Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 02.06.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
10 osób interesuje się tą książką
Na południowych krańcach Podlasia bez śladu przepada czteroosobowa rodzina. Policja podejrzewa, że mogło dojść do zabójstwa suicydalnego. Trop szybko się urywa. Mieszkańcy szepczą o mrocznej przeszłości domu. Trzydzieści lat wcześniej doszło tu do makabrycznych zdarzeń, za którymi według plotek stała demoniczna wiedźma. W starej chacie na skraju lasu do dzisiaj przez grubą warstwę farby przebijają tajemnicze ślady układające się w kształt pazurów. Czy zło, które zdarzyło się w cieniu podlaskiego lasu, rzeczywiście ma swoje źródło w siłach wykraczających poza racjonalne postrzeganie świata? A może to, co najstraszniejsze, jest znacznie bliższe ludziom niż zjawom i kryje się w głębi serca?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 251
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Paulina Cedlerska, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Kuba Magierowski
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-119-3
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Ja jestem zbrodnią – oraz karą, Jestem i raną – i kindżałem, I kołem – i łamanym ciałem, Jestem i katem, i ofiarą!
Charles Baudelaire, Kwiaty zła przeł. Maria Leśniewska
Nieznośny dźwięk ostrza trącego o kamienny blat poniósł się po kuchni, którą wydzielono z części salonu. Czterdziestolatka z niedbale upiętymi włosami zawzięcie skrobała zaschnięte plamy tłuszczu, zostawiając na powierzchni mebli głębokie rysy. Nagle ruch ustał. Z sąsiedniego pokoju wylał się przecinający ciszę dźwięk.
– Mamo! Mamo, szybko!
Dziecięcy krzyk zawibrował w uszach. Nóż wypadł z mokrych rąk, a kobieta pobiegła w stronę nawoływania. Pchnęła drewniane drzwi z tłoczoną szybą i wpadła do maleńkiego pokoju, w którym stało wyłącznie łóżko. Nad nim pochylał się drobny chłopczyk z rozszerzonymi ze strachu źrenicami.
– Otworzyła oczy. Przed chwilą. Przysięgam.
Kobieta westchnęła, wycierając mokre dłonie w tylną część spłowiałych jeansów. Bardzo chciała przytaknąć. Uwierzyć. A jednak pokręciła przecząco głową.
– Wydawało ci się – szepnęła, kładąc wilgotną wciąż rękę na ramieniu kilkulatka. – Ona cały czas śpi. Cały czas – dodała twardo, po czym wyprowadziła posmutniałego chłopca z pokoju.
Stali w ciemnym korytarzu oblanym prostokątem światła padającego z kuchni.
– Ale kiedyś się obudzi? Proszę, mamo błagam, niech się obudzi! – Złożył kościste rączki jak do pacierza. – Będę już zawsze grzeczny. Obiecuję. Obudzi się wtedy, mamo?
– Nie wiem – odpowiedziała Marzena z rezygnacją, po czym szybko zmieniła temat. – Zrobiłeś szlaczki na jutro?
Zmierzwiła synkowi włosy. Ale on myślami wciąż był w pokoju siostry.
– A jak wiedźma przychodzi, to Ela czasami otwiera oczy. Może ona ją obudzi na dobre?
Czułe gesty kobiety nagle zamieniły się w szarpiące, nerwowe ruchy.
– Przestań – wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Idź do siebie, ja mam jeszcze coś do dokończenia w kuchni – dodała i zniknęła w głębi korytarza, zostawiając na jego środku wpatrującego się w jej plecy chłopca.
Marzena nawet nie zauważyła, kiedy za oknami zalęgł się wieczór. Wyjęła ciepłe serdelki z emaliowanego garnka, po czym zawołała synka na kolację. Sztućce rytmicznie odbijały się od talerzy. Metaliczna melodia była jedynym dźwiękiem, który od kilkunastu minut niósł się po kuchni.
– Dołożyć ci? Zagrzałam więcej – zagadnęła, ale chłopiec pokręcił głową.
– Mogę już odejść, mamusiu?
Chciała coś odpowiedzieć, ale jej czoło zatętniło rozrywającym bólem, który rozszedł się aż do oczodołów. Syknęła, chwytając się za głowę.
