Śmiertelny grzech - Annie Solomon - ebook

Śmiertelny grzech ebook

Solomon Annie

0,0

Opis

 

Zemsta! Edie Swann żyła żądzą odwetu, odkąd przed laty opuściła rodzinne miasteczko. Teraz wraca wyrównać rachunki. Przywozi ze sobą listę nazwisk. Każdemu, kto się na niej znalazł, przekazuje niepokojący znak, że ma on na rękach krew. Jednak to, co spotyka ludzi z jej listy, przekracza jej zamiary i wyobrażenie. 
[Opis wydawcy] 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 419

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Śmiertelny Grzech

 

Powieści Annie Solomon

FOTOGRAF ŚMIERCI

MROCZNA TOŻSAMOŚĆZAŚLEPIENIE

 

Annie

Solomon

Śmiertelny Grzech

PrzekładBEATA HOROSIEWICZ

 

Redakcja stylistyczna

Barbara Walicka

Korekta

Jolanta Kucharska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Foniok

Zdjęcie na okładce

© Wilfried Krecichwost/Stone/Getty Images/Flash Press Media

Skład

Wydawnictwo AMBER

Jacek Grzechulski

Druk

Drukarnia Naukowo-Techniczna

Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA, Warszawa, ul. Mińska 65

Tytuł oryginału

One Deadly Sin

Copyright © 2009 by Wylann Solomon

This edition published by arrangement with Grand Central Publishing,

New York, New York, USA.

Ali rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-3665-0

Warszawa 2010. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel.620 40 13,620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

 

Mimi, Sundrze, Lindley

i całej reszcie towarzystwa z Panera’s West End. Dzięki za kawę i ciepłe powitanie każdego ranka.

Rozdział 1

Przybyła w nocy, wślizgując się do miasta jak cień. Ciemność była jej sprzymierzeńcem. Budziła przeszłość, tę mroczną otchłań pełną gniewu i tajemnic. Odtworzenie tamtych wydarzeń wymagało użycia czarnej magii.

Fakt, że pojawiła się tu o północy, miał w sobie sporo ironii: podjechała na cmentarz, poza krąg ulicznych latarni, o tradycyjnej godzinie duchów. Posuwała się przed siebie wolno, a drogę wskazywały jej gwiazdy, punkciki światła. I pamięć.

Tamtej nocy, przed laty, też świeciły gwiazdy, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi i przełamał ciszę na to, co przedtem i potem. Usłyszała go przez zamknięte drzwi swojej sypialni, mimo że już od dawna powinna była spać. Ale czy można zasnąć, gdy ojciec został oskarżony i zaginął, a matka tonie we łzach rozpaczy?

Zapamiętała ciemność za oknem, księżyc jak wąskie usta wygięte w uśmiechu, głosy dorosłych dudniące jak grzmot.

I nagły krzyk matki.

Nieludzki, zwierzęcy, rozdzierający, rozrywający wszechświat na strzępy. Krzyk tak dziki, że samo wspomnienie jeszcze dziś przyprawiało ją o dreszcz.

Teraz nikt nie krzyczał. Nic nie zakłócało ciszy prócz szumu kół toczących się krętą cmentarną alejką biegnącą między grobami.

W końcu zwolniła. Zatrzymała się. Zgasiła silnik.

I ruszyła drogą biegnącą między zmarłymi. Ostatnia rzecz, którą widziała w tym mieście. Ostatni obraz domu. I pierwsze, co ujrzała po powrocie.

Czarny anioł.

Omiotła rzeźbę światłem latarki. Oczyma dziesięciolatki widziała odpychającą twarz. Dwadzieścia lat później stwierdziła, że w zamyśle to oblicze miało być przyjazne. Jednakże masywne, rozłożyste skrzydła, przysłaniające kamienną głowę nadawały rzeźbie wygląd nietoperza wampira.

Ten anioł wywołał gorący spór. Chociaż odesłano ją do własnego pokoju, słyszała, jak matka i ciocia się kłócą.

- To jest przerażające. Bezbożne - powiedziała jej ciocia. - Skaza na jego imieniu.
- To oni go zniesławili, nie ja.
- Jacy oni?
- Nie wiem!
- Nie możesz tego zrobić, Evelyn.
- Już to zrobiłam. - Głos matki był ostry i pełen napięcia. - Będzie tam stał, dopóki hańba nie zostanie zmazana. Dopóki tego nie udowodnię.

Dopóki tego nie udowodnię.

Biedna matka.

Tego nie można było udowodnić. Wszystko okazało się zbyt trudne, zbyt ciężkie. Jak samo życie.

Pochyliwszy się, przesunęła palcami po kamiennej głowie. Zaschnięte błoto wypełniało litery wycięte w marmurze. Wyjęła scyzoryk i wydrapała brud, dmuchając, aby usunąć resztki.

Charles Swanford.

Cześć, tato.

Przyjrzała się inskrypcji, choć wcale nie musiała jej czytać, gdyż była wyryta w jej pamięci. „Ukochany mąż i ojciec”. I cytat: „Śpieszno im, by krew niewinną wytoczyć”.

Niewinna krew. Wyprostowała się i stanęła twarzą w twarz z aniołem. Jej ojciec i matka potrzebowali czarnego anioła. Byli słabi. Nieprzygotowani na trudności, jakie przygniotły ich w życiu. Wycofali się i ukryli. Uciekli. Umarli.

Przybyła tu dla nich. Zgasiła latarkę, a ciemność spowiła ją jak całun. Edie wróciła. I wszystko naprawi.

Rozdział 2

Edie Swann. - Red McClure podniósł wzrok znad podania o pracę i spojrzał na Edie, która stała po przeciwnej stronie kontuaru.

Wstrzymała oddech, nie wiedząc, czy jej nazwisko obudzi w nim jakieś skojarzenie. Czy je rozpoznał? Zastanawiała się, czy używać prawdziwego nazwiska. Nie różniło się tak bardzo od tego, które nosiła, opuszczając Redbud, więc fałszywa tożsamość mogłaby jej się przydać. Ale używanie fałszywki nie było w jej stylu. Nie chciała wracać jako ktoś inny, pragnęła pojawić się tuż pod nosem całego przeklętego miasta, była pewna, że dwadzieścia lat dzielące przeszłość od dnia dzisiejszego musiało zatrzeć wspomnienia. Jak dotąd nie myliła się ani trochę.

Red spojrzał na nią szczerze i przyjaźnie. Bez podtekstów. Miał poczciwą okrągłą twarz, budzącą zaufanie do barmana. Jego wygląd zachęcał do zwierzeń.

Ale od niej i tak niczego nie wyciągnie.

- No dobrze.

W „Redbud Gazette” znalazła ogłoszenie, że szukają pomocy do baru. Zastanawiała się, czy lokal nazwano na cześć miasta, czy raczej właściciela. Kiedy tam dotarła i zobaczyła przerzedzoną, czerwoną czuprynę i piegowatą twarz, sprawa się wyjaśniła.

Ponownie przestudiował jej podanie, chyba już po raz trzeci. Edie hamowała zniecierpliwienie.

- Dużo się kręciłaś - powiedział. - Nowy Jork, Boston, Chicago, St. Louis, Nashville.

Wzruszyła ramionami.

- Próbuję znaleźć mój eden.

Rzuciła aluzję, czekając na jakiś znak, że została rozpoznana, ale nic takiego nie nastąpiło. Przeszył ją dreszcz zadowolenia. Na dworze było gorąco, panowała ciężka, letnia, nasycona wilgocią duchota, a klimatyzowane pomieszczenie wydawało się przechłodzone na wskroś. Przyda się to, kiedy już zacznie pracować, ale w tej chwili czuła, że chłód przenika odkryte ramiona, osłonięte jedynie obcisłą kamizelką.

- I sądzisz, że znalazłaś go w Redbud? - W jego głosie brzmiało powątpiewanie.
- Nigdy nie wiadomo. - Obdarzyła go czarującym uśmiechem, który zazwyczaj rezerwowała dla klientów. Zadziałało, jak zwykle. Podobnie jak kilka innych sztuczek, które miała do sprzedania. Opieranie łokci na kontuarze i pochylanie się do przodu, aby dekolt był bardziej widoczny.
- To dobre miejsca. - Stuknął palcem w kartkę, mając na myśli listę barów, w których wcześniej pracowała. - Znam niektóre. Oczywiście, ze słyszenia. Ale byłem w Sassafrass w Nashville. Niezły lokal. Tutaj tego nie znajdziesz. To lokal dla najbliższych sąsiadów. Okoliczna klientela.

Bar dla sąsiadów to pewna przesada, zważywszy że przybytek znajdował się na skraju miasta, prawie kilometr od fabryki Hammerbilt HVAC. Jedynymi sąsiadami byli kierowcy ciężarówek dostarczający stalowe pokrycia dachowe i robotnicy płynący stałym strumieniem, bez których Red’s nie przeżyłby ani chwili.

- Tego właśnie szukam. - I aby uwiarygodnić swoje słowa, rozejrzała się po barze. Bałaganiarskie zbiorowisko stolików ulokowanych pod ścianami i na środku, stołki przy kontuarze. Wszystko upchnięte w ponure pomieszczenie, ciemne i tak chłodne, że można by się tam poddać hibernacji. – Wygodne miejsce. Jestem już zmęczona wędrowaniem. Trzydzieści miast w ciągu kilku miesięcy. Czas zapuścić korzenie.
- I wybrałaś Redbud? - Nikomu przy zdrowych zmysłach nie wpadłoby do głowy, żeby zamieszkać w tej mieścinie przy drodze. Zwłaszcza gdyby miał wybór, a ona na pewno miała.

Roześmiała się. Wcześniej przygotowała sobie odpowiednią historyjkę.

