Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Usiądźcie wokół mnie i posłuchajcie nowej historii.
Tu Dariusz Szmit, wasz Krwawy Homer.
9 października, godzina 8:45. Lokalna fotopułapka rejestruje, jak trzyosobowa rodzina Ostrowskich wchodzi w głąb lasu. Sielska agroturystyka „W Sercu Borów” stoi pusta, a po właścicielach nie ma ani śladu.
Do osady przybywa znany podcaster true crime. Wiktor Ostrowski miał być jego kluczowym rozmówcą w sprawie „Profesora”, seryjnego mordercy, który właśnie warunkowo wyszedł z więzienia po dwudziestu latach odsiadki.
Pod wodzą komisarza Tomasza Wilczaka policja rusza w duszne, zamglone lasy. Każdy kolejny trop prowadzi jednak w ślepą uliczkę.
Co naprawdę wydarzyło się październikowego mglistego poranka w głębi Borów Tucholskich?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 440
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Rozdział 18 Rozdział 19 Epilog Posłowie
Patrzy Wojtuś, patrzy, duma, Czemu, żeś mnie okłamała, Wojtuś zapamięta. Już Ci nigdy nie uwierzę, Iskiereczko mała, Chwilę błyśniesz, potem zgaśniesz, Ot i bajka cała
Janina Porazińska,Bajka iskierki
Dla taty
Gdy ktoś cię goni, uciekaj.
To jedna z dwóch zasad, jakie zapamiętała ze szkolenia samoobrony, w którym brała udział podczas studiów. Jeśli złapie cię męski przeciwnik, w starciu z nim nie masz szans. Nie wydostaniesz się spod jego ciężaru, jako kobieta nie masz tyle siły. Gdy przygwoździ cię do ziemi, zrobi, co mu się żywnie podoba.
Trzeba biec. Nie zgrywać bohaterki, nie dzwonić najpierw po pomoc. Pierwsze, co należy zrobić, to zniknąć oprawcy z pola widzenia.
Dlatego biegła. Szumiało jej w uszach, klatka piersiowa piekła od wysiłku. Drobne gałązki smagały ją po twarzy, ale nie czuła bólu, tylko przejmujący strach.
Ponownie przyspieszyła.
Korony drzew niknęły we mgle przypominającej unoszący się w powietrzu obłok. Las dzielił się na warstwy widoczne i zasnute bielą, a drobinki rosy osadzały się na poszyciu. Niedaleko dostrzegła poległy buk, którego korzenie wystawały z ziemi i wraz z zarośniętym pniem tworzyły pewnego rodzaju barierę. Przeskoczyła przez niego i wcisnęła się między wystające gałęzie. Zamknęła na kilka sekund oczy, starała się uspokoić oddech.
Palcami wymacała kieszenie bezrękawnika, który tego ranka założyła na wełniany sweter.
Pusto.
Zaklęła bezgłośnie. Telefon musiał wypaść podczas jej szaleńczej próby ucieczki. Nie wiedziała, gdzie się znajduje, aż tak dobrze nie znała tego lasu. Zawsze chodziła tylko utartymi ścieżkami, jak typowa turystka, choć mieszkała w Sromotnym od dziesięciu lat. Ta ignorancja dla miejsca zamieszkania teraz mściła się na niej. Dokąd uciekać? Jak znaleźć wyjście?
Jedyna droga prowadząca z powrotem do Sromotnego została wcześniej zablokowana przez prawie dwumetrowego olbrzyma ubranego w czarny dres i bluzę z kapturem. Gdy wyjął z kieszeni sznur i uniósł na nią wzrok, wiedziała, że czas uciekać.
Pobiegła na oślep w drugą stronę i tak znalazła się tutaj – skulona za leśną barierą.
Trzask gałęzi nieopodal wyrwał ją z zamyślenia. Spróbowała jeszcze bardziej wcisnąć się między gałęzie, jakby chciała wtopić się w otoczenie, po czym zamarła.
Poczuła lekkie ukłucie w okolicy szyi. Przetarła dłonią to miejsce. Ból szybko zelżał, ale jej zrobiło się słabo. Mgła unosząca się w powietrzu jakby wsysała ją w siebie. Wszystko wokół zbladło, krawędzie się rozmazywały.
Coś szarpnęło ją za ramię.
***
Brnęli przez las w ciszy. Wiklinowe, coraz cięższe od zbiorów kosze obijały się o uda. Znów pochylił się nad ściółką i zamruczał z zachwytu. Dorodny borowik szlachetny mienił się w blasku wschodzącego nad Borami Tucholskimi słońca. Jego gruba, twarda nóżka wskazywała na zdrowy okaz, kapelusz zaś, trochę nadgryziony przez ślimaka, którego grzybiarz zrzucił na ziemię, miał kilka centymetrów średnicy.
Rozejrzał się po okolicy. One zawsze rosły w grupach, a w tym roku wyjątkowo dużo okazów znajdowali na niewielkiej przestrzeni. Czasem wystarczył godzinny spacer, by napełnić kosz najróżniejszymi grzybami.
Dorzucił kolejnego borowika do koszyka. Uniósł głowę, gwizdnął. Na wzniesieniu dojrzał kształt idącej w jego stronę postaci. Przez mgłę jej kontury stały się rozmyte, przypominała bardziej ducha niż ośmioletnią dziewczynkę szukającą jesiennych skarbów. Skakała w czerwonych kaloszach po wystających korzeniach sosny, nucąc pod nosem piosenkę, której słuchali wczorajszego wieczora:
– Od gorąca twych promieni zapłonęły liście drzew, od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew, mała chmurka nad jej czołem, mała łezka, słony smak, pociemniało, poszarzało, jesień, jak to tak… Jesień, jesień, jak to tak…[1]
Dziecięcy śpiew niósł się po okolicy, rezonując z echem, jakby dziewczynka śpiewała z nim na dwa głosy. Wreszcie dołączyła do mężczyzny i zajrzała do jego koszyka.
– Nie masz żadnej sowy – zauważyła zrezygnowanym głosem.
Mężczyzna rozejrzał się po okolicy. W oddali majaczył brzozowy zagajnik porośnięty wysoką trawą.
– Sprawdź tam. – Wskazał dostrzeżone miejsce. – Lubią wysoką trawę. Chcesz koszyk?
Dziewczynka ochoczo kiwnęła głową.
– Gdzie mama? – zapytał.
– Poszła na kurki. Chce zrobić jajecznicę na śniadanie.
– Wybornie. – Zamruczał na myśl o swojskich jajkach z grzybowym dodatkiem. – Za chwilę wracamy. Sprawdź ten zagajnik, a potem spotkamy się na ścieżce prowadzącej w stronę rzeki. Zgłodniałaś?
Dziewczynka ponownie się uśmiechnęła, po czym w podskokach zniknęła we mgle. Znów widział tylko nieostry kształt przypominający postać. Skupił się na kolejnych borowikach, obficie porastających zagłębienie między korzeniem sosny a złomem drzewa leżącym na ziemi. Próchnica już dawno zjadła jego wnętrze, a mrówki uznały to miejsce za doskonałe siedlisko. Niewielki kopiec ich mrowiska wystawał z drugiej strony spróchniałego drewna.
Wpatrywał się w to zjawisko zauroczony. Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałby, że przyjdą dni, gdy z ochotą wstanie o piątej rano, aby zbierać grzyby w lesie. Wcześniej żadne stada leśnych zwierząt czy robali nie wprawiały go w stan euforii i zaciekawienia. Obcowanie z przyrodą sprowadzało się do krótkich wypadów za miasto, zazwyczaj do znajomych, którzy urządzali grille w przydomowych ogródkach wyłożonych równo kostką brukową i rozwijanym z metra trawnikiem, po którym nie wolno chodzić.
Po kilku życiowych porażkach zachłysnął się opowieściami w stylu „bieszczadzkich osiedleńców”, którzy – zainspirowani powiedzeniem o rzucaniu wszystkiego i wyjeździe w Bieszczady – korporacyjne kołowrotki zamieniali na własne chatki z drewna, urządzone z dala od cywilizacji. Początkowo parskał śmiechem, potem sam zaczął czytać o miejscach nastawionych na kontemplację ciszy i spokoju, aż pewnego dnia wysiedli z Joanną w środku Borów Tucholskich, w osadzie Sromotne, gdzie nie było nic oprócz domów znacznie oddalonych od siebie.
Stara, poniemiecka stodoła przylegająca do rozpadającego się domu z czerwonej cegły pchnęła jego wyobraźnię w nieznane mu wcześniej rewiry. Widział wschód słońca podziwiany z drewnianego tarasu usytuowanego na piętrze budynku, czuł zapach kawy i świeżego pieczywa wypiekanego we własnym piecu. Podziwiał ogród porośnięty owocami i krzewami, z rabatami dziko rosnących kwiatów i grządkami warzyw, które Joanna wyrywała własnymi rękami. W oddali dostrzegał drewniane domki gości, którzy również cenili sobie spokój i ciszę, a jednocześnie szukali miejsca, w którym nie będą musieli zajmować się gotowaniem, praniem czy sprzątaniem. Czuł świeżość powietrza, jakże innego od smolistego dymu wdychanego w rodzinnym mieście. Miękkość trawy wymieszanej z leśnym mchem, porastającej podwórze. W tle narastał klangor żurawi przylatujących jak co roku do gniazda usytuowanego nieopodal.
Tak, to było jego miejsce.
Formalności i doprowadzenie stodoły do użytku zajęły mu trochę czasu, ale nigdy nie czuł się tak spełniony. A gdy tylko nadchodziła jesień, zabierał kosze wyplatane na którymś z licznych warsztatów, w jakich brał udział, i zagłębiał się w las, po dorodne prawdziwki i borowiki, smaczne kanie i miodowe kurki, aby korzystać w pełni z darów leśnej doliny.
Urwany pisk przerwał ciszę.
Uniósł głowę. To brzmiało jak młody pisklak. Albo kociak odciągnięty od mleka matki. Albo…
Krzyk dziecka.
– Ula?! – zawołał w kierunku zagajnika, gdzie oddaliła się jego córka.
Mgła przeszkadzała w dostrzeżeniu kogokolwiek w promieniu kilkunastu metrów. Szum drzew nad jego głową nie ustawał. Cisza, jaka panowała wokół, zaczynała go dusić.
– Ula? – zawołał córkę jeszcze raz, tym razem jednak bez pewności i z nutą strachu w głosie. – Joanna?!
Cisza. I tylko złowróżbny, zwiastujący nadejście czegoś nieoczekiwanego, unoszący się w oddali klangor nadlatujących żurawi. Nie dojrzał ich w mglistej, gęstej aurze.
Skierował się w stronę zagajnika, gdzie wcześniej Ula wybrała się na poszukiwanie kani czubajki. Kalosze głęboko zapadały się w mech mokry od rosy. Odnosił wrażenie, jakby z każdym krokiem wnikał głębiej w las, a mgła zagłuszała wszelkie dźwięki wydobywające się z boru.
Zdębiał na widok jednego z grzybów, którego ogromny kapelusz wystawał ponad trawę i lekko pochylał się w jego kierunku. Ciemne plamy i charakterystyczny kołnierzyk na nóżce potwierdzał jego gatunek. To dziwne, że Ula przeoczyła taki okaz, i to rosnący praktycznie na wejściu do zagajnika, jakby zachęcał do zagłębienia się między białe pnie brzóz.
– Ula, wychodź! – krzyknął. Strach zaciskał jego gardło coraz mocniej, tak, że nie mógł przełknąć śliny. – Idziemy do domu!
