, a hałas miasta przytłumiły ściany, które widziały już naprawdę wiele: moje łzy po pierwszym hejcie, śmiech po pierwszym viralu i współpracy, i tę jedną noc, kiedy serio zastanawiałam się, czy nie sprzedać tego wszystkiego i nie wrócić do jakiegoś wynajmowanego mieszkania oraz pracy biurowej w zupełnie innej części Polski. O ile w ogóle znalazłabym jakąś posadę…

Wchodząc do kampera, odpaliłam małe lampki nad blatem kuchennym. W środku było cieplej niż na zewnątrz, ale dłonie wciąż miałam lodowate i potrzebowałam się szybko rozgrzać. Pocierałam nimi, tęsknie spoglądając na kurtkę, ale przecież ostatniego ujęcia nie zrobię w puchówce. Przeniosłam wzrok na fotografie, które rozstawiłam po kamperze. Na większości zdjęć pozowałam w towarzystwie kilku osób. Najważniejsze było jednak to, na którym znalazłam się obok kobiety, która odmieniła moje życie. I chociaż nadal towarzyszył mi chłód, to na sercu poczułam ciepło. Tutaj nikogo nie musiałam się obawiać.

Zdjęłam z siebie kurtkę, odłożyłam torbę i paczki z ciastkami. Puchaty brązowy materiał zaległ na niepościelonym łóżku. Obróciłam swoje ciało o dziewięćdziesiąt stopni, by postawić na gazie czajnik z wodą na owocową herbatę. Musiałam się dopalić zimowymi witaminami – świeżą żurawiną kupioną w Lidlu na promocji, cytryną, która wykręca usta, i cynamonem cejlońskim, bo internet mówi, że każdy inny jest tylko nędzną podróbką tej przyprawy. Oczywiście obiłam się biodrem o fornirowe meble, bo byłam zbyt szeroka tu i ówdzie. Dało się jednak do tego przyzwyczaić, naprawdę.

Sprawdziłam, czy kamper jest zamknięty, a okna zasunięte. Dopiero wtedy zdjęłam z siebie ogrodniczki i sweter, by w końcu stanąć w samej bieliźnie przy odsuniętych drzwiach łazienki o powierzchni niecałych dwóch metrów kwadratowych. Spojrzałam w płaskie, tanie lustro, które służyło mi za punkt informacji, czy jako tako się ubrałam na kolejne kręcenie rolek i filmików na moje social media.

Jakoś wyglądałam. Twarz była czerwona – sama już nie wiedziałam, czy przez tekst sprzedawczyni, czy z zimna. Niżej – nieco gorzej. Szyję i dekolt pokrywały mi drobne piegi, a duże piersi prosiły się o uwolnienie z uciskającego je stanika. Szerokie biodra czasami miały problem, by się przekraść w ciasnej przestrzeni, a miękki brzuch naznaczony był rozstępami. Pokręciłam biodrami, by zobaczyć, jak ruszają się fałdki na udach. Ścisnęłam swoją skórę. Chociaż tworzyłam do sieci od wielu miesięcy, to był mój rytuał gruntujący. Normalni ludzie to nie modelki wygenerowane przez AI. To ciała, które są różne, a każde jest wyjątkowe, powtarzałam sobie w głowie, przesuwając palcem po jednej z blizn.

– Prawda, Melka? – parsknęłam sama do siebie.

Nie potrafiłam ukryć tego, że internet wywołał we mnie ogromną zmianę w ostatnich latach. Robiąc codziennie content na swoje profile, miałam wrażenie, że siedziałam po uszy w mało bezpiecznym środowisku. Co jakiś czas musiałam więc sobie przypomnieć prawdę. O sobie, o ciele, o życiu.

Ściągnęłam stanik i przebrałam się w wygodniejsze dresy – takie, które można pokazać w sieci. One chyba też były z jakiejś współpracy. Miękki polar od razu otoczył mnie ciepłem, wgramoliłam się na łóżko i sięgnęłam po torbę, a potem odsłoniłam jedno z okien za sobą.

– Dobra, próba numer siedemdziesiąt cztery – mruknęłam do siebie. – Musimy zakończyć tworzenie tej rolki!

Ustawiłam telefon na statywie, tak żeby w tle było widać kawałek miasta – rozmazane światełka, ludzie jak kolorowe punkty. Sprawdziłam kadr: ja, w różowym dresie w kwiaty, świąteczny kubek ze Starbucksa w ręku, odpalony sznur gwiazdkowych LED-ów. Czyli wszystko się zgadza. Kawka w Kamperze: wersja świąteczna. Klik. Nagrywamy.

– No cześć, tu Kawka w Kamperze. – Uśmiech, laska, uśmiech. Ten „mój”, wyćwiczony, ale trochę prawdziwy. – A to ostatni jarmark, który odwiedziliśmy wspólnie w tym roku. Było głośno, tłoczno i śmierdziało przypalonym oscypkiem, ale… – zawahałam się na ułamek sekundy – w sumie to dobra metafora tego roku. Trochę za dużo ludzi, trochę za mało powietrza, ale nadal… jakoś dajemy radę i idziemy dalej. Katowicki jarmark zaskoczył mnie wieloma różnorodnymi budkami ze świątecznymi prezentami, lokalnymi przysmakami i tym, że zmieścił dwa wielkie diabelskie koła na środku niewielkiego placu! Wow, Katowice! Brawo dla was.

Zakończyłam nagrywanie, zanim całkowicie opadłabym z sił. Podgląd przebitki wyglądał lepiej, niż się spodziewałam. Może nie idealnie, ale „wystarczająco dobrze”, żeby algorytm podał go ludziom dalej. Patrzyłam jeszcze chwilę na ekran smartfona, aż ten zawibrował w dłoni. Przyszło powiadomienie z maila, z którejś z trzech skrzynek, które codziennie obsługiwałam. Zobaczmy…

Temat: Świąteczna współpraca – Pensjonat Śnieżka [proszę, otwórz!]

Serce zabiło mi trochę mocniej. Otworzyłam wiadomość zgodnie z prośbą, siadając wygodniej w rozgrzebanej pościeli.

Szanowna Pani Melanio,

z tej strony Emilia Brzozowska, współwłaścicielka pensjonatu Śnieżka. To mój kolejny e-mail w sprawie naszej potencjalnej współpracy. Razem z bratem z miłością i oddaniem prowadzę rodzinny biznes. Od roku oglądam kanał @kawka.w.kamperze. Widząc Pani treści, zrozumiałam, że jesteśmy dla siebie stworzone do współpracy – jeśli tak mogę napisać…

Pensjonat jest niewielki, ma raptem dziesięć pokoi. Moi rodzice dekady temu wybudowali go razem ze swoją dalszą rodziną w polskich górach. Zawsze nam się jakoś wiodło, aż do pandemii. Teraz z bratem od roku prowadzimy go ramię w ramię, ale potrzebujemy marketingu.

Czy może mi Pani przedstawić swoją ofertę współpracy? Nie mamy wiele, ale może uda nam się zaproponować pakiet gościnny na dwa-trzy tygodnie, w okresie świątecznym, oczywiście. Wiem, że kamper to dla Pani prawdziwy dom na kółkach, ale może przyjemnie będzie nocować wśród ludzi podczas świąt? Proszę zerknąć na zdjęcia w załączniku! Robimy świetne pierogi!

Z niecierpliwością czekam na odpowiedź!

Emilia Brzozowska

PS. Mój brat jest sceptyczny wobec internetu, ale proszę się nim nie przejmować – zamknę go na czas Pani pobytu w piwnicy!

To nie był profesjonalny mail, ale starałam się nie omijać żadnej wiadomości, żadnej potencjalnej współpracy. No i brak menedżera nad głową sprawił, że sama mogłam zdecydować, czy chcę komuś pomóc, czy też nie. Bo teraz, właśnie teraz, byłam w miejscu, w którym faktycznie mogłam coś zrobić za barter.

Otworzyłam podesłany załącznik. Było w nim raptem parę zdjęć: mały drewniany pensjonat gdzieś w górach, dach zasypany śniegiem, na werandzie lampki choinkowe. W środku kominek, sofa, jakaś starsza para siedząca w swetrach z reniferem. Idealne tło pod materiały na socjale w klimacie „Święta offline” – bo przecież od czasu do czasu w tym momencie i tak wrzucam jakieś story. Wymarzony reset po jarmarkowym chaosie. Czy to znak, że powinnam się zgodzić? Moje social media były jedynym źródłem utrzymania. I szło mi fenomenalnie, ale… Zawsze było jakieś „ale”.

Nie byłam zwykłą dziewczyną, która rzuciła wszystko, kupiła kampera i przemierza świat, podejmując się współprac z domu na kółkach. Robiłam to, owszem, ale na początku. Reklamowałam to, co się nawinęło i przynosiło gotówkę – byle mieć na jedzenie, paliwo i prace serwisowe kampera. Byłam w vanlife na pełnej, aż zrozumiałam, że – żeby dalej uciekać przed przeszłością – muszę sięgnąć po coś innego.

Dlatego Kawka w Kamperze ewoluowała z pokazywania boskich miejsc z perspektywy kampera na podróżowanie tam, gdzie chciano mnie zaprosić i, przede wszystkim, dawano dobrą kasę. Tak wypracowałam sobie markę, poszerzyłam grono odbiorców i dobiłam do pół miliona obserwujących – wiernych, zabawnych i rozmownych.

Przez ten czas gościłam w niesamowitych polskich hotelach i miejscach noclegowych. Od ogromnych familijnych miejsc z aquaparkiem i atrakcjami dla dzieci w każdym wieku, przez doskonałe glampingi, aż do drogich apartamentów w centrum stolicy. Coś jednak w mailu Emilii mnie przyciągnęło. Zwłaszcza kiedy się okazało, że dziewczyna faktycznie pisała do mnie już czterokrotnie.

Odgrzebałam jej maile ze spamu i innych dziwnych zakamarków mojej skrzynki. Wszystkie były miłe, proste, absolutnie nie biznesowe. I wtedy pomyślałam: dlaczego nie?

