Wydawca: RW2010 Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Sonata o marzeniach - Aneta Rzepka

Powieść obyczajowa dla młodzieży, dla kobiet.

 

Znajdę cię w wielkim mieście, wśród zwykłych zmagań...

 

Czasem nawet porządna, miła, dobra dziewczyna zrobi coś niemądrego. Natalia Klimek wraca wzburzona z wywiadówki. Nauczycielka poinformowała ją, że jej córka, klasowy skarbnik, przywłaszczyła sobie pieniądze, wpłacone przez kolegów na ubezpieczenie. Natalia nie wierzy, nie mieści jej się to w głowie, ale... Iza przyznaje się do kradzieży. Zarazem odmawia odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobiła. Co się za tym wszystkim kryje? Jaką rolę odegrała w całej sprawie kapryśna Dominika? Czy pomoże kuzynce pozbyć się etykietki złodziejki? Zwłaszcza że Izie tak bardzo zależy na dobrej opinii w oczach Łukasza...

 

Izę i Dominikę dzieli bardzo wiele. Jedna jest osobą życzliwą, otwartą na świat, potrafiącą czerpać radość z małych rzeczy. Druga to egoistka, która lubi błyszczeć i nie zważa, kogo zrani w drodze do celu. A jednak obie szukają w życiu tego samego: miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa; obie wierzą w spełnienie marzeń, nawet jeśli się z tym nie zdradzają.

W historie miłosne wplatają się nie mniej ważne opowieści o relacjach z rodziną, nastoletnich emocjach, zgryzotach, niewyjaśnionych sprawach, tkwiących w sercu jak cierń. Wszystko to składa się na skomplikowaną definicję szczęścia.

 

 

 

 



 

Opinie o ebooku Sonata o marzeniach - Aneta Rzepka

Fragment ebooka Sonata o marzeniach - Aneta Rzepka

ANETA RZEPKA

SONATA O MARZENIACH

Wydawnictwo RW2010 Poznań 2012

Redakcja zespół RW2010

Korekta zespół RW2010

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Aneta Rzepka 2012

Okładka Copyright © Mateo 2012

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2012

e-wydanie I

ISBN 978-83-63598-38-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

RW2010, os. Orła Białego 4 lok. 75, 61-251 Poznań

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Oboje są przekonani,

że połączyło ich uczucie nagłe.

Piękna jest taka pewność,

ale niepewność jest piękniejsza.

Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,

nic między nimi nigdy się nie działo.

A co na to ulice, schody, korytarze,

na których mogli się od dawna mijać?

Chciałabym ich zapytać,

czy nie pamiętają

może w drzwiach obrotowych

kiedyś twarzą w twarz?

jakieś ,,przepraszam” w ścisku?

głos ,,pomyłka” w słuchawce?

– ale znam ich odpowiedź.

Nie, nie pamiętają.

Bardzo by ich zdziwiło,

że od dłuższego już czasu

bawił się nimi przypadek.

Jeszcze nie całkiem gotów

zamienić się dla nich w los,

zbliżał ich i oddalał,

zabiegał im drogę

i tłumiąc chichot

odskakiwał w bok.

Były znaki, sygnały,

cóż z tego, że nieczytelne.

Może trzy lata temu

albo w zeszły wtorek

pewien listek przefrunął

z ramienia na ramię?

Było coś zgubionego i podniesionego.

Kto wie, czy już nie piłka

w zaroślach dzieciństwa?

Były klamki i dzwonki,

na których zawczasu

dotyk kładł się na dotyk.

Walizki obok siebie w przechowalni.

Był może pewnej nocy jednakowy sen,

natychmiast po zbudzeniu zamazany.

Każdy przecież początek

to tylko ciąg dalszy,

a księga zdarzeń

zawsze otwarta w połowie.

(Wisława Szymborska)

1.

Moim niebem jest bolejące serce mej ukochanej matki.

(święty Bernard)

Było chłodne, październikowe popołudnie. Od kilku godzin deszcz padał niemal bez przerwy, a na nierównych warszawskich ulicach i chodnikach powstały liczne kałuże. Przejeżdżające samochody rozbryzgiwały wodę, obficie i bezlitośnie ochlapując skulonych pod parasolami bądź osłoniętych kapturami przechodniów. Na ową przymusową kąpiel ludzie reagowali zgodnie z własnym temperamentem i usposobieniem. Jedni wygrażali kierowcom, używając słów niewartych powtórzenia. Inni, wzdychając z niezadowoleniem, ocierali smugi brudnej, zimnej wody i biegli do swoich ciepłych domów, aby się w końcu wysuszyć. Jeszcze inni próbowali uciekać przed niechcianym prysznicem, co niekoniecznie im się udawało. Wszyscy zaś byli podenerwowani i niezadowoleni.

Tylko jedna kobieta pozostała obojętna na błoto, brudzące jej czarne spodnie i brązową kurtkę. Skryta pod czerwonym parasolem, prawie biegła w strugach deszczu. Woda z licznych kałuż lała jej się do butów, ona jednak nie zwracała na to uwagi. W pośpiechu nie zauważyła nawet, że kaptur zsunął się z jej głowy, odsłaniając jasne, długie włosy. Weszła do jednego z bloków, stojących przy ulicy Korkowej. Nie czekając na windę, szybkim krokiem wspięła się na czwarte piętro. Wyjęła z torebki klucze i otworzyła drzwi.

Ową kobietą była Natalia Klimek. Tego dnia wróciła do domu nieco później niż zwykle. Musiała udać się na poważną rozmowę do wychowawczyni swojej córki Izy. Nauczycielka poinformowała ją, że dziewczyna, klasowy skarbnik, przywłaszczyła sobie pieniądze, wpłacone przez kolegów na ubezpieczenie. Powinna je zanieść do szkolnego sekretariatu ponad miesiąc temu, a jeszcze tego nie zrobiła.

Natalia próbowała bronić córki. Któż to słyszał, żeby w tak autorytarny sposób oskarżać uczciwą dziewczynę? Wychowawczyni była jednak przekonana o winie Izy, która rzekomo przyznała się do wzięcia pieniędzy. Nie wyraziła troski. Nie próbowała znaleźć rozwiązania problemu czy usprawiedliwienia dla uczennicy.

