Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
24 osoby interesują się tą książką
Zabawna opowieść o zderzeniu dwóch rodzin z zupełnie różnych klas społecznych, pełna scen o satyrycznym wydźwięku, żartów sytuacyjnych i śmiesznych dialogów.
Paweł Kozioł i Małgorzata Kruk chcą założyć rodzinę. Niestety, rodzice Małgosi, prokurator i ordynatorka w szpitalu miejskim, wymarzyli sobie zupełnie innego zięcia – majętnego i z dobrym nazwiskiem. Tymczasem trafił im się beztroski agent nieruchomości, w dodatku syn rolnika. Choć Krukowie wydają się pogodzeni z sytuacją, będą próbowali sabotować przyszłe małżeństwo córki.
Przyjęcie zostaje przeniesione z drogiej restauracji do wiejskiej sali przyjęć, w roli zespołu występuje młody DJ, a Kazik Kozioł zapewnia alkohol własnej produkcji. Na weselu wszystko odbywa się według tradycji: jest pierwszy taniec, tort, nieco zbyt pijani goście i kilka wpadek. Nie brakuje nieporozumień, kłótni i bijatyk. Fotograf spada z parapetu na szwedzki stół, babcia ucieka z przyjęcia zgorszona obyczajami, a dziadek pląsa po parkiecie do rytmów AC/DC.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 333
Data ważności licencji: 3/14/2030
Copyright © Copyright © Paulina Wysocka-Morawiec
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Joanna Podolska
Korekta
Julia Dałek
Projekt okładki
Iza Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-76-3
Pierwowzorem książki było opowiadanie Kozłówka opublikowane w antologii: „W kręgu Galerii”. Zostało tak ciepło przyjęte przez Czytelników, że zaowocowało całą serią tekstów zamieszczonych na łamach kolejnych numerów kwartalnika literackiego GALERIA, by ostatecznie przerodzić się w pełnometrażową powieść.
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Rozdział 1
Wesoła nowina
Krystyna Kozioł wyskoczyła z łazienki jak poparzona. Jedną połowę jej głowy zdobiły piękne fale sięgające ramion, na drugiej zaś dyndały wesoło kolorowe papiloty. Wbiegła do kuchni, przytrzymując poły szlafroka i cichutko mamrocząc wiązankę niewybrednych przekleństw. Wkroczyła dzielnie w kłęby dymu. Lewą ręką wyłączyła gaz, a prawą zdjęła patelnię z rozgrzanego palnika. Chwyciła ścierkę i zaczęła machać nią nad zwęgloną zawartością.
– Oj, coś się chyba przypaliło – odezwał się Kazik od progu.
– Przypaliło, przypaliło! – sapnęła ciężko. – Cały obiad szlag jasny wziął! – Rzuciła ściereczkę na blat i poczłapała otworzyć okno.
Kazik wszedł do kuchni, na blacie położył kilka świeżych jajek i zajrzał na patelnię.
– Szkoda tych rolad, ale wiesz… Jak się gotuje, to lepiej stać przy kuchni, a nie po całym domu latać.
Krysia zmrużyła powieki.
– Tak? A jak niby mam nie latać, skoro się jeszcze wyszykować muszę? Tobie to i może wystarczy zmienić łach na odrobinę czystszy i gotowe, a ja?
Kazik wzruszył ramionami.
– Nie wiem, może wcześniej wstać powinnaś? To byś się ze wszystkim na spokojnie i bez ofiar w mięsie wyrobiła.
– Ofiarę to zaraz zrobię, ale z ciebie! – krzyknęła, a małżonek aż podskoczył.
– Ale się nie denerwuj, Krysiu. Ja tylko dobrze doradzić chciałem.
– Doradzić?! To ja tobie, nierobie jeden, coś doradzę. Na następny raz byś mi mógł pomóc, zamiast głupie docinki robić. Ja tu od świtu zapieprzam. Najpierw sprzątałam, bo żeś wczoraj podłogę zapaskudził buciorami, ubrania porozrzucałeś, jakby szafa była na Kasprowym, a nie w naszej sypialni. Później do łazienki poszłam, ale żeś mnie wygonił, bo twoja potrzeba ważniejsza…
– A co? W gacie miałem zrobić? – wtrącił Kazik pod nosem.
– Wejść się potem nie dało, chyba że w masce gazowej, to poszłam obiad szykować. A ciebie gdzieś pognało, nie wiadomo gdzie. Patrzę, zegar mnie goni, a ja w proszku, to zaczęłam kursować z kuchni do łazienki i z powrotem.
– I się przypaliło.
– Się przypaliło. Ale gdybyś tu był, to wszystko by było w porządku.
Kazik zamrugał.
– Czyli to moja wina?
Krysia zadarła podbródek i podparła się pod boki.
– A co ja ci właśnie tłumaczę?
– A… ale ja kury karmiłem przecież i do Nowaka musiałem zajść, bo mnie zawołał, żeby mu pomóc jakieś skrzynki pownosić.
– Pewnie! – Krysia prychnęła. – Nowak zawsze ważniejszy. Zawoła, to choćby dom ci się ogniem zajął, rzucisz wiadro w pizdu i do niego polecisz.
– Nie, co ty…
Kobieta tupnęła nogą, a on natychmiast zamilkł.
– Dosyć! Szkoda czasu. Jak się tak rwiesz do pomocy, to idź i do stołu nakryj, a ja tu jakoś ogarnę. Może poratuję te nieszczęsne rolady.
Kazik mruknął coś pod nosem, ale poszedł. Krysia za to wróciła do gotowania. Oskrobała mięso ze spalenizny i przełożyła na nową patelnię. Uznała, że może jednak obiad nie jest stracony. Gorzej było z jej synem. Tego dnia zapowiedział się ze swoją dziewczyną. Już kolejny raz. W innych domach może nie było to nic dziwnego, ale w przypadku Pawełka to znaczyło więcej, niż można było przypuszczać.
Krysia Kozioł spojrzała na bok lodówki. Pełny był zdjęć – jej dzieci małe, większe i dorosłe. Skupiła się na synu. Od zawsze robiły mu się takie śliczne dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechał. Po Kaziku. Pamiętała dobrze, że zawsze lubił znosić do domu różne barachła. A to znalazł jakiś ładny kamień, a to naniósł kasztanów, a to spodobały mu się ślimaki. Wszystkiego było od groma! Wtedy Krysię to denerwowało, ba, doprowadzało do szału nawet, ale z perspektywy czasu, chętnie by do tego wróciła.
