Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kobiecość to nie wiek, waga ani status społeczny. To siła, która w nas drzemie.
Antonina, charyzmatyczna restauratorka i matka dwójki nastolatków, coraz częściej czuje, że to, co ma, przestaje jej wystarczać. Hanka, twarda bizneswoman po sześćdziesiątce, kontroluje wszystko i wszystkich, ale zastanawia się, co by się stało, gdyby w końcu odpuściła. Paulina, żołnierka z pozoru stroniąca od skandali, nie wie, czemu od lat wikła się w relacje, które ranią ją bardziej, niż by chciała przyznać. A Klara, czterdziestolatka i świeżo upieczona mama, nie rozumie, dlaczego po urodzeniu dziecka świat jakby przestał ją dostrzegać.
Te cztery kobiety spotykają się na Bali. Nie w katalogowym raju, ale w miejscu, gdzie łatwiej zdjąć maski, tańczyć burleskę, pić wino z butelki i mówić głośno o tym, co boli. Egzotyczna wyprawa stanie się dla każdej z nich swoistym oczyszczeniem i rytuałem przejścia. A to, co zabiorą ze sobą do domów, ukształtuje je na zawsze jako kobiety…
„Sok z kobiety” to sensualna opowieść, która smakuje jak zakazane pragnienie – historia o bliskości, siostrzeństwie, odwadze, i o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć naprawdę żyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 246
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla moich ukochanych synów, Fabio i Mauro.
Z najgłębszych pokładów serca dedykuję Wam tę książkę.
Dziękuję, że pokazaliście mi, czym jest bezkres miłości – miłości, która nie zna granic, nie oczekuje niczego w zamian i daje siłę, by iść przez życie z odwagą i czułością.
KochamMama
[…] Bo kobiety, które się śmieją razem, goją się szybciej.
Burleska tego wieczoru nie była tylko zabawą. Wyciągnęła z nich coś więcej niż śmiech i pot z tańca. Wycisnęła z nich esencję kobiecości.
To był sok z kobiety – gęsty, odważny, słodki i ostry jednocześnie. Z domieszką siły, wolności i bezwstydnego piękna.
– Jeśli kiedyś ktoś mnie zapyta, po co nam było to wszystko – szepnęła Antonina, patrząc w sufit – odpowiem, że po to, żeby poczuć ten smak.
– Smak czego? – zapytała sennie Hanka.
– Smak życia. Smak siebie. Smak, który zostaje na ustach jak… sok z kobiety.
Zamknęły oczy. I zasnęły. Zanurzone w tym smaku. Bez lęku. Bez cenzury. Wreszcie – wolne.
Antonina siedziała na podłodze swojego salonu, wpatrując się w pustą walizkę. Duża, czarna, połyskująca w sztucznym świetle lampy. Tak pusta jak ona.
Na podłodze walały się resztki wczorajszych decyzji – niedopita lampka wina, książka o odnajdywaniu siebie po czterdziestce, jeden komplet koronkowej bielizny, której dawno nie wkładała dla nikogo, a już na pewno nie dla siebie.
W głowie szumiało jej jak po złym wieczorze: „Jesteś skończona”.
Głos matki. Głos byłego. Głos tego pieprzonego społeczeństwa, które wie lepiej, kiedy kobieta powinna być wdzięczna, że jeszcze oddycha.
Wstała. Wciągnęła powietrze i poczuła stęchły zapach własnych wątpliwości.
Pierwsze, co wrzuciła do walizki, to szpilki. Czerwone. Tak wysokie, że nie dało się w nich chodzić. Ale mogła w nich stać. Dumnie. Potem wrzuciła bieliznę. Czarną koronkę. Na przekór wszystkiemu. Potem książkę. A na końcu… butelkę ginu.
Lot na Bali. Bez planu powrotu. Bez wyjaśnień. Bez prośby o zgodę.
– Co robisz? – zapytał syn, wchodząc do salonu i przecierając zaspane oczy.
Antonina uśmiechnęła się, czując, jak w niej coś trzaska i pęka – jak stare listewki przypodłogowe, które w końcu puszczają.
– Uczę się oddychać na nowo, skarbie.
Syn wzruszył ramionami i wrócił do siebie. Tak właśnie powinno być.
Bez dramatu. Bez przeprosin.
-
W lotniskowej taksówce Antonina patrzyła na rozmazane światła Warszawy. Tego miasta, które od lat przytulało jej zmęczenie, frustrację i zamrożone marzenia.
– Bali… – wyszeptała sama do siebie. – Albo się tam odrodzę, albo rozpadnę w proch. Ale po swojemu.
Kiedy samolot oderwał się od pasa startowego, Antonina zamknęła oczy. Przysięgła sobie jedno: nigdy więcej połowiczności. Ani w życiu. Ani w miłości. Ani w sobie.
Nie wiedziała jeszcze, że Bali nie tylko da jej nowe skrzydła. Bali da jej nowe biodra, nowe pragnienia i nową definicję określenia „bez wstydu”.