Matka, kochająca swoje dziecko i w pełni wierząca w jego uczciwość, przeżyła prawdziwy szok. Słowa ugrzęzły w gardle. Cóż mogła powiedzieć? Grzecznie przeprosiła, obiecała, że porozmawia z córką, zapewniła, iż podobny incydent nigdy więcej się nie powtórzy. Nauczycielka roześmiała się ironicznie i powiedziała, że w to akurat wierzy, ponieważ Iza już została usunięta z samorządu klasowego, a niebawem zapewne opuści grono uczniów liceum, którego imię splamiła swoją nieodpowiedzialnością.

– Na szczęście nie pani będzie o tym decydować – odparła Natalia, dumnie unosząc głowę. – Moja córka nie jest złodziejką. Wyjaśnię tę sprawę.

Wychowawczyni pokiwała z politowaniem głową.

– Matki zawsze są ślepo zapatrzone w swoje pociechy – mruknęła nieprzyjemnym głosem. – I pewnie dlatego mamy taką, a nie inną młodzież.

Natalia zagryzła wargi. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ktoś, z góry zakładający, że młodzież jest zepsuta, zła i nie drzemią w niej żadne dobre cechy, zdecydował się na pracę w szkole. Nie zadała tego pytania, by impertynencją bardziej nie zaszkodzić córce. Rzuciła tylko grzeczne „do widzenia”, po czym opuściła klasę. Doskonale wiedziała, iż dzieci potrafią być krnąbrne, niewdzięczne i źle wychowane. Sama przez pięć lat była nauczycielką. Zetknęła się z uczniami o różnym podejściu do życia i nauki, ale nigdy o żadnym z nich nie wydała tak stanowczo negatywnej opinii. Izę zaś znała bardzo dobrze, chyba lepiej niż ktokolwiek inny. Daleka była od nazwania jej ideałem, wiedziała jednak, że nie jest złodziejką. W ubiegłym roku, jeszcze jako gimnazjalistka, zorganizowała koncert charytatywny na potrzeby szkoły w Laskach. Zebrano ponad sześć tysięcy złotych. Iza ani grosza nie wzięła dla siebie. Nie potrzebowała. Dostawała przecież kieszonkowe. Małe, fakt, ale nigdy się nie skarżyła. Wiedziała, że zawsze może poprosić o zastrzyk finansowy. Marcin niczego nie odmawiał „swojej córeczce”. Kiedyś zażyczyła sobie lampkę nocną z Myszką Miki – ojciec spełnił prośbę bez mrugnięcia okiem, chociaż pomysł wydał mu się co najmniej śmieszny. Chciała iść na kurs tańca – poszła. Dziecko musi mieć jakieś zainteresowania. Lepiej, żeby tańczyło, niż przesiadywało całymi dniami przed telewizorem czy komputerem. A dzięki treningom Iza była silna i giętka zarazem. Chodziła lekkim krokiem, jakby nie dotykała ziemi. Nie miała problemów z kręgosłupem. Nigdy się nie garbiła, nawet przy odrabianiu lekcji. Nie musiała też stosować modnych ostatnimi czasy diet odchudzających, gdyż taniec zapewniał jej odpowiednią dawkę ruchu.

Nie sprawiała problemów wychowawczych. Nigdy. Owszem, miała wady, jak każdy. Bywała uparta i roztrzepana, nie potrafiła utrzymać porządku w swoim pokoju, zapominała o domowych obowiązkach. Nie wynikało to jednak z krnąbrności czy lenistwa – raczej z roztargnienia i skłonności do bałaganiarstwa. Zresztą idealne dzieci nie istnieją. Trzeba je kochać takimi, jakie są. Tak samo jak nie istnieją idealni rodzice. Słabość zwyczajnie leży w ludzkiej naturze.

Natalia chciała jak najszybciej porozmawiać z córką i z jej ust usłyszeć, że nigdy niczego nie ukradła. Na pewno da się jakoś racjonalnie wyjaśnić sprawę zaginionych pieniędzy klasowych. Dlatego właśnie tak bardzo się spieszyła. Wpadłszy do mieszkania, nie zdjęła nawet przemoczonych butów ani kurtki. Od razu zapukała do drzwi pokoju Izy.

– Proszę – odezwał się miły, dziewczęcy głos.

Natalia nacisnęła klamkę i weszła do królestwa córki.

Iza siedziała przy biurku. Odrabiała lekcje. Była szczupłą, niewysoką, szesnastolatką. Po matce odziedziczyła błękitne oczy, a po ojcu – ciemne, lekko kręcone włosy. Jej okrągłe policzki zawsze zdobił delikatny rumieniec. Nos miała mały, nieco zadarty, usta pełne, czerwone, skore do uśmiechu.

– Cześć, mamuś – powiedziała, spoglądając na matkę. – Zrobiłam zakupy.

– To dobrze. Ja nie miałam dziś do tego głowy. Byłam w twojej szkole.

Delikatny uśmiech znikł w twarzy Izy.

– Jednak się wydało – szepnęła, uciekając wzrokiem.

Natalia podeszła do córki i podłożywszy palec pod jej brodę, zmusiła do spojrzenia sobie w oczy.

– Wzięłaś te pieniądze? – zapytała.

– Tak.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Zbladła, nogi ugięły się pod nią. Trzymana w dłoni parasolka upadła na dywan.

– Po co? – zapytała lekko drżącym głosem. Wciąż miała nadzieję, że istnieje jakieś racjonalne wyjaśnienie.

– Były mi potrzebne.

– Jutro oddasz je wychowawczyni, przeprosisz i…

– Nie mogę, mamo. Nie mam ich.

– Jak to nie masz? Co więc z nimi zrobiłaś?!

Iza nie odpowiedziała, odwracając twarz w drugą stronę.

– Spójrz na mnie i powiedz, dlaczego tak bardzo mnie upokorzyłaś? – zażądała Natalia. – Czy tak cię wychowaliśmy? Na co wydałaś pieniądze kolegów?

Dziewczyna wciąż nie odpowiadała. Skuliła się tylko, splotła ręce na piersiach, opuściła głowę i zagryzała wargi, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy. Sprawiła matce przykrość, a tego nie chciała.

Natalia poczuła, że opuszczają ją siły. Nagle świat zawalił jej się na głowę. Wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Była zdenerwowana. Chyba po raz pierwszy w życiu zawiodła się na Izie. Usiadła w kuchni, zdjęła w końcu mokrą kurtkę i niedbale rzuciła ją na krzesło. Oparła łokcie o stół, ukrywając twarz w dłoniach. Nie wierzyła, że córka mogła coś ukraść. Przyznała się, ale nie była przecież złodziejką! Musiała mieć ważny powód, inaczej nie przywłaszczyłaby sobie cudzych pieniędzy. Dlaczego to zrobiła? Co się stało?!