Teraz dorósł i zamiast oślizgłych skorupiaków zaczął sprowadzać do domu jakieś… jakieś kobiety. I nawet była w stanie przymykać na to oko. Przynajmniej, dopóki były to jednorazowe wizyty. Raz blondynka, raz brunetka, aż trafiła się ruda i już z piąty raz się pojawiała. Co gorsza, Pawełek wyglądał na kompletnie zauroczonego. Patrzył na tę dziewczynę jak kiedyś Kazik na nią i Krysia czuła, że nie skończy się to dobrze…
* * *
Kazik wbrew prośbie żony minął salon i ruszył wprost do piwnicy. Stąpał ostrożnie po drewnianych schodach, wprawnie omijając wszystkie skrzypiące deski. W pierwszej kolejności podszedł do sprzętu destylującego i upewnił się, że wszystko jest jak należy, dopiero potem odwrócił się do regału z przetworami żony.
Odsunął kilka zakurzonych słoików z półki, sięgnął w głąb, wyczuł luźną cegłę w ścianie i pociągnął. Cegła była przecięta na pół, tak by w dziurze zrobić trochę wolnej przestrzeni. Sięgnął do kieszeni spodni, wyjął kilka banknotów i umieścił w swoim prowizorycznym sejfie. Odłożył cegłę na miejsce, tak samo słoiki, i uśmiechnął się pod nosem.
Zaskórniaki ze sprzedaży bimbru były jego słodką tajemnicą, której pilnie strzegł przed żoną. Nie bał się, że na niego doniesie, raczej że zarekwiruje pieniądze i wyda na niepotrzebne pierdoły jak nowe firanki czy jakieś sukienki. Za to on miał dużo ważniejsze cele. Zbierał bowiem na motocykl WSK 125.
Kazik uśmiechnął się do siebie. Klasyk, ot co, ale z pewnością przywoływał wspomnienia szalonej młodości.
Gdy pieniądze były już bezpieczne, Kozioł wrócił na górę równie cicho. Dopiero w salonie pozwolił sobie na odrobinę hałasu. Brzęk naczyń i sztućców miał uspokoić Krysię. Gdy stół był już gotowy, Kazik uznał, że czegoś na nim brakuje. Zerknął na barek i skinął do siebie. Co to za obiad bez dobrego trunku? A jak wieść gminna głosi, najlepsze wychodziły właśnie spod jego wprawnych rąk.
– Kazik! Na litość, co to jest? – odezwała się Krysia, która niczym zjawa wyrosła za plecami męża.
– Jak to? Stół zastawiony przecież, a co?
– Widzę, tylko coś tu nie pasuje. – Wskazała palcem butelkę.
– Nie pasuje? Wiśniówka? Bardzo pasuje właśnie, zwłaszcza do lekkiej spalenizny. Zabije goryczkę.
Krysia sapnęła i chwyciła trunek.
– Jeśli ktoś ma tutaj coś zabić, to najprędzej ja ciebie – mruknęła pod nosem i odwróciła się do barku.
– Co ty, Krysia, zostaw! Na trawienie coś trzeba przecież.
– Cześć!
Do pokoju wpadła Mirosława. Elegancka jak zawsze, starannie uczesana, z charakterystycznym błyskiem w oku. Ucałowała w policzek Krysię i pozwoliła przytulić się Kazikowi, który od razu się poskarżył:
– Córcia, dobrze, że jesteś. Matka zabiera wiśnióweczkę. Wyobrażasz sobie?
– Jeszcze nas dziewczyna Pawełka gotowa za patologię wziąć – wytłumaczyła Krysia, zamykając barek.
– No wiesz? Co za pomysły! My i patologia?
Mirosława uśmiechnęła się pod nosem i delikatnie poprawiła włosy. Nie zamierzała tego mówić głośno, ale jej rodzina rzeczywiście w pewnych kwestiach odstawała od normy. Jeśli wierzyć definicji słowa „patologiczny”, można było i tak ich określić. Choć oczywiście nie w takim sensie, o jakim myślała jej mama.
Położyła dłoń na ramieniu Kazika.
– Słuchaj, tatuś, mama ma trochę racji. Ta wiśniówka nie do końca pasuje.
Oczy Kozła zaokrągliły się i zaszkliły, przez co przypomniał córce kota ze Shreka.
– Ale… ale na trawienie przecież!
– Wino możesz podać.
Krysia pokiwała głową z entuzjazmem. Zazwyczaj nie pijała wyrobów męża, ale jego wina lubiła. Wina i nalewkę z bzu czarnego, która nie raz ratowała ją w pierwszej fazie przeziębienia.
– Jakby to powiedzieć… cóż… – Kazik wił się pod czujnymi spojrzeniami żony i córki. – Wina jakby wyszły.
– Wyszły?! Dwie skrzynki?!
Kazik wzruszył ramionami. Co prawda mógł zostawić trzy butelki na wszelki wypadek, ale tak dobrze się sprzedawały, a ostatnio posterunkowy Kwiatkowski tak ładnie prosił… Można powiedzieć, że Kozioł nie miał wyjścia. Przynajmniej jeśli chciał oszczędzić na mandacie za jazdę rowerem zygzakiem. To była jednak jego tajemnica, tak samo jak wymarzony motocykl, który przywoływał w myślach za każdym razem, gdy za coś mu się obrywało.
– Zasmakowały. Co zrobisz? – wybąkał pod nosem.
– Ja z tym pijusem nie wytrzymam!
Krysia przepchnęła się obok Kazika. Trąciła go przy tym ramieniem. Ruszyła do kuchni. Mirka spojrzała na ojca. Coś jej tutaj nie grało.
– Tato, a od kiedy ty tak lubisz wino? – zapytała.
Bimber – jak najbardziej. Nalewka – czemu nie? Byle nie za dużo na raz, bo zamiast pomóc zaszkodzi. Piwo to napój, a nie alkohol. Wino – lampkę może, choć niezbyt chętnie, bo albo za cierpkie, albo za słodkie. W hierarchii za winem stały już tylko likiery. Mirka wątpiła, by tata wypił dwie skrzynki „zaprawionego kompotu”, gdy zaraz obok stały butelki najlepszego we wsi samogonu.