- Prawdę mówiąc, to Redbud wybrało mnie. Miałam kłopoty z motorem i musiałam wybulić co nieco na naprawę. Z resztą kasy nie dojechałabym dalej niż do Redbud.
- Wracając do pracy, to masz niezłe papiery.
- Więc jak będzie?

Ściągnął usta.

- Umiesz zrobić, hm... któryś z tych jabłkowych martini?

Zamilkła. Przypuszczała, że nie było tu zbyt wielu chętnych na mieszane drinki.

- Zrobię jabłkowego killera.

Przeskoczyła na drugą stronę kontuaru. Rozejrzała się za wódką i jabłkowym schnappsem. Pierwsze znalazła, drugiego nie. Zapytała.

Właściciel baru, czerwony na twarzy, powiedział:

- Nie ma. Tutaj tego nie zamawiają. Tylko...
- ...chciałeś sprawdzić, czy znam się na rzeczy?

Przytaknął.

- Okej. Daj mi sekundę.

Zrobiła szybki przegląd półek, znalazła trochę brandy, a w lodówce kartonik soku jabłkowego dla dzieci i cytrynę. Wymieszała drinka z lodem, dodała odrobinę wódki i wlała napój do staromodnej szklanki, dekorując skręconym plasterkiem cytryny. Następnie przygotowała drugiego drinka z piwem imbirowym i wlała go do wysokiej szklanki.

- Kwitnąca jabłoń. Kwitnąca jabłoń z bąbelkami.

Przesunęła drinki w jego stronę. Kiedy próbował, znalazła butelkę likieru kakaowego, zdmuchnęła z niej kurz, zmieszała trunek z wódką w wypełnionym kostkami lodu szejkerze i nalała drinka do szklanki z martini.

- Czekoladowe martini. Smakuje ci?

Uśmiechnął się szeroko.

- Tak, ale czy umiesz rozlewać piwo?

Obdarzyła go uśmiechem dla klientów i znowu pochyliła się nad kontuarem.

- Jak nikt inny.

Roześmiali się na te słowa i ustalili, że zacznie jeszcze tego wieczoru.

- Czeka nas fura roboty w mieście - wyjaśnił Red. - Facet, który zarządza fabryką, odchodzi i będzie pracował z grubymi szychami w IAT. To spółka matka Hammerbilt.
- Ach tak? - Edie udawała umiarkowane zainteresowanie. Ale jej uwagi nie uszła żadna informacja o Hammerbilt.
- Na festynie raczej nie będzie alkoholu, więc pewnie pojawi się tu spory tłum. Powinnaś postawić samochód koło parku. To będzie wielka impreza pożegnalna. Spójrz.

Podał jej ulotkę ze szczegółami. Zerknęła na nazwisko głównego bohatera wieczoru i serce zaczęło jej walić. Czasami bogowie jej sprzyjali.

- Dzięki. - Wsunęła ulotkę do kieszeni. - Pewnie tak zrobię.

Potrzebowała jakiegoś lokum, więc Red zaproponował jej pokój nad barem. Przeprosił za bałagan i omówili szczegóły. Pokój należało oczywiście posprzątać, ale znajdowało się w nim wszystko, co niezbędne. Łóżko, płyta ceramiczna, stół, który był wspólny dla jadalni i salonu. Nie nazwałaby tego przytulnym mieszkaniem, ale przecież nie znała tego pojęcia, odkąd wyjechała z Redbud.

Och, miała jakiś dom - mieszkanie cioci Penny, trzy zagracone pokoje, w tym jeden ze składanym łóżkiem dla Edie. Od dawien dawna nie wiedziała już co to ogródek i drzewo, na którym można powiesić huśtawkę. I właściwie wcale za tym nie tęskniła.

A w każdym razie nie tak bardzo jak na początku.

Ale to było lata temu, nie czas myśleć o przeszłości. Musiała coś załatwić.

Wtaszczyła torby na górę po metalowych schodach i wyjrzała na ulicę na tyłach. Nikt nie będzie jej tu przeszkadzał. Idealne miejsce, by nadać sprawom bieg.

Powiesiła w niedużej szafie kilka ubrań, które ze sobą przywiozła - dwie sukienki na wszelki wypadek. Zgarnęła walające się na zapleczu porzucone pudła i zaniosła je do pokoju, gdzie ustawiła je w coś na kształt komody.

Nim minęło południe, zdołała wszystko rozpakować. Prócz jednej rzeczy. Zanurzyła rękę głęboko w wewnętrznej kieszeni torby i wyjęła plastikowy woreczek. Zważyła lekki pakunek na dłoni, podrzucając nim delikatnie. Kąciki jej ust uniosły się w ponurym uśmieszku, wyrzuciła zawartość torebki na goły materac.

Dwanaście maleńkich czarnych aniołów rozsypało się na łóżku.

Rozdział 3

Miasteczko Redbud zbudowali imigranci i przybysze ze wschodu, szukający w Tennessee przygód i bogactwa. To oni zaprojektowali kwadratowy plac, wokół którego powstało miasto. W miarę jak się rozrastało, nowi mieszkańcy, dla których brakowało już miejsca, rozciągali granice, niekoniecznie przestrzegając ustalonego porządku. Poza obszarem pierwotnego miasta, z jego schludnym układem przecinających się pod kątem prostym ulic, które otaczały centralny plac, panował chaos, a kręte alejki biegły ku wijącym się drogom, tworząc labirynt pełen tajemnic.

Drzewa, które niegdyś rosły dziko na krańcach, stopniowo ustąpiły miejsca domom rozwijającego się ośrodka. Dopiero później ojcowie miasta powrócili do tej tradycji, sadząc judaszowce w równych rzędach wokół kwadratowego placu i na jego przedłużeniu - w parku Redbud. Wiosna dawno minęła, a wraz z nią piękne różowe pąki, od których miasto wzięło nazwę. Teraz drzewa były zwyczajnie zielone i jeśli się ich nie znało, można je było wziąć za zupełnie inny gatunek. Ale Edie je pamiętała i kiedy szła między nimi do parku, wyobrażała sobie korony obsypane różowymi pąkami.

Wyglądało na to, że całe miasto wyległo na ulice, aby świętować odejście Freda Lyle’a z fabryki Hammerbilt. Park Redbud był obwieszony balonami i wstęgami, na których widniały jasnoniebieskie napisy: „Dziękujemy panu, Fred”. W parkowym zakątku cztery dziewczyny bez chwili wytchnienia wydawały hot dogi i hamburgery. W głównej alei wzniesiono niewielką estradę, ale w tej chwili nikogo na niej nie było. Plakat, który widziała w oknie baru Red’s, informował, że występy muzyczne zaczną się dopiero wieczorem.

Wmieszała się w tłum. Jej uwagę przyciągnęły szyldy sponsorów. Kościół miejski Redbud obsługiwał stoisko z deserami. Jakaś nastolatka rozdawała staromodne tekturowe wachlarze z napisem wydrukowanym z jednej strony „Runkle’s Real Estate”. Bar miał swoje stoisko - z lemoniadą, wodą i mrożoną herbatą. Zero alkoholu dla pana Freda.

Tłum płynął wokół niej, gdy stała nieruchomo, próbując odtworzyć nastrój tego miejsca. Pamiętała huśtawki w narożniku - wyżej, mamusiu, wyżej! - i fontannę, i klatki z małpkami. Czy na pewno? Wspomnienia są zwodnicze. Podstępne. Usiłowała je zatrzymać, ale rozpłynęły się w powietrzu jak dym.

Na placu zabaw pokrzykiwały teraz inne dzieci i też wołały do rodziców, by huśtali je wyżej. Stała jak wryta, zdumiona ich niewinnością. Wydawało jej się niemądre, że ktoś może być tak niewinny. Jak gdyby wszechświat bardziej litościwie obchodził się z młodymi istotami niż z ich rodzicami.

Zgrzyt mikrofonu sprawił, że skierowała wzrok na estradę. W siateczkę stukał siwowłosy mężczyzna o łagodnej twarzy.

- Mieszkańcy Redbud - zaczął. - Przyszliśmy tutaj, aby podziękować panu Fredowi za wieloletnią pracę dla miasta. Przez dwadzieścia lat był dyrektorem fabryki Hammerbilt, chlubą tej społeczności, kształtując naszą przyszłość umiejętnie i z oddaniem. Było dla nas zaszczytem pracować z nim oraz ze spółką matką Hammerbilt, International Ambient Technologies. A teraz, w przededniu zasłużonego awansu na naczelnego dyrektora wszystkich północnoamerykańskich holdingów IAT, mogę tylko powiedzieć, dziękujemy panu, Fred.

Brawa i gwizdy aplauzu wzniosły się w powietrze, gdy Fred Lyle spokojnym krokiem podchodził do mikrofonu. Ale nie wszyscy byli po jego stronie. Kilkakrotnie usłyszała za sobą prychnięcia, a ktoś nawet mruknął:

- Bzdety.

Odwróciła się, szukając w tłumie malkontenta, ale nie zauważyła go. Tymczasem Fred Lyle rozpoczął przemówienie. Puściła mimo uszu pochwalne peany, jakie wygłaszał na własną cześć, starając się odtworzyć go takim, jaki był wiele lat temu. Ale jej pamięć przechowała tylko nazwisko i nastrój tamtej chwili. Salon w starym domu. Nisko wiszące draperie. Światło lampy i cienie. Sofa, na której siedziała z matką, przytulona do jej obojętnego ramienia. Wślizgująca się do pokoju ciocia Peggy.

- Evelyn, przyszedł pan Lyle. - Mówiła cicho i łagodnie, jak zawsze w ostatnich dniach. Jak gdyby wszyscy grali w szkolnym przedstawieniu, które właśnie się zakończyło. Dodała bardziej stanowczym tonem: - Idź do swojego pokoju, Edie.