Po dłuższej chwili Natalia usłyszała chrobot klucza w zamku. Domyśliła się, że mąż wrócił z pracy, ale nie miała siły unieść głowy.

– Cześć, kochanie! – z przedpokoju dobiegł męski głos.

Natalia nie drgnęła, chociaż chciała wstać, wyjąć z lodówki garnek z zupą, powiedzieć coś, cokolwiek. Nie potrafiła, zupełnie jakby przebywała na skraju jawy i snu. Zdawała się nawet nie słyszeć cichego śpiewu, który towarzyszył Marcinowi, gdy zdejmował kurtkę i buty. Najwyraźniej miał dobry dzień.

Wszedł do kuchni, zapalił światło i pocałował wspartą na przedramionach, jasną głowę żony.

– To tak się wita męża, wracającego z pracy? – zapytał żartobliwym tonem. – Myślałem, że czeka na mnie ukochana, że chociaż troszkę tęskni, ale ona najwyraźniej woli siedzieć po ciemku i rozmyślać.

Natalia zebrała się w sobie, wstała, podeszła do lodówki, oparła rozgrzane czoło o chłodne drzwi. Dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę z tego, że boli ją głowa.

– Nie woli – szepnęła. – Zwyczajnie zabrakło jej energii.

Marcin chciał powiedzieć coś na temat zbyt emocjonalnego podejścia kobiet do życia i spraw zawodowych, ale jego wzrok padł na mokre ślady na podłodze i niedbale rzuconą kurtkę. Zrozumiał, że to nie problemy zawodowe, tylko coś znacznie poważniejszego.

– Co się stało, Natalko? – zapytał zaniepokojony. – Źle się czujesz?

– Tu nie chodzi o moje samopoczucie – odparła, wyjmując z lodówki garnek z zupą. – Chciałabym, żeby zwyczajnie bolała mnie głowa, ale… Mamy problem. Wszystko ci opowiem, ale później. Najpierw coś zjedz, bo…

– Zostaw te garnki. I tak nic nie przełknę. Siadaj tutaj i mów, co się stało.

Wskazał żonie krzesło, ale zignorowała ten gest. Wzdychając, odstawiła zupę do lodówki, potarła ręką czoło. Nie było jej łatwo wyznać mężowi, czego dowiedziała się w szkole.

– Iza wzięła pieniądze ze składek na ubezpieczenie – powiedziała w końcu drżącym głosem.

– Słucham? – Zmarszczył brwi ze zdziwienia. Wszystkiego mógłby się spodziewać, ale nie tego, że dziewczyna zrobi coś tak okropnego. Ufał jej, był dumny, że ma takie mądre i zdolne dziecko. Opowiadał o córce w pracy, wychwalając najpierw kolejne umiejętności niemowlęcia, później wesołe psikusy i coraz roztropniejsze wypowiedzi, a teraz niemałe szkolne osiągnięcia. O wybrykach Izy zawsze milczał, ale w końcu nie było ich wiele. Uczyła się dobrze. Nauczyciele stawiali ją za wzór, a koledzy lubili i szanowali. Nie była złośliwa ani wulgarna. Nie obnosiła się z sukcesami, nie naśmiewała ze słabszych w nauce. Zawsze chętnie pomagała, dla każdego miała dobre słowo.

– Nic więcej nie wiem – szepnęła Natalia, rozkładając ręce w geście bezradności. – Nauczycielka poinformowała mnie, że postara się, żeby Izę usunięto ze szkoły. Z zaśmieconymi papierami nie przyjmą jej do dobrego liceum i…

– Spokojnie! – przerwał zdecydowanym głosem Marcin. Rozpacz żony mobilizowała go do racjonalnego myślenia. Jeden błąd córki nie oznaczał przecież tragedii. Natalia podeszła do sprawy zbyt emocjonalnie. – Jeszcze nic się nie stało. Chodź, siadaj tutaj, bo zaraz zemdlejesz. – Wziął żonę za rękę i ulokował na krześle. Sam usiał obok. – Dobrze wiesz, że nie tak łatwo kogoś skreślić z listy uczniów. Pieniądze Iza jutro odda, ładnie przeprosi i najwyżej obniżą jej ocenę ze sprawowania. Trudno. Jakoś to przeżyjemy.

– Ona wydała te pieniądze – szepnęła Natalia, wpatrując się w swoje dłonie i szukając nieistniejącego brudu pod paznokciami. – Nie wiem na co. Nie chciała mi powiedzieć.

– Pożyczymy jej. Odda, jak zapracuje. Załatwisz jej na ferie i wakacje zastępstwo w Słodkim Przystanku. Tam zawsze brakuje rąk do pracy.

– To ciężki kawałek chleba.

– Dla ciebie nie był za ciężki.

– Ja byłam starsza, kiedy tam pracowałam.

Marcin zacisnął palce na dłoni żony.

– Poradzi sobie. Nie możemy trzymać dziecka pod kloszem, niech pozna smak dorosłości.

– Wolałabym dać jej te pieniądze.

– Też bym wolał, ale Iza nas o nie nie poprosiła. Niech więc teraz idzie do pracy i zobaczy, że forsa nie rośnie na drzewach.

– Marcin, dlaczego ona to zrobiła? – Natalia spojrzała mężowi w oczy, mając nadzieję, że odpowie na pytanie, które najbardziej ją męczyło. – Martwię się…

– Ja też – wyznał. – Musiało się wydarzyć coś złego.

– A może ja po prostu nie jestem dobrą matką? – wybuchnęła nagle Natalia, a po jej policzkach popłynęły łzy. – Nie potrafiłam jej wychować! Zobacz, do czego doszło!

– Przesadzasz, kochanie. Zresztą wychowywaliśmy ją razem, więc oboje ponosimy odpowiedzialność.

– Jakoś mnie to nie pociesza – mruknęła, wzruszając ramionami.

– Narozrabiała, ale jeszcze wyprowadzimy ją na dobrego człowieka – tłumaczył spokojnie Marcin. Starał się zachować zimną krew, co nie znaczy, że nie był zdenerwowany. Drżały mu ręce i piekły policzki, zupełnie jakby sam narozrabiał. – No, przecież my też nie byliśmy święci. Zobaczysz, wszystko się ułoży. Zamiast płakać, zastanówmy się lepiej, co teraz zrobić. Musimy się dowiedzieć, na co Iza wydała tę kasę.