Kazik jakby się zmieszał.
– Widzisz, córcia, jak to się wszystko na starość miesza. – Pokręcił głową.
Wiedziała, że kłamie, ale każdy miał prawo do swoich tajemnic, więc nie drążyła. Spojrzała na złoty zegarek zdobiący jej nadgarstek.
– Mamy jeszcze kilka minut. Poratuję cię i podjadę do sklepu po to wino. Co mama robi na obiad?
– To, co zawsze. Kluski, kapustę i przypalone rolady.
Mirka uśmiechnęła się delikatnie, skinęła i już jej nie było.
Przez kolejne minuty Kazik Kozioł starał się nie wchodzić w drogę żonie. Utrzymywał bezpieczną odległość od kuchni, łazienki i piętra, gdyby małżonka zechciała wejść na wyższy poziom po ubrania. W ten sposób udało mu się przetrwać do momentu, w którym w domu zjawił się najskuteczniejszy odwracacz Krysinej uwagi.
– Pawełek! – rozległ się jej głos w korytarzu.
Kazik odetchnął, wyszedł z piwnicy i stanął za żoną, która miażdżyła w uścisku swoje dziecko. Całe szczęście owo dziecko miało blisko dwa metry i całkiem sporo mięśni odpornych na matczyną dawkę miłości w wersji hard.
Obok Pawła stała drobna, śliczna kobieta. Miała na sobie wełniany płaszczyk i rude włosy przyprószone śniegiem. Pomachała do niego i uśmiechnęła się tak, że Kazik po raz kolejny miał ochotę pogratulować synowi wyboru partnerki.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry, Gosiu – powiedział, wkładając w powitanie jak najwięcej życzliwości.
– Mamo, już wystarczy. Nie widzieliśmy się ledwie tydzień – sapnął Paweł, wyplątując się z objęć Krysi. Kiedy tylko się oswobodził, owinął ramię wokół szczupłej talii Małgosi.
Krysia sprawiała wrażenie, jakby dopiero teraz zauważyła dziewczynę. Zmierzyła ją od stóp po czubek głowy i wygięła usta w coś, co chyba miało być uśmiechem.
– Miło cię widzieć, skarbie – wydusiła.
Jej oczy urosły, gdy Gosia rzuciła się w jej stronę, by ją uściskać.
– Wzajemnie, pani Krysiu! Wygląda pani przepięknie!
Kozłowa zmieszała się, lekko poprawiła idealnie ułożone włosy, a jej uśmiech nabrał naturalności.
– Dalej, wchodźcie. Przecież tak stać nie będziemy. – Zamachała ręką w stronę salonu.
Kazik odsunął się na bok i przepuścił młodych. Kiedy weszli do pokoju, Krysia rozejrzała się uważnie.
– A Mirka gdzie?
– Zaraz będzie. Chyba z samochodu czegoś zapomniała – skłamał Kazik.
– Och, gdzie ta dziewczyna ma głowę? To co? Czego się napijecie? – zapytała Pawła i Małgosię, którzy zdążyli rozsiąść się na kanapie.
* * *
Tymczasem Mirka zaparkowała samochód pod sklepem. Była to mała dobudówka do domu rodzinnego Siwków, zaopatrzona tak sobie, więc kobieta nie liczyła na wiele. Miała jednak nadzieję, że znajdzie tam jakieś czerwone wino lepsze od tego, które popijała grupka mężczyzn ustawionych przy rogu budynku, według niej zdecydowanie zbyt młodych na takie rozrywki.
Że też im się chce wystawać na mrozie – pomyślała i wysiadła.
Nie kłopotała się zamykaniem samochodu, bo głęboko wierzyła, że na jej rodzinnym zadupiu nie okradają nikogo, a już zwłaszcza swojego. Przeszła obok grupki niedzielnych pijusów, odpowiedziała na chóralne „dzień dobry” i zniknęła w sklepie. Nie zauważyła, że jeden z mężczyzn wręcz przewiercał ją spojrzeniem.
– Dzień dobry, pani Siwek.
– Dzień dobry, Mireczko – mruknęła starsza kobieta z taboretu za ladą.
Siedziała przy małym stoliczku nad krzyżówką i z kawą w szklance z koszyczkiem. Miała na sobie gruby sweter, a na niego zarzucony fartuch, który tak na oko pamiętał lata siedemdziesiąte. Podniosła się powoli i podeszła do kasy.
– No, no. Ty to zawsze taka elegancka. Widać, że już bardziej miastowa niż tutejsza.
Mirka przygładziła kremowy płaszczyk i uśmiechnęła się pod nosem. Choć Siwkowa powiedziała to z lekkim przekąsem, młoda kobieta nie mogła sobie wymarzyć lepszego komplementu, dlatego uprzejmie podziękowała i powiedziała, czego szuka.
– Wino? To takie mam, jak tam widać. – Wskazała na najwyższą półkę z alkoholami.
– Pierwsze z lewej bym poprosiła.
– No to już, kochanieńka, poczekaj. Drabinkę muszę…
Wtedy wszedł jeden z mężczyzn z podsklepowej grupki. Stanął za Mirką i cicho się z nią przywitał. Uśmiechnęła się do niego, a on z miejsca się zarumienił.
– O, Stasiu, dobrze, że jesteś! Chodź tu, chłopcze, i ściągnij mi tą butelkę – zawołała pani Siwek, mocując się z czterostopniową drabinką.
– Pewnie. – Stasiu przeszedł za ladę i już stał na chyboczącej się aluminiowej konstrukcji. – Tą? – zapytał.
Mirka nie odezwała się. Stała z lekko przechyloną głową i uważnie obserwowała mężczyznę. Był w wieku jej brata, chodzili do tej samej klasy, a ona nie pamiętała, czy zawsze miał takie zgrabne pośladki, czy dopiero niedawno się ich dorobił? Tak, z pewnością niedawno. Inaczej kojarzyłaby tą jego cechę, prawda?
– Mirka?
– Co? – zapytała skołowana. – A tak. Tą, tą.
Odchrząknęła, lekko speszona, bo została przyłapana na niegrzecznych myślach. Zaraz, chwileczkę. Przecież nikt nie wiedział, o czym właściwie myślała.