Chyba jej nie posłuchała. Być może przywarła mocniej do ciała matki, jakby w nadziei, że kontakt fizyczny przywróci ją do świata żywych. Nie pamiętała, co zrobiła, ale na pewno nie poszła do swojego pokoju. Czekała, aż pojawi się pan Lyle. Na jego widok matka zesztywniała. Stała się czujna i skupiona. I nagle pokój wypełniła wściekłość. Ogromne fale gniewu. W obawie, że znowu usłyszy ten krzyk, Edie czmychnęła z pokoju.

Teraz wpatrywała się w człowieka stojącego na estradzie. Zwykłego człowieka. Z przerzedzonymi włosami, w okularach. Dobry człowiek. Dobry obywatel. Nieszkodliwy.

Ale Edie Swann wiedziała swoje.

- Bzdety! - Tym razem głos za jej plecami zabrzmiał głośniej. Edie odwróciła się i zobaczyła wysokiego, szczupłego mężczyznę z przetłuszczoną kitką, który wygrażał w powietrzu pięścią. - To kłamstwo.

Ludzie dokoła niego patrzyli ze złością.

- Zamknij się, Terry - rzucił jakiś mężczyzna.
- A właśnie, że się, kurde, nie zamknę - warknął i ruszył w stronę tamtego, który szybko się wycofał. - Tego właśnie chcą - odgryzł się Terry. - Żebym się zamknął. Ale ja wiem, w czym rzecz. Wiem, co się tam dzieje, wcale nie są tacy dobrzy.

Coraz więcej ludzi odsuwało się od Terry’ego.

- W Hammerbilt jesteśmy dumni z naszej pracy - mówił Fred Lyle. - Dumni z naszego przywiązania do miasta i jego mieszkańców.
- Gówno prawda! - zawołał Terry, tym razem tak głośno, że wszyscy usłyszeli.

Lyle zająknął się, ale poprawił okulary i mówił dalej.

- Jesteś pijany - zwrócił się do Terry’ego jakiś mężczyzna z tłumu. - Idź do domu. - Położył dłoń na ramieniu Terry’ego, a ten odwrócił się błyskawicznie. - Nie dotykaj mnie.
- Po prostu myślę, że powinieneś...

Terry zamachnął się, tamten oddał cios i zanim Edie się zorientowała, zaczęła się ogólna bijatyka. Ktoś pacnął ją w brodę, zatoczyła się do tyłu, z trudem łapiąc równowagę. Jakaś kobieta krzyczała. Edie odpychała napierający tłum, aby zachować wokół siebie minimalną strefę bezpieczeństwa. Natrafiła na coś pięścią i poczuła ból w całej ręce.

- Cholera. - Ogromny, jasnowłosy mężczyzna patrzył na nią spode łba, pocierając szczękę.

W ciągu kilku sekund zdała sobie sprawę, co się stało, ale też uświadomiła sobie znacznie więcej. Mężczyzna był nie tylko duży. Był wyjątkowo przystojny. Miał mocno zarysowaną szczękę i wydatne usta, muskularne ramiona i szczupłe, silne nogi. Ale w tym momencie cała ta potężna energia zastygła w gniewie. Skierowanym przeciwko niej.

Uwięził jej rękę w żelaznym uścisku i przepychał się przez tłum, ciągnąc Edie za sobą.

- Hej... Puść mnie!

Zignorował ją, krzycząc do ludzi:

- W porządku, już dosyć. Przestańcie! - Krzyczał głośno i zdecydowanie, brnąc przez ciżbę.
- Puść mnie!

Ale on tylko przyciągnął ją bliżej. Zatoczyła się na jego twardą niczym skała pierś i zacisnęła zęby. Jednocześnie zawołał do grupy mężczyzn, którzy nadal walczyli z Terrym:

- Powiedziałem, żebyście przestali! - Kopnął jednego z mężczyzn, a wolną ręką odciągnął drugiego. - Liczę do trzech...

Pozostali potulnie zaprzestali bijatyki. Tylko Terry nadal wywijał pięściami, mimo że teraz jego ciosy tylko młóciły powietrze.

Jeden z walczących spiorunował Terry’ego wzrokiem, po czym rzekł ze skruchą:

- Przepraszam, szeryfie. Ale ten dupek...

Szeryf? Edie utkwiła w nim wzrok. Jęknęła cicho i omiotła go spojrzeniem. Nie miał munduru ani odznaki. Tylko wytarte dżinsy i T-shirt opinający szeroką klatkę piersiową. Ale czy szeryf w małym miasteczku musi chodzić w mundurze?

- Nie myśl, Holt, że zamkniesz mi usta - zwrócił się Terry do większego od siebie mężczyzny. - Nikt nie zamknie mi ust.
- To też doskonale wiemy - odparł mężczyzna imieniem Holt. - Chodź, po drodze opowiesz mi o swoich kłopotach.

Po przyjacielsku otoczył ramieniem Terry’ego, który bezskutecznie usiłował się wyswobodzić. Edie zauważyła, że Holt przesunął rękę na kark Terry’ego i trzymał go jak w kleszczach, tak samo jak ją - twardo i zdecydowanie.

Szeryf razem ze swoimi więźniami zaczął się oddalać od tłumu.

- Hej! - Edie się potknęła. - Gdzie mnie...
- Może pan mówić dalej, Fred! - krzyknął Holt.
- Dziękuję, szeryfie - powiedział Fred Lyle do mikrofonu i kontynuował przynudzanie.

Edie usiłowała wyswobodzić się z uścisku.

- Czy dasz mi wreszcie odejść?

Spojrzał na nią.

- Obraziłaś oficera policji.
- Wcale nie! - Zapiszczała nie swoim głosem, próbując się uspokoić. - Broniłam się. Nic nie poradzę na to, że trafiłeś na moją pięść.

Uśmiechnął się szeroko.

- Tak to wyglądało? - Odwrócił głowę Terry’ego w swoją stronę. - Tak to wyglądało, Terry?
- Nie wiem - odparł naburmuszony Terry.

Przepchali się przez tłum i dotarli do krawężnika, przy którym stał czarny SUV. Edie została usadzona z przodu, obrońca prawa zmagał się jeszcze z Terrym, którego upychał na tylnym siedzeniu. Gdy tylko Holt stanął do niej plecami, Edie wydostała się z samochodu.

- Nie zmuszaj mnie, żebym cię ścigał. - Holt nawet nie zadał sobie trudu, żeby się do niej obrócić. - Mam dziś wolne, a i tak wyrobiłem dzienną normę. Nadgodziny psują mi humor. A lepiej, żebyś mnie nie widziała w złym humorze.

Rozważała to, gdy zamykał tylne drzwi. Nagle wyrósł przed nimi Red.

- Wszystko w porządku, Edie? Holt, do diabła, co ty wyprawiasz z moją nową barmanką?
- Ach, więc jest barmanką. Dlaczego od razu nie powiedziałaś?

Uśmiechnął się do niej szeroko, a iskierki w jego oczach trochę ją onieśmieliły. Czy ma zielone oczy? Złapała się na tym, że najwyraźniej mu się przygląda. Zmarszczyła brwi.

- Przecież nie dałeś mi dojść do słowa - odparła.
- Racja. Moja wina. Policzek od dziewczyny może zaszkodzić mojej reputacji.
- Jest potrzebna dziś wieczorem, Holt.
- Spodziewasz się tłoku?
- Jakbyś zgadł.

Holt znowu potarł szczękę.

- Chyba nie zamierzasz mnie aresztować za obrazę twojej dumy? - zapytała Edie.
- Masz całkiem niezły lewy sierpowy.
- Lepiej mi idzie podawanie dwóch piw jednocześnie.
- Tak?
- Holt... - denerwował się Red.
- Okej, okej. - Holt roześmiał się. - Chciałem się tylko dowiedzieć, kim jest ta mała zadziorna osóbka walcząca z całym miastem.

Oparł się o samochód. Terry zaczął łomotać w okno.

- Mogłeś zapytać - stwierdziła Edie.

Wzruszył ramionami.

- A co w tym zabawnego?

Dupek. Już jej się to prawie wymknęło z ust, ale Red chwycił ją za ramię i mocno pociągnął..

- Edie - zawołał za nią Holt - miło było cię poznać.

Odwróciła się do niego i odkrzyknęła, idąc tyłem za Redem:

- Nie mogę powiedzieć tego samego.

Holt odprowadzał ją wzrokiem - harda, czarnowłosa kobieta w mieście delikatnych blondynek. Nie miał nic do blondynek. Ożenił się z jedną z nich. Ale Cindy zawsze była skromna, ukrywała starannie pośladki pod miękkimi spódnicami i luźnymi spodniami. A dziewczyna, która właśnie się oddalała, kołysała dumnie pupą w ciasnych dżinsach. Krągłą, soczystą i stworzoną do pieszczot. Z trudem oderwał oczy, żeby ktoś nie oskarżył go o natrętne podglądactwo. Ale, do diabła, to właśnie robił.

Chcąc czym prędzej z tym skończyć, odwrócił się i wezwał przez radio swoją zastępczynię, żeby zabrała Terry’ego Bishopa, następnie ogarnął wzrokiem park, pęki kolorowych balonów i grupki mieszkańców. Ale i tak widział tylko piersi Edie opięte skórzaną kamizelką, tatuaż widoczny na ramieniu. I burzę ciemnych włosów, upiętych luźno na czubku głowy - jak u dziewcząt z zespołu Ronette na płycie z kolekcji ojca.

Z głową pełną takich myśli nie powinien wracać do domu, do mamy. I do pięcioletniej córeczki.