I że najbardziej niebezpieczną rzeczą, jaką zrobi na tej wyspie, nie będzie taniec nago pod gwiazdami…
…ale powiedzenie „tak” samej sobie.
Antonina miała wizję: kawa w ręku, nonszalancki uśmiech, bagaż w stylu „mam wszystko pod kontrolą” i ten błysk w oku – błysk kobiety, która wreszcie zrobiła coś tylko dla siebie.
Tymczasem siedziała na plastikowym krześle przy bramce C23, spocona, zirytowana i z lekkim bólem głowy po nieprzespanej nocy. Jej walizka – choć designerska i absurdalnie droga – wyglądała, jakby przeszła małą apokalipsę. W sercu kłębiło się więcej wątpliwości niż w całym Instagramie z cytatami o „odwadze i nowych początkach”.
„Co ja, do cholery, wyprawiam?” – pomyślała.
Wzrok Antoniny przesunął się po kobietach, które miały z nią lecieć na Bali.
Z jednej strony Hanka. Około sześćdziesiątki, szatynka, niska, szczupła, z ustami pomalowanymi na krwistą czerwień. Miała w sobie coś niepodważalnego – klasę i siłę kobiety, która przetrwała więcej, niż chciałaby opowiadać.
Z drugiej – Paulina. Szatynka z krótkimi włosami, chłopięcą sylwetką i spojrzeniem, które mogłoby przeszyć stal. Major w wojsku. Konkretna jak rozkaz.
I wtedy… jak grom z jasnego nieba…
Wpadła ona.
Ruda burza loków, błękitne oczy i energia godna huraganu kategorii piątej.
Klara.
– Dziewczyny! Powiedzcie mi, gdzie jest kaplica! Muszę się pomodlić przed lotem! – wrzasnęła, sapiąc jak po maratonie.
Antonina uniosła brew. Hanka westchnęła ciężko. Paulina tylko przewróciła oczami.
– Po lewej stronie, za bramkami – mruknęła Paulina bez podnoszenia głowy znad telefonu.
– Dzięki! – Klara zniknęła równie szybko, jak się pojawiła, zostawiając za sobą zapach perfum zmieszany z potem i chaosem.
Antonina przygryzła wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
„To miało być oświecenie, joga, medytacja, a zaczynamy od egzorcyzmów?” – pomyślała z przekąsem.
Usiadła głębiej w fotelu, przyciągając kolana pod brodę.
Zorganizowany wyjazd na Bali.
„Znajdź siebie na nowo. Zrelaksuj się. Odetnij stare schematy” – tak reklamowali ten wyjazd.
Brzmiało pięknie. Na Instagramie wyglądało bosko. W rzeczywistości? Miała właśnie spędzić dwa tygodnie z trzema kobietami, które znała ledwo z jednej rozmowy organizacyjnej na Zoomie.
Idealnie.
Boarding ogłoszono z opóźnieniem.
Antonina stanęła w kolejce obok Pauliny.
– To twój pierwszy raz na Bali? – zapytała pani major, głosem niskim i spokojnym.
– Tak. Czas na coś szalonego.
– Paulina. – Wyciągnęła dłoń. – Wojsko. Praca wśród mężczyzn, których bardziej interesują ich karabiny niż emocje.
Antonina parsknęła.
– Brzmi jak recepta na frustrację.
– Trafiam głównie na żonatych. Albo rozwodników, którzy myślą, że kobieta to kozetka.
– Znam ten model – odpowiedziała Antonina z krzywym uśmiechem. – Jestem Antonina. Restauratorka. Coachka. Samodzielna matka dwójki nastolatków. Rozwódka od dekady.
Paulina skinęła głową z uznaniem.
– Twarda sztuka.
Antonina zaśmiała się cicho.
Twarda? Być może. Ale w środku – zmęczona. Cholernie zmęczona udawaniem, że wszystko jest zawsze pod kontrolą.
W samolocie usiadły w jednym rzędzie.
Antonina przy oknie, Paulina na środku, Klara przy przejściu.
Hanka rzuciła torbę na tylny rząd i zniknęła w książce, ignorując wszystkich.
Gdy samolot oderwał się od pasa, przez kilka minut panowała cisza. Napięcie było niemal fizycznie wyczuwalne. I wtedy maszyna zaczęła drżeć. Turbulencje.
Klara złapała się fotela i wydarła na całe gardło:
– O KURWA!
Antonina i Paulina spojrzały na siebie szeroko otwartymi oczami. Sekundę później obie wybuchły niepohamowanym śmiechem.
– Modlitwa była! – wrzasnęła Klara, trzymając się za serce. – Ale może za słaba!
Antonina śmiała się do łez, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
– Klara! – sapnęła przez śmiech. – Ty? Ty to powiedziałaś?!
– A co, myślałaś, że jak noszę krzyżyk i chodzę na jogę, to nie znam polskiej łaciny? – fuknęła Klara, ale też parsknęła śmiechem.
– Nie, ale spodziewałam się czegoś bardziej w stylu Ave Maria niż „o kurwa” – dodała Paulina, ledwo łapiąc oddech.