Przestraszony chłopiec przystanął przy matce, z troską łapiąc ją za rękę.
– Co ci jest? Co ci jest, mamo?
Ciałem kobiety wstrząsnęły gwałtowne dreszcze. Po chwili jej syn też zaczął drżeć, jakby w domu gwałtownie spadła temperatura.
– Nie patrz w stronę wejścia. Ona tu jest – wysyczała kobieta, zakrywając synkowi oczy dłonią mokrą od potu.
Monika Zasławska poprawiła precyzyjnie ułożoną grzywkę i uśmiechnęła się do swojej rozmówczyni.
– To już będzie ostatnie? Za godzinę mamy zamknięte spotkanie biznesowe, więc muszę zajrzeć na kuchnię i sprawdzić, czy wszystko jest dopięte – zagadnęła siedzącą naprzeciwko niej dziennikarkę w okularach z grubymi szkłami.
Kobieta przytaknęła, po czym nerwowo przekartkowała notes. Przez ogromne okna wpadały przygaszone promienie marcowego słońca. Wnętrze skrzyło się odcieniami złota, które niemal wylewało się z każdego dodatku. Jednak lokal mimo wszystko wydawał się przytulny. Ściany wykończone chrobotkiem i kolorowe fototapety przedstawiające japońskie krajobrazy nieco tonowały wymuszony blichtr ozdób.
– Już na zakończenie proszę mi zdradzić receptę na sukces. – W głosie dziennikarki pobrzmiewała nuta zazdrości. – Jak się pani udało osiągnąć to wszystko w wieku zaledwie trzydziestu dwóch lat? – Kobieta rozejrzała się ostentacyjnie po wnętrzu restauracji, po czym dodała: – Otwarcie lokalu o japońskich korzeniach na skraju mazurskiej wsi to nie lada odwaga. Może nawet brawura. Nie bała się pani, że tak duża inwestycja okaże się fiaskiem?
Monika znów poprawiła włosy.
– Kiedy sobie coś postanawiam, nie potrafię się zatrzymać. Każdy cel można osiągnąć, tylko że zamiast chodzić, trzeba nauczyć się skakać.
Dziennikarka zanotowała kilka słów w notatniku.
– A gdyby się jednak nie udało?
– Poszukałabym innego celu. Cuda się po prostu nie wydarzają. Trzeba je sobie wypracować samemu.
Dziennikarka trzasnęła notatnikiem i wyłączyła dyktafon, po czym z ulgą malującą się na zmęczonej twarzy zamknęła notes.
– To będzie idealne na tytuł.
Zamieniły jeszcze kilka kurtuazyjnych zdań. Kilka minut później Monika pożegnała rozmówczynię przy barze i zniknęła w kuchni. W przestronnym białym pomieszczeniu tłoczyło się kilka osób w czarnych fartuchach.
– Pamiętacie, że pięć teishoku ma być w formule wegańskiej? – Blondynka przebiła się przez syczenie dobiegające z rozgrzanych woków.
– Spokojnie, szefowo, wszystko pod kontrolą. – Niewiele starszy od niej chłopak w kremowym czepku mrugnął uspokajająco.
Kobieta przez chwilę obserwowała pracującą jak w zegarku ekipę, w której przeważającą większość stanowili mężczyźni. Każda z osób dokładnie wiedziała, co ma robić. A co najważniejsze, wszyscy wykonywali swoje obowiązki z wielką pasją.
Naprawdę jej się udało. Stworzyła idealnie prosperujący organizm, który nie przez przypadek był uznawany za jedną z najlepszych japońskich restauracji w kraju. Uśmiechnęła się do siebie z dumą, kiedy w tę myśl wdarł się dzwonek telefonu.
– Alek? – zdziwiła się.
Przecież mieli dać sobie trochę czasu. Jej – teraz już chyba były – narzeczony miał dość życia na skraju puszczy, między jeziorem a rzeką. Chciał wracać do jego zdaniem jedynego prawdziwego, warszawskiego świata. Więc wrócił. A ona została ze swoimi marzeniami, które właśnie materializowały się jej przed oczami. Zarządzała kultowym lokalem, w którym miejsce trzeba było rezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem. Ludzie przejeżdżali kilkadziesiąt kilometrów, by zjeść tu obiad.