Znów ta cisza, żadnego szurania liści, żadnych łamanych gałązek. Serce zabiło mu szybciej, nakazało przebiec między zagajnikiem, sprawdzić każde drzewo, choć pnie grubości zaciśniętej pięści nie dałyby nikomu schronienia.
Gdy przedarł się przez ostatnie drzewa, dostrzegł na ziemi wiklinowy koszyk. W środku znajdowało się kilka okazów sowy, odsłaniających delikatne blaszki naderwane tak, jakby ktoś rzucił koszykiem, a jego zawartość wymieszała się w środku.
– Ula! – krzyczał zrozpaczony, zaczął chaotycznie biegać wokół zagajnika. – Ula, gdzie jesteś?! Asia!
Błąkał się po lesie, biegał w kółko wokół drogi, którą przebyli tego poranka. Oddech urywał się pod wpływem silnych emocji, ale nie zamierzał przystawać nawet na sekundę.
Coś mignęło mu w oddali. Zwierzę? Mgła nie ustępowała, a z tej odległości nie mógł dostrzec szczegółów.
Pobiegł w tamtym kierunku, wiedziony to strachem, to znów nadzieją, że jednak odnajdzie swoją żonę i córkę. Zrozpaczony krzyk mężczyzny zmieniał się pod wpływem echa w niezrozumiały, rozedrgany dźwięk, który można by uznać za wycie dzikiego zwierzęcia, nawołującego młode do ucieczki przed niebezpieczeństwem.
Szelest łamanych gałęzi i suchych liści powoli cichł. Las ponownie zamarł w jesiennej, październikowej aurze, a pojedyncze liście bezszelestnie spadały na leśne poszycie.
[1] M. Grechuta, Wiosna, Ach to Ty, Polskie Nagrania Muza 1987. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki.
Świt przebijał się przez drewniane żaluzje, rzucając cienie na kołdrę z wełny alpak. Natalia Lasek wpatrywała się w pojedyncze linie. Jedna, druga… A może by tak dziś odpuścić? Nie wstawać, zaszyć się z powrotem pod kołdrą, gdzie duchota i ciepło przyjemnie otuliłyby jej głowę?
Nie musiałaby myśleć. Wspominać.
Zadusiłaby codzienność.
Westchnęła i spojrzała na kalendarz wiszący na ścianie po drugiej stronie pokoju. Musiała wstać. Urlop już się skończył, a nie chciała korzystać ze zwolnienia lekarskiego. Jeszcze nie teraz.
Niechętnie wydostała się spod ciepłej kołdry. Ziąb w pomieszczeniu przypominał o nadchodzącej zimie. Uniosła żaluzje w górę i chmara sikorek z pobliskiego karmnika poderwała się do lotu. Zapomniała im wczoraj dosypać ziaren słonecznika. Nie napaliła w kominku. W ogóle ostatnimi czasy gubiła się ponownie w obowiązkach, które pozwalały przetrwać.
Otworzyła lodówkę, gdzie znalazła jedynie słoik domowego dżemu jabłkowego i kilka plasterków żółtego sera. Chlebak zionął pustką. Zajrzała do kredensu i grzebiąc w pozostałościach po zapasach, znalazła paczkę sucharków, które szczęśliwie pozostawały zamknięte. Data ważności przekroczona o miesiąc nie zniechęciła jej i chwilę później zjadła dwie chrupiące kanapki z serem i dżemem.
Zrobić zakupy. Napalić w kominku. Nakarmić ptaki.
Lista co chwila się wydłużała, a jej siły zaczynały umykać gdzieś na boki. Początek dnia przygwożdżał ją swoim ciężarem i czuła, że jeśli zaraz nie wyjdzie z domu, ponownie schowa się pod kołdrą, zamknie oczy i zapadnie w sen, który okaże się koszmarem zbudowanym na wspomnieniach, o których starała się zapomnieć.
W łazience pośród sterty brudnych ubrań znalazła sweter, który dorzuciła tam w piątek. Założyła go na siebie, jednym ruchem upchnęła pozostałe rzeczy w pralce, wsypała resztę proszku (kupić chemię), włączyła program eko i upewniła się, że sprzęt działa, pobiera wodę i nie wyłączy się przypadkiem podczas jej nieobecności. Potem chwyciła dwie parciane torby na zakupy i kluczyki do samochodu.
Dzień budził się do życia, sklep dopiero co otwarto, więc była pewna, że zdąży zrobić zakupy przed wyjazdem do pracy. Skupiła się na przemierzaniu krótkich alejek supermarketu. Wszystko to, co jej nie odstraszało, trafiało do wózka. Zdobyła się nawet na kupno czekolady, bardziej dla uzupełnienia magnezu w organizmie niż na poprawę humoru. Doskonale wiedziała, że w jej obecnym stanie potrzebne jest leczenie farmakologiczne, a nie jakieś tam zamienniki, ale na otępienie nie wyrażała zgody.
Zbyt wiele wiedziała, za bardzo się bała.
No i nadal uważała, że nie jest tak źle.
Obładowana torbami wróciła do trzynastoletniego Forda Focusa w wersji kombi, wrzuciła do bagażnika zakupy i głęboko odetchnęła. Spojrzała na zegarek. Brakowało piętnastu minut do siódmej, w tym czasie powinna zdążyć wrócić do domu, wyładować zakupy i ruszyć w kierunku wyłuszczarni nasion w Sromotnym.
Skupiła się na jeździe. Jej myśli błądziły, więc powtarzała co chwilę na głos, niczym Krzysztof Hołowczyc w AutoMapie:
– Skręć w prawo. Dalej prosto, teraz skręć w lewo.
Przed bramą ponownie powitały ją sikorki. Czekały na płocie, nad skrzynką na listy, tuż obok szyszki sosny, z łaciny Pinus sylvestris. Wpatrywała się w nią dłuższą chwilę, wreszcie wysiadła i zabrała owoc drzewa. W skrzynce dojrzała jeszcze białą kopertę. Nie miała przy sobie kluczy, ale wystarczył kawałek patyka, aby wydobyć list ze środka.
Nadawcą pisma okazała się jej uczelnia. Rozdarła papier i przebiegła wzrokiem po piśmie, czytając je po cichu na głos:
– „Zgodnie z artykułem sto siedemdziesiątym dziewiątym ustęp b… przewody doktorskie zamyka się lub umarza się… proszę o przedstawienie stopnia zaawansowania pani rozprawy doktorskiej… do dnia trzydziestego pierwszego października dwa tysiące szesnastego roku”.
Brzmiało to jak wyrok.
Zaklęła, szybko otworzyła bramę i wjechała do środka. Mogła się domyślić, że prędzej czy później otrzyma takie pismo. Minęły już trzy lata, od kiedy wróciła do Sromotnego i zaszyła się w domu rodzinnym, a świat ponownie się o nią upominał. Była pewna, że za chwilę Leśnictwo będzie się domagać papierka z tytułem naukowym. Nie miała na to sił, nie była gotowa wrócić do dawnego świata, wypełnionego badaniami i spisywaniem ich naprędce w artykuły. Kiedyś dawało jej to wytchnienie. Teraz tylko przypominało o zmianie, jaka nastąpiła, i to nie z jej woli.
Zaniosła zakupy do domu, zapełniła lodówkę, przeszukała sypialnię i z niewielką listonoszką wybiegła z powrotem do samochodu. Zegarek wskazywał już siódmą piętnaście. Ponownie zaklęła, gdy przypomniała sobie o szyszce włożonej do kieszeni kurtki. Wróciła do domu, otworzyła szafkę i wydobyła z niej pudło wielkości kartonu po butach. W środku znajdowało się kilkadziesiąt szyszek różnego gatunku. Dołożyła tę z dzisiaj i szybko zamknęła wieko.
Po kwadransie wjechała na pusty parking wyłuszczarni. Zaskoczyło ją to, bo Joanna zawsze przyjeżdżała pierwsza i otwierała budynek. Natalia pomyślała, że w czasie jej tygodniowego urlopu coś się mogło zmienić, więc sięgnęła do schowka, skąd wydobyła pęk kluczy.
Szum wiatru narastał wokół wysokiego budynku. Kobieta zbliżyła się do wejścia głównego. Drzwi były zamknięte. Tak jak podejrzewała, Joanna nie pojawiła się w pracy. Użyła swoich kluczy, przeszła przez korytarz, wyłączyła alarm, otworzyła drzwi do gabinetów swojego i Joanny oraz do pokoju badań i zmierzała właśnie do suszarni, gdy w jej pokoju rozdzwonił się telefon. Podniosła słuchawkę w ostatnim momencie.
– Halo?
– Witamy po urlopie, jak się trzymasz?
Oparła się o biurko i przymknęła oczy. Nadleśniczy Leśnictwa Sromotne i zarazem jej szef, Lucjan Gwiazda, doskonale wiedział, dlaczego ostatnio chodzi do roboty w kratkę. Przed ostatnim urlopem wprost zapytał, czy Natalia znalazła jakiegoś psychiatrę, bo się o nią martwi. Tylko przez wzgląd na empatycznego pracodawcę kobieta teraz odetchnęła i zdusiła w sobie złość.
– Wszystko w porządku. Co tam?
– Przygotowałem w zeszłym tygodniu próbki modrzewia, możesz sprawdzić, jak to wygląda i czy się zgadza z ostatnimi pomiarami?
– Jasne – potwierdziła i spojrzała w kierunku kiełkowni. – Coś jeszcze?
– Daj mi do telefonu Joannę, miała przygotować umowę dla Tucholi, a nie mogę się do niej dodzwonić.
– Nie ma jej.
– Jak to: nie ma?
Zdziwienie szefa zastanowiło Natalię.
– No, jestem tu sama. Myślałam, że wzięła urlop czy coś. Nie mówiła ci nic?
Cisza w słuchawce się przedłużała. Kobieta wyjrzała przez okno w gabinecie, które wychodziło na parking. Nadal stał tam tylko jej stary samochód.
– Dobra, popytam i sprawdzę to – powiedział mężczyzna.
– Może Ula się rozchorowała? Mamy październik, Aśka zawsze powtarzała, że nienawidzi jesienno-zimowych smarków, które roznoszą po szkole dzieciaki, a jej córka przynosi je do domu. Daj mi znać, co jest, dobra?
Raz jeszcze sprawdziła parking, potem przeszła do gabinetu Joanny. Na jej biurku jak zawsze panował nieskazitelny porządek. Nie znała bardziej pedantycznej osoby, ale być może księgowe po prostu tak mają, że każdy papierek musi mieć swoje miejsce.
Zrobiła kawę i przeszła do kiełkowni. Tam wreszcie odetchnęła, jakby ciężar poranka powoli odchodził w nicość. Skupiła się na nasionach wysianych w trzech próbkach, zaczęła przeglądać parametry z zeszłego tygodnia, które nadleśniczy spisywał podczas jej nieobecności.
Tylko tyle i aż tyle, żeby przetrwać ten dzień.
Kiedyś za każde wypowiedziane słowo Dariusz Szmit zarabiał złotówkę. Stan konta codziennie się powiększał, jakby ktoś kręcił korbką i nabijał coraz większe i większe liczby. Upadek z tak dużej wysokości bolał i pozostawił w nim ślad, który do dziś próbował ostatecznie zamazać.
Wrzucił miętowego dropsa do ust i chuchnął. Po ostatniej rozmowie zaschło mu w gardle, ale euforia i adrenalina działały jeszcze długo po zakończeniu wywiadu. To był jego powrót z zaświatów, czuł to w kościach. Poczucie ulgi rozluźniło spięty bark i szczękę, którą zaciskał mimowolnie podczas ostatniej godziny. Będzie miał szansę na rehabilitację, na zatarcie złego wrażenia i nareszcie coś zarobi. Od kiedy zaczął zalegać z czynszem w spółdzielni i w zeszłym tygodniu otrzymał ponaglenie spłaty zadłużenia, każda złotówka liczyła się jeszcze bardziej niż wcześniej.
