35,99 zł
" Specjalistki od tego, owego, nie wiadomo czego"
Akcja powieści rozgrywa się w urokliwym Szczebrzeszynie, wśród zabytkowych uliczek i spokojnego rytmu życia na ulicy Koszykowej. To właśnie tam Szronka, kobieta po przejściach, rozpoczyna nowy etap po przejściu na emeryturę. Choć z pozoru jej życie wydaje się uporządkowane i ciche, w rzeczywistości nosi w sobie ciężar dawnych doświadczeń. W młodości przeżyła bolesny zawód miłosny — Sambor, jej wielka miłość, porzucił ją w kluczowym momencie życia. To wydarzenie sprawiło, że zamknęła swoje serce, nauczyła się dystansu i nieufności wobec mężczyzn, a każdy przejaw zainteresowania odbierała jako zagrożenie dla swojej kruchej równowagi.
Dlatego gdy po latach w jej codzienności pojawia się Listuś, miejscowy listonosz, jego uważne spojrzenia i subtelne gesty początkowo wywołują w niej irytację. Szronka interpretuje jego zachowanie jako nachalne i niepożądane. Jednak Listuś nie rezygnuje — jego cierpliwość, spokój i autentyczna dobroć stopniowo zaczynają przełamywać mur, który Szronka budowała przez lata. To, co początkowo było źródłem dyskomfortu, z czasem staje się czymś ważnym i poruszającym. Powoli rodzi się między nimi uczucie — delikatne, nieśpieszne, ale prawdziwe i głębokie.
Równolegle w życiu Szronki pojawiają się Rutka i Finka — dwie niezwykłe kobiety, które poznaje dzięki ogłoszeniu. Ta niecodzienna znajomość szybko przeradza się w silną, pełną energii przyjaźń. Wspólnie tworzą własny, nieco zwariowany świat — organizują spotkania w ogrodowej altanie, gdzie śpiew przeplata się z nauką francuskiego, a codzienność zyskuje nutę magii dzięki miksturom Rutki i muzycznej wyobraźni Finki. Ich relacja wnosi do życia Szronki radość, śmiech i poczucie przynależności, którego tak bardzo jej brakowało.
Powieść w subtelny sposób łączy humor i lekkość z głębszą refleksją nad samotnością, szczególnie w późniejszym wieku. Pokazuje, jak ogromne znaczenie mają obecność drugiego człowieka, rozmowa i zwykła, codzienna życzliwość. Szronka stopniowo odkrywa, że mimo upływu lat wciąż może się zmieniać, otwierać i doświadczać nowych emocji.
To opowieść o odnajdywaniu siebie na nowo, o odwadze, by zaufać po raz kolejny, oraz o sile przyjaźni, która potrafi odmienić życie. Historia Szronki przypomina, że późna miłość może być równie piękna i prawdziwa jak ta pierwsza, a marzenia — niezależnie od wieku — wciąż mogą się spełniać, jeśli tylko pozwolimy sobie na krok ku drugiemu człowiekowi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 414
Rok wydania: 2026
Od tygodnia firanka w oknie Florentyny – siedemdziesięcioczteroletniej emerytowanej sprzedawczyni z księgarni – drgała zaskakująco często, jakby ożywiona nowym, niespokojnym rytmem. Pani Czcionka – bo tak właśnie brzmiało jej nazwisko, choć wielu sądziło, że to tylko ironia losu – miała teraz jeden główny cel: nie przegapić listonosza. Kiedy przeszła bowiem na emeryturę, zamówiła w szczebrzeszyńskiej placówce prenumeratę „Kuriera Lubelskiego”,dziennika, który z zegarmistrzowską regularnościąpojawiał się w jej skrzynce trzy razy w tygodniu: w poniedziałki, środy i piątki.
Przez lata był to dla niej po prostu miły rytuał zastępujący poranne przeglądanie prasy w księgarni, ale od niespełna dwóch tygodni gazeta nabrała zupełnie innego znaczenia. Teraz, z niecierpliwością godną powagi sprawy, Florentyna wypatrywała każdego numeru, by sprawdzić, czy jej anons wreszcie się ukazał. Każde skrzypnięcie, odgłos wrzucanej do skrzynki zrolowanej gazety uruchamiał w niej lawinę ruchliwości. Pędziła wtedy, jakby lat miała znów dwadzieścia, byle tylko wyjść z ukrycia dopiero wtedy, gdy listonosz oddali się na bezpieczną odległość. Bezpieczną – bo jego rozwlekłe rozmowy, w których grzęzło pytanie o zdrowie, pogodę i „jak tam u pani dziś”, działały jej na nerwy. Zdaniem Florentyny te słowne przystanki były jedynie pretekstem do flirtu lub, co gorsza, do międzypokoleniowej przyjaźni z nieodwracalną tendencją ku małżeństwu.
Ten starawy – przynajmniej z jej punktu widzenia – doręczyciel najpewniej dorabiał do emerytury. Ale Florentyna nie miała wątpliwości, że poza pensją szukał również… towarzyszki życia. Ona zaś, przeglądając się każdego ranka w lustrze, nie miała najmniejszej ochoty ani czasu na bycie „panią listonoszową”. W jej głowie tlił się zupełnie inny plan.
„Urodziłam się o świcie – z rosy” – tak zaczynała się opowieść, którą mała Florentyna Czcionka napisała o sobie w podstawówce, gdy zadano uczniom stworzenie autobiografii w formie opowiadania. Ten poetycki początek tak bardzo przypadł jej do gustu, że z czasem uwierzyła, iż to nie tylko literacki zabieg, ale niemal fakt – niczym tajemny znak, że jej imię nie mogło być przypadkowe. Będąc starszą, sprawdziła w bibliotece, że jej imię ma łacińskie pochodzenie, oznaczające „kwitnącą”, „pełną życia”, „błyszczącą”. Przez długie lata jednak, szczególnie w młodszych klasach, Florentyna nosiła je z lekkim zażenowaniem. Brzmiało bowiem zbyt staroświecko, zbyt „kościelnie”, jak mawiała jej sąsiadka z ławki. Dopiero w liceum, gdy starsze koleżanki w żeńskim internacie zaczęły z zachwytem wymieniać wszelkie jego możliwe zdrobnienia – Flora, Florka, Florcia, Florysia, Florusia, Florunia, Floryś, Flonia, Flosia, a nawet Flonka – Florentyna zaczęła patrzeć na swoje imię z łagodnością, a może i dumą.
Ale prawdziwe odczarowanie przyszło dopiero wiele lat później za sprawą wnuczki o równie oryginalnym imieniu: Hilberta. To ona z dziecięcą pewnością siebie i odrobiną stylowego zacięcia nazwała swoją babcię po prostu Flo. A Flo, ujęta tym gestem, odwzajemniła się natychmiast, nadając wnusi równie krótkie, czułe imię: Hili.
Wróćmy jednak do dalszych kart życiorysu Florentyny (bo o wnusi jeszcze będzie), tej samej, która – jak pamiętamy – „urodziła się o świcie z rosy”. W rzeczywistości przyszła na świat 1 stycznia 1951 roku, o wpół do drugiej nad ranem, w miejskim szpitalu w Szczebrzeszynie. I tu – trzeba uczciwie przyznać – nie działo się nic nadzwyczajnego. Ot, zwykła mieszczańska rodzina, która z dzisiejszej perspektywy jawiła się Flo jako nieco zbyt usztywniona, nadęta… z kijem w wiadomym miejscu (choć Flo, osoba z klasą, powstrzymałaby się od dosadniejszego określenia, by nie zniechęcić do lektury wrażliwszego czytelnika).
Matka Flo, Elle (Elżbieta), pracowała na poczcie, ale nie w okienku, nie z tym charakterystycznym stemplowym młotem w dłoni, ale „na górze”, jak mawiała z dumą. Tam, przy biurku, przekładała papiery z takim wdziękiem, jakby pisała listy miłosne do całego świata. Długie czerwone paznokcie, fryzura ułożona jak spod ręki paryskiego stylisty, zapach perfum zawsze wyprzedzający jej wejście o kilka sekund, no i ten francuski – płynny, elegancki, snobistyczny jak samo bonjour.
Ojciec Flo, Pierre (Piotr), jeszcze wyżej postawiony urzędnik w magistracie, czyli ówczesnym urzędzie miasta, był mężczyzną z zasadami, o nienagannej aparycji i równie nienagannym garniturze. W domu nigdy niczego nie brakowało. Mały, ale urządzony z gustem domek na obrzeżach Szczebrzeszyna był oczkiem w głowie matki. Cztery pokoje stanowiły jej królestwo. Każdy mebel, każda zasłona, nawet talerze na półkach – wszystko miało odzwierciedlać francuski savoir vivre, by tworzyć wokół rodziny odpowiedni anturaż. Otoczenie, styl, atmosfera – tak to przynajmniej widziała matka. Flo jako nastolatka na chwilę dała się temu uwieść, gdyż od gości, którzy zjawiali się w ich salonie, pachniało zagranicą, a ich opowieści słuchało się z szeroko otwartymi nie tylko ustami, ale też oczami. Z czasem jednak Flo przejrzała na oczy. Zrozumiała, że ten salonowy świat jest jak dekoracja w teatrze – piękny z daleka, lecz z bliska… tylko tektura i brokat. Ci wszyscy ludzie, którzy przewinęli się przez jej rodzinny dom, bywali u nich nie dla rozmowy, lecz dla efektu. Poziom? Styl? Raczej blichtr.
