Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Zemsta! Edie Swann żyła żądzą odwetu, odkąd przed laty opuściła rodzinne miasteczko. Teraz wraca wyrównać rachunki. Przywozi ze sobą listę nazwisk. Każdemu, kto się na niej znalazł, przekazuje niepokojący znak, że ma on na rękach krew. Jednak to, co spotyka ludzi z jej listy, przekracza jej zamiary i wyobrażenie.
[Opis wydawcy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 419
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Śmiertelny Grzech
Powieści Annie Solomon
FOTOGRAF ŚMIERCI
MROCZNA TOŻSAMOŚĆZAŚLEPIENIE
Annie
Solomon
Śmiertelny Grzech
PrzekładBEATA HOROSIEWICZ
Redakcja stylistyczna
Barbara Walicka
Korekta
Jolanta Kucharska
Halina Lisińska
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Foniok
Zdjęcie na okładce
© Wilfried Krecichwost/Stone/Getty Images/Flash Press Media
Skład
Wydawnictwo AMBER
Jacek Grzechulski
Druk
Drukarnia Naukowo-Techniczna
Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA, Warszawa, ul. Mińska 65
Tytuł oryginału
One Deadly Sin
Copyright © 2009 by Wylann Solomon
This edition published by arrangement with Grand Central Publishing,
New York, New York, USA.
Ali rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 978-83-241-3665-0
Warszawa 2010. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63
tel.620 40 13,620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Mimi, Sundrze, Lindley
i całej reszcie towarzystwa z Panera’s West End. Dzięki za kawę i ciepłe powitanie każdego ranka.
Przybyła w nocy, wślizgując się do miasta jak cień. Ciemność była jej sprzymierzeńcem. Budziła przeszłość, tę mroczną otchłań pełną gniewu i tajemnic. Odtworzenie tamtych wydarzeń wymagało użycia czarnej magii.
Fakt, że pojawiła się tu o północy, miał w sobie sporo ironii: podjechała na cmentarz, poza krąg ulicznych latarni, o tradycyjnej godzinie duchów. Posuwała się przed siebie wolno, a drogę wskazywały jej gwiazdy, punkciki światła. I pamięć.
Tamtej nocy, przed laty, też świeciły gwiazdy, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi i przełamał ciszę na to, co przedtem i potem. Usłyszała go przez zamknięte drzwi swojej sypialni, mimo że już od dawna powinna była spać. Ale czy można zasnąć, gdy ojciec został oskarżony i zaginął, a matka tonie we łzach rozpaczy?
Zapamiętała ciemność za oknem, księżyc jak wąskie usta wygięte w uśmiechu, głosy dorosłych dudniące jak grzmot.
I nagły krzyk matki.
Nieludzki, zwierzęcy, rozdzierający, rozrywający wszechświat na strzępy. Krzyk tak dziki, że samo wspomnienie jeszcze dziś przyprawiało ją o dreszcz.
Teraz nikt nie krzyczał. Nic nie zakłócało ciszy prócz szumu kół toczących się krętą cmentarną alejką biegnącą między grobami.
W końcu zwolniła. Zatrzymała się. Zgasiła silnik.
I ruszyła drogą biegnącą między zmarłymi. Ostatnia rzecz, którą widziała w tym mieście. Ostatni obraz domu. I pierwsze, co ujrzała po powrocie.
Czarny anioł.
Omiotła rzeźbę światłem latarki. Oczyma dziesięciolatki widziała odpychającą twarz. Dwadzieścia lat później stwierdziła, że w zamyśle to oblicze miało być przyjazne. Jednakże masywne, rozłożyste skrzydła, przysłaniające kamienną głowę nadawały rzeźbie wygląd nietoperza wampira.
Ten anioł wywołał gorący spór. Chociaż odesłano ją do własnego pokoju, słyszała, jak matka i ciocia się kłócą.
Dopóki tego nie udowodnię.
Biedna matka.
Tego nie można było udowodnić. Wszystko okazało się zbyt trudne, zbyt ciężkie. Jak samo życie.
Pochyliwszy się, przesunęła palcami po kamiennej głowie. Zaschnięte błoto wypełniało litery wycięte w marmurze. Wyjęła scyzoryk i wydrapała brud, dmuchając, aby usunąć resztki.
Charles Swanford.
Cześć, tato.
Przyjrzała się inskrypcji, choć wcale nie musiała jej czytać, gdyż była wyryta w jej pamięci. „Ukochany mąż i ojciec”. I cytat: „Śpieszno im, by krew niewinną wytoczyć”.
Niewinna krew. Wyprostowała się i stanęła twarzą w twarz z aniołem. Jej ojciec i matka potrzebowali czarnego anioła. Byli słabi. Nieprzygotowani na trudności, jakie przygniotły ich w życiu. Wycofali się i ukryli. Uciekli. Umarli.
Przybyła tu dla nich. Zgasiła latarkę, a ciemność spowiła ją jak całun. Edie wróciła. I wszystko naprawi.
Edie Swann. - Red McClure podniósł wzrok znad podania o pracę i spojrzał na Edie, która stała po przeciwnej stronie kontuaru.
Wstrzymała oddech, nie wiedząc, czy jej nazwisko obudzi w nim jakieś skojarzenie. Czy je rozpoznał? Zastanawiała się, czy używać prawdziwego nazwiska. Nie różniło się tak bardzo od tego, które nosiła, opuszczając Redbud, więc fałszywa tożsamość mogłaby jej się przydać. Ale używanie fałszywki nie było w jej stylu. Nie chciała wracać jako ktoś inny, pragnęła pojawić się tuż pod nosem całego przeklętego miasta, była pewna, że dwadzieścia lat dzielące przeszłość od dnia dzisiejszego musiało zatrzeć wspomnienia. Jak dotąd nie myliła się ani trochę.
Red spojrzał na nią szczerze i przyjaźnie. Bez podtekstów. Miał poczciwą okrągłą twarz, budzącą zaufanie do barmana. Jego wygląd zachęcał do zwierzeń.
Ale od niej i tak niczego nie wyciągnie.
- No dobrze.
W „Redbud Gazette” znalazła ogłoszenie, że szukają pomocy do baru. Zastanawiała się, czy lokal nazwano na cześć miasta, czy raczej właściciela. Kiedy tam dotarła i zobaczyła przerzedzoną, czerwoną czuprynę i piegowatą twarz, sprawa się wyjaśniła.
Ponownie przestudiował jej podanie, chyba już po raz trzeci. Edie hamowała zniecierpliwienie.
Wzruszyła ramionami.