Serce znowu mocniej mu zabiło. Edie, kimkolwiek była, oznaczała problemy. Problemy wielkiego miasta. Wyjechał z Memphis pięć lat temu i choć niechętnie się do tego przyznawał, tęsknił za nim. Za jego tempem, światłami, dziwnymi postaciami. Nie wspominając już o ryzyku, podnoszącym adrenalinę. Brakowało mu tego tak samo, jak brakuje usuniętej kończyny.

Zmusił się, by odtworzyć w pamięci inne rzeczy. Ćpunów, dilerów, alfonsów i gangi. I trupy. Wszędzie trupy. W zaułkach, w pobliżu klubów, na ulicy w środku dnia, w szpitalnych łóżkach. Zwłaszcza w szpitalnych łóżkach.

Widok trupów prześladował go nawet w Redbud.

Jego zastępczyni Samantha Fish podjechała na sygnale i zatrzymała się z piskiem opon. Wyskoczyła z samochodu schludna jak spod igły, w odprasowanym mundurze, z włosami upiętymi w zgrabny koczek.

- Tak jest, szeryfie. - Niemal zasalutowała.
- Spocznij - rzekł oschle Holt.

Ale kierowanie takiego polecenia do byłej sierżant armii było jałowym zadaniem.

- Tak jest. - Dalej stała wyprostowana jak struna, zerkając na tylne siedzenie auta szeryfa. Terry robił raban. - Czy to ten opryszek?
- Tak, to on.

Ostrożnie otworzył drzwi, zaskakując tym Terry’ego, który akurat w nie walił. Pijaczyna wyleciał na zewnątrz i upadł na twarz, co ułatwiło Sam zakucie go w kajdanki.

- Przymknij się, Bishop.

Ustawiła go do pionu silną ręką, którą stać było na więcej niż podtrzymywanie chwiejącego się pijaka. W gruncie rzeczy dałaby radę niejednemu mężczyźnie. Holt przypuszczał, że gdyby zmierzył się z nią w walce wręcz, to przegrałby, mimo że był cięższy o jakieś piętnaście kilogramów i wyższy co najmniej o dziesięć centymetrów.

Terry zachwiał się na nogach i wyszczerzył do niej zęby.

- Cześć, Sam.
- Dla ciebie zastępca Fish - powiedziała, surowo marszcząc brwi.
- Och, daj spokój, Sam. Skoczymy na piwo?

Pociągnęła go do swojego wozu.

- Przypominam, przez piwo masz kłopoty.
- Jasne, ale jest gorąco. I chce mi się pić.

Więcej narzekań Holt już nie usłyszał, bo Sam wepchnęła Terry’ego do środka i odjechała. Facet spędzi noc w nowym miejskim areszcie, a nie na ulicach i w barze Red’s.

- Tatusiu! - Miranda podbiegła do ojca i objęła go za kolana.

Tuż za nią szła jego matka, Mimsy. Na widok swoich kobiet poczuł ciepło na sercu. Po co tęsknie wzdychać do ciemnowłosej kochanki, skoro ma się przy boku taką jasnowłosą rodzinkę?

- Obiecałeś mi lody - zganiła go Miranda tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Odziedziczyła po matce piękną, świetlistą skórę, która zawsze fascynowała go u Cindy. Lubił wodzić palcem po błękitnych żyłkach widocznych pod delikatną skórą żony, nie mogąc się nadziwić, jak kruchą jest kobietą. Ale Miranda była zupełnie inna. Już w wieku pięciu lat stawiała żądania zamiast przekonywać jak Cindy.

Podniósł córkę i posadził sobie na ramionach.

- I mam zamiar tego dotrzymać.

Jej małe paluszki objęły czubek jego głowy.

- Chcę czekoladowe.
- Podoba mi się dziewczyna, która wie, czego chce. - Pocałował ją w kolano i mrugnął do matki. - Gdzie jest tata?

Mimsy przewróciła oczami.

- Nie wiem, dlaczego ten człowiek nazywa to grą, skoro jest to dla niego sprawą życia i śmierci.
- Aż tak źle?

- Kiedy go ostatni raz widziałam, kłócił się, kto był zawodnikiem wszech czasów: czy Babe Ruth, czy raczej Joe DiMaggio.

Holt uśmiechnął się. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. W każdym razie nie w Redbud. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, chociaż było zbyt przewidywalne. Rozejrzał się wokół siebie. Festyn rozkręcał się w najlepsze. Uśmiechnięte twarze, rozkrzyczane dzieciaki, zapach hot dogów i popcornu. Jego miasto. Tutaj się urodził i dorastał. Jego miejsce na świecie. A teraz był to również dom Mirandy.

Niepokój szukał drogi do jego serca, by rozgościć się w nim jak kłujący cierń. Ale nic złego nie mogło się stać w mieście takim jak Redbud.

Przyciągnął mocniej kolana Mirandy. I może w tym właśnie był problem.

Rozdział 4

O dziesiątej wieczorem w barze Red’s wrzało już jak w ulu. Edie było to na rękę. Nie musiała wyciągać z nikogo informacji, na których jej zależało. Aż huczało od rozmów o bójce i Terrym Bishopie - poznała już jego nazwisko. I od uwag na temat jej udziału.

- Hej, to ty jesteś tą dziewczyną, którą szeryf odciągnął z pola bitwy?
- We własnej osobie. Dopiero przyjechałam do miasta i już jestem notowana. - Przetarła blat kontuaru, przy którym siedziało trzech nowo przybyłych, i obdarzyła ich swoim powitalnym uśmiechem. - Edie.
- Podaj nam piwo, Edie.

Nalała piwo i postawiła przed grupką gości.

- Andy Burkett - przedstawił się ten, który siedział w środku, mały, krzepki mężczyzna z szopą tłustych, rozczochranych włosów, które wciąż opadały mu na czoło. - Prowadzę warsztat Myera.
- Tak? A co się stało Myerowi?

Wszyscy jak jeden mąż wskazali na podłogę.

- Jakieś sześć, siedem lat temu - odparł Burkett - kupiłem go od wdowy. Pomyślałem, że w całej okolicy przyzwyczaili się, że to warsztat Myera, więc po co, u licha, to zmieniać?

Diabelskie zagranie, pomyślała Edie, przypominając sobie własną decyzję.

- Jakie znaczenie ma nazwisko, no nie?

Podstawowe.

Burkett wzruszył ramionami i przedstawił dwóch swoich kompanów. Skinął głową w stronę sztywniaka siedzącego z jednej strony.

- Ten nicpoń to Howard Wayne, a ten drugi - wskazał kciukiem na brzydala po drugiej stronie - to Russ Elam. Pracują w fabryce.
- Oblewacie awans pana Freda? - zapytała Edie.

Każdy z nich miał na głowie czapkę firmową Hammerbilt pokrytą tłustymi plamami. Czy fabryka rzeczywiście była pieszczoszkiem miasta?

Howard poprawił czapkę i odparował:

- Jeśli nie zamkną budy, to reszta mnie nie obchodzi.

Edie starała się nie okazywać nadmiernego zainteresowania.

- Tak? A mogą?

Andy dźgnął Howarda łokciem.

- Gdzie tam. Howard to stary pierdoła i cykor, i tyle. - Howard przyjął to dobrodusznie i ostatnie słowa utonęły w gromkim śmiechu.
- Naprawiasz harleye? - zapytała Edie mechanika.
- A niech mnie, jasne. Jak się trafi okazja - odparł Andy. - Czemu? Masz harleya?
- Model A 1200, z obniżoną tylną ramą, ściętym błotnikiem i przepiękną chromowaną karoserią. - Gdy mówiła o swoim cacku, w jej głosie brzmiała duma.

Trzej mężczyźni, wyraźnie pod wrażeniem, unieśli brwi.

- Mógłbym kiedyś rzucić okiem? - zapytał Andy.
- Wpadnę do ciebie któregoś dnia - odparła Edie.

Wymienili uśmiechy.

- Hej... podobno biłaś się z Terrym Bishopem? - rzucił chudzielec, Russ. - Dlatego szeryf Drennen cię odholował?

Świat na chwilę stanął w miejscu.

- Powiedziałeś: Drennen?
- No. Holt Drennen. Szef policji w mieście. Czemu? Wzruszyła ramionami, szybko zmyślając historyjkę.
- Znałam jednego Drennena w St. Louis. Ktoś z rodziny? Howard, ten przysadzisty, odpowiedział:
- Nie. Wszyscy Drennenowie nadal tu mieszkają. - Pochylił się do przodu. - Odpuść sobie. Jak to się stało, że podpadłaś Holtowi?

Edie również pochyliła się do przodu, co uczynili też najbliżej siedzący klienci.

- Nadział się na moją pięść. - Wyprostowała się i dodała z groźną miną. - Nie lubię, jak ktoś napatacza mi się pod rękę.

Trzej mężczyźni roześmiali się, a Edie mrugnęła do nich. Oddaliła się, by napełnić puste szklanki. I pomyśleć o tym nazwisku. Drennen. Ale Holt był za młody, żeby...

- Daj mi trzy budsy, jednego light, RC i rum. - Druga pracownica Reda pochyliła się nad barem, trzymając tacę. Lucy Keel była wysoka i zgrabna, z głosem lekko schrypniętym od palenia i burzą rudych włosów, które wiły się wokół jej długiej, chudej szyi. Miała na pewno sześćdziesiątkę, była twarda i gruboskórna, a kiedy Red przedstawiał je sobie, powiedziała, że pracuje w barze od trzydziestu lat.
- Przez ten czas przeżyłam dwóch właścicieli, trzech mężów, walkę z rakiem piersi i wypadek samochodowy. Więc nie wierzę w żadne bzdety i nie szukam przyjaciół. Podawaj mi szybko drinki, to się dogadamy.