Z czasem, jak to bywa u młodych dusz pragnących prawdy, Flo zaczęła z przekornym uśmiechem zdzierać złocenia z matczynego anturażu. Francuski, który niegdyś brzmiał jej jak muzyka harfy – miękko, płynnie, niemal czule – nagle zaczął ją drażnić. Wydawał się sztuczny, wyniosły, jakby miał maskować coś, czego brakowało naprawdę. Nie pasował do niej. Nie pasował do tej prawdziwej, cichej Florentyny, która zamiast salonowych toastów wolała ciszę parku i zapach kurzu między regałami biblioteki, a zamiast kurtuazyjnych pytań – jedno szczere spojrzenie.
Coraz częściej czuła się jak Szronka – błyszcząca ozdoba, którą można podziwiać, ale której nie sposób dotknąć, nie sposób ogrzać dłonią. Właśnie wtedy, gdzieś między spojrzeniem w lustro a spojrzeniem w serce, pojawiły się w niej pierwsze dylematy z całego łańcucha dalszych, coraz bardziej skomplikowanych dylematów. Ale najbardziej irytowało ją jedno: ten kabaret z imionami. Matka, Elżbieta, kazała nazywać się Elle. Ojciec, zwykły Piotr, stał się Pierre’em, choć miał ręce pachnące mydłem Biały Jeleń i śmiech typowy dla mężczyzny, który potrafi zbudować coś z niczego. Nawet Florentyny nie oszczędzono – przechrzczono ją na Florenn. Matka z uporem powtarzała, że ich korzenie biją z innej ziemi, że we krwi mają zapach lawendy i szelest paryskich bulwarów. Pisała listy do dalekiej rodziny mieszkającej – podobno – w jakimś cichym miasteczku niedaleko Colmar, tej małej francuskiej Wenecji, pełnej kanałów i szeptów dawnych historii.
Florentyna tylko wzruszała ramionami. Nie potrzebowała tej legendy, utkanej z francuskich wspomnień i wyobrażeń matki. Nie szukała siebie w dalekich akcentach ani w historii rzekomej rodziny z Colmar. Szukała w codzienności, w tym, co proste i prawdziwe, choć pozbawione blasku.
Na oparach tego domu, zbudowanego z marzeń i złudzeń matki, dotrwała do momentu, gdy przyszło podjąć decyzję o studiach. I wtedy stanęła przed kolejnym dylematem. Ojciec widział ją w zawodzie dziennikarki: podróżującą po świecie, relacjonującą wydarzenia, koniecznie przed kamerą – znaną, podziwianą, komentowaną. Flo jednak marzyła inaczej. Owszem, lubiła pisać, a pióro nie sprawiało jej trudności, lecz bardziej pociągał ją świat ciszy i papieru: biblioteki, czytelnie, zapach kartek, które pamiętały dotyk innych rąk. Tam czuła się naprawdę sobą.
Mimo własnych tęsknot dała się ponieść fali ojcowskich ambicji. Poszła na dziennikarstwo. Ojciec zadbał nawet o praktyki w lokalnej gazecie, na rozgrzewkę, a potem snuł plany: że jeśli się sprawdzi w rodzinnym Szczebrzeszynie, to „pchnie ją dalej” – do Warszawy, Krakowa, może nawet do jakiegoś dużego wydawnictwa. Kiedyś przy kawie Flo wyznała mu, że prawdziwą pasją są dla niej nie same słowa, lecz ludzie, którzy je tworzą, i książki, które po nich zostają. Marzyła, by być ich przewodniczką. Nie gwiazdą mediów, lecz kimś, kto potrafi zarażać miłością do literatury. W duchu postanowiła, że jeśli nie bibliotekarką, to zostanie choćby sprzedawczynią w księgarni. Ale te marzenia zachowała dla siebie.
Egzaminy na dziennikarstwo zdała zaledwie poprawnie, lecz ojciec nie szczędził wysiłków. Jego wpływy wystarczyły, by drzwi, które same z siebie zapewne pozostałyby zamknięte, uchyliły się przed córką. I tak Florentyna znalazła się na studiach w Lublinie, na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej – jedynym w okolicy, który oferował kierunek związany z dziennikarstwem i komunikacją społeczną. Program, jak to w tamtych czasach bywało, był mocno osadzony w realiach PRL-u: historia prasy, podstawy warsztatu dziennikarskiego, etyka w granicach dozwolonych przez system, a także teoria komunikacji społecznej. Wszystko to miało przygotować przyszłych adeptów pióra i mikrofonu do pracy w mediach, które – co do tego nie było złudzeń – pozostawały pod czujnym okiem państwa.
Florentyna podchodziła do tego z dystansem. Wiedziała, że ukończenie takich studiów zagwarantuje jej stabilny zawód, ale w głębi serca marzyła o innym życiu. To nie konferencje prasowe ani partyjne wiece rozpalały jej wyobraźnię, lecz cisza bibliotek i półmrok między regałami, gdzie drukowane słowa żyły własnym, cichym rytmem. Nie było w tym jednak sprzeczności. Umiejętności zdobyte na dziennikarstwie przydawały się także w świecie literatury. Potrafiła pisać krótkie recenzje, układać noty promocyjne, doradzać innym w wyborze lektury. Studia nauczyły ją porządkować myśli i ubierać je w słowa – a wszystko to mogło znaleźć zastosowanie w pracy bliższej jej sercu: wśród książek. Tak więc, choć ojciec wyobrażał ją sobie przed kamerą, relacjonującą wydarzenia dnia z wielkich miast, Flo coraz wyraźniej widziała siebie gdzie indziej – nie na pierwszych stronach gazet, lecz między półkami, gdzie słowo drukowane szeptało cicho, a jednak najprawdziwiej.
Natłok nauki na studiach, a jeszcze bardziej dystans do rodziców, którzy żyli w świecie niezbyt zgodnym z jej własnym „ja”, sprawił, że Flo rzadko zaglądała do Szczebrzeszyna. Właściwie bywała tam jedynie w wakacje. Wtedy mogła odbyć obowiązkowe godziny w lokalnej gazecie i jednocześnie nieco odpocząć od akademickiego zgiełku. Był jednak jeszcze jeden powód – a raczej główny sprawca tej niechęci do powrotów – ale tylko na początku, gdy musiała wracać do Szczebrzeszyna sama. Był nim Sambor Karkowski. Rówieśnik Florentyny, kolega ze studiów dziennikarskich, którego poznała niemal od razu po rozpoczęciu zajęć. Chłopak tajemniczy, zamknięty, niechętnie mówiący o swoim domu. O rodzicach wspominał zdawkowo, a gdy Flo próbowała dopytywać, zbywał pytania uśmiechem. Tyle tylko udało jej się wydobyć, że pochodził z Guciowa, wioski na Roztoczu zwanej „perłą regionu”. Resztę dopowiedziała sobie sama, wertując prospekty turystyczne i podsłuchując opowieści jego znajomych z okolic.
Tajemniczość Samba – tak go nazywała – działała na Flo jak magnes. Zakochała się w nim bez pamięci. I, co istotne, uczucie to nie budziło sprzeciwu jej rodziców. Przeciwnie, Sambor przypadł im do gustu. Bywał z Florentyną w Szczebrzeszynie podczas wakacji, korzystał z gościny Czcionków, jakby był częścią rodziny. W końcu ojciec Flo, „użaliwszy się nad biednym chłopakiem”, jak sam to określił, załatwił mu nawet praktyki w lokalnej gazecie. Sambor szybko zadomowił się u Czcionków. Do Elżbiety zwracał się z francuska „Elle”, do Piotra – „Pierre”, co wprawiało rodziców w dobry nastrój i zjednywało mu ich sympatię. Traktowali go niemal jak syna. Z czasem ojciec Flo zaczął nawet snuć plany, sugerując, że chętnie widziałby ich dwoje razem – już nie tylko na studiach, lecz na stałe, w życiu.
Studia przeleciały Flo w okamgnieniu. W roku 1970 zdobyła licencjat, a w czerwcu 1973, za pierwszym podejściem, obroniła magisterium. Czuła dumę i radość – może zbyt gwałtowną, zbyt naiwną, ale własną i prawdziwą. Miała dwadzieścia dwa lata, dyplom w kieszeni i przed sobą obietnicę pierwszej pracy, pierwszych zarobionych pieniędzy, pierwszego prawdziwego kroku w dorosłość. Samborowi mniej się poszczęściło. Nie zdążył zaliczyć wszystkich przedmiotów i zamierzał podejść do egzaminu dopiero we wrześniu. Do nauki miał zupełnie inne nastawienie niż Flo. Był luzakiem, który powtarzał, że studia można ciągnąć nawet dziesięć lat, tak jak robili jego koledzy. Kpił z Florentyny, że spina się, jakby coś ją uwierało. „Jakby majty ją cisły” – mawiał z uśmiechem. Flo wiedziała, że jej wnuczka Hili pewnie określiłaby to dziś dokładnie tak samo.
Ale życie nie zawsze układa się w rytm młodzieńczych planów. Kiedy Flo wróciła do domu ze świeżo odebranym dyplomem, rodziców już tam nie było. Właśnie wyjechali do Francji, jak tłumaczyła jej matka przez telefon, „by wreszcie poznać osobiście rodzinę”. Ich pobyt miał potrwać zaledwie pięć dni, po czym planowali wspólną podróż do Barda w górach, gdzie chcieli uczcić sukces córki i porozmawiać z nią o przyszłości.
Tego dnia, 23 czerwca 1973 roku, Florentyna wracała więc samotnie do Szczebrzeszyna. Sambor miał przyjechać dopiero za kilka dni. Jak twierdził, musi pożegnać się z kolegami, „bo już więcej nie będzie okazji”. Zapowiadały się dni hucznej zabawy, pełne alkoholu, a Flo nie miała najmniejszej ochoty odgrywać roli opiekunki pijanego chłopaka. Wolała ten czas poświęcić na coś ważniejszego: na spełnienie własnego marzenia. Chciała znaleźć pracę. Ale nie jakąkolwiek, tylko taką, o jakiej naprawdę marzyła.
