Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Urszula ma czterdzieści lat, stabilną pracę i oddaną przyjaciółkę, jednak nie jest w pełni szczęśliwa. Nie założyła rodziny, a wspomnienie sprzed lat kładzie się cieniem na jej pewności siebie. Kiedy z okazji swoich urodzin postanawia wyruszyć w Beskidy, nie ma pojęcia, jak bardzo ta wyprawa odmieni jej los.
Borys wiele w życiu przeszedł, skrywa też niejedną tajemnicę. Traumatyczne wydarzenie sprawiło, że stracił nie tylko chęć do życia, lecz także mowę. Mieszka samotnie w chacie w lesie i liczy na to, że wykonanie pewnego zadania pomoże mu się uporać z własną historią. Nawet nie przypuszcza, że stanie się ono przyczyną zarówno jego rozpaczy, jak i radości.
Małgorzata Lis prowadzi czytelników górskim szklakiem, by dotrzeć wraz z nimi do miejsca, gdzie rozpacz spotyka się z nadzieją, a zwyczajna codzienność staje się wyjątkowa.Czy da się odnaleźć szczęście tam, gdzie jeszcze niedawno nie było go wcale? Czy można odkryć miłość w sercu, które już nie potrafiło kochać? Czy w cieniu anielskich skrzydeł może się wydarzyć cud? Niekiedy nie trzeba aż stu aniołów, wystarczy ten jeden jedyny, by odzyskać wiarę w lepsze jutro…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 303
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© Arisctur, Natalia | stock.adobe.com
Redakcja
Anna Seweryn
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Korekta
Urszula Bańcerek
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie jpg lub mp3 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką z dostępem do Internetu oraz z włączonym dźwiękiem.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Małgorzata Lis, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-8461-001-5
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Powoli zapada zmrok. Słońce schowało się już za horyzontem i tylko lekko zaróżowione chmury na zachodzie przypominają o jego dziennej wędrówce. W domach w dolinie palą się światła. Mgła nisko opadła, otulając niby kołdrą wioskę, drogi, pola i łąki widoczne w oddali. Kontury miękną, by zaraz powoli się zacierać i w końcu zniknąć w ciemności.
Wstaję ze zwalonego pnia i oddycham głęboko chłodnym i wilgotnym powietrzem. Czuję zapach odchodzącego lata, które na razie oddaje jesieni tylko wieczory i poranki, ale już niedługo wycofa się na dobre. Drzewa okryją się złotymi liśćmi, słońce skróci swój bieg, a na trawie zamiast rosy pojawi się szron.
Jeszcze raz nabieram powietrza pełną piersią i wypuszczam je powoli. Kolejne lato, jesień, zima… Mam wrażenie, że moje życie przemija obok mnie, a ja jedynie patrzę na nie jak na odjeżdżający pociąg. Wtedy, gdy mogłem, nie wykorzystałem danych sobie chwil. Czy znowu popełniam ten sam błąd? Ale czym są chwile bez niej? Bez nich? Czy to możliwe, bym jeszcze kiedyś był szczęśliwy?
„Dokończę swoje zadanie, a potem… Potem mogę odejść” – myślę z goryczą i ruszam w stronę swojej chaty.
Boję się tego, co potem i co mnie czeka. Nie mam nawet pojęcia, czego oczekuję. Wygodniej tak żyć, tak nijako, niż rzucić się w wir egzystencji. Wygodniej, ale czy dobrze? Może najlepiej odejść na zawsze?
Przystaję i jeszcze raz oglądam się w stronę doliny. Tam ludzie cieszą się i smucą, kochają i nienawidzą. Żyją naprawdę. Kręcę głową, jakbym chciał odpędzić niechciane myśli. Nie sądzę, by mnie było stać na takie ryzyko, jakim wydawał mi się powrót do świata. Wyjmuję z kieszeni latarkę i wolnym krokiem podążam do lasu.