Butelka średniej jakości wina wylądowała na sklepowej ladzie.
– Dziękuję, Stasiu. – Pani Siwek poklepała go po szerokim ramieniu i odesłała do strefy przeznaczonej klientom. – Coś jeszcze? To trzydzieści złotych się należy.
Mirka zapłaciła, pożegnała się i już miała wychodzić, kiedy Stasiek się odezwał:
– Jedziesz może do domu?
– Tak.
– Mogę się zabrać z tobą? Zawsze będę miał trochę bliżej.
– Pewnie, poczekam na zewnątrz.
Ledwie usiadła w samochodzie, zobaczyła, jak Stasiek wybiega ze sklepu. Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że ucieka po obrabowaniu starej Siwkowej. Swoją drogą niezłe prędkości osiągał na oblodzonym chodniku. Ona pewnie już ze dwa razy wyrżnęłaby tyłkiem o ziemię.
– Spokojnie, nie spieszy mi się – skłamała, gdy zajął miejsce pasażera.
W ręku trzymał kubeczek śmietany i kilogram mąki. Położył zakupy między swoimi nogami i zapiął pas. Później potarł ręce o spodnie, niechcący brudząc je białym pyłem.
– Może, ale nie chcę ci robić dodatkowego kłopotu. – Uśmiechnął się nieśmiało, zaraźliwie.
Przez głowę Mirki przemknęła myśl, że zmężniał i wyprzystojniał. Zaraz później przegnała ją precz. Stasiek był równolatkiem Pawła, czyli liczył cztery lata mniej niż ona. Różnica wieku przechylała się w stronę, której kobieta nie uważała za pożądaną. Głęboko wierzyła, że mężczyźni dojrzewają wolniej, szukała więc miłości wśród wyższych roczników. Ta zasada okazała się nieco kłopotliwa, ponieważ z każdym rokiem wśród kandydatów na męża pozostawało coraz mniej kawalerów, a jeśli już jakiś się trafiał, prędzej czy później okazywało się, że jest z nim coś nie tak. Nie wróżyło to dobrze, ale nie porzucała nadziei.
– To żaden kłopot – odpowiedziała i ruszyła. – Wracasz z kościoła? – zapytała, zerkając na spodnie od garnituru przybrudzone mąką.
Stasiek skinął głową.
– Tak, zawsze trafiam na ostatnią mszę.
– A potem do Siwkowej?
Mężczyzna lekko się speszył.
– Po drodze jest, a mama zawsze czegoś zapomni, to wstępuję. Nieraz ktoś znajomy stoi, więc zamienię parę zdań.
– Spokojnie, nie oceniam. Mało tutaj rozrywek. Co innego macie robić? – Wzruszyła ramionami.
– Nie piję – wydukał lekko czerwony na twarzy.
Nie wiedziała, czy od mrozu, czy z zakłopotania.
– Co?
– Ja nie piję. Dla towarzystwa przystaję.
– Aha.
Mirka nie miała pojęcia, dlaczego Stasiek aż tak się tłumaczy.
– Przejechałaś – odezwał się.
– Wiem, podrzucę cię pod dom. To już niedaleko.
– Nie, nie trzeba.
– Już za późno. – Uśmiechnęła się i zanuciła pod nosem.
Jakoś nie miała serca wysadzać go dobry kilometr przed celem. Może miał na sobie ciepłą kurtkę, ale było naprawdę zimno, a z nieba spadały grube płatki śniegu. Dotarłby do domu, to pewne, ale przypominałby bardziej bałwana niż siebie samego.
Samochód wjechał na drewniany most. Koła zaturkotały wesoło, gdy przekraczali rzekę.
– Co właściwie u ciebie słychać? – zapytał.
– Wszystko dobrze, dzięki. Dzisiaj mamy w domu wielki rodzinny obiad. Wpada Paweł ze swoją dziewczyną. Jedną i tą samą od pół roku, więc wygląda to poważnie. A u ciebie?
– Też dobrze. Dużo pracuję.
– Gdzie?
– W tartaku Brzezińskich, a w weekendy kelneruję w Koniczynce.
– Sporo tego.
– Yhm.
Zatrzymała się na końcu wąskiej drogi przy małym, zielonym domku. Za posesją rozciągał się już tylko las.
– Dzięki – powiedział, zbierając zakupy.
– Nie ma sprawy.
Otworzył drzwi, ale zawahał się z jedną nogą na poboczu. Trwało to może dwie sekundy, jednak pokręcił głową i całkiem wysiadł. Pomachał jej i podszedł do furtki. Odjechała, ani razu nie oglądając się za siebie. Za to Stasiek obserwował jej samochód, aż nie zniknął mu z oczu. Już prawie zebrał się na odwagę, już prawie otworzył usta, ale stchórzył jak zawsze. Kobieta jego marzeń była na wyciągnięcie ręki, a on nie zrobił kompletnie nic.
* * *
Mirosława weszła do domu. Otrzepała buty ze śniegu, zdjęła je i starannie ustawiła przy ścianie. Odwiesiła płaszcz i ruszyła w stronę wesołych głosów dochodzących z salonu. Wszyscy siedzieli już przy stole. Krystyna wpatrywała się rozkochanym wzrokiem w Pawła, którego usadziła naprzeciw siebie. Kazik za to zagadywał Gosię, jakby za wszelką cenę chciał jej się przypodobać.
– O, jest nasza zguba! – zahuczał, gdy wkroczyła do pokoju.
– Wreszcie. – Mama posłała w jej stronę karcące spojrzenie.
– Skoczyłam po małe co nieco do obiadu.
Zamachała winem i przywitała się wylewnie z Małgosią. Brata zaszczyciła jedynie rozczochraniem czupryny. Paweł wymruczał pod nosem swoje niezadowolenie, ale zaraz uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił – szczerze i chłopięco. Nawet ją to rozbrajało, a co dopiero ich rodzicielkę.
– Skoro jesteś, możemy znosić jedzenie. Przyszłaś ostatnia, więc mi pomożesz – zakomenderowała Krysia, zanim Mirka zdołała wsunąć się na krzesło.