– Ciekawe, jak chcesz to z niej wyciągnąć?

Marcin wstał, podszedł do kredensu i otworzył szafkę. Długo czegoś szukał, w końcu z trzaskiem zamknął drzwiczki i odwrócił się do żony. W dłoniach trzymał pudełko z melisą.

– Jakoś trzeba – rzekł, stawiając na stole dwie szklanki i umieszczając w każdej po torebce z ziołami. – Ona może potrzebować pomocy. Musiała się w coś wplątać.

– Wiem, wiem… – Natalia nalała wody do czajnika. Spokój męża działał na nią kojąco. – To mnie najbardziej martwi.

– Musimy się dowiedzieć, dlaczego ukradła.

– Od kogo? Chcesz o tym rozmawiać z jej koleżankami? Bo Iza nic nie powie, znam ten jej upór.

– Złamiemy go.

– Jak?

Marcin usiadł i zamyślił się. Westchnął ciężko, pocierając dłonią czoło.

– Nie wiem – szepnął bezradnie. – Pójdę do niej i spróbuję się czegoś dowiedzieć.

Wstał i opuścił kuchnię. Nie potrafił siedzieć bezczynnie; musiał coś zrobić, jakoś rozwiązać problem. Zapukał do pokoju córki i wszedł, nie czekając na odpowiedź. Dziewczyna siedziała na podłodze, patrząc bezmyślnie na ścianę. Była smutna, dziwnie obca.

– Cześć, Iza – powiedział. Ulokował się na dywanie, naprzeciwko córki, i spróbował spojrzeć jej w oczy.

– Cześć, tato – odpowiedziała cichutko. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.

Marcin westchnął. Nie wiedział, jak zacząć rozmowę, żeby Izy nie spłoszyć, a skłonić do odpowiedzi na pytania. Sięgnął po leżącą na dywanie książkę. Miał nadzieję, że tytuł podsunie mu jakiś pomysł. Nie tym razem. Zbiór zadań z matematyki był zdecydowanie antynatchnieniowy. Skrzywił się, odłożył podręcznik i uniósł głowę. Siedziała przed nim ukochana córka, jedyna, wymarzona, a on miał wydrzeć z jej serca tajemnicę. Wiedział, że nie będzie to łatwe. Znał siłę uporu Izy. Musiał jednak poznać prawdę – dla jej dobra.

– Co tak siedzisz? – zapytał w końcu, żeby przerwać milczenie.

– Nie mam nic innego do roboty – odparła. – A właściwie mam, tylko jakoś nie potrafię się skupić.

– Dlaczego?

– Tato, wiesz przecież, nie udawaj. Mama ci powiedziała.

– Wiem, ale wolałbym usłyszeć to od ciebie.

– Ukradłam pieniądze z ubezpieczenia. – Iza była opanowana. Nie histeryzowała, nie próbowała się tłumaczyć, nawet nie przepraszała. Najwyraźniej postanowiła dzielnie ponieść konsekwencje swojego czynu. Marcin chciał jednak poznać motywy jej postępowania; przecież dziewczyna mogła potrzebować rady albo pomocy.

– Po co? – zapytał.

– Były mi potrzebne.

– Mogłaś poprosić. Dalibyśmy ci.

– Wiem.

– Dlaczego tego nie zrobiłaś?

– Tato, widzę przecież, że u nas z kasą ciężko i…

– Nie aż tak ciężko, żeby nasza córka musiała kraść! – oburzył się. – Oboje z mamą pracujemy, mamy oszczędności i nigdy niczego ci nie odmawialiśmy. U nas w domu nie ma biedy, Iza. Niektórzy mają gorzej. Inne dzieci chodzą głodne, uczą się z pożyczonych książek, a ubrania kupują w sklepach z tanią odzieżą. Mimo wszystko nie kradną. Twoje kieszonkowe jest małe nie dlatego, że nas nie stać, ale dlatego żebyś nie szafowała kasą. Zawsze możesz poprosić, jeśli na coś potrzebujesz. Wiesz to, prawda?

Iza milczała, znowu bacznie obserwując swoje paznokcie. Marcin postanowił spróbować inaczej.

– Ile było tych pieniędzy? – zapytał rzeczowo.

– Pięćset złotych.

– I uważasz, że twoi rodzice nie dysponują taką kwotą? Ładne masz o nas zdanie, nie ma co! Co zrobiłaś z pieniędzmi?

– Wydałam.

– Na co?

– Nie powiem.

Marcin zgrzytnął zębami. Upór córki zaczynał wyprowadzać go z równowagi.

– Iza, nie denerwuj mnie, proszę, bo to się źle skończy – ostrzegł, licząc, że uda mu się dziewczynę przestraszyć. – W tej chwili mi powiedz, co zrobiłaś z pieniędzmi!

– Nie, tato, nic nie powiem – odparła stanowczo, unosząc głowę. Była blada, ale nadal spokojna. Najwidoczniej odpowiednio przygotowała się do tej rozmowy. – I już mnie więcej nie pytaj, bo sprzedam ci jakieś zgrabne kłamstewko. Nie wiem tylko, czy tego właśnie chcesz. Uczyłeś mnie, że kłamać nie wolno.

– Uczyłem cię też, że nie wolno kraść.

– Przepraszam.

– To za mało.

– Wiem, jestem gotowa ponieść konsekwencje tego, co zrobiłam.

Marcin zacisnął zęby. Nie wiedział, jak rozmawiać z Izą. Była jakaś obca i niedostępna. Jak nigdy. Trzeba więc złamać jej upór w inny sposób.

– Pieniądze musisz oddać. Pożyczymy ci te pięćset złotych. Zwrócisz, jak zapracujesz. Mama załatwi ci na ferie pracę w Słodkim Przystanku.

– Dobrze, tato – zgodziła się.

– Musisz jednak wiedzieć, że tylko banki udzielają pożyczek, nie pytając o cel. Jeśli mi nie powiesz, co zrobiłaś ze skradzionymi pieniędzmi, będę ci naliczał odsetki. Czas dorosnąć, córeczko.

– Zwrócę wszystko z odsetkami. Zwrócę dwa razy tyle, tylko już mnie o nic nie pytajcie.

– Skoro sama tego chcesz, proszę bardzo. Tylko żebyś później nie płakała.

– Nie będę.

Marcinowi zabrakło pomysłów, jak zmusić córkę do wyznania prawdy. Uparła się, że zachowa powody kradzieży w tajemnicy, a on nie chciał zmuszać jej do kłamstwa. Nie tędy droga. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.

