Świąteczne tajemnice -  - ebook

Świąteczne tajemnice ebook

3,6

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Wybór najlepszych świątecznych opowieści kryminalnych

W tej unikalnej antologii znalazły się rozmaite opowiadania kryminalne pióra zarówno słynnych autorów (takich jak Agatha Christie, Thomas Hardy i Arthur Conan Doyle), jak i mniej znanych pisarzy. Wiktoriańskie opowiadania sąsiadują tu ze współczesnymi utworami, przerażające i trzymające w napięciu historie – z zabawnymi i przytulnymi opowieściami, a klasyczne metody rozwiązywania zagadek kryminalnych – z nowoczesnymi śledztwami policyjnymi. Tak duży wybór sprawi, że każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie, a lektura tych opowiadań stworzy niepowtarzalny świąteczny nastrój w każdym domu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 724

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Otto Penzler Świąteczne tajemnice Tytuł oryginału The Big Book of Christmas Mysteries ISBN Compilation copyright © 2014 by Otto Penzler Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2020 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020All rights reserved Redakcja Ilona Turowska Korekta Katarzyna Marcisz, Julia Młodzińska Skład i opracowanie graficzne Paweł Uniejewski/Studio graficzne Pixelnoiz Projekt graficzny okładki Paulina Radomska-Skierkowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Bradforda Morrowa, oryginalnego i wspaniałego pisarza,mądrego i dobrego przyjaciela

TRADYCYJNE OPOWIADANIA ŚWIĄTECZNE

Agatha Christie

Przygody świątecznego ­puddingu

Wydaje się w pewien sposób stosowne, że królowa kryminału osadziła akcję wielu opowieści w przytulnym czasie świąt Bożego Narodzenia. Dużym atutem historii detektywistycznych królowej Agathy był element zaskoczenia, a co może być bardziej zaskakujące niż zamordowanie kogoś w najspokojniejszym, wypełnionym miłością okresie roku? Autorka tak ceniła sobie tę kapitalną opowieść, że wykorzystała ją w tytule antologii Przygody świątecznego puddingu i wybór dań (Londyn: Collins, 1960).

*

— Ogromnie żałuję… — zaczął Herkules Poirot.

Przerwano mu. Nie zrobiono tego w grubiański sposób. Było to raczej uprzejme, wprawne i przekonujące wtrącenie, a nie jednoznaczny sprzeciw.

— Proszę nie odmawiać od razu, panie Poirot. Chodzi tu o sprawy ważne dla całego państwa. Pańska współpraca zostanie doceniona w najwyższych kręgach.

— Jest pan bardzo miły — odparł Herkules Poirot, machając ręką. — Ale naprawdę nie mogę się podjąć tego, o co pan prosi. O tej porze roku…

— W Boże Narodzenie — przerwał mu ponownie pan Jes­mond. — Mówimy o tradycyjnym Bożym Narodzeniu na angielskiej wsi — dodał przekonującym tonem.

Herkules Poirot wzdrygnął się mimowolnie. Perspektywa Bożego Narodzenia na angielskiej wsi wcale go nie zachwycała.

— Prawdziwe tradycyjne święta! — namawiał go pan Jes­mond.

— Nie jestem Anglikiem — odpowiedział mu Herkules Poirot. — W moim kraju Boże Narodzenie to atrakcja dla dzieci. My świętujemy Nowy Rok.

— Rozumiem. — Pan Jesmond skinął głową. — Ale w Anglii Boże Narodzenie to bardzo ważne wydarzenie, a w Kings Lacey zobaczyłby je pan w najlepszym wydaniu. To wspaniała, stara rezydencja. Jedno skrzydło zbudowano jeszcze w czternastym wieku.

Poirot ponownie się wzdrygnął. Sama myśl o czternastowiecznym angielskim domostwie napełniała go lękiem. Zbyt często cierpiał w zabytkowych wiejskich domach w Anglii. Rozejrzał się z uznaniem po swoim nowoczesnym wygodnym mieszkaniu z grzejnikami i najnowszymi urządzeniami, które eliminowały wszelkiego rodzaju przeciągi.

— W zimie nie wyjeżdżam z Londynu — oznajmił stanowczo.

— Chyba nie rozumie pan do końca powagi sytuacji, panie Poirot. — Pan Jesmond zerknął na swojego towarzysza, a potem ponownie na detektywa.

Drugi gość Poirota nie powiedział do tej pory nic prócz grzecznego i oficjalnego: „Miło mi pana poznać”. Teraz siedział nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w swoje starannie wypolerowane buty i z wyrazem zniechęcenia na twarzy w kolorze kawy. Był młody, miał nie więcej niż dwadzieścia trzy lata, i najwyraźniej czuł się ogromnie nieszczęśliwy.

— Ależ rozumiem — zapewnił Poirot. — Oczywiście, że sytuacja jest poważna. Zdaję sobie z tego sprawę. W pełni solidaryzuję się z Jego Wysokością.

— Sytuacja jest nie tylko poważna, ale i niezwykle delikatna — dodał pan Jesmond.

Poirot przeniósł spojrzenie z młodego mężczyzny na jego starszego towarzysza. Gdyby miał opisać pana Jesmonda jednym słowem, byłoby to słowo „dyskrecja”. Wszystko, co z nim związane, było dyskretne. Jego starannie skrojone, lecz nierzucające się w oczy ubrania, jego miły, modulowany głos, który rzadko wychodził poza układną monotonię, jasnobrązowe włosy, rzednące lekko na skroniach, blada poważna twarz. Herkules Poirot miał wrażenie, że poznał już w swoim życiu nie jednego, ale co najmniej kilkunastu panów Jesmondów, przy czym wszyscy wcześniej czy później używali tego samego określenia: „niezwykle delikatna sytuacja”.

— Policja potrafi być bardzo dyskretna, wie pan o tym — zauważył Herkules Poirot.

Pan Jesmond pokręcił stanowczo głową.

— Policja nie może się tym zająć — powiedział. — Aby odzyskać to… hm… co chcemy odzyskać, musielibyśmy niemal z całą pewnością skierować sprawę do sądu, a wiemy bardzo mało. Podejrzewamy, ale nie wiemy.

— Jestem po waszej stronie — zapewnił go ponownie Herkules Poirot.

Jeśli przypuszczał, że ta deklaracja zrobi jakieś wrażenie na jego gościach, to był w błędzie. Nie chcieli wyrazu jego poparcia, chcieli praktycznej pomocy. Pan Jesmond znów zaczął wychwalać uroki angielskich świąt Bożego Narodzenia.

— To już zanika — tłumaczył. — Tradycyjne bożonarodzeniowe świętowanie. Ludzie coraz częściej spędzają ten czas w hotelach. Lecz angielskie Boże Narodzenie, z całą rodziną, dziećmi i skarpetami na prezenty, z choinką, indykiem i puddingiem śliwkowym, z petardami, bałwanem za oknem…

Herkules Poirot uznał, że w tym momencie powinien przerwać tę wyliczankę.

— Żeby ulepić bałwana, trzeba mieć śnieg — stwierdził z mocą. — A śniegu nie można po prostu zamówić, nawet na Boże Narodzenie.

— Rozmawiałem dziś z przyjacielem, który pracuje w stacji meteorologicznej — odparł spokojnie pan Jesmond. — Mówił, że najprawdopodobniej na święta będzie jednak śnieg.

Nie powinien był o tym wspominać. Herkules Poirot wzdrygnął się jeszcze mocniej niż przed chwilą.

— Śnieg na wsi! — Prychnął. — To byłoby jeszcze okropniejsze. Wielkie, zimne, kamienne domiszcze.

— Wcale nie — zaprzeczył pan Jesmond. — W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele się tam zmieniło. Zainstalowano centralne ogrzewanie z piecem opalanym olejem.

— W Kings Lacey mają centralne ogrzewanie opalane olejem? — Poirot zdumiał się. W jego głosie po raz pierwszy dało się wyczuć lekkie wahanie.

Pan Jesmond postanowił wykorzystać tę okazję.

— Owszem — potwierdził. — I funkcjonalną instalację z gorącą wodą. Grzejnik w każdej sypialni. Zapewniam pana, drogi Poirocie, że Kings Lacey to w zimie wcielenie komfortu. Być można uzna pan nawet, że jest tam za ciepło.

— To bardzo mało prawdopodobne — mruknął Herkules Poirot.

Pan Jesmond, kierując się wieloletnim doświadczeniem, sprawnie zmienił temat.

— Na pewno doskonale pan rozumie, w jak trudnym znaleźliśmy się położeniu — powiedział konfidencjonalnym tonem.

Herkules Poirot skinął głową. Sytuacja rzeczywiście wyglądała nieciekawie. Kilka tygodni wcześniej do Londynu przyjechał młody dziedzic, jedyny syn władcy bogatego i ważnego państwa. Jego ojczyzna przechodziła przez trudny okresów konfliktów i niepokojów. Choć lojalni wobec obecnego władcy, który prowadził życie zgodne z tradycjami Wschodu, mieszkańcy państwa mieli w tym względzie pewne wątpliwości wobec młodszego pokolenia. Wcześniej zagrażali im wrogowie z Zachodu, więc teraz spoglądano w tamtym kierunku z nieufnością i dezaprobatą.

Niedawno jednak ogłoszono zaręczyny młodzieńca. Miał ożenić się z kuzynką tego samego rodu, młodą kobietą, która — choć wykształcona w Cambridge — starała się nie okazywać w swoim kraju żadnych zachodnich wpływów. Ustalono oficjalną datę ślubu, a młody książę udał się do Anglii, zabierając ze sobą część słynnych klejnotów rodzinnych, które miały zostać osadzone w nowych, stosownych do okazji oprawach. Znalazł się wśród nich szczególnie cenny i znany rubin, który usunięto ze starego, niemodnego naszyjnika i oddano w ręce słynnych jubilerów Cartiera. Do tej chwili wszystko szło zgodnie z planem, wkrótce jednak pojawił się problem, i to całkiem poważny. Nikt nie zakładał, że młody człowiek, dysponujący ogromnym bogactwem i skory do zabawy, nie pozwoli sobie na kilka przyjemnych szaleństw. Nikt nie zamierzał mu tego zabraniać. To naturalne, że młody książę chce się zabawić. Sytuację, w której książę zabiera swoją aktualną towarzyszkę na spacer wzdłuż Bond Street i obdarza ją szmaragdową bransoletką lub broszką z diamentem w nagrodę za wszelkie przyjemności, jakich mu dostarczyła, uważano by za całkiem naturalną i stosowną — w gruncie rzeczy podobnie zachowywał się jego ojciec, gdy obdarowywał cadillacami swoje ulubione tancerki.

Jednak książę wykazał się nieroztropnością, o jaką z pewnością nie można by podejrzewać jego ojca. Mile połechtany zainteresowaniem ze strony pięknej damy, pokazał jej rubin w nowej oprawie, później zaś był na tyle nierozsądny, że przystał na jej prośbę i pozwolił, by go założyła — tylko na jeden wieczór!

Następstwa były rychłe i smutne. Dama odeszła na chwilę od stołu, by przypudrować nos. Mijał czas. Dama nie wracała. Okazało się, że wyszła z lokalu innymi drzwiami, a potem zniknęła bez śladu. Co istotne i przykre, rubin w nowej oprawie zniknął wraz z nią.

Takie były fakty, których ujawnienie niosłoby ze sobą bardzo poważne i bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Rubin był czymś więcej niż klejnotem, był symbolem o wielkim znaczeniu, a okoliczności, w których zaginął, mogły stać się przyczyną znaczących politycznych zawirowań.