Kasa mi się zgadzała. Więcej współprac nie przewidywałam, ba, wręcz planowałam ograniczyć wyjazdy, żeby móc odpocząć w bezpiecznym miejscu. Czułam w kościach, że chciałabym się zatrzymać gdzieś w miłej atmosferze, a swojego rodzinnego domu nie miałam.

I nigdy nie będę mieć.

Zamrugałam. Rany, skąd te łzy? Czyżbym na starość zrobiła się sentymentalna…? Odpisałam Emilii, żeby podała mi adres i datę zjazdu. Dodałam, że chętnie zrobię to za barter. Odpowiedź przyszła natychmiast:

Oczywiście, jeśli będziesz chciała, zapewnimy Ci nocleg od zaraz do sylwestra! Zostań, jak długo będziesz miała ochotę, porób materiały. Zresztą obgadamy to na miejscu… Możesz przyjechać natychmiast albo za kilka dni… Tak, będziemy gotowi! Wpadaj, kiedy chcesz! Tak się cieszę! Zapraszamy!

No czy to nie było urocze? Ustawiłam laptopa na łóżku, uruchomiłam go razem ze skrzynką pocztową. Wykadrowałam, dodałam kubek z herbatą na dużej desce, rzuciłam światełka LED i dwie zimowe poduszki z kocem. Zrobiłam zdjęcie, jego obrobienie zajęło mi zaledwie momencik. Miałam już niezłą wprawę.

Po chwili zdjęcie zmieniło się w story z naklejką coming soon i podpisem:

Ostatni przystanek za nami, a już za chwilę zjadę do wyjątkowego miejsca. Jeszcze jedna szansa, żeby ten rok skończył się wspaniale.

Telefon znów zawibrował. Tym razem było to powiadomienie z konta o nowych aktywnościach:

@flirciara97: Kawka, nie kończ objazdówki! 😭

@typical.problem11: Kiedy nowy vlog?!

@nietwojtyp: Zrób coś o tym, jak spędzać święta samemu, bo ja nie mogę na rodzinę patrzeć.

@markus_real: Czasami lepiej jest po prostu zamilknąć, prawda?

Westchnęłam, ignorując zwłaszcza ostatni komentarz. Ludzie mieli oczekiwania, ja moich się pozbyłam. Chciałam odpocząć po sukcesach roku, po zjechaniu ponad pięćdziesięciu tysięcy kilometrów po Polsce i Czechach. Zatrzymam się więc w Śnieżce i… I co? Zobaczymy, czy kolejny rok naprawdę będzie lepszy.

Rozdział 2

Kawka kontra wszechświat

Kawka

Dzień później, z samego rana, próbowałam wyjechać z Katowic. Stałam w korku na obwodnicy, w poprzek, bo nikt nie chciał wpuścić kampera na właściwy pas ruchu. Wyginałam szyję do bólu, czekając, aż jakiś tirowiec łaskawie się zlituje. Bo na osobówki zupełnie nie mogłam liczyć.

A oczywiście wstałam o świcie tylko dlatego, że ktoś musiał ogarnąć ten cyrk zwany życiem w kamperze, a tym kimś byłam ja. Jak zwykle, urok postawienia wszystkiego na jedną życiową kartę. Czy żałowałam? W większości zupełnie nie, dopóki nie musiałam zrobić zrzutu szarej wody w specjalnie wyznaczonym do tego miejscu. I to na pewno nie była stacja benzynowa przy restauracji McDonald’s.

Jechałam w starych dresach, z plamami po jedzeniu, o którym już dawno temu zapomniałam. Nieumyta, nieuczesana, w skrócie: w pełni nieinstagramowa. Mogłam skończyć rolkę, którą zostawiłam w roboczych pod tytułem: To się dzieje, kiedy wokół nie ma zrzutu szarej wody. Wrzuciłam zamiast tego jedynie story ze zdjęciem drogi i podpisem:

Czy wszyscy już zmierzamy w stronę świąt? Jeśli tak, to gdzie ten śnieg?

Był czwarty grudnia. Kiedy pół godziny później i kilkanaście kilometrów dalej dojechałam do MOP-u z punktem serwisowym dla kamperów, oczy jeszcze mi się kleiły. Tej nocy znów nie spałam dobrze – zabrałam się za montowanie ostatniej rolki, a w kolejce czekał filmik na YouTube. Na parkingu było jeszcze prawie pusto. Kilka tirów, dwa auta osobowe, jeden gołąb, który patrzył na mnie jak na darmowy, okazyjny bufet. Naciągnęłam grubą czapkę na uszy, wzięłam kurtkę i wyszłam ze swojego domu na kółkach prosto pod boczną klapę serwisową kampera.

– Dzień dobry, panie ścieku – mruknęłam, kucając przy zaworze zbiornika na szarą wodę. Metal lodowaty, palce lodowate, tylko przekleństwa gorące. – Czas się rozstać z tą paskudną zawartością.

Szara woda nie była może najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką woził ze sobą kamper, ale wystarczyło kilka zmywań naczyń, szybki prysznic i kubki po herbacie, żeby zaczynała pachnieć jak osobista porażka. Odkręciłam zawór, zlałam wszystko do oznaczonego odpływu, opłukałam końcówkę i z powrotem zakręciłam. Klik. Pierwsza część rytuału załatwiona.

Druga była gorsza.

Otworzyłam boczną klapę od toalety chemicznej i wysunęłam kasetę. Była ciężka, ale znałam ten ciężar i byłam na niego gotowa. Kiedyś dźwigałam cudze sprawy i humory, teraz – własne gówno. Dużo uczciwszy układ. Zaniosłam kasetę do punktu zrzutu, opróżniłam, opłukałam i wsunęłam na miejsce. Znowu klik. Załatwione. Czy obrzydliwe? Jak najbardziej.

Pomimo tego całego obrzydzenia spojrzałam na mój dom z czułością. Przez ostatnie dwa lata on opiekował się mną, a ja nim. Zarabialiśmy wspólnie na swoje utrzymanie. Z zewnątrz był po prostu kamperem – prawdziwym, używanym, trochę kanciastym, trochę naznaczonym zębem czasu, z bocznymi schowkami, oknami w zabudowie i dachem, który widział już więcej deszczu niż niejeden polski urlopowicz. To nie był modny campervan z katalogu ani dostawczak udający apartament na kółkach. Tylko kamper. Mój.

Kupiłam go z gotową zabudową, ale przez kilka miesięcy przerabiałam wnętrze dzień po dniu, od kiedy pandemiczny chaos wśród społeczeństwa opadł, a zamiast strachu koronawirus wzbudzał czystą irytację i małe, lokalne wojny. Poprawiałam schowki, wymieniałam uchwyty, dopasowywałam półki pod sprzęt, dorobiłam miejsce na laptopa, światła, kable, statyw i wszystkie inne gadżety potrzebne kobiecie, która postanowiła zamienić życie w trasę, a przygody w zawód. Byłam dumna z każdego etapu prac, z najmniejszej ozdoby i przede wszystkim z wygodnego łóżka, na którym mieściłam całe swoje centrum dowodzenia. Daleko mi było do minimalistki – ale w ten sposób mogłam uciec od ludzi i miejsc, do których nie chciałam wracać. Uciec na amen.

Pojazd był biały, na pierwszy rzut oka zwyczajny, obklejony tu i ówdzie podróżniczymi naklejkami, gwiazdkami i śmiesznymi napisami po angielsku. Nie wyróżniał się jakoś szczególnie na tle innych kamperów, bo miał być przede wszystkim bezpieczny. I chociaż kusiło mnie, żeby kiedyś zrobić mu pełną zmianę oklejenia i postawić na jeden z moich ulubionych kolorów – na przykład błękitny – powstrzymywałam się przez zdrowy rozsądek. Życie mnie nauczyło, że skoro jeżdżę sama, muszę w stu procentach myśleć zawczasu o wszystkich paskudnych sytuacjach, jakie mogą mnie złapać w trakcie takiego życia. Dla własnego dobra.

Obeszłam pojazd jeszcze raz, bo musiałam poradzić sobie z uzupełnieniem czystej wody. Podpięłam wąż przy serwisowym kranie, sprawdziłam wlew i czekałam, aż zbiornik łaskawie się napełni. Plecy piekły, w ustach suszyło, ręce miałam czerwone od zimna, ale kiedy korek wlewu zatrzasnął się z satysfakcją, poczułam się jak królowa logistyki.

– Proszę państwa, oto Melania Kawecka, lat trzydzieści dwa, zawód: hydraulik, mechanik, tragarz, kierowca, ekipa remontowa i pani od socjali w jednym – mruknęłam pod nosem.

Życie szybko nauczyło mnie niezależności, ale nie zawsze sprawczości. Rodziców nie miałam, odkąd skończyłam cztery lata. Można powiedzieć, że swoje niezbyt długie istnienie w pełni oddali alkoholowi, który ich dobił. Dosłownie. A ja byłam tym typem dzieciaka, który po osiemnastym roku życia nie chciał szukać dalszych korzeni. Dlaczego? Bo wciąż czułam, jak bardzo te korzenie chciały mnie wciągnąć głęboko pod ziemię. Nie powinnam pamiętać tego, co przeżyłam jako czterolatka, a jednak ten dawny lęk krył się gdzieś w moim ciele. I nigdy więcej nie chciałam go rozgrzebywać.

Cudownej rodziny zastępczej, mojej ukochanej, dzielnej cioci, też już nie mam i nad tym ubolewałam każdego dnia. Kamper był jedynym domem, jaki mi został. Jeśli ja go nie ogarnę, nikt nie przyjedzie i nie zrobi tego za mnie. I chyba właśnie to było w tym wszystkim najlepsze i najgorsze jednocześnie. Jestem sama, a więc jestem wolna. Jestem sama, a więc będę miała cały czas pod górkę.

Sprawdziłam jeszcze gaz. Otworzyłam schowek z butlą, stuknęłam palcem w reduktor. Trochę szronu, ale tragedii nie było. Zawór chodził normalnie. O to zawsze się bałam, bo bez ogrzewania ani daleko nie zajadę, ani nigdzie nie zostanę. Zima wymagająca, sam pojazd w nie tak doskonałej już kondycji, więc wszystko mogło się wydarzyć. Nieważne, że robiłam mu serwis full wypas w październiku.