– Za karę nie pojedziesz z koleżankami na koncert, chociaż już się zgodziliśmy – powiedział. – Właściwie możesz zapomnieć o jakichkolwiek wyjściach, wycieczkach i wyjazdach do końca wakacji.

– A co zrobicie ze mną po wakacjach? – zapytała cichutko Iza. – Gdzie mnie wyślecie?

– Wyślemy? Nie rozumiem?

– Bo ze szkoły na pewno wylecę, a mama mnie już nie chce i…

– Moja panno! – Marcin niemal zakipiał z oburzenia. – Teraz to już przesadziłaś! Jesteś nie tylko złodziejką, ale też niewdzięcznicą. Jak można nie chcieć własnego dziecka?! Czy kiedykolwiek daliśmy ci powody, żebyś tak mówiła? A może to ty nas już nie chcesz, skoro wyrzekłaś się zasad, których uczyliśmy cię od małego?

– Mama patrzyła dziś tak, jakby się mną brzydziła – szepnęła. – Nigdy mi nie wybaczy…

– Twoja mama dałaby się za ciebie żywcem pokroić. Całą winę za to, co zrobiłaś, wzięła na siebie. Powiedziała, że ukradłaś, bo ona źle cię wychowała. Ty jednak nie potrafisz uszanować tej miłości! Jesteś zepsuta do szpiku kości!

Dziewczyna zbladła jeszcze bardziej, zadrżała, z jej piersi wydarł się głośny szloch, a po policzkach niemal ciurkiem popłynęły łzy, które od dłuższego czasu skrywała pod powiekami. Marcin jeszcze nigdy nie widział, żeby jego córka tak strasznie płakała. Zrozumiał, że przesadził. Może Iza postąpiła paskudnie, ale na pewno nie zasłużyła na słowa tak okrutne. Była przecież jego dzieckiem, jego skarbem. Kochał ją i nie chciał krzywdzić. A już na pewno nie chciał, żeby płakała. Widok kobiecych łez zawsze wprawiał go w zakłopotanie.

Pogłaskał córkę po głowie, nie mogąc znaleźć kojących słów. Zadziwiające, jak łatwo jest zranić, a jak trudno pocieszyć. Iza nawet teraz, kiedy ojciec potraktował ją bezwzględnie, szukała u niego wsparcia. Oparła głowę na jego piersi i płakała. Płakała…

– Cicho, dziecko – szepnął. – No, już, przepraszam. Nie trzeba tak płakać. Ja chcę tylko, żebyś mi powiedziała, dlaczego ukradłaś. Martwimy się o ciebie. Czy ty masz jakieś problemy?

– Nie, tato – powiedziała po dłuższej chwili. – Wszystko jest już w porządku. Tylko mnie nie pytaj, dlaczego ukradłam. Nie mogę powiedzieć.

***

Natalia wysączyła ostatnią kroplę melisy i odstawiła szklankę do zlewu. Niechętnie spojrzała na mokre ślady, szpecące podłogę; zbrakło jej jednak motywacji, aby pójść do łazienki po mop. Wytarła nos i spojrzała na zegarek. Niepokoiła się. Długo trwała rozmowa Marcina z córką – już ponad dwie godziny. Iza płakała. Jakiś czas temu z pokoju dobiegł przejmujący krzyk. Co się tam działo?

W końcu!

Marcin wszedł do kuchni, bez słowa usiadł przy stole i uniósł do ust szklankę z zimnym już naparem ziołowym. Był spokojny, na upartego można by nawet powiedzieć, że był zadowolony.

– Płacze? – zapytała Natalia.

– Kiedy wychodziłem z jej pokoju, już nie płakała – odparł, kątem oka spoglądając na drzwi.

– Pójdę do niej.

– Najpierw sama się uspokój, bo wciąż jesteś roztrzęsiona.

– To nic, przecież…

– Ciii… – Marcin położył palec na ustach. W przedpokoju rozległ się tupot nóg, a chwilę później w drzwiach kuchni stanęła Iza. Była wyraźnie smutna, ale faktycznie nie płakała. Podbiegła do matki i przylgnęła gorącymi wargami do jej ręki.

– Przepraszam, mamusiu – powiedział drżącym głosem. – Obiecuję, że już nigdy więcej nie będziesz się za mnie wstydziła. Wszystko zwrócę, wszystko naprawię, zobaczysz. Od dzisiaj będę najlepszą córką na świecie.

– Już dobrze, dziecko – powiedziała, czule głaszcząc dziewczynę po głowie. – Chodź tutaj, spokojnie.

Iza oplotła ramionami szyję matki i przytuliła twarz do jej policzka.

– Nie jestem zepsuta – szepnęła.

– Oczywiście, że nie jesteś – odparła stanowczo Natalia, zanurzając palce we włosach dziewczyny. – Jesteś moja Izunia. Kocham cię bardzo, wiesz? Ty jesteś dobre dziecko, tylko się troszkę pogubiłaś.

– Jesteś najlepszą mamą na świecie.

Długo się tak jeszcze przytulały i pocieszały. Marcin siedział z boku i patrzył na swoje dwie kobietki, na swoje dwa szczęścia. Oj, smutne byłoby jego życie bez nich! Kochał je. Tak najzwyczajniej w świecie. I było mu z nimi dobrze.

– Pójdę już – powiedziała Iza, kiedy nacieszyła się bliskością matki. – Muszę jutro wcześnie wstać.

– Idź, córeczko – szepnęła Natalia. – Później sprawdzę, jak się czujesz.

– Dobranoc.

Iza pocałowała głaszczącą ją po policzku rękę matki. Pochyliła się też do dłoni ojca, ale on zgrabnie uniknął cmoknięcia. Objął głowę córki i przytulił na chwilę do piersi. Nie będzie go prawie dorosła panna po rękach całowała! Najważniejsze, że zrozumiała swój błąd. Żadne inne oznaki skruchy nie były mu potrzebne.

– Dobranoc, Izuś – powiedział. – Śpij dobrze.

Dziewczyna przesłała rodzicom jeden ze swoich najsłodszych uśmiechów i opuściła kuchnię.

– Coś ty jej zrobił? – zapytała Natalia, gdy usłyszała trzask zamykanych drzwi.

– Nic – odpowiedział Marcin, wzruszając ramionami.

– Ładne mi nic! – Jej oczy błyszczały wyrzutem. – Musiałeś być bardzo surowy. Iza w życiu tak nie płakała. I nigdy mnie po rękach nie całowała.