Z drzemki, w którą zapadła niemal natychmiast po wejściu do sypialni i rzuceniu się na łóżko, wyrwał ją świdrujący, nieustępliwy dźwięk telefonu. Dopiero ten natręt uświadomił jej, że zasnęła w chwili, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Po wielu dniach i nocach spędzonych na wkuwaniu, kiedy znalazła się w bezpiecznym cieple domowego zacisza, sen zdołał ją porwać w swoje ramiona. Zbiegając na dół, by odebrać, przeczuwała, że może to rodzice. Nie spodziewała się jednak, że w słuchawce usłyszy słowa, które spadną na nią jak grom z jasnego nieba. Obcy, kobiecy głos, chłodny i urzędowy, zapytał o jej dane personalne, a gdy potwierdziła swoją tożsamość, padła wiadomość, która złamała świat Florentyny: dziś rano, pod Warszawą, doszło do katastrofy kolejowej. Jej rodzice nie żyją. Kobieta dodała jeszcze, że gdy tylko będzie to możliwe, skontaktuje się ponownie, aby poinformować o przekazaniu ciał, bo na razie trwa dochodzenie.
Flo stała oszołomiona ze słuchawką przy uchu, drugą ręką przecierając zaspane oczy, jakby chciała sprawdzić, czy przypadkiem nadal nie śni. Gdy wreszcie odłożyła element aparatu na widełki, ten odezwał się ponownie. Niczym automat ponownie uniosła słuchawkę . Tym razem usłyszała znajomy głos – ojca kolegi, który bywał u nich w domu. Mężczyzna, chrząkając kilkakrotnie, złożył jej kondolencje. Wtrącił przy tym, że w podróży towarzyszyła jej rodzicom jakaś Francuzka, której ciało zabezpieczono i o sprawie poinformowano konsula. Zapewnił Florentynę, że nie musi niczym się martwić. Urząd, w którym pracował jej ojciec, zajmie się pogrzebem i wszelkimi formalnościami, a ona otrzyma wsparcie oraz odszkodowanie, bo ojciec był ubezpieczony. Ze wstrząsu Flo nie zapytała ani o matkę, ani o to, kim była ta towarzyszka podróży. Dopiero wiele lat później, próbując rozplątać tamte wspomnienia, doszła do wniosku, że mogła to być kuzynka, do której jechali rodzice. W tamtej chwili było to jednak bez znaczenia.
Flo stała przy stoliku z opuszczonymi ramionami, zupełnie sama w obliczu tragedii. Nieruchoma, niczym woskowa lalka, z której oczu bez końca spływały łzy. Szok i rozpacz były tak głębokie, że Florentyna nawet nie chciała wiedzieć, gdzie dokładnie wydarzył się wypadek. Istniała dla niej tylko jedna, brutalna prawda: rodziców już nie ma. Nikt nie będzie się o nią troszczył, nikt nie pochwali jej dyplomu, a wspólne świętowanie, które miało nadejść, zostało przekreślone jednym ciosem losu.
Nazajutrz próbowała jeszcze dodzwonić się do dziekanatu, by przekazać wiadomość Samborowi, ale telefon uparcie milczał. Później pojawiła się sąsiadka. Zapukała nieśmiało, przynosząc talerz ciepłego jedzenia pachnącego rosołem. To ona przyszła Flo z ratunkiem: obiecała wysłać do akademika telegram z prośbą, by Sambor przyjechał. Jednak Sambor nie zjawił się ani po dwóch dniach, ani nawet po półtora tygodnia, kiedy toczyły się formalności i przygotowania pogrzebowe. Florentyna nie uczestniczyła w niczym. Wszystkim – jak zapowiadał dawny znajomy ojca – zajęli się urzędnicy, nawet wieniec został kupiony w jej imieniu.
Z samego pogrzebu nie zachowała w pamięci niemal nic. Tylko obraz dwóch trumien stojących obok siebie na cmentarzu – jakby to był jakiś niezrozumiały, okrutny sen. Wokół tłoczyły się dziesiątki obcych twarzy, spoglądających na nią ze współczuciem, którego nie potrafiła przyjąć. Patrzyła w ziemię i powtarzała w duchu: „to nie moja historia, to nie moja matka i nie mój ojciec”. Słowa księdza docierały do niej jakby zza grubej szyby, odbijając się od niej bez echa. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że kapłan w ogóle tam jest. To znaczyło, że przyjaciel ojca naprawdę musiał być kimś bliskim, skoro potrafił doprowadzić do obecności duchownego, mimo że w tamtych czasach aparat państwowy niechętnie spoglądał na wiarę i Kościół.
Flo westchnęła nad tym minionym czasem, lecz zamiast modlitwy w jej głowie rozbrzmiewał tylko jednostajny, natrętny głos: „dlaczego tak? Dlaczego teraz? Co ja mam zrobić? Co ja mam zrobić…”
Do domu odprowadziła ją sąsiadka: sucha, pomarszczona staruszka, jakby odbity w zwierciadle obraz samej Florentyny w jej obecnym stanie. Czuła się jak pusta skorupa, która z trudem stawia kolejne kroki. Nie pamiętała ani kto do niej mówił, ani co działo się wokół. Pamiętała tylko ciemność powoli rozlewającą się w sercu i tę jedną, przeszywającą myśl: została sama na świecie, jak dziecko, któremu odebrano rękę matki, zanim zdążyło ją dobrze uścisnąć.
Przez kilka dni sąsiadka doglądała jej i przynosiła ciepłe posiłki, a Florentyna większość czasu spędzała, leżąc bezwładnie, wpatrzona w sufit, jakby nie było już żadnego powodu, by wstać. Aż pewnego dnia po prostu się podniosła, z nagłym, niemal obsesyjnym postanowieniem: trzeba uporządkować dom, pozbyć się staroci. Oczywiście nie wszystkich. Zostawiła część mebli i trochę zastawy stołowej, ale reszta miała zniknąć. Sięgnęła po książkę telefoniczną i odnalazła numer najbliższego antykwariatu. Gdy tylko się przedstawiła, właściciel zapisał jej adres i niemal natychmiast zjawił się w progu. Z błyskiem w oku zaglądał do kartonów ustawionych w holu, a potem rzucił kwotę co najmniej trzy razy niższą niż faktyczna wartość matczynych precjozów. Nie obchodziło jej to. Nie kalkulowała wartości – stare książki, porcelana, ryciny, srebra, drobiazgi o znaczeniu estetycznym i sentymentalnym. Wszystko to oddała za bezcen, byle tylko mieć pieniądze na nagrobek. Po latach ironizowała, że matczyne bibeloty i cenne trofea pojechały w podróż bez powrotu – do Francji, skąd rodzice już nigdy nie wrócili.
To wtedy w niej coś stwardniało. Stała się oschła, choć dawno wybaczyła sobie ten stan.
Po latach, wracając pamięcią do tamtych dni, Florentyna widziała siebie w zielonym, miękko wyściełanym uszaku, ustawionym naprzeciw orzechowej serwantki. Mebel miał trzy przeszklone ściany, a nad dwuskrzydłowymi drzwiczkami lśniły misternie rzeźbione ornamenty. W lustrzanym tle Flo dostrzegała własne odbicie, jakby towarzyszył jej ktoś jeszcze: cichy, nieuchwytny sobowtór, wierny kompan godzin samotności. Serwantka zachwycała ją od zawsze. Rzeźbione detale, wijące się niczym żywe winorośle, czyniły z niej niemal baśniowy mebel – może przekazywany z pokolenia na pokolenie w rodzinie Czcionków – i budziły we Florentynie osobliwą ekscytację. Smukłe, lekko wygięte nóżki oraz dwie dolne szuflady o podobnym zdobieniu, w których matka przechowywała niegdyś haftowane obrusy i serwety, dodawały salonikowi elegancji.
Teraz na półkach Florentyna rozstawiła jedynie kilka porcelanowych skarbów. Srebra spoczywały w szufladach, a w samym centrum, na środkowej półce, pyszniła się filiżanka – maleńka, biała, z finezyjnie wygiętym złoconym uszkiem. Na jej froncie rozkwitał malunek wiejskiego domku krytego strzechą, tonącego w różanym ogrodzie. Ciepłe beże, róże i fiolety w niezliczonych odcieniach, przełamane subtelnymi jadeitami, przenosiły Florentynę w krainę pełną ukojenia. Kamienna ścieżka, gdzieniegdzie porośnięta zielonym mchem, wiła się ku domostwu, podczas gdy bluszcze wspinały się zachłannie po wysokich krzewach lawendy. Nad nimi fuksjowe malwy, rozkołysane wiatrem, prężyły się ku niebu, jakby z dumą strzegły tej rajskiej scenerii.
Flo wiedziała, że ten obraz nie przedstawia domu, w którym teraz mieszkała. A jednak jakoś przywiązała się do tej miniaturowej krainy. Wyobrażała sobie w niej świat, którego potrzebowała: pełen spokoju, ciepła i zapachu kwiatów. Złocony napis „Mother” na filiżance wciąż poruszał jej serce. Teraz, gdy była starsza, jeszcze bardziej czuła jego drżenie. Na spodku powracał motyw domku i subtelna sygnatura odnosząca się do słowa „matka”. Wśród dumnie wyprostowanych malw ceramista domalował studnię, cichą, samotną, jakby skrytą w oczekiwaniu. Gdy Florentyna po raz pierwszy dostrzegła ten szczegół, jej oczy zaszkliły się nagle, a serce zatrzepotało niespokojnie. Filiżanka zdawała się mówić własnym językiem pamięci, podsuwając obraz czegoś więcej niż porcelanowej dekoracji – jakby wspomnienia o matce zamknęły się w cienkiej warstwie szkliwa.