Śmiały się jeszcze długo, ku przerażeniu i rozbawieniu współpasażerów.
– Serio, dziewczyny – westchnęła Klara, wycierając oczy. – Jak ten samolot spadnie, to chcę umrzeć tak, jak żyłam. Z emocją i słownikiem bez autocenzury.
– I z bagażem wspomnień nie do przewiezienia.
W tym jednym krótkim momencie, między strachem a śmiechem, Antonina poczuła coś dziwnego.
Ulga. Luz.
Jakby ktoś poluzował jej za ciasny gorset, w który sama się przez lata wciskała.
Spojrzała za okno.
W oddali majaczyła ciemna linia oceanu.
Bali.
Nowy początek.
I chociaż nie miała pojęcia, w co się właśnie wpakowała, wiedziała jedno:
Już nigdy nie będzie taka sama.
Antonina nie lubiła przypadkowych ludzi.
W jej restauracji wszystko było przemyślane: stoliki równo ustawione, karta dopieszczona w najmniejszym detalu, obsługa perfekcyjna. Chaos był dla niej jak kurz – wolała go trzymać z daleka.
A jednak, kiedy tylko samolot dotknął gorącej płyty balijskiego lotniska, a cztery kobiety znalazły się razem w zatłoczonej hali przylotów, Antonina poczuła, że z tym chaosem chce się zaprzyjaźnić.
Każda z nich miała w oczach tę samą iskrę. Iskrę, której nie da się kupić ani wytrenować. Iskrę zmęczenia życiem, które jednak nie złamało, tylko zahartowało.
Były poobijane, ale nie złamane. Po przejściach, ale nie pokonane.
Kobiety, które nie potrzebowały żadnej pieprzonej terapii, żeby wiedzieć, że ten wyjazd jest ich własną próbą ratowania siebie.
Przy odbiorze bagaży zaczęły sypać się pierwsze żarty.
Paulina zniknęła na chwilę, a gdy wróciła, targając swoją wojskową walizę, cała spocona i wkurwiona, rzuciła:
– Albo walnę tu zaraz padaczkę, albo znajdę najbliższy bar i wypiję cokolwiek z lodem. Nawet sok z ogórków kiszonych. I jeszcze poproszę o podwójną porcję wódki.
Klara zaśmiewała się jak wariatka, podskakując na jednej nodze, bo sandał zsunął jej się z pięty.
Hanka westchnęła ciężko, ale kącik jej czerwonych ust drgnął w czymś na kształt rozbawienia.
Antonina spojrzała na Paulinę z uznaniem. „Z tą babką da się przetrwać nawet apokalipsę”.
-
Ich domek – a raczej willa – był jak wyjęty z katalogu marzeń.
Minimalistyczna architektura, drewniane tarasy, prywatny basen otoczony zielenią i słońce, które pieściło skórę jak kochanek, o którym się zapomniało.
Antonina przez dłuższą chwilę stała na tarasie. Oddychała. Nie szybko, nie nerwowo.
Po raz pierwszy od… lat?
Wciągała wilgotne powietrze, przesycone zapachem przypraw, kwiatów i czegoś jeszcze – czegoś, co pachniało niebezpieczną wolnością.
– Dobra, baby. Pamiętamy, po co tu jesteśmy? – Klara rzuciła torbę na kanapę z takim rozmachem, że aż drgnęła poduszka.
– Odnowa duchowa, regeneracja i joga. Tak? – mruknęła Paulina, przewracając oczami.
– W teorii – dodała Hanka, zdejmując okulary przeciwsłoneczne jednym, płynnym ruchem. – W praktyce: życie.
– I zimny drink na dzień dobry – dodała Klara, klaszcząc w dłonie.
Przed wieczorem usiadły razem przy basenie.
Każda z drinkiem w dłoni.
Każda z życiem na twarzy.
Antonina rozciągnęła się na leżaku, jej długie blond włosy spływały na ramiona jak jedwab.
Miała na sobie cienką sukienkę, która bardziej sugerowała nagość, niż ją zakrywała.
Nie celowo. Po prostu po raz pierwszy od dawna nie chciała ukrywać siebie.
– Dziwne uczucie… – powiedziała, wpatrując się w niebo. – Być znowu tylko sobą. Bez roli matki, szefowej, kucharki, organizatorki cudzych żyć.
– I bez faceta, który ci mówi, że przesadzasz – dorzuciła Klara, sącząc sok z arbuza z rumem.
Jej krótko przycięte włosy i chłopięca figura dodawały jej surowości, ale w oczach była miękkość, której nie dało się nie zauważyć.
– Albo bez typa, który karmi cię obietnicami o przyszłości, a potem znika, bo „dzieci jeszcze za małe”. – Paulina splunęła na bok, jakby chciała wypluć wszystkie toksyczne wspomnienia.
– A potem przychodzi dzień, kiedy już nie chcesz słuchać cudzych bajek – dodała spokojnie Hanka. – I nie chcesz nikogo ratować. Nawet siebie.
Zapadła cisza. Nie ciężka. Nie niezręczna. Prawdziwa.