Kobieta miała ochotę wytknąć, że sensu stricto wcale się nie spóźniła, bo przecież przyjechała do domu grubo przed bratem, ale wiedziała, że na dłuższą metę i tak niczego nie ugra. Paweł z racji swojej pozycji syneczka mamusi nie musiał niczego i nigdy. Mirka była przegrana już na starcie, a lata bezskutecznej walki o swoje prawa zakończyła ponurą akceptacją gorszej pozycji. Mogłaby się obrazić i nie przyjeżdżać do rodzinnego domu, lecz jakoś nie mogła się przemóc. Była miękka, sentymentalna i już po dwóch tygodniach tęskniła.
Krysia z zadowoleniem stwierdziła, że udało jej się uratować rolady. Może w sosie czuć było nutę spalenizny, ale tylko nutę. Zdecydowanie przeważał aromat mięsa. Potwierdzały to uszy biesiadników, które aż się trzęsły przy jedzeniu. Mimo to napomknęła, że mięso jej trochę nie wyszło, ale tylko po to, by wysłuchać licznych pochwał.
Kiedy talerze były puste, Paweł zaczął uśmiechać się jak głupi do sera, co Krysia przypisała właśnie swoim talentom kulinarnym. I pewnie pozostałaby w tym przekonaniu, gdyby jej kochany syneczek nie otworzył ust.
– Z Gosią mamy nowinę.
Krysia znieruchomiała z kieliszkiem w dłoni. Zamrugała. Czyżby miała zostać babcią? Niby chciała, ale jeszcze nie teraz. Może już jakiś czas nie miała dwudziestu lat, lecz nadal uznawała się na zbyt młodą, by ktokolwiek mógł ją tak tytułować.
– Tydzień temu poprosiłem Gosię o rękę, a ona się zgodziła! – niemal krzyknął.
Kazik klasnął w dłonie ucieszony, a Krysia aż podskoczyła, wylewając przy tym odrobinę wina na biały obrus. Mirka zakrztusiła się swoim.
– No to z takiej okazji należy się wiśnióweczka!
Kazimierz w podskokach ruszył do barku. W trymiga na stole znalazło się pięć kryształowych kieliszków. Wprawną ręką napełnił je krwawym płynem i rozdał obecnym.
– Za szczęście młodych! – Wzniósł toast i wychylił swój.
Reszta poszła jego śladem. Nalewka wykręciła lekko twarze, ale co poniektórym pozwoliła lżej przetrawić te nowiny. Krysia uśmiechnęła się niemrawo. Jej malutki chłopczyk chciał się żenić! I to jeszcze z taką dziewczyną! Czy ona zdoła o niego odpowiednio zadbać? Czy go dobrze nakarmi? Jak miała oddać go w jej ręce? Boże, o Boże…!
– Kazik, jeszcze – sapnęła i nadstawiła pusty kieliszek.
– Oj, Krysia, masz rację, masz. Jeszcze po jednym!
Mirka nie oponowała. Przyjechała samochodem, a rano miała być w pracy, ale trudno. Takie wieści musiała przyjąć z pomocą sławnej wiśniówki taty. Jej brat brał ślub – mało tego, robił to przed nią, choć to ona była starsza i była kobietą. Cholera jasna, to nie tak miało wyglądać…
Po trzecim kieliszku przełamała się, by wstać z miejsca i pogratulować parze. Pomyśleć tylko, że gdyby ich ze sobą nie poznała, jeszcze miałaby szansę uratować swój honor. Ale nie, ona musiała przesadzić z winem na spotkaniu z koleżankami z pracy i zadzwonić po Pawła. Musiała też zaproponować Gosi, którą szczególnie polubiła, by zabrała się z nimi, bo to przecież po drodze. Wszystko jej wina, a sądząc po twardym spojrzeniu mamy, ta myślała podobnie.
Kiedy pierwsze emocje opadły, Krysia odchrząknęła.
– Nie obraźcie się, dzieci, ale nie sądzicie, że to ociupinkę za szybko? Ile wy się znacie? Kilka miesięcy?
– Mamuś, przecież ślub nie będzie jutro. A skoro mamy pewność, to na co mamy czekać? – Paweł spojrzał z oddaniem na Gosię, jakby była całym jego światem.
– Właśnie, Krysia, po co czekać? Jak się Kozły zakochują to raz a dobrze. Wątpliwości nie ma. – Kazik zarechotał, po czym stęknął ciężko, kiedy pięta Krysi trafiła w jego goleń.
– Ale to może trzeba najpierw popróbować się trochę? Z początku to zawsze wszystko słodyczą smakuje, a później różnie bywa.
– Dlatego najpierw ze sobą zamieszkamy – wtrąciła Gosia.
Krysia sapnęła.
– Ale tak przed ślubem?
– A jak inaczej, mamuś? Wtedy najlepiej sprawdzimy, czy nam jest ze sobą dobrze.
– To na kiedy planujecie ślub? – zapytała Mirka, kątem oka obserwując, jak ich mama hiperwentyluje.
– W sierpniu.
– Świetnie, a którego roku?
Paweł zaśmiał się pod nosem.
– Jak którego? Tego przecież.
– Ale to za siedem miesięcy.
Gosia potaknęła.
– Nie ma z czym zwlekać. – Paweł wyszczerzył się jak głupi.
– I to powiedział facet, który twierdził, że on nie gołąb i do obrączkowania mu się nie spieszy – powiedziała Mirka z przekąsem.
– Bo jeszcze wtedy nie znał odpowiedniej ptaszyny – skomentował Kazik i puścił oko przyszłej synowej, która uroczo się zarumieniła.
Rozdział 2
Zmówiny
– Mamo, długo jeszcze? Spóźnimy się! – krzyknął Paweł z parteru.
– Już, synuś, już – mruknęła Krysia pod nosem.
Stała przed lustrem w sypialni na piętrze. Mężczyzna nie miał prawa jej usłyszeć, ale zbytnio się tym nie przejmowała. Musiała przecież jakoś wyglądać podczas pierwszego spotkania z rodzicami Gosi. To wymagało czasu. Ostatni raz dotknęła fryzury, którą zawdzięczała sprawdzonej specjalistce, obejrzała się z przodu oraz z tyłu, a na koniec obficie spryskała perfumami. Dopiero wtedy zeszła na dół.
Kazik siedział w kuchni, popijając herbatę, a Paweł chodził po korytarzu cały rozdygotany.
– W końcu! – krzyknął.