Na czym polegała tajemnica sukcesu restauracji Susz i Już? Cała koncepcja była niezwykle prosta. Dawała ludziom możliwość wyrwania się poza powtykane wzdłuż wąskich uliczek mrągowskie kamieniczki. Poza smród okonków smażonych na starym oleju. Poza szaroburą prowincję, która stała w opozycji do wielkiego świata, tętniącego życiem jakieś trzysta kilometrów dalej. Wiedziała, jak silna jest ta potrzeba, dlatego nie bała się zainwestować kilku milionów w to przekonanie. I opłaciło się.
Przyłożyła telefon do ucha.
– Oglądałaś dzisiaj wiadomości? – Alek dziwnie zaczął tę rozmowę.
– Przez te trzy tygodnie zdążyłeś zapomnieć, że nie mam w domu telewizora? – prychnęła, ale zaraz potem dopytała z ciekawością: – A o co chodzi? – Przez głowę przemknęła jej myśl, że zdobyła jakąś kolejną ważną nominację kulinarną.
Po drugiej stronie zaległa cisza, dopiero po chwili przerwana matowym męskim głosem.
– Odpal jakiś serwis informacyjny online. Na Podlasiu zaginęła czteroosobowa rodzina. Rozpłynęli się w powietrzu we własnym domu.
Monika spojrzała niecierpliwie na zegarek. Brakowało jej czasu, by słuchać sensacyjnych historii, które nie miały z nią nic wspólnego. Alek jednak ciągnął dalej:
– Pokazywali ten dom. Słuchaj, Monika, wydaje mi się, że już go kiedyś widziałem. Wtedy, jak byliśmy, żeby przekazać część twojej kasy ze sprzedaży mieszkania rodziców, pamiętasz?
Rzeczywiście osobiście zawiozła Ewie na Podlasie dwieście tysięcy, bo z jakiegoś powodu siostra chciała dostać te pieniądze w gotówce. Chwilę posiedzieli wtedy w śmierdzącej pleśnią kuchni, wypili tanią herbatę z torebki i wrócili do Warszawy. Ale co to miało wspólnego z jakąś zaginioną rodziną? Zaraz przyjedzie wojewoda ze swoimi gośćmi w ramach Cittàslow, a ona, zamiast dopinać wszystko na ostatni guzik, toczyła jakieś bezsensowne rozmowy.
– Nawet jeśli to jacyś sąsiedzi Ewki, to raczej nie pomożemy w ich poszukiwaniach, bo w Czarnym Bagnie ostatni raz byliśmy dobre kilka lat temu – przerwała mu zniecierpliwiona.
Alek jednak nie dawał się spławić.
– Monia, zaginęła czteroosobowa rodzina, a ten dom, który pokazują… Mnie się wydaje, że to dom twojej siostry.
– Bzdura – powiedziała automatycznie.
Przecież na Podlasiu wszystkie domy wyglądają podobnie. Przynajmniej w tej dziurze, w której mieszka Ewa. Zresztą, gdyby o nią chodziło, na pewno ktoś powiadomiłby Monikę. Chociaż… przecież do niej ciągle ktoś dzwonił, a ona nie odbierała połączeń od niezapisanych numerów.
Nie, stop. Dawała się wyprowadzić w pole własnej fantazji szczutej przez Alka.
– To na pewno nie Ewka, możesz spokojnie wracać do pracy. Dzięki za czujność.
Zakończyła połączenie, nie czekając na jego reakcję. Dla świętego spokoju wklepała do wyszukiwarki frazę Zaginiona rodzinaPodlasie i wybrała opcję wyszukiwania graficznego. Wyświetlacz telefonu zalały zdjęcia. Kilka z kadrów od razu rozpoznała. Niski drewniany budynek z charakterystycznymi okiennicami i rozpadającym się dachem. Obraz, który budził w niej litość i zażenowanie.
Nie miała wątpliwości, że patrzy na dom, w którym mieszkała jej starsza siostra z rodziną.
31 dni do zaginięcia
Jaskrawy błysk światła na ułamek sekundy odebrał Ewie wzrok. Zmrużyła oczy, próbując namierzyć dwa małe punkty, które zlewały się z falującym tłumem.
