Sok z kobiety. Brazylijskie oczyszczenie - Maria Stokłosa-Cucciniello - ebook

Sok z kobiety. Brazylijskie oczyszczenie ebook

Maria Stokłosa-Cucciniello

0,0

Opis

Kobiecość to nie wiek, waga ani status społeczny. To siła, która w nas drzemie.

Antonina, charyzmatyczna restauratorka i matka dwójki nastolatków, coraz częściej czuje, że to, co ma, przestaje jej wystarczać. Hanka, twarda bizneswoman po sześćdziesiątce, kontroluje wszystko i wszystkich, ale zastanawia się, co by się stało, gdyby w końcu odpuściła. Paulina, żołnierka z pozoru stroniąca od skandali, nie wie, czemu od lat wikła się w relacje, które ranią ją bardziej, niż by chciała przyznać. A Klara, czterdziestolatka i świeżo upieczona mama, nie rozumie, dlaczego po urodzeniu dziecka świat jakby przestał ją dostrzegać.

Te cztery kobiety spotykają się na Bali. Nie w katalogowym raju, ale w miejscu, gdzie łatwiej zdjąć maski, tańczyć burleskę, pić wino z butelki i mówić głośno o tym, co boli. Egzotyczna wyprawa stanie się dla każdej z nich swoistym oczyszczeniem i rytuałem przejścia. A to, co zabiorą ze sobą do domów, ukształtuje je na zawsze jako kobiety…

„Sok z kobiety” to sensualna opowieść, która smakuje jak zakazane pragnienie – historia o bliskości, siostrzeństwie, odwadze, i o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby zacząć naprawdę żyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 246

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla mo­ich uko­cha­nych sy­nów, Fa­bio i Mau­ro.

Z naj­głęb­szych po­kła­dów ser­ca de­dy­ku­ję Wam tę książ­kę.

Dzię­ku­ję, że po­ka­za­li­ście mi, czym jest bez­kres mi­ło­ści – mi­ło­ści, któ­ra nie zna gra­nic, nie ocze­ku­je ni­cze­go w za­mian i daje siłę, by iść przez ży­cie z od­wa­gą i czu­ło­ścią.

Ko­chamMama

[…] Bo ko­bie­ty, któ­re się śmie­ją ra­zem, goją się szyb­ciej.

Bur­le­ska tego wie­czo­ru nie była tyl­ko za­ba­wą. Wy­cią­gnę­ła z nich coś wię­cej niż śmiech i pot z tań­ca. Wy­ci­snę­ła z nich esen­cję ko­bie­co­ści.

To był sok z ko­bie­ty – gę­sty, od­waż­ny, słod­ki i ostry jed­no­cze­śnie. Z do­miesz­ką siły, wol­no­ści i bez­wstyd­ne­go pięk­na.

– Je­śli kie­dyś ktoś mnie za­py­ta, po co nam było to wszyst­ko – szep­nę­ła An­to­ni­na, pa­trząc w su­fit – od­po­wiem, że po to, żeby po­czuć ten smak.

– Smak cze­go? – za­py­ta­ła sen­nie Han­ka.

– Smak ży­cia. Smak sie­bie. Smak, któ­ry zo­sta­je na ustach jak… sok z ko­bie­ty.

Za­mknę­ły oczy. I za­snę­ły. Za­nu­rzo­ne w tym sma­ku. Bez lęku. Bez cen­zu­ry. Wresz­cie – wol­ne.

Początek, który pachniał potem i rozpaczą

An­to­ni­na sie­dzia­ła na pod­ło­dze swo­je­go sa­lo­nu, wpa­tru­jąc się w pu­stą wa­liz­kę. Duża, czar­na, po­ły­sku­ją­ca w sztucz­nym świe­tle lam­py. Tak pu­sta jak ona.

Na pod­ło­dze wa­la­ły się reszt­ki wczo­raj­szych de­cy­zji – nie­do­pi­ta lamp­ka wina, książ­ka o od­naj­dy­wa­niu sie­bie po czter­dzie­st­ce, je­den kom­plet ko­ron­ko­wej bie­li­zny, któ­rej daw­no nie wkła­da­ła dla ni­ko­go, a już na pew­no nie dla sie­bie.

W gło­wie szu­mia­ło jej jak po złym wie­czo­rze: „Je­steś skoń­czo­na”.

Głos mat­ki. Głos by­łe­go. Głos tego pie­przo­ne­go spo­łe­czeń­stwa, któ­re wie le­piej, kie­dy ko­bie­ta po­win­na być wdzięcz­na, że jesz­cze od­dy­cha.

Wsta­ła. Wcią­gnę­ła po­wie­trze i po­czu­ła stę­chły za­pach wła­snych wąt­pli­wo­ści.

Pierw­sze, co wrzu­ci­ła do wa­liz­ki, to szpil­ki. Czer­wo­ne. Tak wy­so­kie, że nie dało się w nich cho­dzić. Ale mo­gła w nich stać. Dum­nie. Po­tem wrzu­ci­ła bie­li­znę. Czar­ną ko­ron­kę. Na prze­kór wszyst­kie­mu. Po­tem książ­kę. A na koń­cu… bu­tel­kę ginu.

Lot na Bali. Bez pla­nu po­wro­tu. Bez wy­ja­śnień. Bez proś­by o zgo­dę.

– Co ro­bisz? – za­py­tał syn, wcho­dząc do sa­lo­nu i prze­cie­ra­jąc za­spa­ne oczy.

An­to­ni­na uśmiech­nę­ła się, czu­jąc, jak w niej coś trza­ska i pęka – jak sta­re li­stew­ki przy­po­dło­go­we, któ­re w koń­cu pusz­cza­ją.

– Uczę się od­dy­chać na nowo, skar­bie.

Syn wzru­szył ra­mio­na­mi i wró­cił do sie­bie. Tak wła­śnie po­win­no być.

Bez dra­ma­tu. Bez prze­pro­sin.

-

W lot­ni­sko­wej tak­sów­ce An­to­ni­na pa­trzy­ła na roz­ma­za­ne świa­tła War­sza­wy. Tego mia­sta, któ­re od lat przy­tu­la­ło jej zmę­cze­nie, fru­stra­cję i za­mro­żo­ne ma­rze­nia.

– Bali… – wy­szep­ta­ła sama do sie­bie. – Albo się tam od­ro­dzę, albo roz­pad­nę w proch. Ale po swo­je­mu.

Kie­dy sa­mo­lot ode­rwał się od pasa star­to­we­go, An­to­ni­na za­mknę­ła oczy. Przy­się­gła so­bie jed­no: ni­g­dy wię­cej po­ło­wicz­no­ści. Ani w ży­ciu. Ani w mi­ło­ści. Ani w so­bie.

Nie wie­dzia­ła jesz­cze, że Bali nie tyl­ko da jej nowe skrzy­dła. Bali da jej nowe bio­dra, nowe pra­gnie­nia i nową de­fi­ni­cję okre­śle­nia „bez wsty­du”.

I że naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ną rze­czą, jaką zro­bi na tej wy­spie, nie bę­dzie ta­niec nago pod gwiaz­da­mi…

…ale po­wie­dze­nie „tak” sa­mej so­bie.

Nie tak miało być, czyli lotnisko pełne wątpliwości

An­to­ni­na mia­ła wi­zję: kawa w ręku, non­sza­lanc­ki uśmiech, ba­gaż w sty­lu „mam wszyst­ko pod kon­tro­lą” i ten błysk w oku – błysk ko­bie­ty, któ­ra wresz­cie zro­bi­ła coś tyl­ko dla sie­bie.