Pan Jesmond nie należał do ludzi, którzy przedstawialiby takie informacje w sposób prosty i jednoznaczny. Ubierał je w liczne aluzje i niedopowiedzenia. Herkules Poirot nie wiedział, kim właściwie jest pan Jesmond. Nie wyjawił, czy jest powiązany z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, z Ministerstwem Spraw Zagranicznych czy też jakąś inną instytucją rządową. Działał w interesie Wspólnoty Brytyjskiej. Rubin należało odzyskać.

A Herkules Poirot, jak sugerował pan Jesmond, był człowiekiem, który mógł tego dokonać.

— Być może — zgodził się z nim detektyw. — Ale jak dotąd nie dowiedziałem się od pana zbyt wiele. Sugestie i przypuszczenia to trochę mało jak na początek śledztwa.

— Och, panie Poirot, z pewnością nie przekracza to pańskich możliwości.

— Nie zawsze moje śledztwa kończą się sukcesem.

Była to jednak tylko fałszywa skromność. Poirot przemawiał tonem, z którego wynikało jasno, że jeśli już podejmie się jakiegoś zadania, można być niemal pewnym wygranej.

— Jego Wysokość jest bardzo młody — mówił pan Jesmond. — Byłoby to bardzo smutne, gdyby na całym jego życiu zaważyła jedna nieprzemyślana decyzja.

Poirot spojrzał ze współczuciem na przygnębionego, młodego mężczyznę.

— Młodość to czas na szaleństwa — przemówił pokrzepiającym tonem. — I dla zwykłego młodego człowieka nie ma to większego znaczenia. Dobry tata zapłaci za wszystko, prawnik rodziny upora się z problemami, a młody człowiek nabierze doświadczenia, co potem wyjdzie mu tylko na dobre. Jednak pańska sytuacja wygląda znacznie gorzej. Nachodzący ślub…

— Otóż to. O to właśnie chodzi — przemówił po raz pierwszy młody człowiek. — Widzi pan, ona jest bardzo, bardzo poważna. I poważnie traktuje życie. W Cambridge ułożyła sobie różne poważne plany na przyszłość. W moim kraju ma być powszechna edukacja. Mają tam działać szkoły. Ma tam być wiele różnych rzeczy. Wszystko w imię postępu, rozumie pan, w imię demokracji. Mówi, że nie będzie już tak, jak za panowania mojego ojca. Oczywiście, wie, że będę się bawił w Londynie, ale nie oczekuje żadnego skandalu. Nie! Właśnie skandal jest tutaj problemem. Widzi pan, ten rubin jest bardzo, bardzo słynny. Ma za sobą długą, skomplikowaną historię. Mnóstwo krwi — wiele śmierci!

— Śmierci — powtórzył w zamyśleniu Herkules Poirot. Spojrzał na pana Jesmonda. — Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, prawda?

Pan Jesmond wydał z siebie dziwny dźwięk, niczym kura, która postanowiła złożyć jajko, ale potem się rozmyśliła.

— Nie, oczywiście, że nie — odparł dość sztywno. — Jestem pewien, że coś podobnego nie wchodzi w grę.

— Tego nigdy nie możemy być pewni. — Herkules Poirot westchnął. — Nie wiemy, kto ma teraz rubin, ale mogą pojawić się inni ludzie, którzy chętnie weszliby w jego posiadanie i którzy nie będą się ograniczać do prostych, niewinnych sztuczek.

— Uważam, że nie musimy posuwać się do tego rodzaju spekulacji — odpowiedział pan Jesmond jeszcze bardziej oficjalnie niż przed chwilą. — Nie przyjdzie nam z tego nic dobrego.

— Cóż, ja… — przemówił Herkules Poirot, nieoczekiwanie wracając do swojego naturalnego, francuskiego akcentu. — Ja badam wszystkie ścieżki jak politycy.

Pan Jesmond spojrzał na niego z powątpiewaniem. Wziąwszy się w garść, spytał:

— Więc mogę uznać, że sprawa jest załatwiona, panie Poirot? Pojedzie pan do Kings Lacey?

— A jak wytłumaczę swoją obecność w tym miejscu? — dopytywał Poirot.

Pan Jesmond uśmiechnął się pobłażliwie.

— To akurat nie sprawi nam najmniejszego kłopotu — odparł. — Zapewniam pana, że wszystko będzie wyglądało całkiem naturalnie. I przekona się pan, że Laceyowie są czarujący. Cudowni ludzie.

— I nie oszukiwał mnie pan, opowiadając o centralnym ogrzewaniu?

— Ależ skąd. — Pan Jesmond wydawał się dotknięty do żywego tą sugestią. — Zapewniam, że znajdzie tam pan wszelkie wygody.

— Tout confort moderne — mruknął Poirot do siebie, wracając do wspomnień. — Eh bien. — Westchnął. — Zgadzam się.

II

Temperatura w salonie w Kings Lacey sięgała komfortowych dwudziestu stopni Celsjusza, gdy Herkules Poirot siedział przy jednym z dużych, wielodzielnych okien, pochłonięty rozmową z panią Lacey. Gospodyni była zaabsorbowana robótkami ręcznymi. Nie haftowała jednak ani nie wyszywała kwiatów na jedwabiu, lecz zajmowała się tak prozaicznym zadaniem jak obszywanie ścierek do naczyń. Jednocześnie mówiła łagodnym, refleksyjnym głosem, który wydawał się Herkulesowi Poirot wręcz czarujący.

— Mam nadzieję, że spodoba się panu nasze przyjęcie bożonarodzeniowe, panie Poirot. Zapraszamy tylko rodzinę. Będzie moja wnuczka i wnuk z przyjacielem, Bridget, czyli wnuczka mojego brata, kuzynka Diana oraz David Welvyn, nasz wieloletni przyjaciel. Typowe rodzinne przyjęcie. Ale Edwina Morecombe mówiła, że właśnie coś takiego chciał pan zobaczyć. Staromodne Boże Narodzenie. Nic nie może być bardziej staromodne niż my! Rozumie pan, mój mąż żyje niemal całkowicie w przeszłości. Lubi, gdy wszystko wygląda tak, jak za czasów gdy miał dwanaście lat i przyjeżdżał tu na święta. — Uśmiechnęła się do siebie. — Te same stare rzeczy, choinka, skarpety na prezenty, zupa z ostryg, indyk — dwa indyki, jeden gotowany, drugi pieczony — pudding śliwkowy z ukrytym pierścionkiem czy guzikiem i cała reszta. Nie możemy teraz chować sześciopensówek, bo nie robią ich już z czystego srebra. Ale podajemy wszystkie tradycyjne desery, śliwki w cukrze, śliwki w syropie, migdały, rodzynki, owoce kandyzowane i imbir. Dobry Boże, brzmi to tak, jakbym czytała katalog z Fortnum & Mason!

— Narobiła mi pani apetytu, madame.

— Och, obawiam się, że jutro wieczorem wszyscy będziemy cierpieć na niestrawność — odparła pani Lacey. — W dzisiejszych czasach nie jada się już tak dużo, prawda?

Przerwały jej jakieś krzyki i salwy śmiechu dochodzące zza okna. Wyjrzała na zewnątrz.

— Nie wiem, co oni tam robią. Chyba w coś grają. Zawsze się obawiałam, że ci młodzi ludzie będą się tu nudzić na świętach. Ale okazuje się, że jest całkiem inaczej. Mój syn i córka oraz ich przyjaciele szukali różnych atrakcji na święta. Mówili, że organizowanie Bożego Narodzenia w domu to nonsens i za dużo zachodu i że lepiej wyjechać gdzieś do hotelu i na tańce. Wydaje się, że młodsze pokolenie jest jednak bardzo zadowolone. Poza tym — dodała pani Lacey rzeczowym tonem — młodzi chłopcy i dziewczęta są wiecznie głodni, prawda? Mam wrażenie, że głodzą ich w tych szkołach. Dzieci w tym wieku jedzą mniej więcej tyle co trzech silnych mężczyzn.

Poirot roześmiał się i odparł:

— To bardzo miłe ze strony pani i pani męża, madame, że zechcieliście mnie zaprosić na to rodzinne przyjęcie.

— Och, oboje jesteśmy zachwyceni — zapewniła go pani Lacey. — A jeśli Horace wyda się panu nieco opryskliwy, proszę nie zwracać na to uwagi. Taki już jest.

W rzeczywistości jej mąż, pułkownik Lacey, na wieść o przyjeździe Poirota powiedział:

— Nie mogę zrozumieć, dlaczego chcesz, żeby jakiś przeklęty cudzoziemiec psuł nam święta! Czemu nie może tu przyjechać kiedy indziej? Nie znoszę cudzoziemców! No dobra, dobra, wiem, wcisnęła nam go Edwina Morecombe. Ciekawe jestem, co to ma wspólnego z nią? Dlaczego ona nie zaprosi go do siebie na święta?

— Bo jak doskonale wiesz, Edwina zawsze jeździ do Claridge’s — odparła pani Lacey.

Mąż przeszył ją wzrokiem i spytał:

— Nie kombinujesz czegoś przypadkiem, Em?

— Kombinować coś? — Em otworzyła szeroko swoje niezwykle błękitne oczy. — Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym to robić?

Stary pułkownik Lacey zaniósł się głębokim, dudniącym śmiechem.

— Wcale bym się nie zdziwił, Em — stwierdził. — Kiedy wyglądasz najbardziej niewinnie, zwykle coś właśnie kombinujesz.

Analizując wszystkie te myśli i wspomnienia, pani Lacey mówiła dalej:

— Edwina powiedziała, że być może zdołałby pan nam pomóc… Nie wiem, jak konkretnie, ale mówiła, że pańscy przyjaciele kiedyś bardzo skorzystali na pańskiej pomocy w… w sprawie podobnej do naszej. Ja… cóż, może pan nawet nie wie, o czym mówię…

Poirot spojrzał na nią zachęcająco. Pani Lacey zbliżała się do siedemdziesiątki, trzymała się prosto jak struna, miała śnieżnobiałe włosy, różowe policzki, błękitne oczy, śmieszny nos i podbródek właściwy osobom o ogromnej determinacji.

— Jeśli będę mógł w jakikolwiek sposób pomóc, zrobię to z największą przyjemnością — odparł Poirot. — Rozumiem, że chodzi o dość niefortunną sprawę ślepego zauroczenia młodej dziewczyny.

Pani Lacey skinęła głową.

— Tak. Wydaje się trochę dziwne, że… że rozmawiam o tym z panem. W końcu jest pan zupełnie obcą nam osobą…

— I do tego cudzoziemcem — dodał Poirot ze zrozumieniem.

— Owszem — przytaknęła pani Lacey. — Ale w pewnym sensie to może ułatwia sprawę. Tak czy inaczej Edwina przypuszczała, że może pan wiedzieć coś… jak to ująć… coś przydatnego o tym młodym Desmondzie Lee­‍-Wortleyu.

Poirot milczał przez chwilę, podziwiając pomysłowość pana Jesmonda i łatwość, z jaką wykorzystał lady Morecombe do realizacji własnych celów.

— Rozumiem, że ten młody człowiek nie cieszy się najlepszą reputacją? — zaczął delikatnie.

— O nie, wcale nie! Ma bardzo złą reputację! Ale Sarze wcale to nie przeszkadzało. Nie ma sensu mówić młodym dziewczynom, że jakiś mężczyzna ma złą reputację, prawda? To tylko je zachęca.

— Ma pani całkowitą słuszność — zgodził się z nią Poirot.