Dariusz wiedział, że nie powtórzy już sukcesu, jaki kilka lat wcześniej dopadł go w najmniej oczekiwanym momencie i sprawił, że mężczyzna zatracił się w splendorze. Teraz oczekiwał stabilności i możliwości działania zgodnie z prawem. Świat, który poznał, szybko przyjął go w swoje szeregi, i równie szybko wypluł na bruk, gdy Dariusz przestał do niego pasować.
Z satysfakcją oparł ręce na kierownicy motocykla BMW i pozwolił, aby cukierek powoli rozpuścił się w ustach i nawilżył zmęczoną krtań.
Telefon zabrzęczał w jego kieszeni. Wyjął go i uśmiechnął się pod nosem na widok nazwy rozmówcy.
– No witam, pani prezes. – Wyprostował się na motocyklu, którego nadal nie odpalił. – Wyczułaś nosem, że jestem w pobliżu?
– Kiedy będziesz miał gotowy odcinek? – Kobieta zdawała się nie zwracać uwagi na jego usatysfakcjonowany ton głosu. Oczekiwała konkretów. – Rozmawiałeś już z Ostrowskim i jego rodziną?
– Spokojna twoja rozczochrana. Właśnie jestem w drodze. Przepustka więzienna trochę szwankowała, kilka razy przesuwali mi spotkanie, ale się udało. Mam też opinię prokuratora i biegłego, kilku zaprzyjaźnionych z osadzonym osób, została ostatnia rzecz i sklejam odcinek. Zobaczysz, będzie zajebisty. Gala Empiku w przyszłym roku należy do nas, dostaniesz najlepszy podcast…
– Nie pieprz mi tu głupot, Darek, tylko bierz się za robotę. Masz jeszcze dwa tygodnie. To musi wyjść do końca roku.
– Jasne.
– A tak między nami… – Ton głosu kobiety zmiękł, ocieplił się. Ewidentnie chciała wiedzieć wszystko wcześniej. – Powiedział ci coś więcej?
– Poza tym, że jest niewinny? – odpowiedział pytaniem na pytanie, trochę, żeby ją podpuścić i zdenerwować.
– Wierzysz mu? Myślisz, że rzeczywiście siedział tyle lat za niewinność?
– Dowiesz się z mojego odcinka, Mari. – Uwielbiał grać jej na nerwach i doprowadzać na skraj. – Wiesz, że nie zdradzam szczegółów przed skończeniem nagrywania.
Westchnęła w słuchawkę. Jęknięcie podnieciło go i gdyby nie fakt, że Mari obecnie znajdowała się jakieś trzysta kilometrów stąd, w Warszawie, pojechałby do niej i porządnie bzyknął.
Wypluł resztkę dropsa, która kłuła go w język.
– Jadę, Mari. Muszę sprawdzić jeszcze jedno miejsce, to ostatni świadek. Niedługo się odezwę.
Włączył silnik motocykla, założył kask i wyjechał z parkingu pod szarym blokiem na jednym z gdańskich osiedli. Szybko włączył się do ruchu i skierował dalej na południe. Zostawiał za sobą morze i trójmiejski gwar, aby na jakiś czas zmienić się w prawdziwego turystę w otoczeniu przyrody.
Po godzinie jazdy sceneria się zmieniła. Zaorane pola ustąpiły miejsca kolorowym lasom, mieniącym się w październikowym słońcu odcieniami żółci, czerwieni i brązu. Powietrze było inne, pełniejsze. Gdy zaparkował kilka kilometrów przed docelowym miejscem, zdziwiony odetchnął pełną piersią – głębiej, jakby cały zapach i stęchlizna cywilizacji nie zostały wpuszczone między skupiska drzew. Lepki, słodkawy zapach grzybni unosił się w powietrzu, opadał na skórzaną kurtkę i kask. Po raz kolejny przetarł szybkę rękawem kurtki. Niby nie padało, a jednak mokre, jesienne coś pokrywało każdy skrawek jego stroju.
Uniósł komórkę, chwilę szukał zasięgu. Gdy minął ostatnie miasteczko na swej drodze i wjechał w Bory Tucholskie, najpierw stracił zasięg GPS, potem zaś połączenie internetowe. Myślał, że takie rzeczy zdarzają się tylko w górach, w Bieszczadach na krańcu Polski, a nie kilkanaście kilometrów od głównego tranzytu północ–południe.
– Kurwa…
Zniesmaczony rozejrzał się po okolicy. Powinien zrobić pieprzony research przed przyjazdem w te strony, ale stwierdził, że odrobina zaskoczenia wzbogaci historię, o której opowie. Rozejrzał się po okolicy – las, droga, jakieś gospodarstwo majaczące między drzewami. Włączył więc dyktafon i rozpoczął nagrywanie:
– To jak droga donikąd. Ostatnie ślady cywilizacji zniknęły, ustępując miejsca starym drzewom, pamiętającym szlacheckie czasy panów i chłopów. Mgła sunie pod moimi stopami, których nie widzę, wszystko lepi się od nieustępliwej wilgoci, ale idę dalej w kierunku wskazanym przez zasłyszane plotki, przez głosy ludzi, którzy początkowo nie chcieli przyznawać się do tego, że znają prawdę. W oddali majaczy dom, w którym wszystko się kończy. A gdzie się zaczęło? Posłuchajcie.
Wyłączył dyktafon. Słońce wyjrzało zza chmur i przyjemnie ogrzewało twarz resztkami ciepła. Żadnej mgły nie znalazł, ale tego nikt nie musiał wiedzieć. W końcu z tego żył – opowiadał historie niczym zawodowy pisarz, ale wolał snuć je jak stary dziad siedzący przy ognisku. Niczym Homer, tyle że współczesny, z dyktafonem w dłoni.
Dariusz Szmit po roku totalnej porażki powoli odbudowywał swój autorytet. Miał nadzieję, że wreszcie odkupi winy i oczyści swoje imię. W końcu po to spędził szmat czasu na poszukiwaniu odpowiedniego tematu.
A gdy wreszcie go znalazł, postawił wszystko na jedną kartę i zaczął rozgrzebywać przeszłość.
Jeszcze raz spróbował połączyć się z Internetem. Odpalił mapy, prześledził zaznaczoną trasę. Musiał znajdować się już niedaleko. Postanowił zasięgnąć opinii miejscowych w pierwszej wiosce, do której dojedzie. Na pewno wskażą mu drogę.
Im dalej wjeżdżał w las, tym bardziej droga się zwężała, a asfalt na krawędziach się wykruszał. Motocykl doskonale radził sobie jednak na nierównościach. Po obu stronach drogi rozpoczęły się wiejskie zabudowania. Pojedyncze domki z czerwonej cegły, rozmieszczone w odległości kilkuset metrów od siebie wyglądały, jakby pamiętały zamierzchłe czasy. Dachówka w niektórych miejscach się sypała, w niektórych wstawiono nowe okna, ale zostawiono ceglaste mury lub kamienny płot. Wjeżdżał w zupełnie inny świat, jakby cofał się w czasie z każdym przekroczonym metrem. Nawigacja wskazywała punkt docelowy, do którego zjechał z głównej, asfaltowej drogi. Tutaj stało już osiedle domków jednorodzinnych z tujami rosnącymi na obrzeżach, które skutecznie maskowały wygląd działki.
Dom Ostrowskich znajdował się przy osiedlowej ulicy wyłożonej równo kostką brukową, z wysokimi krawężnikami i progiem zwalniającym ustawionym trzysta metrów od domu. Posesja znajdowała się tuż przy lesie, była ostatnim domem na Wiśniowej. Wybudowany również z czerwonej cegły, wyglądał na odrestaurowany i zadbany. Drewniany taras okrążał parter, na nim zaś znajdowało się kilkanaście doniczek z kolorowymi kwiatami. Niektóre były już uschnięte, inne nadal korzystały z ostatnich promieni słońca. Trawnik był zadbany, równo ścięty, a brukowaną ścieżkę w kierunku drzwi obsadzono z obu stron lawendą. W oknach dostrzegł białe firany spięte po bokach, co dopełniało sielskiego obrazka tego miejsca. Nad drzwiami bujała się na wietrze drewniana tabliczka z nazwą: W Sercu Borów.
Dariusz powoli wszedł na drewniany ganek i zadzwonił domofonem. Nikt nie odebrał. Delikatny szum wiatru poruszał koronami drzew, liście dębu opadały na wjazd, gdzie zostawił motocykl. Zadzwonił ponownie.
Rozejrzał się po okolicy. Cisza, niczym niezmącona, nawet ptaki przestały się odzywać. Nacisnął na klamkę, ale było zamknięte.
– Halo? Jest tu ktoś?! – krzyknął.
Wiatr się wzmógł, ale nie przyniósł żadnej odpowiedzi.
Dariusz okrążył dom. Okna pozamykano, podobnie jak drzwi prowadzące najprawdopodobniej do kotłowni albo jakiegoś pomieszczenia gospodarczego, które znajdowało się na tyłach budynku. Rozejrzał się raz jeszcze, po czym sprawdził maila. Specjalnie skontaktował się z Wiktorem w sobotę, chciał potwierdzić dzisiejszy przyjazd i sprawdzić, czy zaksięgowali opłatę za pobyt. Ostrowski zapewniał, że wszystko jest przygotowane. Teraz nikogo tu nie było, jakby gospodarze w ogóle nie prowadzili pensjonatu dla turystów.
Szmit czuł, jak wzrasta w nim złość. Jutro miał wracać do domu, na koncie za chwilę wejdzie mu debet, a Ostrowski go oszukał. Nienawidził takich sytuacji.
Za plecami usłyszał męski śmiech. Odwrócił się, podszedł do motocykla. Drogą w kierunku lasu podążało kilkoro nastolatków. Wiedział, jak z nimi rozmawiać. Podszedł do grupy i zagadał:
– Chcecie zarobić dwie dychy?
Wyjął z kieszeni spodni portfel i pomachał banknotem. Ożywili się, jeden z nich bez wahania wyrwał pieniądz z dłoni mężczyzny.
– Szukam Wiktora Ostrowskiego. Mieszka tutaj, wynająłem w jego pensjonacie pokój, ale nikt nie otwiera.
– Nic dziwnego, ten pensjonat to ściema. – Chłopak w szarej dresowej bluzie miętolił banknot w dłoni. Był wysoki, nosił sprane adidasy i plecak zarzucony na jedno ramię. Włosy miał krótko ścięte po bokach, nad uchem wygolony zygzak.
– Co to znaczy?! – Dariusz się wkurzył. Jeśli się okaże, że facet go wydymał na kasę… – Możesz wyjaśnić?
– No, oni tu mieszkają, ale nigdy u nich nie było przyjezdnych, co nie? – Chłopak zarechotał, a reszta mu zawtórowała. – Ostrowski to majster w hotelu, a jego żona pracuje w leśnictwie, ja tam nie kojarzę u nich turystów. A co, naciągnęli pana na kasę?
Grubszy chłopak stojący z tyłu wybuchnął śmiechem. Brzmiało to, jakby się dusił, ale Dariusz doskonale widział jego szyderczy wzrok i roześmianą twarz, którą starał się zakryć pulchną dłonią.
– Na moje, to niech idzie pan pogadać z psami, w Zgliszewie jest posterunek, może coś z tym zrobią.
– Jo, niech pan pyta o komisarza Borkowskiego – dodał kolejny nastolatek w okularach.