– Ale wiecie co? – powiedziała Antonina, unosząc kieliszek prosecco. – Za nas. Za to, że jeszcze potrafimy chcieć więcej.
– Za to, że jeszcze mamy ochotę flirtować, pieprzyć się i mieć wszystko w dupie – dodała Paulina, stukając szklanką o kieliszek Antoniny.
– Bali to nie tylko wyspa – mruknęła Klara, spoglądając na zachodzące słońce. – To stan pierdolonego umysłu.
W przypływie impulsu Antonina wstała. Bez słowa podeszła do basenu i zanurzyła się w wodzie. Powolnie, świadomie, jakby każdy ruch był deklaracją, że wraca do swojego ciała. Że wraca do siebie.
Wynurzyła się, a jej ciało lśniło w promieniach słońca.
Jednoczęściowy czarny kostium kąpielowy podkreślał kobiece kształty: biodra, uda, piersi – wszystko było ponętnie uwypuklone.
Gdy wychodziła z basenu, czując krople wody spływające po udach, zauważyła kątem oka ruch przy furtce willi. Odwróciła głowę.
Stał tam.
Mężczyzna. Wysoki, opalony, w rozpiętej lnianej koszuli i z uśmiechem, który mógłby sprawić, że zapomnisz własnego imienia.
Ich spojrzenia się spotkały.
Na sekundę. Na dłużej, niż powinny. Na tyle, by coś drgnęło głęboko w brzuchu.
Antonina uniosła brew lekko, wyzywająco.
Mężczyzna uśmiechnął się szelmowsko. I ruszył w ich stronę.
– O kurwa – szepnęła Klara, nie odrywając oczu od jego sylwetki. Antonina oblizała wargi, czując przyjemne mrowienie między udami.
Bali dopiero się zaczynało.
Antonina wpatrywała się w niego, jakby czas zatrzymał się na chwilę.
Był wysoki. Opalona skóra, rozpięta lniana koszula, sprane szorty i bose stopy. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z katalogu reklamującego seksowną wolność.
Kiedy podszedł bliżej, zauważyła drobne zmarszczki w kącikach jego oczu. Te zmarszczki mówiły więcej niż słowa. Nie był chłopcem. Był mężczyzną. I wiedział dokładnie, jak działa na kobiety.
– Ciao – powiedział z włoskim akcentem tak miękkim, że Antonina poczuła go na swojej skórze jak muśnięcie.
– Cześć – odparła, zbyt pewnie jak na burzę, która właśnie rozpętywała się w jej trzewiach.
– Lorenzo – przedstawił się, wyciągając rękę.
Miał szorstkie dłonie – dłonie człowieka, który pracował, nie tylko pozował.
Antonina podała mu swoją dłoń, czując, jak jej palce niemal drżą.
– Antonina.
Ich dłonie splotły się na sekundę dłużej, niż było to konieczne. I na pewno dłużej, niż było to bezpieczne.
Za plecami Antoniny rozległo się głośne sapanie Klary:
– O kuuurwa, dziewczyny, widziałyście? Wygląda jak grzech w czystej formie!
Paulina chrząknęła, starając się zachować powagę.
Hanka tylko poprawiła okulary przeciwsłoneczne i mruknęła pod nosem:
– Facet jak wino. Dojrzały. Nierozcieńczony.
Antonina poczuła, że się rumieni.
Nie. Nie rumieni się. Płonie.
Lorenzo uśmiechnął się szelmowsko.
– Przepraszam, że przeszkadzam. Wasz domek sąsiaduje z moim. Mam nadzieję, że nie będziecie zbyt głośne.
Klara parsknęła śmiechem.
– No to masz przejebane, kolego.
Antonina uniosła brew.
– Postaramy się być… łagodne – powiedziała, przeciągając słowa w sposób, który nawet ją samą zaskoczył.
Lorenzo uśmiechnął się szerzej, skinął lekko głową i odszedł, zostawiając za sobą smugę zapachu morskiej bryzy, cytrusów i testosteronu. Gdy tylko zniknął za furtką, Klara krzyknęła:
– Baby! Ja chcę jego dziecko!
Paulina wybuchła śmiechem.
– Kolejka, Klarcia. Kolejka.
Hanka wzruszyła ramionami.
– Ja już dzieci mam. Ja bym tylko chciała się dobrze zabawić. I nie musieć tego żałować rano.
Antonina nie odezwała się ani słowem. Wpatrywała się w furtkę, jakby nadal czuła dotyk dłoni mężczyzny na swojej skórze. W jej głowie kotłowały się myśli. Zabawa. Seks. Ryzyko. Wolność. Ale też: rozczarowanie, żal, ucieczka.
Dziesięć lat samotności, budowania siebie na nowo, łatania serca dziećmi, pracą i krótkimi chwilami zapomnienia. Czy teraz naprawdę chciała znowu się w coś pakować? Czy było sens otwierać drzwi, które tak boleśnie wcześniej zatrzaskiwano jej przed nosem?
– Ziemia do Antoniny! – Klara szturchnęła ją łokciem. – Puk, puk, wróć do nas!