Dopiero po latach, gdy czas odcisnął na niej samej znamię dojrzałości, a nawet przejrzałości, w zaroślach bluszczu na tyłach ogrodu natrafiła na prawdziwą studnię. Obdrapaną z farby, zardzewiałą, którą – jak się domyślała – matka próbowała niegdyś odświeżyć. Teraz studnia trwała w milczeniu, jak dawna strażniczka domowego życia. Wyglądała na wysłużoną, zużytą, a jednak wciąż dumną. Jakby chciała przypomnieć Florentynie, że jej sens nigdy nie zniknął: niosła ludziom i zwierzętom to, co najważniejsze: wodę, napój życia. I wtedy Florentyna zrozumiała, że ta studnia jest jak matka, której obecności zabrakło, a której jednak echo – niczym źródło ukryte pod ziemią – nadal w niej szemrało. Filiżanka ze studnią była tylko znakiem, ale studnia znaleziona po latach stała się objawieniem – cichym, lecz przejmującym dowodem, że pamięć ma własne podziemne koryta, do których w końcu zawsze się wraca.
Ta maleńka czarka stała się jej ukochaną pamiątką – symbolem obecności, której brakowało, i cichej pociechy, którą dawały drobne rytuały. Tak jak serwantka, która nie tylko przechowywała, lecz także opowiadała o domu, jego dostatku i smaku, tak filiżanka stawała się dla Florentyny pojemnikiem wspomnień. Gdy ogarniała ją samotność, nalewała do niej kawę i piła powoli, z namaszczeniem, jakby z każdym łykiem mogła przywołać uśmiech matki – uśmiech przenikający przez czas i przestrzeń.
Spoglądając na nieliczne drobiazgi zachowane po rodzicach, Flo wracała myślami do znajomych, do tamtych spotkań i domówek, do eleganckich upominków, jakie matka zawsze dobierała z taktem i doskonałym gustem. Mimowolnie w dorosłym życiu Florentyna ułożyła w głowie własny poradnik savoir-vivre’u – zwłaszcza w kwestii prezentów, które w jej oczach miały być nie tyle podarkiem, ile znakiem pamięci i szacunku. Nigdy jednak tak naprawdę nie opłakała rodziców. Uświadomiła to sobie dopiero po latach – ze wstydem i cieniem smutku. Miała nadzieję, że wybaczyli jej ów chłód i dystans, choć wiedziała, że ktoś patrzący z boku mógłby nazwać ją bezduszną. Być może miałby rację. A jednak dla Florentyny filiżanka Mother była dowodem, że miłość nie znika całkowicie – że można ją odnaleźć w drobiazgach, w zapachu parującej kawy, w świetle odbitym od porcelany. Nawet jeśli dorosłość nauczyła ją samotności, filiżanka przypominała, że czułość wciąż gdzieś istnieje, ukryta w rzeczach, które pokonały czas.
Trzymając ulubioną filiżankę w drżącej od emocji dłoni, Flo wróciła myślami do jednego z pierwszych, naprawdę poważnych dylematów w swoim młodym życiu. Dom był już uprzątnięty, a ona – chcąc nie chcąc – musiała rozejrzeć się za pracą. Odziedziczone po rodzicach środki i wypłata z ubezpieczenia dawały jej chwilowy spokój, lecz ona nie potrafiła znieść bezczynności. Nigdy zresztą nie należała do osób, które potrafią czekać bez ruchu – w jej charakterze od zawsze tkwiły zaradność i potrzeba działania. Chciała czuć, że żyje, bo samotność ciążyła jej jak kamień: rodzice odeszli, Sambo milczał, a świat zdawał się zapominać o jej istnieniu. Ta czarka w jej dłoni była wówczas jedynym łącznikiem z przeszłością, drobnym ciepłem w chłodnej codzienności, która domagała się odwagi i kroku naprzód.
Szronka – jak później określała siebie pieszczotliwie – pogładziła srebrne włosy, które wnusia po nowoczesnemu nazywała „platyną”, i z uśmiechem przywołała obraz tamtej siebie: młodej, szczupłej blondynki, mierzącej metr siedemdziesiąt trzy, o prostym nosie i wielkich szarych oczach, w których odbijała się świeżość i ciekawość życia. Mając niespełna dwadzieścia trzy lata, odrzuciła czerń żałoby – nie mogła już znieść tego koloru – i wbrew zwyczajowi włożyła pomarańczową sukienkę w linii A, krótką, przed kolano, usianą tęczowymi kółkami niczym kolorowe ciastka. Tak ubrana, z pozorną lekkością, lecz w sercu pełna buntu i odwagi, ruszyła ulicami Szczebrzeszyna w poszukiwaniu pracy.
Była gotowa chwycić się każdego zajęcia, byle tylko wyjść z domu, byle nie pozwolić sobie na bezczynność. Postanowiła przejść każdą szczebrzeszyńską uliczką, wierząc, że ta prosta logika musi przynieść efekt. Z typową dla siebie grzecznością wchodziła do sklepów, warsztatów, biur i pytała o zatrudnienie, nie zrażając się odmowami.
W tym właśnie dniu uporczywie dręczyło ją już wcześniej roztrząsane pytanie, dlaczego rodzice dali jej tak niezwykłe imię. Już lata temu (w szkole średniej) dowiedziała się o jego łacińskim pochodzeniu: „Florentyna” – „kwitnąca, pomyślna, wyróżniająca się”. To imię, jakby przewidujące jej los, niosło w sobie obietnicę życia pełnego ruchu, ambicji i wrażliwości. I rzeczywiście: od zawsze była pracowita i zaradna, pełna optymizmu, empatii i ciepła, które potrafiło otwierać ludzi. Zamiast uginać się pod ciężarem samotności, kwitła na przekór przeciwnościom – tak jak sugerowało jej imię. Ale czy ten rozkwit był również w jej wnętrzu? Nie. To była tylko poza narzucona przez konieczność i przez to, co ją spotkało dotychczas, a także przez to, co miało nadejść. Życie wielokrotnie wystawiało ją na próby, a prognozy płynące z jej imienia i charakterologicznych opisów zdawały się nijak mieć do jej osobistej codzienności. Owszem, potrafiła budować relacje, ale głównie w pracy (gdy ją znalazła), w chwilach życzliwości wobec starszych osób czy tych, którzy potrzebowali wsparcia. Jej serce jednak w przestrzeni intymnej wciąż pozostawało zamknięte i niespełnione. Został jej optymizm, lecz nawet on bywał kruchy. Musiała jeszcze długo uczyć się i dojrzewać do tego, by zrozumieć, że najważniejsze nie jest sprostanie cudzym oczekiwaniom, lecz odnalezienie własnego, osobistego szczęścia.
Zadumana, z głową pełną myśli i jakby unoszona ponad codzienność, Florcia zatrzymała się nagle przed witryną księgarni przy ulicy Rewolucji Październikowej 6. To nie przypadek przyciągnął jej uwagę, lecz znajoma okładka, która niemal wyfrunęła z półek, by przywołać wspomnienia – tomik wierszy Jana Brzechwy Brzechwa dzieciom, świeżo wznowiony w dziesiątym wydaniu. Na widok barwnej oprawy, zdobionej dzięciołem, sową, kaczką dziwaczką i figlarnym lisem pod drzewem, serce Florentyny zabiło żywiej. Ten obraz działał na nią jak miód – słodki, kojący, niosący wytchnienie. W myślach otworzyła książkę i od razu powróciły słowa znanego wiersza: „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie i Szczebrzeszyn z tego słynie”.
Ten rytm, wrosły już w polską mowę i utożsamiony z miasteczkiem, zabrzmiał dla niej jak znak – jakby los szeptał, że właśnie tutaj powinna zatrzymać się na dłużej. Wiedziona tą leśną, literacką idyllą, weszła do środka i niemal odruchowo zapytała o pracę. Za ladą stała nastoletnia dziewczyna, młodsza od Florentyny. Z lekkim zaskoczeniem uchyliła kotarę prowadzącą na zaplecze i głośno zawołała przełożonego. Po chwili pojawił się on: wysoki, postawny mężczyzna o ciężkim kroku i kulfoniastym nosie. Spojrzał na Florcię znad grubych, rogowych oprawek okularów, a jego wzrok był surowy, niemal badawczy. Z miejsca zasypał ją pytaniami: o praktyczne umiejętności, znajomość zawodu, dyspozycyjność i miejsce zamieszkania – czy aby nie będzie się spóźniać.
Florentyna odpowiedziała spokojnie, choć wewnątrz ściskał ją lęk. Opowiedziała o studiach, o braku doświadczenia zawodowego, lecz z pasją dodała, że kocha książki, że od zawsze czyta, a w młodości zdarzało jej się pisać. Nie wyznała tylko tego, co najskrytsze – że wciąż prowadzi pamiętnik, zapisując w nim swoje tajemnice i tęsknoty. Mężczyzna wysłuchał jej beznamiętnie, jego twarz pozostała bez wyrazu, jakby od dawna przywykła do podobnych rozmów. A jednak, zamiast odmowy, pozwolił jej rozejrzeć się po sklepie. Dopiero wtedy Florentyna dowiedziała się, że nie jest to zwykła księgarnia – lecz rodzinna, pokoleniowa posiadłość książkowa, w której każdy regał i każda książka niosły historię wielu pokoleń.