Bez zbędnej zwłoki sięgnął po płaszcz mamy i pomógł jej się ubrać. Lekko się skrzywił od otaczającego ją zapachu, nie skomentował jednak. Po prostu miał nadzieję, że mama nieco wywietrzeje, zanim dotrą na miejsce.
Krysia strzepnęła niewidzialny pyłek z jego garnituru i westchnęła. Że też musiała go oddawać obcej kobiecie…
– Kwiaty? – zapytała.
– Są w samochodzie.
– Koniak?
– Też.
Kazik prychnął pod nosem. Boczył się o trunek dla ojca Gosi jak dziecko. Krysia pół dnia wybijała mu z głowy pomysł, by wręczyć mu Kozłowy samogon. Tłumaczyła, że nie wypada. Nic nie docierało do jego zakutego łba. Była jednak dość uparta, by ostatecznie postawić na swoim.
– Możemy jechać.
– Kazik, żebyś mi przypadkiem tam żadnego alkoholu nie tykał – zaczęła, gdy ruszyli. – I postaraj się niczym nie upaprać, jak jeść będziesz. Żadnych bąków, bekania ani innych kompromitujących odgłosów.
– No wiesz! Przecież umiem się zachować, jak trzeba.
– Powiedzmy.
Prychnął pod nosem niczym obrażona panienka.
– Nawet o swoim hobby nie wspominaj. Niech myślą, że jesteś prostym rolnikiem.
– Przecież jestem.
– I dobrze. Staraj się też ładnie wyrażać, żeby nas za jakichś wieśniaków nie wzięli. Albo wiesz co? Nie odzywaj się lepiej, jak nie potrzeba. Nie chcemy synowi wstydu robić.
– To po co jadę? Może lepiej mnie było w domu zostawić? – obruszył się.
– Nie kłóćcie się – wtrącił się Paweł. – I bez tego się denerwuję. Niech się tata nie przejmuje i będzie sobą. Ja tam się was nie wstydzę.
Kazik odchrząknął. Nie przyznałby się nikomu, ale się wzruszył.
– Dzięki, synek.
Paweł skinął głową. Tak naprawdę wróżył temu wieczorowi jedną wielką katastrofę, ale wszyscy się uparli, by się poznać. Nawet Gosia chciała tego spotkania, jakby nie wiedziała, czym mogło się to skończyć…
* * *
Wjechali na osiedle luksusowych domów. Ten rodziców Gosi był duży, stylizowany na mały pałacyk. Robił wrażenie. Co prawda Kozłowie wiedzieli, że Krukowie byli dobrze sytuowani, ale wiedzieć, a zobaczyć to jednak różnica. Do domu wchodziło się po kilku schodkach z gipsową balustradą. Na jej szczycie siedziały dwa lwy wielkości psów. Same drzwi zdobiła prawdziwa kołatka, której nie musieli używać, bo gdy tylko przed nimi stanęli, te uchyliły się szeroko.
Pojawił się w nich wysoki, szczupły mężczyzna. Nos miał prosty, szpiczasty, a twarz szczupłą, ptasią wręcz, jakby za wszelką cenę chciał się dopasować do noszonego nazwiska.
– Dzień dobry. Cieszę się, że dotarliście bez przeszkód. Zapraszam.
Kozłowie wtłoczyli się do przestronnego przedpokoju. Paweł i Kazik z wielkimi bukietami, Krysia z koniakiem i torebką.
– Mamo, tato, to mecenas Tadeusz Kruk, tata Gosi.
– Bardzo nam miło. Krystyna Kozioł. – Podała mu dłoń, którą ucałował, ledwie muskając ją ustami.
– Kazik.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Alkohol został przekazany, a goście zdjęli okrycia i buty.
Krysia boleśnie ścisnęła ramię Kazika.
– Auć! Co?
Dyskretnie wskazała na jego stopy. Duży palec prawej nogi wystawał radośnie przez dziurę w skarpecie.
– Zrób coś z tym.
Przejęła od niego kwiaty. Były na tyle spore, że odpowiednio ułożone, zakrywały pochyloną postać Kazika. W tym czasie Krysia z rumieńcami na twarzy chwaliła okolicę i dom.
– Tak, przyjemnie nam się tutaj mieszka – rzekł Tadeusz, a kobieta stwierdziła w duchu, że choć był uprzejmy, to jednak pozostawał sztywny, jakby połknął kij od szczotki. Zupełnie nie przypominał delikatnej i wesołej córki.
Pomyślała, że ta może wdała się w matkę.
– Zapraszam do jadalni.
Przeszli przez spory hol. Kazik szedł na końcu. Lekko utykał, podtrzymując między palcami podwinięty materiał skarpety.
Gosia ze swoją mamą wyszły im naprzeciw. Leokadia Kruk była dosyć drobna i elegancka, ale spojrzenie miała twarde, oceniające, a jej twarz przypominała maskę. Może przez naciągniętą do granic skórę, która niemal uniemożliwiała jakąkolwiek mimikę? Krystyna zaczęła podejrzewać, że Gosia była adoptowana, a ten sam kolor włosów u córki i matki stanowił szczęśliwy przypadek.
Kobiety przyjęły kwiaty i wszyscy zasiedli do stołu. Krukowie po jednej stronie, Kozłowie po drugiej.
Krystyna uśmiechała się przyjaźnie. Swoją serdecznością próbowała stopić ścianę lodu, którą odgrodzili się Krukowie. Wyglądali tak, jakby zasiedli do stołu z gośćmi, którzy zaraz mieli rzucić się na nich z pazurami. Powściągliwość aż raziła w oczy i tylko Gosia wydawała się cieszyć z ich spotkania.
Panowała niezręczna cisza. Krystyna kątem oka obserwowała zdenerwowanie swojego syna. Dłonie mu się lekko trzęsły. Potarł nimi wilgotne czoło i odchrząknął. Wstał, spojrzał na swoich przyszłych teściów oraz wybrankę serca.
– Pani Leokadio, panie Tadeuszu. Chciałbym dzisiaj prosić o wasze błogosławieństwo dla związku mojego i Małgosi. Kocham ją. Obiecuję, że zapewnię jej miłość i opiekę. Zasługuje na to, co najlepsze. Dołożę wszelkich starań, by to otrzymała.