Antonina się roześmiała, udając lekkość, której jeszcze nie czuła.
– No co? – zapytała niewinnie.
– Widzimy, jak cię wciągnął. – Paulina się uśmiechnęła. – I dobrze. Na Bali wszystko jest możliwe. Nawet cudowne odrodzenie po pieprzonym rozwodzie.
Antonina wzruszyła ramionami. Tak, rozwód był dziesięć lat temu. Ale serce? Serce jeszcze nie do końca odpuściło.
Hanka wstała i spojrzała na nie znad okularów.
– Dziewczyny. Mamy basen. Mamy drinki. Mamy sąsiada, który wygląda jak grzech na dwóch nogach. Jeśli my tego nie spieprzymy, to kto?
Rozległ się chór śmiechu. Antonina poczuła, że coś w niej pęka. Nie boleśnie. Raczej jakby zszywano ją na nowo. Grubą nicią życia, humoru i bezczelnej kobiecej siły.
Wstała.
– Dobra – powiedziała. – Idę po butelkę tequili. Jeśli mamy grzeszyć, to właśnie teraz.
Klara zapiszczała z radości.
Paulina spojrzała na Hankę.
– Będzie jazda.
Hanka założyła okulary przeciwsłoneczne.
– I o to chodzi.
W tle słońce zanurzało się w oceanie, a Bali zaczynało mruczeć obietnicami, które pachniały solą, potem i wolnością.
Wieczór był gęsty od wilgoci i niedopowiedzianych emocji.
Bali pachniało jak dziki kochanek: upałem, potem i przyprawami.
Dziewczyny siedziały przy basenie, sącząc drinki. Śmiechy, rozmowy, szybkie żarty – wszystko pod powierzchnią napięte jak cięciwa łuku.
Antonina włożyła lekką sukienkę na cienkich ramiączkach, materiał ledwie zakrywał uda, a dekolt przyciągał spojrzenia jak magnes. Czuła się… inna. Nie jak matka. Nie jak szefowa.
Jak kobieta. Cała. Głodna życia.
– Musimy zagrać w grę – rzuciła Klara, machając szklanką z resztką tequili. – Taką… trochę niegrzeczną.
Paulina spojrzała na nią z ukosa.
– Mam złe przeczucia.
– Oj tam, wojskowa! – Klara zachichotała. – „Prawda lub wyzwanie”. Stara klasyka. Ale wersja… dla dorosłych kobiet, które przestały się pieprzyć z oczekiwaniami.
Antonina uniosła brew, lekko się uśmiechając.
– Brzmi jak materiał na kłopoty.
– I właśnie o to chodzi – mruknęła Hanka, popijając prosecco.
Rozpoczęły.
Prawda – wyzwanie.
Śmiech przeplatał się z zawstydzeniem, wyznaniami i małymi prowokacjami.
– Klara – Paulina zmrużyła oczy – prawda: ilu facetów naprawdę cię zaspokoiło?
Klara parsknęła:
– Jeden. Ale jestem przekonana, że był naćpany i pomylił mnie z inną.
Śmiech. Głośny, szczery, bezczelny.
Antonina sączyła drinka, ciesząc się chwilą, aż padło na nią.
– Antonina – Klara zaśpiewała jak diablica – prawda: czy ostatnio marzyłaś o seksie z nieznajomym?
Antonina odchyliła głowę, patrząc w niebo. A potem przeniosła wzrok na Klarę.
W jej oczach błyszczał spokój i coś jeszcze – coś drapieżnego.
– Tak – powiedziała cicho, ale wyraźnie. – I nie zamierzam się tego wstydzić.
Pomiędzy nimi przeskoczyła iskra.
Szczera. Gorąca. Klara zamarła na chwilę. Paulina uniosła brew. Hanka uśmiechnęła się lekko pod nosem.
– Bali – mruknęła Hanka. – Tu nie ma zasad.
I wtedy zjawił się Lorenzo. Jakby wywołany ich myślami.
Opalony, rozchełstany, z tym pieprzonym półuśmiechem, który sprawiał, że kobiece kolana miękły jak masło w słońcu.
Podszedł bezczelnie blisko. Patrzył prosto na Antoninę. Jakby tylko ona istniała.
– Cześć, piękne – powiedział z nutą zmysłowości w głosie, a Klara aż chwyciła się fotela.
– Cześć – odpowiedziała Antonina, czując, jak jej serce przyspiesza.
Lorenzo spojrzał wprost w jej oczy.
Bez wstydu. Bez zbędnych słów.
– Jeśli masz ochotę – powiedział cicho – tu niedaleko jest bar, gdzie podają najlepsze Arak Madu na wyspie… – Zawiesił głos. – Tylko dla ciebie – dodał.
Świat wokół zamarł.
Dziewczyny wstrzymały oddech. Antonina uniosła kieliszek, spojrzała prosto w oczy Lorenza i odpowiedziała:
– Może. Ale najpierw musisz wygrać w moją grę.
Lorenzo zaśmiał się gardłowo.
– Uwielbiam wyzwania.