Rzuciła aluzję, czekając na jakiś znak, że została rozpoznana, ale nic takiego nie nastąpiło. Przeszył ją dreszcz zadowolenia. Na dworze było gorąco, panowała ciężka, letnia, nasycona wilgocią duchota, a klimatyzowane pomieszczenie wydawało się przechłodzone na wskroś. Przyda się to, kiedy już zacznie pracować, ale w tej chwili czuła, że chłód przenika odkryte ramiona, osłonięte jedynie obcisłą kamizelką.
Bar dla sąsiadów to pewna przesada, zważywszy że przybytek znajdował się na skraju miasta, prawie kilometr od fabryki Hammerbilt HVAC. Jedynymi sąsiadami byli kierowcy ciężarówek dostarczający stalowe pokrycia dachowe i robotnicy płynący stałym strumieniem, bez których Red’s nie przeżyłby ani chwili.
Roześmiała się. Wcześniej przygotowała sobie odpowiednią historyjkę.
Ściągnął usta.
Zamilkła. Przypuszczała, że nie było tu zbyt wielu chętnych na mieszane drinki.
Przeskoczyła na drugą stronę kontuaru. Rozejrzała się za wódką i jabłkowym schnappsem. Pierwsze znalazła, drugiego nie. Zapytała.
Właściciel baru, czerwony na twarzy, powiedział:
Przytaknął.
Zrobiła szybki przegląd półek, znalazła trochę brandy, a w lodówce kartonik soku jabłkowego dla dzieci i cytrynę. Wymieszała drinka z lodem, dodała odrobinę wódki i wlała napój do staromodnej szklanki, dekorując skręconym plasterkiem cytryny. Następnie przygotowała drugiego drinka z piwem imbirowym i wlała go do wysokiej szklanki.
Przesunęła drinki w jego stronę. Kiedy próbował, znalazła butelkę likieru kakaowego, zdmuchnęła z niej kurz, zmieszała trunek z wódką w wypełnionym kostkami lodu szejkerze i nalała drinka do szklanki z martini.
Uśmiechnął się szeroko.
Obdarzyła go uśmiechem dla klientów i znowu pochyliła się nad kontuarem.
Roześmiali się na te słowa i ustalili, że zacznie jeszcze tego wieczoru.
Podał jej ulotkę ze szczegółami. Zerknęła na nazwisko głównego bohatera wieczoru i serce zaczęło jej walić. Czasami bogowie jej sprzyjali.
Potrzebowała jakiegoś lokum, więc Red zaproponował jej pokój nad barem. Przeprosił za bałagan i omówili szczegóły. Pokój należało oczywiście posprzątać, ale znajdowało się w nim wszystko, co niezbędne. Łóżko, płyta ceramiczna, stół, który był wspólny dla jadalni i salonu. Nie nazwałaby tego przytulnym mieszkaniem, ale przecież nie znała tego pojęcia, odkąd wyjechała z Redbud.
Och, miała jakiś dom - mieszkanie cioci Penny, trzy zagracone pokoje, w tym jeden ze składanym łóżkiem dla Edie. Od dawien dawna nie wiedziała już co to ogródek i drzewo, na którym można powiesić huśtawkę. I właściwie wcale za tym nie tęskniła.
A w każdym razie nie tak bardzo jak na początku.
Ale to było lata temu, nie czas myśleć o przeszłości. Musiała coś załatwić.
Wtaszczyła torby na górę po metalowych schodach i wyjrzała na ulicę na tyłach. Nikt nie będzie jej tu przeszkadzał. Idealne miejsce, by nadać sprawom bieg.
Powiesiła w niedużej szafie kilka ubrań, które ze sobą przywiozła - dwie sukienki na wszelki wypadek. Zgarnęła walające się na zapleczu porzucone pudła i zaniosła je do pokoju, gdzie ustawiła je w coś na kształt komody.
Nim minęło południe, zdołała wszystko rozpakować. Prócz jednej rzeczy. Zanurzyła rękę głęboko w wewnętrznej kieszeni torby i wyjęła plastikowy woreczek. Zważyła lekki pakunek na dłoni, podrzucając nim delikatnie. Kąciki jej ust uniosły się w ponurym uśmieszku, wyrzuciła zawartość torebki na goły materac.
Dwanaście maleńkich czarnych aniołów rozsypało się na łóżku.
Miasteczko Redbud zbudowali imigranci i przybysze ze wschodu, szukający w Tennessee przygód i bogactwa. To oni zaprojektowali kwadratowy plac, wokół którego powstało miasto. W miarę jak się rozrastało, nowi mieszkańcy, dla których brakowało już miejsca, rozciągali granice, niekoniecznie przestrzegając ustalonego porządku. Poza obszarem pierwotnego miasta, z jego schludnym układem przecinających się pod kątem prostym ulic, które otaczały centralny plac, panował chaos, a kręte alejki biegły ku wijącym się drogom, tworząc labirynt pełen tajemnic.
Drzewa, które niegdyś rosły dziko na krańcach, stopniowo ustąpiły miejsca domom rozwijającego się ośrodka. Dopiero później ojcowie miasta powrócili do tej tradycji, sadząc judaszowce w równych rzędach wokół kwadratowego placu i na jego przedłużeniu - w parku Redbud. Wiosna dawno minęła, a wraz z nią piękne różowe pąki, od których miasto wzięło nazwę. Teraz drzewa były zwyczajnie zielone i jeśli się ich nie znało, można je było wziąć za zupełnie inny gatunek. Ale Edie je pamiętała i kiedy szła między nimi do parku, wyobrażała sobie korony obsypane różowymi pąkami.
Wyglądało na to, że całe miasto wyległo na ulice, aby świętować odejście Freda Lyle’a z fabryki Hammerbilt. Park Redbud był obwieszony balonami i wstęgami, na których widniały jasnoniebieskie napisy: „Dziękujemy panu, Fred”. W parkowym zakątku cztery dziewczyny bez chwili wytchnienia wydawały hot dogi i hamburgery. W głównej alei wzniesiono niewielką estradę, ale w tej chwili nikogo na niej nie było. Plakat, który widziała w oknie baru Red’s, informował, że występy muzyczne zaczną się dopiero wieczorem.
Wmieszała się w tłum. Jej uwagę przyciągnęły szyldy sponsorów. Kościół miejski Redbud obsługiwał stoisko z deserami. Jakaś nastolatka rozdawała staromodne tekturowe wachlarze z napisem wydrukowanym z jednej strony „Runkle’s Real Estate”. Bar miał swoje stoisko - z lemoniadą, wodą i mrożoną herbatą. Zero alkoholu dla pana Freda.