Edie uwijała się jak w ukropie, by przygotować drinki dla Lucy. Nie chciała wkurzyć kelnerki. Nikogo nie chciała wkurzyć. Tylko wykonywać swoją robotę i zlać się z tłumem. Dokładnie i powoli. Spokojnie. Być jedną z nich.

- No popatrz, popatrz. - Lucy trąciła Edie łokciem, gdy zdejmowała kapsle z butelek. Starsza kobiet skinęła głową w stronę drzwi. - Prawo znowu cię ściga - powiedziała z uśmieszkiem.
- Witaj, Edie.

Holt Drennen zbliżył się do baru razem ze swoją starszą wersją.

Serce jej podskoczyło, ale szybko się opanowała i zmarszczyła brwi.

- Szeryfie, chce pan znowu wejść jej w drogę? - zawołała Lucy przez ramię i odwróciła się, żeby roznieść drinki.

Holt uśmiechnął się szeroko.

- Może.
- Podobno ma niezły cios! - wykrzyknął ktoś z sali.

Holt potarł szczękę.

- Chcesz zobaczyć moje siniaki?

Cała sala wybuchnęła śmiechem.

Ktoś podszedł do obu mężczyzn i klepnął starszego w plecy.

- Miło pana widzieć, szeryfie.
- Ciebie też, Henry - odparł drugi mężczyzna.
- Czym mogę służyć? - Edie przerwała te czułe słówka.

Holt nadal miał na sobie dżinsy, a rękawy koszulki ciasno opinały silne ramiona i okazałe bicepsy. Przypomniała sobie jego zdecydowany i mocny dotyk. Złapała się na tym, że gapi się na jego ramiona, na duże dłonie o długich, smukłych palcach.

- Chcesz piwo, tato? - zapytał Holt.

Tato. To słowo otrzeźwiło ją. Wszystko wróciło na swoje miejsca.

- Po to tu jestem.
- Z beczki czy z butelki?
- Nalej nam, dziewczyno - powiedział starszy mężczyzna z uśmiechem. - Chcemy zobaczyć, jak ci idzie.

Złapała dwa kufle i napełniła piwem. Postawiła przed mężczyznami. Holt przedstawił jej ojca.

- James Drennen, Edie...
- Swann - uzupełniła, wymieniając krótki uścisk dłoni.
- Swann - powiedział Holt. - Nie znam chyba tego nazwiska. A ty, tato?

James pił piwo dużymi łykami. Przyglądał jej się znad brzegu naczynia.

- Nie. Raczej nie.

Edie zmieniła temat. Chciała porozmawiać o ich nazwisku.

- Dwóch stróżów prawa w jednej rodzinie. Imponujące.
- Tylko jeden. - James wskazał na syna. - Ja jestem na emeryturze.
- Ach, więc „odziedziczyłeś” pracę - powiedziała, akcentując słowo „odziedziczyłeś” i rzucając Holtowi znaczące spojrzenie.
- Stanąłem do wyborów, jak wszyscy - odparł łagodnie Holt, najwyraźniej niezrażony podejrzeniem o nepotyzm. Potem uśmiechnął się szeroko z diabelskim błyskiem w oku. - Ale znajomości na pewno pomagają.
- Nie mówiąc już o dziesięciu latach pracy w policji w Memphis - podkreślił James.
- O tak. To też.

I usłyszała to, czego wołałaby nie wiedzieć. To nie jakiś prostak z odznaką, ale gliniarz, który dokładnie wiedział, co robi. A przy tym tak cholernie dobrze się prezentował przy pracy.

- Terry Bishop siedzi w areszcie? - zapytała.
- Mógłby wpaść w tarapaty, więc nie pozwoliłem mu wałęsać się po okolicy - odparł Holt łagodnie.

Wzięła głęboko oddech. Kto nie ryzykuje... i tak dalej.

- A co go tak zdenerwowało? Coś w fabryce? Mówił, że coś wie. Wiesz, o co chodzi?

Starszy Drennen prychnął lekceważąco.

- Nie uwierzyłbym w ani jedno słowo Terry’ego Bishopa.
- Zwłaszcza gdy wypił sześciopak - dodał Holt. - Wyrzucili go z Hammerbilt. Od tamtej pory ciągle pokrzykuje. Jeśli nie pracuje się w fabryce, to nie ma innej roboty.

- Szeryfie, ma pan na nią monopol? - zawołał ktoś, więc Edie odeszła, żeby obsłużyć klientów. W samą porę. Gdyby zaczęła wypytywać miejscową władzę, mogłaby wzbudzić podejrzenie. Zwłaszcza że dopiero co przyjechała do miasta.

Rozdział 5

Red zamknął bar o drugiej w nocy. Dwie godziny wcześniej, niż zwykle kończyła pracę, ale to jej pasowało. Miała swoje sprawy.

Edie, Lucy i Red szybko uwinęli się ze sprzątaniem. Kiedy Lucy skończyła, padła na krzesło, zdjęła swoje zdrowotne buty i rozcierała stopy.

- Mój drugi mąż masował mi stopy - rzekła w zamyśleniu.
- Tak?

Edie włożyła do ust plasterek pomarańczy. Nie było dużego zapotrzebowania na takie dodatki, ale lubiła mieć świeże w zapasie.

- Miałaś męża?

Edie pokręciła głową.

- Za dużo mam do zrobienia.

Lucy pokiwała głową niczym mędrzec.

- Przy facecie musisz wyhamować, to pewne.
- Hej - wtrącił się Red. - Uważaj, co mówisz. Wróg słucha.
- Daj spokój, Red, nie jesteś wrogiem - rzekła Lucy. - Najwyżej starym pierdołą. - Zachichotała z własnego dowcipu. Włożyła buty i przysunęła krzesło do stołu. - Równa z ciebie dziewczyna, Edie. I szybko pracujesz. Tylko tak dalej. - Skierowała się do drzwi. - Do zobaczenia wieczorem, Red.

Edie wymieniła uścisk dłoni z szefem.

- Dzięki za pracę.
- Zasłużyłaś na nią.

Poklepał ją po plecach i wyszedł.

Edie zgasiła światła, zamknęła drzwi na klucz i wyśliznęła się na dwór, by pooddychać świeżym powietrzem. Musiała coś zrobić, zanim położy się spać, ale na razie rozkoszowała się ciemnością. Oparła się o ścianę budynku i wdychała nocne powietrze. Warkot samochodu Reda oddalał się powoli. I zapadła cisza. Najmniejszego szumu ulicznego ruchu. Zbyt daleko od szosy. Tylko szepty jej własnych duchów.

- Podobno masz kłopot z motorem, Edie Swann.

Głos zabrzmiał w gęstych ciemnościach, bezcielesny jak duch. Podskoczyła.

- Hej, spokojnie, kobieto. To tylko ja. - Holt Drennen podszedł bliżej.
- Jezu. - Przez minutę myślała, że faktycznie nawiedza ją duch. Zważywszy, kim była, miała święte prawo tak uważać. Ale to tylko żywa dusza. Walnęła Holta pięścią w sam środek szerokiej, twardej klatki piersiowej. - Nie podkradaj się tak do mnie.
- Rety, czy nikt cię nie nauczył, żeby używać słów, a nie pięści?

Oparła się wygodnie o ścianę, oddychając już spokojnie.

- Czy nikt cię nie nauczył, kiedy należy pójść do domu?
- Szeryf zawsze ma coś do roboty.

Nic nie odpowiedziała, wiedząc aż za dobrze, że ma świętą rację. Co by powiedział, gdyby mógł zajrzeć do jej serca? Że jego praca dopiero się zaczyna?

Musi trzymać go na dystans. Być zimna jak arktyczny świt. Ale nie była zimna. Jej serce dudniło, wypełniając ją ciepłem. Rytmicznie stukała palcem w udo. A jej umysł szeptał jedno słowo. Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo.

Znowu doszła do głosu, i to ze zdwojoną siłą, lekkomyślność, którą ciotka ciągle jej wytykała. Była świadoma bliskości tego dużego mężczyzny. Wyobraziła sobie ich razem, jak harmonijną melodię, przyciszoną i kuszącą. To nagłe pożądanie wydało jej się szaleństwem. Nawet nie znała tego człowieka. Powinna go przepędzić. Było późno. Czuła się zmęczona.

I wodzona na pokuszenie.

- Myślałam, że masz dziś wolne - powiedziała.
- Dla ścisłości, to było wczoraj.
- Więc teraz jesteś na służbie. - Wytężyła wzrok i dostrzegła jakiś emblemat na jego koszuli. Gwiazda? Kurtka od munduru? Dzięki za ten mały cud. Dobrze, że nie zakradł się tu w dżinsach i koszulce. Wyglądał w nich zbyt interesująco. I gdyby był tak ubrany, mógłby czasem odkryć więcej, niżby chciała.
- A ja jestem twoim pierwszym porannym zadaniem?
- Muszę sprawdzać wszystkich nowo przybyłych.

Zamilkła znowu ostrożna. Mówił serio czy tylko się przekomarzał?

- Podać ci numer mojego ubezpieczenia?
- Nie. Red go ma w razie czego.

Zesztywniała. Czy już ją sprawdził? Jeśli odkrył, kim jest, to dlaczego nic nie mówi? Nie, nic nie wiedział. Niczego nie odkrył. Była po prostu... nowym przybyszem, tak jak powiedział. I czuła niemal namacalnie jego pożądanie. Mogłaby nim manipulować. Uwieść go. Rozmowa do poduszki mogłaby ujawnić różne sekrety.

A był naprawdę wyjątkowo przystojny.

- Więc po co przyszedłeś?

Wbijał w nią wzrok i chociaż nie mogła dostrzec wyrazu jego oczu, czuła, że przeszywają ją z pożądaniem. Zadrżała.