– Dasz radę, staruszku? – zapytałam. – Jeszcze ta jedna współpraca, a potem cię dokarmimy u naszego najlepszego specjalisty, obiecuję.

Zamknęłam klapę, wróciłam do środka, włączyłam ogrzewanie. Piec zamruczał, z kratek poleciało ciepłe powietrze.

– No i pięknie – uśmiechnęłam się do siebie. – Kawka w Kamperze, winter edition!

Nie pozostało mi nic innego, jak umycie się na MOP-ie, zakręcenie włosów, wsunięcie szybkiego śniadania, odpalenie audiobooka – jak na audiobookarę przystało, najlepiej nowego romansu ulubionej autorki – i… Jedziemy!

Droga na południe Polski zaczęła się spokojnie. Wreszcie padał śnieg, ale robił on jedynie za dekorację – asfalt nadal był czarny. Kamper buczał cudownie, jednostajnie, jakby mruczał: „spoko, ogarniam wszystko!”. Silnik nie zawodził, ludzi na drogach wojewódzkich niewiele. Do celu miałam trzy godziny, ale wiedziałam, że co godzinę muszę zrobić postój dla higieny samodzielnego kierowcy. Przeraziłam się, kiedy na jednym z parkingów nie mogłam odświeżyć story, bo zasięg postanowił uciec z krzykiem. Kiedy w końcu się udało, głęboko odetchnęłam z ulgą. Nie wiem, jak inni żyją bez regularnego scrollowania social mediów – ja byłabym martwa!

Kierowanie dużym pojazdem z całym dobytkiem w środku nie należało do najłatwiejszych zadań. Nauczyłam się jeździć dość szybko, bo już w wieku siedemnastu lat na nielegalu przewoziłam dzieciaki z rodziny zastępczej, kiedy ciocia Mira nie dawała rady połączyć wszystkich naszych aktywności. Nie wiedziała, że biorę jej starego Fiata i to robię – pewnie by mi tego nie wybaczyła. Ale nie mieliśmy kasy na taksówki w małym mieście, a autobusy i jej dzieciaki? To się mijało z celem.

Dlatego chwilę po osiągnięciu pełnoletności zdałam prawko. Bezbłędnie. Ja, chudsza jeszcze wtedy dziewczyna ze złośliwymi odzywkami i błyskiem w oku, zaszachowałam egzaminatora. Ten życzył mi wtedy, byśmy nie wylądowali na drzewie. Zrobiłam łuk w tempie ekspres, a nie żółwim, czego się spodziewał. Ale najbardziej zdziwił się podczas jazdy w terenie. Skomplikowane parkowanie? Skręt na najtrudniejszym skrzyżowaniu w mieście? Patrz i płacz!

To było jedno z moich ulubionych zwycięstw – niezależność, mobilność, swobodna jazda. Nawet jeśli w grę wchodziło jedynie zdezelowane auto.

Koniec wspomnień. Właśnie za to lubiłam i nie cierpiałam jednocześnie końcówki roku. Pływałam w swojej głowie niczym w sportowym basenie, doświadczając myśli o najróżniejszym zabarwieniu i flashbacków z przeszłości, o której chciałam zapomnieć. Ostatnie lata w dorosłości wywróciły do góry nogami wszystko – oczywiście na plus.

Ale ciągle pamiętałam drogę, którą przeszłam. Nie mogłam o niej zapomnieć i z jakiegoś powodu w tym roku to wszystko do mnie wracało. Westchnęłam i zjechałam na pobocze zaznaczone na mapie. Musiałam chwilę odpocząć na parkingu przy lesie.

– No cześć, tu Kawka w Kamperze! – Nagrałam szybkie story na postoju. – Kierunek: pewien wyjątkowy rodzinny pensjonat. Podobno śniegu tam więcej niż ludzi, więc to idealne miejsce na test mojej odporności psychicznej. Trzymajcie kciuki za mnie i za kampera, bo dawno nie byliśmy w górach!

Klik. Jeszcze dodać podpis, naklejkę. Znowu klik i… Opublikowane. Zostawiłam komentarze w spokoju, chociaż sporo ich przybyło pod nowszymi wpisami. Niech się tam toczą swoje „omg, marzenie” i „ja bym tak nie umiała”. Ja umiałam. Nie dlatego, że miałam jaja ze stali, tylko dlatego, że nikt mnie nigdy nie zapytał, czy chcę inaczej. Ten kamper i social media uratowały mi w sumie życie.

Im dalej w góry, tym bielej. Śnieg przestał robić za dekorację, zaczął być stanem skupienia rzeczywistości. Wyłączyłam audiobook. Lubiłam słyszeć drogę, kiedy zaczynała robić się trudna, zwłaszcza w górach. Mówiłam już, że muszę liczyć na siebie?

W pewnym momencie poczułam, że w „mieszkaniu” robi się… dziwnie chłodno. Kabina jeszcze dawała radę, nawiew z silnika grzał twarz, ale pod swetrem pojawił się znajomy niepokój. Stanęłam na najbliższym MOP-ie i przeszłam do tyłu. Przyłożyłam rękę do kratek. Zimne. Panel pieca migał czerwoną diodą jak wściekły świetlik.

– Nie – powiedziałam spokojnie. – Nie teraz. Teraz nie możesz…

Kucnęłam przy obudowie, odkręciłam mały panel. Reset, bezpiecznik, dmuchnięcie, znowu reset. Przez chwilę zaskoczyło, po czym piec zrobił „pfff” i zamilkł.

– Dobra, czyli nie ma zabawy w guziki – westchnęłam, nadal walcząc z poczuciem rezygnacji. – Zajrzymy do gazu.

Znowu kurtka, znowu na zewnątrz. Schowek, zawór, reduktor. Tym razem szron był wyraźniejszy, a metal tak zimny, że palce od razu zdrętwiały. Nie jestem gazownikiem, ale byłam wystarczająco długo biedna, żeby nauczyć się, jak wygląda sprzęt, który mówi, że ma dość. Pokręciłam, postukałam, spróbowałam odpalić kuchenkę. Nic. Ani małego płomyczka.

– Czyli mamy to: gaz padł, reduktor pewnie też – podsumowałam na głos. – Ogrzewania brak. Kuchni brak. Ciepłej herbatki brak, dobrze, że resztkę mam jeszcze w termosie.

Oparłam czoło o bok kampera. Przez chwilę po prostu stałam, słuchając, jak wiatr wyje gdzieś nad lasem. Oddychałam, bo w takich momentach oddech jest najważniejszy. Moje krzyki wystraszyłyby dzikie zwierzęta, a nie chciałam być tak okrutna. Życie nauczyło mnie, by wszystko brać na chłodno. Zaśmiałam się cicho. To mi się udało.

Kilka lat temu w takiej sytuacji zadzwoniłabym do tego kogoś. Do „kogoś”, kto skomentowałby, że sama sobie jestem winna, bo po co mi był kamper, po co te głupoty, po co te podróże. Teraz… nie miałam do kogo zadzwonić. I wbrew pozorom było to o wiele lżejsze.

Wyprostowałam się.

– Spoko. – Poklepałam burtę. – Dowieziesz mnie pod Śnieżkę, a potem będziemy płakać. W ciepłej stołówce, mam nadzieję.

Wróciłam za kółko, odpaliłam silnik. Z nawiewu kabiny jeszcze leciało ciepłe powietrze. Z tym, dwoma śpiworami, termosem i piernikiem w puszce spokojnie doturlam się na parking.

Ostatnie kilometry były jak jazda przez baśń, którą ktoś lekko spieprzył. Las wyglądał jak z pocztówki, ale droga już absolutnie nie. Białe na białym, zakręt na zakręcie. Jechałam jak emerytka, zaciskając zmęczone dłonie na kierownicy. Wyprostowana, pochylona, modląca się – chociaż niewierząca. Kiedy minęłam tablicę z nazwą miejscowości i strzałką „Pensjonat Śnieżka 1 km”, parsknęłam.

– No to mamy, Mela. Finał tej cholernej misji.

Za zakrętem nagle otworzyło się przede mną niebo. Mały parking, kilka zasypanych aut, a po lewej on – drewniany budynek z drewnianymi okiennicami, gankiem i lampkami zwisającymi marnie z dachu. Śnieg leżał na nim grubą warstwą. Z komina szedł jasny dym, pachniało sezonowanym odpowiednio drewnem. W jednym z okien mignął żółty prostokąt światła. Śnieżka. Dom, w którym ktoś na pewno ma ciepłą zupę, rodzinę i działający piec. Zaciągnęłam hamulec ręczny, wyłączyłam silnik. Cisza wbiła się w uszy jak szpilki. W sekundę zrobiło się chłodniej. Przez chwilę siedziałam nieruchomo, trzymając dłonie na kierownicy. Mogłam teraz wyjść, zapukać, przedstawić się jako Kawka w Kamperze, zrobić swoje wejście „hej, współpraca!”. Mogłam też… nie.

Emilia pisała, że mam wpaść natychmiast lub za kilka dni. Przyjechałam wcześniej, pytanie: czy się mnie spodziewała aż tak szybko? Oficjalnie byłam tu tylko ja, kamper i mój problem z gazem. Jakbym go normalnie przewidziała!

– Dobra. Jest już późno, nie chcę robić w pensjonacie zamieszania. Plan jest taki… – powiedziałam do siebie, jakbym omawiała z drużyną kolejny atak – dzisiaj parkujemy, jemy pierniczki i coś ze sklepu z rana, śpimy w podwójnym śpiworze. Jutro bawimy się w profesjonalistkę i pytamy, czy w tej bajkowej chatce mają przypadkiem wolnego specjalistę od kamperów, a także gdzie jest najbliższa rozlewnia gazu.

Kiwnęłam głową, obiecując sobie takie rozwiązanie. Wiem, że to paskudnie dziwne, tak gadać do siebie, ale samotność zobowiązuje do lekkiego szaleństwa!