Tłum płynął wokół niej, gdy stała nieruchomo, próbując odtworzyć nastrój tego miejsca. Pamiętała huśtawki w narożniku - wyżej, mamusiu, wyżej! - i fontannę, i klatki z małpkami. Czy na pewno? Wspomnienia są zwodnicze. Podstępne. Usiłowała je zatrzymać, ale rozpłynęły się w powietrzu jak dym.
Na placu zabaw pokrzykiwały teraz inne dzieci i też wołały do rodziców, by huśtali je wyżej. Stała jak wryta, zdumiona ich niewinnością. Wydawało jej się niemądre, że ktoś może być tak niewinny. Jak gdyby wszechświat bardziej litościwie obchodził się z młodymi istotami niż z ich rodzicami.
Zgrzyt mikrofonu sprawił, że skierowała wzrok na estradę. W siateczkę stukał siwowłosy mężczyzna o łagodnej twarzy.
- Mieszkańcy Redbud - zaczął. - Przyszliśmy tutaj, aby podziękować panu Fredowi za wieloletnią pracę dla miasta. Przez dwadzieścia lat był dyrektorem fabryki Hammerbilt, chlubą tej społeczności, kształtując naszą przyszłość umiejętnie i z oddaniem. Było dla nas zaszczytem pracować z nim oraz ze spółką matką Hammerbilt, International Ambient Technologies. A teraz, w przededniu zasłużonego awansu na naczelnego dyrektora wszystkich północnoamerykańskich holdingów IAT, mogę tylko powiedzieć, dziękujemy panu, Fred.
Brawa i gwizdy aplauzu wzniosły się w powietrze, gdy Fred Lyle spokojnym krokiem podchodził do mikrofonu. Ale nie wszyscy byli po jego stronie. Kilkakrotnie usłyszała za sobą prychnięcia, a ktoś nawet mruknął:
Odwróciła się, szukając w tłumie malkontenta, ale nie zauważyła go. Tymczasem Fred Lyle rozpoczął przemówienie. Puściła mimo uszu pochwalne peany, jakie wygłaszał na własną cześć, starając się odtworzyć go takim, jaki był wiele lat temu. Ale jej pamięć przechowała tylko nazwisko i nastrój tamtej chwili. Salon w starym domu. Nisko wiszące draperie. Światło lampy i cienie. Sofa, na której siedziała z matką, przytulona do jej obojętnego ramienia. Wślizgująca się do pokoju ciocia Peggy.
Chyba jej nie posłuchała. Być może przywarła mocniej do ciała matki, jakby w nadziei, że kontakt fizyczny przywróci ją do świata żywych. Nie pamiętała, co zrobiła, ale na pewno nie poszła do swojego pokoju. Czekała, aż pojawi się pan Lyle. Na jego widok matka zesztywniała. Stała się czujna i skupiona. I nagle pokój wypełniła wściekłość. Ogromne fale gniewu. W obawie, że znowu usłyszy ten krzyk, Edie czmychnęła z pokoju.
Teraz wpatrywała się w człowieka stojącego na estradzie. Zwykłego człowieka. Z przerzedzonymi włosami, w okularach. Dobry człowiek. Dobry obywatel. Nieszkodliwy.
Ale Edie Swann wiedziała swoje.
Ludzie dokoła niego patrzyli ze złością.
Coraz więcej ludzi odsuwało się od Terry’ego.
Lyle zająknął się, ale poprawił okulary i mówił dalej.
Terry zamachnął się, tamten oddał cios i zanim Edie się zorientowała, zaczęła się ogólna bijatyka. Ktoś pacnął ją w brodę, zatoczyła się do tyłu, z trudem łapiąc równowagę. Jakaś kobieta krzyczała. Edie odpychała napierający tłum, aby zachować wokół siebie minimalną strefę bezpieczeństwa. Natrafiła na coś pięścią i poczuła ból w całej ręce.
W ciągu kilku sekund zdała sobie sprawę, co się stało, ale też uświadomiła sobie znacznie więcej. Mężczyzna był nie tylko duży. Był wyjątkowo przystojny. Miał mocno zarysowaną szczękę i wydatne usta, muskularne ramiona i szczupłe, silne nogi. Ale w tym momencie cała ta potężna energia zastygła w gniewie. Skierowanym przeciwko niej.
Uwięził jej rękę w żelaznym uścisku i przepychał się przez tłum, ciągnąc Edie za sobą.
Zignorował ją, krzycząc do ludzi:
Ale on tylko przyciągnął ją bliżej. Zatoczyła się na jego twardą niczym skała pierś i zacisnęła zęby. Jednocześnie zawołał do grupy mężczyzn, którzy nadal walczyli z Terrym:
Pozostali potulnie zaprzestali bijatyki. Tylko Terry nadal wywijał pięściami, mimo że teraz jego ciosy tylko młóciły powietrze.
Jeden z walczących spiorunował Terry’ego wzrokiem, po czym rzekł ze skruchą:
Szeryf? Edie utkwiła w nim wzrok. Jęknęła cicho i omiotła go spojrzeniem. Nie miał munduru ani odznaki. Tylko wytarte dżinsy i T-shirt opinający szeroką klatkę piersiową. Ale czy szeryf w małym miasteczku musi chodzić w mundurze?
Po przyjacielsku otoczył ramieniem Terry’ego, który bezskutecznie usiłował się wyswobodzić. Edie zauważyła, że Holt przesunął rękę na kark Terry’ego i trzymał go jak w kleszczach, tak samo jak ją - twardo i zdecydowanie.
Szeryf razem ze swoimi więźniami zaczął się oddalać od tłumu.
Edie usiłowała wyswobodzić się z uścisku.
Spojrzał na nią.
Uśmiechnął się szeroko.
Przepchali się przez tłum i dotarli do krawężnika, przy którym stał czarny SUV. Edie została usadzona z przodu, obrońca prawa zmagał się jeszcze z Terrym, którego upychał na tylnym siedzeniu. Gdy tylko Holt stanął do niej plecami, Edie wydostała się z samochodu.
Rozważała to, gdy zamykał tylne drzwi. Nagle wyrósł przed nimi Red.
Uśmiechnął się do niej szeroko, a iskierki w jego oczach trochę ją onieśmieliły. Czy ma zielone oczy? Złapała się na tym, że najwyraźniej mu się przygląda. Zmarszczyła brwi.
Holt znowu potarł szczękę.
Oparł się o samochód. Terry zaczął łomotać w okno.