— Kiedy sama byłam młoda… — kontynuowała pani Lacey. — O Boże, jak to było dawno temu! Więc kiedy sama byłam młoda, ostrzegano nas przed różnymi młodymi mężczyznami, i oczywiście tym bardziej się nimi interesowałyśmy, a jeśli udało się z takim chłopcem zatańczyć albo znaleźć z nim sam na sam w ciemnej oranżerii… — Starsza pani przerwała śmiechem. — Dlatego nie pozwalałam Horace’owi robić żadnej z tych rzeczy, które chciał robić.

— Proszę mi powiedzieć — przemówił ponownie Poirot. — Co konkretnie panią trapi?

— Nasz syn zginął na wojnie — tłumaczyła pani Lacey. — Synowa zmarła przy porodzie Sary, więc wnuczka zawsze była z nami, my ją wychowaliśmy. Być może nie robiliśmy tego mądrze, nie wiem. Ale zawsze uważaliśmy, że należy jej zostawić jak najwięcej wolności.

— Moim zdaniem to słuszne podejście — zauważył Poirot. — Trzeba iść z duchem czasów.

— Otóż to. — Pani Lacey skinęła głową. — Tak właśnie o tym myślałam. I, oczywiście, współczesne dziewczęta robią tego rodzaju rzeczy.

Poirot spojrzał na nią pytająco.

— Myślę, że ujmę to najlepiej, jeśli powiem, że wpadła w osobliwe towarzystwo. Nie chodzi na tańce, nie bywa w odpowiednich kręgach, nie chce być młodą damą i tak dalej. Ma dwa dość nieprzyjemne pokoje w Chelsea, nad rzeką, nosi te dziwne ubrania, które podobają się teraz młodzianom, a do nich czarne lub jasnozielone pończochy. Bardzo grube pończochy. Zawsze podejrzewałam, że są bardzo kłujące… Do tego nie myje ani nie czesze włosów.

— Ça, c’est tout a fait naturel — powiedział Poirot. — Taka teraz panuje moda. Wyrastają z tego.

— Tak, wiem. — Pani Lacey skinęła głową. — Tym akurat niespecjalnie się martwię. Ale widzi pan, Sarah zadurzyła się w tym Desmondzie Lee­‍-Wortleyu, a on ma naprawdę bardzo nieciekawą reputację. Żyje kosztem zamożnych dziewczyn. Wydaje się, że wszystkie po prostu szaleją na jego punkcie. Niewiele brakowało, a ożeniłby się z córką Hope’ów, ale jej rodzina zablokowała jakoś taką możliwość. To samo oczywiście chce zrobić Horace. Mówi, że musi tak postąpić, żeby ją ochronić. Ale nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł, panie Poirot. Boję się, że wtedy po prostu uciekną razem do Szkocji albo Irlandii, albo Argentyny, albo jeszcze gdzie indziej, i albo się tam pobiorą, albo będą żyć bez ślubu. I choć może to zostać uznane za niestosowanie się do nakazu sądu, w sumie nie będzie to żadne rozwiązanie, prawda? Szczególnie jeśli się okaże, że spodziewają się dziecka. Wtedy trzeba ustąpić i pozwolić, żeby się pobrali. Ale potem, prawie zawsze, jak mi się wydaje, po dwóch albo trzech latach dochodzi do rozwodu. Wtedy dziewczyna wraca do domu i zwykle, po roku czy dwóch, wychodzi za kogoś tak miłego, że niemal nudnego, i statkuje się. Wydaje mi się, że to jest szczególnie smutne, gdy w to wszystko wplątane jest dziecko, bo ojczym, choćby najmilszy, nigdy nie zastąpi do końca prawdziwego ojca. Myślę, że byłoby znacznie lepiej, gdyby postępowano tak, jak za czasów naszej młodości. To znaczy, pierwszy młody mężczyzna, w którym się zakochiwałyśmy, zawsze był kimś nieodpowiednim. Pamiętam, że zadurzyłam się po uszy w pewnym młodzieńcu… jak on się nazywał?… Jakież to dziwne, że w ogóle nie pamiętam, jak miał na imię! Pamiętam tylko nazwisko, Tibbitt. Młody Tibbitt. Oczywiście mój tata właściwie zabronił mu pokazywać się w naszym domu, ale bywał na tych samych balach i przyjęciach co ja, a wtedy tańczyliśmy ze sobą. Czasami też uciekaliśmy i siedzieliśmy razem, albo też nasi przyjaciele organizowali pikniki, na które chodziliśmy oboje. Oczywiście wszystko to było bardzo ekscytujące i zakazane, więc tym bardziej nam się podobało. Ale nie posuwałyśmy się tak daleko, jak współczesne dziewczęta. I tak, po jakimś czasie, pan Tibbitt odchodził w niepamięć. I wie pan co? Kiedy zobaczyłam go cztery lata później, nie mogłam zrozumieć, co ja w nim widziałam! Wydawał mi się okropnie nudny. Bufoński. Nie dało się z nim porozmawiać na żaden interesujący temat.

— Człowiekowi zawsze się wydaje, że świat w czasach jego młodości był lepszy — stwierdził Poirot nieco sentencjonalnie.

— Wiem. — Pani Lacey westchnęła. — To nużące, prawda? Nie chcę pana nużyć. Ale nie chcę też, żeby Sarah, która jest naprawdę kochaną dziewczyną, wychodziła za Desmonda Lee­‍-Wortleya. Zawsze ogromnie się lubiła i przyjaźniła Davidem Welvynem, który też przyjechał tu na święta, i mieliśmy nadzieję, Horace i ja, że pobiorą się, kiedy dorosną. Ale oczywiście teraz ona uważa go za nudziarza i nie widzi świata poza Desmondem.

— Chyba nie całkiem rozumiem — powiedział Poirot. — Ten Desmond Lee­‍-Wortley jest teraz tutaj, w państwa domu?

— To moja sprawka — przyznała pani Lacey. — Horace nie chciał go tutaj widzieć i tak dalej. Oczywiście w czasach Horace’a ojciec albo opiekun odwiedziłby tego młodego człowieka z biczem w dłoni! Horace był za tym, żeby nie wpuszczać tego młodzieńca do domu, a Sarze zabronić się z nim widywać. Powiedziałam mu, że to całkiem chybione podejście. „Nie”, mówiłam. „Zaproś go tutaj. Spędzi z nami Boże Narodzenie”. Oczywiście mój mąż uznał, że oszalałam! Ale ja odpowiedziałam wtedy: „Mój drogi, przynajmniej spróbujmy. Niech Sarah zobaczy go w naszym domu i w naszej rodzinnej atmosferze. Będziemy dla niego bardzo mili i uprzejmi, a wtedy może wyda jej się mniej interesujący!”

— Myślę, że rzeczywiście coś w tym jest, jak to mówią — zauważył Poirot. — Moim zdaniem pani punkt widzenia jest bardzo mądry. Mądrzejszy niż podejście pani męża.

— Cóż, mam nadzieję, że tak jest w istocie — odparła pani Lacey z powątpiewaniem. — Jak dotąd nie zauważyłam żadnych rezultatów. Ale oczywiście on jest tutaj zaledwie od kilku dni. — Nagle w jej pomarszczonym policzku pojawił się mały dołek. — Coś panu wyznam, panie Poirot. Sama nie potrafię się do końca oprzeć jego urokowi. Nie chodzi o to, że naprawdę, świadomie go lubię, ale wyczuwam ten czar. O tak, rozumiem, co Sarah w nim widzi. Z drugiej strony mam już wystarczająco dużo lat i doświadczenia, by wiedzieć, że to nie jest odpowiedni mężczyzna dla Sary. Choć dobrze się czuję w jego towarzystwie. Muszę też przyznać… — kontynuowała pani Lacey, niemal ze smutkiem, — … że ma też pewne zalety. Spytał, czy może przywieźć tu swoją siostrę. Miała niedawno operację i przebywała w szpitalu. Powiedział, że będzie jej bardzo smutno, jeśli spędzi te święta w domu opieki, i zastanawiał się, czy nie sprawi nam to dużego problemu, jeśli sprowadzi ją tutaj ze sobą. Obiecywał, że będzie jej zanosił wszystkie posiłki do pokoju i tak dalej. Cóż, wydaje mi się, że to jednak dość miłe z jego strony, nie uważa pan, panie Poirot?

— Tak, to wyraz szczerej troski — odparł Poirot w zamyśleniu. — Co wydaje się niemal nienaturalne w jego wypadku.

— Och, sama nie wiem. Można kochać swoją rodzinę, a jednocześnie bez skrupułów wykorzystywać bogate dziewczyny. A Sarah będzie bardzo bogata, nie tylko dzięki temu, co jej zostawimy — w gruncie rzeczy nie będzie tego tak dużo, bo większość pieniędzy trafi wraz z posiadłością do Colina, mojego wnuka. Ale jej matka była bardzo bogatą kobietą, a Sarah przejmie cały jej majątek, gdy skończy dwadzieścia jeden lat. Teraz ma dwadzieścia. A wracając do Desmonda, to moim zdaniem naprawdę niezmiernie miłe z jego strony, że zatroszczył się o swoją siostrę. Nie udawał przy tym, że to ktoś cudowny, wyjątkowy czy coś w tym rodzaju. Z tego co wiem, ta dziewczyna jest stenotypistką, pracuje jako sekretarka w Londynie. Desmond dotrzymał słowa i rzeczywiście nosi jej jedzenie na górę. Nie zawsze, oczywiście, ale dość często. Więc myślę, że ma swoje zalety. Ale tak czy inaczej — dodała pani Lacey stanowczym tonem — nie chcę, żeby Sarah za niego wychodziła.

— Z tego co słyszałem, byłaby to rzeczywiście katastrofa — odparł Herkules Poirot.

— Myśli pan, że mógłby nam jakoś pomóc? — zapytała starsza dama.

— Myślę, że to możliwe, tak. — Herkules Poirot skinął głową. — Ale nie chcę obiecywać zbyt wiele. Bo Desmondowie Lee­‍-Wortleyowie tego świata są sprytni, madame. Ale proszę nie rozpaczać. Może da się coś zrobić. Tak czy inaczej, ja dołożę wszelkich starań, by to załatwić, choćby z wdzięczności za to, że byli państwo tak uprzejmi i zaprosili mnie na te świąteczne uroczystości. — Poirot rozejrzał się dokoła. — A teraz chyba nie tak łatwo urządzić prawdziwe święta.

— W rzeczy samej, niełatwo. — Pani Lacey westchnęła. Pochyliła się do przodu. — Wie pan, panie Poirot, o czym naprawdę marzę? Co bardzo chciałabym mieć?

— Proszę mi powiedzieć, madame.

— Chciałabym mieć mały, nowoczesny bungalow. Nie, może nie bungalow, ale mały, nowoczesny i łatwy w utrzymaniu dom, zbudowany gdzieś tutaj w parku. Z nowoczesną kuchnią i bez długich korytarzy. Wszystko proste i łatwe. Tak właśnie chciałabym mieszkać.

— To bardzo praktyczne rozwiązanie, madame.

— Praktyczne, ale nierealne. — Pani Lacey westchnęła. — Mój mąż uwielbia to miejsce. I uwielbia w nim mieszkać. Nie przeszkadzają mu różne drobne niedogodności, a nie ścierpiałby, po prostu nie ścierpiałby mieszkania w małym, nowoczesnym domu w parku!

— Więc poświęca się pani, by spełniać jego życzenia?

Pani Lacey wyprostowała się dumnie.

