Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
36 osób interesuje się tą książką
Na skraju Zwolenia, tam gdzie stary młyn zanurza koło w spokojnej wodzie, życie wielopokoleniowej rodziny Mikulskich i Derlatków płynie jak cichy nurt: wśród uli, sadu i dziecięcych marzeń małej Halinki. W miasteczku Polacy i Żydzi dzielą codzienność, a młodzi snują plany, które zdają się tak pewne, jak zmiana pór roku. Kiedy na początku września 1939 roku do stawu na Rygułcie wpada niemiecka bomba, żaden z mieszkańców tej niewielkiej osady nie przypuszcza, jak bardzo zmieni się teraz ich codzienność. Będą świadkami okrucieństwa okupantów oraz bezwzględności nowej, komunistycznej władzy. Jak uda im się przetrwać w świecie, w którym z dnia na dzień dzieci zmuszone zostaną, by dorosnąć, a lęk o najbliższych i trudne wybory stają się codziennością?
Wiele lat później do rodzinnego Zwolenia przyjeżdża trzydziestoparoletnia Weronika. Wrażliwa dziewczyna nie ma pojęcia, jak poszukiwania swoich korzeni i odkrywanie losów babci wpłyną na jej przyszłość. Przypadkiem spotkany Hubert zupełnie do niej nie pasuje: ani wykształceniem, ani spojrzeniem na historię, ani podejściem do patriotyzmu, jednak odkrywając wspólnie rodzinne historie tych, którzy odeszli przedwcześnie, nie doczekawszy spokojniejszych czasów, między młodymi ludźmi zaczyna się rodzić uczucie. Mimo iż rozsądek mówi im, że więcej ich dzieli, niż łączy...
Dom przy starym młynie to powieść do głębi prawdziwa. Nie tylko dlatego, że historia z lat 1939–1947 oparta jest na autentycznych wydarzeniach z życia babci męża autorki, ale też z tego powodu, że dotyka tego, co w ludzkich sercach ponadczasowe: poszukiwania miłości i prawdy oraz niełatwe relacje rodzinne. Pokazuje, że przeszłość nie zamyka się w minionych latach, a krok w przyszłość można zrobić dopiero wówczas, gdy pogodzimy się z tym, co już się wydarzyło.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Anna Jeziorska
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Opracowanie wersji elektroncznej
Karol Bociek
Korekta
Urszula Bańcerek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Ilustracje na okładce
© macondos, Mia, Marina Shvedak, RinaM, yogi | stock.adobe.com
Fotografie z podpisami pochodzą ze zbiorów rodziny autorki.
Pozostałe ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Małgorzata Lis, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony, Katowice
ISBN 978-83-68689-33-4
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.
Ewangelia według św. Jana 15,13
Z wdzięcznością tym, którzy w czasach, kiedy bohaterstwem było pozostać człowiekiem, dali świadectwo miłości, dobra i poświęcenia.
Cześć ich pamięci!
Drodzy Czytelnicy!
Przed Wami wyjątkowa powieść w mojej twórczości, bo nie tylko oparta na prawdziwych wydarzeniach, lecz również opisuje historię mojej rodziny, a konkretnie rodziny mojego Męża. Niektóre występujące w niej osoby poznałam osobiście, a emocje związane z tymi wydarzeniami widziałam w oczach świadków.
Nie wszystko jednak jest prawdziwe. Stworzyłam dwie linie czasowe i ta współczesna jest niemal całkowicie fikcyjna, jeśli chodzi o jej bohaterów, bo miejsca i wydarzenia są jak najbardziej autentyczne. Podobnie jak Babcia, która łączy obie opowieści.
Historia z lat 1939–1947 zawiera tylko jeden wątek całkowicie przeze mnie wymyślony i jest nim historia Zofii. Zosia Bernatówna nie istniała i wszelkie skojarzenia z konkretnymi osobami są przypadkowe. Pozostałe nieścisłości to zmniejszenie liczby bohaterów – w rzeczywistości na Rygułcie mieszkało więcej rodzin, czasem są inne imiona czy nazwiska, a pewne wydarzenia zostały umieszczone w nieco innym czasie czy miejscu.
Te działania są celowe, ponieważ – mam nadzieję, że się ze mną zgodzicie – fabuła powieści rządzi się innymi prawami niż historyczna relacja. Szczegółowe zmiany opisałam w posłowiu, a ponieważ zawiera fragmenty książki, polecam zajrzeć do niego po skończonej lekturze.
Mam nadzieję, że historia Halinki i jej rodziny oraz Weroniki i Huberta zabierze Was w niezapomnianą podróż do malowniczego Zwolenia i do czasów, które tak boleśnie dotknęły wojna i pierwsze lata stalinowskiego terroru.