– To dobrze – powiedziała Antonina, zsuwając z ramienia ramiączko sukienki tak, że odsłoniła kawałek bladego ramienia. – Bo ja nie jestem łatwą przeciwniczką.
Patrzył na nią jak głodny mężczyzna na jedyne danie w promieniu stu kilometrów.
– O mój Boże – szepnęła Klara teatralnie. – To się źle skończy. Albo genialnie.
Paulina wymamrotała coś o potrzebie większej ilości tequili.
Hanka założyła nogę na nogę, z rozbawionym błyskiem w oku.
Antonina wstała. Powoli. Zmysłowo. Bez pośpiechu.
– Idę się przebrać – rzuciła przez ramię. – Bo jeśli mam iść na Arak Madu… muszę wyglądać tak, jak czuję się w środku.
Lorenzo patrzył na nią, nie spuszczając z niej wzroku.
A ona wiedziała, że wygrała. Już wygrała. Nim jeszcze gra się zaczęła.
-
Antonina wyszła z pokoju, zostawiając za sobą ślad delikatnych perfum o zapachu jaśminu i paczuli. W głowie jej krążyła ekscytacja przemieszana z odrobiną strachu, ale była to ta cudowna mieszanka, którą odczuwa się tylko na początku czegoś, co może stać się wyjątkowe. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, przesuwając palcami po delikatnej tkaninie czerwonej sukienki, która idealnie przylegała do jej ciała, podkreślając każdą krzywiznę. Głęboki dekolt odsłaniał nieco więcej skóry, niż planowała, ale nie miała zamiaru niczego zakrywać. Tego wieczoru chciała być sobą – odważną, pewną i bezwstydną.
Gdy wróciła na taras, Lorenzo już na nią czekał, oparty nonszalancko o balustradę, ubrany w lnianą białą koszulę z rozpiętymi pierwszymi guzikami i granatowe spodnie. Jego opalona skóra kontrastowała z białym materiałem, a uśmiech na ustach mówił wszystko, czego słowami nie mógłby wyrazić.
– Gotowa na tę grę? – zapytał, wyciągając do niej rękę.
– Zawsze jestem gotowa – odpowiedziała lekko, pozwalając, by wziął jej dłoń w swoją.
Spacer do baru był krótki, ale intensywny. Powietrze pachniało oceanem, kwiatami frangipani i delikatnym dymem kadzideł, które paliły się przy przydrożnych świątynkach. W oddali słychać było dźwięk cykad oraz delikatny szum fal. Ulice oświetlone były ciepłym, złocistym światłem lampionów, co nadawało wszystkiemu niezwykły, niemal baśniowy klimat.
Bar, do którego Lorenzo ją zaprowadził, był malutkim, drewnianym budynkiem schowanym wśród gęstych palm i bananowców. Nad wejściem wisiały lampki, rzucając ciepłe, miękkie światło na drewniane stoliki i wiklinowe fotele. Muzyka była subtelna, cichy jazz mieszał się z odgłosami tropikalnej nocy.
Usiedli przy stoliku z widokiem na ocean. Lorenzo zamówił mojito, które barman przygotowywał na ich oczach, zręcznie mieszając miętę, rum i świeży sok z limonki.
– Co cię sprowadziło na Bali, Antonino? – zapytał Lorenzo, patrząc na nią intensywnie, jakby chciał odkryć wszystkie jej sekrety jednym spojrzeniem.
– Chyba potrzebowałam uciec od rzeczywistości – przyznała, bawiąc się słomką w swoim drinku. – Czasem życie w Polsce bywa… zbyt szare, zbyt poważne.
– Tutaj kolory nabierają intensywności – powiedział miękko. – Szczególnie teraz, gdy na ciebie patrzę.
Ich spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę. Antonina poczuła ciepło rozlewające się w piersi, które nie miało nic wspólnego z alkoholem.
– A ty? – zapytała, przełamując ciszę. – Co robisz tu, na końcu świata?
– Szukam inspiracji – odparł z uśmiechem. – I myślę, że właśnie ją znalazłem.
Atmosfera między nimi gęstniała z każdą sekundą. Antonina zauważyła, że jego dłonie są duże, silne, ale jednocześnie subtelne, gdy gestykulował, opowiadając o swoim życiu we Włoszech. Każde słowo, które wypowiadał, zdawało się muskać ją delikatnie jak pieszczota.
Wokół nich świat żył swoim życiem – inni goście się śmiali, rozmawiali, tańczyli do muzyki, ale dla Antoniny i Lorenza nie istniało nic poza tym małym stolikiem, oceanem i spojrzeniami, które mówiły więcej niż słowa.
W pewnym momencie Lorenzo nachylił się bliżej, jego głos stał się jeszcze bardziej miękki i kuszący.
– Powiedz mi – szepnął – w jaką grę mieliśmy zagrać?
Antonina przechyliła głowę, czując, jak jej serce przyspiesza. Uśmiechnęła się tajemniczo.
– Musisz odkryć wszystkie moje tajemnice, zanim skończy się noc – odpowiedziała równie cicho.