Odwróciłam wygodny fotel i przeszłam do części mieszkalnej, wyjęłam puszkę z ciastkami spod łóżka. Słodki zapach słodyczy od razu poprawił mi humor. Wyciągnęłam też sałatkę z minilodówki, zlałam resztkę letniej herbaty z termosu i zasiadłam przy niewielkim stoliczku, służącym mi za jadalnię, biuro i miejsce rozrywki. Zerknęłam przez okno. Z tego kąta widziałam tylko kawałek ganku Śnieżki i fragment balustrady z lampkami. Jak kadr z filmu, w którym gram statystkę, a nie główną rolę.

– Cóż, zawsze mogło być gorzej – mruknęłam, wgryzając się w korzenne ciasto.

Naciągnęłam na siebie jeden śpiwór, potem drugi. Czapka na głowę, długie skarpety podciągnięte do kolan. Kamper był zimny, ale… mój. Moje królestwo hałasu, szarej wody, zepsutego gazu i wolności, którą sama sobie załatwiłam. Za oknem Śnieżka świeciła ciepłym żółtym światłem. Ja miałam swoją małą, osobistą noc polarną na parkingu. Dopóki nikt mnie nie zobaczy.

Rozdział 3

Teściowa musiała pokazać sąsiadowi

Kawka

Obudziło mnie walenie w drzwi kabiny kierowcy, jakby właśnie zaczęła się apokalipsa, a ja musiałam wstawać i walczyć z zombiakami. Pełnowymiarowe, porządne łomotanie odbijało mi się w czaszce aż do bólu. Ledwo powstrzymałam się od dzikiego krzyku.

Przez pierwsze pięć sekund byłam przekonana, że to tylko sen. Znowu ten koszmar, w którym ktoś chce mi zabrać kampera za niespłacony kredyt, a ja tłumaczę, że przecież płacę contentem i mogę zatańczyć za lajki. Chwilę potem, po raptem minutowej przerwie, druga seria stuków rozniosła się po całej blasze.

– Już, już! – wychrypiałam, wyplątując się ze śpiworów jak foka z sieci.

Było zimno. Tak zimno, że czubek nosa miałam jak wyciągnięty prosto z lodówki, a powietrze przy wdechu gryzło w gardło. Narzuciłam sweter na piżamę, poprawiłam czapkę na potarganych włosach i wcisnęłam stopy w skarpetach w adidasy. Idealna stylówka na pierwsze spotkanie biznesowe, nie ma co.

Ktoś jeszcze raz szturchnął drzwi, tym razem ostrożniej.

– Halo? – usłyszałam kobiecy głos. – Kawka? Melania Kawka Kawecka?

No pięknie. Czyli to nie komornik, tylko współpraca. Ale po co tak po nazwisku? Kawka jestem!

Otworzyłam drzwi. Na zewnątrz ktoś rozlał śnieg po całym świecie. Dzień dopiero się budził, słońce chowało się za chmurami, a na tle tego wszystkiego stała dziewczyna w granatowym swetrze z wielkim reniferem, w grubych legginsach i kurtce narzuconej byle jak na lewe ramię. W jednej ręce ściskała telefon, z którego dochodził męski jazgot, drugą wyciągnęła w moją stronę.

– O mój Boże, naprawdę tu jesteś! – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu. – Kawka w Kamperze pod moim pensjonatem!

– Wiem, ciężko w to uwierzyć – mruknęłam, świadoma, że wyglądam mało instagramowo. Liczyłam jednak, że nie odstraszy to właścicielki. – Ale to ja, tak. Cześć!

– Emilia – przedstawiła się, ściskając mi dłoń z taką energią, że aż udało jej się mnie do końca obudzić. – Pisałam do ciebie milion maili. Pensjonat Śnieżka, ta od: „czy możemy zaproponować pakiet gościnny?” Już myślałam, że nigdy nie odpiszesz!

– Ale odpisałam. Gdyby nie głupi spam, przybyłabym szybciej, jeszcze na wiosnę! – Przywołałam na twarz swój najlepszy uśmiech, ukazując lekko krzywe jedynki, które podobno dodawały mi uroku. – Miałam przyjechać za kilka dni…

– I przyjechałaś wcześniej – stwierdziła z zachwytem Emilia, jakby to było coś wspanialszego niż wygrana w totka. – No idealnie! Znaczy… prawie idealnie.

Telefon w jej dłoni zawył głośniej. A właściwie głos, który pytał, czy jego urocza żonka jeszcze go słucha. Emilia spąsowiała.

– Piotrek, daj mi sekundę, bo mam tu gwiazdę internetu w piżamie – prychnęła, odsuwając komórkę od ucha. – Możemy wejść do środka? Nie chcę cię wyciągać z łóżka na mrozie, ale jak zobaczyłam ten kamper, to oszalałam. Oszalałam!

– W środku jest niewiele cieplej – przyznałam. Musiałam znaleźć specjalistę w temacie, więc nie kryłam usterki. – Zepsuł mi się gaz wczoraj w trasie.

– Okej, to tym bardziej musisz wejść do nas – ucięła, jakby to był najprostszy wybór świata. – Mamy pokoje, kaloryfery i wodę, która sama leci z kranu, kropelka po kropelce, i nie ma kto tego naprawić. Luksus all inclusive. Tylko… – spojrzała na telefon – najpierw muszę ogarnąć jedną katastrofę rodzinną.

Wciągnęłam ją do kampera, żeby przynajmniej nie marzła na zewnątrz. Przysiadła na krawędzi niezaścielonego łóżka, jakby znała ten układ od lat, i przycisnęła telefon z powrotem do ucha.

– No, mów – westchnęła. – Co zrobiła mama?

Z głośnika poleciał potok słów, którego nie słyszałam dokładnie, ale pojedyncze frazy przebiły się przez szum: „dach”, „sąsiad”, „poślizgnęła się”, „karetka”.

Emilia z każdą sekundą robiła większe oczy.

– Piotrek, proszę cię, powiedz mi, że moja teściowa nie postanowiła wejść na dach, żeby pokazać sąsiadowi, jak się poprawnie odśnieża… – jęknęła. – Aha. W gaciach termicznych. Jasne.

Przycisnęła palcami nasadę nosa.

Nie mogę się śmiać, nie mogę się śmiać, nie mogę…

– Złamana? W dwóch miejscach? Szpital w mieście?

Zamknęła oczy na moment, po czym wypuściła powietrze przez zęby.

– Dobrze, zaraz jadę. Ogarnij jej rzeczy, dokumenty, ja tylko powiem Feliksowi, że go właśnie kocham i nienawidzę jednocześnie. Tak, wiem, że musisz zaraz jechać na konferencję na kilka dni. Tak, wiem, że to twoja matka. Tak, wiem, że mogła zginąć. Tak, wiem, że to nie jest śmieszne. Do zobaczenia.

Rozłączyła się i na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko cichym buczeniem lodówki i trzaskiem kurczącej się z zimna blachy.

– Więc… – zaczęłam ostrożnie. – Teściowa musiała pokazać sąsiadowi?

Emilia parsknęła śmiechem, takim już na granicy histerii.

– Oczywiście, że musiała – potwierdziła. – Całe życie musi. Musiała ugotować najlepiej na święta, musiała mieć najczystsze okna, teraz musiała pokazać sąsiadowi, jak się odśnieża dach. Dach wygrał, noga przegrała.

Przetarła twarz dłonią, po czym spojrzała na mnie z nagłym skupieniem.

– Dobra, sytuacja wygląda tak: ty jesteś tutaj, wcześniej niż planowałyśmy, z martwym gazem. Okej, Feliks to ogarnie. Ja muszę natychmiast pędzić do szpitala jakieś sto kilometrów dalej. Pensjonat jest w waszych rękach. To wszystko oznacza jedno...

– Że uciekasz, zanim mnie formalnie zameldujesz? – spróbowałam zażartować, nie rozumiejąc, czego dokładnie Emilia oczekuje podczas tej współpracy od mojej marki. Musiałam się tego dowiedzieć, nim wyjedzie.

– Że wszystko spadnie na głowę mojego brata – poprawiła mnie. – Feliksa. Włącznie z naszą współpracą. A to bardzo niedobrze.

Zmarszczyłam brwi. Cóż, tego się nie spodziewałam. Na szczęście byłam szybka w rozwiązywaniu kłopotów.

– Z tego, co zrozumiałam, chcesz, aby o Śnieżce usłyszało więcej osób. Napisałaś, że mogę zostać tu do świąt. Zróbmy tak: ja się rozejrzę przez kilka dni po pensjonacie, porozmawiam z twoim bratem, a my zawsze możemy złapać się online. Jestem otwarta na twoje pomysły, ale swoich też mam sporo.

– I bardzo w nie wierzę! – wykrzyknęła dziewczyna, której na moje słowa najwyraźniej ulżyło.

Wyciągnęła z kieszeni kurtki mały kluczyk na breloczku w kształcie śnieżynki.

– Dobra, w takim razie… To jest klucz do twojego pokoju. Trzecie piętro, a właściwie poddasze, mansarda, widok na las, zero sąsiadów za ścianą, no, prawie. To pokój z najładniejszym widokiem. Przenieś się do środka, ogrzej, weź prysznic we wspólnej łazience, dzielisz ją tylko z pokojem służbowym obok, w miarę wygodnie, zjedz cokolwiek, w kuchni czeka na ciebie nasz anioł, pani Zosia. Ja za kilka godzin będę w szpitalu, a ty…

Zawahała się na ułamek sekundy.

– …a ty spróbujesz dogadać się z Feliksem. To super facet, tylko trochę… no… – pokręciła dłonią w powietrzu – …uczulenie na internet ma. Ale dacie radę.

Spojrzałam na klucz, potem na nią. Że co, przepraszam?

– Uczulenie na internet? – powtórzyłam. – W sensie co? Wysypka po zbyt długim scrollowaniu TikToka?

– Coś w tym stylu. – Skrzywiła się lekko. – Kiedyś ci o tym opowiem, ale jak sama widzisz, muszę ratować teściową. Błagam, powiedz, że mogę jechać.