Marzec, 2001 rok
Weronika nie znała dobrze prababci Stefy. Zapamiętała ją jedynie jako cichą staruszkę, kobietę szczupłą, drobną, ubraną w czarną sukienkę, z siwymi lokami i wzrokiem utkwionym w dal. Nie odpowiadała na przywitanie, nawet nie patrzyła na prawnuczkę, nigdy też nie brała jej na kolana. Tego jednak dziewczynka nie oczekiwała. Zarówno mama, jak i babcia Halinka też nie zaznały od babci Stefy zbyt wiele czułości. Parę razy o tym wspominały.
Teraz Weronika szła ze spuszczoną głową w kondukcie pogrzebowym. Niebo się zachmurzyło, marcowy dzień był chłodny i ponury. Do tego mżyło, a wiatr sprawiał, że żałobnicy drżeli z zimna, kuląc się pod parasolami. Gdzieniegdzie leżały jeszcze łachy brudnego śniegu. Zwoleń zupełnie nie spodobał się Weronice.
Była pierwszy raz w miasteczku, nie licząc Wszystkich Świętych, kiedy najprawdopodobniej przyjeżdżała tu z rodzicami, ale tego nie pamiętała. Wszystkie cmentarze wyglądały tak samo, rozmowy o zmarłych krewnych zlewały się w całość i w ogóle jej nie interesowały.
– Słuchaj, dziecko, bo to bardzo ciekawe – powtarzały babcie, ciotki i rodzice, a Weronika jednym uchem wpuszczała, drugim zaś wypuszczała te przerażające opowieści o wojnie, głodzie i pożarach.
– Pamiętaj, co babcia mówi, bo kiedy odejdzie, zabierze swoją przeszłość do grobu – złowieszczo dodawali dorośli.
No i babcia odeszła. Z pewnością niczego już nie opowie, tyle że przed śmiercią również milczała. Może nie chciała wspominać? Weronika skończyła dopiero osiem lat, a już miała w zanadrzu takie historie, o których wolałaby zapomnieć. Na przykład tę, jak pierwszego dnia szkoły potrącił ją chłopak ze starszej klasy i z jej plecaka wysypały się wszystkie książki, razem ze śniadaniówką. Albo kiedy skądś wyskoczył pies i ugryzł ją w nogę. Czy babcia też była kiedyś dzieckiem? Ugryzł ją pies? Potrącił ktoś na korytarzu? Może rzeczywiście takie opowieści byłyby ciekawe?
Tymczasem zbliżyli się już do cmentarza. Elegancko ubrani panowie wyjęli trumnę z samochodu i ponieśli ją na swoich ramionach w głąb nekropolii. Mijali skąpane w deszczu nagrobki, na których tliły się znicze, a z wazonów zwisały smętnie przekwitłe bukiety. Dziewczynka przyglądała się wyblakłym fotografiom zmarłych i liczyła szybko w głowie, ile lat żyli pochowani tu ludzie. Zdarzało się, że sześćdziesiąt, czasem mniej, minęli grób kilkuletniego dziecka i młodej kobiety. Mogiły tak długowiecznej osoby jak dziewięćdziesięciodwuletnia babcia Stefa Weronika nie znalazła.
Przystanęli wreszcie przed rodzinnym grobowcem. Tłum żałobników się zagęścił. Jakaś ciotka pochyliła się do Weroniki i zagadnęła:
– Słyszałam, że urodził ci się braciszek.
Dziewczynka kiwnęła głową. Kilka dni temu przyszedł na świat malutki chłopczyk i dlatego mama nie przyjechała na pogrzeb.
– Podobno Stasio ma na imię, jak Stanisław Derlatka. Ale ty go nie znałaś. Mąż cioci Stefy. To znaczy dla ciebie babci – perorowała ciotka, nie zważając na księdza, który rozpoczął już modlitwy. – Twój braciszek urodził się w dniu śmierci Stefanii – dodała ciszej. – Musiała zrobić mu miejsce w rodzinie – wysyczała Weronice do ucha i krzywo się uśmiechnęła.
Dziewczynka aż się wzdrygnęła. Babcia musiała umrzeć, żeby zrobić miejsce Stasiowi? Przecież to bez sensu. W dniu jej narodzin nie umarła żadna babcia. Czy to znaczy, że dla niej nie ma miejsca? Że przyszła na ten świat bez kolejki? A może umarł ktoś jej nieznany?
– Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz – powiedział głośno ksiądz, czym wyrwał Weronikę z zadumy, a potem wrzucił grudkę ziemi do mogiły.