Wzruszył ramionami.
Dupek. Już jej się to prawie wymknęło z ust, ale Red chwycił ją za ramię i mocno pociągnął..
Odwróciła się do niego i odkrzyknęła, idąc tyłem za Redem:
Holt odprowadzał ją wzrokiem - harda, czarnowłosa kobieta w mieście delikatnych blondynek. Nie miał nic do blondynek. Ożenił się z jedną z nich. Ale Cindy zawsze była skromna, ukrywała starannie pośladki pod miękkimi spódnicami i luźnymi spodniami. A dziewczyna, która właśnie się oddalała, kołysała dumnie pupą w ciasnych dżinsach. Krągłą, soczystą i stworzoną do pieszczot. Z trudem oderwał oczy, żeby ktoś nie oskarżył go o natrętne podglądactwo. Ale, do diabła, to właśnie robił.
Chcąc czym prędzej z tym skończyć, odwrócił się i wezwał przez radio swoją zastępczynię, żeby zabrała Terry’ego Bishopa, następnie ogarnął wzrokiem park, pęki kolorowych balonów i grupki mieszkańców. Ale i tak widział tylko piersi Edie opięte skórzaną kamizelką, tatuaż widoczny na ramieniu. I burzę ciemnych włosów, upiętych luźno na czubku głowy - jak u dziewcząt z zespołu Ronette na płycie z kolekcji ojca.
Z głową pełną takich myśli nie powinien wracać do domu, do mamy. I do pięcioletniej córeczki.
Serce znowu mocniej mu zabiło. Edie, kimkolwiek była, oznaczała problemy. Problemy wielkiego miasta. Wyjechał z Memphis pięć lat temu i choć niechętnie się do tego przyznawał, tęsknił za nim. Za jego tempem, światłami, dziwnymi postaciami. Nie wspominając już o ryzyku, podnoszącym adrenalinę. Brakowało mu tego tak samo, jak brakuje usuniętej kończyny.
Zmusił się, by odtworzyć w pamięci inne rzeczy. Ćpunów, dilerów, alfonsów i gangi. I trupy. Wszędzie trupy. W zaułkach, w pobliżu klubów, na ulicy w środku dnia, w szpitalnych łóżkach. Zwłaszcza w szpitalnych łóżkach.
Widok trupów prześladował go nawet w Redbud.
Jego zastępczyni Samantha Fish podjechała na sygnale i zatrzymała się z piskiem opon. Wyskoczyła z samochodu schludna jak spod igły, w odprasowanym mundurze, z włosami upiętymi w zgrabny koczek.
Ale kierowanie takiego polecenia do byłej sierżant armii było jałowym zadaniem.
Ostrożnie otworzył drzwi, zaskakując tym Terry’ego, który akurat w nie walił. Pijaczyna wyleciał na zewnątrz i upadł na twarz, co ułatwiło Sam zakucie go w kajdanki.
Ustawiła go do pionu silną ręką, którą stać było na więcej niż podtrzymywanie chwiejącego się pijaka. W gruncie rzeczy dałaby radę niejednemu mężczyźnie. Holt przypuszczał, że gdyby zmierzył się z nią w walce wręcz, to przegrałby, mimo że był cięższy o jakieś piętnaście kilogramów i wyższy co najmniej o dziesięć centymetrów.
Terry zachwiał się na nogach i wyszczerzył do niej zęby.
Pociągnęła go do swojego wozu.
Więcej narzekań Holt już nie usłyszał, bo Sam wepchnęła Terry’ego do środka i odjechała. Facet spędzi noc w nowym miejskim areszcie, a nie na ulicach i w barze Red’s.
Tuż za nią szła jego matka, Mimsy. Na widok swoich kobiet poczuł ciepło na sercu. Po co tęsknie wzdychać do ciemnowłosej kochanki, skoro ma się przy boku taką jasnowłosą rodzinkę?
Odziedziczyła po matce piękną, świetlistą skórę, która zawsze fascynowała go u Cindy. Lubił wodzić palcem po błękitnych żyłkach widocznych pod delikatną skórą żony, nie mogąc się nadziwić, jak kruchą jest kobietą. Ale Miranda była zupełnie inna. Już w wieku pięciu lat stawiała żądania zamiast przekonywać jak Cindy.
Podniósł córkę i posadził sobie na ramionach.
Jej małe paluszki objęły czubek jego głowy.
Mimsy przewróciła oczami.
- Kiedy go ostatni raz widziałam, kłócił się, kto był zawodnikiem wszech czasów: czy Babe Ruth, czy raczej Joe DiMaggio.
Holt uśmiechnął się. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. W każdym razie nie w Redbud. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, chociaż było zbyt przewidywalne. Rozejrzał się wokół siebie. Festyn rozkręcał się w najlepsze. Uśmiechnięte twarze, rozkrzyczane dzieciaki, zapach hot dogów i popcornu. Jego miasto. Tutaj się urodził i dorastał. Jego miejsce na świecie. A teraz był to również dom Mirandy.
Niepokój szukał drogi do jego serca, by rozgościć się w nim jak kłujący cierń. Ale nic złego nie mogło się stać w mieście takim jak Redbud.
Przyciągnął mocniej kolana Mirandy. I może w tym właśnie był problem.
O dziesiątej wieczorem w barze Red’s wrzało już jak w ulu. Edie było to na rękę. Nie musiała wyciągać z nikogo informacji, na których jej zależało. Aż huczało od rozmów o bójce i Terrym Bishopie - poznała już jego nazwisko. I od uwag na temat jej udziału.
Nalała piwo i postawiła przed grupką gości.
Wszyscy jak jeden mąż wskazali na podłogę.
Diabelskie zagranie, pomyślała Edie, przypominając sobie własną decyzję.
Podstawowe.
Burkett wzruszył ramionami i przedstawił dwóch swoich kompanów. Skinął głową w stronę sztywniaka siedzącego z jednej strony.
Każdy z nich miał na głowie czapkę firmową Hammerbilt pokrytą tłustymi plamami. Czy fabryka rzeczywiście była pieszczoszkiem miasta?
Howard poprawił czapkę i odparował:
Edie starała się nie okazywać nadmiernego zainteresowania.
Andy dźgnął Howarda łokciem.
Trzej mężczyźni, wyraźnie pod wrażeniem, unieśli brwi.
Wymienili uśmiechy.
Świat na chwilę stanął w miejscu.
Edie również pochyliła się do przodu, co uczynili też najbliżej siedzący klienci.