Tym­cza­sem sie­dzia­ła na pla­sti­ko­wym krze­śle przy bram­ce C23, spo­co­na, zi­ry­to­wa­na i z lek­kim bó­lem gło­wy po nie­prze­spa­nej nocy. Jej wa­liz­ka – choć de­si­gner­ska i ab­sur­dal­nie dro­ga – wy­glą­da­ła, jak­by prze­szła małą apo­ka­lip­sę. W ser­cu kłę­bi­ło się wię­cej wąt­pli­wo­ści niż w ca­łym In­sta­gra­mie z cy­ta­ta­mi o „od­wa­dze i no­wych po­cząt­kach”.

„Co ja, do cho­le­ry, wy­pra­wiam?” – po­my­śla­ła.

Wzrok An­to­ni­ny prze­su­nął się po ko­bie­tach, któ­re mia­ły z nią le­cieć na Bali.

Z jed­nej stro­ny Han­ka. Oko­ło sześć­dzie­siąt­ki, sza­tyn­ka, ni­ska, szczu­pła, z usta­mi po­ma­lo­wa­ny­mi na krwi­stą czer­wień. Mia­ła w so­bie coś nie­pod­wa­żal­ne­go – kla­sę i siłę ko­bie­ty, któ­ra prze­trwa­ła wię­cej, niż chcia­ła­by opo­wia­dać.

Z dru­giej – Pau­li­na. Sza­tyn­ka z krót­ki­mi wło­sa­mi, chło­pię­cą syl­wet­ką i spoj­rze­niem, któ­re mo­gło­by prze­szyć stal. Ma­jor w woj­sku. Kon­kret­na jak roz­kaz.

I wte­dy… jak grom z ja­sne­go nie­ba…

Wpa­dła ona.

Ruda bu­rza lo­ków, błę­kit­ne oczy i ener­gia god­na hu­ra­ga­nu ka­te­go­rii pią­tej.

Kla­ra.

– Dziew­czy­ny! Po­wiedz­cie mi, gdzie jest ka­pli­ca! Mu­szę się po­mo­dlić przed lo­tem! – wrza­snę­ła, sa­piąc jak po ma­ra­to­nie.

An­to­ni­na unio­sła brew. Han­ka wes­tchnę­ła cięż­ko. Pau­li­na tyl­ko prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Po le­wej stro­nie, za bram­ka­mi – mruk­nę­ła Pau­li­na bez pod­no­sze­nia gło­wy znad te­le­fo­nu.

– Dzię­ki! – Kla­ra znik­nę­ła rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła, zo­sta­wia­jąc za sobą za­pach per­fum zmie­sza­ny z po­tem i cha­osem.

An­to­ni­na przy­gry­zła war­gę, żeby nie wy­buch­nąć śmie­chem.

„To mia­ło być oświe­ce­nie, joga, me­dy­ta­cja, a za­czy­na­my od eg­zor­cy­zmów?” – po­my­śla­ła z prze­ką­sem.

Usia­dła głę­biej w fo­te­lu, przy­cią­ga­jąc ko­la­na pod bro­dę.

Zor­ga­ni­zo­wa­ny wy­jazd na Bali.

„Znajdź sie­bie na nowo. Zre­lak­suj się. Ode­tnij sta­re sche­ma­ty” – tak re­kla­mo­wa­li ten wy­jazd.

Brzmia­ło pięk­nie. Na In­sta­gra­mie wy­glą­da­ło bo­sko. W rze­czy­wi­sto­ści? Mia­ła wła­śnie spę­dzić dwa ty­go­dnie z trze­ma ko­bie­ta­mi, któ­re zna­ła le­d­wo z jed­nej roz­mo­wy or­ga­ni­za­cyj­nej na Zoo­mie.

Ide­al­nie.

Bo­ar­ding ogło­szo­no z opóź­nie­niem.

An­to­ni­na sta­nę­ła w ko­lej­ce obok Pau­li­ny.

– To twój pierw­szy raz na Bali? – za­py­ta­ła pani ma­jor, gło­sem ni­skim i spo­koj­nym.

– Tak. Czas na coś sza­lo­ne­go.

– Pau­li­na. – Wy­cią­gnę­ła dłoń. – Woj­sko. Pra­ca wśród męż­czyzn, któ­rych bar­dziej in­te­re­su­ją ich ka­ra­bi­ny niż emo­cje.

An­to­ni­na par­sk­nę­ła.

– Brzmi jak re­cep­ta na fru­stra­cję.

– Tra­fiam głów­nie na żo­na­tych. Albo roz­wod­ni­ków, któ­rzy my­ślą, że ko­bie­ta to ko­zet­ka.

– Znam ten mo­del – od­po­wie­dzia­ła An­to­ni­na z krzy­wym uśmie­chem. – Je­stem An­to­ni­na. Re­stau­ra­tor­ka. Co­ach­ka. Sa­mo­dziel­na mat­ka dwój­ki na­sto­lat­ków. Roz­wód­ka od de­ka­dy.

Pau­li­na ski­nę­ła gło­wą z uzna­niem.

– Twar­da sztu­ka.

An­to­ni­na za­śmia­ła się ci­cho.

Twar­da? Być może. Ale w środ­ku – zmę­czo­na. Cho­ler­nie zmę­czo­na uda­wa­niem, że wszyst­ko jest za­wsze pod kon­tro­lą.

W sa­mo­lo­cie usia­dły w jed­nym rzę­dzie.

An­to­ni­na przy oknie, Pau­li­na na środ­ku, Kla­ra przy przej­ściu.

Han­ka rzu­ci­ła tor­bę na tyl­ny rząd i znik­nę­ła w książ­ce, igno­ru­jąc wszyst­kich.

Gdy sa­mo­lot ode­rwał się od pasa, przez kil­ka mi­nut pa­no­wa­ła ci­sza. Na­pię­cie było nie­mal fi­zycz­nie wy­czu­wal­ne. I wte­dy ma­szy­na za­czę­ła drżeć. Tur­bu­len­cje.

Kla­ra zła­pa­ła się fo­te­la i wy­dar­ła na całe gar­dło:

– O KUR­WA!

An­to­ni­na i Pau­li­na spoj­rza­ły na sie­bie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Se­kun­dę póź­niej obie wy­bu­chły nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem.

– Mo­dli­twa była! – wrza­snę­ła Kla­ra, trzy­ma­jąc się za ser­ce. – Ale może za sła­ba!

An­to­ni­na śmia­ła się do łez, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co wła­śnie usły­sza­ła.

– Kla­ra! – sap­nę­ła przez śmiech. – Ty? Ty to po­wie­dzia­łaś?!

– A co, my­śla­łaś, że jak no­szę krzy­żyk i cho­dzę na jogę, to nie znam pol­skiej ła­ci­ny? – fuk­nę­ła Kla­ra, ale też par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Nie, ale spo­dzie­wa­łam się cze­goś bar­dziej w sty­lu Ave Ma­ria niż „o kur­wa” – do­da­ła Pau­li­na, le­d­wo ła­piąc od­dech.

Śmia­ły się jesz­cze dłu­go, ku prze­ra­że­niu i roz­ba­wie­niu współ­pa­sa­że­rów.