Zgromadzeni po kolei powtarzali ten gest i podchodzili do córki i syna zmarłej z kondolencjami. W tym momencie Weronika po raz pierwszy podczas tej uroczystości, a może nawet w ogóle pierwszy raz, pomyślała, że życie – choćby trwało i dziewięćdziesiąt dwa lata – zawsze wydaje się za krótkie.
Współcześnie
Hubert wyszedł ze sklepu i usiadł na ławce obok pomnika. Mimowolnie podniósł wzrok na zadumaną postać poety. Skrzywił się na samą myśl o Kochanowskim i całej historii literatury. Matura z języka polskiego wisiała nad nim niczym miecz Damoklesa. Nawet ten związek frazeologiczny wywoływał w nim wyrzuty sumienia. Ten jeden zapamiętał, ale dziesiątki pozostałych czekały na niego w notatkach. Powinien więcej się uczyć, a tymczasem ustawiał towar na półkach i jeździł po zamówienia. Jak nic znowu obleje.
Wyjął z kieszeni paczkę papierosów, wyciągnął jednego i zapalił. W zeszłym roku, namawiany przez rodziców, a nawet kumpla w robocie, po dziesięciu latach od zakończenia edukacji w szkole średniej przystąpił do matury. Wtedy, gdy zamykał etap technikum, miał w głowie jedynie zaliczenie egzaminu zawodowego, dobrą zabawę oraz spokój od nauki i wrednych nauczycieli. Pracę dostał bez problemu. Ojciec miał olbrzymi warsztat samochodowy i chociaż Hubert nie należał do pilnych uczniów, znalazł tam zatrudnienie zaraz po wakacjach.
Z biegiem czasu chłopak zrozumiał, że regeneracja wtrysków, wymiana uszczelek pod głowicą, pasków rozrządu, wahaczy i amortyzatorów to nie jest coś, co chciałby robić całe życie. Zatęsknił za matematyką, ulubionym przedmiotem, zanim nie obrzydził mu go ten beznadziejny Rafalski. W technikum wszyscy migali się, jak mogli. Po latach jednak Hubert po kryjomu sięgał wieczorami po zbiory zadań i z ogromną przyjemnością rozwiązywał jedno po drugim.
Kiedyś jego ojciec jak gdyby nigdy nic zapytał przy obiedzie:
– Nie myślałeś może o tym, żeby pójść na studia?
Pokręcił wtedy głową, ale w głębi serca zapalił się do tego pomysłu. Nic nikomu nie mówiąc, zabrał się na poważnie do nauki. Cóż z tego, że rozszerzoną matematykę zdał na sześćdziesiąt procent, fizykę tylko trochę gorzej, a angielski bardzo przyzwoicie, skoro oblał polski? Nikomu się nie przyznał ani do matury, ani tym bardziej do porażki. Postanowił spróbować w następnym roku.
Jak tu się jednak uczyć, kiedy dziadek złamał nogę i Hubert musiał mu pomagać? Całymi dniami siedział w sklepie, a wieczorami był już tak zmęczony, że nie miał sił na rozprawki i konteksty literackie. „Korepetycje – pomyślał pewnego dnia. – To jest coś, co może mnie uratować”. Na szczęście babcia poleciła mu dawną nauczycielkę taty.
– Skoro twój ojciec zdał, to ty też dasz radę – zapewniła starsza pani. – Bardzo słaby był z polskiego. – Zaśmiała się i nakleiła cenę na żółte wiadro, które jej wnuk właśnie przywiózł z hurtowni. – Ale sza… Nie mów mu, że o tym wiesz, to i ja się nie przyznam, że mi powiedziałeś, co planujesz – dodała konspiracyjnym szeptem.
To było kilka dni temu, a już na jutro Hubert miał załatwione korepetycje u pani Janiny. Trochę się ich obawiał. Co będzie, jeśli nauczycielka mu powie, że nie ma szans, by w niecałe dwa miesiące nadrobił wszystkie zaległości?
Zaciągnął się ostatni raz i zgniótł niedopałek w popielniczce przy koszu na śmieci. Już miał wstać, by wrócić do pracy, gdy dostrzegł szczupłą, wysoką dziewczynę, z zainteresowaniem przyglądającą się płytom chodnikowym. Hubert wiedział, że wbudowano w nie odlane w brązie fragmenty fraszek Kochanowskiego, ale nawet nie chciało mu się tego czytać. Pomnik Urszulki też go nie wzruszał. O! Dziewczyna podeszła do figury córki poety i cyknęła sobie z nią selfie. Klasyk. Wszyscy tak robią. I jeszcze wkładają Urszulce do ręki jakieś przedmioty albo lody. I siadają na fotelu. Uśmiechnął się pod nosem i właśnie w tym momencie dziewczyna na niego spojrzała.