– Zośka, Staś, poczekajcie przy wejściu! – Damski głos rozpłynął się w muzyce rozchodzącej się wzdłuż korytarza.
Szła coraz szybciej, cały czas obserwując czarną czuprynę syna. Ciemna plamka po chwili zatrzymała się na wysokości ruchomych schodów. Kobieta uśmiechnęła się z ulgą. Musiała w końcu przełączyć się z trybu matki maluchów na tryb matki kilkulatki i nastolatka. Jej dzieci stawały się niezależne i nic nie można było na to poradzić.
Parę minut później przebiła się w końcu przez wychodzący z kina tłumek rodziców z plączącymi się pod nogami szkrabami, minęła skrzące się kolorami plakaty z wielką animowaną pandą i podeszła do schodów.
Jedenastolatek stał wpatrzony w wiszący nad ich głowami ekran. Omiotła wzrokiem przestrzeń wokół chłopca, próbując zlokalizować córkę, ale trafiła wyłącznie na pustkę.
– Gdzie Zosia? – zapytała niespokojnie.
Syn spojrzał na nią z niezrozumieniem wymalowanym na twarzy.
– Przecież poszła do ciebie.
Ewa przełknęła ślinę, próbując powściągnąć emocje. Dziewczynka na pewno kręciła się gdzieś w pobliżu.
– Jak to: do mnie?
Chłopiec włożył ręce do kieszeni bluzy i wzruszył ramionami.
– No przez chwilę, jak wyszliśmy z sali, szła ze mną, a potem powiedziała, że idzie do mamy. Odwróciłem się, byłaś kawałek za nami, to jej pozwoliłem.
Trzymana na wodzy panika niespodziewanie przejęła władzę nad mięśniami, które mimowolnie zaczęły drżeć.
– Kiedy to było?
– No nie wiem, parę minut temu, zaraz za drzwiami sali.
Ewa rozejrzała się z bezsilnością po ruchliwym kinowym korytarzu. Każde dziecko tutaj mogło być Zosią, ale żadne nią nie było. Powoli nabrała powietrza w płuca. Mała pewnie się zgubiła w tłumie i zwróciła o pomoc do kogoś z obsługi. Musi zrobić ta samo. Przecież to tylko centrum handlowe. Nie plaża czy górskie urwiska, gdzie pięciolatka mogła zrobić sobie krzywdę. Zaraz znów będą razem.
Telefon w torebce zawirował. Przyłożyła słuchawkę do ucha, zastanawiając się, co właściwie ma powiedzieć mężowi.
– Jestem już, a dokładnie: wjeżdżam na parking. Czekać na dole czy idziemy do Popeyes coś przegryźć?
– Zośka gdzieś przepadła. Chyba się zgubiła. Muszę zawiadomić obsługę galerii – wybełkotała.
Po drugiej stronie zaległa ciężka cisza. W końcu Robert się odezwał:
– Zaraz tam będę.
Na ułamek sekundy Ewa skupiła się wyłącznie na miarowym sygnale przerywanego połączenia, jakby nic poza tym dźwiękiem nie istniało. Uciekła, ale zaraz musiała wrócić.
– Mamo, co robimy? – Szarpnięcie za łokieć wybudziło ją z chwilowego transu.
– Nic się nie dzieje, spokojnie. Zosia zaraz się znajdzie i wszystko będzie dobrze – powiedziała, skanując wzrokiem twarze przechodzących dzieci.
– Na pewno?
Wraz z ciężarem tego pytania spłynął na nią lęk. A co, jeśli Zosia zwróciła się o pomoc do osoby, której o nią prosić nie powinna? Co, jeśli ktoś ją skrzywdzi?
Kilkanaście minut później biegała między kolorowymi wystawami. Z głośników co chwilę wybrzmiewał komunikat: Szanowni państwo, prosimy ouwagę. Zaginęła dziewczynka wwieku pięciu lat. Zaginiona ma sto pięć centymetrów wzrostu, ciemne włosy ibrązowe oczy. Ubrana jest wniebieską sukienkę ibiałe adidasy. Każdy, kto widział dziecko, proszony jest oniezwłoczne zgłoszenie tego faktu do biura galerii, które znajduje się na drugim piętrze.