Gdy mówił, oczy Kruka wbijały się w niego niczym sztyleciki. Usta miał ciasno zasznurowane, a całe ciało napięte.
Krysia dostrzegała szczerość w słowach syna. Drżący głos ociekał emocjami. Och, gdyby tylko się tak nie denerwował, gdyby podszedł do sprawy ze zwyczajnym dla siebie dystansem i urokiem małego chłopca! Może wtedy byłaby w stanie dłużej odsuwać od siebie bolesną prawdę – jej synek naprawdę się zakochał, a że wrodził się w sporej części w ojca, od tego stanu nie było już odwrotu. Przepadł.
Krysia dyskretnie otarła łzę błąkającą się po policzku i razem z resztą oczekiwała odpowiedzi swatów.
– Gosieńko? – odezwał się Tadeusz, nadal świdrując Pawła wzrokiem.
– Tato, mamo, kocham go. Z nim będę szczęśliwa, a bez niego… nie wyobrażam sobie życia.
Na ramiona Tadeusza spadł jakiś ciężar, od którego lekko się zgrabił. Zerknął na swoją żonę. Siedziała blada, lekko skrzywiona, jakby zjadła cytrynę. Odwzajemniła mu się bezradnym spojrzeniem.
– Cóż, i tak zrobisz po swojemu – powiedział z wyraźnym przekąsem.
Gosia szeroko się uśmiechnęła.
– Ale mam jeden warunek. Porządna intercyza – dokończył.
Młoda kobieta przewróciła oczami, ale nadal się cieszyła. Tak bardzo, że skoczyła w stronę Pawła, by wpaść w jego wyciągnięte ramiona.
Stali przed nimi objęci, szczęśliwi. Krukowie mieli pochmurne miny, co Krystynę niepokoiło i złościło zarazem, choć przecież sama nie była zadowolona z obrotu spraw. Tylko Kazik zaczął bić brawo, szeroko uśmiechnięty. Był za bardzo sobą, by zauważyć, że nie każdego cieszył związek młodych.
* * *
– Kiedy planujecie to wielkie wydarzenie? – zapytała Leokadia, nabierając na widelec kęs łososia.
– Na sierpień.
– Szybko – sapnął Tadeusz.
– Zdecydowanie zbyt szybko – uzupełniła jego żona, po czym zaraz sprecyzowała pod srogim spojrzeniem córki: – Nie znajdziemy żadnej dobrej restauracji. Wszystkie mają terminy co najmniej na rok do przodu.
– Planujemy kameralne przyjęcie. Góra trzydzieści osób, nie więcej. Dla takiej ilości z pewnością coś znajdziemy – odezwał się Paweł.
– Jak to? – Leokadia i Krystyna zapytały jednocześnie. Spojrzały na siebie zdziwione własną synchronizacją, ale zaraz powróciły do głównego problemu.
– Przecież ślub raz w życiu się bierze. Nie możecie po łebkach tego zrobić – stwierdziła Krysia.
Leokadia ją poparła.
– Minimum stu pięćdziesięciu gości. Mi-ni-mum, podkreślam.
– Nie przesadzajmy – wtrąciła się Gosia. – Nie potrzebujemy tak dużej imprezy. Chcemy tylko, by w tym dniu byli z nami najbliżsi, a nie piąte ciotki po kisielu.
– Nie wypada. – Krysia nie odpuszczała, a Leokadia pokiwała głową.
– Ale szkoda na to pieniędzy. My tyle nie mamy, was nie zamierzamy nadwyrężać, a kredytu nie chcemy zaciągać. Przynajmniej nie na to – broniła się Małgosia.
– Nie będzie tak źle, każdy coś sypnie w kopercie i jakoś to będzie.
– Mamo – odezwał się Paweł – wszyscy wiedzą, że wesela już od dawna się nie zwracają. Zostaniemy z długiem. To nie jest tego warte.
Leokadia uderzyła męża łokciem w bok. Ten drgnął, skrzywił się na chwilę, ale również zabrał głos:
– Nie przejmujcie się pieniędzmi. Stać nas na zorganizowanie wesela.
– Ostatecznie mamy tylko ciebie, córciu – dodała Leokadia.
Młodzi wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Dziękujemy, ale to zupełnie niepotrzebne. Wolimy zostać przy małym przyjęciu – stwierdziła Gosia po raz wtóry.
– Wiem, skarbie, że zawsze chodzisz własnymi drogami, a nasze zdanie jest ci raczej obojętne, ale sama pomyśl, jak przez to będę wyglądać? Jakbym skąpił na wesele własnej córki, jedynaczki w dodatku.
– Na pewno nikt tak nie pomyśli – wtrącił Paweł.
– Pomyślą, pomyślą. W jakim świetle będzie nas to stawiać?
– Tak, najważniejsze, co ludzie powiedzą – wymruczała posępnie Gosia.
– Ale ta cała organizacja… Nie mamy do tego głowy, a tylu spraw trzeba dopilnować. Wy też nie macie na to czasu – odezwał się Paweł.
– Skarbie, od tego są specjaliści! – Leokadia zaśmiała się. – Nawet znam jedną taką organizatorkę. Opowiecie jej o swojej wizji, a ona zrobi resztę.
Gosia wywróciła oczami, ale w końcu westchnęła, jakby w głębi duszy nie spodziewała się niczego innego.
– Nie wiem, czy jest sens to wszystko tak komplikować. Co myślisz, Paweł?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Gosiu, wszystko zależy od tego, czego naprawdę chcesz. Wesela z pompą czy…
– Ślubu kątem, jakby to nic dla was nie znaczyło – weszła mu w słowo Leokadia.
Krystyna obserwowała, jak pod zgrabną manipulacją matki młoda kobieta powolutku kruszeje.
– Obawiam się, że gdyby doszło do wesela na ponad setkę gości, większość kosztów rzeczywiście musiałaby zostać po waszej stronie – powiedział Paweł.
Krystyna posmutniała. Jej syn miał rację – nie mieli wielkich oszczędności. Rozejrzała się po jadalni. Krukowie raczej nie planowali przyjęcia w remizie. To mogło sporo kosztować.
– Tadzio już powiedział, że pieniądze to nie kłopot – rzuciła Leokadia.
– Oczywiście dołożymy się, ile zdołamy, prawda Kazik?
Wywołany podniósł wzrok znad talerza.