– Se­rio, dziew­czy­ny – wes­tchnę­ła Kla­ra, wy­cie­ra­jąc oczy. – Jak ten sa­mo­lot spad­nie, to chcę umrzeć tak, jak ży­łam. Z emo­cją i słow­ni­kiem bez au­to­cen­zu­ry.

– I z ba­ga­żem wspo­mnień nie do prze­wie­zie­nia.

W tym jed­nym krót­kim mo­men­cie, mię­dzy stra­chem a śmie­chem, An­to­ni­na po­czu­ła coś dziw­ne­go.

Ulga. Luz.

Jak­by ktoś po­lu­zo­wał jej za cia­sny gor­set, w któ­ry sama się przez lata wci­ska­ła.

Spoj­rza­ła za okno.

W od­da­li ma­ja­czy­ła ciem­na li­nia oce­anu.

Bali.

Nowy po­czą­tek.

I cho­ciaż nie mia­ła po­ję­cia, w co się wła­śnie wpa­ko­wa­ła, wie­dzia­ła jed­no:

Już ni­g­dy nie bę­dzie taka sama.

Cztery na jedną, jedna na cztery – spotkanie wariatek

An­to­ni­na nie lu­bi­ła przy­pad­ko­wych lu­dzi.

W jej re­stau­ra­cji wszyst­ko było prze­my­śla­ne: sto­li­ki rów­no usta­wio­ne, kar­ta do­piesz­czo­na w naj­mniej­szym de­ta­lu, ob­słu­ga per­fek­cyj­na. Cha­os był dla niej jak kurz – wo­la­ła go trzy­mać z da­le­ka.

A jed­nak, kie­dy tyl­ko sa­mo­lot do­tknął go­rą­cej pły­ty ba­lij­skie­go lot­ni­ska, a czte­ry ko­bie­ty zna­la­zły się ra­zem w za­tło­czo­nej hali przy­lo­tów, An­to­ni­na po­czu­ła, że z tym cha­osem chce się za­przy­jaź­nić.

Każ­da z nich mia­ła w oczach tę samą iskrę. Iskrę, któ­rej nie da się ku­pić ani wy­tre­no­wać. Iskrę zmę­cze­nia ży­ciem, któ­re jed­nak nie zła­ma­ło, tyl­ko za­har­to­wa­ło.

Były po­obi­ja­ne, ale nie zła­ma­ne. Po przej­ściach, ale nie po­ko­na­ne.

Ko­bie­ty, któ­re nie po­trze­bo­wa­ły żad­nej pie­przo­nej te­ra­pii, żeby wie­dzieć, że ten wy­jazd jest ich wła­sną pró­bą ra­to­wa­nia sie­bie.

Przy od­bio­rze ba­ga­ży za­czę­ły sy­pać się pierw­sze żar­ty.

Pau­li­na znik­nę­ła na chwi­lę, a gdy wró­ci­ła, tar­ga­jąc swo­ją woj­sko­wą wa­li­zę, cała spo­co­na i wkur­wio­na, rzu­ci­ła:

– Albo wal­nę tu za­raz pa­dacz­kę, albo znaj­dę naj­bliż­szy bar i wy­pi­ję co­kol­wiek z lo­dem. Na­wet sok z ogór­ków ki­szo­nych. I jesz­cze po­pro­szę o po­dwój­ną por­cję wód­ki.

Kla­ra za­śmie­wa­ła się jak wa­riat­ka, pod­ska­ku­jąc na jed­nej no­dze, bo san­dał zsu­nął jej się z pię­ty.

Han­ka wes­tchnę­ła cięż­ko, ale ką­cik jej czer­wo­nych ust drgnął w czymś na kształt roz­ba­wie­nia.

An­to­ni­na spoj­rza­ła na Pau­li­nę z uzna­niem. „Z tą bab­ką da się prze­trwać na­wet apo­ka­lip­sę”.

-

Ich do­mek – a ra­czej wil­la – był jak wy­ję­ty z ka­ta­lo­gu ma­rzeń.

Mi­ni­ma­li­stycz­na ar­chi­tek­tu­ra, drew­nia­ne ta­ra­sy, pry­wat­ny ba­sen oto­czo­ny zie­le­nią i słoń­ce, któ­re pie­ści­ło skó­rę jak ko­cha­nek, o któ­rym się za­po­mnia­ło.

An­to­ni­na przez dłuż­szą chwi­lę sta­ła na ta­ra­sie. Od­dy­cha­ła. Nie szyb­ko, nie ner­wo­wo.

Po raz pierw­szy od… lat?

Wcią­ga­ła wil­got­ne po­wie­trze, prze­sy­co­ne za­pa­chem przy­praw, kwia­tów i cze­goś jesz­cze – cze­goś, co pach­nia­ło nie­bez­piecz­ną wol­no­ścią.

– Do­bra, baby. Pa­mię­ta­my, po co tu je­ste­śmy? – Kla­ra rzu­ci­ła tor­bę na ka­na­pę z ta­kim roz­ma­chem, że aż drgnę­ła po­dusz­ka.

– Od­no­wa du­cho­wa, re­ge­ne­ra­cja i joga. Tak? – mruk­nę­ła Pau­li­na, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– W teo­rii – do­da­ła Han­ka, zdej­mu­jąc oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne jed­nym, płyn­nym ru­chem. – W prak­ty­ce: ży­cie.

– I zim­ny drink na dzień do­bry – do­da­ła Kla­ra, klasz­cząc w dło­nie.

Przed wie­czo­rem usia­dły ra­zem przy ba­se­nie.

Każ­da z drin­kiem w dło­ni.

Każ­da z ży­ciem na twa­rzy.

An­to­ni­na roz­cią­gnę­ła się na le­ża­ku, jej dłu­gie blond wło­sy spły­wa­ły na ra­mio­na jak je­dwab.

Mia­ła na so­bie cien­ką su­kien­kę, któ­ra bar­dziej su­ge­ro­wa­ła na­gość, niż ją za­kry­wa­ła.

Nie ce­lo­wo. Po pro­stu po raz pierw­szy od daw­na nie chcia­ła ukry­wać sie­bie.

– Dziw­ne uczu­cie… – po­wie­dzia­ła, wpa­tru­jąc się w nie­bo. – Być zno­wu tyl­ko sobą. Bez roli mat­ki, sze­fo­wej, ku­char­ki, or­ga­ni­za­tor­ki cu­dzych żyć.

– I bez fa­ce­ta, któ­ry ci mówi, że prze­sa­dzasz – do­rzu­ci­ła Kla­ra, są­cząc sok z ar­bu­za z ru­mem.

Jej krót­ko przy­cię­te wło­sy i chło­pię­ca fi­gu­ra do­da­wa­ły jej su­ro­wo­ści, ale w oczach była mięk­kość, któ­rej nie dało się nie za­uwa­żyć.

– Albo bez typa, któ­ry kar­mi cię obiet­ni­ca­mi o przy­szło­ści, a po­tem zni­ka, bo „dzie­ci jesz­cze za małe”. – Pau­li­na splu­nę­ła na bok, jak­by chcia­ła wy­pluć wszyst­kie tok­sycz­ne wspo­mnie­nia.

– A po­tem przy­cho­dzi dzień, kie­dy już nie chcesz słu­chać cu­dzych ba­jek – do­da­ła spo­koj­nie Han­ka. – I nie chcesz ni­ko­go ra­to­wać. Na­wet sie­bie.