Młodzi spojrzeli po sobie i pokiwali głową, ale w ich uśmiechach było coś, co kazało Szmitowi zachować ostrożność. Mężczyzna przyjrzał się chłopakom. U żadnego nie zauważył jeszcze śladów pierwszego zarostu, ale z kieszeni ortalionowej kurtki jednego z nich wystawała puszka po piwie. Ten jedyny był cicho, trzymał się najdalej i nerwowo tupał nogą. Gdy zauważył spojrzenie Dariusza, zakrył dłonią puszkę. Grupka musiała zatem być nieletnia.
– Długo tu mieszkają ci Ostrowscy? – Dariusz wyjął Mentosa i wrzucił go do ust. Podniósł wysoko głowę, tak, aby widzieć reakcję chłopaków, gdy powie im, że policja jest już w drodze i złapie ich za nielegalne spożywanie alkoholu. – Dom wygląda na zadbany.
– Jo. Matka opowiadała, że z miasta się sprowadzili, jak mnie w wózku woziła. – Szef bandy schował wreszcie banknot do kieszeni. – Ten Ostrowski sam to remontował, to była poniemiecka rudera, jak wiele takich w okolicy.
– Wiktor zajmuje się budowlanką?
Chłopak prychnął.
– Budowlanką? Koleś to od zawsze kombinował. Teraz to chyba sprzedaje figurki na deptaku. Takie plastikowe krasnale, zwierzęta. Niektórzy to stawiają w ogrodzie. Widziałem go też co tydzień na bazarze w Zgliszewie. A młoda, ta Ulka, to i nowy rower ma, i tablet, co z nim się nie rozstaje, więc chyba kasę mają.
– Ostrowscy mają córkę?
– Jo. Do drugiej klasy poszła.
– A wy do której chodzicie? – Dariusz się uśmiechnął. – Piwko chyba nie jest dozwolone, co? Komisarz Borkowski pewnie wie coś na ten temat, mam po niego zadzwonić?
Młodzież wpadła w popłoch.
– Dzięki za kasę – mruknął najbardziej wygadany, po czym nastolatkowie zaczęli się pospiesznie oddalać, aż wreszcie rzucili się biegiem w las.
Dariusz patrzył na opadające za nimi liście, gdy w biegu torowali sobie drogę między krzewami. Uśmiechnął się do siebie. Zawsze lubił wprowadzać drobny zamęt w rozmówcach. Miał wrażenie, że moment, w którym ktoś zaczyna się denerwować, jest momentem prawdy. To wtedy zazwyczaj człowiek przestaje kłamać i zwierza się w nadziei, że ta spowiedź szybko się skończy i będzie mógł odejść. Dariusz nigdy nie odpuszczał takich momentów.
Pomysł z odwiedzeniem komisariatu policji nie był zły. Musiał przyznać rację chłopakom, że psy mogły tu pomóc w szybkim załatwieniu sprawy. Liczył na zwrot wpłaconej kwoty i miał nadzieję, że jakikolwiek komisarz zawiezie go prosto do Wiktora Ostrowskiego. Wpisał w nawigację punkt docelowy. Okazało się, że Zgliszewo znajdowało się zaledwie dziesięć kilometrów na wschód od Sromotnego. Założył kask, odpalił motocykl i odjechał spod domu Ostrowskich.
Po drodze minął wysoki, kilkukondygnacyjny budynek, oczywiście z czerwonej cegły, do którego prowadził brukowany podjazd. Zwolnił, gdy zobaczył tablice informacyjne. Wyłuszczarnia nasion. Nie miał zielonego pojęcia, co to jest za miejsce i do czego służy, ale uznał, że na poznanie okolicy poświęci chwilę później. O ile zwrócą mu wydane wcześniej pieniądze.
Komisariat policji w Zgliszewie znajdował się w kamienicy stojącej przy rynku miejskim, który stanowił park z kilkoma ławkami i ścieżkami. Po drugiej stronie placu znajdowała się kawiarnia, bank spółdzielczy i kwiaciarnia. Sprzedawczyni ustawiała już sztuczne bukiety chryzantem i lilii w wazonach przed wejściem do budynku; przypominały listopadowe wiązanki, które układa się na grobach.
Dariusz zatrzymał się na parkingu przy kawiarni i wszedł do środka. Pierwszą kawę wypił na porannym spotkaniu w Gdańsku, ale miał wrażenie, jakby od tego momentu minęła dekada. Zamówił mocną americanę i udał się w kierunku posterunku policji.
– Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – Policjant pełniący dyżur na portierni uśmiechnął się szeroko. Na jego piersi wisiał identyfikator z danymi funkcjonariusza: starszy posterunkowy Piotr Borkowski.
Dariusz uniósł krzaczaste brwi. Zrozumiał, że szukanie komisarza o takim nazwisku przyniosłoby tylko problemy.
Wyjaśnił powód wizyty i już miał pokazać funkcjonariuszowi maila z potwierdzeniem rezerwacji, gdy ten zapytał:
– Ile zapłacił pan za pobyt?
– Czterysta pięćdziesiąt złotych. Zarezerwowałem nocleg na dwie doby w jednoosobowym pokoju.
Funkcjonariusz zmarszczył czoło i pokręcił głową.
– Proszę pana, ta kwota kwalifikuje się jako wykroczenie. Oczywiście, może pan to zgłosić, ale od razu panu powiem, że to potrwa. Musi pan się stawić na przesłuchanie, dostarczyć dowody… – Funkcjonariusz schylił się pod biurko i wyjął kilka kartek, które podsunął Szmitowi. – Mam. Proszę. Ale wie pan, jest południe, całkiem możliwe, że właściciel wyjechał coś załatwić i teraz czeka na pana.
W Szmicie znów narósł gniew. Nienawidził papierologii. Co innego doszukiwać się faktów w dokumentacji, a co innego przejść przez cały proces jej składania w urzędzie – czy w tym przypadku na komisariacie – i usłyszeć, że został oszukany na zbyt małą kwotę.
– A czy wie pan może, gdzie mogę szukać Wiktora Ostrowskiego?
Borkowski wzruszył ramionami.
– Wie pan, ile osób tu przychodzi?
Dariusz prawie wybuchnął śmiechem. Nie znajdował się w Warszawie, nie sądził, żeby mały posterunek policji w małym mieście gdzieś w środku lasów odwiedzały tysiące petentów jednego dnia. Borkowski przesadzał, Dariusz odniósł wręcz wrażenie, że postawa funkcjonariusza ma go zniechęcić do dalszego drążenia tematu. Pewnie najlepiej by było, gdyby w ogóle zrezygnował ze zgłoszenia kradzieży pieniędzy i dał im spokój.
– Polecam zatrzymać się w pensjonacie Nad Wstążką u Gabryśki Makosz – dodał z uśmiechem funkcjonariusz. – Ona prowadzi też smażalnię ryb, będzie pan zadowolony z lokalnych smaków. To jak, składa pan to zgłoszenie czy czekamy do wieczora? Może pan…
– Ostrowski…
– Tak, Może pan Ostrowski już na pana czeka? Nie wiadomo, warto sprawdzić. Wie pan, w ciągu dnia ludzie pracują, proponuję poczekać do wieczora ze zgłoszeniem wykroczenia.
– Jak dojechać do tej smażalni? – zapytał Dariusz, bo nie zamierzał już dłużej dyskutować z policjantem.
– Prosto, tą drogą, potem będzie zakręt w lewo na Sromotne. Po trzech kilometrach wyjedzie pan na trasę na Tucholę i na skrzyżowaniu stoi smażalnia.
Rozstali się bez słowa pożegnania.
Po drodze do motocykla Dariusz wyrzucił pusty blankiet zgłoszenia do kosza na śmieci. Pomyślał, że może faktycznie Ostrowski wrócił w międzyczasie do domu i niepotrzebnie fatygował się na posterunek. Pod wpływem rekomendacji policjanta głód zaatakował jego żołądek i Szmit nie mógł pozbyć się wizji świeżej rybki usmażonej na głębokim oleju. Uznał, że może odwiedzić ponownie Wiktora z pełnym brzuchem i wymusić na nim sporą zniżkę za tę ściemę z noclegami.
W końcu nic tak nie buduje atmosfery dobrego śledztwa jak nieoczekiwane utrudnienia.
Czwórka przyjaciół zatrzymała się przy nieczynnym dworcu kolejowym. Budynek stacyjny z zakratowanymi drzwiami i oknem oznaczony był dużą, żółtą tabliczką z napisem: „Uwaga! Zakaz wstępu, grozi zawaleniem”.
Wąski chodnik otaczał jego mury. Przeszli nim na tył stacji, gdzie wiciokrzew o rdzawo-zielonych liściach porastał całą ścianę ruiny. Między kłębowiskiem wici znajdowały się jeszcze jedne małe drzwi zamknięte na kłódkę. Wojtek wyjął z kieszeni klucz, który kiedyś dorobił do kłódki, i otworzył drzwi.
W niewielkim, pustym pomieszczeniu unosił się odór stęchlizny. Na betonowej posadzce pod ścianą leżały puste puszki i butelki po alkoholu. Stare tablice z odjazdami i przyjazdami pociągów, na których godziny wypisane na kartonikach wkładało się we wgłębienia na planszach, nadal wisiały nad ich głowami. Kolory już wyblakły, chociaż mogli rozróżnić niebieski odcień, oznaczający pociąg zwykły, od czerwonego oznaczającego przyjazd pociągu pośpiesznego.
Przy jednej ze ścian znajdowały się dwa okienka z metalową zasuwą. Tektury wypełniały teraz miejsce, gdzie kiedyś za szybą znajdowała się kasjerka sprzedająca kartonowe, prostokątne bilety kolei państwowych. Z czasem pociągów jeżdżących przez Sromotne było coraz mniej, aż w końcu, po wejściu do Unii, zamknięto ten szlak łączący niegdyś Kościerzynę z Bydgoszczą.
Grupa chłopaków usiadła na ławeczce, z której odchodziła farba. Próbowali uspokoić oddechy po ucieczce.
– Ale jazda! – Wojtek jako jedyny przechadzał się po dawnej poczekalni. Wyciągnął z kieszeni banknot, który otrzymał od turysty. – Mówiłem wam, że warto urwać się dziś z budy.
Wszyscy ryknęli śmiechem, tylko Aleksander spoglądał na nich z lekkim grymasem, bez euforii. Jego głowę wciąż zajmowały inne myśli, inne sprawy, zupełnie inny świat. Miał nadzieję, że jeśli urwie się z lekcji razem z chłopakami, choć trochę zapomni o tym, co na niego czekało po powrocie do domu.
– Alek, dawaj piwo. Od tego gadania zachrypłem. – Wojtek wyciągnął rękę po browar, który chłopak krył w kieszeni kurtki.
– Myślisz, że coś się stało Ostrowskiemu? – Maciek poprawił na nosie okulary i wpatrywał się w Wojtka wyczekująco.
– Chuj wie. – Chłopak pociągnął łyk piwa, otarł rękawem bluzy usta i podał puszkę Maćkowi. – A może wałęsa się znów po okolicy?
– Myślicie, że Meyer wyrzucił go z hotelu? – zapytał ponownie Maciek.
Podawali sobie puszkę w kółku, po chwili Wojtek wyciągnął też papierosa i chmura dymu poleciała prosto w twarz Alka.
– Możliwe. Słyszałem, że i tak robił tam na czarno. Może ktoś w końcu go podpieprzył do skarbówki? Moja mama mówi, że najgorzej, jak się przyczepi skarbówka, bo z nimi nie można się dogadać.