– Praca będzie, ale dopiero od października – odezwał się tonem rzeczowym, pozbawionym ciepła. – Na razie etat należy do tej młodej panny – skinął brodą w stronę dziewczyny stojącej za ladą – lecz wyjeżdża na studia, więc miejsce się zwolni. Jeśli chcesz, mogę je dla ciebie zarezerwować. Ale pamiętaj, 1 października musisz tu być. Jeśli nie, uznam, że rezygnujesz.
Florentyna poczuła falę ulgi. To, o czym marzyła, stało się możliwe. Zdołała jedynie skinąć głową na potwierdzenie. Jednak zaraz potem przyszło ukłucie rozczarowania: październik wydawał się tak odległy, a jej życie wciąż pozostawało zawieszone w niepewności. Wahała się, czy wyjść z księgarni z uśmiechem, czy z opuszczoną głową. A jednak gdzieś głęboko w sercu rozżarzyła się iskierka nadziei. Może właśnie to czekanie było próbą, którą musiała przejść. Może jej pierwsza praca wśród książek już czekała – trzeba było tylko nauczyć się cierpliwości.
Gdy już nasyciła się zapachem farby i delikatnego kurzu książek, wyskoczyła na ulicę, aż poczuła, że nogi same niosą ją dalej. Dopiero wtedy, oglądając się za siebie, zauważyła nazwę księgarni: Chrząszcz. Roześmiała się w głos. Cóż innego mogło tu mieszkać? Może Żuczek, może Tęgopokrywy, a może, na stare modły, Koleopter. Tak! W myślach nazwała to miejsce Koleopterownią. Bo „księgarnia”? Zbyt zwykłe, zbyt nudne. Tutaj, między regałami i zakamarkami, chciało się mruczeć do książek, śmiać z liter, tańczyć z literkami i witać każdy tom jak starych, dobrych znajomych.
Ledwo zatrzasnęła za sobą drzwi, a już w głowie kołatała myśl: co tu robić do października? Zanudzi się na śmierć! Ale wtedy wśród chrząszczy, kłosów i złotokłosów, które nuciła w myślach niczym refren z księgarni, zakiełkował pomysł: pojedzie do Barda, tam, gdzie miała świętować swój sukces z rodzicami. Tak, do miasta cudów! Sama roześmiała się z rymów, podskakując niemal przy pakowaniu walizki. Podróż zamieniła się w zabawę, w grę z losem i kolejowym rozkładem. Najpierw Zamość, potem – jakby w dziecięcej wyliczance – Lublin, Warszawa, Wrocław i Kłodzko aż wreszcie Bardo. Wsiadała do pierwszego lepszego pociągu, nie kalkulując niczego. Zapytała konduktora tylko: „A dokąd mnie ten skład poniesie?”. Czas płynął, godziny się mnożyły, a ona czuła się jak w podróżnej grze planszowej, w której każdy przystanek był kolejnym polem do odkrycia.
Właściwie niewiele wiedziała o Bardzie. Słyszała tylko, że nazywają je „miastem cudów”, ale cała reszta była dla niej zagadką. Najwięcej dowiedziała się dopiero od starszej kobiety, z którą dzieliła przedział w pociągu z Kłodzka. Ta gawędziarka o pogodnym spojrzeniu opowiadała, że Bardo jest jedną z najstarszych miejscowości Dolnego Śląska, a ślady człowieka w tych okolicach sięgają dziesięciu tysięcy lat wstecz. Od wieków wzdłuż Nysy Kłodzkiej, która przecina miasteczko swoim kapryśnym nurtem, prowadziła prastara droga handlowa łącząca Polskę z Czechami – część legendarnego szlaku bursztynowego. Kobieta dodała też z uśmiechem, że samo słowo „Bardo” ma niezwykłe brzmienie i niesie ze sobą głębsze znaczenia. W języku tybetańskim oznacza stan przejściowy – „istnienie w przerwie” pomiędzy śmiercią a odrodzeniem.
– Czyż to nie piękna metafora dla miejsca, w którym człowiek zatrzymuje się choćby na chwilę, zanim ruszy w dalszą drogę? – zakończyła pytaniem kobieta.
Opowiedziała jej jeszcze, że dworzec Bardo-Przyłęk, na którym Florentyna miała wysiąść, powstał w miejscu dawnej gospody ze stajnią. To właśnie tam dyliżanse dobierały konie przed stromym podjazdem do miasta. Dworzec otwarto uroczyście w 1873 roku, a do czasu przebicia się przez Górę Tunelową w 1874 pełnił funkcję stacji końcowej.
Florentyna słuchała oczarowana. Czuła, że to miasteczko nie jest tylko punktem na mapie, lecz miejscem utkanym z historii, wierzeń i tajemnicy, która domagała się odkrycia. Burczenie w brzuchu było jednak silniejsze niż zachłyśnięcie się tym urokliwym miasteczkiem. Ledwo wyskoczyła na peron, a już uszy jej oklapły – w jej mniemaniu teren wokół wyglądał raczej wiejsko, a jej marzyło się coś do zjedzenia. Rozglądała się więc nerwowo za barem czy knajpką, zadowoliłaby się nawet zwykłym spożywczakiem. Tymczasem przywitał ją pustawy peron, na którym próżno było szukać gastronomicznych pokus. „Historia historią – pomyślała – ale żołądek swoje”.
Zmierzając ku centrum Barda, była odurzona pięknem tej krainy. Zielone wzgórza otulające miasteczko i miękkie linie ukształtowania terenu sprawiały, że chciało się tu przystanąć i patrzeć bez końca. Jaj buciki rytmicznie skrzypiały w kontakcie z brukiem, gdy przebiegała przez kamienny most z XVI wieku – most, któremu dopiero w XX stuleciu dodano gotyckie detale, jakby ktoś zapragnął nadać mu jeszcze bardziej dostojny charakter. Pośrodku, nad nurtem Nysy, wznosiła się figura Świętego Jana Nepomucena, spoglądająca uważnie na każdego przechodnia.
Florentynie przypomniały się słowa kobiety z pociągu o tym, że Bardo jest miejscem szczególnym, przejściowym, jakby utkanym na chwilę pomiędzy jednym życiem a drugim. Dla niej samej także stawało się teraz przystankiem, miejscem „na przeczekanie”, aż do października. Patrząc w nurt rzeki, przez moment miała wrażenie, że fale prowadzą rozmowę z zielonymi wzgórzami otaczającymi miasto. „Jak w górach” – pomyślała, a potem, wiedziona instynktem, skręciła w prawo. Na dole jednej z kamienic dostrzegła szyld z obiecującym napisem „Bar mleczny »Krówka«” i aż podskoczyła z radości. Pociągnęła za drzwi, które rozwarły się przed nią ze skrzypnięciem. W tej samej chwili w twarz Florentyny uderzył intensywny zapach domowego jedzenia. W powietrzu mieszał się gwar rozmów, stukot sztućców i brzęk talerzy wypełniających ciasno ustawione stoliki. Było wpół do trzeciej – pora obiadu. Przez małe okienko w drzwiach kuchennych kobieta w białym czepku wydawała parującą zupę, a za kontuarem krzątała się inna, rozdając żetony na drugie danie.
Florentyna zdołała zająć jedyny wolny stolik – niefortunnie ustawiony tuż przy drzwiach odbioru. Kurczyła się więc za każdym razem, gdy ktoś z tacą przechodził obok, ryzykując, że obleje ją czymś gorącym. Skulona i odrobinę poszturchiwana, czekała cierpliwie, aż rozlegnie się głos kucharki:
– Odbiór! Ziemniaki z mielonym!
Wreszcie usłyszała wyczekiwane wezwanie. Poderwała się z miejsca jak sprężyna i niemal biegiem ruszyła ku drzwiom, z impetem wpadając barkiem na mężczyznę wracającego z pustą tacą.
– Przepraszam… – wyrzuciła z siebie pospiesznie, po czym stanęła jak wryta, zapominając zamknąć usta.
Przed nią stał Sambo, jej Sambo. Zanim zdążyła choćby mrugnąć, w jego plecy zaczęli wpadać kolejni młodzieńcy, którzy mu towarzyszyli, tworząc groteskowy łańcuch potknięć i szturchańców. Świat Flo zamarł na chwilę: serce biło w niej jak oszalałe, a w piersi mieszała się ulga z nagłą falą radości i drżenia. Chciała krzyknąć, rzucić się w jego stronę, poczuć jego obecność. Gniew, który w niej narastał, wygasł niemal natychmiast, gdy spojrzała w roziskrzone szczęściem oczy Sambo. Wszystko inne przestało istnieć. Liczyło się tylko to jedno: że jest tutaj, że stoi przed nią i że jej świat znów ma swoje miejsce w jego obecności.
Posuwistym ruchem Flo odstawiła jedzenie na stolik, jej ciało drżało od sprzecznych uczuć. Usiadła, próbując ujarzmić chaos myśli. Sambo odszedł na bok, porozmawiał z kolegami i wrócił. Przysiadł się, jakby nic się nie stało, sięgnął po jej szklankę z kompotem i spokojnie zapytał:
– Co ty tu robisz?
Flo milczała, łykając ziemniaki z niemal desperacką szybkością, a w jej głowie kotłowały się słowa gniewu: oszukał ją, zostawił, nie dawał znaku życia, kiedy najbardziej go potrzebowała. Chciała krzyczeć, wylać wszystko, wyrzucić z siebie poczucie zdrady i samotności, ale nie zrobiła tego.
Gdy skończyła posiłek, otarła usta serwetą i odruchowo rzuciła ją na stół.
– Przyjechałam… – zaczęła – do miejsca, w którym miałam spotkać się z rodzicami. Oni zginęli w wypadku, a ja… nie mając co ze sobą zrobić, przyjechałam tu przypadkiem.