- Sama prawda?
- Noc to idealna pora na zwierzenia.
- Źle sypiam. Mieszkam tu od pięciu lat, ale ta cisza mi przeszkadza.
- Chłopak z miasta?
- Nie. Urodziłem się i wychowałem w Redbud. Ale miasto mnie zepsuło. Nie mogę wyrzucić z głowy tego szumu. Pomyślałem, że może bar jest jeszcze czynny.
- Picie na służbie, szeryfie?
- Tylko kawa, Eddie Swann. Niewinna filiżanka kawy.

Serce zaczęło jej mocniej bić, ale nie okazała podniecenia. Kawa sam na sam z Holtem Drennenem to więcej niż pokusa. To wyzwanie. Ale, do licha, nie miała ochoty rzucać wyzwania mężczyznom.

- Bar jest zamknięty, ale mogę otworzyć, jeśli chcesz. - Ziewnęła, mając nadzieję, że złapie aluzję.

Złapał.

- Dzięki, ale jest już późno. Nie chcę cię pozbawiać cennego snu.

Postawiła stopę na pierwszym stopniu.

- Będę ci winna kawę.

Przytaknął.

- Nie zapomnę o tym.

Czuła jego wzrok na plecach, gdy wchodziła na górę z metalicznym stukiem, który odbijał się echem od ścian.

Dotarła na górny podest, przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Odwróciła się, żeby powiedzieć dobranoc, ale szeryfa pochłonęła ciemność.

Czując się bezpiecznie, pożałowała, że nie podała mu tej filiżanki kawy. Albo nie zaprosiła go na górę. Ale jej żal trwał tylko chwilę. Wystarczająco długo, by się upewnić, że sobie poszedł. Będzie miała dość czasu na dokończenie swojego zadania.

Robiła to drżącymi rękoma. Nie ze strachu, wierzyła przecież w słuszność swojej misji, ale dlatego, że aura Holta Drennena, szeryfa w Redbud, wisiała w powietrzu. Jak kuszący zapach wiatru, który zepchnął ją z kursu.

Zawsze podobali jej się wysocy faceci. Mogli ją zgnieść, a nie robili tego. Lubiła ich ciężar. Żadna burza nie była w stanie ich powalić. Holt był dużym mężczyzną. O twardej ręce, kiedy trzeba. Ale też pogodnym. Błysk w jego oczach przyciągał jej uwagę. Iskra, która zdawała się mówić, że świat byłby poważnym miejscem, gdybyśmy się na to godzili.

Ale on przecież nie znał jej życia. Nie słyszał krzyku własnej matki, dobywającego się z głębi duszy i umysłu. Nie widział, jak obcy ludzie grzebią jego ojca.

Odkleiła pasek taśmy z koperty. Ściskała ją mocno w dłoni. Zeszła ukradkiem po metalowych schodach i prześliznęła się do zaułka, gdzie stał jej motor. Uruchomiła rozrusznik i silnik obudził się z rykiem. Ten drażniący dźwięk dodał jej ducha, przypomniał, że ma dużo siły, mocne kości, mięśnie i mózg.

Przychyliła się w lewo, wyprowadziła motor i odjechała z warkotem.

Rozdział 6

Rankiem po festynie James Drennen pojechał do nieużywanego kamieniołomu na wschód od miasta. Ręce mu się pociły, w ustach czuł suchość, ale nie zwracał uwagi ani na jedno, ani na drugie. Od razu zauważył, że ktoś już tu był. Każdy znał służbowy samochód Freda Lyle’a. Po rybie na zderzaku rozpoznał też auto Kennetha Parsleya oraz korwetę Dennisa Runkle’a, która rzucała się w oczy, nawet jeśli na tylnej szybie nie widziało się napisu „Nieruchomości Runkle”. Ale nawet bez tych znajomych wskazówek i tak wiedziałby, kogo ma się tu spodziewać. Ich grupka była połączona przymierzem oszustwa i krwi, więc nie mógłby zapomnieć o żadnym z jej członków. Kilku z nich brakowało, to fakt. Ale nie można przywołać zmarłych z powrotem na ten świat. A w każdym razie tak mu się wydawało.

Zaparkował furgonetkę i podszedł do płaskich skał nad wykopem. Fred Lyle chodził tam i z powrotem, a twarz miał trupio bladą i spiętą.

Pastor Parsley przysiadł na wzniesieniu i spokojnie wpatrywał się w otchłań. W ciągu ostatnich dwudziestu lat przybyło mu sporo kilogramów i podbródek zlewał się z szyją. Ale nadal otaczała go aura prawości, która Jamesowi zawsze wydawała się nie na miejscu. Niezachwiana pobożność Parsleya wyniosła go do roli przywódcy społeczności. Nikt nie jest bliżej Boga niż Ken Parsley, jak mawiała Mimsy, i z pewnością on sam też tak uważał.

Dennis Runkle, jak zwykle, rozmawiał przez telefon, poruszając szybko ustami i gestykulując wyraziście. Ciężki złoty roleks na jego nadgarstku błyszczał w promieniach słońca. Dennis był w nieustannym ruchu, James nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział go w innym stanie. Ale choć dobiegał siedemdziesiątki, nadal wydawał się małym cwaniaczkiem, którym był już w liceum, tyle że teraz mógł śmiać im się w nos. Miał największy dom w mieście, najszybszy samochód i najseksowniejsze byłe żony.

Runkle, Parsley, Lyle i on sam. James przystanął na chwilę, aby przyjrzeć się tej zbieraninie charakterów. Wszyscy trzymali się z dala od skraju przepaści. Rozumiał to. Sam też nie miał ochoty tam podchodzić.

- Jimmy! - zauważył go Fred. - Co teraz zrobimy?
- Przede wszystkim trzeba zachować spokój.
- Zachować spokój? Zwariowałeś?
- James ma rację. - Ken Parsley ruszył powoli w ich stronę. Z powodu upału zdjął marynarkę, ale mankiety koszuli miał zapięte. Bez marynarki wydawał się jeszcze okrąglejszy. Spodnie opinały gruby brzuch, który dźwigał dzięki wysokiemu wzrostowi i potężnym, szerokim ramionom. - Musimy zachować spokój. Przemyśl to.

Fred wydobył chusteczkę z kieszeni i przetarł twarz.

- Runkle! - Rzucił agentowi nieruchomości gniewne spojrzenie.

Runkle podniósł dłoń, a z ust Freda wydobył się jęk zniecierpliwienia. Ale dziesięć sekund później Dennis Runkle chodził już tam i z powrotem. A raczej biegał. Zresztą był to jego normalny sposób poruszania się. Po co chodzić, skoro można biegać?

- Posiadłość Jansenów wpędzi mnie do grobu.

Zmarszczył brwi. Małomiasteczkowy, samozwańczy Donald Trump postawił na rozwój Hammerbilt i zakupił farmę Jansenów pod budowę nowego oddziału. Ale przy ścisłej kontroli budżetu pieniędzy na rozwój było niewiele. Występował już jako inwestor strategiczny nowych budynków mieszkalnych w zachodniej dzielnicy Redbud, które jedni uważali za betonowe szkaradztwo z fasadą imitującą drewno, a drudzy za symbol postępu. Dennis Runkle stał twardo po stronie tych ostatnich i podobno przeniósł swoje biuro z placu w centrum miasta do jego zachodniej części, choć niektórzy mogliby powiedzieć, że uczynił tak z powodu spadających cen nieruchomości.

- No dobra. - Mały człowieczek pocierał dłonie. - Czy aż tak się pali? Muszę zająć się interesami, mam kupę roboty.

Stanęli kręgiem, Parsley górował na Runkle’em, a James pochylał się nad Lyle’em. James wyczuwał niecierpliwość i zdenerwowanie pozostałych. A może to był tylko jego własny niepokój.

Fred sięgnął do kieszeni i wydobył jakiś przedmiot. Otworzył dłoń. Na środku leżał maleńki czarny anioł.

W powietrzu wisiało napięcie. Wszyscy wpatrywali się w ten przedmiot. Nikt nie wyciągnął ręki, aby go dotknąć.

- Skąd to masz? - zapytał pastor.
- Przyszło pocztą - odparł Fred.
- Przyniosłeś kopertę, tak jak prosiłem? - zapytał James.

Fred wyjął z kieszeni pogniecioną kopertę i podał im do obejrzenia.

- Do diabla, Fred - rzekł Dennis Runkle. - Nie ma znaczka. Ktoś ją wsunął do twojej skrzynki. To kawał.
- A niby jaki dowcipniś mógłby o tym wiedzieć? - Fred nie dawał za wygraną. - Tylko wy wiecie. Czy któryś z was to podrzucił?

Unikali swoich spojrzeń. Od wielu lat nie rozmawiali o tych sprawach i trudno było przełamać nawyk milczenia.

- Oczywiście, że nie - odparł w końcu Ken Parsley.

James utkwił wzrok w zabawce leżącej na dłoni Freda. On również nie miał zamiaru jej dotykać.

- Co to jest? Plastik?
- Chyba tak - rzekł Fred.

Runkle nerwowo podrapał się po szyi, był to gest alergika, który towarzyszył mu od pierwszej klasy.

- To jakiś kawał, mówię wam. Robicie wiele hałasu o nic. Kogo chciał przekonać? Lyle’a czy siebie?
- Za tydzień jadę do Chicago - oznajmił Fred Lyle. - Przejmuję nadzór nad całą kampanią IAT w Ameryce Północnej. Wiecie, co będzie, jak to się wyda?

Brzemienna cisza zaległa nad kamieniołomem. Słychać było tylko świst gorącego wiatru między skałami.