Za­pa­dła ci­sza. Nie cięż­ka. Nie nie­zręcz­na. Praw­dzi­wa.

– Ale wie­cie co? – po­wie­dzia­ła An­to­ni­na, uno­sząc kie­li­szek pro­sec­co. – Za nas. Za to, że jesz­cze po­tra­fi­my chcieć wię­cej.

– Za to, że jesz­cze mamy ocho­tę flir­to­wać, pie­przyć się i mieć wszyst­ko w du­pie – do­da­ła Pau­li­na, stu­ka­jąc szklan­ką o kie­li­szek An­to­ni­ny.

– Bali to nie tyl­ko wy­spa – mruk­nę­ła Kla­ra, spo­glą­da­jąc na za­cho­dzą­ce słoń­ce. – To stan pier­do­lo­ne­go umy­słu.

W przy­pły­wie im­pul­su An­to­ni­na wsta­ła. Bez sło­wa po­de­szła do ba­se­nu i za­nu­rzy­ła się w wo­dzie. Po­wol­nie, świa­do­mie, jak­by każ­dy ruch był de­kla­ra­cją, że wra­ca do swo­je­go cia­ła. Że wra­ca do sie­bie.

Wy­nu­rzy­ła się, a jej cia­ło lśni­ło w pro­mie­niach słoń­ca.

Jed­no­czę­ścio­wy czar­ny ko­stium ką­pie­lo­wy pod­kre­ślał ko­bie­ce kształ­ty: bio­dra, uda, pier­si – wszyst­ko było po­nęt­nie uwy­pu­klo­ne.

Gdy wy­cho­dzi­ła z ba­se­nu, czu­jąc kro­ple wody spły­wa­ją­ce po udach, za­uwa­ży­ła ką­tem oka ruch przy furt­ce wil­li. Od­wró­ci­ła gło­wę.

Stał tam.

Męż­czy­zna. Wy­so­ki, opa­lo­ny, w roz­pię­tej lnia­nej ko­szu­li i z uśmie­chem, któ­ry mógł­by spra­wić, że za­po­mnisz wła­sne­go imie­nia.

Ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły.

Na se­kun­dę. Na dłu­żej, niż po­win­ny. Na tyle, by coś drgnę­ło głę­bo­ko w brzu­chu.

An­to­ni­na unio­sła brew lek­ko, wy­zy­wa­ją­co.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się szel­mow­sko. I ru­szył w ich stro­nę.

– O kur­wa – szep­nę­ła Kla­ra, nie od­ry­wa­jąc oczu od jego syl­wet­ki. An­to­ni­na ob­li­za­ła war­gi, czu­jąc przy­jem­ne mro­wie­nie mię­dzy uda­mi.

Bali do­pie­ro się za­czy­na­ło.

Rozpalone powietrze i pierwsze zaklęcia

An­to­ni­na wpa­try­wa­ła się w nie­go, jak­by czas za­trzy­mał się na chwi­lę.

Był wy­so­ki. Opa­lo­na skó­ra, roz­pię­ta lnia­na ko­szu­la, spra­ne szor­ty i bose sto­py. Wy­glą­dał, jak­by wła­śnie wy­szedł z ka­ta­lo­gu re­kla­mu­ją­ce­go sek­sow­ną wol­ność.

Kie­dy pod­szedł bli­żej, za­uwa­ży­ła drob­ne zmarszcz­ki w ką­ci­kach jego oczu. Te zmarszcz­ki mó­wi­ły wię­cej niż sło­wa. Nie był chłop­cem. Był męż­czy­zną. I wie­dział do­kład­nie, jak dzia­ła na ko­bie­ty.

– Ciao – po­wie­dział z wło­skim ak­cen­tem tak mięk­kim, że An­to­ni­na po­czu­ła go na swo­jej skó­rze jak mu­śnię­cie.

– Cześć – od­par­ła, zbyt pew­nie jak na bu­rzę, któ­ra wła­śnie roz­pę­ty­wa­ła się w jej trze­wiach.

– Lo­ren­zo – przed­sta­wił się, wy­cią­ga­jąc rękę.

Miał szorst­kie dło­nie – dło­nie czło­wie­ka, któ­ry pra­co­wał, nie tyl­ko po­zo­wał.

An­to­ni­na po­da­ła mu swo­ją dłoń, czu­jąc, jak jej pal­ce nie­mal drżą.

– An­to­ni­na.

Ich dło­nie splo­tły się na se­kun­dę dłu­żej, niż było to ko­niecz­ne. I na pew­no dłu­żej, niż było to bez­piecz­ne.

Za ple­ca­mi An­to­ni­ny roz­le­gło się gło­śne sa­pa­nie Kla­ry:

– O ku­uur­wa, dziew­czy­ny, wi­dzia­ły­ście? Wy­glą­da jak grzech w czy­stej for­mie!

Pau­li­na chrząk­nę­ła, sta­ra­jąc się za­cho­wać po­wa­gę.

Han­ka tyl­ko po­pra­wi­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne i mruk­nę­ła pod no­sem:

– Fa­cet jak wino. Doj­rza­ły. Nie­roz­cień­czo­ny.

An­to­ni­na po­czu­ła, że się ru­mie­ni.

Nie. Nie ru­mie­ni się. Pło­nie.

Lo­ren­zo uśmiech­nął się szel­mow­sko.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Wasz do­mek są­sia­du­je z moim. Mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie­cie zbyt gło­śne.

Kla­ra par­sk­nę­ła śmie­chem.

– No to masz prze­je­ba­ne, ko­le­go.

An­to­ni­na unio­sła brew.

– Po­sta­ra­my się być… ła­god­ne – po­wie­dzia­ła, prze­cią­ga­jąc sło­wa w spo­sób, któ­ry na­wet ją samą za­sko­czył.

Lo­ren­zo uśmiech­nął się sze­rzej, ski­nął lek­ko gło­wą i od­szedł, zo­sta­wia­jąc za sobą smu­gę za­pa­chu mor­skiej bry­zy, cy­tru­sów i te­sto­ste­ro­nu. Gdy tyl­ko znik­nął za furt­ką, Kla­ra krzyk­nę­ła:

– Baby! Ja chcę jego dziec­ko!

Pau­li­na wy­bu­chła śmie­chem.

– Ko­lej­ka, Klar­cia. Ko­lej­ka.

Han­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ja już dzie­ci mam. Ja bym tyl­ko chcia­ła się do­brze za­ba­wić. I nie mu­sieć tego ża­ło­wać rano.

An­to­ni­na nie ode­zwa­ła się ani sło­wem. Wpa­try­wa­ła się w furt­kę, jak­by na­dal czu­ła do­tyk dło­ni męż­czy­zny na swo­jej skó­rze. W jej gło­wie ko­tło­wa­ły się my­śli. Za­ba­wa. Seks. Ry­zy­ko. Wol­ność. Ale też: roz­cza­ro­wa­nie, żal, uciecz­ka.

Dzie­sięć lat sa­mot­no­ści, bu­do­wa­nia sie­bie na nowo, ła­ta­nia ser­ca dzieć­mi, pra­cą i krót­ki­mi chwi­la­mi za­po­mnie­nia. Czy te­raz na­praw­dę chcia­ła zno­wu się w coś pa­ko­wać? Czy było sens otwie­rać drzwi, któ­re tak bo­le­śnie wcze­śniej za­trza­ski­wa­no jej przed no­sem?