— Nie uważam tego za poświęcenie, panie Poirot — odparła. — Wyszłam za mojego męża, pragnąc uczynić go szczęśliwym. Przez wszystkie te lata był dla mnie dobrym człowiekiem i mężem, dbał, bym i ja była szczęśliwa, więc chcę dawać mu szczęście.

— I dlatego będzie pani nadal mieszkać tutaj — dodał Poirot.

— Nie jest tu znów tak bardzo niewygodnie — zauważyła pani Lacey.

— Ależ skąd — zapewnił ją pospiesznie pan Poirot. — Wręcz przeciwnie, jest bardzo wygodnie. Centralne ogrzewanie i ciepła woda są doskonałe.

— Wydaliśmy mnóstwo pieniędzy, żeby nie brakowało tu wygód — odpowiedziała pani Lacey. — Udało nam się sprzedać trochę ziemi. Gotowej pod zabudowę, jak to mówią. Na szczęście w miejscu niewidocznym z tego domu, po drugiej stronie parku. Moim zdaniem to raczej brzydka okolica, bez ładnych widoków, ale dostaliśmy za to bardzo dobrą cenę. Dzięki temu mogliśmy wprowadzić tyle udogodnień, ile tylko się dało.

— A co ze służbą, madame?

— Och, to prostsze niż można by się spodziewać. Oczywiście trudno oczekiwać takiej obsługi jak niegdyś. Pracują tu różni ludzie z pobliskiej wioski. Dwie kobiety przychodzą rano, dwie inne gotują i zmywają, jeszcze inne zjawiają się wieczorem. Nie brakuje chętnych do pracy, nawet na kilka godzin dziennie. Oczywiście w samo Boże Narodzenie wygląda to znacznie lepiej. Co roku na święta przyjeżdża moja kochana pani Ross. To cudowna kucharka, naprawdę pierwsza klasa. Jakieś dziesięć lat temu przeszła na emeryturę, ale zawsze nam pomaga, gdy jest taka potrzeba. No i oczywiście możemy też liczyć na naszego drogiego Peverella.

— To państwa kamerdyner?

— Tak. On też dawno już przeszedł na emeryturę i mieszka w małym domku niedaleko stróżówki, ale wciąż jest nam bardzo oddany i koniecznie chce nam usługiwać podczas Bożego Narodzenia. Prawdę mówiąc, trochę mnie to przeraża, panie Poirot, bo to słaby i kruchy staruszek, a ja jestem niemal pewna, że jeśli tylko podniesie coś ciężkiego, zaraz to upuści. Naprawdę, człowiek się męczy od samego patrzenia na tego biedaka. Ma też słabe serce i obawiam się, że kiedyś je przeciąży. Ale zraniłabym jego uczucia, gdybym nie pozwoliła mu przyjść. Chrząka i parska z dezaprobatą, gdy widzi, w jakim stanie są nasze srebra, ale wystarczy, że pobędzie tu trzy dni, a wszystko znów wygląda jak należy. Tak. To kochany i wierny przyjaciel. — Uśmiechnęła się do Poirota. — Jak pan widzi, wszyscy jesteśmy przygotowani na szczęśliwe święta. I białe — dodała, wyglądając za okno. — Widzi pan? Zaczyna padać śnieg. Ach, dzieci wracają do środka. Musi pan je poznać, panie Poirot.

Poirot został przedstawiony młodzieży z zachowaniem należytych konwenansów. Najpierw poznał Colina i Michaela, wnuka państwa Laceyów i jego przyjaciela, miłych, piętnastoletnich uczniaków, bruneta i blondyna. Później zapoznał się z ich kuzynką Bridget, czarnowłosą, pełną energii dziewczyną mniej więcej w tym samym wieku co chłopcy.

— A to jest moja wnuczka Sarah — oznajmiła pani Lacey.

Poirot spojrzał z zainteresowaniem na Sarę, atrakcyjną młodą kobietę o gęstej, rudej czuprynie. Zachowywała się trochę nerwowo i odrobinę wyzywająco, ale traktowała swoją babcię z ogromną czułością.

— A to jest pan Lee­‍-Wortley.

Pan Lee­‍-Wortley był ubrany w gruby sweter i obcisłe czarne dżinsy; miał dość długie włosy i przypuszczalnie nie golił się tego ranka. Całkiem inaczej prezentował się David Welvyn, młodzieniec spokojny i budzący zaufanie, obdarzony miłym uśmiechem i z pewnością bardzo chętnie korzystający z wody i mydła. W grupie młodych ludzi znalazła się jeszcze ładna, dość ożywiona dziewczyna, którą przedstawiono jako Dianę Middleton.

Podano herbatę, a wraz z nią różnego rodzaju ciastka, ciasta i kanapki. Młodsi członkowie grupy bardzo sobie chwalili ten poczęstunek. Jako ostatni zjawił się pułkownik Lacey, który przemówił niezobowiązującym tonem:

— Ejże, herbata? Och tak, herbata.

Przyjął filiżankę herbaty z rąk swojej żony, poczęstował się dwoma rogalikami, zerknął z niechęcią na Desmonda Lee­‍-Wortleya i usiadł jak najdalej od niego. Był potężnym mężczyzną o krzaczastych brwiach i czerwonej, ogorzałej twarzy. Na pierwszy rzut oka przypominał raczej farmera niż pana na włościach.

— Zaczęło śnieżyć — zauważył. — Wygląda na to, że jednak będziemy mieli prawdziwe białe święta.

Po herbacie goście się rozeszli.

— Teraz pewnie pójdą się bawić swoimi magnetofonami — zwróciła się pani Lacey do Poirota, spoglądając z pobłażliwością na wnuka, gdy ten wychodził z pokoju. Jej słowa zabrzmiały tak, jakby w rzeczywistości powiedziała: „Dzieci będą się teraz bawić ołowianymi żołnierzykami”.

— Doskonale znają się na technice — dodała. — Trzeba przyznać, że to imponujące.

Jednak chłopcy i Bridget postanowili pospacerować wokół jeziora i sprawdzić, czy lód jest dość gruby, by dało się jeździć po nim na łyżwach.

— Myślałem, że pojeździmy tutaj już dziś rano — mówił Colin. — Ale stary Hodgkins się nie zgodził. Zawsze jest strasznie ostrożny.

— Chodźmy na spacer, Davidzie — powiedziała Diana Middleton cicho.

David zawahał się na moment, wpatrzony w rudą głowę Sary. Stała obok Desmonda Lee­‍-Wortleya, trzymała dłoń na jego ramieniu i patrzyła w jego twarz.

— Dobrze — odpowiedział w końcu David Welvyn. — Chodźmy.

Diana wsunęła dłoń pod jego ramię, po czym oboje ruszyli do drzwi prowadzących do ogrodu.

— Może my też pospacerujemy, Desmondzie? — zaproponowała Sarah. — W domu jest okropnie duszno.

— A komu by się chciało spacerować? — parsknął Desmond. — Wyprowadzę samochód z garażu. Pojedziemy do Cętkowanego Dzika i napijemy się.

Sarah zawahała się na chwilę, po czym odparła:

— Może wybierzemy się raczej do Market Ledbury, do Białego Rogacza? Tam jest znacznie przyjemniej.

Choć za nic w świecie nie wyraziłaby tego wprost, sama myśl o wyprawie do miejscowego pubu w towarzystwie Desmonda budziła w niej odrazę. Coś podobnego nie należało do tradycji Kings Lacey. Kobiety z tego majątku nigdy nie bywały w Cętkowanym Dziku. Sarah czuła podskórnie, że wybierając się do tego miejsca, zawiodłaby pułkownika Laceya i jego żonę. „A niby czemu nie?” — powiedziałby zapewne Desmond Lee­‍-Wortley. Sarah pomyślała z irytacją, że powinien doskonale wiedzieć, czemu nie! Po prostu nie denerwuje się takich kochanych staruszków jak dziadek i Em, jeśli nie jest to konieczne. Są dla niej naprawdę przemili, pozwalając jej prowadzić takie życie, jakiego pragnie, i choć nie rozumieją w najmniejszym stopniu, dlaczego postanowiła to robić, akceptują jej wybory bez zastrzeżeń. Oczywiście wszystko to było zasługą Em. Dziadek z pewnością próbowałby wybić jej to z głowy.

Sarah nie miała żadnych złudzeń co do poglądów swojego dziadka. To nie dzięki niemu zaproszono Desmonda do Kings Lacey. Stała za tym Em, cudowna, zawsze kochająca Em.

Kiedy Desmond poszedł po samochód, Sarah ponownie zajrzała do salonu.

— Jedziemy do Market Ledbury — oznajmiła. — Pomyśleliśmy, że wybierzemy się na drinka do Białego Rogacza.

W jej pobrzmiewała z lekka wyzywająca nuta, wydawało się jednak, że pani Lacey tego nie zauważyła.

— Cóż, kochanie — odparła. — Z pewnością będziecie się świetnie bawić. David i Diana wybrali się na spacer, jak widzę. Bardzo mnie to cieszy. Uważam, że miałam naprawdę świetny pomysł, zapraszając tu Dianę. To bardzo smutne, gdy dziewczyna zostaje wdową w tak młodym wieku — zaledwie dwudziestu dwóch lat — i mam nadzieję, że wkrótce ponownie wyjdzie za mąż.

Sarah przyjrzała się uważniej babci.

— Co ty knujesz, Em?

— To taki mój mały spisek — odparła pani Lacey radości. — Uważam, że to świetna partia dla Davida. Oczywiście wiem, że był po uszy zakochany w tobie, kochana Saro, ale ty nie chciałaś o tym słyszeć, zrozumiałam więc, że nie jest w twoim typie. Ale nie chcę, żeby wciąż był nieszczęśliwy, i sądzę, że Diana przypadnie mu do gustu.

— Prawdziwa swatka z ciebie, Em. — Sarah pokręciła głową.

— Wiem — przytaknęła pani Lacey. — Stare kobiety zawsze bawią się w swatki. Wydaje mi się, że Diana już bardzo go polubiła. Nie uważasz, że doskonale do niego pasuje?

— Prawdę mówiąc, nie za bardzo — odpowiedziała Sarah. — Myślę, że Diana jest zdecydowanie zbyt… uczuciowa, zbyt poważna. Myślę, że David będzie się okropnie nudził, jeśli zostanie jej mężem.

— Cóż, zobaczymy. — Pani Lacey westchnęła. — Bo tak czy inaczej, ty go nie chcesz, prawda, moja droga?

— W rzeczy samej, nie — odpowiedziała Sarah, bardzo szybko. Potem, równie pospiesznie, dodała: — Ale lubisz Desmonda, prawda, Em?

— Bez wątpienia jest bardzo miły — odparła pani Lacey.

— Dziadek go nie lubi — zauważyła Sarah.

— Cóż, trudno się spodziewać, że od razu go polubi — stwierdziła rzeczowo pani Lacey. — Ale przypuszczam, że zmieni zdanie, kiedy już pogodzi się z tą myślą. Nie wolno ci go poganiać, Saro. Starsi ludzie potrzebują dużo czasu na takie zmiany, a twój dziadek jest dość uparty.

— Nie obchodzi mnie, co myśli czy mówi dziadek — oznajmiła Sarah buńczucznie. — Wyjdę za Desmonda, kiedy tylko zechcę!

— Wiem, kochanie, wiem. Ale spróbuj podejść do tego bardziej realistycznie. Dziadek mógłby ci narobić sporo problemów. Nie skończyłaś jeszcze dwudziestu jeden lat. Za rok rzeczywiście będziesz mogła robić, co tylko zechcesz. Myślę, że do tego czasu Horace już dawno przywyknie do myśli o twoim zamążpójściu.