– No już, nie denerwuj się. – Podszedł do żony i dotknął ustami jej czoła. – Ona ma straszne wyrzuty sumienia. Na pewno nie ukradła dla przyjemności. Musiała mieć jakiś bardzo ważny powód, albo ktoś ją do tego namówił.

– Kto?

– Nie wiem.

– Boże – jęknęła Natalia, wtulając się w ramiona męża.

– Spokojnie. Jeszcze nic się nie stało, ale musimy być czujni.

2.

Ilekroć człowiek czyni coś kompletnie głupiego,

to zawsze z najszlachetniejszych pobudek.

(Oskar Wilde)

Centralnym miejscem w mieszkaniu Klimków była dość duża, jasna kuchnia. Lubili ją i domownicy, i goście. Pełniła nie tylko funkcję miejsca, w którym przygotowywano posiłki, ale również salonu czy też pokoju stołowego. Tu zawsze pachniało świeżo upieczonym ciastem, obiadem albo kawą. Na lodówce stało radio, z którego wydobywała się cichutka muzyka lub głos spikera, prezentującego najświeższe wiadomości. Czajnik szumiał wesoło, obwieszczając, że wypadałoby napić się herbaty, a stary, brązowy zegar swoim nieustającym „cyk, cyk” przypominał o upływie czasu. Ściany w miodowym kolorze, jasnoszara podłoga i kakaowy dywanik pod stołem nadawały wnętrzu miły, ciepły charakter. Naprzeciwko wejścia znajdowało się okno osłonięte białą firanką z zielonymi falbankami. Na parapecie ulokowano brązowe doniczki z kwiatami. Najokazalszym z nich był wysoki oleander. Pod oknem stał zwykły, drewniany stół z szufladą. Niczym nieprzykryty, żeby zawsze można go było wytrzeć do czysta. Na pomalowanym lakierem blacie ułożono cztery bambusowe podkładki. Przy stole ustawiono wygodne, drewniane krzesła z wyciętymi na oparciach serduszkami. Po prawej stronie okna znajdowała się lodówka. Przyklejono do niej kilka pluszowych misiów, z magnesami w brzuszkach i łapkach, pochodzących z promocyjnych opakowań herbaty. Misie-magnesy przytrzymywały karteczki, które zostawiali sobie domownicy. Przyjemnie było rano przeczytać kilka słów, napisanych ręką bliskiej osoby. To umilało samotne śniadanie i napełniało optymizmem na cały dzień. Po lewej stronie okna pysznił się stary kredens, pomalowany brązową farbą olejną. Marcin już nieraz proponował Natalii, żeby wymienić go na bardziej nowoczesne szafki. Ona jednak żywo protestowała.

– Bez tego starego kredensu to nie byłaby już nasza kuchnia – mawiała. – Pamiętasz, jak sami go odnawialiśmy? Żadnych szafek nie chcę.

I kredens pozostawał na swoim miejscu.

Naprzeciwko okna, po prawej stronie drzwi, znajdowała się kuchenka gazowa, obok zlewozmywak, nad nim suszarka, a nieco z boku drewniana półeczka, na której ustawiono różnobarwne kubki. Granatowy z szarym misiem należał do Natalii. Przywiozła go z domu rodzinnego; miał wyszczerbiony uchwyt i nieco obtłuczoną emalię, wciąż jednak niezawodnie pełnił swoją funkcję. Nie chciała go więc wymieniać na nowy. Kubek brązowy z białym kwiatowym wzorem był własnością Izy. Dostała go od babci na drugie urodziny w zamian za butelkę ze smoczkiem. Stanowił dla dziewczyny widoczny znak wyjścia z okresu niemowlęcego. Mawiała, że nawet zioła lepiej smakują w „jej ulubionej szklaneczce”. Duży kubek w kształcie filiżanki, bordowy na wierzchu, a zielony w środku, należał do Marcina. Dostał go od żony na mikołajki.

Właśnie w tej kuchni Natalia i Marcin siedzieli pewnego sobotniego popołudnia, pili herbatę, trzymali się za ręce i czytali, każde swoją książkę.

Nagle przyjemną ciszę przerwał ostry dźwięk dzwonka z przedpokoju. Marcin wykrzywiwszy z niezadowoleniem usta, westchnął i poszedł otworzyć. Po chwili wrócił do kuchni w towarzystwie ciotki Eli oraz jej córki Dominiki, zwanej przez rodzinę i przyjaciół Misią.

Ela była siostrą ojca Natalii, osobą zwykle pogodną; dziś jednak miała zmarszczone czoło i wyglądała na zagniewaną.

– Jest Iza? – zapytała, sadowiąc się na jednym z krzeseł.

– Poszła na trening tańca – odparł Marcin. Nalał wody do czajnika, spodziewając się, że goście zapewne zechcą wypić herbatę.

– Będziemy więc musieli wyjaśnić sprawę bez niej – rzekła ciocia i spojrzała wymownie na córkę. – Dominika ma wam coś ważnego do powiedzenia.

Natalia obdarzyła Elę spojrzeniem pełnym zdziwienia i niepokoju. Nigdy nie widziała jej tak zdenerwowanej. Żeby zająć czymś ręce, zebrała ze stołu książki, po czym zerknęła na Misię – osiemnastolatkę o dużych, zielonych oczach i długich, czarnych, kręconych włosach. Z jej twarzy, zawsze ozdobionej idealnym makijażem, prawie nigdy nie znikał ironiczny uśmieszek. Demonstrowała w ten sposób dystans do świata. Rzadko okazywała jakiekolwiek uczucia. Kiedy złamała rękę na ślizgawce, nie uroniła ani jednej łzy. Wróciła do domu i pokazała matce spuchnięty nadgarstek. Nie płakała i stanowczo odepchnęła wyciągnięte w geście współczucia ramiona. Oczekiwała pomocy, a nie pocieszenia. Zawsze z obojętną miną przechodziła obok żebrzących na ulicy dzieci. Mawiała, że uczynki miłosierdzia nie leżą w jej naturze. Dziś jednak wydawała się zdenerwowana i jakby przestraszona. Zaraz po wejściu do kuchni spojrzała na Natalię, swoją ukochaną ciotkę, i szybko opuściła głowę. Mama Izy znała Dominikę doskonale. Wiedziała, że takie zachowanie do niej nie pasuje; musiało się zatem wydarzyć coś, co bardzo dziewczynę poruszyło.