– Zie­mia do An­to­ni­ny! – Kla­ra szturch­nę­ła ją łok­ciem. – Puk, puk, wróć do nas!

An­to­ni­na się ro­ze­śmia­ła, uda­jąc lek­kość, któ­rej jesz­cze nie czu­ła.

– No co? – za­py­ta­ła nie­win­nie.

– Wi­dzi­my, jak cię wcią­gnął. – Pau­li­na się uśmiech­nę­ła. – I do­brze. Na Bali wszyst­ko jest moż­li­we. Na­wet cu­dow­ne od­ro­dze­nie po pie­przo­nym roz­wo­dzie.

An­to­ni­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Tak, roz­wód był dzie­sięć lat temu. Ale ser­ce? Ser­ce jesz­cze nie do koń­ca od­pu­ści­ło.

Han­ka wsta­ła i spoj­rza­ła na nie znad oku­la­rów.

– Dziew­czy­ny. Mamy ba­sen. Mamy drin­ki. Mamy są­sia­da, któ­ry wy­glą­da jak grzech na dwóch no­gach. Je­śli my tego nie spie­przy­my, to kto?

Roz­legł się chór śmie­chu. An­to­ni­na po­czu­ła, że coś w niej pęka. Nie bo­le­śnie. Ra­czej jak­by zszy­wa­no ją na nowo. Gru­bą ni­cią ży­cia, hu­mo­ru i bez­czel­nej ko­bie­cej siły.

Wsta­ła.

– Do­bra – po­wie­dzia­ła. – Idę po bu­tel­kę te­qu­ili. Je­śli mamy grze­szyć, to wła­śnie te­raz.

Kla­ra za­pisz­cza­ła z ra­do­ści.

Pau­li­na spoj­rza­ła na Han­kę.

– Bę­dzie jaz­da.

Han­ka za­ło­ży­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

– I o to cho­dzi.

W tle słoń­ce za­nu­rza­ło się w oce­anie, a Bali za­czy­na­ło mru­czeć obiet­ni­ca­mi, któ­re pach­nia­ły solą, po­tem i wol­no­ścią.

Gra, której nie było w planie

Wie­czór był gę­sty od wil­go­ci i nie­do­po­wie­dzia­nych emo­cji.

Bali pach­nia­ło jak dzi­ki ko­cha­nek: upa­łem, po­tem i przy­pra­wa­mi.

Dziew­czy­ny sie­dzia­ły przy ba­se­nie, są­cząc drin­ki. Śmie­chy, roz­mo­wy, szyb­kie żar­ty – wszyst­ko pod po­wierzch­nią na­pię­te jak cię­ci­wa łuku.

An­to­ni­na wło­ży­ła lek­ką su­kien­kę na cien­kich ra­miącz­kach, ma­te­riał le­d­wie za­kry­wał uda, a de­kolt przy­cią­gał spoj­rze­nia jak ma­gnes. Czu­ła się… inna. Nie jak mat­ka. Nie jak sze­fo­wa.

Jak ko­bie­ta. Cała. Głod­na ży­cia.

– Mu­si­my za­grać w grę – rzu­ci­ła Kla­ra, ma­cha­jąc szklan­ką z reszt­ką te­qu­ili. – Taką… tro­chę nie­grzecz­ną.

Pau­li­na spoj­rza­ła na nią z uko­sa.

– Mam złe prze­czu­cia.

– Oj tam, woj­sko­wa! – Kla­ra za­chi­cho­ta­ła. – „Praw­da lub wy­zwa­nie”. Sta­ra kla­sy­ka. Ale wer­sja… dla do­ro­słych ko­biet, któ­re prze­sta­ły się pie­przyć z ocze­ki­wa­nia­mi.

An­to­ni­na unio­sła brew, lek­ko się uśmie­cha­jąc.

– Brzmi jak ma­te­riał na kło­po­ty.

– I wła­śnie o to cho­dzi – mruk­nę­ła Han­ka, po­pi­ja­jąc pro­sec­co.

Roz­po­czę­ły.

Praw­da – wy­zwa­nie.

Śmiech prze­pla­tał się z za­wsty­dze­niem, wy­zna­nia­mi i ma­ły­mi pro­wo­ka­cja­mi.

– Kla­ra – Pau­li­na zmru­ży­ła oczy – praw­da: ilu fa­ce­tów na­praw­dę cię za­spo­ko­iło?

Kla­ra par­sk­nę­ła:

– Je­den. Ale je­stem prze­ko­na­na, że był na­ćpa­ny i po­my­lił mnie z inną.

Śmiech. Gło­śny, szcze­ry, bez­czel­ny.

An­to­ni­na są­czy­ła drin­ka, cie­sząc się chwi­lą, aż pa­dło na nią.

– An­to­ni­na – Kla­ra za­śpie­wa­ła jak dia­bli­ca – praw­da: czy ostat­nio ma­rzy­łaś o sek­sie z nie­zna­jo­mym?

An­to­ni­na od­chy­li­ła gło­wę, pa­trząc w nie­bo. A po­tem prze­nio­sła wzrok na Kla­rę.

W jej oczach błysz­czał spo­kój i coś jesz­cze – coś dra­pież­ne­go.

– Tak – po­wie­dzia­ła ci­cho, ale wy­raź­nie. – I nie za­mie­rzam się tego wsty­dzić.

Po­mię­dzy nimi prze­sko­czy­ła iskra.

Szcze­ra. Go­rą­ca. Kla­ra za­mar­ła na chwi­lę. Pau­li­na unio­sła brew. Han­ka uśmiech­nę­ła się lek­ko pod no­sem.

– Bali – mruk­nę­ła Han­ka. – Tu nie ma za­sad.

I wte­dy zja­wił się Lo­ren­zo. Jak­by wy­wo­ła­ny ich my­śla­mi.

Opa­lo­ny, roz­cheł­sta­ny, z tym pie­przo­nym pół­u­śmie­chem, któ­ry spra­wiał, że ko­bie­ce ko­la­na mię­kły jak ma­sło w słoń­cu.

Pod­szedł bez­czel­nie bli­sko. Pa­trzył pro­sto na An­to­ni­nę. Jak­by tyl­ko ona ist­nia­ła.

– Cześć, pięk­ne – po­wie­dział z nutą zmy­sło­wo­ści w gło­sie, a Kla­ra aż chwy­ci­ła się fo­te­la.

– Cześć – od­po­wie­dzia­ła An­to­ni­na, czu­jąc, jak jej ser­ce przy­spie­sza.

Lo­ren­zo spoj­rzał wprost w jej oczy.

Bez wsty­du. Bez zbęd­nych słów.

– Je­śli masz ocho­tę – po­wie­dział ci­cho – tu nie­da­le­ko jest bar, gdzie po­da­ją naj­lep­sze Arak Madu na wy­spie… – Za­wie­sił głos. – Tyl­ko dla cie­bie – do­dał.

Świat wo­kół za­marł.

Dziew­czy­ny wstrzy­ma­ły od­dech. An­to­ni­na unio­sła kie­li­szek, spoj­rza­ła pro­sto w oczy Lo­ren­za i od­po­wie­dzia­ła:

– Może. Ale naj­pierw mu­sisz wy­grać w moją grę.

Lo­ren­zo za­śmiał się gar­dło­wo.

– Uwiel­biam wy­zwa­nia.