Lorenzo uśmiechnął się szeroko, jego oczy błyszczały w świetle lampionów jak dwa płonące węgle.
– Uwielbiam odkrywać – odparł, podnosząc swoją szklankę w toaście.
Antonina zrobiła to samo, ich szkła zetknęły się delikatnie, a dźwięk rozległ się echem w powietrzu, jak obietnica tego, co miało nadejść.
Ich spojrzenia znów się spotkały, tym razem już bez żadnej maski, bez udawania, bez barier.
Wiedzieli, że tej nocy Bali będzie świadkiem początku czegoś, co trudno było opisać słowami.
Było to coś, co mogło zmienić wszystko.
Kiedy Lorenzo odprowadził ją pod drzwi, pocałował ją delikatnie w rękę.
– Bezpieczna i cała – powiedział cicho, z uśmiechem. – Do zobaczenia.
Gdy tylko zniknął za rogiem, Antonina weszła do pokoju, gdzie dziewczyny już czekały z roziskrzonymi oczami.
– No opowiadaj! – Klara niemal podskakiwała z emocji. – Jak było?
Paulina chichotała, dolewając im wina.
– Był boski, prawda? – dopytywała Hanka z figlarnym uśmiechem. – W porównaniu do tych naszych domowych kapci z piwem, to jakbyś miała prywatny koncert zamiast meczu piłki nożnej.
Antonina śmiała się głośno, zrzucając szpilki.
– Dziewczyny, był magiczny. Ale na szczegóły musicie trochę poczekać – drażniła je, czując, jak ciepło rozpływa się w niej na samą myśl o Lorenzie.
Śmiechy i rozmowy wypełniły pokój, gdy przyjaciółki wymieniały się opowieściami o mężczyznach, rozkoszując się tym wieczorem i poczuciem wolności, które dawało im Bali.
Poranek na Bali pachniał morzem, wilgocią i kadzidłami.
Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, jakby wiedziało, że te kobiety potrzebują dziś łagodnego światła.
Antonina, Klara, Paulina i Hanka zanurzyły się w basenie przy willi.
Woda muskała ich ciała leniwie, jak kochanek z rana.
Rozmowa płynęła swobodnie, szczera jak jeszcze nigdy.
– No dobra – zaczęła Klara, kręcąc drinka palcem w szklance. – Paulina, ale ty serio chcesz wrócić do tego Tomka?
Paulina wzruszyła ramionami.
– Łatwo wam mówić… Ale czy wy w ogóle widziałyście mężczyzn w dzisiejszych czasach?
Hanka podniosła się gwałtownie, rozchlapując wodę.
– Co ty gadasz?! Ty jesteś jeszcze młoda! Czterdziestka to nie koniec świata!
– Łatwo ci mówić – burknęła Paulina.
– Nie łatwo, tylko prawdziwie – powiedziała twardo Hanka. – Ja mam sześćdziesiątkę i wiem, że twoje czterdzieści to złoto. Spójrz na Antoninę, flirtuje z Włochem, a wygląda lepiej niż niejedna dwudziestka.
Klara się uśmiechnęła, patrząc na wspomnianą koleżankę.
– A nawet lepiej niż niejedna nastolatka.
Antonina uniosła kieliszek.
– Za nowe początki – powiedziała.
– I za to, żebyśmy nie bały się żyć – dodała Hanka.
Śmiech poniósł się nad basenem. Ale pod nim było coś jeszcze.
Prawda.
-
Po południu Antonina włożyła lekką sukienkę w kolorze szampańskiego złota. Jej ciało, opalone, kobiece, przyciągało wzrok. Była piękna. Piękna na sposób, który zna swoje blizny i nie udaje, że ich nie ma.
Lorenzo czekał pod willą.
Opalony, nonszalancki, z uśmiechem, który obiecywał wszystko i nic zarazem.
– Gotowa? – zapytał, podając jej kask.
– Nigdy do końca – mruknęła Antonina, wsiadając za nim.
Pędzili skuterem przez balijskie wsie, przez pola ryżowe i zapomniane świątynie.
Wiatr szarpał sukienkę Antoniny, a śmiech wymykał jej się z ust, jakby był czymś, czego nie da się już zatrzymać.
Aż nagle – trzask.
Skuter się zatrząsł i stanął.
– No pięknie – mruknęła Antonina, schodząc ostrożnie na ziemię.
Byli na uboczu, wśród palm i dzikiej zieleni.
– Wygląda na to, że musimy zrobić sobie przerwę – powiedział Lorenzo, siadając pod wielkim drzewem.
Antonina zawahała się przez chwilę. Ale potem usiadła obok niego. Blisko. Za blisko. W cieniu drzewa czas się zatrzymał. Cisza była gęsta od niewypowiedzianych słów.
Lorenzo odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy.
Nie pospiesznie. Nie nieśmiało. Tylko jak ktoś, kto wie, co robi, i wie, czego chce.
– Jesteś piękna, kiedy nie kontrolujesz wszystkiego – szepnął.
Antonina parsknęła cicho.
– A ty jesteś niebezpieczny.