Sambo wyglądał, jakby słowa spadły na niego jak cegły. Przeczesywał ręką zbyt długie włosy i powtarzał cicho:
– Ja pitolę… ja pitolę…
„Na tyle tylko cię stać?” – myślała Flo, czując kłębiące się w piersi rozczarowanie i gniew, który niemal paraliżował ją od środka.
A jednak, kiedy Sambo delikatnie ujął jej rękę i zaproponował spacer, coś w niej zluzowało. Wszystkie napięte emocje, gniew i żal, opadły nagle, zostawiając miejsce tylko na ulgę i cichą radość z jego obecności.
Spacerowali wąskimi, brukowanymi uliczkami Barda, aż cienie zmroku zaczęły miękko otulać kamienne mury. Flo nagle skręciła w pierwszą napotkaną posesję i spytała o kwaterę. Starszy mężczyzna przyglądał się jej uważnie, a jego wzrok na moment spoczął na Samborze. Flo, przewidując, że obecność chłopaka mogłaby budzić nieufność, spokojnie zapewniła gospodarza, że nocleg jest potrzebny tylko jej.
Mężczyzna skinął głową i poprowadził ją za tył domu, w stronę małej, przytulnej altanki ukrytej wśród kwitnących krzewów. Wnętrze było skromne, ale ciepłe i ludzkie – niczego nie brakowało, a każdy detal zdawał się szeptać: „czuj się tu jak u siebie”. Flo zgodziła się bez wahania. Przecież przyjechała tu, by odkrywać miasto, a nie tkwić w łóżku. Zapłaciła za trzy dni z góry, położyła bagaż w kąciku altanki i, lekka jak wiatr, ruszyła z Sambo w dalszą drogę, gotowa chłonąć każdy zakątek tego magicznego miejsca.
Sambo zaprowadził Florentynę na obrzeża Barda, czując się przewodnikiem i opowiadając z pasją o każdym szczególe. Wskazał Obryw Bardzki (390 m n.p.m.) – charakterystyczny punkt, z którego roztacza się panorama na miasteczko wciśnięte między zalesione wzgórza i zakole Nysy. Na horyzoncie majaczył masyw Gór Stołowych.
– Widok jest przepiękny, a dostępny niemal od centrum miasta – mówił, wskazując trasę prowadzącą krótkim, choć wymagającym spacerem.
Wokół miasta, na zboczach wzgórza, usiane były liczne kapliczki kalwaryjne, świadczące o bogatym kulcie maryjnym. Sambo wspomniał, że ponoć w Bardzie miała się objawić Matka Boska, a pamiątką tego wydarzenia jest jej stopa odbita w kamieniu przy jednej z kapliczek.
Szli ciągle pod górę, a Sambo zapewniał, że wysiłek włożony w wejście na szczyt w pełni zrekompensuje panorama, która dosłownie zapiera dech w piersiach. Jednak o zmierzchu Florentyna nie mogła zachłysnąć się widokiem. Ból nóg dawał się we znaki, a w myślach pojawiło się pytanie: dlaczego Sambo przyjął wiadomość o śmierci jej rodziców tak spokojnie, bez mrugnięcia okiem? Już chciała coś powiedzieć, gdy chłopak, siadając na ziemi, pociągnął ją, by zrobiła to samo. Razem usiedli na skraju polany, wpatrując się w rozbłyskujące tu i tam w dole światła.
Tamtego wieczoru na tym trawniku byli tylko oni – spragnieni siebie, zatraceni. On objął ją ramieniem i pocałował, powoli, z namysłem, jakby chciał zakodować w sobie każdy jej ruch warg. Oderwali się na moment, by złapać oddech, ale tęsknota natychmiast ich złączyła na nowo. Całowali się długo, z pasją, którą w sobie nosili przez dni rozłąki. Sambo wyszeptał, że jej pragnie. Florentyna przymknęła oczy, oddając mu się bez reszty, pozwalając sercu i ciału mówić za nią – o tym marzyła od dawna.
– Ciekawe, jak by to było kochać się na Giewoncie, między owcami – powiedziała cicho, z uśmiechem, po wszystkim.
On nie odpowiedział, tylko wyciągnął dłoń, pomagając jej wstać.
W drodze powrotnej prawie nie rozmawiali. Pod kwaterą Sambo pocałował ją na pożegnanie w czoło, z ciepłem i troską, mruknął „do jutra” i zniknął w ciemności, zostawiając ją z drżeniem serca i wspomnieniem jego dotyku.
Podobnie wyglądały kolejne dni. Sambo przychodził do Florentyny wieczorami, a ona, myśląc o tym teraz, zdawała sobie sprawę, że ich spotkania wypełniała namiętność i bliskość. Po wieczornych wędrówkach na ich polanę i chwilach czułości była wyczerpana – spała do południa, potem spieszyła się do baru na obiad i cierpliwie czekała na jego przyjście. Wiedziała, że ta intensywna fascynacja potrwa jeszcze kilka dni, a potem, nasyceni sobą, wrócą do zwykłego zwiedzania. Ona zobaczy resztę zabytków tego urokliwego miasteczka, a on w końcu opowie jej, jak sam trafił do Barda.
W piątek, 20 sierpnia, Sambo wpadł do Florentyny z samego rana, jakby nie mógł wytrzymać ani chwili dłużej. Patrzył na nią intensywnie, a w jego oczach było coś, co nie pozwalało odmówić.
– Pakuj się i jedziemy – wyrwało mu się niemal rozkazem, choć w jego głosie brzmiała też niecierpliwość i troska. – Wracamy do Szczebrzeszyna.
Z dzisiejszej perspektywy Flo uśmiechnęłaby się do siebie i pewnie odmówiłaby, rzucając młodzieżowe arrivederci. Ale wtedy serce podpowiadało inaczej i tak się nie stało. W mgnieniu oka spakowała rzeczy, prawie nie tknęła śniadania i ruszyli razem, biegiem, na najbliższy pociąg. Flo nie zapytała nawet, dlaczego on wraca do Szczebrzeszyna, a nie do siebie na wieś. Zaraz jednak sama odpowiedziała sobie na pytanie, wzdychając – wtedy z zadowoleniem – że on postanowił mieszkać u niej nie jako gość, ale jako jej partner. Trudno, że zapomniał zapytać ją, czy ona tego chce.
I tyle Flo zobaczyła z Barda. W pamięci utkwiło jej kilka starych kamieniczek, brukowany most i zieleń otaczająca polankę, na której jeszcze niedawno czuli się jedynymi ludźmi na świecie. A w głębi serca, mimo pośpiechu i ekscytacji, niosła w sobie tęskne echo Barda – jakby ciepło tego miejsca zapisało się w niej na zawsze, niczym obietnica powrotu.
Dopiero w pociągu – wyraźnie czymś zdenerwowany – Sambo oznajmił Florci, że musi wreszcie usiąść do przygotowań przed obroną magisterium. Wspomniał, że jego koledzy, obficie popiwszy, rozjechali się każdy w swoją stronę, więc i on – nie mając już co robić w Bardzie – wraca, bo przecież przyszłość sama się nie ułoży. Flo słuchała w milczeniu, w głębi serca buntując się przeciw jego tonowi i apodyktyczności. A jednak, mimo wewnętrznego buntu, czuła ukryte zadowolenie, że znów będą razem pod jednym dachem.
Do Szczebrzeszyna dotarli dopiero wieczorem. Kiedy weszli do salonu, który Flo w czasie jego nieobecności całkiem przemeblowała, Sambo wyraźnie odetchnął, lecz nie skomentował ani jej wysiłku, ani samych zmian. Jakby nic się nie wydarzyło, od razu skierował się na górę, do pokoju, w którym dawniej gościli go jej rodzice.
Flo zajęła się szykowaniem kolacji, a w międzyczasie rozpakowała torbę podróżną. Gdy czajnik zagwizdał, zawołała Sambo na dół, ale nikt nie odpowiedział. Ruszyła więc po schodach, a przy półpiętrze zerknęła przez małe okienko. Zwykle w domku obok o tej porze świeciło się światło, jak wierny znak życia, tymczasem teraz cała sąsiednia posesja pogrążona była w mroku. Czerń wydawała się gęstsza niż noc wokół, jakby wessała w siebie oddech świata. Serce Flo zatrzepotało złowieszczo. Na ułamek sekundy ogarnęło ją przeczucie, że coś się stało – coś, co nie ma jeszcze imienia. Odrzuciła tę myśl, próbując przywołać zwykłą energię codzienności, i weszła do pokoju Sambo. Leżał na łóżku, śpiąc w najlepsze, jakby niczego nieświadom. Obudziła go. Zasiedli do kolacji, a potem, jakby chcąc zagłuszyć niewypowiedziane lęki, przenieśli się do jej pokoju.
Poranek powitał ich słońcem. Flo, krzątając się radośnie przy śniadaniu, poczuła, że musi wyrzucić z siebie ciężar dawnych przeżyć. Opowiedziała mu swoją historię, bez niedomówień, z detalami, jakby pragnęła oczyścić pamięć. Sambo słuchał, lecz jego spojrzenie błądziło – wyraźnie był gdzie indziej myślami, coś go gryzło. Chcąc go zatrzymać przy sobie, Flo wyznała dopiero teraz, że od października zacznie pracę w księgarni, a na razie ma z czego żyć, więc nie musi się martwić.
Sambo jakby się zmieszał. Ujął jej dłoń, musnął pocałunkiem i powiedział, że dobrze, że ją ma, że cieszy się z tego, co ich łączy, i szczególnie dziękuje jej za gościnę. Flo poczerwieniała, odparła półżartem, że nie ma za co i że może czuć się u niej jak w domu. Przytuliła go i ucałowała, po czym poprosiła, by dziś skupił się na nauce, bo ona wybiera się na cmentarz do rodziców. Spytała jeszcze, czy chce jej towarzyszyć, lecz Sambo odmówił. Mówił, że czeka go ogrom materiału do przerobienia. Flo przytaknęła, zapewniając, że po powrocie zrobi posiłek i zajmie się domem, a on niech skupi się na studiach.