– To do­brze – po­wie­dzia­ła An­to­ni­na, zsu­wa­jąc z ra­mie­nia ra­miącz­ko su­kien­ki tak, że od­sło­ni­ła ka­wa­łek bla­de­go ra­mie­nia. – Bo ja nie je­stem ła­twą prze­ciw­nicz­ką.

Pa­trzył na nią jak głod­ny męż­czy­zna na je­dy­ne da­nie w pro­mie­niu stu ki­lo­me­trów.

– O mój Boże – szep­nę­ła Kla­ra te­atral­nie. – To się źle skoń­czy. Albo ge­nial­nie.

Pau­li­na wy­mam­ro­ta­ła coś o po­trze­bie więk­szej ilo­ści te­qu­ili.

Han­ka za­ło­ży­ła nogę na nogę, z roz­ba­wio­nym bły­skiem w oku.

An­to­ni­na wsta­ła. Po­wo­li. Zmy­sło­wo. Bez po­śpie­chu.

– Idę się prze­brać – rzu­ci­ła przez ra­mię. – Bo je­śli mam iść na Arak Madu… mu­szę wy­glą­dać tak, jak czu­ję się w środ­ku.

Lo­ren­zo pa­trzył na nią, nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku.

A ona wie­dzia­ła, że wy­gra­ła. Już wy­gra­ła. Nim jesz­cze gra się za­czę­ła.

-

An­to­ni­na wy­szła z po­ko­ju, zo­sta­wia­jąc za sobą ślad de­li­kat­nych per­fum o za­pa­chu ja­śmi­nu i pa­czu­li. W gło­wie jej krą­ży­ła eks­cy­ta­cja prze­mie­sza­na z odro­bi­ną stra­chu, ale była to ta cu­dow­na mie­szan­ka, któ­rą od­czu­wa się tyl­ko na po­cząt­ku cze­goś, co może stać się wy­jąt­ko­we. Spoj­rza­ła na swo­je od­bi­cie w lu­strze, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po de­li­kat­nej tka­ni­nie czer­wo­nej su­kien­ki, któ­ra ide­al­nie przy­le­ga­ła do jej cia­ła, pod­kre­śla­jąc każ­dą krzy­wi­znę. Głę­bo­ki de­kolt od­sła­niał nie­co wię­cej skó­ry, niż pla­no­wa­ła, ale nie mia­ła za­mia­ru ni­cze­go za­kry­wać. Tego wie­czo­ru chcia­ła być sobą – od­waż­ną, pew­ną i bez­wstyd­ną.

Gdy wró­ci­ła na ta­ras, Lo­ren­zo już na nią cze­kał, opar­ty non­sza­lanc­ko o ba­lu­stra­dę, ubra­ny w lnia­ną bia­łą ko­szu­lę z roz­pię­ty­mi pierw­szy­mi gu­zi­ka­mi i gra­na­to­we spodnie. Jego opa­lo­na skó­ra kon­tra­sto­wa­ła z bia­łym ma­te­ria­łem, a uśmiech na ustach mó­wił wszyst­ko, cze­go sło­wa­mi nie mógł­by wy­ra­zić.

– Go­to­wa na tę grę? – za­py­tał, wy­cią­ga­jąc do niej rękę.

– Za­wsze je­stem go­to­wa – od­po­wie­dzia­ła lek­ko, po­zwa­la­jąc, by wziął jej dłoń w swo­ją.

Spa­cer do baru był krót­ki, ale in­ten­syw­ny. Po­wie­trze pach­nia­ło oce­anem, kwia­ta­mi fran­gi­pa­ni i de­li­kat­nym dy­mem ka­dzi­deł, któ­re pa­li­ły się przy przy­droż­nych świą­tyn­kach. W od­da­li sły­chać było dźwięk cy­kad oraz de­li­kat­ny szum fal. Uli­ce oświe­tlo­ne były cie­płym, zło­ci­stym świa­tłem lam­pio­nów, co nada­wa­ło wszyst­kie­mu nie­zwy­kły, nie­mal ba­śnio­wy kli­mat.

Bar, do któ­re­go Lo­ren­zo ją za­pro­wa­dził, był ma­lut­kim, drew­nia­nym bu­dyn­kiem scho­wa­nym wśród gę­stych palm i ba­na­now­ców. Nad wej­ściem wi­sia­ły lamp­ki, rzu­ca­jąc cie­płe, mięk­kie świa­tło na drew­nia­ne sto­li­ki i wi­kli­no­we fo­te­le. Mu­zy­ka była sub­tel­na, ci­chy jazz mie­szał się z od­gło­sa­mi tro­pi­kal­nej nocy.

Usie­dli przy sto­li­ku z wi­do­kiem na oce­an. Lo­ren­zo za­mó­wił mo­ji­to, któ­re bar­man przy­go­to­wy­wał na ich oczach, zręcz­nie mie­sza­jąc mię­tę, rum i świe­ży sok z li­mon­ki.

– Co cię spro­wa­dzi­ło na Bali, An­to­ni­no? – za­py­tał Lo­ren­zo, pa­trząc na nią in­ten­syw­nie, jak­by chciał od­kryć wszyst­kie jej se­kre­ty jed­nym spoj­rze­niem.

– Chy­ba po­trze­bo­wa­łam uciec od rze­czy­wi­sto­ści – przy­zna­ła, ba­wiąc się słom­ką w swo­im drin­ku. – Cza­sem ży­cie w Pol­sce bywa… zbyt sza­re, zbyt po­waż­ne.

– Tu­taj ko­lo­ry na­bie­ra­ją in­ten­syw­no­ści – po­wie­dział mięk­ko. – Szcze­gól­nie te­raz, gdy na cie­bie pa­trzę.

Ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się na dłuż­szą chwi­lę. An­to­ni­na po­czu­ła cie­pło roz­le­wa­ją­ce się w pier­si, któ­re nie mia­ło nic wspól­ne­go z al­ko­ho­lem.

– A ty? – za­py­ta­ła, prze­ła­mu­jąc ci­szę. – Co ro­bisz tu, na koń­cu świa­ta?

– Szu­kam in­spi­ra­cji – od­parł z uśmie­chem. – I my­ślę, że wła­śnie ją zna­la­złem.

At­mos­fe­ra mię­dzy nimi gęst­nia­ła z każ­dą se­kun­dą. An­to­ni­na za­uwa­ży­ła, że jego dło­nie są duże, sil­ne, ale jed­no­cze­śnie sub­tel­ne, gdy ge­sty­ku­lo­wał, opo­wia­da­jąc o swo­im ży­ciu we Wło­szech. Każ­de sło­wo, któ­re wy­po­wia­dał, zda­wa­ło się mu­skać ją de­li­kat­nie jak piesz­czo­ta.

Wo­kół nich świat żył swo­im ży­ciem – inni go­ście się śmia­li, roz­ma­wia­li, tań­czy­li do mu­zy­ki, ale dla An­to­ni­ny i Lo­ren­za nie ist­nia­ło nic poza tym ma­łym sto­li­kiem, oce­anem i spoj­rze­nia­mi, któ­re mó­wi­ły wię­cej niż sło­wa.

W pew­nym mo­men­cie Lo­ren­zo na­chy­lił się bli­żej, jego głos stał się jesz­cze bar­dziej mięk­ki i ku­szą­cy.

– Po­wiedz mi – szep­nął – w jaką grę mie­li­śmy za­grać?

An­to­ni­na prze­chy­li­ła gło­wę, czu­jąc, jak jej ser­ce przy­spie­sza. Uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo.