Trzej mężczyźni roześmiali się, a Edie mrugnęła do nich. Oddaliła się, by napełnić puste szklanki. I pomyśleć o tym nazwisku. Drennen. Ale Holt był za młody, żeby...
Edie uwijała się jak w ukropie, by przygotować drinki dla Lucy. Nie chciała wkurzyć kelnerki. Nikogo nie chciała wkurzyć. Tylko wykonywać swoją robotę i zlać się z tłumem. Dokładnie i powoli. Spokojnie. Być jedną z nich.
Holt Drennen zbliżył się do baru razem ze swoją starszą wersją.
Serce jej podskoczyło, ale szybko się opanowała i zmarszczyła brwi.
Holt uśmiechnął się szeroko.
Holt potarł szczękę.
Cała sala wybuchnęła śmiechem.
Ktoś podszedł do obu mężczyzn i klepnął starszego w plecy.
Holt nadal miał na sobie dżinsy, a rękawy koszulki ciasno opinały silne ramiona i okazałe bicepsy. Przypomniała sobie jego zdecydowany i mocny dotyk. Złapała się na tym, że gapi się na jego ramiona, na duże dłonie o długich, smukłych palcach.
Tato. To słowo otrzeźwiło ją. Wszystko wróciło na swoje miejsca.
Złapała dwa kufle i napełniła piwem. Postawiła przed mężczyznami. Holt przedstawił jej ojca.
James pił piwo dużymi łykami. Przyglądał jej się znad brzegu naczynia.
Edie zmieniła temat. Chciała porozmawiać o ich nazwisku.
I usłyszała to, czego wołałaby nie wiedzieć. To nie jakiś prostak z odznaką, ale gliniarz, który dokładnie wiedział, co robi. A przy tym tak cholernie dobrze się prezentował przy pracy.
Wzięła głęboko oddech. Kto nie ryzykuje... i tak dalej.
Starszy Drennen prychnął lekceważąco.
- Szeryfie, ma pan na nią monopol? - zawołał ktoś, więc Edie odeszła, żeby obsłużyć klientów. W samą porę. Gdyby zaczęła wypytywać miejscową władzę, mogłaby wzbudzić podejrzenie. Zwłaszcza że dopiero co przyjechała do miasta.
Red zamknął bar o drugiej w nocy. Dwie godziny wcześniej, niż zwykle kończyła pracę, ale to jej pasowało. Miała swoje sprawy.
Edie, Lucy i Red szybko uwinęli się ze sprzątaniem. Kiedy Lucy skończyła, padła na krzesło, zdjęła swoje zdrowotne buty i rozcierała stopy.
Edie włożyła do ust plasterek pomarańczy. Nie było dużego zapotrzebowania na takie dodatki, ale lubiła mieć świeże w zapasie.
Edie pokręciła głową.
Lucy pokiwała głową niczym mędrzec.
Edie wymieniła uścisk dłoni z szefem.
Poklepał ją po plecach i wyszedł.
Edie zgasiła światła, zamknęła drzwi na klucz i wyśliznęła się na dwór, by pooddychać świeżym powietrzem. Musiała coś zrobić, zanim położy się spać, ale na razie rozkoszowała się ciemnością. Oparła się o ścianę budynku i wdychała nocne powietrze. Warkot samochodu Reda oddalał się powoli. I zapadła cisza. Najmniejszego szumu ulicznego ruchu. Zbyt daleko od szosy. Tylko szepty jej własnych duchów.
Głos zabrzmiał w gęstych ciemnościach, bezcielesny jak duch. Podskoczyła.
Oparła się wygodnie o ścianę, oddychając już spokojnie.
Nic nie odpowiedziała, wiedząc aż za dobrze, że ma świętą rację. Co by powiedział, gdyby mógł zajrzeć do jej serca? Że jego praca dopiero się zaczyna?
Musi trzymać go na dystans. Być zimna jak arktyczny świt. Ale nie była zimna. Jej serce dudniło, wypełniając ją ciepłem. Rytmicznie stukała palcem w udo. A jej umysł szeptał jedno słowo. Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo.
Znowu doszła do głosu, i to ze zdwojoną siłą, lekkomyślność, którą ciotka ciągle jej wytykała. Była świadoma bliskości tego dużego mężczyzny. Wyobraziła sobie ich razem, jak harmonijną melodię, przyciszoną i kuszącą. To nagłe pożądanie wydało jej się szaleństwem. Nawet nie znała tego człowieka. Powinna go przepędzić. Było późno. Czuła się zmęczona.
I wodzona na pokuszenie.
Zamilkła znowu ostrożna. Mówił serio czy tylko się przekomarzał?
Zesztywniała. Czy już ją sprawdził? Jeśli odkrył, kim jest, to dlaczego nic nie mówi? Nie, nic nie wiedział. Niczego nie odkrył. Była po prostu... nowym przybyszem, tak jak powiedział. I czuła niemal namacalnie jego pożądanie. Mogłaby nim manipulować. Uwieść go. Rozmowa do poduszki mogłaby ujawnić różne sekrety.
A był naprawdę wyjątkowo przystojny.
Wbijał w nią wzrok i chociaż nie mogła dostrzec wyrazu jego oczu, czuła, że przeszywają ją z pożądaniem. Zadrżała.
Serce zaczęło jej mocniej bić, ale nie okazała podniecenia. Kawa sam na sam z Holtem Drennenem to więcej niż pokusa. To wyzwanie. Ale, do licha, nie miała ochoty rzucać wyzwania mężczyznom.
Złapał.
Postawiła stopę na pierwszym stopniu.
Przytaknął.
Czuła jego wzrok na plecach, gdy wchodziła na górę z metalicznym stukiem, który odbijał się echem od ścian.
Dotarła na górny podest, przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Odwróciła się, żeby powiedzieć dobranoc, ale szeryfa pochłonęła ciemność.
Czując się bezpiecznie, pożałowała, że nie podała mu tej filiżanki kawy. Albo nie zaprosiła go na górę. Ale jej żal trwał tylko chwilę. Wystarczająco długo, by się upewnić, że sobie poszedł. Będzie miała dość czasu na dokończenie swojego zadania.
Robiła to drżącymi rękoma. Nie ze strachu, wierzyła przecież w słuszność swojej misji, ale dlatego, że aura Holta Drennena, szeryfa w Redbud, wisiała w powietrzu. Jak kuszący zapach wiatru, który zepchnął ją z kursu.