Wzruszyłam ramionami. Co miałam zrobić? Emilia uśmiechnęła się krzywo. Wstała, zapięła kurtkę pod szyję i obie opuściłyśmy kampera.

– Znaczy, jakby co, to mój brat jest spoko. Naprawdę. To maruda, ale ma wspaniałe serce. Ja muszę jechać do mojej ninji od śniegu, a ty… po prostu bądź sobą. Kawka w Kamperze, wypadniesz super, okej? A potem omówimy współpracę… Zostań tu tak długo, jak tylko chcesz! Okej? Okej?

– Jasne – powiedziałam, choć w środku czułam, że moja zgoda jest bardzo na kredyt. Nie żeby coś, ale zaczęłam się stresować tą pochopnie podjętą decyzją. A mogłam być teraz w jakichś termach…

Emilia jeszcze raz się do mnie uśmiechnęła – tym razem krótko, szczerze, bez fajerwerków – i już była przy drzwiach.

– Jakby co, kuchnia jest otwarta, weź sobie śniadanie, nie krępuj się. I nie przejmuj się, jak Feliks będzie patrzył tak, jakby chciał cię zmyć z jego wycyklinowanej podłogi. On tak patrzy na wszystkich. No i jeśli coś, cokolwiek się stanie, na przykład Feliks będzie chciał zamarudzić cię na śmierć, dzwoń do mnie, wyślę ci numer na maila!

Kobieta, na oko raptem dwadzieścia kilka lat, pomachała mi i pobiegła w stronę pensjonatu. Po chwili usłyszałam otwieranie drzwi garażowych, potem odgłos odpalającego auta, które minęło mnie, jadąc zdecydowanie nie do końca przepisowo.

Zostałam sama w kamperze, z kluczem do obcego pokoju w dłoni, ubrana niczym klaun na otwarcie cyrku.

– No dobra, Kawka – mruknęłam do siebie. – Trzeba wziąć byka za rogi.

Czyli pana „uczulenie na internet” we własnej osobie i ten przepiękny pensjonat. Kto wie, może kogoś jeszcze wyrwę? Zaśmiałam się sama do siebie, chociaż wiedziałam, że od wielu facetów lepiej trzymać się z daleka. A najlepiej od wszystkich.

Wróciłam do kampera, złapałam plecak, kosmetyczkę, laptop i oczywiście paczkę katowickich ciastek w kształcie orzechów włoskich. Musiałam wyglądać całkiem nieźle: piżama, sweter, czapka, adidasy, a do tego ekwipunek jak na przeprowadzkę życia albo przynajmniej na dwa tygodnie.

Śnieg chrzęścił pod butami, kiedy szłam w stronę pensjonatu. Z bliska Śnieżka wyglądała jeszcze bardziej pocztówkowo – ciemne, wysłużone drewno; kolorowe, ewidentnie wieloletnie, ciepłe lampki, nie instagramowo zimne. Na ganku ktoś zostawił miotłę i łopaty do odśnieżania. Pomyślałam, że w razie W przynajmniej mam czym się bronić. Weszłam do środka pewnie, jak przy każdej nowej współpracy.

Zderzyłam się z ciepłem i zapachem kawy, przypraw korzennych i… czegoś jeszcze. Tego czegoś, co pachnie domem, jeśli się go ma. Przez ułamek sekundy zrobiło mi się tak miękko w środku, że aż głupio. Miałam świra na punkcie domowych zapachów. Wszystkie z nich porównywałam z tym, który znałam dzięki mojej rodzinie zastępczej, chociaż każdy lokal pachniał inaczej. Tutaj na przykład dominowała przyprawa do piernika.

Hol był niewielki, ale przytulny. Po lewej wyrosła prosta recepcja z ladą z jasnego drewna, po prawej kilka foteli, stolik z szachownicą, w rogu uginająca się pod ręcznie robionymi ozdobami choinka, która, oby, powinna dotrwać do świąt za niecałe trzy tygodnie. Na ścianie wisiały stare zdjęcia gór, ludzi na nartach, uśmiechniętej pary z lat dziewięćdziesiątych w zbyt dużych swetrach. Chyba na tle pensjonatu, jak mniemam. Czyżby pierwsi właściciele, rodzice?

Położyłam ciasteczka na ladzie – jak kartę przetargową. Byłam gotowa zaatakować sfochanego, nieznajomego mężczyznę cukrem, gdyby okazał się dla mnie niezbyt miły.

– Halo? – zawołałam ostrożnie. – Dzień dobry?

Cisza. Rozpraszało ją jedynie stłumione buczenie lodówki gdzieś z zaplecza i tykanie zegara nad drzwiami. Świetnie. Mam klucz do pokoju, mogłabym po prostu zniknąć na górze, a potem oficjalnie się przedstawić, kiedy już będę wyglądać jak człowiek, a nie poranny mem. Rozsądek mówił: „weź ten klucz i spierniczaj na schody”. Wychowanie – to skromne, zastępczo-rodzinne – syczało, by nie włazić ludziom do domu jak włamywacz, zwłaszcza jeśli zaraz będę go nagrywać, robiąc ze Śnieżki gwiazdę social mediów.

Oparłam się biodrem o ladę, sięgnęłam po telefon. Nie, nie po to, żeby już kręcić rolki – najpierw sprawdziłam godzinę. Siódma trzydzieści z hakiem. Niby wcześnie, ale żeby aż tak, by recepcja świeciła pustkami?

Wzrok sam poleciał w stronę choinki. Kąt, światło, to, jak przez szybę widać było zasypany ganek… Algorytm w mojej głowie aż zapiszczał. To było idealne tło pod pierwsze story z tego miejsca. Pod zapowiedź dalszych materiałów. Pod wzbudzenie ciekawości, gdzie to ta Kawka znowu się wybrała.

– Nie, nic nie nagrasz. Najpierw zapytasz, czego ode mnie oczekuje drugi właściciel – mruknęłam sama do siebie, ale i tak odpaliłam aparat, żeby chociaż złapać kadr do późniejszego użycia. Przecież przymierzyć się mogłam, prawda?

– Proszę odłożyć ten telefon.

Głos pojawił się znikąd, niski, spokojny i tak zimny, że przez sekundę myślałam, że zaraz od tego zamarznę.

Podskoczyłam, nadal trzymając smartfona wysoko w dłoni. No inaczej nie mogłam, kiedy zachodzi się mnie od tyłu. Wykonałam niezgrabny obrót z plecakiem na plecach, laptopem pod pachą i kosmetyczką w wolnej ręce.

Drzwi po drugiej stronie holu otworzyły się z trzaskiem. Z niewielkiego korytarza wyszedł wysoki facet we flanelowej koszuli z podwiniętymi rękawami, ciemnych dżinsach i roboczych butach. Miał ciemnobrązowe, lekko zmierzwione włosy, jakby przed chwilą przepchnął śnieg przez pół parkingu. Szczękę zdobił mu kilkudniowy zarost, ale nie specjalny, raczej taki po prostu – drwalowy. Bo że chłop przypominał drwala, to chyba nie musiałam dodawać, prawda?

Mężczyzna zatrzymał się na środku holu z ponurą miną. Najpierw spojrzał na moje buty zostawiające mokre ślady na podłodze (faktycznie, zapomniałam je wytrzeć!), potem na plecak, ciasteczka orzeszki na jego drewnianej ladzie, w końcu na mnie z telefonem w ręce.

Te ciemnoniebieskie oczy miały dokładnie taki sam odcień jak niebo za oknem – mówiące, że zaraz sypnie śnieżycą.

– To pani jest tą… – zawiesił głos, jakby szukał słowa, które nie wywoła u niego uczulenia, o którym mówiła jego siostra. – …Kawką?

Odłożyłam telefon na ladę, jak winny odkłada dowód zbrodni. Odchrząknęłam.

– Melania Kawecka – poprawiłam odruchowo. – Ale większość ludzi mówi do mnie Mela albo właśnie Kawka. Proszę się nie krępować, nie lubię formalności.

– Ja nie jestem „większością ludzi” – odparł sucho. – Dzień dobry. Feliks Brzozowski. Pan Feliks Brzozowski.

Moje brwi podjechały wysoko na czoło. No cóż, tego się nie spodziewałam. Chciałam na przywitanie wyciągnąć dłoń, ale teraz nie ma o tym mowy. Jeszcze by na mnie prychnął. Pan Feliks, no dobra. Mężczyzna minął mnie i przeszedł za ladę, jakby chciał mieć między nami solidny kawałek drewna.

– Emilia mówiła, że przyjedzie pani za kilka dni – dodał, otwierając jakiś zeszyt, mocno zniszczony i dość konkretnie zapisany. A gdzie komputerowa rejestracja gości?

– Emilia mówiła też, że życie ma własne plany, a właściwie jej teściowa. – Wzruszyłam ramionami. – Gaz w moim kamperze stwierdził natomiast wczoraj, że kończy współpracę, więc skróciłam trasę. Jestem wcześniej, mam nadzieję, że to nie problem?

Starałam się brzmieć lekko, ale po jego oczach widziałam, że jestem dla niego naprawdę konkretnym problemem. Tylko oficjalnie, jak widać, nienazwanym. Przerzucił kilka kartek, jakby spodziewał się tam znaleźć instrukcję obsługi „influencerki z kampera”. Nie znalazł, bo skrzywił się lekko.

– Rozumiem, że skoro jest pani wcześniej, to i tak zakładamy ten sam zakres… aktywności? – Ostatnie słowo zabrzmiało, jakby mówił o wycinaniu wyrostka, a nie o współpracy.

– W sensie nagrania, zdjęcia, rzeczy na moje social media? – upewniłam się. – Tak. Pańska siostra dała mi wolną rękę i czas na przemyślenie wszystkiego. Kiedy zastanowię się nad tym, jak mogę państwu pomóc, napiszę z tym do niej. To wspaniała kobieta, a ja z radością wesprę Śnieżkę w działaniach marketingowych…

– Emilia ma tendencję do… entuzjastycznego traktowania rzeczywistości – przerwał mi, lekko zirytowany. Tylko czym? Moim tonem czy wyglądem? – Ale teraz jej nie ma, więc ustalmy kilka zasad.