– Mu­sisz od­kryć wszyst­kie moje ta­jem­ni­ce, za­nim skoń­czy się noc – od­po­wie­dzia­ła rów­nie ci­cho.

Lo­ren­zo uśmiech­nął się sze­ro­ko, jego oczy błysz­cza­ły w świe­tle lam­pio­nów jak dwa pło­ną­ce wę­gle.

– Uwiel­biam od­kry­wać – od­parł, pod­no­sząc swo­ją szklan­kę w to­a­ście.

An­to­ni­na zro­bi­ła to samo, ich szkła ze­tknę­ły się de­li­kat­nie, a dźwięk roz­legł się echem w po­wie­trzu, jak obiet­ni­ca tego, co mia­ło na­dejść.

Ich spoj­rze­nia znów się spo­tka­ły, tym ra­zem już bez żad­nej ma­ski, bez uda­wa­nia, bez ba­rier.

Wie­dzie­li, że tej nocy Bali bę­dzie świad­kiem po­cząt­ku cze­goś, co trud­no było opi­sać sło­wa­mi.

Było to coś, co mo­gło zmie­nić wszyst­ko.

Kie­dy Lo­ren­zo od­pro­wa­dził ją pod drzwi, po­ca­ło­wał ją de­li­kat­nie w rękę.

– Bez­piecz­na i cała – po­wie­dział ci­cho, z uśmie­chem. – Do zo­ba­cze­nia.

Gdy tyl­ko znik­nął za ro­giem, An­to­ni­na we­szła do po­ko­ju, gdzie dziew­czy­ny już cze­ka­ły z roz­iskrzo­ny­mi ocza­mi.

– No opo­wia­daj! – Kla­ra nie­mal pod­ska­ki­wa­ła z emo­cji. – Jak było?

Pau­li­na chi­cho­ta­ła, do­le­wa­jąc im wina.

– Był bo­ski, praw­da? – do­py­ty­wa­ła Han­ka z fi­glar­nym uśmie­chem. – W po­rów­na­niu do tych na­szych do­mo­wych kap­ci z pi­wem, to jak­byś mia­ła pry­wat­ny kon­cert za­miast me­czu pił­ki noż­nej.

An­to­ni­na śmia­ła się gło­śno, zrzu­ca­jąc szpil­ki.

– Dziew­czy­ny, był ma­gicz­ny. Ale na szcze­gó­ły mu­si­cie tro­chę po­cze­kać – draż­ni­ła je, czu­jąc, jak cie­pło roz­pły­wa się w niej na samą myśl o Lo­ren­zie.

Śmie­chy i roz­mo­wy wy­peł­ni­ły po­kój, gdy przy­ja­ciół­ki wy­mie­nia­ły się opo­wie­ścia­mi o męż­czy­znach, roz­ko­szu­jąc się tym wie­czo­rem i po­czu­ciem wol­no­ści, któ­re da­wa­ło im Bali.

Nie mów mi, że już za późno

Po­ra­nek na Bali pach­niał mo­rzem, wil­go­cią i ka­dzi­dła­mi.

Słoń­ce nie­śmia­ło prze­bi­ja­ło się przez chmu­ry, jak­by wie­dzia­ło, że te ko­bie­ty po­trze­bu­ją dziś ła­god­ne­go świa­tła.

An­to­ni­na, Kla­ra, Pau­li­na i Han­ka za­nu­rzy­ły się w ba­se­nie przy wil­li.

Woda mu­ska­ła ich cia­ła le­ni­wie, jak ko­cha­nek z rana.

Roz­mo­wa pły­nę­ła swo­bod­nie, szcze­ra jak jesz­cze ni­g­dy.

– No do­bra – za­czę­ła Kla­ra, krę­cąc drin­ka pal­cem w szklan­ce. – Pau­li­na, ale ty se­rio chcesz wró­cić do tego Tom­ka?

Pau­li­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ła­two wam mó­wić… Ale czy wy w ogó­le wi­dzia­ły­ście męż­czyzn w dzi­siej­szych cza­sach?

Han­ka pod­nio­sła się gwał­tow­nie, roz­chla­pu­jąc wodę.

– Co ty ga­dasz?! Ty je­steś jesz­cze mło­da! Czter­dziest­ka to nie ko­niec świa­ta!

– Ła­two ci mó­wić – burk­nę­ła Pau­li­na.

– Nie ła­two, tyl­ko praw­dzi­wie – po­wie­dzia­ła twar­do Han­ka. – Ja mam sześć­dzie­siąt­kę i wiem, że two­je czter­dzie­ści to zło­to. Spójrz na An­to­ni­nę, flir­tu­je z Wło­chem, a wy­glą­da le­piej niż nie­jed­na dwu­dziest­ka.

Kla­ra się uśmiech­nę­ła, pa­trząc na wspo­mnia­ną ko­le­żan­kę.

– A na­wet le­piej niż nie­jed­na na­sto­lat­ka.

An­to­ni­na unio­sła kie­li­szek.

– Za nowe po­cząt­ki – po­wie­dzia­ła.

– I za to, że­by­śmy nie bały się żyć – do­da­ła Han­ka.

Śmiech po­niósł się nad ba­se­nem. Ale pod nim było coś jesz­cze.

Praw­da.

-

Po po­łu­dniu An­to­ni­na wło­ży­ła lek­ką su­kien­kę w ko­lo­rze szam­pań­skie­go zło­ta. Jej cia­ło, opa­lo­ne, ko­bie­ce, przy­cią­ga­ło wzrok. Była pięk­na. Pięk­na na spo­sób, któ­ry zna swo­je bli­zny i nie uda­je, że ich nie ma.

Lo­ren­zo cze­kał pod wil­lą.

Opa­lo­ny, non­sza­lanc­ki, z uśmie­chem, któ­ry obie­cy­wał wszyst­ko i nic za­ra­zem.

– Go­to­wa? – za­py­tał, po­da­jąc jej kask.

– Ni­g­dy do koń­ca – mruk­nę­ła An­to­ni­na, wsia­da­jąc za nim.

Pę­dzi­li sku­te­rem przez ba­lij­skie wsie, przez pola ry­żo­we i za­po­mnia­ne świą­ty­nie.

Wiatr szar­pał su­kien­kę An­to­ni­ny, a śmiech wy­my­kał jej się z ust, jak­by był czymś, cze­go nie da się już za­trzy­mać.

Aż na­gle – trzask.

Sku­ter się za­trząsł i sta­nął.

– No pięk­nie – mruk­nę­ła An­to­ni­na, scho­dząc ostroż­nie na zie­mię.

Byli na ubo­czu, wśród palm i dzi­kiej zie­le­ni.

– Wy­glą­da na to, że mu­si­my zro­bić so­bie prze­rwę – po­wie­dział Lo­ren­zo, sia­da­jąc pod wiel­kim drze­wem.

An­to­ni­na za­wa­ha­ła się przez chwi­lę. Ale po­tem usia­dła obok nie­go. Bli­sko. Za bli­sko. W cie­niu drze­wa czas się za­trzy­mał. Ci­sza była gę­sta od nie­wy­po­wie­dzia­nych słów.

Lo­ren­zo od­gar­nął ko­smyk wło­sów z jej twa­rzy.

Nie po­spiesz­nie. Nie nie­śmia­ło. Tyl­ko jak ktoś, kto wie, co robi, i wie, cze­go chce.

– Je­steś pięk­na, kie­dy nie kon­tro­lu­jesz wszyst­kie­go – szep­nął.