Zawsze podobali jej się wysocy faceci. Mogli ją zgnieść, a nie robili tego. Lubiła ich ciężar. Żadna burza nie była w stanie ich powalić. Holt był dużym mężczyzną. O twardej ręce, kiedy trzeba. Ale też pogodnym. Błysk w jego oczach przyciągał jej uwagę. Iskra, która zdawała się mówić, że świat byłby poważnym miejscem, gdybyśmy się na to godzili.
Ale on przecież nie znał jej życia. Nie słyszał krzyku własnej matki, dobywającego się z głębi duszy i umysłu. Nie widział, jak obcy ludzie grzebią jego ojca.
Odkleiła pasek taśmy z koperty. Ściskała ją mocno w dłoni. Zeszła ukradkiem po metalowych schodach i prześliznęła się do zaułka, gdzie stał jej motor. Uruchomiła rozrusznik i silnik obudził się z rykiem. Ten drażniący dźwięk dodał jej ducha, przypomniał, że ma dużo siły, mocne kości, mięśnie i mózg.
Przychyliła się w lewo, wyprowadziła motor i odjechała z warkotem.
Rankiem po festynie James Drennen pojechał do nieużywanego kamieniołomu na wschód od miasta. Ręce mu się pociły, w ustach czuł suchość, ale nie zwracał uwagi ani na jedno, ani na drugie. Od razu zauważył, że ktoś już tu był. Każdy znał służbowy samochód Freda Lyle’a. Po rybie na zderzaku rozpoznał też auto Kennetha Parsleya oraz korwetę Dennisa Runkle’a, która rzucała się w oczy, nawet jeśli na tylnej szybie nie widziało się napisu „Nieruchomości Runkle”. Ale nawet bez tych znajomych wskazówek i tak wiedziałby, kogo ma się tu spodziewać. Ich grupka była połączona przymierzem oszustwa i krwi, więc nie mógłby zapomnieć o żadnym z jej członków. Kilku z nich brakowało, to fakt. Ale nie można przywołać zmarłych z powrotem na ten świat. A w każdym razie tak mu się wydawało.
Zaparkował furgonetkę i podszedł do płaskich skał nad wykopem. Fred Lyle chodził tam i z powrotem, a twarz miał trupio bladą i spiętą.
Pastor Parsley przysiadł na wzniesieniu i spokojnie wpatrywał się w otchłań. W ciągu ostatnich dwudziestu lat przybyło mu sporo kilogramów i podbródek zlewał się z szyją. Ale nadal otaczała go aura prawości, która Jamesowi zawsze wydawała się nie na miejscu. Niezachwiana pobożność Parsleya wyniosła go do roli przywódcy społeczności. Nikt nie jest bliżej Boga niż Ken Parsley, jak mawiała Mimsy, i z pewnością on sam też tak uważał.
Dennis Runkle, jak zwykle, rozmawiał przez telefon, poruszając szybko ustami i gestykulując wyraziście. Ciężki złoty roleks na jego nadgarstku błyszczał w promieniach słońca. Dennis był w nieustannym ruchu, James nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział go w innym stanie. Ale choć dobiegał siedemdziesiątki, nadal wydawał się małym cwaniaczkiem, którym był już w liceum, tyle że teraz mógł śmiać im się w nos. Miał największy dom w mieście, najszybszy samochód i najseksowniejsze byłe żony.
Runkle, Parsley, Lyle i on sam. James przystanął na chwilę, aby przyjrzeć się tej zbieraninie charakterów. Wszyscy trzymali się z dala od skraju przepaści. Rozumiał to. Sam też nie miał ochoty tam podchodzić.
Fred wydobył chusteczkę z kieszeni i przetarł twarz.
Runkle podniósł dłoń, a z ust Freda wydobył się jęk zniecierpliwienia. Ale dziesięć sekund później Dennis Runkle chodził już tam i z powrotem. A raczej biegał. Zresztą był to jego normalny sposób poruszania się. Po co chodzić, skoro można biegać?
Zmarszczył brwi. Małomiasteczkowy, samozwańczy Donald Trump postawił na rozwój Hammerbilt i zakupił farmę Jansenów pod budowę nowego oddziału. Ale przy ścisłej kontroli budżetu pieniędzy na rozwój było niewiele. Występował już jako inwestor strategiczny nowych budynków mieszkalnych w zachodniej dzielnicy Redbud, które jedni uważali za betonowe szkaradztwo z fasadą imitującą drewno, a drudzy za symbol postępu. Dennis Runkle stał twardo po stronie tych ostatnich i podobno przeniósł swoje biuro z placu w centrum miasta do jego zachodniej części, choć niektórzy mogliby powiedzieć, że uczynił tak z powodu spadających cen nieruchomości.
Stanęli kręgiem, Parsley górował na Runkle’em, a James pochylał się nad Lyle’em. James wyczuwał niecierpliwość i zdenerwowanie pozostałych. A może to był tylko jego własny niepokój.
Fred sięgnął do kieszeni i wydobył jakiś przedmiot. Otworzył dłoń. Na środku leżał maleńki czarny anioł.
W powietrzu wisiało napięcie. Wszyscy wpatrywali się w ten przedmiot. Nikt nie wyciągnął ręki, aby go dotknąć.
Fred wyjął z kieszeni pogniecioną kopertę i podał im do obejrzenia.
Unikali swoich spojrzeń. Od wielu lat nie rozmawiali o tych sprawach i trudno było przełamać nawyk milczenia.
James utkwił wzrok w zabawce leżącej na dłoni Freda. On również nie miał zamiaru jej dotykać.
Runkle nerwowo podrapał się po szyi, był to gest alergika, który towarzyszył mu od pierwszej klasy.
Brzemienna cisza zaległa nad kamieniołomem. Słychać było tylko świst gorącego wiatru między skałami.
- Nie możemy ciągle zasłaniać się tą samą wymówką. Pewnego dnia prawda wyjdzie na jaw. Lepiej, żeby usłyszeli ją od nas.
James zacisnął usta. Na samą myśl o tym przeniknął go lodowaty dreszcz.
Parsley westchnął, ale skinął głową.
James przytaknął.
Odprowadził ich do aut. Zorganizował powrót, pilnując, aby między jednym a drugim odjazdem minęło dziesięć minut. Runkle odjechał jako pierwszy. Spieszy się do sfinalizowania kolejnych interesów, pomyślał James. Następny był Fred, a potem Ken Parsley. Na miejscu został już tylko zakurzony pikap Jamesa. Sprawdził godzinę. Za kilka minut będzie mógł odjechać tak jak tamci. Zostawić to za sobą. Podszedł jeszcze do skraju starego kamieniołomu i zmierzył się z tym, czego wołał nie wspominać.