- Może czas się przyznać - stwierdził w końcu Ken Parsley.
- I co dalej? - zapytał Fred. - Nie licząc tego, co stanie się ze mną osobiście, to będą przecież konsekwencje dla fabryki. IAT zastanawia się, które zakłady zamknąć. Ta groźba jest dziś tak samo realna jak dwadzieścia lat temu.
- To samo wmawialiśmy sobie wtedy - powiedział Parsley.

- Nie możemy ciągle zasłaniać się tą samą wymówką. Pewnego dnia prawda wyjdzie na jaw. Lepiej, żeby usłyszeli ją od nas.

- Nie. Zdecydowanie nie - odezwał się Runkle. - Wiecie, ile pieniędzy wpakowałem w ten interes z Jansenami? Fabryka nie może zostać zamknięta. To już przeszłość. Zostawmy ją w spokoju.
- James? - Fred Lyle zwrócił się do niego. - Jesteś tutaj stróżem prawa. Co, według ciebie, powinniśmy zrobić?
- Po pierwsze, jestem byłym stróżem prawa.
- Chyba nie chcesz, żeby twój syn cię aresztował - zauważył Runkle, trafiając w sedno.

James zacisnął usta. Na samą myśl o tym przeniknął go lodowaty dreszcz.

- Nie mieszaj do tego Holta.
- Mówię tylko...
- Dosyć - warknął. - Mój syn nie ma z tym nic wspólnego. I nigdy nie będzie miał. Nigdy. - Starał się, by w jego głosie nie zabrzmiał gniew i strach. - Przykro mi, pastorze, ale zgadzam się z Dennisem. Rozgrzebywanie starej sprawy nikomu nie pomoże, tylko przyniesie szkodę nam i miastu. Wszystko, czego dokonaliśmy, poszłoby na marne.
- A poza tym - dodał Runkle - złożyliśmy przysięgę, pamiętacie? Że nigdy nie powiemy. Że żaden z nas nigdy nie zdradzi.

Parsley westchnął, ale skinął głową.

- Więc wszyscy się zgadzamy? - James spojrzał kolejno na każdego z mężczyzn.
- Milczenie jest złotem - powiedział Runkle.
- Ale nadal nie wiemy, kto to podrzucił i po co - zauważył Fred.

James przytaknął.

- Spróbuję się rozejrzeć. Znalezienie tej osoby nie powinno być trudne. Jeśli znajdzie się sprzedawcę, to do ustalenia nabywcy jeden krok. - James uśmiechnął się do nich z przymusem. - Idźcie teraz do domu. Wszyscy. Dam wam znać, gdy będę coś wiedział.

Odprowadził ich do aut. Zorganizował powrót, pilnując, aby między jednym a drugim odjazdem minęło dziesięć minut. Runkle odjechał jako pierwszy. Spieszy się do sfinalizowania kolejnych interesów, pomyślał James. Następny był Fred, a potem Ken Parsley. Na miejscu został już tylko zakurzony pikap Jamesa. Sprawdził godzinę. Za kilka minut będzie mógł odjechać tak jak tamci. Zostawić to za sobą. Podszedł jeszcze do skraju starego kamieniołomu i zmierzył się z tym, czego wołał nie wspominać.

To było dawno, dawno temu. Od tamtej pory... Nie chciał myśleć o tamtym dniu. Znalazł na dole połamane i zakrwawione ciało. Panował wtedy upał, temperatura sięgała zenitu, a na dnie nie było wody, która złagodziłaby upadek. Gehenna schodzenia na dół, owijanie ciała linami, aby wciągnąć je na górę. Straszny krzyk nieszczęsnej młodej wdowy.

Zadrżał pomimo upału.

Pamiętał jeszcze, jak zamknięto kamieniołom. Ile miał wtedy lat? Dziesięć? Jedenaście? Wydawało się, jakby całe miasto zostało zamknięte i przestało istnieć. Jego ojciec nie był jedynym człowiekiem, który nie obejrzał ani jednego meczu Małej Ligi latem 1954 roku. Dorośli rozmawiali przyciszonymi głosami, jak gdyby ktoś umarł. Pamiętał samochód z napisem „Przeprowadzki”, którym jego najlepszy przyjaciel wyjechał do Chicago, gdzie ojciec znalazł pracę. Kiedy zaczęła się piąta klasa, wiele ławek świeciło pustkami.

I właśnie wtedy zakłady Hammerbilt ogłosiły, że przystępują do budowy nowej fabryki w Redbud. To było jak drugie Boże Narodzenie w tym samym roku. Zgryzotę na twarzy jego matki zastąpił uśmiech. A na drugie śniadanie do szkoły dostawał bułkę z szynką zamiast mortadeli.

Ale pozostał strach, ukryty głęboko w ludzkich umysłach. Byli o krok od przepaści, tak jak on w tej chwili. Gdyby z fabryką Hammerbilt stało się to samo, co z kamieniołomem...

Odwrócił wzrok od wyschniętego dna. Słońce nagrzało okoliczne skały do białości. Blask raził oczy. Nie, nie chciał rozmyślać o złych czasach. Zrobił to, co musiał. Co było najlepsze dla miasta i jego mieszkańców.

Przypomniał sobie małego czarnego anioła, który patrzył na niego z dłoni Freda Lyle’a. Spójrz gdzie indziej, zabaweczko. Redbud dobrze sobie radzi. Podobnie jak Drennenowie. Cieszył się miłością i szacunkiem syna i biada każdemu, kto spróbuje mu to odebrać.

Rozdział 7

Jeśli nie liczyć porannego wałęsania się pod barem, to dzień Holta po festynie wyglądał jak każdy inny. Najpierw szeryf patrolował ulice Redbud, a potem udał się do swojego biura.

Ale był jeden wyjątek. Chociaż bardzo się starał, nie mógł wyrzucić z pamięci widoku szczupłego sprężystego ciała Edie Swann. Kiedy stał obok niej w ciemnościach, krew burzyła mu się w żyłach. Wprawdzie tylko przez chwilę, ale dobrze znał to uczucie. Towarzyszyło mu, gdy stał na rogu ulicy, czekając na handlarzy narkotyków. Gdy wchodził do lokalu ze striptizem, ubrany w draczne spodnie, wiedząc, że oszukuje wszystkich dokoła i że jeśli odkryją, kim jest, to będzie tylko kolejnym trupem wyłowionym z Missisipi.

Od wielu lat nie doznawał takiego wrzenia krwi. Odkąd wrócił na tarczy do rodzinnego domu. I został „szeryfem”, swoim przełożonym.

Co nie do końca było prawdą. Ojciec podsyłał czasem zastępców na pół etatu, a w razie potrzeby pomagali mu członkowie ochotniczych sił policyjnych. Jednak większość pomocników przeszła na emeryturę w tym samym czasie, co jego ojciec, a wśród ochotników byli głównie mężczyźni po osiemdziesiątce.

Oczywiście, kiedy potrzebował prawdziwego wsparcia, mógł się zwrócić do szeryfa hrabstwa albo Stanowego Biura Śledczego. Pomogli mu w zeszłym roku, kiedy grupa ćpunów upatrzyła sobie Redbud jako doskonałe miejsce na główną kwaterę.

Ale najczęściej Holt działał w pojedynkę. Z początku budziło to w nim niepokój, ale z czasem się przyzwyczaił. Jak do wielu innych rzeczy. A Edie Swann zaczęła zdzierać ten przytulny kokon, w którym się zaszył po śmierci Cindy.

Dobrze chociaż, że nie był już jedynym policjantem w mieście. Zanim nastąpiło załamanie rynku, krążyły plotki, że fabryka planuje ekspansję, a to wróżyło rozwój miasta, czyli zwiększenie liczby ludności i ruchu na ulicach. Holt wykorzystał koniunkturę, aby przekonać radę miasta do utworzenia pełnoetatowego stanowiska zastępcy szeryfa.

- Pokażcie gubernatorowi, że zależy nam nie tylko na rozwoju, ale że potrafimy myśleć perspektywicznie - zaproponował Holt w czasie wystąpienia przed radą, które odbyło się półtora roku temu.

Sześć miesięcy później zatrudnił Sam. Spędziła dwie zmiany w Iraku i świeżo odeszła z armii, wyglądała na osobę poważną i zrównoważoną, czego właśnie wymagała ta praca. Czasami nawet okazywała zbyt dużo powagi - trzymanie się regulaminu stanowiło jej religię. Ale wychowała się w hrabstwie Corley, więc małe miasteczka znała jak własną kieszeń. Gdyby kiedyś chciał odejść, z powodzeniem by go zastąpiła. Miał więc teraz wsparcie. W weekendy się zmieniali, tak że każde z nich pracowało co drugą sobotę. I dlatego przed kilkoma godzinami znalazł się na zapleczu baru Red’s, kręcąc się w mundurze w pobliżu mieszkania Edie Swann.

Krótki romans z Edie przynajmniej przełamałby rutynę. A w ogóle to kiedy ostatni raz uprawiał seks z kimś innym niż z samym sobą?

Zadzwonił telefon, zakłócając ciszę wczesnego poranka. Spojrzał na zegarek. Szósta. Jak każdego ranka, odkąd Miranda nauczyła się korzystać z telefonu.

- Cześć, słoneczko. Dobrze spałaś?
- No.
- Co robisz?
- Jem płatki.
- Z mlekiem?

Cisza.

- Musisz pić mleko, maleńka.
- Nie mogę unieść.
- Zostawiłem w szklance w lodówce.

Dłuższa cisza.

- W porządku. - Wiedział, że się dąsa. - Grzeczna dziewczynka.
- Kocham cię, tatusiu.
- Ja ciebie też. Nie budź babuni.
- Nie obudzę.

W każdym razie nie celowo.

Gdy się rozłączył, w uszach brzmiał mu jeszcze jej słodki głosik, który przywrócił życiu właściwy wymiar.