An­to­ni­na par­sk­nę­ła ci­cho.

– A ty je­steś nie­bez­piecz­ny.

– Dla ko­biet, któ­re lu­bią same sie­bie okła­my­wać – od­parł, mu­ska­jąc pal­cem li­nię jej żu­chwy.

Ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Nikt się nie śmiał. Nikt nie uda­wał.

An­to­ni­na po­czu­ła, jak w niej coś pęka. Jak mur, któ­ry bu­do­wa­ła la­ta­mi, za­czy­na się kru­szyć.

Lo­ren­zo nie po­ca­ło­wał jej od razu. Naj­pierw do­tknął dło­nią jej ra­mie­nia. Po­tem prze­su­nął pal­ca­mi po jej na­giej no­dze. Bar­dzo wol­no. Jak­by chciał po­czuć każ­de drże­nie mię­śni.

– Je­śli cię te­raz po­ca­łu­ję – po­wie­dział ochry­płym szep­tem – to nie bę­dzie za­ba­wa. To bę­dzie obiet­ni­ca.

An­to­ni­na za­mknę­ła na mo­ment oczy.

Po­tem spoj­rza­ła na nie­go wy­zy­wa­ją­co.

– Więc na co cze­kasz?

Lo­ren­zo nie po­trze­bo­wał wię­cej za­pro­sze­nia.

Po­ca­ło­wał ją. Nie jak chło­piec, któ­ry pro­si. Jak męż­czy­zna, któ­ry bie­rze. Ich usta zde­rzy­ły się gwał­tow­nie, za­chłan­nie.

An­to­ni­na jęk­nę­ła, czu­jąc jego rękę na swo­im bio­drze, przy­cią­ga­ją­cą ją bli­żej. Czu­ła cie­pło jego cia­ła przez cien­ką tka­ni­nę su­kien­ki. Czu­ła, jak jej cia­ło za­czy­na pło­nąć.

Lo­ren­zo prze­su­nął dło­nią po jej udzie, po­wo­li, pro­wo­ka­cyj­nie, jak­by każ­de prze­su­nię­cie pal­ców było ak­tem po­sia­da­nia.

Ich ję­zy­ki splą­ta­ły się w po­ca­łun­ku, głę­bo­kim, su­ro­wym, praw­dzi­wym.

Od­dy­cha­ła cięż­ko, jak­by każ­da cząst­ka po­wie­trza pa­li­ła jej płu­ca.

– Po­wiedz, że­bym prze­stał – wy­szep­tał, ocie­ra­jąc się o jej szy­ję.

An­to­ni­na jęk­nę­ła ci­cho, kie­dy jego usta zsu­nę­ły się ni­żej, zo­sta­wia­jąc ślad cie­pła i wil­go­ci.

– Nie prze­sta­waj – od­po­wie­dzia­ła, za­ska­ku­jąc samą sie­bie.

Lo­ren­zo za­śmiał się ci­cho – ten dźwięk był czy­stą obiet­ni­cą. Ich dło­nie błą­dzi­ły po so­bie, ba­daw­czo, na­mięt­nie.

An­to­ni­na czu­ła każ­dy cen­ty­metr swo­je­go cia­ła – jak­by wszyst­ko było na nowo obu­dzo­ne.

Czu­ła, jak bu­dzi się w niej ko­bie­ta, o któ­rej my­śla­ła, że umar­ła gdzieś po dro­dze – mię­dzy roz­wo­dem, sa­mot­ny­mi wie­czo­ra­mi i uda­wa­nym spo­ko­jem.

Czu­ła się żywa.

I wte­dy…

Lo­ren­zo się od­su­nął. Po­wo­li. Z tru­dem. Pa­trzył na nią, jak­by wal­czył z sobą sa­mym.

– Nie tu­taj – po­wie­dział za­chryp­nię­tym gło­sem. – Nie pierw­szy raz. Chcę cię ro­ze­brać tam, gdzie bę­dzie­my mie­li czas… i cały świat, do dia­bła.

An­to­ni­na wes­tchnę­ła cięż­ko.

Po­żą­da­nie w niej było roz­pa­lo­ne do gra­nic.

– Obie­cu­jesz? – za­py­ta­ła pół­gło­sem.

Lo­ren­zo ujął jej twarz w dło­nie.

– Ja nie rzu­cam słów na wiatr.

Po­ca­ło­wał ją jesz­cze raz – po­wo­li, głę­bo­ko, jak­by skła­dał na niej coś świę­te­go.

A po­tem po­mógł jej wstać.

W od­da­li, za li­nią palm, za­mru­ga­ły świa­tła – znak, że cy­wi­li­za­cja wciąż ist­nia­ła.

Ale oni byli wciąż tyl­ko tu­taj. Pod drze­wem. W miej­scu, gdzie za­czął się ich wła­sny, nie­prze­wi­dy­wal­ny świat.

Gra, której nikt nie przewidział

Wie­czór na Bali był lep­ki od wil­go­ci i od­de­chów nie­speł­nio­nych pra­gnień.

An­to­ni­na wró­ci­ła na mięk­kich no­gach z Lo­ren­zo do wil­li.

Jego do­tyk, jego usta, jego sło­wa… Wszyst­ko w niej pło­nę­ło.

Dziew­czy­ny cze­ka­ły już przy sto­le roz­sta­wio­nym na ta­ra­sie. Świe­ce pa­li­ły się w sło­ikach, roz­rzu­ca­jąc cie­płe świa­tło, a po­wie­trze nio­sło za­pach gril­lo­wa­nych owo­ców mo­rza i słod­kich przy­praw.

– O, na­sza ro­man­tycz­na para! – za­kpi­ła Kla­ra, ma­cha­jąc do nich kie­lisz­kiem pro­sec­co.

An­to­ni­na tyl­ko uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Nie za­mie­rza­ła tłu­ma­czyć się ni­ko­mu. Nie dzi­siaj.

Ko­la­cja za­czę­ła się jak każ­da inna – roz­mo­wy, śmie­chy, drob­ne żar­ty.

Aż po­ja­wił się on. Nowy. Nie­pro­szo­ny, ale cho­ler­nie in­te­re­su­ją­cy.

– Dziew­czy­ny, po­znaj­cie Mar­ka – po­wie­dzia­ła Han­ka, wsta­jąc. – Ko­le­ga z mo­jej sie­ci ne­twor­kin­go­wej. Przy­pad­kiem jest te­raz na Bali.

„Przy­pad­kiem”. Ja­sne. Ma­rek był wy­so­ki, opa­lo­ny, z kil­ku­dnio­wym za­ro­stem i spoj­rze­niem, któ­re umia­ło czy­tać rze­czy, któ­rych nie mó­wi­ły usta.

Wszedł pew­nym kro­kiem, jak ktoś, kto zna swo­ją war­tość.

Lo­ren­zo zmru­żył oczy, gdy tyl­ko zo­ba­czył, jak Ma­rek uści­snął dłoń An­to­ni­ny odro­bi­nę za dłu­go.

A An­to­ni­na?

An­to­ni­na uśmiech­nę­ła się lek­ko. Nie pro­wo­ka­cyj­nie. Na­tu­ral­nie.

Ale Lo­ren­zo­wi to wy­star­czy­ło.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Sok z ko­bie­ty

isbn: 978-83-8423-357-3

© Ma­ria Sto­kło­sa-Cuc­ci­niel­lo i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.