Przez moment patrzyli na siebie: Hubert z zainteresowaniem, dziewczyna z zawstydzeniem. Nawet mu się spodobała. Wyglądała na najwyżej dwadzieścia pięć lat. Ubrana była zwyczajnie – dżinsy, bluza i lekka kurtka, bo słońce tego dnia mocno grzało. Krótkie ciemnoblond włosy zmierzwił wiatr. Poprawiła okulary, uśmiechnęła się delikatnie i odwróciła wzrok.
Hubert podniósł się z ławeczki i wolnym krokiem odszedł w stronę sklepu wielobranżowego babci Teresy.
***
Ostatnie miesiące były dla Weroniki wyjątkowo trudne. Zmiana dyrektorki w szkole na prawdziwą zołzę, przez co zrezygnowała z ukochanej pracy w warszawskim liceum, i podwyżka czynszu w mieszkaniu, co uczyniło ją właściwie bezdomną, nie byłyby jeszcze takie złe, gdyby nie to, że rodzice się rozwiedli. Nie spodziewała się, że to zrobią. Tyle lat ze sobą wytrwali i sprawiali wrażenie zgodnego małżeństwa. Dodatkowo Weronikę zaskoczyło to, że choć miała ponad trzydzieści lat, mieszkała osobno i dawno odcięła pępowinę, wiadomość o decyzji rodziców aż tak nią wstrząsnęła.
Zawsze wierzyła w miłość, taką aż po grób, podziwiała pary świętujące złote gody, marzyła o tym, że kiedyś i ona dożyje starości u boku ukochanego mężczyzny, a tymczasem się okazało, że na pozór zgodne małżeństwo może trawić rak niedopowiedzeń oraz cichych dni i ostatecznie doprowadzić je do ruiny.
Na szczęście na brata to wszystko tak nie wpłynęło, bo od kilku lat siedział w Stanach, ale mama przeżyła prawdziwe załamanie. Wyprowadziła się do swojej matki, do Radomia, a Weronika podążyła za nią. Chciała być przy mamie, ale sama też potrzebowała zmiany.
– Co ty będziesz, córuś, robić w tym Radomiu? – martwiła się Karolina, która bez problemu znalazła pracę w szpitalu jako pielęgniarka.
– Poszukam szkoły albo się przebranżowię. Na razie mam jakieś oszczędności. Zrobię wreszcie prawko, odpocznę…
– Ja tu mam dla ciebie przystojnego kawalera – wtrąciła babcia i uśmiechnęła się przebiegle. – To syn pani, która tu w mięsnym sprzedaje. W Lublinie mieszka ten syn, ale to niedaleko. Bardzo przyzwoity młody człowiek.
– Młody? – spytała podejrzliwie Weronika. Nawet lubiła tę babciną zapobiegliwość. Obie wiedziały, że z tych swatów nic nie będzie, a mimo to świetnie się bawiły.
– Bo ja wiem…? Młody. Dla mnie to wszyscy młodzi. – Zaśmiała się, ale zaraz spoważniała. – Teraz to jestem stara, ale pamiętaj, że i ja byłam kiedyś panienką…
I babcia Halina zaczęła wspominać. Często tak robiła, a ostatnio niemal każde wydarzenie sprawiało, że wracała do przeszłości. Co zaskakujące, świetnie ją pamiętała, podczas gdy zapominała, czy wzięła leki albo gdzie odłożyła okulary. Ale o przedwojennym i okupowanym Zwoleniu opowiadała tak, jakby jeszcze wczoraj tam mieszkała, a przecież wtedy była dzieckiem.
Dlatego już po kilku dniach spędzonych u babci i mamy Weronika postanowiła, że wykorzysta dany jej czas i wybierze się właśnie do Zwolenia. Jeszcze na pogrzebie prababci Stefy mówiono jej o tajemnicach zabranych przez nią do grobu. Dziewczyna nie chciała, by i te okruchy wspomnień, którymi dzieliła się babcia Halina, odeszły w niepamięć.
Weronika wsiadła w autobus i pół godziny później była na zwoleńskim rynku, a właściwie na Placu Jana Kochanowskiego. Zadrzewiony teren otaczały niskie kamieniczki, a do jednej z pierzei przylegała przelotowa trasa z Warszawy do Sandomierza.