– Dla kobiet, które lubią same siebie okłamywać – odparł, muskając palcem linię jej żuchwy.
Ich spojrzenia się skrzyżowały. Nikt się nie śmiał. Nikt nie udawał.
Antonina poczuła, jak w niej coś pęka. Jak mur, który budowała latami, zaczyna się kruszyć.
Lorenzo nie pocałował jej od razu. Najpierw dotknął dłonią jej ramienia. Potem przesunął palcami po jej nagiej nodze. Bardzo wolno. Jakby chciał poczuć każde drżenie mięśni.
– Jeśli cię teraz pocałuję – powiedział ochrypłym szeptem – to nie będzie zabawa. To będzie obietnica.
Antonina zamknęła na moment oczy.
Potem spojrzała na niego wyzywająco.
– Więc na co czekasz?
Lorenzo nie potrzebował więcej zaproszenia.
Pocałował ją. Nie jak chłopiec, który prosi. Jak mężczyzna, który bierze. Ich usta zderzyły się gwałtownie, zachłannie.
Antonina jęknęła, czując jego rękę na swoim biodrze, przyciągającą ją bliżej. Czuła ciepło jego ciała przez cienką tkaninę sukienki. Czuła, jak jej ciało zaczyna płonąć.
Lorenzo przesunął dłonią po jej udzie, powoli, prowokacyjnie, jakby każde przesunięcie palców było aktem posiadania.
Ich języki splątały się w pocałunku, głębokim, surowym, prawdziwym.
Oddychała ciężko, jakby każda cząstka powietrza paliła jej płuca.
– Powiedz, żebym przestał – wyszeptał, ocierając się o jej szyję.
Antonina jęknęła cicho, kiedy jego usta zsunęły się niżej, zostawiając ślad ciepła i wilgoci.
– Nie przestawaj – odpowiedziała, zaskakując samą siebie.
Lorenzo zaśmiał się cicho – ten dźwięk był czystą obietnicą. Ich dłonie błądziły po sobie, badawczo, namiętnie.
Antonina czuła każdy centymetr swojego ciała – jakby wszystko było na nowo obudzone.
Czuła, jak budzi się w niej kobieta, o której myślała, że umarła gdzieś po drodze – między rozwodem, samotnymi wieczorami i udawanym spokojem.
Czuła się żywa.
I wtedy…
Lorenzo się odsunął. Powoli. Z trudem. Patrzył na nią, jakby walczył z sobą samym.
– Nie tutaj – powiedział zachrypniętym głosem. – Nie pierwszy raz. Chcę cię rozebrać tam, gdzie będziemy mieli czas… i cały świat, do diabła.
Antonina westchnęła ciężko.
Pożądanie w niej było rozpalone do granic.
– Obiecujesz? – zapytała półgłosem.
Lorenzo ujął jej twarz w dłonie.
– Ja nie rzucam słów na wiatr.
Pocałował ją jeszcze raz – powoli, głęboko, jakby składał na niej coś świętego.
A potem pomógł jej wstać.
W oddali, za linią palm, zamrugały światła – znak, że cywilizacja wciąż istniała.
Ale oni byli wciąż tylko tutaj. Pod drzewem. W miejscu, gdzie zaczął się ich własny, nieprzewidywalny świat.
Wieczór na Bali był lepki od wilgoci i oddechów niespełnionych pragnień.
Antonina wróciła na miękkich nogach z Lorenzo do willi.
Jego dotyk, jego usta, jego słowa… Wszystko w niej płonęło.
Dziewczyny czekały już przy stole rozstawionym na tarasie. Świece paliły się w słoikach, rozrzucając ciepłe światło, a powietrze niosło zapach grillowanych owoców morza i słodkich przypraw.
– O, nasza romantyczna para! – zakpiła Klara, machając do nich kieliszkiem prosecco.
Antonina tylko uśmiechnęła się pod nosem. Nie zamierzała tłumaczyć się nikomu. Nie dzisiaj.
Kolacja zaczęła się jak każda inna – rozmowy, śmiechy, drobne żarty.
Aż pojawił się on. Nowy. Nieproszony, ale cholernie interesujący.
– Dziewczyny, poznajcie Marka – powiedziała Hanka, wstając. – Kolega z mojej sieci networkingowej. Przypadkiem jest teraz na Bali.
„Przypadkiem”. Jasne. Marek był wysoki, opalony, z kilkudniowym zarostem i spojrzeniem, które umiało czytać rzeczy, których nie mówiły usta.
Wszedł pewnym krokiem, jak ktoś, kto zna swoją wartość.
Lorenzo zmrużył oczy, gdy tylko zobaczył, jak Marek uścisnął dłoń Antoniny odrobinę za długo.
A Antonina?
Antonina uśmiechnęła się lekko. Nie prowokacyjnie. Naturalnie.
Ale Lorenzowi to wystarczyło.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Sok z kobiety
isbn: 978-83-8423-357-3
© Maria Stokłosa-Cucciniello i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Białek
korekta: Anna Miotke
okładka: Magdalena Czmochowska
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