Odsunął krzesło i skierował się do pomieszczenia na tyłach. Przez całe lata Redbud obywało się bez więzienia. Jeśli ojciec Holta musiał kogoś aresztować, wzywał policję stanową albo szeryfa hrabstwa. Rozwiązanie sprawdzało się przez długie lata z racji niewielkiej przestępczości, nie było jednak wygodne. Zmiany zaprowadzone przez Holta na posterunku objęły też przerobienie na areszt pomieszczenia, które służyło za magazyn. Nieduże biuro Holta mieściło się przy głównym placu Redbud w budynku urzędu miasta i sąsiadowało z biurem burmistrza, Izbą Handlową oraz innymi publicznymi urzędami.

Obecnie jedyną celę aresztu zajmował tylko Terry Bishop. Siedział na brzegu pryczy z głową zwieszoną między kolanami. Koński ogon się rozwiązał i rozsypane włosy oblepiały całą głowę. Wyglądał źle i na pewno tak samo się czuł.

- Dzień dobry - powiedział Holt.

Terry zerwał się na nogi. Jęknął.

- Jezu, szeryfie, niech pan nie krzyczy.
- To co, będziesz grzeczny?
- Napiłbym się kawy.

Holt otworzył celę.

- Claire’s jest już otwarte - oznajmił, mając na myśli kawiarnię na placu. Nie ma mowy, żeby dał Terry’emu choćby szklankę wody za publiczne pieniądze.

Terry wyszedł z celi, powłócząc nogami i gderając.

- Na twoim miejscu odpuściłbym sobie kawę i poszedł prosto do domu. I siedziałbym tam do końca weekendu. Przemyśl, jak należy się zachowywać w miejscu publicznym.

Terry przyjął to do wiadomości i ruszył do drzwi.

Holt wziął kurtkę od munduru. Pora skontrolować ruch na ulicach miasta i na szosach. W sobotę nie było takiego natężenia jak w ciągu tygodnia, ale nie zaszkodzi upewnić się, czy wszyscy przestrzegają ograniczeń prędkości.

Edie spała krótko. Po paru godzinach znów była na nogach. O szóstej ubrała się i wyszła. Dziesięć minut później zaparkowała motor w pobliżu głównego placu, skąd mogła obserwować budynek urzędu, nie rzucając się w oczy. Oparła się o drzewo i ziewnęła. Lubiła spać, jak wszyscy. Ale uznała, że odpocząć może później. Kiedy zakończy sprawę.

Pół godziny później Terry Bishop zszedł, potykając się, po schodach. Kiedy znalazł się na chodniku, przeciągnął się i potarł kark. Wyglądał niechlujnie i był wyraźnie zmęczony. Po tylu piwach i nocy spędzonej w areszcie prawdopodobnie też brzydko pachniał.

Ale co tam, do diabla. Wdychała już gorsze smrody. Odpaliła motor. Zrównała się z Terrym w bocznej ulicy kawałek dalej.

Zwolnił, kiedy ją zobaczył. Przyłożył dłoń do czoła, aby osłonić oczy przed porannym słońcem.

- Podwieźć cię? - zapytała. Wpatrywał się w nią. - Nie pamiętasz mnie.
- A powinienem?
- Wczoraj. Na festynie. Ty, ja i szeryf...
- Byłem nawalony.
- Wiem. Byłam tam. - Wyciągnęła rękę. - Edie Swann. Uścisnął słabo jej rękę.
- Terry Bishop.
- Wiem, kim jesteś.
- Tak? Więc czemu chcesz mnie podwieźć?
- Myślałam, że chciałeś wczoraj powiedzieć coś interesującego.
- O czym?
- O Fredzie Lyle’u i Hammerbilt.

Zgromił ją wzrokiem i ruszył przed siebie.

Edie szybko zaparkowała motor i pobiegła za nim.

- Poczekaj chwilę! Zatrzymaj się!

Nie posłuchał jej, ale w końcu Edie zrównała się z nim.

- Chcesz mnie wrobić?
- Niby po co? - zdumiała się Edie. - To mnie interesuje. Naprawdę.
- Jesteś dziennikarką czy co?
- Nie. Już powiedziałam. Jestem aktywną obywatelką.
- Mną się nikt nie interesuje.
- Podwiozę cię do domu. Będziemy mogli porozmawiać.

To go jeszcze bardziej przeraziło.

- Raczej nie.

Przyspieszył kroku, a ponieważ miała krótsze nogi, ledwie mogła za nim nadążyć.

Dała za wygraną.

- Jak zmienisz zdanie - zawołała za nim - znajdziesz mnie w barze Red’s. Wpadnij. Postawię ci piwo.

Ani nie przyjął, ani nie odrzucił zaproszenia. Nawet nie potwierdził, że usłyszał. Po prostu szedł przed siebie.

Edie patrzyła na jego zgarbione plecy i ręce wciśnięte w kieszenie. Mogła pospać, bo i tak nic z niego nie wyciągnęła. Ruszyła w stronę motoru. Wczoraj, po paru piwach, był dosyć wygadany. Jeśli nic nie pomoże, to zawsze jest jeszcze bar.

Wyjeżdżając z miasta, Holt zauważył, że Terry przed kimś ucieka. Zwolnił. Rozpoznał towarzyszkę Terry’ego. Co też Edie Swann i Terry Bishop mieli sobie do powiedzenia?

Może chciała go przeprosić, że wtrącała się wczoraj w jego sprawy. Holt uśmiechnął się. Chociaż wiedział o niej mało, jednak był pewien, że przepraszanie nie jest w jej stylu. Postanowił wrócić do sprawy później. Któregoś dnia zada jej to pytanie.

A to oznaczało, że znów ją zobaczy.

No jasne. Kiedy znowu pójdzie do baru...

Uśmiechnął się - oszukiwał sam siebie. Wyjechał na drogę wylotową z miasta. Przez pierwsze pół godziny ruch był niewielki, ale stopniowo się nasilał. Godzinę drogi na zachód znajdował się Wal-Mart, ludzie jechali na sobotnie zakupy. Obserwował, jak zwalniają, widząc jego wóz, a po mniej więcej pół godzinie zawrócił i skierował się ku wschodniej stronie miasta, gdzie czekała go druga niespodzianka. Powracający ojciec.

Holt machnął ręką, żeby się zatrzymał.

- Co robisz w tej okolicy, tato? - Jeśli Redbud miało jakąś gorszą dzielnicę, to właśnie tej należało się takie miano. Miasto rozwijało się w kierunku zachodnim, a jego starsze rejony podupadały. Nic tu nie było oprócz starego kamieniołomu.

James wysiadł z pikapa i włożył ręce do kieszeni.

- Nic. Jadę sobie.
- Martwisz się czymś?
- Po prostu lekki niepokój.
- Chcesz wrócić na swoją starą posadę? W każdej chwili możesz być moim zastępcą. Wystarczy jedno słowo.

James się uśmiechnął.

- Wszystko w porządku, synu. Słońce na niebie. Będzie piękny dzień. Chciałem zobaczyć wschód.
- Jak tam Miranda?
- Udaje, że pije mleko, które jej zostawiłeś.

Wymienili uśmiechy. Obaj mieli świadomość, że dziewczynka manipuluje swoimi mężczyznami, i akceptowali to.

- Nie zatrzymuję cię. - James poklepał Holta po plecach. - Zobaczymy się później?
- Jasne.

James, wsiadając do samochodu, podniósł oba kciuki do góry. Jeśli nawet wcześniej się czymś martwił, teraz wyglądał normalnie. Ranek rzeczywiście był piękny. Zapowiadał się udany dzień.

Rozdział 8

Amy Lyle nie potrafiła sobie przypomnieć, co ją obudziło w niedzielę o świcie. Zwykle miała twardy sen, tak samo jak Fred. Spała obok tego mężczyzny od trzydziestu pięciu lat i wiedziała, że rzadko bywał nerwowy. Być może jakiś szósty zmysł właściwy żonom, kazał jej otworzyć szeroko oczy o drugiej nad ranem i pospiesznie wyjść z pokoju w samej nocnej koszuli, kiedy zobaczyła, że druga strona łóżka jest pusta. A może to niepokój, który jej towarzyszył od jakiegoś czasu. Przez ostatnie dni Fred nie był sobą. Coś go dręczyło. Miała nadzieję, że tym razem nie chodzi o jego serce. Doktor stwierdził bez ogródek, jaki wpływ może mieć na niego stres, ale kiedy pytała Freda, jak się czuje, zawsze odpowiadał, że dobrze. Dobrze. Czy może być bardziej nieprzekonująca odpowiedź?

Może zbudził ją jakiś hałas, jakiś odgłos domu. Miejsca, gdzie obchodzili rocznice i urodziny. Wychowali dzieci. Miejsca, które była zmuszona opuścić. Tak bardzo była zajęta planowaniem przyszłości, że nigdy nie przystanęła, aby zastanowić się, gdzie jest.

A teraz była tutaj, w kuchni, razem z szeryfem, podczas gdy nieruchomy Fred leżał cicho w swoim gabinecie. Czekali na przyjazd ambulansu. Ale Fred nie potrzebował już lekarza.

- Nie słyszała pani, że wyszedł z sypialni?

Amy spojrzała pustym wzrokiem na stojącego przed nią mężczyznę. Szeryf Drennen. W Redbud zawsze był jakiś szeryf Drennen.

- Pani Lyle?
- Tak?
- Czy słyszała pani, jak mąż wychodził z sypialni?
- Nie.
- Ale coś panią obudziło?
- Tak.
- I nie pamięta pani co?
- Nie.

Chyba chciał usłyszeć od niej coś więcej, ale nie potrafiła nic powiedzieć.

-