Był dopiero marzec, a na rabatach już kwitły tulipany, wzdłuż alejek żółciły się krzewy forsycji, na niektórych drzewach zaś nieśmiało pączkowały listki. Gdy teraz patrzyła na to miejsce, wprost nie mogła uwierzyć, że na początku wojny miasteczko zostało niemal doszczętnie zniszczone.
Nie chciała jednak myśleć teraz o tamtych czasach. Wolała się skupić na najsłynniejszym Zwolenianinie – Janie Kochanowskim. Od razu więc skierowała swe kroki w stronę ogromnego pomnika. Wyciosany z granitowego bloku dumnie górował nad miastem. W kościele nieopodal znajdował się grób poety, a kilka kilometrów od Zwolenia, w Czarnolesie – muzeum w starym dworku. Weronika była polonistką, ale dopiero teraz pierwszy raz w życiu odwiedziła zwoleński rynek. Nigdy nie pomyślała o tym, by zabrać uczniów w te strony. Zresztą oni woleli Tatry albo Mazury. Zwiedzanie? Nie wchodziło w grę, poza tym w samej Warszawie muzeów, pałaców i innych miejsc wartych zobaczenia było tyle, że starczało na czteroletni cykl nauki.
Co innego jednak zwiedzanie z uczniami, a zupełnie inaczej tak samej. W ciszy, spokoju… Odetchnęła głęboko i od razu zmarszczyła brwi. Kątem oka dostrzegła młodego mężczyznę siedzącego na ławce i palącego papierosa. Smród dymu, którego wprost nie znosiła, niósł się niemal po całym placu. A może Weronika była przewrażliwiona? Mężczyzna wydawał się mniej więcej w jej wieku, szczupły, z przydługimi jasnymi włosami przytrzymywanymi opaską. Był przeciętnej urody, o ile można to stwierdzić na odległość, w dodatku kątem oka.
Żeby nie ściągnąć uwagi nieznajomego, spojrzała na chodnik, na którym od kamiennych płyt odcinały się tabliczki z jakimś tekstem. „Aleja gwiazd?” – pomyślała. I rzeczywiście, trochę prawdy w tym było, tyle że była to aleja jednej gwiazdy, a mianowicie Mistrza Jana z Czarnolasu. Na tabliczkach fragmenty jego utworów: Ślachetne zdrowie… Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy… Próżno uciec, próżno się przed miłością schronić… Jakie to ponadczasowe. Ale też przerażające. Skoro w szesnastym wieku ludzie zmagali się z podobnymi problemami, to znaczyło, że prawdopodobnie nigdy nie uda się ich rozwiązać.
Westchnęła. Jej wzrok pobiegł ku odlanym z brązu pustemu krzesłu i samotnej dziewczynce. Posmutniała. Choć to Urszulka zmarła i zostawiła ojca pogrążonego w żalu i tęsknocie, Wera pomyślała o swoim tacie, który odszedł od mamy. Teraz cierpiała w samotności. Czy i Weronice nie będzie pisane szczęście rodzinne? Przecież coraz więcej małżeństw się rozpadało. Czy to norma, że kobieta i mężczyzna nie potrafią stworzyć stałego związku? A może od zawsze trudno było pielęgnować miłość, zrodzoną w euforii, później zaś przygniecioną ciężarem codzienności?
Podeszła do figury dziewczynki, legendarnej córki poety, i zrobiła sobie z nią selfie. W tym momencie poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła głowę. Mężczyzna, który jeszcze przed chwilą palił papierosa, patrzył na nią i się uśmiechał. Musiała wyglądać dość zabawnie, kiedy robiła sobie zdjęcie z pomnikiem. Chyba wszyscy turyści tak się zachowywali. Odwzajemniła uśmiech, ale szybko skierowała wzrok w stronę zegara słonecznego stojącego przed urzędem miasta.
Kiedy po chwili się odwróciła, mężczyzny już nie było. Zrobiło jej się trochę przykro, choć przecież go nie znała i absurdem byłoby oczekiwać, że napotkany przez nią facet okaże się przewodnikiem po Zwoleniu albo nieznanym krewnym. Wzruszyła ramionami, by udowodnić samej sobie, że nic a nic nie obchodzi ją ten człowiek, po czym skierowała kroki w stronę zwoleńskiego kościoła.
Pomodliła się krótko, przyjrzała płycie nagrobnej Kochanowskiego z bodaj najbardziej znanym wizerunkiem poety i ruszyła w stronę Rygułtu. I choć doskonale wiedziała, że po osadzie nie został już ślad jej dawnego wyglądu, chciała chociaż z daleka popatrzeć na miejsce, w którym wychowała się jej ukochana babcia.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Cytat i dedykacja
Od autorki
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