— Jesteś po mojej stronie, prawda, kochana? — Sarah objęła swoją babcię za szyję i ucałowała ją czule.

— Chcę, żebyś była szczęśliwa — odpowiedziała pani Lacey. — Ach! Twój wybranek już przyprowadził samochód. Wiesz, podobają mi się te bardzo obcisłe spodnie, które noszą teraz młodzi mężczyźni. Wyglądają bardzo elegancko, choć niestety podkreślają też wyraźnie koślawość kolan.

„Rzeczywiście” — pomyślała Sarah. Desmond miał koślawe kolana, choć do tej pory nie zwróciła na to uwagi…

— Śmiało, kochana, jedźcie i bawcie się dobrze — powiedziała pani Lacey.

Odprowadziła ją wzrokiem do samochodu, potem zaś, przypomniawszy sobie o zagranicznym gościu, przeszła do biblioteki. Zajrzawszy tam, przekonała się jednak, że Herkules Poirot smacznie drzemie, uśmiechnęła się więc do siebie i skierowała kroki do kuchni, by tam odbyć naradę z panią Ross.

— Chodź, piękna — powiedział Desmond do Sary. — Rodzina suszy ci głowę, bo jedziesz do pubu? Ci ludzie naprawdę są zacofani, co?

— Ależ skąd, nie robili mi żadnych wyrzutów — odparła ostro Sarah, wsiadając do auta.

— Skąd ten pomysł, żeby zapraszać tego cudzoziemca? To detektyw, prawda? Czym miałby się tu zajmować?

— Och, nie przyjechał tu pracować — odrzekła Sarah. — Edwina Morecombe, moja matka chrzestna, poprosiła, żebyśmy go ugościli. Wydaje mi się, że już dawno przeszedł na emeryturę.

— To brzmi tak, jakbyś mówiła o starym, zmęczonym koniu dorożkarskim — zauważył Desmond.

— Zdaje się, że chciał po prostu zobaczyć tradycyjne, angielskie święta — dorzuciła Sarah.

Desmond roześmiał się pogardliwie.

— Toż to nudne jak flaki z olejem — parsknął. — Nie wiem, jak w ogóle możesz to znieść.

Sarah odrzuciła do tyłu swoje rude włosy i uniosła dumnie brodę.

— A ja to właśnie lubię! — oznajmiła wyzywająco.

— Nie wierzę, baby. Dajmy sobie z tym spokój. Wyjedźmy jutro do Scarborough albo gdzie indziej.

— Nie mogłabym tego zrobić.

— Dlaczego nie?

— Zraniłabym ich uczucia.

— Och, brednie! Wiesz, że tak naprawdę nie cierpisz tych dziecinnych sentymentalnych bzdur.

— Cóż, może i nie, ale… — Sarah umilkła. Uświadomiła sobie z poczuciem winy, że bardzo się cieszy na Boże Narodzenie. Uwielbiała to tradycyjne świętowanie, choć wstydziła się do tego przyznać Desmondowi. Boże Narodzenie i życie rodzinne z pewnością nie mieściły się w kanonie młodzieżowej mody. Przez moment żałowała, że Desmond przyjechał tu właśnie w czasie świąt. Właściwie żałowała niemal, że w ogóle tu przyjechał. Znacznie przyjemniej spędzało się z nim czas w Londynie niż tutaj.

Tymczasem chłopcy i Bridget wracali znad jeziora, wciąż dyskutując z powagą o problemach związanych z jazdą na łyżwach. Z nieba spadały na razie pojedyncze płatki śniegu, wystarczyło jednak spojrzeć na chmury, by zrozumieć, że wkrótce rozpada się na dobre.

— Będzie śnieżyło przez całą noc — stwierdził Colin. — Mogę się założyć, że do jutra rana napada parę ładnych stóp śniegu.

Wszyscy uznali, że to bardzo przyjemna perspektywa.

— Ulepmy bałwana — zaproponował Michael.

— Dobry Boże — powiedział Colin. — Nie lepiłem bałwana od… odkąd miałem około czterech lat.

— Nie wydaje mi się wcale, żeby to było takie łatwe — przemówiła Bridget. — Trzeba wiedzieć, jak się do tego zabrać.

— Moglibyśmy ulepić posąg pana Poirota — podsunął Colin. — Przyczepić mu sztuczne wąsy. Chyba są jakieś w pudle z kostiumami.

— Nie bardzo rozumiem, jak pan Poirot mógł kiedykolwiek być detektywem — stwierdził Michael w zamyśleniu. — Po prostu nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek był w stanie przebrać się za kogoś innego.

— Rozumiem to. — Bridget pokiwała głową. — I trudno sobie wyobrazić, jak biega z mikroskopem, szukając jakichś tropów, albo mierzy ślady stóp.

— Mam pomysł — odezwał się ponownie Colin. — Odegrajmy specjalnie dla niego małe przedstawienie!

— Co masz na myśli? — zdziwiła się Bridget.

— Zaaranżujmy dla niego morderstwo.

— Cudowny pomysł — zapaliła się Bridget. — Masz na myśli ciało w śniegu czy coś w tym rodzaju?

— Tak. Poczułby się wtedy jak u siebie, prawda?

Bridget zachichotała.

— Nie wiem, czy posunęłabym się aż tak daleko.

— Jeśli spadnie śnieg — kontynuował Colin — będziemy mieli idealne warunki. Ciało i ślady stóp — trzeba to będzie dobrze przemyśleć, wybrać któryś ze sztyletów dziadka i przygotować sztuczną krew.

Przystanęli i, nie zważając na coraz gęstszy śnieg, wdali się w ożywioną dyskusję.

— W starej sali lekcyjnej są farby. Moglibyśmy rozrobić trochę karmazynowej.

— Moim zdaniem karmazynowa będzie za jasna — sprzeciwiła się Bridget. — Powinna być bardziej brązowa.

— Kto odegra ciało zmarłego? — spytał Michael.

— Ja — zgłosiła się szybko Bridget.

— Och, daj spokój — zaprotestował Colin. — Ja chciałem być trupem.

— Nie, nie, nie. — Bridget pokręciła głową. — To muszę być ja. Bo to musi być dziewczyna. Wtedy całość nabierze wyrazu. Piękna dziewczyna leżąca bez życia na śniegu.

— Piękna dziewczyna! Aha… — mruknął Michael drwiąco.

— Poza tym mam czarne włosy — dodała Bridget.

— A jakie to ma znaczenie?

— Czarne włosy kontrastują ze śniegiem, do tego założę jeszcze moją czerwoną piżamę.

— Jeśli włożysz czerwoną piżamę, nie będzie widać plam krwi — zauważył rozsądnie Michael.

— Ale wyglądałaby bardzo dramatycznie na śniegu — broniła swojego pomysłu Bridget. — Poza tym ma białe wyłogi, więc krew mogłaby być na nich. Och, czy to nie byłoby wspaniałe? Myślicie, że naprawdę da się nabrać?

— Owszem, jeśli dobrze to przygotujemy — odrzekł Michael. — Na śniegu zostaną tylko twoje ślady oraz ślady drugiej osoby, które potem będą wracać do domu, męskie, oczywiście. Nie będzie chciał ich zadeptać, więc nie zorientuje się, że żyjesz. A nie sądzicie… — Michael przerwał, tknięty nagłą myślą. Pozostali spojrzeli na niego pytająco. — Nie sądzicie, że go to zdenerwuje?

— Och, nie wydaje mi się — odparła Bridget z optymizmem. — Na pewno zrozumie, że zrobiliśmy to tylko po to, by go rozbawić. Coś w rodzaju bożonarodzeniowego smakołyku.

— Moim zdaniem nie powinniśmy tego robić w samo Boże Narodzenie — stwierdził Colin z namysłem. — Dziadkowi raczej by się to nie spodobało.

— Więc na następny dzień, Boxing Day — zaproponowała Bridget.

— Tak, Boxing Day byłby w sam raz — zgodził się Michael.

— Dzięki temu będziemy też mieli więcej czasu — kontynuowała Bridget. — Musimy przecież przygotować sporo rzeczy. Chodźmy do środka i sprawdźmy, czy mamy wszystkie rekwizyty.

III

To był pracowity wieczór. Przyniesiono ostrokrzew i jemiołę, w kącie salonu ustawiono też choinkę. Wszyscy pomagali ją ubierać, zatykać gałązki ostrokrzewu za obrazami i wieszać jemiołę w dogodnych miejscach w holu.

— Nie miałem pojęcia, że praktykuje się jeszcze takie archaiczne zwyczaje — mruknął Desmond do Sary, uśmiechając się drwiąco.

— Zawsze to robiliśmy — broniła się Sarah.

— Też mi powód!

— Och, nie nudź, Desmondzie. Mnie to bawi.

— Sarah, kochanie, nie wierzę!

— Cóż, może nie do końca… ale w pewnym sensie.

— Kto się odważy zmierzyć ze śniegiem i pójdzie na pasterkę? — spytała pani Lacey na dziesięć minut przed północą.

— Nie ja — odburknął Desmond. — Chodź, Saro.

Położywszy dłoń na ramieniu dziewczyny, skierował ją do biblioteki i podszedł do skrzynki z płytami.

— Wszystko ma swoje granice — mówił. — Msza o północy!

— Tak. — Sarah skinęła głową. — O tak.

Tymczasem większość pozostałych gości, przekrzykując się i śmiejąc głośno, wkładała już płaszcze i buty. Dwaj chłopcy, Bridget, David oraz Diana wyruszyli do odległego o dziesięć minut drogi kościoła. Po chwili ich śmiech ucichł w oddali.

— Pasterka! — parsknął pułkownik Lacey. — Kiedy byłem młody, nigdy nie chodziłem na mszę o północy. Zresztą co to za msza! Wymysł papistów i tyle! Och, najmocniej przepraszam, panie Poirot.

Poirot machnął ręką.

— Nic się nie stało. Proszę się mną nie przejmować.

— Moim zdaniem jutrznia jest wystarczająco dobra dla wszystkich — kontynuował pułkownik. — Porządne, poranne nabożeństwo i głośne śpiewanie kolęd, ot co. A potem obiad bożonarodzeniowy. Dobrze mówię, prawda, Em?

— Tak, kochanie — odparła pani Lacey. — My tak robimy. Ale młodzi lubią tę nocną mszę. I to naprawdę miłe, że chce im się na nią iść.

— Sarah i ten facet nie chcą.

— Cóż, kochanie, myślę, że nie masz racji — zauważyła pani Lacey. — Sarah chciała iść, ale wolała tego nie mówić.

— Nie rozumiem, dlaczego obchodzi ją zdanie tego faceta.

— Jest jeszcze bardzo młoda — tłumaczyła spokojnie gospodyni. — Idzie pan spać, panie Poirot? Dobrej nocy. Mam nadzieję, że się pan wyśpi.

— A pani, madame? Nie kładzie się pani jeszcze do łóżka?

— Jeszcze nie — odparła pani Lacey. — Muszę jeszcze napełnić skarpety prezentami. Och, wiem, że oni wszyscy są już prawie dorośli, ale lubią ten zwyczaj. Tak naprawdę wkładamy tam tylko jakieś śmieszne drobiazgi, ale wszyscy świetnie się przy tym bawią.

— Naprawdę bardzo się pani stara, żeby wszyscy czuli się w święta szczęśliwi — zauważył Poirot. — Podziwiam panią.

Podniósł dłoń do ust w dwornym geście.