To było dawno, dawno temu. Od tamtej pory... Nie chciał myśleć o tamtym dniu. Znalazł na dole połamane i zakrwawione ciało. Panował wtedy upał, temperatura sięgała zenitu, a na dnie nie było wody, która złagodziłaby upadek. Gehenna schodzenia na dół, owijanie ciała linami, aby wciągnąć je na górę. Straszny krzyk nieszczęsnej młodej wdowy.
Zadrżał pomimo upału.
Pamiętał jeszcze, jak zamknięto kamieniołom. Ile miał wtedy lat? Dziesięć? Jedenaście? Wydawało się, jakby całe miasto zostało zamknięte i przestało istnieć. Jego ojciec nie był jedynym człowiekiem, który nie obejrzał ani jednego meczu Małej Ligi latem 1954 roku. Dorośli rozmawiali przyciszonymi głosami, jak gdyby ktoś umarł. Pamiętał samochód z napisem „Przeprowadzki”, którym jego najlepszy przyjaciel wyjechał do Chicago, gdzie ojciec znalazł pracę. Kiedy zaczęła się piąta klasa, wiele ławek świeciło pustkami.
I właśnie wtedy zakłady Hammerbilt ogłosiły, że przystępują do budowy nowej fabryki w Redbud. To było jak drugie Boże Narodzenie w tym samym roku. Zgryzotę na twarzy jego matki zastąpił uśmiech. A na drugie śniadanie do szkoły dostawał bułkę z szynką zamiast mortadeli.
Ale pozostał strach, ukryty głęboko w ludzkich umysłach. Byli o krok od przepaści, tak jak on w tej chwili. Gdyby z fabryką Hammerbilt stało się to samo, co z kamieniołomem...
Odwrócił wzrok od wyschniętego dna. Słońce nagrzało okoliczne skały do białości. Blask raził oczy. Nie, nie chciał rozmyślać o złych czasach. Zrobił to, co musiał. Co było najlepsze dla miasta i jego mieszkańców.
Przypomniał sobie małego czarnego anioła, który patrzył na niego z dłoni Freda Lyle’a. Spójrz gdzie indziej, zabaweczko. Redbud dobrze sobie radzi. Podobnie jak Drennenowie. Cieszył się miłością i szacunkiem syna i biada każdemu, kto spróbuje mu to odebrać.
Jeśli nie liczyć porannego wałęsania się pod barem, to dzień Holta po festynie wyglądał jak każdy inny. Najpierw szeryf patrolował ulice Redbud, a potem udał się do swojego biura.
Ale był jeden wyjątek. Chociaż bardzo się starał, nie mógł wyrzucić z pamięci widoku szczupłego sprężystego ciała Edie Swann. Kiedy stał obok niej w ciemnościach, krew burzyła mu się w żyłach. Wprawdzie tylko przez chwilę, ale dobrze znał to uczucie. Towarzyszyło mu, gdy stał na rogu ulicy, czekając na handlarzy narkotyków. Gdy wchodził do lokalu ze striptizem, ubrany w draczne spodnie, wiedząc, że oszukuje wszystkich dokoła i że jeśli odkryją, kim jest, to będzie tylko kolejnym trupem wyłowionym z Missisipi.
Od wielu lat nie doznawał takiego wrzenia krwi. Odkąd wrócił na tarczy do rodzinnego domu. I został „szeryfem”, swoim przełożonym.
Co nie do końca było prawdą. Ojciec podsyłał czasem zastępców na pół etatu, a w razie potrzeby pomagali mu członkowie ochotniczych sił policyjnych. Jednak większość pomocników przeszła na emeryturę w tym samym czasie, co jego ojciec, a wśród ochotników byli głównie mężczyźni po osiemdziesiątce.
Oczywiście, kiedy potrzebował prawdziwego wsparcia, mógł się zwrócić do szeryfa hrabstwa albo Stanowego Biura Śledczego. Pomogli mu w zeszłym roku, kiedy grupa ćpunów upatrzyła sobie Redbud jako doskonałe miejsce na główną kwaterę.
Ale najczęściej Holt działał w pojedynkę. Z początku budziło to w nim niepokój, ale z czasem się przyzwyczaił. Jak do wielu innych rzeczy. A Edie Swann zaczęła zdzierać ten przytulny kokon, w którym się zaszył po śmierci Cindy.
Dobrze chociaż, że nie był już jedynym policjantem w mieście. Zanim nastąpiło załamanie rynku, krążyły plotki, że fabryka planuje ekspansję, a to wróżyło rozwój miasta, czyli zwiększenie liczby ludności i ruchu na ulicach. Holt wykorzystał koniunkturę, aby przekonać radę miasta do utworzenia pełnoetatowego stanowiska zastępcy szeryfa.
- Pokażcie gubernatorowi, że zależy nam nie tylko na rozwoju, ale że potrafimy myśleć perspektywicznie - zaproponował Holt w czasie wystąpienia przed radą, które odbyło się półtora roku temu.
Sześć miesięcy później zatrudnił Sam. Spędziła dwie zmiany w Iraku i świeżo odeszła z armii, wyglądała na osobę poważną i zrównoważoną, czego właśnie wymagała ta praca. Czasami nawet okazywała zbyt dużo powagi - trzymanie się regulaminu stanowiło jej religię. Ale wychowała się w hrabstwie Corley, więc małe miasteczka znała jak własną kieszeń. Gdyby kiedyś chciał odejść, z powodzeniem by go zastąpiła. Miał więc teraz wsparcie. W weekendy się zmieniali, tak że każde z nich pracowało co drugą sobotę. I dlatego przed kilkoma godzinami znalazł się na zapleczu baru Red’s, kręcąc się w mundurze w pobliżu mieszkania Edie Swann.
Krótki romans z Edie przynajmniej przełamałby rutynę. A w ogóle to kiedy ostatni raz uprawiał seks z kimś innym niż z samym sobą?
Zadzwonił telefon, zakłócając ciszę wczesnego poranka. Spojrzał na zegarek. Szósta. Jak każdego ranka, odkąd Miranda nauczyła się korzystać z telefonu.
Cisza.
Dłuższa cisza.
W każdym razie nie celowo.
Gdy się rozłączył, w uszach brzmiał mu jeszcze jej słodki głosik, który przywrócił życiu właściwy wymiar.