Spojrzał na mój plecak, znów na orzeszki, na telefon. Na mnie nie patrzył za długo, jakby to go fizycznie bolało. Jestem zbyt brzydka? A może gruba? Podobno nawet faceci sporo po trzydziestce, jak Feliks, lecą tylko na chude laski.

– Po pierwsze, nie nagrywa pani gości bez ich wyraźnej zgody i potrzeby. Nawet jak ktoś krzyczy, że spoko, że może być w tle. Robi pani ujęcia obiektu, nie ludzi.

– Okej. – Kiwnęłam głową, ale zmarszczyłam brwi. Jak pokazać potencjał ośrodka bez ludzi w środku? Puste pokoje się klikają w katalogach turystycznych, ale nie w social mediach. No chyba że robimy urbex opuszczonej miejscówki…

– Po drugie, nie nagrywa pani personelu w trakcie pracy. Nie chcę, by kamera ich rozpraszała.

Uniósł wzrok na ułamek sekundy. Nasze spojrzenia się spotkały. Gdybym nie zamarzła już na kość w kamperze, to zapewne teraz zamieniłabym się w bryłę lodu. Znów odchrząknęłam. Dawno nie czułam się przy kimś tak niepewnie.

– Mnie też pani nie nagrywa, czy to jasne? – Feliks odwrócił wzrok pierwszy, ale nie uznałam tego za zwycięstwo. Znów zerknął w zeszyt, a ja postanowiłam to wykorzystać.

– Wow. – Parsknęłam. – Chociaż jeden plus. Zwykle ludzie się dopraszają, żeby wcisnąć ich do kadrów, ale niektórzy faktycznie nie powinni.

Feliks znów na mnie spojrzał, jakby pierwszy raz w życiu ujrzał podobną osobowość. Nadal zimno, ale z większym zdziwieniem, że też mam języczek i potrafię go użyć. Wyprostowałam się, uśmiechając lekko. No dawaj, panie marudny. Odpowiedz mi!

– Ja się nie dopraszam, bo nie potrzebuję takich fanaberii. Ale pensjonat już tak, na co nalega moja urocza siostra – uciął. – Po trzecie, pomieszczenia wspólne może pani pokazywać, ale bez…

Machnął dłonią, szukając słowa. Bez czego? Bez lampy? Bez ludzi? Bez mebli? Może w ogóle tylko napiszę o tym miejscu, po co zużywać sprzęt…?

– …przesady. Bez biegania z telefonem po jadalni w trakcie śniadania, bez wpychania kamery ludziom do talerza.

– To pan myśli, że tak wygląda moja praca? – zapytałam, nieco rozbawiona, nieco wkurzona. – Wbiegam z kamerą i krzyczę: „hej, kochani, właśnie tu jedzą jajecznicę. Ej, wy, powiedzcie coś do widzów!”?

Drgnął mu kącik ust. Nie byłam pewna, czy to prawie uśmiech, czy już skurcz. Obstawiałam to drugie.

– Internet pokazuje mi różne rzeczy – odparł, siląc się na absolutne niewzruszenie. – Wolę dmuchać na zimne.

– Spoko. – Westchnęłam. – Chociaż ewidentnie nie przejrzał pan mojego profilu, mogę się zobowiązać, że nie będę nagrywać nikogo przy jajecznicy.

Feliks już miał odpowiedzieć, ale nim zdołałam ugryźć się w język, dodałam jeszcze:

– Chyba że będzie naprawdę fotogeniczna.

Mężczyzna jedynie zamrugał. Żadnej większej reakcji. Żadnego chichotu. Nawet już nie drgnął drugi raz! Ten człowiek był jak lodowiec w koszuli w kratę.

– Po czwarte – kontynuował niestrudzenie, co doprowadzało mnie do pasji – pani kamper.

Spojrzał przez okno na moje ukochane, krzywo stojące pudło zwane domem. Okej, tutaj już się spięłam!

– Proszę nim nie blokować wjazdu. Dzisiaj jeszcze jest pusto, ale jak przyjadą goście, zrobi się ciasno. I proszę nie odpalać silnika pod oknami przed siódmą rano.

– Podobno mam u państwa barter? – prychnęłam, bo tą uwagą mnie zirytował. Może mam jeszcze skakać, jak mi zagra? Bo omijać go na pewno będę. Nie chcę z nim spędzać więcej czasu niż to konieczne. Oby Emilia szybko wróciła od szalonej teściowej…

– Owszem, ale to nie znaczy, że nie obowiązują panią zasady.

Pokręciłam głową w niedowierzaniu. Plecak i kosmetyczka zaczęły mi ciążyć. Najwyższy czas zakończyć tę sztywną wymianę zdań.

– Nie zamierzałam robić wam tu toru wyścigowego ani nadwyrężać uprzejmości. Jak tylko ogarnę rzeczy, przestawię kamper dalej. Mam śpiwory, jestem samowystarczalna, nie zabiorę panu za dużo prądu z gniazdek. Będę spać w takim razie w kamperze, jak tylko znów zacznie grzać.

– Wykluczone! To nie jest kwestia prądu – syknął ciszej, ale wyraźnie. – Tylko bezpieczeństwa. Zamarznie pani w tym czymś, a potem będę się tłumaczyć w telewizji, że „nie zauważyłem”. Proszę jedynie o przestawienie pojazdu w głąb podwórka, to tak dużo?

Patrzył teraz prosto na mnie. Pierwszy raz miałam wrażenie, że widzi osobę, a nie problem logistyczny. Zmarszczył brwi, lustrując moją twarz. Westchnął.

– I nie chodzi mi o to, jak pani „wygląda w internetach” – dodał. – Po prostu jest cholerny mróz, a pani zapewne ledwo czuje nos.

Odruchowo dotknęłam czubka nosa wolną ręką. Faktycznie, był lodowaty.

– Emilia zaprosiła mnie tutaj na współpracę, nie na śmierć w imię contentu – odpowiedziałam. – Mam już klucz do pokoju. Czy mogę się odmeldować po tym jakże uprzejmym… wstępie?

Uniósł brew.

– Czyli przynajmniej to załatwiła – mruknął, najwyraźniej z lekką ulgą. – Dobrze.

Zamknął zeszyt i schował go na półkę, jakby sprawa była załatwiona. Dla niego może i była. Dla mnie – wcale.

– Ma pani zamiar… – skinął głową w stronę schodów – …przenieść się tam od razu?

– Och, powinnam zanieść te rzeczy do pokoju – wskazałam swój plecak i kosmetyczkę – ale zaraz potem wracam do kampera – rzuciłam, zbyt szybko. – Muszę przynajmniej zabezpieczyć swój dobytek, zanim wszystko mi w środku zamarznie. A potem wezmę prysznic, obiecuję.

W moim głosie zabrzmiało to tak, jakby prysznic był świętym sakramentem, który go szczególnie interesuje. Super, Melania. Znowu dostrzegłam ten jego mikroskurcz przy ustach.

– Łazienka na poddaszu jest na końcu korytarza – powiedział chłodno. – Łączy dwa pokoje, więc jest wygodnie. Woda gorąca. Jeszcze. Proszę korzystać.

– Jeszcze? – podchwyciłam. – To zabrzmiało groźnie.

– To jest stary dom – wyjaśnił. – Czasem bojlery mają swoje humory. Jak wszystko tutaj, zwłaszcza kiedy mamy porę śniadaniową.

Jak człowiek przy ladzie, dodałam w myślach. Zanim zdążyłam zadać kolejne głupie pytanie, wyciągnął w moją stronę małą, laminowaną kartkę.

– To jest nasz mini regulamin. – Podał mi go, a ja miałam ochotę wywrócić oczami. Zakazy, nakazy, regulamin. Cudowne dni się zapowiadają! – Proszę przeczytać, zanim zacznie pani cokolwiek… tworzyć.

Rzuciłam okiem. Cisza nocna, godziny posiłków, zakaz wnoszenia nart do pokoi, obiekt dla niepalących, „prosimy o ciche rozmowy i niepuszczanie muzyki po godzinie dwudziestej drugiej, nawet jeśli są to kolędy”. Zero punktu o kamerach. Dziwne, skoro właścicielowi tak one przeszkadzają!

– Widzę, że nie ma nic o nagrywaniu. – Podniosłam wzrok. – Czyli to jest nieoficjalny punkt?

– Tak – przytaknął i przesunął dłonią po włosach. Dopiero teraz dostrzegłam, że się lekko zaczerwienił. – Ostatni punkt jest ustny, specjalnie dla pani.

Zamilkł na moment, mierząc mnie spojrzeniem, jakby szacował, ile bałaganu jestem w stanie zrobić w jego, jak widać, uporządkowanym świecie.

– Emilia wierzy, że pani praca nam pomoże – dodał. – Ja mam co do tego wątpliwości. Ale skoro już pani tu jest, spróbujmy przynajmniej sprawić, żeby nikt na tym nie ucierpiał.

– Spokojnie. – Poczułam, jak rośnie we mnie irytacja. – Nie przyjechałam tu robić dramy. Kręcę urocze vlogi o świętach i kamperze, nie reality show o kłótniach w pensjonacie z drwalami.

Położyłam dłoń na ladzie i podsunęłam w stronę pana Feliksa ciastka w folii, czym całkowicie go zmyliłam. Tu pyskuję, tu wyciągam słodycze. Ha, patrz, jaka jestem nieprzewidywalna!

– Proszę zjeść, słodkie zawsze robi dobrze na złe humorki! – Posłałam mu mój ładny uśmiech, wyuczony specjalnie dla widzów.

Feliks przez chwilę nic nie mówił. Tylko stał, opierając dłonie o blat, z tym swoim chłodnym, drażniącym spojrzeniem. Nie sięgnął po ciasteczka, ale ja dłużej nie mogłam czekać. Zaraz zacznę pływać w mojej kurtce, a plecy mi odpadną.