Wojtek przechwycił browar i upił łyk. Aleksander pomyślał o matce kolegi, adwokatce, która nie miała pojęcia, co jej syn robił po szkole. A może miała? Nigdy tak naprawdę nie zagłębiali się w swoje relacje rodzinne, w szkole zamykali się na swoich rodziców i skupiali się na własnych relacjach. Alkowi zawsze to było na rękę.
Ustalili tę zasadę po bójce na boisku podczas zajęć wychowania fizycznego w drugiej klasie podstawówki. Wojtek od zawsze podskakiwał innym, miał się za ważniejszego i lepszego. Powiedział coś o matce Aleksandra i chłopak rzucił się z pięściami na niższego, chuderlawego kolegę w markowych dresach i butach z paskami. Nauczyciel ledwie ich od siebie odseparował, kazał czekać na dyrektora i zadzwonił po rodziców.
Przed gabinetem dyrektora Wojtek już nie szarżował. Skulił się w sobie ze wstydu, jak później powiedział Alkowi. Nie miał pojęcia o przeszłości kolegi i jego trudnej sytuacji rodzinnej. Tego dnia jeden jedyny raz zwierzyli się sobie z problemów, jakie mogą mieć ośmiolatki w domach, i ustalili, że już nigdy ich nie podejmą podczas lekcji. Szkoła miała stać się ich oazą spokoju i miejscem, do którego te problemy nie docierają. Maciek i Paweł dołączyli do ich dwójki w zgliszewskim technikum, i tak już zostało. Niczym czterej muszkieterowie trzymali się razem każdego dnia, choć nie rozmawiali o problemach, z jakimi się borykają.
– Może trzeba sprawdzić, co się dzieje z Ostrowskim? – Wojtek przygryzł palec. – To niegłupie nawet.
– Będziemy się uganiać za starym kolesiem? – Ubrany na czarno Paweł, zwany Grubym, wreszcie wbił się między wypowiedzi kolegów. – Jeszcze nas wezmą za jakichś popaprańców, lepiej to zostawić w cholerę. Co z tego, że ktoś go szukał?
– A to, że teraz mamy za co browara kupić. – Wojtek pokazał Grubemu dwadzieścia złotych. – A jeśli turystów jest więcej? Trzeba się pokręcić przy ich domu, sprawdzić hotel i popytać, co się stało. I czekać na następnych naiwniaków.
Kiwali zadowoleni głowami, a browar znów ruszył w kolejkę.
Aleksander, obserwując towarzystwo ze szkolnej ławki, czasem się zastanawiał, czy już jest na ich poziomie, czy jednak wyrwał się z tego zaklętego kręgu łobuzów zbierających negatywne uwagi w dzienniczku niczym kolekcjonerzy znaczków pocztowych.
Ostatnio po szkole poszli do lasu z Wojtkiem, który miętolił w dłoniach paczkę fajek podwędzoną matce z torebki. Palili w ciszy, do czasu, aż Alek zaczął się krztusić dymem wciąganym w płuca. Rzucił niedopałek na ziemię, zdeptał go, po czym podniósł i wsunął do torebki foliowej, którą nosił w kieszeni kurtki. To nie było dla niego. Swąd papierosów go nie odurzał, bardziej odrzucał, jakby w przeszłości wyrządził mu jakąś krzywdę. Wojtek za to, z wprawą godną zawodowego palacza, mruknął tylko, że powinien spróbować czegoś innego.
Czego? Domyślał się, co kolega miał na myśli, ale wiedział, że to tylko wiejskie gadanie. Że jak raz ktoś przyklei ci łatkę alkoholika albo narkomana, to już do końca życia będzie ją widać. Tak go postrzegali, mimo prawie piętnastu lat i niskiego wzrostu.
Był bratem narkomana. Tego, co zniknął, tak jak ich matka.
Mówili, że Alek na pewno wyrośnie na złodzieja albo innego bandytę. W końcu te same geny.
Już dawno przestał z tym walczyć. Ludzie wiedzieli swoje, a wielu nie chciało zmienić zdania po raz wyrobionej opinii. On sam się łapał na tym, że traktuje każdego z sąsiadów w określony sposób.
Ekspedientka to wiejska plotkara, co liczy w swoim sklepie każdy brakujący grosz. Jest żul siedzący pod tym sklepem i jego córka, którą wszyscy przezywają – Ruda Majka, wiejska blogerka, zawsze z rudym warkoczem. Ma sąsiadkę, Świętoszkę, która chodzi na wszystkie msze w ciągu dnia do pobliskiego kościoła.
W szkole też miał kolegów z łatkami. Wojtka nazywał Kopciuchem, od tych podkradanych papierosów, a Maćka – Śpiochem. Gruby był Grubym od samego początku, z imienia i nazwiska wymieniała go tylko pani na zajęciach, jak wyczytywała obecność.
Łatki przytwierdzały się do człowieka, jakby ktoś przyspawał je na stałe. Pozbycie się ich graniczyło z cudem.
– Myślisz o Rostku? – rzucił w jego stronę Maciek.
Wszyscy spojrzeli na Alka. Najmłodszy z towarzystwa dzięki swej rodzinie i łatce przypiętej od małego od razu przeskoczył kilka szczebli w karierze wioskowego bandyty. Chwycił piwo i wypił je duszkiem do końca. Nikt nie oponował, nikt nie zwrócił uwagi, że browar powinien zrobić jeszcze jedno kółko. Nawet Wojtek wypalił papierosa do końca i spojrzał na kolegę z zainteresowaniem.
– Zostawmy ten temat. – Alek zgniótł puszkę w dłoni.
– On też zniknął – kontynuował Maciek, jakby nie usłyszał kumpla. – Wiesz, może Ostrowski też ma coś na koncie? Może ktoś go widział w warsztacie samochodowym? Trochę przypomina to zniknięcie Błażeja, a jeśli kręcił się w warsztacie, to kto wie…
– Raczej nie i chuj ci do tego. – Alek zaczynał się denerwować.
– Jak Rostek zniknął, to cały komisariat w Zgliszewie huczał, że ucieka przed prokuratorem. – Maciek, nieświadomy konsekwencji wypowiedzianych słów, brnął dalej: – Matka mi mówiła, że wtedy to przeszukiwali cały las, aż do Złorzecza. Chcieli go w poprawczaku zamknąć… Kurwa!
Aleksander wymierzył koledze cios w nos. Krew rozbryzgała się po twarzy pryszczatego chłopaka, który złapał się za nozdrza i spazmatycznie oddychał. Gruby złapał Maćka za łokieć i przytrzymał go na nogach. Wojtek podszedł do Alka i tylko cicho szepnął:
– Idź już.
Tylko Wojtek znał prawdziwą historię zniknięcia Błażeja Rostowskiego i tylko jemu Aleksander nie był w stanie się postawić. Każda inna osoba, która mówiła o Błażeju, prędzej czy później dostawała od niego cios.
Aleksander odwrócił się i bez słowa odszedł w stronę torów kolejowych. Słyszał jeszcze, jak Wojtek uspokaja kolegów i ruga Maćka za wypowiedziane słowa.
Przez kilkadziesiąt metrów szedł po szynach, zapatrzony w tłuczeń wyłożony między podkładami. Wreszcie skręcił w leśną drogę, prowadzącą do jedynego domu w tej okolicy. Przedarł się przez mokrą ściółkę i wyszedł na niewielką polanę, na której stał sześćdziesięciometrowy dom z czerwonej cegły.
Jedna ze ścian była świeżo zatynkowana, z drugiej strony między oknami widoczne było ogromne pęknięcie w murze. Pod drewnianą szopą stojącą naprzeciwko domu piętrzyły się materiały budowalne. Wiedział, że musi zdążyć ocieplić dom przed zimą. Inaczej tym razem nie utrzyma ciepła w pokoju babki, a od kiedy większość czasu kobieta spędzała w łóżku, ziąb w mieszkaniu tylko przeszkadzał.
Spojrzał w niebo. Stalowoszare kłębisko chmur przysłoniło całe słońce i mrok zaczynał opanowywać bory. Wszedł do domu, rzucił szkolny plecak na podłogę pod zlewem w kuchni. Zestaw bladoniebieskich mebli, pamiętających wczesne lata dziewięćdziesiąte, cudem trzymał się na wieszakach na pękającej ścianie. Bał się go ruszyć, aby cegły całkowicie nie skruszały i nie spowodowały większych szkód. Za czasów Błażeja wymienili w kuchni tylko blat i sprzęty.
Sięgnął do koszyczka, w którym trzymał leki babki zakupione po powrocie ze szpitala w sierpniu. Lekarz nie pozostawiał złudzeń. Jej sędziwy wiek i fakt, że karetka tak późno dotarła na miejsce, spowodowały, że konsekwencje udaru były nieodwracalne. Mimo że kobieta zachowała jasność umysłu, to jej motoryka osłabła i ledwie była w stanie ruszyć się z łóżka do łazienki. Starał się z nią ćwiczyć, ale rzeczywistość coraz bardziej go przytłaczała. Na jego głowie był rozpadający się dom, opieka nad kobietą, która praktycznie go wychowała i do tego zniknięcie brata, jedynej osoby, jakiej ufał.
– Aluś? – Babka wyciągnęła w jego stronę dłoń i ścisnęła go za palce. Delikatnie, krucho, jakby nie znalazła sił w mięśniach na dotyk.
– Jestem, babciu. – Złapał staruszkę za dłoń. – Rozmawiałaś dziś z sąsiadką? Miała zajrzeć do ciebie, jak byłem w szkole.
Kobieta uśmiechnęła się z wysiłkiem.
– O tak, wspominałyśmy stare czasy… – Delikatnie ścisnęła jego dłoń. – Wezwij do mnie Natalkę. To bardzo ważne.
Teresa Rostowska przymrużyła oczy i czekała, aż chłopak kiwnie głową. Gdy zobaczyła ten gest, poklepała go jeszcze po dłoni, po czym położyła ręce na brzuchu i z uśmiechem na twarzy zamknęła oczy. Wyglądała jak trup leżący w trumnie, mimo że w jej żyłach nadal płynęła krew.
Nastolatek się przeraził i po raz pierwszy od lat pozwolił sobie na cichy płacz.
Komisarz Tomasz Wilczak potarł dłonią twarz i na chwilę zamknął oczy. Trzecia kawa dzisiejszego dnia nie pomogła. Odnosił wrażenie, że kofeina działa na niego usypiająco. Może w jego żyłach było już jej za dużo? Tylko jak miał inaczej ogarnąć syf, jakim go obarczano na co dzień?
Od kiedy dostał awans, nie miał ani jednego dnia urlopu. Codziennie przybywało spraw i coraz bardziej zauważał pewien schemat, który panował w rewirze jego posterunku. Komendant nawet nie chciał o tym słyszeć, więc Wilczak na własną rękę zaczął prowadzić małe prywatne śledztwo, aby wytłumaczyć zbieżność pewnych sytuacji.
W regionie dochodziło do kradzieży, większych i mniejszych, szczególnie w okresie turystycznym. Spośród potoku spraw zdołał wyłuskać te, które dotyczyły kradzieży samochodów. Sprawdzał właśnie akta sprawy pojazdu marki Audi, który znaleziono we wrześniu w lesie. Auto było wybebeszone z części, które można było sprzedać, nie miało nawet szyb. Szukał między wierszami odpowiedzi. Intuicja podpowiadała mu, że jest już bardzo blisko Hansa Meyera, głównego podejrzanego, ale nadal odbijał się od ściany i nie dostarczył szefowi wystarczających dowodów na nielegalną działalność lokalnego biznesmena.