– Co się znowu stało? – zapytała, dotykając zimnej dłoni Misi. – Mam nadzieję, że nic złego. Chyba jakiś pechowy ten tydzień. Ciągle coś się dzieje. O co chodzi?

– O pieniądze, które Iza wzięła ze szkoły – powiedziała Dominika łamiącym się głosem. – Poprosiłam ją o to.

– Poprosiłaś? – zdziwił się Marcin. Wyjął z kredensu puszkę z herbatą, ale zapomniał o umieszczeniu torebek w szklankach. – Dlaczego?

– Chciałam sobie kupić… kilka rzeczy. Izę okłamałam, że zgubiłam kasę na kurs maturalny, a nie mogę o tym powiedzieć w domu, bo tata się zdenerwuje. Ona… nie chciała mi pomóc. Zgodziła się tylko dlatego, że tata ma chore serce. Obiecałam, że wszystko oddam tak szybko, jak to będzie możliwe, ale… nie zdążyłam. – Opuściła głowę pod wpływem świdrujących spojrzeń. – Nie miałam skąd wziąć. Szczerze mówiąc, nawet się nie starałam. Myślałam, że Iza poradzi sobie sama.

Po wyznaniu Dominiki w kuchni zapadła cisza. Nikt się nawet nie poruszył. Tylko zegar, potępiającym tykaniem, na swój sposób komentował zachowanie dziewczyny, a woda w czajniku szumiała, informując, że należy przygotować szklanki.

– Jak niby Iza miała sobie poradzić? – zapytał po dłuższej chwili Marcin.

Dominika zmieszała się, jeszcze niżej opuściła głowę.

– No, nie wiem – szepnęła. – Mogła pożyczyć…

– Pożyczyć?! – Pełen wzburzenia rzucił na stół trzymaną w dłoni puszkę, nie zważając, że okrągłe torebki herbaty wysypały się na podłogę, i zacisnął palce na oparciu stojącego najbliżej krzesła. – Od kogo? I jak, twoim zdaniem, miałaby spłacić dług? Skoro to takie proste, dlaczego sama nie pożyczyłaś, tylko namówiłaś Izę do kradzieży?

Dominika milczała, oglądając okruszki na dywanie. Głos Marcina wibrował w uszach, przywołując na twarz rumieniec wstydu i prowokując łzy wściekłości. Zacisnęła pięści, żeby się nie rozpłakać. Najchętniej uciekłaby z mieszkania Klimków, ale wiedziała, że matka na to nie pozwoli. Pragnęła zapaść się pod ziemię by uniknąć wyczekujących, oskarżycielskich spojrzeń. Podłoga nie chciała się jednak miłosiernie rozstąpić.

– A dlaczego mówisz nam o tym dopiero teraz? – przerwała milczenie Natalia. – Gdybyś zrobiła to wcześniej, Iza uniknęłaby problemów w szkole.

– Wstydziłam się, ciociu – szepnęła Dominika, wciąż patrząc w podłogę. – Teraz też się wstydzę. Iza zadzwoniła do mnie wczoraj. Strasznie płakała. Powiedziała, że wujek uważa ją za niewdzięcznicę, a ciocia płacze. Nakrzyczała na mnie, że jestem podła. Miała rację. To wszystko moja wina. Ja… przepraszam. Iza nie może ponosić konsekwencji mojej głupoty.

Podniosła głowę i spojrzała Marcinowi w oczy. Była bardzo blada. Złożywszy ręce w błagalnym geście, czekała. Wiedziała, że jeśli ktoś ją teraz potępi, to właśnie on. Matka zdążyła już nieco ochłonąć, ciocia zaś w ogóle nie zwykła reagować impulsywnie.

Nikt nigdy nie widział Misi tak skruszonej. Jej pokora oraz szczerość wyznania zmiękczyły serce Marcina.

– Uspokój się, dziecko – powiedział nieco łagodniejszym głosem. – Izie nie stanie się żadna krzywda.

– Siadaj, Misiu. – Natalia wskazała krzesło obok siebie. – Najważniejsze, że w końcu powiedziałaś prawdę.

Dominika zagryzła wargi i zajęła miejsce przy stole. Nikt się nie zorientował, że kłamała, bo sztukę naginania rzeczywistości do własnych potrzeb opanowała do perfekcji. Nie mogła przecież wyznać, że poszła kiedyś z kumpelą na imprezę, na której alkohol lał się strumieniami. Po kilku godzinach towarzystwo postanowiło lepiej się zabawić, a że Miśka była w miarę trzeźwa, właśnie ją wysłali do dilera, żeby załatwiła kilka skrętów na ładne oczy, bo pieniędzy już nie mieli. Nie zaprotestowała, chciała wkupić się w ich łaski. Ciekawiło ją też, jak będzie się czuła po marihuanie. Diler nie stwarzał problemów, zapewnił, że na kasę zaczeka i że to nie problem. Wyglądał na sympatycznego, więc mu zaufała. Kilka dni później pojawił się pod szkołą i zażądał tysiąca złotych, tłumacząc, że za każdy dzień należą się odsetki. I tak ze stówki zrobił się tysiak. Kumpela, z którą Dominika była na imprezie, powiedziała, że ona zioła nie paliła. Znalezienie pozostałych imprezowiczów graniczyło z cudem, a diler przestał być miły. Ostrzegł, że jeśli nie dostanie kasy w ciągu tygodnia, zapomni o dobrych manierach.

Misia została z problemem zupełnie sama. Przerażona, poprosiła kuzynkę o pomoc; sama nie dysponowała taką kwotą. Powiedziała, iż nie może poinformować o całej sprawie rodziców, bo choremu na serce ojcu nie wolno się denerwować, a historia z narkotykami na pewno źle wpłynęłaby na stan jego zdrowia. Obiecała zwrócić pieniądze jak najszybciej. Niestety, nie miała skąd ich wziąć. Kilka razy próbowała podebrać ojcu kartę do bankomatu i… ostatecznie zawsze odkładała ją na miejsce. Nie była złodziejką. Mogła kłamać, ale przecież nie będzie okradała własnych rodziców!

Kuzynce kazała udawać, że wciąż zapomina zabrać z domu pieniędzy wpłaconych przez kolegów, a sama próbowała skombinować kasę. Możliwości nie miała jednak wielu. Nie pracowała. Kieszonkowe wydawała na ciuchy, kosmetyki i książki. A wychowawczyni w końcu przycisnęła Izę i sprawa się wydała. Córka Natalii zwyczajnie nie umiała kłamać. Grzeczna córeczka i uczciwa panienka! Jakże lamentowała, gdy o kradzieży dowiedzieli się jej rodzice! Na szczęście była na tyle lojalna, żeby przemilczeć, dlaczego przywłaszczyła sobie składki.