— Hm… — mruknął pułkownik Lacey, gdy Poirot już wyszedł. — Szarmancki typ. Ale docenia cię.

Pani Lacey uśmiechnęła się do niego.

— Zauważyłeś, Horace, że stoję pod jemiołą? — spytała zalotnie, niczym dziewiętnastolatka.

Tymczasem Herkules Poirot wszedł właśnie do swojej sypialni. Był to duży pokój wyposażony w kilka grzejników. Gdy zbliżył się do dużego łóżka z czterema ozdobnymi słupkami, zauważył kopertę leżącą na jego poduszce. Otworzył ją i wyjął kartkę, na której widniały zapisane wielkimi literami — i wyraźnie drżącą ręką — słowa:

NIE JEDZ PUDDINGU ŚLIWKOWEGO.

ŻYCZLIWY

Herkules Poirot przez chwilę wpatrywał się ze zdumieniem w wiadomość, unosząc wysoko brwi.

— Tajemnicze — mruknął w końcu. — I całkiem niespodziewane.

IV

Obiad bożonarodzeniowy, który zaczął się o drugiej po południu, był prawdziwą ucztą. W kominku wypełnionymi wielkimi polanami trzaskał wesoło ogień, zagłuszany wesołymi rozmowami biesiadników. Zjedzono zupę z ostrygami i dwa ogromne indyki, z których pozostały jedynie nagie kości. W końcu nastąpił długo wyczekiwany moment — podano świąteczny pudding! Stary Peverell, choć zgięty pod ciężarem ponad osiemdziesięciu lat, nie pozwolił, by ktokolwiek pomógł mu wnieść ten przysmak. Pani Lacey siedziała nieruchomo, zaciskając nerwowo dłonie. Była pewna, że wcześniej czy później nadejdą takie święta, podczas których stary kamerdyner padnie martwy w drodze do stołu. Świadoma, że albo musi podjąć takie właśnie ryzyko, albo zranić uczucia Peverella do tego stopnia, że sam wolałby raczej umrzeć, wybierała na razie to pierwsze rozwiązanie. Pudding pysznił się i połyskiwał na srebrnej tacy. Większy od piłki futbolowej, z gałązką ostrokrzewu niczym triumfalną flagą zatkniętą na szczycie i otoczony czerwono­‍-niebieskimi płomieniami, budził powszechny zachwyt, witano go więc okrzykami radości i podziwu.

Pani Lacey pozwoliła sobie na jedną rzecz; wymogła na Peverellu, by postawił naczynie przed nią, dzięki czemu mogła sama rozdawać gotowe porcje, zamiast przekazywać pudding kolejnym gościom. Odetchnęła dyskretnie z ulgą, gdy taca bezpiecznie spoczęła przed nią na stole. Szybko rozdano gościom talerze, na których spoczywały kawałki puddingu, wciąż lizane płomieniami.

— Proszę pomyśleć życzenie, panie Poirot — zawołała Bridget. — Szybko, zanim ogień zgaśnie.

Pani Lacey odchyliła się na oparcie krzesła, wzdychając z zadowoleniem. Operacja Pudding zakończyła się sukcesem. Każdy miał przed sobą talerz z solidną porcją, którą wciąż otaczał wianuszek płomieni. Przy stole zapadła na chwilę cisza, gdy wszyscy obecni wymyślali życzenie.

Nikt nie zauważył, że pan Poirot wpatruje się w swój pudding z dość osobliwą miną. „PROSZĘNIEJEŚĆPUDDINGUŚLIWKOWEGO”. Co miało oznaczać to złowieszcze ostrzeżenie? Przecież ta porcja nie różniła się niczym od porcji pozostałych biesiadników! Przyznając z westchnieniem przed sobą samym, że nie zna rozwiązania tej zagadki — a Herkules Poirot nigdy nie lubił przyznawać się do porażki — sięgnął po łyżkę i widelec.

— Trochę sosu, panie Poirot?

Poirot chętnie nabrał sobie słodkiego sosu z dodatkiem alkoholu.

— Znów dobrałyście się do mojej najlepszej brandy, co Em? — spytał pułkownik z drugiej strony stołu, uśmiechając się dobrotliwie. Pani Lacey puściła do niego oko.

— Pani Ross wymaga najlepszej brandy, kochanie — odpowiedziała. — Twierdzi, że to najważniejszy składnik sosu.

— Cóż… — Pułkownik Lacey westchnął. — Boże Narodzenie jest tylko raz w roku, a pani Ross to wspaniała kobieta. I wspaniała kucharka.

— W rzeczy samej — potwierdził Colin. — Wyśmienity pudding śliwkowy. Mmm… — mruknął z rozkoszą, napełniając usta kolejnym kęsem.

Powoli, niemal ostrożnie, Herkules Poirot przystąpił do konsumpcji swojej porcji. Zjadł pierwszy kęs. Był pyszny! Sięgnął po następny. Coś zabrzęczało cicho na jego talerzu. Zaczął przeszukiwać pudding widelcem. Bridget, która siedziała po jego lewej ręce, przyszła mu z pomocą.

— Ma pan tu coś, panie Poirot — powiedziała. — Ciekawe, co to takiego.

Poirot wydobył spośród rodzynków mały srebrny przedmiot.

— Och! — zawołała Bridget. — To guzik kawalera! Pan Poirot znalazł guzik kawalera!

Herkules Poirot włożył guzik do szklanki z wodą stojącej obok jego talerza i obmył go z puddingu.

— Jest bardzo ładny — zauważył.

— To oznacza, że będzie pan kawalerem, panie Poirot — wyjaśnił Colin usłużnie.

— Cóż, tego właśnie należy się spodziewać — odparł z powagą Poirot. — Jestem kawalerem już od wielu długich lat i nie sądzę, bym kiedykolwiek zmienił ten status.

— Och, tego nigdy nie można być pewnym — wtrącił Michael. — Widziałem w gazecie, że jakiś dziewięćdziesięciopięciolatek ożenił się niedawno z dwudziestodwuletnią dziewczyną.

— To pocieszające — mruknął Herkules Poirot.

Nagle pułkownik Lacey wydał z siebie okrzyk bólu. Jego twarz poczerwieniała gwałtownie, a dłoń powędrowała do ust.

— Do licha, Emmeline! — ryknął. — Dlaczego pozwoliłaś kucharce włożyć do puddingu szkło?

— Szkło?! — wykrzyknęła pani Lacey, zdumiona.

Pułkownik Lacy wyjął z ust kanciasty przedmiot.

— Mogłem sobie złamać ząb — narzekał. — Albo połknąć to paskudztwo i trafić do szpitala.

Włożył szkło do miseczki do obmywania palców, opłukał je i podniósł.

— A niech mnie kule biją! — wykrzyknął ponownie. — To wygląda jak kamień wyjęty z jakiejś wielkiej broszki. — Podniósł czerwony przedmiot do światła.

— Pan pozwoli?

Poirot sięgnął zwinnie ponad sąsiadką do dłoni pułkownika, wziął od niego kawałek szkła i przyjrzał mu się uważnie. Rzeczywiście, był to duży kamień o barwie rubinu. Światło odbijało się od licznych powierzchni przedmiotu, gdy detektyw obracał go w palcach.

Gdzieś, przy innej części stołu ktoś odsunął gwałtownie krzesło, a potem wsunął je z powrotem.

— Niesamowite! — zawołał Michael. — Ależ to byłaby historia, gdyby to był prawdziwy klejnot.

— Może jest prawdziwy — powiedziała Bridget z nadzieją.

— Och, nie wygłupiaj się, Bridget. Rubin takiej wielkości byłby wart fortunę. Prawda, panie Poirot?

— Istotnie — zgodził się z nim detektyw.

— Nie rozumiem tylko, jak znalazł się w puddingu — rozmyślała głośno pani Lacey.

— Ooch… — jęknął Colin, sięgając do ust. — Trafiłem na świnkę. To nie fair.

— Colin ma świnię! Colin ma świnię! — zaintonowała natychmiast Bridget. — Colin jest chciwą, żarłoczną świnią!

— Ja mam pierścień — oznajmiła Diana wysokim, czystym głosem.

— A ja naparstek — pożaliła się Bridget.

— Bridget będzie starą panną — odezwali się jednym głosem dwaj chłopcy. — Ha, Bridget będzie starą panną.

— A kto znalazł pieniądze? — spytał David. — Wiem, że w puddingu jest prawdziwa moneta dziesięcioszylingowa, ze złota. Pani Ross mi o tym powiedziała.

— Chyba ja jestem tym szczęściarzem — oznajmił Desmond Lee­‍-Wortley.

Najbliżsi sąsiedzi pułkownika Laceya usłyszeli, jak ten mruczy pod nosem:

— Tak, chciałbyś.

— Ja też mam pierścień — odezwał się ponownie David i spojrzał na Dianę. — Niezwykły zbieg okoliczności, prawda?

Śmiechy i żarty nie milkły jeszcze przez długi czas. Nikt nie zauważył, że pan Poirot niedbałym gestem, jakby myśląc o czymś zupełnie innym, włożył czerwony kamień do kieszeni.

Po puddingu na stole pojawiły się babeczki z nadzieniem bakaliowym i różne desery bożonarodzeniowe. Starsi uczestnicy obiadu udali się potem na drzemkę, by wrócić w porze herbaty i wziąć udział w uroczystym zapaleniu światełek na choince. Jednak Herkules Poirot nie dołączył do tej grupy, lecz wybrał się do wielkiej, staromodnej kuchni.

— Czy wolno mi pogratulować kucharce tego wspaniałego posiłku, który miałem właśnie szczęście zjeść? — spytał, rozglądając się dokoła z uśmiechem.

Po chwili wahania dystyngowanym krokiem podeszła do niego pani Ross. Była to duża kobieta o szlachetnych proporcjach i rysach twarzy oraz dostojnych manierach godnych księżnej. Z tyłu widać było dwie inne, szczupłe, siwowłose kobiety zajęte zmywaniem naczyń oraz młodą blondynkę, która krążyła nieustannie między zmywalnią a właściwą kuchnią. Bez wątpienia były to jednak jedynie zwykłe pomoce kuchenne, podległe niekwestionowanej królowej tych włości, pani Ross.

— Cieszę się, że panu smakowało — odpowiedziała łaskawie.

— Smakowało! — wykrzyknął Herkules Poirot. Wykonując wymyślny cudzoziemski gest, podniósł rękę do ust, ucałował ją i wysłał pocałunek ku niebiosom. — Pani jest geniuszem, pani Ross! Geniuszem! Nigdy nie jadłem czegoś równie pysznego. Ta zupa z ostryg… — Tu detektyw cmoknął z zachwytem. — I to nadzienie… Nadzienie kasztanowe w indyku to coś, czego nigdy nie doświadczyły moje kubki smakowe.

— Ciekawe, że wspomniał pan właśnie o tym. — Pani Ross skinęła głową. — Bo nadzienie przygotowywałam według specjalnego przepisu. Dostałam go od pewnego austriackiego szefa kuchni, z którym pracowałam wiele lat temu. Ale cała reszta — dodała — to typowa angielska kuchnia.

— A czy istnieje jakaś lepsza? — spytał Herkules Poirot.

— Cóż, miło, że pan tak mówi, sir. Oczywiście jako cudzoziemiec preferuje pan być może kuchnię kontynentalną. Nie będę ukrywać, że radzę sobie i z takimi daniami.