Sprawą zainteresował się przed kilkoma laty, gdy po śmierci Jerzego Laska, właściciela jedynego w okolicy warsztatu samochodowego, dowiedział się od sąsiada, że Jerzy przed śmiercią odsprzedał swój warsztat Hansowi Meyerowi. Niemiecki przedsiębiorca szybko zadomowił się w nowym lokalu i od tego czasu przez ulice Sromotnego przejeżdżały luksusowe auta, podobno sprowadzane z Niemiec. Podobno, bo Tomasz skrupulatnie przyglądał się tym transakcjom i choć na papierze wszystko się zgadzało, to na żywo wyglądało to podejrzanie. Wieczorne i nocne jazdy, dwóch barczystych ochroniarzy broniących wstępu na posesję, do tego zwiększona liczba zgłoszeń o kradzieżach dokonywanych w obrębie województwa. Tylko tyle wystarczyło komisarzowi, aby zaczął drążyć zależność między kradzieżami, pojazdami a Hansem Meyerem. Na razie bezskutecznie.
– Cześć, Wilczak.
Starszy posterunkowy Piotr Borkowski wszedł do pokoju Wilczaka z kartką w dłoni. Marszczył nos, jakby coś się stało. Tomasz odrzucił na plecy kitkę, wyciągnął nogi przed siebie i spojrzał na funkcjonariusza, który pełnił dziś dyżur na posterunku. Fotel obrotowy zaskrzypiał pod jego ciężarem.
– Co tam?
– Mam coś… dziwnego. – Borkowski usiadł naprzeciwko kolegi. – Rano dzwonił do nas nadleśniczy Lucjan Gwiazda z zapytaniem, co zrobić, jeśli jego pracownica nie pojawiła się w pracy.
Wilczak roześmiał się na te słowa.
– Liczył na nasze wsparcie?
– Nie wiem, bardziej mówił o możliwości zgłoszenia zaginięcia. Ile trzeba odczekać, co zrobić, czy musi dostarczyć jakieś informacje i czy on jako pracodawca może wypełnić zgłoszenie o zaginięciu.
– A kto miał niby zaginąć?
Posterunkowy sprawdził dane na kartce papieru.
– Joanna Ostrowska, pracownica wyłuszczarni nasion w Sromotnym.
Uśmiech zniknął z twarzy Wilczaka. Pomyślał o ostatnim spotkaniu z jej współpracownicą, Natalią Lasek, i o tym, jak krzyknęła mu prosto w twarz niecenzuralne słowa. Poprawił się na krześle i słuchał Borkowskiego, który relacjonował rozmowę z nadleśniczym.
– Rano Joanna nie pojawiła się w pracy. Gwiazda zadzwonił też do szkoły, zapytać o jej córkę, ale okazało się, że nie pojawiła się w placówce. Potem pojechał do niej do domu i zastał zamknięte drzwi, żadnych odgłosów z wnętrza domu, nic.
– Może wyjechała gdzieś z córką? Bez przesady, takie sytuacje się zdarzają, że pracownik nie informuje szefa o nagłym wyjeździe.
– No tak, ale potem na posterunek przyjechał jakiś turysta, nie przedstawił się. Twierdził, że szuka Wiktora Ostrowskiego, bo wynajął u nich pokój i nikogo nie zastał w domu. Pokazał mi nawet maila z potwierdzeniem rezerwacji. Początkowo nie skojarzyłem faktów, ale potem, jak sprawdziłem te zgłoszenia, to się okazało…
– Że mają to samo nazwisko? – rzucił sarkastycznie Wilczak. Westchnął i pokręcił głową. Nie po to dostał awans na zastępcę komendanta policji i kierował wydziałem kryminalnym w regionie, żeby zajmować się błahostkami. – Proszę cię, nie przynoś mi takich dupereli. Rodzina wyjechała i tyle, a że jakiś turysta wynajął u nich pokój, no to pewnie się nie dogadali. Mogę się założyć, że wieczorem wrócą do domu. Nie ma co siać paniki.
– Tak, pewnie tak będzie. Chciałem tylko dać znać…
– Dobra, przyjąłem to do wiadomości, a teraz idź i daj mi popracować.
Odwrócił się do biurka i wyciągnął ze sterty kolejną teczkę z danymi skradzionego Mercedesa. Tym razem właściciel pojazdu wyjechał na wakacje i zostawił go na parkingu bydgoskiego lotniska. Po powrocie okazało się, że auto zniknęło. Wilczak zaczął czytać notatki z przesłuchania właściciela pojazdu, a gdy dotarł do końca, spojrzał w telefon, na ostatnią wiadomość od swojego informatora. Ten milczał od kilku tygodni, co wprowadzało już nerwową atmosferę i skazywało Wilczaka na samotną pracę śledczą. W duchu miał nadzieję, że pomiędzy aktami znajdzie jakikolwiek trop, który pozwoli wszcząć oficjalne śledztwo.
Gabryśka Makosz znalazła dla Dariusza pokój na poddaszu dwupiętrowego budynku z lat osiemdziesiątych, z pięknym, drewnianym tarasem na parterze. Darek postanowił wejść na taras od strony smażalni ryb, która dzięki ogromnemu szyldowi zawieszonemu nad barem była widoczna z głównej drogi w kierunku Sromotnego. Obserwował ludzi odwiedzających smażalnię, a zapach smażonego tłuszczu i ryby unosił się za każdym razem, gdy otwierano przeszklone drzwi. Bar przypominał amerykańskie jadłodajnie, z czerwonymi kanapami i stolikami ustawionymi przy witrynach oraz ogromną ladą na środku, otoczoną hokerami.
Musiał zmienić plan działania, a to wymagało kilku godzin sprawdzania zapisków, które prowadził na laptopie. Musiał też spisać przesłuchania świadków, a co ważniejsze, przeliczyć oszczędności i sprawdzić, jak długo może tu zostać. Zamierzał wyciągnąć od Ostrowskiego pieniądze, które wpłacił jako zaliczkę za nocleg, i przy okazji obić mu mordę za nieprofesjonalizm. Postanowił, że dopiero wtedy przesłucha Wiktora. Może odrobina krwi cieknącej z nosa przypomni mu dawne wydarzenia. Zaśmiał się w myślach na tę wizję.
Zaciągnął się miętowym e-papierosem i głośno wypuścił dym z płuc. Gonitwę myśli zostawił na później. Teraz musiał coś zjeść. Dochodziła czternasta, ale przez długą podróż i poranny zryw na spotkanie jego żołądek domagał się konkretnego jedzenia, a nie szybkiego hot doga ze stacji benzynowej, popitego kubkiem kawy z automatu.
– Tutaj ma pan klucz do pokoju. – Gabryśka wreszcie wróciła do niego z plikiem dokumentów do podpisania. Oddała mu dowód osobisty, uśmiechając się przy tym promiennie. – Tu proszę o parafkę, tu podpis, a tu ma pan nasze menu smażalni. Zachęcam do wykupienia naszego abonamentu turystycznego. Śniadania i obiadokolacje w promocyjnej cenie na czas pobytu.
– Od tego zacznę – zapewnił i uśmiechnął się do kobiety.
– Cieszę się! A teraz zapraszam za mną, pokażę, gdzie co jest.
Mimo niskiego wzrostu i korpulentnej budowy ciała właścicielka pensjonatu poruszała się szybko i sprawnie oprowadzała go po budynku. Burza loków w perłowym kolorze podskakiwała z każdym jej krokiem. Mówiła przy tym z szybkością karabinu maszynowego.
– Tutaj łazienka, wspólna dla gości z poddasza, ale obecnie tylko pan zajmuje tu pokój. – Otworzyła drzwi kluczem. – Jest czajnik, sztućce i kubki, mała lodówka stoi na korytarzu, może pan z niej korzystać. W łóżku znajduje się pościel, zaraz przyniosę poszewki i ręczniki. Z tą szafą to proszę uważać, bo drążek wypada przy drobnym obciążeniu, lepiej korzystać z półek. Mam nadzieję, że nie ma pan nic do powieszenia… W wolnej chwili mąż się tym zajmie, ale teraz przewidujemy nalot grzybiarzy. Pan też zbiera?
– Nie, mam sprawę służbową do załatwienia w okolicy…
– Wiedziałam! – Kobieta pisnęła z radości, nachyliła się do niego i szepnęła konspiracyjnie: – Od razu pana poznałam. Zdradzi mi pan, nad czym teraz pracuje Krwawy Homer?
Zaskoczony uniósł brwi. Dawno nikt go tak nie nazywał.
– Dał mi pan swój dowód osobisty, panie Dariuszu – wyjaśniła Gabryśka, widząc jego zmieszanie. – Tak się składa, że uwielbiam pana podcast. To, w jaki sposób pan opisuje te miejsca zbrodni! Człowiek czuje, jakby się poruszał w tym miejscu. Szkoda, że sprawa Krawczyka skończyła się tak, jak się skończyła…
– Nie ma o czym mówić.
– Nad czym pan teraz pracuje?
– To tajemnica, ale zrobię dla pani wyjątek. Tacy fani to skarb. – Mrugnął z uśmiechem i postanowił pociągnąć kobietę trochę za język. – Zna pani rodzinę Ostrowskich ze Sromotnego? Może mi pani opowiedzieć trochę o Wiktorze?
Wyjął telefon i włączył dyktafon. W przeciwieństwie do poprzednich rozmówców Gabryśka odchrząknęła, odważnie pochyliła się nad dyktafonem i zaczęła mówić z przejęciem:
– Ostrowscy wprowadzili się do starej, poniemieckiej ruiny gdzieś na początku dwa tysiące szóstego roku? Jakoś tak. Dom wymagał remontu, tak samo stara stodoła. Wiem, że wzięli kredyt na remont, ale ten Wiktor wszystko sam robił. Joanna to księgowa, szybko złapała pracę w leśnictwie i właściwie nigdy z nią nie rozmawiałam. Do kościoła nie chodzili w niedzielę, na festynach się nie pojawiali, tylko Wiktor wystawiał się ze swoim straganem. Sprowadzał z Niemiec te porcelanowe krasnale do ogródków. Ostatnio to chyba też zwierzęta miał na straganie: koty, ptaki, jakieś jelenie. W każdym razie jak wyremontowali dom, to chcieli zrobić agroturystykę, ale chyba niezbyt im to poszło, bo nie mieli dobrych opinii. Wie pan, w tej branży nie ma urlopu, a ludzie są wymagający. Robisz od świtu do zmierzchu, świątek, piątek, nie masz weekendu wolnego, bo wtedy jest największe oblężenie. A Ostrowscy tak jakoś podchodzili do tego bez spięcia. Trafiali do mnie turyści, tacy jak pan, którzy zachęceni ich stroną internetową wynajmowali tam pokój, a potem szukali czegoś w okolicy, bo się okazało, że brudno, że coś jest nie tak z kuchnią albo z łazienką, że jest remont, o którym nie wiedzieli.
– Czyli ta agroturystyka to ściema?
– Nie wiem, co by mieli ukrywać. Ale skoro nie ma ich w domu, a powinni być, to kto wie?
– Oni mają córkę, tak?
– Tak, Urszula, do drugiej klasy teraz poszła. Złote dziecko. Grzeczna, miła, wszystkim pomaga. Ona nawet w tej agroturystyce dużo robiła, często sama po zakupy rowerem przyjeżdżała. W sezonie sprzedajemy również pstrągi hodowlane do pobliskich hoteli i restauracji, Ostrowscy też kupowali u nas ryby.