Dominika musiała wyznać, że namówiła kuzynkę do kradzieży. Tyle była jej winna. Nie miała jednak zamiaru informować rodziny o marihuanie. Dopiero wybuchłaby awantura! Wymyśliła i wcisnęła matce zgrabne kłamstewko; później wystarczyło powtórzyć je Natalii oraz Marcinowi. Uwierzyli. I dobrze.

– Ciociu – szepnęła, wciąż patrząc w podłogę. – Przykro mi, przepraszam.

Naprawdę było jej przykro, że oszukała ukochaną ciotkę, która brzydziła się kłamstwem. Nie miała jednak innego wyjścia.

– Wyjaśnij mi jeszcze, dlaczego Iza nie powiedziała nam, że potrzebujesz pieniędzy? – poprosiła Natalia, bo cała historia nagle wydała jej się naciągana. Iza doskonale wiedziała, że może wtajemniczyć rodziców w każdy swój problem, a oni jej pomogą. – My, jak na razie, serca mamy zdrowe.

– Nie wiem, pewnie nie chciała mnie wydać – skłamała gładko Dominika. Nie zamierzała się przyznać, że wymusiła na kuzynce obietnicę milczenia, nazywając ją tchórzem i posłuszną córeczką, która boi się sprzeciwić woli rodziców. – Proszę, tu są wszystkie pieniądze. – Położyła na stole wyjętą z torebki kopertę. Chciała odwrócić uwagę rodziny od zmyślonej historyjki, uniknąć dodatkowych pytań. Udało jej się. Marcin sięgnął po biały pakiecik i przeliczył plik banknotów.

– To za dużo – stwierdził. – Iza wzięła ze szkoły pięćset złotych, a tutaj jest tysiąc.

– Tyle dostałam od Izy – upierała się Dominika.

– Skąd ona wzięła te drugie pięćset złotych? – zapytała drżącym głosem Natalia.

– Nie wiem, ciociu.

– Natalko, dobrze się czujesz? – zatroszczyła się milcząca dotąd Ela. – Jesteś bardzo blada i…

– Tak, wszystko w porządku – odpowiedziała szybko, chwytając duży łyk powietrza.

Dominika spojrzała ciotce w oczy. Zobaczyła w nich przykryty łzami niepokój. Wstała, przewracając krzesło, i wybiegła z mieszkania. Szybkim krokiem zeszła po schodach, mocno pchnęła drzwi, opuściła blok. Jesienny chłód miło studził gorące policzki.

W sobotnie październikowe popołudnia ulice Warszawy są przeważnie puste. Nikt więc nie widział łez, które spływały po twarzy dziewczyny. Dominika płakała rzadko. Prawie nigdy odkąd przestała być dzieckiem. Owszem, zdarzały jej się chwile słabości. Szlochała wtedy do poduszki w ciemnym, zamkniętym na klucz pokoju. Nikt nie oglądał tych wybuchów żalu. Nikt nie słyszał skarg. Czasem tylko mama następnego dnia dostrzegała zapuchnięte oczy.

Misia uważała, że płacz jest oznaką słabości i nadmiernej uczuciowości. Gardziła ludźmi, którzy przy świadkach pozwalali sobie na łzy. Za wrażliwość, delikatność oraz za umiejętność współczucia kochała i szanowała tylko jedną osobę – Natalię. Chyba właśnie dlatego dzisiaj nie potrafiła spokojnie oglądać jej cierpienia, tym bardziej że sama była jego przyczyną.

***

Iza wróciła do domu po dziewiętnastej, nucąc pod nosem. Taniec zawsze wprawiał ją w wyśmienity humor. Raźno wbiegła do kuchni i nastawiła wodę na herbatę.

– Jestem głodna jak wilk – poinformowała siedzącego przy stole Marcina. Umyła ręce nad kuchennym zlewem, bo na pójście do łazienki zwyczajnie nie miała czasu. – Zrobię sobie omlet z dżemem. Zjesz ze mną, tato?

– Dziękuję, jakoś nie mam nastroju na jedzenie – odpowiedział, siląc się na spokój.

Iza wyczuła w zachowaniu ojca coś nienaturalnego.

– A co się stało? – zapytała, nie kryjąc zdumienia. – Zawsze lubiłeś moje omlety.

– Była u nas ciocia Ela z Dominiką. – Marcin złożył czytaną przed chwilą gazetę i spojrzał na córkę. – W końcu się dowiedzieliśmy, co zrobiłaś z pieniędzmi ze składek.

– To chyba dobrze, prawda? – Wytarła ręce i wyciągnęła z szafki patelnię. – Przynajmniej wiecie, że nie wzięłam ich dla siebie…

Ojciec podszedł do Izy i wyjął z jej dłoni butelkę oleju. Drażniła go lekkość, z jaką dziewczyna podchodziła do całej sprawy. Na jego twarzy malował się gniew. Mimo najszczerszych chęci nie potrafił go ukryć.

– Pożyczyłaś Dominice tysiąc złotych – powiedział surowo. – Skąd wzięłaś pięćset?

– Nie ukradłam przecież – mruknęła, wzruszając ramionami.

– Teraz już nie jestem tego taki pewien. – W głosie Marcina zabrzmiała gorzka nuta żalu.

Dziewczyna zagryzła wargi. Na jej policzki napłynął rumieniec wstydu. Jasne! Ukradła. Zawiodła zaufanie rodziców. Już zawsze będzie podejrzewana o najgorsze. Spojrzała ojcu w oczy. Nie bała się. Tym razem sumienie miała czyste.

– To były moje oszczędności – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Miałam nadzieję, że pojadę w lecie do Zakopanego.

Marcin otworzył usta ze zdumienia, po czym szybko zamrugał oczami, jakby sprawdzał, czy na pewno nie śpi. Nie znał planów córki. I nie przypuszczał, że udało jej się cokolwiek odłożyć ze skromnego kieszonkowego.

– O… aha… – bąknął. – Nie wiedziałem, nie wspominałaś o tym. Przepraszam…

– Oj, nie szkodzi, tato! – Machnęła lekceważąco ręką. – Ukradłam, więc już na zawsze pozostanę złodziejką, prawda? Jestem pusta i zła. Dziwię się, że jeszcze nie oddaliście mnie do poprawczaka.