Odsunął krzesło i skierował się do pomieszczenia na tyłach. Przez całe lata Redbud obywało się bez więzienia. Jeśli ojciec Holta musiał kogoś aresztować, wzywał policję stanową albo szeryfa hrabstwa. Rozwiązanie sprawdzało się przez długie lata z racji niewielkiej przestępczości, nie było jednak wygodne. Zmiany zaprowadzone przez Holta na posterunku objęły też przerobienie na areszt pomieszczenia, które służyło za magazyn. Nieduże biuro Holta mieściło się przy głównym placu Redbud w budynku urzędu miasta i sąsiadowało z biurem burmistrza, Izbą Handlową oraz innymi publicznymi urzędami.
Obecnie jedyną celę aresztu zajmował tylko Terry Bishop. Siedział na brzegu pryczy z głową zwieszoną między kolanami. Koński ogon się rozwiązał i rozsypane włosy oblepiały całą głowę. Wyglądał źle i na pewno tak samo się czuł.
Terry zerwał się na nogi. Jęknął.
Holt otworzył celę.
Terry wyszedł z celi, powłócząc nogami i gderając.
Terry przyjął to do wiadomości i ruszył do drzwi.
Holt wziął kurtkę od munduru. Pora skontrolować ruch na ulicach miasta i na szosach. W sobotę nie było takiego natężenia jak w ciągu tygodnia, ale nie zaszkodzi upewnić się, czy wszyscy przestrzegają ograniczeń prędkości.
Edie spała krótko. Po paru godzinach znów była na nogach. O szóstej ubrała się i wyszła. Dziesięć minut później zaparkowała motor w pobliżu głównego placu, skąd mogła obserwować budynek urzędu, nie rzucając się w oczy. Oparła się o drzewo i ziewnęła. Lubiła spać, jak wszyscy. Ale uznała, że odpocząć może później. Kiedy zakończy sprawę.
Pół godziny później Terry Bishop zszedł, potykając się, po schodach. Kiedy znalazł się na chodniku, przeciągnął się i potarł kark. Wyglądał niechlujnie i był wyraźnie zmęczony. Po tylu piwach i nocy spędzonej w areszcie prawdopodobnie też brzydko pachniał.
Ale co tam, do diabla. Wdychała już gorsze smrody. Odpaliła motor. Zrównała się z Terrym w bocznej ulicy kawałek dalej.
Zwolnił, kiedy ją zobaczył. Przyłożył dłoń do czoła, aby osłonić oczy przed porannym słońcem.
Zgromił ją wzrokiem i ruszył przed siebie.
Edie szybko zaparkowała motor i pobiegła za nim.
Nie posłuchał jej, ale w końcu Edie zrównała się z nim.
To go jeszcze bardziej przeraziło.
Przyspieszył kroku, a ponieważ miała krótsze nogi, ledwie mogła za nim nadążyć.
Dała za wygraną.
Ani nie przyjął, ani nie odrzucił zaproszenia. Nawet nie potwierdził, że usłyszał. Po prostu szedł przed siebie.
Edie patrzyła na jego zgarbione plecy i ręce wciśnięte w kieszenie. Mogła pospać, bo i tak nic z niego nie wyciągnęła. Ruszyła w stronę motoru. Wczoraj, po paru piwach, był dosyć wygadany. Jeśli nic nie pomoże, to zawsze jest jeszcze bar.
Wyjeżdżając z miasta, Holt zauważył, że Terry przed kimś ucieka. Zwolnił. Rozpoznał towarzyszkę Terry’ego. Co też Edie Swann i Terry Bishop mieli sobie do powiedzenia?
Może chciała go przeprosić, że wtrącała się wczoraj w jego sprawy. Holt uśmiechnął się. Chociaż wiedział o niej mało, jednak był pewien, że przepraszanie nie jest w jej stylu. Postanowił wrócić do sprawy później. Któregoś dnia zada jej to pytanie.
A to oznaczało, że znów ją zobaczy.
No jasne. Kiedy znowu pójdzie do baru...
Uśmiechnął się - oszukiwał sam siebie. Wyjechał na drogę wylotową z miasta. Przez pierwsze pół godziny ruch był niewielki, ale stopniowo się nasilał. Godzinę drogi na zachód znajdował się Wal-Mart, ludzie jechali na sobotnie zakupy. Obserwował, jak zwalniają, widząc jego wóz, a po mniej więcej pół godzinie zawrócił i skierował się ku wschodniej stronie miasta, gdzie czekała go druga niespodzianka. Powracający ojciec.
Holt machnął ręką, żeby się zatrzymał.
James wysiadł z pikapa i włożył ręce do kieszeni.
James się uśmiechnął.
Wymienili uśmiechy. Obaj mieli świadomość, że dziewczynka manipuluje swoimi mężczyznami, i akceptowali to.
James, wsiadając do samochodu, podniósł oba kciuki do góry. Jeśli nawet wcześniej się czymś martwił, teraz wyglądał normalnie. Ranek rzeczywiście był piękny. Zapowiadał się udany dzień.
Amy Lyle nie potrafiła sobie przypomnieć, co ją obudziło w niedzielę o świcie. Zwykle miała twardy sen, tak samo jak Fred. Spała obok tego mężczyzny od trzydziestu pięciu lat i wiedziała, że rzadko bywał nerwowy. Być może jakiś szósty zmysł właściwy żonom, kazał jej otworzyć szeroko oczy o drugiej nad ranem i pospiesznie wyjść z pokoju w samej nocnej koszuli, kiedy zobaczyła, że druga strona łóżka jest pusta. A może to niepokój, który jej towarzyszył od jakiegoś czasu. Przez ostatnie dni Fred nie był sobą. Coś go dręczyło. Miała nadzieję, że tym razem nie chodzi o jego serce. Doktor stwierdził bez ogródek, jaki wpływ może mieć na niego stres, ale kiedy pytała Freda, jak się czuje, zawsze odpowiadał, że dobrze. Dobrze. Czy może być bardziej nieprzekonująca odpowiedź?
Może zbudził ją jakiś hałas, jakiś odgłos domu. Miejsca, gdzie obchodzili rocznice i urodziny. Wychowali dzieci. Miejsca, które była zmuszona opuścić. Tak bardzo była zajęta planowaniem przyszłości, że nigdy nie przystanęła, aby zastanowić się, gdzie jest.
A teraz była tutaj, w kuchni, razem z szeryfem, podczas gdy nieruchomy Fred leżał cicho w swoim gabinecie. Czekali na przyjazd ambulansu. Ale Fred nie potrzebował już lekarza.
Amy spojrzała pustym wzrokiem na stojącego przed nią mężczyznę. Szeryf Drennen. W Redbud zawsze był jakiś szeryf Drennen.
Chyba chciał usłyszeć od niej coś więcej, ale nie potrafiła nic powiedzieć.