Dariusz poczuł przyjemne mrowienie na plecach. O co tutaj chodziło? Kim tak naprawdę był Wiktor, skoro interes mu się nie kręcił? Strona internetowa rzeczywiście robiła wrażenie: fotografie przedstawiały piękny, sielski obrazek domku pośród lasu skąpanego w letnim słońcu, z tarasem pełnym bujnej roślinności, z obrazkami zbieranych z krzaków malin i borówek. Obfite, wiejskie śniadania na drewnianym stole, całość wyposażenia zachowana w rustykalnym stylu. Brakowało tylko jakiejś kozy pasącej się na łące, ale człowiek spragniony spokoju i sielskości od razu chciał tu przyjechać.
– Skąd mieli tyle pieniędzy, żeby utrzymać dwupiętrowy dom ze stodołą i z działką, skoro nie prowadzili agroturystyki? – zapytał sam siebie, ale na głos. Pogrążony w rozmyślaniach, zapomniał, że Gabryśka stała tuż obok.
– Pewnie Joanna wszystko opłacała, w końcu księgową jest. Wiktor imał się różnych prac: a to sprzedawał przyczepy kempingowe, a to kiedy indziej jeździł na imprezy plenerowe i rozkładał duże namioty. Robotny chłop był, tylko chyba niezbyt wiedział, jak się firmę prowadzi, bo te jego biznesy to po kilku miesiącach znikały. Te krasnale ogrodowe też sprowadzał od niedawna, od miejscowego Niemca. Ale tak między nami – ściszyła głos, jakby ktoś miał ich podsłuchiwać – ten Niemiec to też podejrzane interesy robi. Skupuje ziemie wokół swojego hotelu Nad Duszycą. Ostatnio pokłócił się z radnymi o działkę. Chcieli od niego wydzierżawić część na publiczny parking, ale się nie zgodził, tylko kolejną działkę kupił. Wszyscy mówią, że z hotelu aż tyle pieniędzy się nie wyciągnie. No i jest właścicielem warsztatu samochodowego.
Dariusz zaciągnął się e-papierosem. Zalew informacji spowodował, że przestał już słuchać Gabryśki. Do tej pory nie zamierzał sprawdzać tego Niemca, choć podobno pracował u niego też Wiktor Ostrowski… Musiał to wszystko rozpisać, bo błądził jak we mgle. Jesienna atmosfera w pełni oddawała stan, w jakim się znajdował – wszystko przysłonięte niewidzialną mgłą, lepkie od mżawki.
Ręka świerzbiła go do pisania, ale żołądek znowu się odezwał. Co wybrać? Musiał chociaż trochę spraw uporządkować, zanim pójdzie na obiad, ale to wymagało pozbycia się wiejskiej plotkary Gabryśki z wynajmowanego pokoju.
Sięgnął po plecak i zrzucił go na łóżko.
– Dziękuję za informację, pani…
– Żadna pani, Gabryśka jestem. – Kobieta uśmiechnęła się i machnęła dłonią. – A zrobi pan tak, jak z innymi rozmówcami? Wie pan, te przekształcenia głosu, anonimowy świadek…
Dariusz uśmiechnął się szerzej. Trafił na prawdziwą fankę jego pracy. Każde spotkanie z osobą, która ceniła jego dziennikarski wkład w przygotowanie materiałów i formę, w jakiej opowiadał zasłyszane historie, podbudowywało jego ego i dawało mu ukojenie. Szczególnie po tym, jak popisowa sprawa sypnęła się i pogrążyła go zawodowo.
– Oczywiście. Ogarnę się i zajrzę do ciebie po te pstrągi, narobiłaś mi apetytu.
Kobieta spojrzała na zegarek.
– Właśnie! Uciekam do smażalni!
Wybiegła z pokoju, a Szmit przyjrzał się niewielkiemu lokum. Przy ścianie pod oknem sufitowym znajdowało się niewielkie biurko. Od razu usiadł na stojącym przy nim krześle i wyciągnął z przegródki w plecaku zeszyt w kratkę z logo swojego podcastu: zdjęciem antycznego popiersia Homera z czerwoną farbą spływającą po jego twarzy. Otworzył zeszyt na pustej stronie. Wyznaczył kilka linii, na jednej z nich zapisał imię i nazwisko poszukiwanego: Wiktor Ostrowski.
Poniżej zrobił krótki rysopis: czterdziestopięcioletni mężczyzna, właściciel pensjonatu W Sercu Borów, kilka biznesów, mąż księgowej, ojciec ośmioletniej dziewczynki. Potem przygotował swoją autorską tabelę. W jednej kolumnie wypisał obszary, jakie zamierzał zbadać w pierwszej kolejności: dom, praca, związek, dziecko, kasa.
Musiał ponownie odwiedzić Ostrowskiego w domu, o ile ten już do niego wrócił. Zaplanował, że zje obiad, odpocznie chwilę i ruszy w teren. Wieczorna przebieżka po lesie mogła też podsunąć mu niezłe opisy przyrody, które wykorzysta w podcaście. To powinno jeszcze bardziej pobudzić wyobraźnię słuchaczy. Podkreślił słowo „dom” i wpisał obok cyfrę jeden. Sprawdził w telefonie pogodę na wieczór i uśmiechnął się pod nosem. Brak intensywnych opadów deszczu i kilkanaście stopni na plusie powinny ułatwić mu pracę w terenie.
Zanim zamknął notes, dodał też adnotację przy punkcie „praca”. Niemiec, o którym wspomniała Gabryśka, intrygował go – Dariusz czuł swoim dziennikarskim nosem, że cudzoziemiec może mu powiedzieć coś więcej o Wiktorze. Dopisał „Niemiec” i cyfrę dwa. Postanowił, że następnego dnia rozpyta o Ostrowskiego po wiosce. Być może ktoś jeszcze lubił tutaj plotkować tak jak Gabryśka.
Zamknął zeszyt, wyjął z plecaka słuchawki bezprzewodowe, założył je i ruszył do smażalni na pstrąga. Depeche Mode rozluźniało jego umysł i odświeżało myśli.
Zaparkowała na niewielkim wzniesieniu, z którego ciągnęła się panorama na jezioro rynnowe o wdzięcznej nazwie Wstążka, na którym w latach siedemdziesiątych wybudowano zaporę w celu utworzenia ciągu wodnego z Duszycą i niedaleką Brdą. Jezioro obfitowało w pstrągi, stąd przy jego brzegu mieściła się najlepsza w okolicy smażalnia ryb. Naprzeciwko niewielkiej restauracji stał domek właścicielki.
Natalia ruszyła w kierunku budynku. Kilka osób siedziało przy stoliku na zewnątrz i walczyło z przejmującym wiatrem, który wzmagał się nad wodą i unosił papierowe talerzyki z rybą i frytkami. To znaczyło, że w środku nie mieli już wolnych miejsc.
– Zamówienie numer dwadzieścia! – zawołała starsza, korpulentna kobieta z burzą loków i przewiązanym w pasie fartuchem, patrząc w kierunku parki siedzącej przy wejściu.
– Cześć. – Natalia stanęła przy ladzie i niepewnie się uśmiechnęła. – Nie w porę?
Gabryśka Makosz dmuchnęła na pukiel włosów spadający jej na twarz.
– Za każdym razem się dziwię, że tutejsze grzyby tak przyciągają klientelę. Połowa z nich przyjechała nazbierać kurek, wyobrażasz to sobie?
– Nie za późno na to? Największy wysyp był w sierpniu, teraz zostały jakieś drobiazgi na drodze…
– Dokładnie to pomyślałam, ale spróbuj im coś powiedzieć. Są mądrzejsi od miejscowych.
– Przynajmniej zarobisz. – Natalia rozejrzała się po smażalni.
– Ale co się muszę użerać… – Ściszyła głos, bo młody chłopak podszedł odebrać swoje zamówienie. Nachyliła się do Natalii i wyszeptała: – Nie zgadniesz, kto wynajął u mnie pokój. Krwawy Homer.
Natalia uniosła brwi na widok purpurowych policzków właścicielki smażalni. Nie dało się nie zauważyć jej entuzjazmu. Gabryśka wskazała głową na stolik najbardziej oddalony od lady.
W kącie siedział mężczyzna ubrany w skórzaną kurtkę motocyklisty, upstrzoną naszywkami jak z lat dziewięćdziesiątych. Duże, czarno-czerwone słuchawki na uszach i wystukiwany nogą rytm wskazywały na miłośnika mocnego grania. Miał czarne, lekko zmierzwione włosy, krzaczaste brwi i wydatne usta. Skupiał się na wyłuskiwaniu ości z zamówionego pstrąga i w ogóle nie zwracał uwagi na tłum ludzi znajdujących się wewnątrz smażalni.
– Proszę. – Gabryśka postawiła przed Natalią smażoną rybę i sałatkę z marchwi. – Chcesz zjeść na zapleczu?
Kobieta kiwnęła głową, chętnie zaszyłaby się z dala od obcych ludzi. Stroniła od nich, zawsze uważała, że lepiej mieć jednego przyjaciela niż chmarę koleżanek, z których żadnej nie można prosić o pomoc. Często celowo doprowadzała do sytuacji, w której rozmówca nie wytrzymywał i odchodził od niej, zniesmaczony jej wyrazem twarzy, nonszalancją lub sarkazmem wydobywającym się z co drugiego zdania.
– Kim jest ten Krwawy Homer? I skąd to idiotyczne przezwisko? – zapytała Gabryśkę, gdy ta przyszła odebrać kolejne zamówienia.
– Nie wiesz? – zdziwiła się kobieta. – Musisz go posłuchać, to sławny podcaster, na YouTube prowadzi dziennikarskie śledztwa. Pomógł wielu osobom, którym policja czy urzędy odmówiły pomocy.
– Skoro jest taki sławny, to gdzie te tłumy fanek?
– To przez taką jego głośną sprawę. Nie wiem, czy słyszałaś o Krawczyku, tym biznesmenie?
– Zamknęli go za gwałt na sekretarce. – Natalii przypomniały się nagłówki z gazet sprzed paru lat. Wtedy jeszcze interesowały ją wydarzenia w kraju i każdego poranka włączała serwis informacyjny, aby na bieżąco śledzić główne wątki. – A potem go wypuścili? Nie pamiętam dokładnie.
– No właśnie. – Gabryśka nachyliła się do koleżanki. – Wypuścili go po śledztwie Krwawego Homera. Dariusz udowodnił, że biznesmen nie miał nic wspólnego ze śmiercią tej biednej dziewczyny. Adwokat Krawczyka podobno wyciągnął ogromne pieniądze od państwa za osadzenie niewinnego.
– No tak… – Natalii przypominało się coraz więcej szczegółów z medialnej sprawy. – Pamiętam, jak porównywali to do sprawy Tomasza Komendy, że kolejny niewinny siedzi w więzieniu, że policja spreparowała dowody… Ale po wyjściu na wolność ta kobieta zmarła, prawda?
Gabryśka kiwała głową.
– Zamordowali ją jakiś rok temu.
– Krawczyk? – Natalia wybałuszyła oczy. Tego etapu śledztwa już nie pamiętała. Rok temu skupiała się na utrzymaniu swojego życia na powierzchni. – To jednak on ją zgwałcił i potem chciał uciszyć?
– Ja myślę, że ktoś go wrobił w gwałt i śmierć tej dziewczyny, bo chciał zgarnąć kasę z przedsiębiorstwa. Ten browar, który prowadził Krawczyk, teraz przejęli dziwni właściciele. Podobno pojawili się od razu po zamknięciu Krawczyka, niby wcześniej mieli wszystko dograne… To wszystko nie trzyma się kupy.
– Skąd ty to wszystko wiesz?
Właścicielka smażalni znów się zaczerwieniła.