— Pani Ross, jestem pewien, że pani poradziłaby sobie ze wszystkim! Musi pani jednak wiedzieć, że angielska kuchnia — dobra kuchnia, a nie to, co można dostać w podrzędnych hotelach lub restauracjach — jest wysoko ceniona przez gourmets na kontynencie, a o ile mnie pamięć nie myli, na początku osiemnastego wieku zorganizowano specjalną ekspedycję do Londynu, która wysłała do Francji raport o cudach angielskich puddingów. „We Francji nie mamy niczego podobnego” — pisali. „Warto wybrać się do Londynu choćby tylko po to, by posmakować różnego rodzaju niezrównanych angielskich puddingów”. A ponad wszystkie… — kontynuował Poirot w natchnieniu — …wybija się świąteczny pudding śliwkowy, właśnie taki, jaki jedliśmy dzisiaj. To był pudding domowej roboty, prawda? Nie kupowany?

— Zgadza się, sir. Zrobiłam go sama, według przepisu, z którego korzystam od wielu, wielu lat. Kiedy tu przyjechałam, pani Lacey powiedziała, że zamówiła pudding z londyńskiego sklepu, by zaoszczędzić mi kłopotu. Na to ja odpowiedziałam, nie, to miłe z pani strony, ale żaden pudding kupiony w sklepie nie może się równać z puddingiem bożonarodzeniowym domowej roboty. Proszę pamiętać — kontynuowała pani Ross, zapalając się do swojego ulubionego tematu niczym artystka, którą w istocie była — że zabraliśmy się do tego trochę za późno. Dobry świątecznym pudding powinno się zrobić kilka tygodni przed świętami i pozwolić mu odczekać. Im dłużej się go przetrzymuje, rzecz jasna w rozsądnych granicach, tym lepiej. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem i chodziłam do kościoła co niedzielę, czekaliśmy na kolektę, która zaczyna się od słów: „Daj nam znak, o Panie, błagamy Cię”, bo to był jakby sygnał, że w tym tygodniu trzeba zabrać się do robienia puddingu. I tak zawsze było. Gdy usłyszeliśmy w niedzielę tę kolektę, mama robiła w tygodniu bożonarodzeniowy pudding. I tak też powinno być tutaj w tym roku. Ale tak się złożyło, że ten pudding zrobiliśmy ledwie trzy dni temu, na dzień przed pańskim przyjazdem. Ale trzymałam się innego zwyczaju. Każdy, kto był wtedy w domu, musiał przyjść do kuchni, zamieszać i pomyśleć życzenie. To bardzo stary zwyczaj i zawsze go przestrzegam.

— Bardzo interesujące. — Herkules Poirot kiwał głową. — Bardzo. I każdy pojawił się wtedy w kuchni?

— Tak jest, proszę pana. Młodzi dżentelmeni, panna Bridget, ten dżentelmen z Londynu, jego siostra, pan David i panna Diana — a właściwie pani Middleton — każdy z nich tu był i mieszał.

— A ile puddingów pani zrobiła? Tylko ten?

— Nie, proszę pana, zrobiłam cztery. Dwa duże i dwa mniejsze. Ten drugi, duży, zamierzałam podać na Nowy Rok, a mniejsze miały być dla pułkownika i pani Lacey, kiedy już zostaną sami.

— Rozumiem, rozumiem — mówił Poirot.

— Prawdę mówiąc, proszę pana, — kontynuowała pani Ross — dziś dostaliście niewłaściwy pudding.

— Niewłaściwy pudding? — Poirot zmarszczył brwi. — Jak to?

— Rzecz w tym, że mamy dużą świąteczną formę. Porcelanową formę ze wzorem ostrokrzewu i jemioły na górze, i właśnie do niej zawsze wlewamy pudding bożonarodzeniowy. Ale zdarzył się pewien bardzo niefortunny wypadek. Dziś rano, kiedy Annie zdejmowała formę z półki w spiżarce, poślizgnęła się i upuściła ją, a porcelana popękała. Oczywiście nie mogłam podać takiego puddingu, prawda? Mogły być w niej jakieś odłamki. Musieliśmy więc podać drugi duży pudding, który był w zwykłej misce. Ma całkiem ładny kształt, ale nie tak ozdobny jak świąteczna forma. Nie mam pojęcia, gdzie dostaniemy takie naczynie. Teraz nie robią już takich dużych form, tylko same drobiazgi. Nie można nawet dostać przyzwoitego półmiska, na którym zmieściłoby się osiem czy dziesięć jaj i bekon. Ach, nic już nie jest takie jak kiedyś.

— Rzeczywiście — zgodził się z nią Poirot. — Choć dzisiejszy dzień był wyjątkiem. To Boże Narodzenie wyglądało całkiem jak za starych dobrych czasów, prawda?

Pani Ross westchnęła ciężko.

— Cóż, cieszę się, że pan tak mówi, ale oczywiście nie mogę liczyć na taką pomoc, jak kiedyś. To znaczy na odpowiednio wykwalifikowaną pomoc. Dzisiejsze dziewczyny… — kucharka ściszyła nieco głos — mają dobre chęci i nie boją się pracy, ale nie zostały odpowiednio przeszkolone, jeśli pan rozumie, o czym mówię.

— Czasy się zmieniają — odrzekł Herkules Poirot. — Mnie też to czasem smuci.

— Ten dom jest za duży, proszę pana, dla pani i pułkownika — dodała pani Ross. — Pani o tym wie. Mieszkają tylko w jednej części, a to nie to samo. Ten dom ożywa, że tak powiem, tylko w Boże Narodzenie, gdy zjeżdża się cała rodzina.

— Zdaje się, że pan Lee­‍-Wortley i jego siostra są tutaj po raz pierwszy, tak?

— Tak, proszę pana. — W głosie pani Ross pojawiła się nuta rezerwy. — To bardzo miły dżentelmen, ale cóż… trochę dziwny przyjaciel jak dla panny Sary, przynajmniej według nas. Ale cóż, Londyn to inny świat! To smutne, że jego siostra tak kiepsko się miewa. Miała operację, biedaczka. Początkowo wydawało się, że wraca już do zdrowia, ale tego samego dnia, po mieszaniu puddingu, znów poczuła się gorzej, i od tej pory leży w łóżku. Pewnie za wcześnie się podniosła po tej operacji. Ach, dzisiejsi lekarze wypuszczają człowieka za szpitala, zanim jeszcze dobrze stanie na nogach. Na przykład żona mojego bratanka… — Tu pani Ross rozpoczęła długą i ożywioną opowieść o szpitalnym leczeniu jej krewnych, porównując ją z nieporównanie lepszą opieką, na jaką mogliby liczyć za starych dobrych czasów.

Poirot oczywiście ubolewał wraz z nią nad tą smutną odmianą.

— Nie pozostaje mi nic innego — przemówił w końcu — jak jeszcze raz podziękować pani za ten wyborny i obfity posiłek. Czy zechce pani przyjąć skromny dowód mojej wdzięczności?

Nowiutki banknot pięciofuntowy przeniósł się z jego dłoni do dłoni pani Ross, która odpowiedziała mało przekonującym tonem:

— Naprawdę nie powinien pan tego robić, sir.

— Nalegam, nalegam.

— Cóż, to bardzo miłe z pańskiej strony. — Pani Ross przyjęła banknot jako coś, co należało jej się naturalną koleją rzeczy. — I życzę panu wesołych świąt oraz pomyślnego Nowego Roku.

V

Koniec dnia Bożego Narodzenia wyglądał jak koniec większości tego rodzaju dni. Zapalono światełka na choince, podano pyszne ciasto do herbaty, które powitano z głośną aprobatą, lecz spożywano raczej w skromnych ilościach. Później nadeszła kolej na zimną kolację.

Zarówno Poirot, jak i jego gospodarz oraz gospodyni udali się do łóżek dość wcześnie.

— Dobrej nocy, panie Poirot — powiedziała pani Lacey. — Mam nadzieję, że dobrze się pan bawił.

— To był cudowny dzień, madame, naprawdę cudowny.

— Mam wrażenie, że coś pana trapi — zauważyła pani Lacey.

— Rozmyślam o angielskim puddingu.

— Czyżby był dla pana nieco za ciężki? — zaniepokoiła się gospodyni.

— Nie, nie chodzi o kwestie gastronomiczne. Rozważam jego znaczenie.

— To jeden z elementów naszej tradycji, oczywiście — odparła pani Lacey. — Cóż, dobrej nocy, panie Poirot. Oby nie śniło się panu zbyt wiele świątecznych puddingów i babeczek z bakaliami.

— Tak — mamrotał pod nosem Poirot, rozbierając się w swojej sypialni. — Ten pudding to bez wątpienia istotny problem. Jest tu coś, czego zupełnie nie rozumiem. — Pokręcił głową z irytacją. — Cóż… zobaczymy.

Dokonawszy pewnych przygotowań, Poirot położył się do łóżka, ale nie zasypiał.

Jego cierpliwość została nagrodzona jakieś dwie godziny później. Drzwi sypialni otworzyły się powoli i bezgłośnie. Poirot uśmiechnął się do siebie. Wyglądało to dokładnie tak, jak przypuszczał. Wrócił na moment myślami do filiżanki kawy, którą podsunął mu usłużnie Desmond Lee­‍-Wortley. Chwilę później, gdy Desmond się odwrócił, Poirot na moment odstawił filiżankę na stół. Potem podniósł naczynie ponownie, a Desmond przyglądał się z zadowoleniem — jeśli było to zadowolenie — jak detektyw wypija kawę do ostatniej kropli. Poirot uśmiechał się teraz na myśl, że to jednak nie on, lecz ktoś inny śpi tej nocy wyjątkowo głęboko.

„Ten miły, młody David” — rozmyślał. „Jest ciągle zmartwiony, nieszczęśliwy. Dobrze mu zrobi długi i głęboki sen. A teraz zobaczmy, co się tutaj wydarzy”.

Leżał w bezruchu, oddychając spokojnie i miarowo, pozwalając sobie nawet od czasu do czasu na delikatne, ledwie słyszalne chrapanie.

Ktoś podszedł do łóżka i pochylił się nad nim. Potem, wyraźnie zadowolony z wyniku oględzin, ów ktoś odwrócił się i podszedł do toaletki. W świetle maleńkiej latarki przeglądał rzeczy Poirot ułożone starannie na blacie stolika. Sięgnął do portfela, delikatnie wysunął szuflady, później zaś zbadał zawartość kieszeni detektywa. W końcu podszedł do łóżka i bardzo ostrożnie wsunął rękę pod poduszkę. Wyciągnąwszy ją, stał przez chwilę w bezruchu, jakby nie wiedząc, co ma teraz zrobić. Obszedł pokój, zaglądając do różnych ozdób, potem przeszedł do łazienki, z której po chwili wyszedł. W końcu, westchnąwszy z niezadowoleniem, opuścił pokój.

— Aha… — mruknął Poirot pod nosem. — Rozczarowałeś się. Tak, tak, poważnie się rozczarowałeś. Ba! Jak mogłeś przypuszczać, że Herkules Poirot schowa to w miejscu, w którym zdołałbyś to znaleźć! — Potem, przewróciwszy się na bok, wreszcie spokojnie zasnął.

Nazajutrz obudziło go natarczywe pukanie do drzwi.

— Qui est la? Proszę wejść, proszę wejść.

Drzwi otworzyły się raptownie. W progu stał zdyszany, zaczerwieniony Colin, a tuż za nim Michael.

— Panie Poirot, panie Poirot…

— Ale o co chodzi? — Poirot usiadł prosto na swoim łóżku. — Czy to już czas na herbatę? Nie, to ty Colinie. Co się stało?