Zrzuciłam z siebie bagaż, na co Feliks wyrwał się do przodu. Pokręciłam głową, chcąc mu przekazać niemo, że wcale nie potrzebuję jego pomocy, jeśli o tym właśnie myślał. Ale on to zignorował. Wziął plecak i kosmetyczkę, a ja ściągnęłam kurtkę i zawiesiłam na przedramieniu. No dobra, niech gra dżentelmena.

– A, i… – zaczęłam, wchodząc z nim powoli na górę. – Jakby pan jednak chciał, żebym nagrała coś konkretnego, nie wiem, atrakcje w okolicy, wasze śniadania ZANIM pojawią się goście, cokolwiek, to proszę powiedzieć. Lepiej, żebym wiedziała, co jest dla was ważne, niż żebym wymyślała sama.

Zmrużył oczy, kiedy na niego zerknęłam. Ostrożnie stawiał stopy na wąskich schodach, przepuszczając mnie przodem.

– Dla mnie ważne jest, żeby goście mieli ciepło, jedzenie i święty spokój – odparł. – Jak znajdzie pani sposób, żeby to pokazać bez naruszania tego świętego spokoju, będę wniebowzięty.

– Wyzwanie przyjęte – odpowiedziałam, zanim mój zdrowy rozsądek zdążył zareagować.

Odwróciłam się na pięcie. Czułam na plecach jego spojrzenie – ciężkie niczym kołdra obciążeniowa. Widocznie nie będę musiała brać swojej z kampera, by się wyspać. Wystarczy, że przypomnę sobie pana marudę, niszczyciela dobrej zabawy…

Stanęłam przy niebieskich drzwiach, które pasowały kolorem do mojego klucza. Spojrzałam pytająco na Feliksa.

– To tutaj? – spytałam, chyba tylko po to, by go sprowokować. Udało się, bo znów uniósł na mnie brew.

– Jak widać. Lepiej oznaczyć przynależności się chyba nie da – burknął i wyjął mi klucz z rąk. Musnął tym samym moje dłonie, nadal chłodne. Jego grzały jak małe piekarniczki. Zazdroszczę.

Otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Normalnie dżentelmen do kwadratu. Przestąpiłam przez próg mojego królestwa na kilka najbliższych dni. Prosta przestrzeń, drewno na ścianach, podwójne okna błagające o wymianę. Łazienki faktycznie nie było, ale dzielić ją z zaledwie jednym pokojem, pewnie też maksymalnie dwuosobowym? Nadal luksus przy MOP-ach i mojej dwumetrowej, kamperowej strefie toaletowo-kąpielowej.

– Tutaj jest łóżko, tam rozpiska śniadań. Serwujemy również kolacje oraz obiady. Pani przysługuje opcja full wyżywienia.

– Dzięki, myślę, że dam radę. – Obróciłam się do mężczyzny i przekrzywiłam głowę. Wcześniej odłożyłam kurtkę i laptopa na łóżko, na co również się skrzywił. Chyba ja ogólnie wywoływałam w nim jedynie krzywe reakcje. – To wszystko?

Patrzyłam na niego wyczekująco, nie chcąc obcesowo go wyganiać, ale czułam, jak zmęczenie stresującą dobą daje mi się we znaki. Na szczęście w lot zrozumiał aluzję.

– Jasne. Proszę odpocząć i w razie co szukać mnie na dole.

Kiwnęłam głową, a on wyszedł, nie obracając się za siebie. Drzwi zamknął cicho, spokojnie, chociaż byłam pewna, że w środku aż kipi po spotkaniu ze mną. Na sto procent!

Ale kiedy zostałam sama, moja pewność siebie uleciała jak powietrze z dziecięcego balonika. Opadłam na wygodne łóżko, wtuliłam twarz w ciepłą pościel. I świeżą! Pachniała tak dobrze… Wykrochmalona biel, bez dziwnych, tandetnych wzorków. Biel jak z domu zastępczego, jedynego, który kojarzył mi się z jakimkolwiek ciepłem.

Było mi błogo i smutno zarazem. Sama nie rozumiałam tych uczuć. Ostatnio im intensywniej myślałam o drodze przez życie, którą wybrałam, tym więcej odczuwałam. A może to kwestia skończonej z przytupem trzydziestki? Bycia… personą w sieci?

Sięgnęłam po telefon. Powinnam dodać jakieś story, dać znać, że dojechałam do miejsca docelowego. Wycelowałam w siebie aparat i strzeliłam selfie. W kadrze było widać połowę mojej twarzy, wraz z włosami rozsypanymi niedbale na poduszce. Ludzie pewnie zauważą to pierwsze – moje śmiejące się oczy w niebieskim odcieniu, z powiekami pociągniętymi zalotną kreską permanentną. Dodałam podpis, że witam się z ludźmi z nieba i już bardzo niedługo dam znać, gdzie jestem. I…

Piętnaście minut później miałam ochotę rzucić smartfonem o ścianę, bo w Śnieżce praktycznie nie było zasięgu!

Rozdział 4

Ta influencerka z kampera

Feliks

Zamknąłem za sobą drzwi pokoju influencerki i stałem na korytarzu jak jakiś idiota.

Przez chwilę nie mogłem się ruszyć. Nie dlatego, że cokolwiek mnie zatrzymywało – po prostu, chociaż znałem to miejsce od dzieciaka, moje nogi potrzebowały sekundy, żeby przypomnieć sobie, w którą stronę są schody. Albo mój mózg potrzebował chwili, żeby odnaleźć się w tej nietypowej rzeczywistości. Dlaczego znowu pozwoliłem siostrze na coś tak szalonego?

W końcu z ociąganiem zszedłem z poddasza. Trzeci stopień skrzypnął, jak zawsze – od lat planowałem go naprawić i od lat nie miałem kiedy nawet o tym pomyśleć. Na dole w holu było cicho. Na ladzie recepcji leżały ciastka w folii – te orzeszki, które przyniosła… Kawka. Melania, znaczy się. Czy w ogóle mogę ją nazywać imieniem? Ta influencerka z kampera…

Nie ruszyłem ciastek. Minąłem je i skręciłem do kuchni, w której przygotowywaliśmy posiłki dla naszych gości. Wprowadziłem pełne wyżywienie niedawno, ale powoli zaczynało nas to wszystko przerastać, chociaż mieliśmy prawdziwy dream team, jeśli chodzi o lokalne potrawy i polskie smaki.

Zosia, nasza kuchenna, szefowa wszystkich garnków i cudowna starsza kobieta, stała przy blacie i kroiła chleb z czułością, której zawsze jej zazdrościłem. Obok parowała kawa w jej ulubionym kubku, radio grało cicho – kolędę w aranżacji, która brzmiała jak jazzowa wersja Cichej nocy, co zawsze mnie denerwowało. Kolędy powinny być śpiewane tradycyjnie albo w ogóle. Jakiś porządek musi być na tym świecie.

– No i jak? – rzuciła Zosia, nie podnosząc głowy. Pomimo zarobienia doskonale odnajdywała się w życiu Śnieżki, a już zwłaszcza w życiu i pomysłach Emilii. Zbyt często im przyklaskiwała.

– Co „jak”? – spytałem, udając głupiego.

– Jak spotkanie z gwiazdą internetu! – Zosia puściła mi oczko, widocznie bawiąc się wyśmienicie, ale ja tylko pokręciłem na to głową.

Bez słowa otworzyłem jedną z szafek, wziąłem swój kubek i nalałem sobie kawy z dzbanka. Szybko upiłem łyk. Za gorąca, poparzyła mnie w język. Dobrze, przynajmniej wreszcie czułem coś normalnego w tym nienormalnym dniu.

– Pokazałem jej pokój, regulamin i wyjaśniłem zasady dotyczące nagrywania – odpowiedziałem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Zosia podniosła głowę. Nóż zamarł w połowie drogi do piętki bochenka.

– Regulamin? Ten laminowany, w rozmiarze A5? Tak po prostu?

– A jak miałem jej go dać? Wysłać mailem? – prychnąłem, zabierając się za kolejny łyk czarnej kawy. Nieważne, że byłem już zbyt zestresowany, by dopić bezpiecznie tę porcję.

– Feliks. – Zosia odłożyła nóż. – Powiedz mi, że przynajmniej najpierw powiedziałeś „dzień dobry” i „jak minęła pani droga?”. Tego regulaminu nie dajesz nawet naszym gościom! A poszczułeś nim biedną dziewczynę?

Zmarszczyłem brwi. Chyba faktycznie zacząłem zbyt poważnie. Chyba. Na pewno powiedziałem „dzień dobry”, to pamiętam. A może…? O drogę nie pytałem, bo to nie moja sprawa, jak minęła jej podróż. Przyjechała, jest, dostała pokój i ma co robić. Koniec tematu. Zosia patrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem – cierpliwym, ale przenikliwym, jakby dokładnie wiedziała, co pominąłem. Pracowała tu ósmy rok, chociaż pierwszy raz spotkaliśmy się wieki temu, przez co znała mnie lepiej, niż ja sam chciałbym się znać, i miała nieznośną tendencję do mówienia tego, o czym wolałbym milczeć.

– No dobra. – Wróciła do chleba. – To teraz mi powiedz, jak wygląda.

– Jak wygląda kto?

– Feliks, nie udawaj. Jak wygląda ta dziewczyna. Nie jestem aż tak biegła w internecie… A nie chcę się pomylić, kiedy przyjdzie na stołówkę.

Wzruszyłem ramionami, mieląc w głowie przekleństwo. Jak wygląda? Normalnie wygląda. Ciemne włosy, pofalowane, nieco dzikie, jasne oczy, niska i pulchna… Nie zaprzeczę, nieco urocza w tych kolorowych ciuchach, ale nadal…

– Normalna laska – powiedziałem, chcąc jak najszybciej uciąć temat.

– „Normalna laska” to nie jest opis, którego oczekiwałam. Normalnie wygląda kaloryfer. Pytam o kobietę, z szacunkiem, Feliksie!

Upiłem kawy, prawie się nią krztusząc.

– Nie wiem, Zosiu. Miała śnieg we włosach i wysłużone adidasy. I chyba piżamę pod swetrem. Czapkę z pomponem. Czerwone policzki i nos, który przypominał ten Rudolfa. Jakąś kosmetyczkę. Plecak. Laptop. Orzeszki. Może sama ją sobie obejrzyj, co?