– Pewnie, że tak – zadeklarował z pełnymi ustami.
– To możemy ustalić później – stwierdziła Leokadia. – Najpierw niech dzieci podejmą decyzję. – Przyszpiliła młodych ponaglającym spojrzeniem.
– Chciałabym porozmawiać z Pawłem na osobności – powiedziała Gosia i wstała.
Oboje wyszli do sąsiedniego pokoju.
– Cóż… Poczekamy zatem. Smakuje państwu kolacja? – zapytała pani domu.
– Tak, wszystko pyszne jest, dziękujemy – powiedziała Krysia, wybierając z sałatki oliwki, których nie znosiła.
– Palce lizać. – Zaśmiał się Kazik. – Nawet ta ryba. Wiecie, ja to mięsko wolę, ale odmiana też się czasem przydaje. Krysia, ty przepis weź lepiej. Może też byś kiedyś coś podobnego zrobiła?
Leokadia uśmiechnęła się, choć grymas był bardziej wymuszony niż szczery.
– Niestety, nie mam czasu gotować. Dzisiejszą kolację zawdzięczamy pani Ani, naszej gosposi.
– W takim razie od tej pani Ani, Krysia, weź – powiedział Kazik.
Krysia ledwie się powstrzymała, by nie wywrócić oczami.
– Wezmę, jak będzie okazja.
– Właśnie, a jak my już prawie rodzina, to może na ty przejdziemy? Głupio tak pani, pan, jak do obcych – zasugerował Kazik.
– Rzeczywiście, tak może być wygodniej – skinął Tadeusz.
– I pięknie! – Kozioł szeroko się uśmiechnął i poderwał się z miejsca. Z kieliszkiem wina podszedł do Kruka. – To brudzia, co? Żeby się dobrze przyjęło.
Lekko zaskoczony Tadeusz spełnił życzenie gościa i ani się obejrzał, już pili sobie przez ramiona, by po chwili uścisnąć ręce. Leokadia za to została przytulona i wycałowana po policzkach, aż miała ochotę przetrzeć je chusteczką z wilgoci, którą zostawiły na nich usta Kozła.
– Muszę wam powiedzieć, że ta wasza Gosieńka to cud dziewczyna! I do tańca, i do różańca. Lepiej nasz Pawełek nie mógł trafić – uznał Kazik, gdy wrócił na swoje miejsce i do swojego talerza.
– Dziękujemy. Paweł to też uroczy i dobrze wychowany mężczyzna – powiedziała Leokadia z lekkim wahaniem.
– Otóż to! We mnie się wrodził. – Kazik ponownie uniósł kieliszek wina i wypił do dna jak kompot.
Krukowa zamrugała kilka razy.
– Z pewnością – mruknęła. Odchrząknęła i skupiła się na Kozłowej: – Krysiu pracujesz zawodowo czy zajmujesz się domem?
– Jestem krawcową. Szyję w domu na zlecenie.
– I jest sołtysem – dodał Kazik, dokładnie wycierając talerz kawałkiem pieczywa.
– Och, to bardzo ciekawe.
– Pewnie. Najlepsze były wybory, jak z Brzezińskim z tartaku w szranki stanęła. Mówię wam, wióry leciały! Mogę dolewkę? – Nie czekając na odpowiedź, sięgnął po napoczętą butelkę wina.
– Nie ma o czym mówić. – Krysia szturchnęła go pod stołem, ale chyba zbyt subtelnie, bo Kazik zdawał się tego nie zauważyć.
– Jak nie ma, kiedy do dzisiaj po wsi o tym gadają! Bo wiecie, ten Brzeziński to straszna menda jest. Pracowników wyzyskiwał, z wypłatami zalegał, ale nikt na skargę nie szedł, bo zawsze prędzej czy później płacił. Ale kiedy do wyborów przyszło, to – wziął porządny łyk z kieliszka, przełknął głośno i mlasnął – cała kasa szła w promocję. Aż moja Krysia miała dość narzekań kobit, co powoli do gara nie miały co włożyć. Zebrała je wszystkie i poszła na tartak. Tak się rozstawiły, że ani wjechać nie szło, ani wyjechać, o robocie nie wspominając. Jak ich policja rozgoniła, bo nielegalnie przyszły, to Krysia namówiła pracowników do założenia związku zawodowego. Ich tam w tartaku kilkunastu jest, ale tylko pięciu na umowie. Się okazało, że to za mało, to jeszcze kilka osób znalazła gdzie indziej i stykało. Strajk zrobili już legalny i poskutkowało. Brzeziński zmiękł, zaległości wypłacił, a wszyscy wdzięczni byli Krysi, to i na nią zagłosowali.
Leokadia i Tadeusz wielkimi oczami wpatrywali się to w Kazika, to w Krysię. Kobieta spłoniła się i machnęła ręką.
– A tam, nic wielkiego.
– Skromna jesteś, ale sama musisz przyznać, że jak kto cię wkurzy, to długo jeszcze pamięta. – Kazik zaśmiał się i przelał do szkła resztkę wina.
– Przestań, jędzę ze mnie jakąś robisz.
– Gdzie jędzę. Jak się komuś nie należało, to i po łapach nigdy nie dostał. Wiesz, tak sobie myślę, to dobrze, że komuny już nie ma. Gdyby była, to byś mogła drugim Wałęsą zostać. – Zarechotał.
– Oj, Kazik! – Krysia trąciła go w ramię, ale udzieliła jej się wesołość męża.
– To bardzo interesująca historia – skomentował Tadeusz, który szybciej od żony wyszedł z szoku. – Następnym razem, gdybyś potrzebowała porady prawnej, służę pomocą. – Wyciągnął w jej stronę dłoń z wizytówką.
– Dziękuję, mam nadzieję, że się nie przyda.
– Zachowaj, Krysiu. W razie czego z telefonem do Tadzia zejdzie ci szybciej niż z buszowaniem po bibliotece i studiowaniem kodeksów.
Do jadalni wrócili młodzi. Stanęli przy stole, trzymając się za ręce. Odezwała się Gosia:
– Zgadzamy się na wesele. Maksymalnie sto dwadzieścia osób, przed wysłaniem zaproszeń chcemy przejrzeć listę gości i mamy ostatnie słowo przy wyborze sali, zespołu oraz strojów.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