– Jak się zrobiło głośno o Dariuszu i oskarżono go o spreparowanie dowodów na niewinność Krawczyka, to śledziłam inne podcasty. Sprawa znów trafiła do mediów.
– Co się stało temu Dariuszowi?
Gabryśka spojrzała w kierunku stołów, przy których siedzieli klienci.
– Dostał rykoszetem. Ktoś zarzucił mu, że zmyślił całe śledztwo dla własnej korzyści, w końcu Krwawy Homer zyskał rozpoznawalność, jak Krawczyka wypuścili na wolność. Nie pytałam go jeszcze, czy będzie chciał udowodnić niewinność biznesmena, ale wiem za to, nad czym teraz pracuje.
Natalia uniosła brwi.
– Wypytywał o Wiktora Ostrowskiego – wyjaśniła Gabryśka.
– A to ciekawe… – Natalia po raz kolejny tego dnia została zaskoczona. Pomyślała, że może dlatego Joanna nie pojawiła się dziś w pracy. – O co oskarża Wiktora?
– Jeszcze o nic, ale wspomniałam mu też o Hansie Meyerze, może zrobi z nim porządek. Ostatnio znowu łaził wokół ich domu. Niby wie, że nie ma do niego prawa, ale wciąż się burzy, że jego spuścizna po dziadkach została rozkradziona między miejscowymi.
– Jasne, ale to, że jego rodzina kazała rozstrzelać leśniczych ze Sromotnego podczas drugiej wojny światowej, to już nieważne – wtrąciła Natalia.
Lokalna historia nadal budziła w mieszkańcach mieszane uczucia. Gdyby się w nią zagłębić, pewnie znaleziono by więcej trudnych tematów. Jednym z nich była masowa egzekucja mieszkańców Leśniczówki Sromotne, dokonana we współpracy z miejscowymi niemieckimi mieszkańcami na początku drugiej wojny światowej.
– Jeszcze tego nie zaniosłaś? – Mąż Gabryśki wyszedł z kuchni z silikonową łopatką w dłoni. – Znów będą narzekać na zimne, przestań memlać…
– Dobra, dobra.
Kobieta puściła oko do Natalii i zniknęła z jedzeniem za drzwiami zaplecza. Lasek dokończyła posiłek, odniosła talerz do zmywaka i ruszyła do wyjścia. Jesienna aura znów dała się we znaki i po porannym słońcu nie zostało już śladu – teraz padała ni to mżawka, ni to deszcz. Natalia naciągnęła kaptur bezrękawnika na głowę i wybiegła z budynku w stronę samochodu.
Wyczerpana, opadła na siedzenie kierowcy. Zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech. Jeden, drugi… Ciężko jej się oddychało. Głębokie wdechy nie przynosiły ulgi, powodowały, że jeszcze bardziej zapadała się w siebie. Odpaliła Forda i odjechała w kierunku domu, znów jak na autopilocie pokonała krótką trasę i dopiero widok budynku, w którym spędziła najszczęśliwsze lata życia, otrzeźwił ją z otępienia na tyle, że pokonała ostatnie metry i z ulgą zamknęła drzwi.
W domu panował ziąb i czuć było wilgoć panoszącą się w niedogrzanych ścianach. Wrzuciła do kominka kilka polan brzozy, rozpaliła ogień, sięgnęła do barku po butelkę białego, półwytrawnego wina i usiadła na kocu na podłodze. Drugi pled, ręcznie robiony, zarzuciła na ramiona. Telefon kilka razy piknął, ale nie zwróciła na niego uwagi. Piła alkohol prosto z butelki, obserwując drewno znikające pod wpływem żaru i płomieni.
Przez chwilę scrollowała aplikację w telefonie, a gdy natknęła się na czarno-białe zdjęcie głowy greckiego poety oblepionej czerwoną mazią, kliknęła na pierwszy odcinek. Zauważyła, że zebrał blisko dwieście tysięcy wyświetleń.
– Podobno najlepsze historie pisze samo życie. Już w starożytności poeci odkryli tę prawdę i na bazie ludzkich tragedii tworzyli najsłynniejsze na świecie poematy. Tak powstały Iliada i Odyseja, a wędrowny pieśniarz, który przy ogniskach urozmaicał ludziom wieczory, dziś jest słynnym poetą, o którym uczą się dzieci na historii.
Natalia parsknęła pod nosem, mimo to nie wyłączyła podcastu. Nigdy wcześniej nie słuchała takich audycji, dopiero niedawno zrobiły się w Polsce popularne. Było jednak w tym coś, co przyciągało – hipnotyzujący, niski głos prowadzącego, przeciągane końcówki zdań, cisza w tle, która sprawiała, że jego słowa dźwięczały mocniej w jej głowie.
– Homer podróżował po antycznym świecie i zbierał doświadczenia zwykłych ludzi. Postanowiłem zrobić to samo. Skupić się na historiach mrożących krew w żyłach. Będę rozmawiać z tymi, których nie wysłuchano. Będę podróżować po miejscach, do których nie chcielibyście wejść. A potem opowiem wam ze szczegółami, jak jest naprawdę. Tu Dariusz Szmit, wasz Krwawy Homer. Usiądźcie wokół mnie i posłuchajcie nowej historii.
Gdy wyłączyła podcast, za oknem od dawna było już ciemno. Historia Krawczyka rzeczywiście opierała się na dowodach, które wydawały się tak oczywiste, że ich wymyślenie graniczyło z cudem. Monitoring, na którym zarejestrowano biznesmena, gdy w tym samym czasie ktoś gwałcił rzekomą ofiarę Krawczyka, do tego ślady opon samochodu, którego nigdy nie odnaleziono, źle wykonane oględziny, niewykorzystanie śladów osmologicznych…
Dariusz Szmit rzucał wszystkimi faktami jak magik wyciągający z kapelusza połączone ze sobą apaszki, które wcześniej włożył pojedynczo do środka. Nie dziwiła się, że adwokat wykorzystał te fakty i doprowadził do uwolnienia biznesmena.
Upadek dziennikarza musiał ostro zaboleć. Dzisiejsze czasy są bezlitosne – jeśli jesteś na świeczniku, byle bzdura może cię zrzucić do szamba. To kolejny powód, aby się nie wychylać. Robić swoje i nie wnikać w to, jak postępują inni ludzie.
Natalia domyślała się, jak się czuje Szmit w swoim środowisku. Po śmierci ojca to ona była w Sromotnym na świeczniku. Z jednej strony traktowano ją jak trędowatą ze względu na śmierć osoby, którą wszyscy znali i lubili, z drugiej zaś słyszała, jak plotkują o ojcu, o długu, o domu i warsztacie samochodowym. Gdy dowiedzieli się, komu Jerzy Lasek sprzedał swoje przedsiębiorstwo, wszystkie szepty się nasiliły.
Po trzech latach to spowszedniało, ale nie dla niej. Może inni wrócili do swojego spokojnego, wiejskiego życia, ale ona nie. A wieść, że Wiktor Ostrowski był na celowniku dziennikarza, rozpaliła jątrzące się rany na nowo.
W domu wreszcie zrobiło się przyjemnie i ciepło, więc otworzyła drzwiczki pralki i włożyła mokre pranie do dużego plastikowego kosza. Nie znalazła już siły na powieszenie go na stojącej suszarce, jednym ruchem wyrzuciła tylko ciuchy na pręty. Potem zasunęła wszystkie żaluzje w domu i położyła się do łóżka. Przed zaśnięciem zdążyła jeszcze napisać do szefa, że jutro spóźni się do pracy o godzinę.
Tomasz Wilczak zarzucił czarną, skórzaną kurtkę na bark i wyłączył komputer. Oczy paliły go od kilku godzin wpatrywania się w tekst, w głowie miał mętlik. Za oknem pociemniało, wiatr wzmógł się, a mżawka sprzed południa zmieniła się w deszcz siąpiący nieprzerwanie od godziny.
– Tomek, masz chwilę? – Usłyszał za plecami męski głos.
Nadleśniczy Lucjan Gwiazda stał w progu, ściskając w dłoni coś zawieszonego na smyczy z logo tutejszego leśnictwa. Komisarz podszedł i wyciągnął dłoń w kierunku mężczyzny. Zaprosił go do stołu, zaproponował kawę, ale leśnik wyglądał na zniecierpliwionego i tylko nerwowo machnął ręką na propozycję.
– Przychodzę do ciebie w pewnej sprawie, delikatnej i pilnej. Mam nadzieję, że mi pomożesz.
– Zamieniam się w słuch. – Wilczak odłożył kurtkę na blat stolika i założył ręce na klatce piersiowej.
Nadleśniczy streścił mu wydarzenia z poranka. Opowiedział, jak próbował skontaktować się z Joanną Ostrowską, która nie przyszła do pracy, jak dzwonił do szkoły i dowiedział się, że mała Ula również nie pojawiła się w szkole. Jak Gabryśka ze smażalni powiedziała mu, że przyjęła turystę, który umówił się z Wiktorem i on również zniknął.
– Myślisz, że to podejrzane, Lucek? – Tomasz westchnął. Już raz przeprowadzał dziś taką rozmowę. – Oni przeprowadzili się do Sromotnego ile lat temu?
– Z dziesięć?
– Właśnie. Nie mają tutaj żadnej rodziny. Pewnie pojechali do nich w odwiedziny. Nie muszą się nikomu meldować z tego, jak żyją.
– Joanna umawiała się ze mną. Rozmawiałem z nią w piątek, przypominałem o przygotowaniu umowy, powiedziała: „do poniedziałku, Lucek”.
– To za mało, żeby kogokolwiek szukać.
Lucjan położył przed komisarzem pendrive’a przyczepionego do smyczy.
– Też o tym pomyślałem, więc mam coś innego. Wiesz, że mamy w lesie rozmieszczone fotopułapki do walki z kłusownikami i nielegalnym wywozem śmieci, prawda? Kazałem zbadać nagrania z regionu niedaleko Wiśniowej, tam, gdzie mieszkają Ostrowscy. To nagranie z niedzieli.
Tomasz wpatrywał się w nadleśniczego, ale Lucjan był nieugięty. Wreszcie policjant skapitulował, włączył komputer i włożył przenośny dysk do stacji. Chwilę trwało, zanim program do odtwarzania nagrań wideo się włączył, ale wreszcie czarno-biały obraz pojawił się na monitorze.
– Która minuta nagrania? – Wilczak próbował ustawić odpowiednie parametry.
– Trzydziesta ósma. Tylko puszczaj powoli, to jest tylko kilka ważnych sekund.
Wilczak nastawił nagranie i ich oczom ukazał się las o poranku. Mimo czarno-białych barw dobrze widoczne były miejsca prześwietlone przez promienie słoneczne. Tomasz próbował zlokalizować oglądany region i dopasować je do mapy, ale bez charakterystycznych punktów było to niewykonalne. Musiał polegać na wiedzy nadleśniczego.
– O, tutaj! – Lucek wskazał ciemne plamy na nagraniu.
Trzy postaci przemieszczały się w równym tempie na ekranie. Kobieta miała związane włosy, trzymała w dłoni koszyk. Za nią podążał mężczyzna i dziewczynka, sądząc po wzroście i warkoczach zaplecionych na głowie. Nie był w stanie dojrzeć twarzy, postacie mignęły na ekranie zaledwie na parę sekund, ale Wilczak wiedział, komu może zlecić sprawdzenie nagrania.
– Myślisz, że to oni? – zapytał Lucjana.
– Nie wiem, ale warto to sprawdzić. Dostałem nagranie pół godziny temu od mojego pracownika. Sprawdzimy las jutro, za dnia, nie chcemy zatrzeć śladów. Policja może do nas dołączyć?
Wilczak przygryzł wargę.