– Orzeszki?

– Takie lokalne, te ciasteczka z kremem. Zostawiła je na ladzie.

– I nie wziąłeś?

– Nie.

Zosia pokręciła głową i wyjęła z szafki talerzyk. Poszła do holu, wróciła z ciastkami. Wysypała orzeszki na talerzyk, postawiła na stole i wzięła jednego.

– Dobre – oceniła po chwili, z pełnymi ustami. – Bardzo dobre. I co, mów dalej. Czapka z pomponem, adidasy. I?

– I nic. Przedstawiłem się, powiedziałem o zasadach, zaprowadziłem na górę. Koniec przedstawienia, mam ci zmyślać? – rzuciłem zmęczonym tonem.

– A ta dziewczyna co? Stała i potakiwała?

Nie. Nie potakiwała. Wręcz przeciwnie, co było niezłym problemem.

– Pyskowała – przyznałem. – Nie spodziewałem się, że zacznie tak szybko, ale to influencerka, one chyba zawsze z czymś wyskoczą…

Zosia uniosła brwi, a na jej twarzy pojawił się ten wyraz, który znałem zbyt dobrze – ciekawość zmieszana z rozbawieniem. To nigdy nie wróżyło niczego dobrego.

– Pyskowała?

– Zdarzyło się. Jestem dla niej drwalem, tak mnie nazwała, i pewnie w tej małej główce wymyśliła na mnie masę epitetów. Przyznam, że to lekko zabawne, ale niestety nie będę się śmiać, bo wyczuwam przyszłą tragedię. Mówiłem siostrze, że nie każdy jej pomysł zasługuje na Nobla…

– No nie! – Zosia uśmiechnęła się szeroko. – I co ty na to?

– Nic. Bo co miałem powiedzieć?

– Mogłeś się uśmiechnąć. Albo rzucić coś z humorem. Jak normalny człowiek, który rozmawia z innym normalnym człowiekiem. Mogłeś nawet wziąć ciastko! Pyszne jest.

Zignorowałem orzeszki. I sugestię, że nie jestem normalnym człowiekiem.

– Emilia ją tu ściągnęła bez mojej zgody – westchnąłem. – Przyjechała wcześniej, niż umawialiśmy się z siostrą, ma rzekomo zepsutego kampera i najwyraźniej zamierza nagrywać każdy centymetr mojego pensjonatu. Nie widzę powodu do uśmiechów.

– „Mojego” – powtórzyła Zosia cicho.

– Co?

– Powiedziałeś „mojego pensjonatu”. Zawsze mówisz „naszego”. Tylko jak się spinasz, mówisz „mojego”. Jakbyś czuł, że to twój święty obowiązek.

Miała rację. Nienawidziłem, kiedy miała rację. Chwilę milczałem. Nie wiedziałem, jak się wytłumaczyć, bo szczerze – nie rozumiałem, czemu się tak spiąłem. To była kobieta. Jedna kobieta. Z kamperem. Nie inwazja influencerek. Dam sobie z tym radę, co nie? W życiu dźwignąłem już takie gówno, że to powinien być paproszek…

Zosia wzięła drugiego orzeszka.

– A ile ma lat na oko? – drążyła dalej, jakby się zastanawiała, czy może mnie z nią zeswatać. Zosia zawsze ubolewała nad tym, że nie miałem żony. Cóż, moją żoną była Śnieżka, zwłaszcza w obecnej sytuacji.

– Nie wiem. Koło trzydziestki? Ma urocze zmarszczki od śmiechu i niezły charakter. Tak, obstawiam trzydziestkę.

– Czyli całkiem, całkiem. Przyznaj, że ci się spodobała!

Otworzyłem usta i z powrotem je zamknąłem. Myślałem o tym, co zobaczyłem w holu: Kawka stała przy ladzie z telefonem, w piżamie, zarumieniona od zimowej pogody, z plecakiem na plecach. Nie wyglądała na influencerkę. Raczej na kogoś, kto nie spał dobrze, kogo obudzili za wcześnie i kto mimo to próbuje trzymać fason. Nie miałem pojęcia, czy mi się ona podoba.

Ale były też inne rzeczy. Rzeczy, które zarejestrowałem mimowolnie, bo jestem samotnym od lat facetem, a ona stała metr ode mnie. Ale przecież nie mogłem tego powiedzieć Zosi.

Wytężyłem mózg, przywołując jej świeże wspomnienie. Jasne oczy – niebieskie? Szare? Coś pomiędzy nimi, jedno z tych spojrzeń, które zmieniają kolor zależnie od światła. Miała piegi na nosie i policzkach, drobne, ledwo widoczne, jakby ktoś dmuchnął na nią cynamonem. Włosy zmrożone, ale widać było, że falowane, do ramion, ciemne z rudawym odcieniem, który wychodził dopiero przy świetle z okna. Usta pomalowane jakąś kolorową pomadką – rano, o ósmej, w piżamie – kto maluje usta do piżamy? I dłonie, kiedy podała mi plecak – krótkie palce, kolorowe paznokcie, turkus? Niebieski? Nie jestem daltonistą, ale byłem zbyt blisko jej twarzy, żeby patrzeć na paznokcie.

Była… miękka. Nie chuda, nie tęga – coś pomiędzy, coś kobiecego i naturalnego, coś, czego nie widzisz w reklamach, ale dostrzegasz na ulicy, w tramwaju, w kolejce do piekarni. A kiedy mówiła, gestykulowała całym ciałem, pochylała się do przodu, zwężała oczy, unosiła brodę. Jak gdyby miała się tutaj zatrzymać na zawsze.

– Feliks? – Zosia machnęła mi dłonią przed oczami. – Pytałam, czy jest ładna, czy ci się podoba.

– Nie wiem – powiedziałem. – Normalnie wygląda.

Zosia rozłożyła ręce.

– Czasami nie mam do ciebie siły – prychnęła.

Wstałem od stołu.

– Cóż… Odpowiedziałem na twoje pytania, tak jak sobie życzyłaś, a teraz idę naprawić kaloryfer w dwójce, bo wczoraj znów przeciekał.

– Jasne. – Zosia tym razem dała za wygraną, ale podwędziła kolejnego orzeszka. – Słuchaj no mnie tylko, kawalerze. Państwo Kowalscy pytali o wspólne śpiewanie kolęd i lepienie pierogów. Mówią, że na święta nie zostaną, ale Emilia obiecała im zabawę grudniową…

Miałem ochotę rzucić klątwę na moją ambitną i kreatywną siostrę, ale zbyt mocno ją kochałem, by myśleć o takich bezeceństwach. Wiedząc, że będę musiał zająć się gośćmi i świątecznymi warsztatami, które wymyśliła dla nich Emilia, odparłem tylko:

– Emilia dużo obiecuje, szkoda tylko, że ja muszę tych obietnic dotrzymywać!

Wziąłem klucz francuski z szuflady pod zlewem i wyszedłem z kuchni. Chciałem spokoju. Ciszy. Normalnego dnia, w którym nic się nie zmienia i nikt nowy nie stoi w moim holu z kolorowymi paznokciami i cynamonowymi piegami. A to mogłem zapewne znaleźć tylko z dala od wszystkich osób w tym pensjonacie. No cóż, czas naprawić rury.

Kaloryfer w dwójce protestował od tygodnia i naprawdę był to protest generalny. Odpowietrzanie pomagało na dzień, może dwa, potem znów zaczynał bulgotać i cieknąć. Potrzebował wymiany zaworu, ale wymiana zaworu to był hydraulik, a hydraulik to było trzysta złotych plus kilkadziesiąt za dojazd, których nie miałem. Więc odpowietrzałem regularnie i czekałem na cud, który pewnie nie nastąpi.

Klęczałem przy grzejniku z kluczem, kiedy usłyszałem bąbelki w rurze i cichy syk powietrza. Dokręciłem. Wytarłem kroplę, która spłynęła na podłogę – była drewniana, stara, z rysami od mebli, które ktoś przesuwał w latach dziewięćdziesiątych. W całym pensjonacie wyglądała tak samo – zmęczona, ale solidna. Jak ja.

Usiadłem na podłodze, plecami do ściany, i patrzyłem na kaloryfer. Kaloryfer nie miał nic do powiedzenia. Był ciepły, cichy i przewidywalny. Idealny towarzysz.

Sięgnąłem po telefon. Trzy wiadomości od Emilii – dwie głosówki i jedno zdjęcie teściowej z nogą w gipsie, uśmiechniętej jak po wygranej olimpiadzie. Pod spodem tekst:

Złamanie podwójne, ale humor ma lepszy niż my wszyscy razem wzięci, bo sąsiad wzywał karetkę i rozdziawiał gębę. Wrócę, jak tylko ją ogarnę. Trzymaj fortecę, braciszku. I BĄDŹ MIŁY DLA KAWKI.

Wielkie litery. Ach, Emilia i jej wielkie litery.

Odpisałem:

Pokazałem jej pokój i regulamin. Jestem miły i nawet pomocny!

I schowałem telefon, zanim zdążyła odpisać, bo doskonale ją znałem – za minutę będzie dzwonić, pytać o szczegóły, domagać się relacji, mówić: „a co ona na to, a co ty na to”, jakby to był serial, a nie moje życie.

Moje życie. Od dwóch lat ograniczone do Śnieżki, kaloryferów, gości oraz Zosi. I to mi pasowało. Leżało na mnie dobrze jak stara koszula – nie było piękne, ale bezpieczne. Nikt tu nie pisał o mnie w internecie. Nikt nie dzwonił z pytaniami. Nikt nie zakładał fejkowych stron z moim nazwiskiem, nikt nie srał na mnie kłamliwymi opiniami.

Internet.

Nie chciałem o nim myśleć, ale „influencerka” to słowo, które działało na mnie jak alarm pożarowy. Telefon, kamera, komentarze, lajki, wyświetlenia. Ten cały świat, który kiedyś…

Zamknąłem oczy. Tylko na chwilę.