Gdy tylko wyszła z domu, jeszcze na schodach odruchowo spojrzała w prawo. Tam, gdzie zwykle widziała sąsiadkę, rozlewała się dziwna, gęsta cisza – tak nienaturalna, że aż poczuła, jakby ktoś niewidzialny popychał ją w stronę cmentarza. Mogła zajść do znajomej, bo serce rwało się ku temu, ale odłożyła tę wizytę na potem. Kiedy wróci, zastuka i odwdzięczy się za opiekę oraz pomoc.
Wspinając się na cmentarne wzgórze, Flo nagle poczuła, że każdy krok waży więcej niż zwykle. Zatrzymała się przy schodkach kaplicy, aż w końcu usiadła, by złapać oddech. Jej spojrzenie przyciągnął stary nagrobek – opuszczony, bez tablicy, zalany cementem, jakby los ostatecznie skazał go na samotność. Wśród zbyt wysokiej trawy dostrzega rzeźbę. Z kamienia wyłaniała się postać kobiety w dawnych szatach, przypominająca Madonnę. Rozpościerała ramiona nad grobem, jakby wciąż czekała, by objąć i ochronić to, co kryło się w ciszy ziemi. Twarz świętej emanowała przygnębieniem, a na ramionach dźwigała ogromny krzyż – nieproporcjonalny, przytłaczający, niczym znak życia cięższego, niż można unieść. Flo aż poczuła, że to spojrzenie i ten gest skierowane są nie tylko ku grobowi, lecz także ku niej samej. Obeszła mogiłę dookoła, chcąc znaleźć choćby zatarte nazwisko, lecz prócz kilku wyblakłych kwiatów – pewnie przypadkowo złożonych – nie odkryła tam nic. A jednak w tej bezimienności było coś niepokojącego, jakby mogiła strzegła tajemnicy, której nie wolno nazwać.
Podniosła wzrok i westchnęła. Kaplica tuż obok wydawała się niemal żywa – stara, o dachówkach połyskujących w letnim słońcu, z trzema wieżyczkami, które wbijały się w niebo jak modlitwy z kamienia. Choć czas odcisnął na niej swoje piętno – odpadający tynk, mech, wytarte schodki – jej strzeliste okna i witraże lśniły, jakby wciąż broniły innego, niewidzialnego świata. Flo obeszła budowlę, pozwalając, by jej wertykalne linie wciągały spojrzenie w górę. Spróbowała uchylić drzwi, ale surowa klamka nawet nie drgnęła. Jakby ktoś od wewnątrz powiedział jej stanowcze: „nie teraz”. Rozczarowana, cofnęła dłoń, a wtedy jak błysk świadomości wróciło do niej pytanie: „po co tu przyszłam?”.
Szeroką aleją ruszyła ku największemu dębowi na cmentarzu. Tam spoczywali jej rodzice. Nogi same ją niosły, a głowa – jak nigdy – kręciła się niespokojnie. I wtedy to się stało. To przeczucie zatrzymało ją w pół drogi do mogiły, do której zmierzała. Na wydeptanej alejce leżała zrzucona zapewne przez wiatr tabliczka trumienna z nazwiskiem Róży Traczyk. Dreszcz przeszył Flo, gdy schyliła się, by ją podnieść. Już miała się wyprostować, kiedy kątem oka, tuż po lewej stronie, dostrzegła świeżo usypany kopczyk ziemi. Był wysuszony wiatrem, pusty i surowy, a jednak nowy. Na żółtoburym grobku tkwił prosty, jasny krzyż, a obok niego leżała tylko jedna, zeschła wiązanka z kilku kwiatów. Flo wsunęła tabliczkę głębiej przy krzyżu, chcąc choć odrobinę uporządkować ten obraz. Poruszona, zdjęła również uschnięte kwiaty. Dłoń miała lodowatą od natłoku myśli. Z kieszeni wyjęła jedną z dwóch świeczek, które zabrała dla rodziców, i zapaliła ją. Płomyk zamigotał radośnie, a ona, czyniąc na sobie niedbały znak krzyża, zaczęła rozmyślać nad samotnością człowieka w ostatnich chwilach życia.
„Samotność… nie tylko starości” – pomyślała. „Przecież ja też, bez rodziny, byłam sama. Tylko że teraz mam obok siebie Sambo, więc ta samotność jakby się rozproszyła”.
Patrzyła długo na to, co zostaje po człowieku, kiedy wybije jego godzina – na kopczyk ziemi i jedyną wiązankę. Jakże smutne jest odejście bez bliskich, bez troskliwych dłoni, które posprzątałyby zwiędłe kwiaty czy zapaliły świeczkę. Wkrótce wiatr rozwieje ziemię i pamięć o Róży Traczyk rozpłynie się w nicości. Ta myśl zapadła we Flo tak głęboko, że później, pracując w księgarni, kobieta zawsze była nad wyraz uprzejma wobec starszych osób – jakby w każdej z nich dostrzegała cień tamtej samotnej mogiły.
Kiedy Flo wróciła z cmentarza, Sambora nie było w domu. Na stoliku leżała jedynie kartka: „Musiałem pilnie wyjść, wrócę jak najszybciej”.
– Przez ten pośpiech nawet nie zamknął drzwi – sapnęła zdegustowana, po czym uświadomiła sobie, że sama również tak się zamyśliła, iż zapomniała o zakupach. Zawróciła więc do miasta.
Potem dni zaczęły mijać – obiad, kolacja, sprzątanie – aż do 10 września. W tym czasie Sambor, jak mawiał, solidnie przygotowywał się do obrony. Często wychodził, twierdząc, że musi coś skonsultować telefonicznie z promotorem. Flo dziwiło to tym bardziej, że należeli do nielicznych w tamtych czasach, którzy mieli w domu telefon. Kiedy go o to zapytała, Sambo tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że rozmowy kosztowałyby krocie, dlatego korzysta z poczty. Flo uśmiechnęła się ironicznie. Przecież on nie pracował, a wszelkie wydatki pokrywała ona.
Wreszcie nadszedł dzień obrony – 10 września. Sambo pojechał do Lublina, a Flo przygotowała uroczystą kolację i czekała na jego powrót. Tego dnia jednak się nie zjawił. Ani następnego. Ani kolejnego. Wrócił dopiero po czterech dniach, zniszczony i zaniedbany jak kloszard. Podobno zdał i „opijał sukces”. Gdyby nie wielki pęk kwiatów, z którym wtargnął do mieszkania, Flo wygarnęłaby mu wszystko. Nie zrobiła tego jednak. Wciąż dręczyła ją myśl, że zostanie sama. Tak, bała się samotności. Przecież nie była brzydka – wręcz przeciwnie, urodziwa – ale może po prostu nie chciało jej się od nowa poznawać kogoś, komu musiałaby zaufać i uczyć się go na nowo? Zostali więc razem. Sambo obiecał, że gdy ona podejmie pracę, on także rozejrzy się za zajęciem i nie będzie, jak mawiał, „na jej garnuszku”. Tyle że na rozmowę o pracę należało się jakoś ubrać, a on nie miał nic przyzwoitego. Flo zadbała więc o jego garderobę. Co było do kupienia, kupili od razu, a u krawca zamówili dwie marynarki, żeby miał na zmianę.
1 października Florentyna wstała wcześnie, choć już dzień wcześniej dopracowała każdy szczegół swojego stroju. Wyregulowała brwi, pomalowała paznokcie i wyszczotkowała długie blond włosy – te same, którymi po ich nocnych eskapadach Sambo bawił się jak dziecko, przesuwając je między palcami. Dziś, jak zwykle, podkręciła grzywkę dwoma wałkami pozostałymi po matce. Sambo, patrząc na nią przy śniadaniu, parsknął śmiechem:
– Wyglądasz jak starawa mamuśka!
Flo przewróciła oczami w duchu, odpowiadając mu po swojemu: „Gdyby nie starawa mamuśka, jadłbyś pewnie tynk ze ściany”. Na szczęście nigdy nie musiała tego powiedzieć na głos. W końcu i tak wiedział, że wciąż to ona jest gospodarzem jego portfela.
***
Do numeru 6 przy ulicy Rewolucji Październikowej Flo miała dwadzieścia minut spaceru. Stojąc przed narożną kamienicą, zauważyła nową markizę nad szyldem i malutki dzwoneczek nad drzwiami – jakby księgarnia witała ją w nowym stylu. W środku wszystko wyglądało inaczej niż kiedyś. Kontuar, dawniej nieco przyciemniony, teraz tonął w świetle dobiegającym z dużych witryn wychodzących na główną ulicę i prostopadłą Farbiarską. Flo przypomniała sobie, że wcześniej wnętrze sprawiało wrażenie bardziej przytłoczonego. Witryna od prostopadłej ulicy była zasunięta, a pomieszczenie ciemniejsze.
Dzwoneczek rozbrzmiał i natychmiast pojawił się starszy pan w koszuli w kratę i kamizelce. Przywitał ją bez zbędnych emocji i pozwolił rozejrzeć się po swoim królestwie. Flo uśmiechnęła się, obserwując, jak promienie porannego słońca wypełniają księgarnię i wydobywają detale, które kiedyś umykały jej uwadze. Wspomnienia pierwszego dnia pracy wróciły natychmiast: nad wejściem zamiast sowy rozpościerał skrzydła jastrząb, a ona sama dodawała uroku wnętrzu liśćmi, kasztanami, dyniami czy świątecznymi dekoracjami. Właściciel, Dobrosław Książkiewicz, wydawał się stworzony do prowadzenia tego miejsca. Podpisując umowę, Flo lekko się uśmiechnęła, gdy obok jej nazwiska – Czcionka – pojawiło się jego, jakby to było znak, że dobrze trafiła.