***
Każdego wieczoru zaciągałam dokładnie rolety i dla pewności sprawdzałam, czy nie została przypadkiem żadna szparka, przez którą poranne słońce mogłoby się wedrzeć do mojej sypialni. I nie, nie chodziło o mnie, bo ja bym nawet wolała budzić się za jasności, a nie jak w ciemnym grobowcu, ale rzecz dotyczyła Vivaldiego.
Mój słodziutki żółciutki kanarek nie znał się na zegarku i wraz z pierwszym promieniem słońca rozpoczynał koncert. Pięknie śpiewał, nie powiem, że nie, ale ludzie! O piątej rano? Nawet najdźwięczniejsze trele nie sprawiłyby, bym miała motywację do zrywania się bladym świtem, i to w wakacje.
Ale dzisiaj byłam mu wdzięczna. Podwójnie. Bo raz, że zaczął koncert dopiero o szóstej, a dwa – skutecznie zastąpił mój budzik, który owszem, zadzwonił, ale go tak szybko wyłączyłam, że nawet nie pamiętałam tej chwili. A przecież miałam wstać na poranne bieganie. Uświadomiłam sobie, że za trzy tygodnie wyruszamy z dziewczynami na górski szlak i bez poprawienia kondycji nie mam szans pokonania naszego wyzwania.
– Dzięki, Vivaldi – mruknęłam dość posępnym tonem, ale czegóż można wymagać od kobiety wymiętej po upalnej nocy, która w dodatku miała dziś przebiec swoje pierwsze pięć kilometrów w terenie?
Ptaszek się w każdym razie nie obraził, ale pewnie dlatego, że nasypałam mu ziarenek, wymieniłam wodę i odsłoniłam roletę. Słońce jednak, które wdarło się do pokoju, nie interesowało teraz kanarka. Jedzenie okazało się ważniejsze. W moim przypadku było podobnie – brzuch zaburczał jak stary traktor dziadka. Musiałam jednak zignorować te sygnały, bo przecież szłam pobiegać.
Dlaczego dopiero trzy tygodnie przed wielkim wydarzeniem? Mój wewnętrzny oskarżyciel zadał mi to niewygodne pytanie, gdy ubrana w krótkie spodenki i koszulkę bez rękawków próbowałam rozciągnąć mięsień dwugłowy i Achillesa. Dlaczego dopiero teraz? Bo tak! Jedynie taka odpowiedź przyszła mi na myśl oraz tradycyjny i ponadczasowy tekst, że przecież lepiej późno niż wcale.
Vivaldi zaćwierkał radośnie. Spojrzałam w lustro. Opięte spodenki eksponowały moje przygrube uda. Nad kolanem zrobił się nieestetyczny nawis. Wiedziałam, że to nie skóra. Brzuch lekko sterczał, piersi nieco oklapły, a policzki dla odmiany się zaokrągliły. Nie chciałam nazywać rzeczy po imieniu i przyznać, że jestem gruba. Wolałam myśleć pozytywnie. Ale nie w stylu: „kochanego ciała nigdy za wiele”, bo akurat nikt mnie nie kochał ani nie pożądał. Przyznałam więc uczciwie, że się troszkę zapuściłam i z pewnością zrzucę ten balast albo się przyzwyczaję. Uśmiechnęłam się do blisko czterdziestoletniej Urszuli i dla dodania otuchy uniosłam kciuk. A potem wyszłam na swój pierwszy bieg.
***
Bardzo dobrze, że wybrałam poranną porę na trening, bo jeszcze chwila, a stopiłabym się jak smalec na patelni. Po powrocie do mieszkania zobaczyłam w lustrze spoconą i czerwoną na twarzy istotę, ale ani gram tłuszczu nie zniknął. Dziwne. Ja miałam wrażenie, że spłynęły ze mnie kilogramy nadwagi. Trudno, nie od razu Kraków zbudowano.
Padłam na chwilę na fotel. Vivaldi zajadał i stukał rytmicznie dziobem w plastikowy karmnik, a ja sapałam jak lokomotywa. Perspektywa przejścia po Beskidach ponad stu kilometrów nie jawiła się tak bezproblemowo, ale wciąż wierzyłam, że się uda. Z moimi dziewczynami możemy góry przenosić, a co dopiero po nich chodzić. Bułka z masłem.