Colin nie mógł wydobyć głosu z gardła, jakby przytłoczony jakimiś silnymi emocjami. W rzeczywistości wpłynął tak na niego widok szlafmycy, którą nosił Poirot. W końcu się opanował i przemówił.

— Tam chyba… panie Poirot, czy mógłby nam pan pomóc? Stało się coś strasznego.

— Coś strasznego? Ale co konkretnie?

— To… chodzi o Bridget. Leży tam w śniegu. Nie rusza się ani nie mówi i… och, lepiej, żeby sam pan tam przyszedł i zobaczył. Boję się okropnie… ona może nie żyć.

— Co? — Poirot odrzucił na bok kołdrę. — Mademoiselle Bridget miałaby nie żyć?

— Wydaje mi się… Chyba ktoś ją zabił. Tam jest… pełno krwi i… och, proszę z nami pójść!

— Ależ oczywiście. Oczywiście. Już idę.

Poirot z wielką wprawą wsunął stopy w buty i narzucił na piżamę podbity futrem płaszcz.

— Już idę — powtarzał. — W tej chwili. Zaalarmowaliście cały dom?

— Nie. Nie mówiliśmy jeszcze nikomu oprócz pana. Pomyślałem, że tak będzie lepiej. Dziadek i babcia jeszcze nie wstali. Na dole przygotowują śniadanie, ale nie mówiłem nic Pever­ellowi. Ona… Bridget… jest po drugiej stronie domu, obok tarasu i okna biblioteki.

— Rozumiem. Prowadź, pójdę za tobą.

Odwróciwszy się, by ukryć szeroki uśmiech, Colin ruszył w dół schodów. Wyszli na zewnątrz bocznymi drzwiami. Był jasny, pogodny poranek, choć słońce nie wynurzyło się jeszcze zza horyzontu. Chmury ustąpiły, padało jednak przez całą noc i ziemię pokrywała teraz gruba warstwa śniegu. Świat wydawał się cudownie biały, czysty i piękny.

— Tam! — wydyszał z przejęciem Colin. — Ja… ona… tam! — dodał, wyciągając rękę w dramatycznym geście.

Scena rzeczywiście prezentowała się dramatycznie. Kilka kroków dalej w śniegu leżała nieruchomo Bridget. Była ubrana w szkarłatną piżamę, a jej ramiona okrywał szal z białej wełny. Na szalu widniały jaskrawe, karmazynowe plamy. Obróconą na bok głowę zakrywały rozrzucone, czarne włosy. Jedna ręka spoczywała pod jej ciałem, druga leżała wyciągnięta do przodu, z dłonią zaciśniętą w pięść. Ze środka karmazynowej plamy wystawała rękojeść wielkiego kurdyjskiego noża o zakrzywionym ostrzu, który poprzedniego wieczora pokazywał swoim gościom pułkownik Lacey.

— Mon Dieu! — wykrzyknął Poirot. — To wygląda jak scena z teatru!

Michael wydał z siebie dziwny, przytłumiony dźwięk. Colin natychmiast wkroczył do akcji.

— Wiem — powiedział. — To nie wydaje się całkiem rzeczywiste, prawda? Widzi pan te ślady stóp? Chyba nie powinniśmy ich naruszyć, prawda?

— Ach tak, ślady stóp. Rzeczywiście, musimy uważać, żeby ich nie zadeptać.

— Tak właśnie myślałem. — Colin pokiwał głową. — I dlatego nie pozwoliłem nikomu się tu zbliżać, zanim nie sprowadzimy pana. Pomyślałem, że pan będzie wiedział, co robić.

— Mimo wszystko najpierw musimy sprawdzić, czy ona nie żyje, prawda? — zauważył Herkules Poirot.

— Cóż… tak… oczywiście — odparł Michael z pewnym powątpiewaniem. — Ale widzi pan, pomyśleliśmy… to znaczy, nie chcieliśmy…

— Ach, woleliście być ostrożni! Czytaliście powieści detektywistyczne. To bardzo ważne, by niczego nie ruszać i by zwłoki pozostały nietknięte. Ale nie możemy być jeszcze pewni, że to zwłoki, prawda? Choć taka ostrożność jest godna pochwały, trzeba dać pierwszeństwo zwykłym ludzkim odruchom. Zanim wezwiemy policję, musimy pomyśleć o lekarzu, prawda?

— Och tak, oczywiście — odparł Colin, wciąż nieco zbity z tropu.

— Myśleliśmy tylko… to znaczy… myśleliśmy, że lepiej będzie, jeśli sprowadzimy tu pana, nim cokolwiek zrobimy — dodał pospiesznie Michael.

— Więc zostańcie tu obaj — polecił Poirot. — Ja podejdę z drugiej strony, żeby nie zadeptać tych śladów. Wspaniałe ślady, prawda, takie wyraźne? Ślady mężczyzny i dziewczyny zmierzające razem do miejsca, w którym ona teraz leży. Potem ślady mężczyzny wracają, ale jej już nie.

— To muszą być ślady mordercy — zauważył Colin z przejęciem.

— Zgadza się. — Poirot skinął głową. — Ślady mordercy. Długa, wąska stopa w dość osobliwym bucie. Bardzo interesujące. I łatwo rozpoznawalne, jak mi się wydaje. Tak, te ślady będą bardzo ważne.

W tym momencie z domu wyszedł Desmond Lee­‍-Wortley w towarzystwie Sary. Oboje natychmiast do nich podeszli.

— Co tu się dzieje, do diabła? — spytał młody mężczyzna nieco teatralnym tonem. — Zobaczyłem was z okna mojej sypialni? Co się stało? Dobry Boże, co to? Wygląda… wygląda jak…

— Otóż to — odezwał się Herkules Poirot. — Wygląda jak morderstwo, prawda?

Sarah wydała z siebie zdławiony okrzyk, a potem spojrzała podejrzliwie na dwóch chłopców.

— Chce pan powiedzieć, że ktoś zabił tę dziewczynę… jak jej tam… Bridget? — pytał Desmond. — Ale kto chciałby ją zabić? To niewiarygodne!

— Wiele jest na tym świecie spraw, w które trudno uwierzyć — odparł Poirot filozoficznie. — Szczególnie przed śniadaniem, prawda? Tak mówi jeden z waszych klasyków. Sześć niemożliwych rzeczy przed śniadaniem. Zaczekajcie tu wszyscy, proszę — dodał.

Obszedł Bridget szerokim łukiem, po czym zbliżył się do niej od drugiej strony i pochylił nisko. Colin i Michael aż trzęśli się z tłumionego śmiechu. Sarah dołączyła do nich, mrucząc:

— Co wy kombinujecie?

— Stara dobra Bridget — wyszeptał Colin. — Czyż nie jest cudowna? Ani drgnie!

— Nigdy nie widziałem bardziej wiarygodnego trupa niż Bridget — dodał Michael.

Herkules Poirot wyprostował się ponownie.

— Stała się rzecz straszna — powiedział. W jego głosie pobrzmiewały emocje, których nie było tam do tej pory.

Michael i Colin, ogromnie rozbawieni, odwrócili się w jego stronę. Michael spytał zdławionym głosem:

— Co… co mamy zrobić?

— Możemy zrobić tylko jedno — odparł Poirot. — Wezwać policję. Czy któryś z was pójdzie zadzwonić czy wolicie, bym ja to zrobił?

— Myślę… — zaczął Colin. — Myślę… Co ty na to, Michaelu?

— Tak. — Jego przyjaciel skinął głową. — Myślę, że czas już odkryć karty. — Postąpił o krok do przodu. Po raz pierwszy wydawał się nieco zakłopotany. — Bardzo przepraszam — zaczął — i mam nadzieję, że nie będzie pan się bardzo gniewał. To… to był taki żart świąteczny, nic więcej. Myśleliśmy, że… cóż, pomyśleliśmy, że zainscenizujemy specjalnie dla pana morderstwo.

— Pomyśleliście, że zainscenizujecie dla mnie morderstwo? Więc to… więc to…

— To tylko taka scenka, którą przygotowaliśmy dla pana — wtrącił Colin. — Żeby… żeby poczuł się pan jak u siebie w pracy, rozumie pan.

— Aha… — Herkules Poirot powoli skinął głową. — Rozumiem. Chcieliście mnie nabrać, jak w prima aprilis, tak? Ale dziś nie jest pierwszy kwietnia tylko dwudziesty szósty grudnia.

— Teraz myślę, że nie powinniśmy byli tego robić. — Colin westchnął. — Ale… ale nie gniewa się pan na nas, panie Poi­rot? Hej, Bridget! — zawołał. — Wstawaj. I tak pewnie całkiem już przemarzłaś.

Jednak postać leżąca na śniegu nie zareagowała.

— To dziwne — mruknął Herkules Poirot. — Wydaje się, że was nie słyszy. — Spojrzał w zamyśleniu na chłopców. — Więc to żart, tak? Jesteście pewni, że to żart?

— Nooo… tak — odpowiedział Colin niepewnie. — Nie chcieliśmy zrobić nic złego.

— Więc dlaczego mademoiselle Bridget nie wstaje?

— Nie mam pojęcia — przyznał Colin.

— No już, Bridget — wtrąciła Sarah, zniecierpliwiona. — Nie musisz tam już leżeć i robić z siebie głupka.

— Naprawdę bardzo nam przykro, panie Poirot — mówił Colin z przejęciem. — Ogromnie pana przepraszamy.

— Nie musicie mnie przepraszać — odrzekł detektyw osobliwym tonem.

— Co pan chce przez to powiedzieć? — Colin wpatrywał się w twarz Francuza. Potem odwrócił się ponownie do swojej przyjaciółki. — Bridget! Bridget! Co się dzieje? Dlaczego ona nie wstaje? Dlaczego ciągle tam leży?

Poirot odwrócił się do Desmonda.

— Pan, panie Lee­‍-Wortley. Proszę tu podejść…

Desmond posłusznie dołączył do niego.

— Proszę zbadać jej tętno — polecił detektyw.

Desmond Lee­‍-Wortley pochylił się nad dziewczyną. Dotknął ręki — nadgarstka.

— Nie wyczuwam tętna… — Podniósł wzrok na Poirota. — Jej ręka jest całkiem sztywna. Dobry Boże, ona naprawdę nie żyje!

Poirot skinął głową.

— Owszem, nie żyje — potwierdził. — Ktoś zamienił tę komedię w tragedię.

— Ktoś… kto?

— Mamy tu ślady zmierzające w jedną stronę i z powrotem. Ślady przypominające do złudzenia te, które zostawił właśnie pan, panie Lee­‍-Wortley, przechodząc ze ścieżki do tego miejsca.

Desmond Lee­‍-Wortley obrócił się na pięcie.

— Co, u diabła… Pan mnie oskarża? Mnie? Pan chyba oszalał! Dlaczego niby miałbym zabijać tę dziewczynę?

— Ach… dlaczego? Ciekawe… Zobaczmy…

Pochylił się i delikatnie rozchylił sztywne palce zaciśniętej dłoni dziewczyny.

Desmond wciągnął głośno powietrze, spoglądając z niedowierzaniem w dół. Na dłoni martwej dziewczyny leżało coś, co wyglądało na wielki rubin.

— To ten przeklęty kamyk z puddingu! — wykrzyknął.

— Tak? — spytał Poirot. — Jest pan pewien?

— Oczywiście, że tak.

Jednym płynnym ruchem Desmond pochylił się nad Bridget i zabrał czerwony kamień z jej dłoni.

— Nie powinien pan tego robić — skarcił go Poirot. — Ciało powinno pozostać nienaruszone.