Po latach, już po przejściu na emeryturę, Flo odwiedzała księgarnię z przyjemnością. Teraz można było w niej zjeść ciastko, napić się kawy, posłuchać fragmentu audiobooka czy porozmawiać ze znajomymi w eleganckim, jasnym wnętrzu z przeszklonymi gablotami. Flo, patrząc na wszystkie te nowinki, śmiała się w duchu: „Koleopterownia” – wymyśliłam nazwę, zanim jeszcze było modne serwować latte z bitą śmietaną przy książce o średniowieczu. I pomyślała, że gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że w księgarni będzie można zjeść ciastko i posłuchać audiobooka, prychnęłaby tylko z politowaniem. A teraz? Cóż, śmiała się sama z siebie i swojej wyobraźni, ciesząc się, że mimo nowoczesności wciąż czuje tutaj ducha pierwszego dnia pracy.
Po ponad dwóch latach mieszkania z Samborem – choć trudno tu mówić o prawdziwym wspólnym mieszkaniu, bo on często znikał na kilka dni, tłumacząc się poszukiwaniem pracy – Florentyna prowadziła życie pełne ciszy i rutyny. Pracowała w księgarni, wieczorami pochłaniała książki, wtapiała się w ich światy, żyjąc jak bohaterka własnej powieści, szczęśliwa lub przygnębiona, ale zawsze oddana literackim iluzjom. Znajomi z czasów rodziców dawno o niej zapomnieli, nowych przyjaźni nie zawierała. Sąsiedzi, wścibscy i natrętni, tylko wzbudzali w niej irytację, a i ona nie pałała sympatią do nikogo z okolicy. Żyła po swojemu, tolerując wymówki Sambora, jego tajemnicze wyjazdy i pozorne utyskiwania, że „nie może znaleźć pracy”. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiała, że Sambo przez lata żył jak pasożyt, jej kosztem, a jego starania o zajęcie były tylko iluzją. Znikania, półprawdy i jego finansowe manewry wypełniały jej dni niepokojem, ale prawdziwe uderzenie przyszło niespodziewanie – gdy po raz pierwszy nie dostała miesiączki. Wtedy zrozumiała, że przez jego obecność i wieczne tajemnice jej życie było ciągłym balansowaniem między bezpieczeństwem a zdradą, między nadzieją a samotnością.
Kiedy tej jesieni spadły już ostatnie liście z drzew, Flo czuła, że czas przecieka jej przez palce, a ona wciąż nie zdobyła się na wyznanie Sambo prawdy – że podejrzewa, iż zostaną rodzicami. Serce podpowiadało jej, że to moment, w którym wszystko może się odmienić, że jego radość i czułość porwą ją w objęcia. A jednak wciąż wstrzymywała słowa. Zastanawiała się, czy Sambo naprawdę potrafiłby wziąć odpowiedzialność, czy byłby ojcem, jakiego dziecko potrzebuje. Miłość ją oślepiała i dawała złudną pewność: wierzyła, że poradzi sobie z tym wyzwaniem.
Ale wszystko zmieniło się w jeden zimny, listopadowy dzień. Rozmowa, którą tak długo odkładała, rozbiła jej świat na kawałki. Flo zrozumiała nagle, że nie będą mogli razem żyć. To ona przez lata podtrzymywała ich ognisko – i on doskonale o tym wiedział. Gdy tylko wyjawiła mu swoje obawy, wpadł w panikę. Chodził po salonie, palił papierosa za papierosem, nerwowo wzruszał ramionami, jakby szukał w sobie odpowiedzi, której od niego oczekiwała. W końcu usiadł na brzegu fotela i wypowiedział słowa, które pozbawiły ją tchu: nie ma mowy, by teraz wychowywał dziecko. Jego ton był obojętny, zimny jak lód.
– Kiedy będę gotowy, dam ci znać – mówił – teraz mam długi, jestem spłukany, jeśli się ujawnię… mogę trafić do więzienia.
Flo poczuła, jak całe jej ciało drży. Skóra cierpnie, oczy wypełnia mgła łez, a serce pęka na tysiące kawałków.
– Dziękuję, że mi to powiedziałeś – wyszeptała przez łzy, próbując znaleźć w sobie siłę. – Ale ja… Przecież nie mogę… Jestem sama…
Jej słowa były rozpaczliwym wołaniem, ale on ich nie słyszał. Powtarzał w kółko, jak zacięta katarynka: ma inne plany, inne priorytety, kiedy będzie gotowy, odszuka ją i dziecko. A gdzież on zamierzał jej szukać? Przecież ona nie planowała opuszczać Szczebrzeszyna. Marzenia Florentyny, nadzieje i uczucie, które zdawało się wieczne, rozsypały się w jednej chwili. Płakała, a on pozostał obojętny. Skinął tylko głową i wyszedł, zostawiając ją samą z sercem rozdartym i pustką w oczach.
Wtedy Flo zobaczyła prawdę, której wcześniej nie chciała dostrzec. Sambor nigdy nie mówił jej wszystkiego. Jego wieczorne „spacery” okazały się wypadami do szulerni, gdzie przegrywał nie tylko jej pieniądze, ale i kawałki jej życia, bezpieczeństwa, spokoju. A potem… po prostu odszedł, zostawiając ją z nagłym odkryciem, że całe ich wspólne szczęście istniało jedynie w jej wysiłku, w jej dłoniach, w jej złudzeniach. Ślady jego tajemnic znalazła dopiero później, gdy sprzątała po nim pokój: pomięte wizytówki, adresy prywatnych pokerowych jaskiń. Hazard – równie podstępny jak alkohol, narkotyki czy niepohamowane pożądanie – zostawił swój cień i na niej. Przez niego o mało nie wplątała się w niebezpieczne sprawy, w ludzi, których twarze zapamiętuje się na zawsze, a których lepiej byłoby nigdy nie spotkać.
Echo tamtej rozmowy – a właściwie rozstania – wisiało jeszcze długo w powietrzu przesyconym gęstym dymem papierosowym. Flo nie spała w nocy, w dzień była rozproszona, a wieczorami sięgała po kieliszek, by wypalić nim ból i pamięć o ukochanym.
Kilka dni później, gdy próbowała w pracy jakoś zebrać myśli, Sambor pojawił się nagle w księgarni. Na jego widok panowała nad sobą z trudem, zwłaszcza nad łzami, które rwały się, by uciec spod powiek.
– Potrzebuję pieniędzy – powiedział, chwytając ją lekko za ramię i prowadząc za regał.
Słowa, które wówczas padły, nie były prośbą. Były rozkazem, zimnym, jakby jej godność nie miała najmniejszego znaczenia.
– Tak mało znaczyło dla ciebie to, że miałeś mnie, dach nad głową, spokój? – zapytała cicho głosem, w którym drżało całe jej serce.
On milczał, tylko mroził ją spojrzeniem, zaciskając usta ze złości. Ani jednego gestu skruchy, ani jednego słowa przeprosin. A przecież wystarczyłby ukłon, jedno „żal mi”, by ocalić resztki tego, co między nimi kiedyś było.
Flo wyjęła z torebki banknot i położyła go na kontuarze.
– Proszę – powiedziała czystym, zaskakująco mocnym głosem. – Jeśli potrzebujesz na bilet.
Sambor prychnął, jakby sam siebie chciał przekonać, że to on triumfuje. Odwrócił się ku drzwiom, licząc zapewne, że Flo zatrzyma go w ostatniej chwili. Ale ona już wiedziała.
– Droga wolna – rzuciła krótko.
Nie spojrzał nawet w jej stronę. A jednak już na progu zawrócił i bez słowa zgarnął pieniądze z lady.
– Nie będę się targował – mruknął. – Do widzenia.
Drzwi zamknęły się za nim ciężko, a księgarnia znów wypełniła się ciszą.
Flo długo stała pomiędzy regałami, wpatrując się w zbyt szybko zapadający zmierzch widoczny zza witryny. Czuła, jak gorące łzy palą pod powiekami, aż wreszcie pozwoliła im płynąć. Wiedziała, że tego wieczoru nie zrobi już nic: nie wstawi prania, nie przygotuje kolacji. W myślach rzucała koszule Sambo przez okno, widziała, jak fruwają na wietrze niczym żałosne chorągwie. Ale w rzeczywistości nie miała w sobie siły na odwet. Została jej tylko świadomość, że od dziś musi nauczyć się odbudowywać siebie – krok po kroku, dzień po dniu, bez niego, za to dla kogoś, kto wkrótce nada jej żuciu sens.
***
„Po rozstaniu byłam już tylko cieniem samej siebie. Siedziałam godzinami w jego pokoju, w miejscu, gdzie spotykaliśmy się najczęściej – tam, gdzie nasze ciała próbowały zaspokoić głód bliskości. Oddawałam mu się cała, jakby wchłonięcie mogło go zatrzymać. Nie przypuszczałam, że tak szybko przyjdzie moment przełomu, i to w dodatku tak bolesnego. Raz śmiałam się jak wariatka, raz zalewałam łzami poduszkę. Tak wyglądały moje dni… a może tygodnie? W końcu przyszedł moment, gdy udało mi się uspokoić, choć wiedziałam, że to tylko pozory – rany ciągle krwawiły i czułam, że jeśli ich nie zaleczę, rozniosą mnie od środka. Pod powierzchnią wciąż wszystko bolało.