Na myśl o bułce mój żołądek znowu zabrał głos, wstałam więc i poczłapałam do kuchni, by przygotować sobie śniadanie. Włączyłam ekspres i po chwili aromat świeżo parzonej kawy wypełnił pomieszczenie. Odetchnęłam pełną piersią. W górach z pewnością dam radę. W końcu czterdziestka to nie wyrok. To początek nowej przygody.
***
– Dziewczyny, muszę wam coś powiedzieć – powiedziałyśmy wszystkie trzy niemal jednocześnie i wybuchnęłyśmy śmiechem. Wyszło zabawnie.
– To która pierwsza? – zapytałam, kiedy już się trochę uspokoiłyśmy.
Siedziałyśmy w przestronnym i, na szczęście, klimatyzowanym mieszkaniu Lidki, popijałyśmy mrożoną herbatę i gadałyśmy o wszystkim i o niczym. Mapa wycieczki, którą przygotowałam i dokładnie rozrysowałam na niej etapy naszej wyprawy Małym Szlakiem Beskidzkim, leżała w mojej torebce i czekała na omówienie. Tymczasem dziewczyny jakoś się nie kwapiły, by poruszyć ten temat.
– To może ja powiem… – mruknęła Justyna i odstawiła na stół szklankę z herbatą.
Spojrzałyśmy na nią z zainteresowaniem. Zawstydziła się.
– Bardzo was przepraszam, ale nie mogę z wami jechać – powiedziała tak cicho, że ledwie ją dosłyszałyśmy.
– Co się stało? – spytałam zaskoczona.
– Jestem w ciąży – wymamrotała i spuściła wzrok.
– Gratulacje! – wykrzyknęłam z entuzjazmem.
Wyprawa wyprawą, ale młody człowiek ma zawsze pierwszeństwo. Justyna nieraz wspominała, że po dwóch synach marzy jej się córeczka, ale od lat bezskutecznie się o nią starają. O dziecko się starają, bo o córeczce już przestali marzyć, tak bardzo zależało im na trzecim potomku.
– Nie boisz się? – wypaliła Lidka.
– Czego?
– No… Dziecko po czterdziestce… – powiedziała z przekąsem i powiodła pytającym wzrokiem po naszych zaskoczonych twarzach.
– Oczywiście, że się obawiam różnych spraw i tak dalej, ale…
– Nie pomagasz, Lidka – przerwałam jej gwałtownie. To chyba nie był dobry moment na tego typu rady, ale Lidce czasem brakowało empatii. – Wszystko będzie dobrze, poza tym Justyna nie ma jeszcze czterdziestu lat. A za rok małe do nosidełka i pomkniemy górskim szlakiem. Będzie na moją czterdziestkę jedynkę, ale kto by tam w PESEL-e patrzył – dodałam, pełna entuzjazmu. Nie wyobrażałam sobie wyprawy bez Justyny.
Właściwie była moją przyjaciółką od lat. Poznałyśmy się w bibliotece. Ona studiowała polonistykę, ja – historię sztuki. Sięgnęłyśmy chyba wtedy po tę samą książkę i tak zaczęła się nasza znajomość. Co prawda, kiedy Justyna zaczęła umawiać się z Darkiem, nieco się od siebie oddaliłyśmy, ale potem obie dojrzałyśmy do tego etapu przyjaźni, kiedy nie spędza się ze sobą każdego popołudnia i weekendu, ale to nie znaczy, że taka relacja traci na sile. Dojrzałych drzew nie podlewa się codziennie, a nie umierają.
Lidka dołączyła do nas kilka lat temu, kiedy zaczęłyśmy pracować w tej samej szkole. W liceum plastycznym, gdzie uczyłam, zabrakło polonisty, a że Justyna odchowała już swoich dwóch chłopaków i szukała pracy, zaproponowałam ją dyrekcji, a ta tę propozycję przyjęła. Równocześnie etat nauczycielki rzeźby objęła Lidka. Współpracowałyśmy przy kilku projektach, w końcu nasze profesje się uzupełniały, i w ten naturalny sposób utworzyłyśmy trzyosobową grupkę. Lubiłyśmy się, choć różniłyśmy się między sobą. Justyna – stateczna mężatka i matka, ja – singielka pogodzona z życiem, ale wciąż marząca o szczęściu u boku ukochanego, i Lidzia – niebieski ptak, niespokojny duch, pragnący miłości, ale nieznoszący stagnacji.
– W przyszłym roku zapewne nie dam rady. – Justyna zaśmiała się w odpowiedzi na moją wizję przejścia szlaku z dzieckiem w nosidle. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, maluch będzie miał w lecie kilka miesięcy i to z pewnością nienajlepszy moment na takie ekstremum. Dla mnie też. Idźcie same, jeszcze nadrobimy.
Spojrzałam pytająco na Lidkę, która w tym momencie spuściła wzrok.
– Bo ja… No, ja też wam chciałam coś powiedzieć… To trochę komplikuje sytuację…
– Też jesteś w ciąży? – spytałam bez ogródek.
– Nie, ale lecę z Emilem do Stanów – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.
Zaniemówiłam. Z pewnością termin wyprawy za ocean pokrywał się z naszym wyjazdem, inaczej nie przedstawiłaby tego jako czegoś istotnego w kontekście tej rozmowy. Ona leci, Justyna w ciąży, a ja? Co ze mną? Czułam, że pod powiekami zbierają mi się łzy.
– Nie możesz tego przełożyć? – spytała Justyna, która musiała zauważyć spadek mojego nastroju.
– No właśnie nie. Emil kupił już bilety. Dwa tygodnie w Stanach za darmochę, przejażdżka kamperem wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Dziewczyny, nie mogę odpuścić. Chyba rozumiecie? – Popatrzyła na nas z widocznym żalem. Nie wiem jednak, czy nie udawała. – Myślałam, że z Justyną pójdziecie…
– Jejciu, Ulcia, przepraszam – wyjąkała moja przyjaciółka i objęła mnie. – Nie chciałam…
– Daj spokój, Justyś, nic nie szkodzi. Przecież tak bywa – wydusiłam wbrew sobie.
I nie, nie byłam zła na moją ciężarną koleżankę, ale na siebie, na świat, na los, na to wszystko, co ode mnie niezależne, a co się teraz sprzysięgło przeciwko mnie. Bo przecież nawet Lidka miała prawo do podróży życia z ukochanym przy boku. Beskidy poczekają.
– To miała być twoja czterdziestka… – wtrąciła Justyna. Jakbym o tym nie wiedziała. Fakt, góry nie uciekną, ale drugich takich urodzin już nie będę miała. – Nie gniewasz się na mnie? – spytała i pogładziła mnie po dłoni przepraszającym gestem.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Jak miałam się na nią gniewać? O co? Moje plany nie wypaliły i muszę się z tym pogodzić. A dzisiejszy poranny bieg posłuży kondycji, nic straconego.
– Przepraszam dziewczyny… – zaczęła Lidka, ale jej przerwałam.
– Nic się nie stało. Naprawdę. Po twoim powrocie zza oceanu zrobię imprezkę, i tyle. Wiek to tylko liczba, a urodziny to zwyczajna data – dodałam i zmusiłam się do uśmiechu.
Pożegnałam się jednak szybciej, niż planowałam. Musiałam wyciszyć emocje i uporządkować myśli. Zazwyczaj w takich momentach się wycofywałam. Tak było bezpieczniej. Mogłam się uspokoić i obmyślić plan B. Wcześniej go nie opracowywałam, bo wierzyłam, że się uda. Zawsze się starałam w to wierzyć. Tamto wydarzenie z mojej młodości nauczyło mnie, że najgorsze, co można zrobić w chwili porażki, to się poddać. Dlatego nie zamierzałam przegrać swoich urodzin.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Rozdział 1
Borys
Urszula
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