Beznamiętne słowa płynące przez głośniki, zamiast uspokajać, wywoływały u Ewy jeszcze większy strach. Robert przeczesywał pierwsze piętro, ona drugie, wyjścia z galerii zostały zablokowane. Zosia musiała gdzieś tu być.
Pomyślała o synu. Staszek czekał w pomieszczeniu technicznym na powrót siostry i rodziców. W jego oczach odbijało się poczucie winy, ale nie miała czasu na to, by go zapewnić, że nie jest na niego zła – a może siły, bo tak naprawdę w pewnym stopniu obarczała go odpowiedzialnością za to, co się stało.
Telefon znów zadzwonił.
– Zjedź szybko na parter. Ta zielona ławka przy optyku. – Głos Roberta był napięty, ale jednocześnie niósł w sobie też jakąś ulgę.
Kilka minut później Ewa ściskała drobne dziecięce ciało.
– Już przestań, bo ją udusisz – zaśmiał się mąż, czule gładząc włosy córce.
– Gdzie ty się podziewałaś? Prawie umarliśmy tu ze strachu – dopytywała, ale Robert porozumiewawczo pokręcił głową i bezgłośnie powiedział: „później”.
Przystała na jego sugestię, chociaż jak najszybciej chciała mieć pewność, że podczas tej godziny, na którą córka zniknęła im z oczu, nie stała się jej żadna krzywda. Musiała to wiedzieć.
Dziewczynka zaczęła płakać.
– Szukałam was – wychlipała matce w bluzkę, zaszczepiając w Ewie pewnego rodzaju spokój. – Myślałam, że poszłaś ze Stasiem po te jego korki do grania, co mu obiecałaś, dlatego – dziewczynka się zapowietrzyła – chciałam znaleźć sklep z butami i piłkami.
Zgubiła się. Nikt nie zrobił jej krzywdy. Nic się nie stało.
Ewa oparła głowę o ramię siedzącego obok męża. Na wysokości ich wzroku pojawiła się sylwetka nastolatka w towarzystwie wysokiego ochroniarza. Staszek machnął ręką w stronę Zosi, która natychmiast podbiegła do brata. Znów byli razem. Małej nic nie groziło.
Drzewiecka skupiła się na ciepłym uczuciu opanowującym ciało kawałek po kawałku. Wyświetlacz leżącego na ławce telefonu Roberta rozbłysnął. Na ekranie pojawiła się treść wiadomości od nieznanego numeru. Pierwsze ostrzeżenie. Ale ona nie mogła tego zobaczyć, bo w tym momencie liczyli się dla niej tylko Zosia i Staś.
Mąż omiótł wzrokiem ekran, po czym rozejrzał się dookoła i szybko usunął wiadomość.
Tadzio kręcił się po domu bez celu, poszukując jakiegoś ciekawego zajęcia. Słychać było dźwięk maszyny do szycia przeplatany głosem Stanisławy Ryter. Włączony telewizor pulsował przygaszonymi kolorami. Chłopiec przez chwilę przyglądał się mu z ciekawością, po czym podszedł do stolika ustawionego między kuchnią a prowizorycznym pokojem.
– Mamuś, kiedy skończysz?
– Nie wiem – odpowiedziała mu czterdziestolatka, przytrzymując brodą kawałek błyszczącego materiału.
– Pójdziemy do sklepu? Marek, wiesz, ten, z którym teraz siedzę, przy śniadaniu mówił, że przywieźli lizaki z gwizdkami w patykach. Kupisz mi taki?
Kobieta niechętnie oderwała się od szycia.
– Przecież wiesz, że nie pozwalam ci jeść lizaków ani cukierków. Zresztą nie mam czasu ani pieniędzy na głupoty. Muszę skończyć tę sukienkę do jutra, jeśli mamy mieć na opłaty w tym miesią…
Słowa utonęły w gwałtownym waleniu do drzwi, które poniosło się po kuchni, a później po dalszej części pomieszczenia, które udawało salon. Chłopiec z ciekawością odsłonił ciężką zasłonę. Przez wąski przesmyk wlało się do środka trochę światła.
– Kogo to przywiało? – mruknęła do siebie Marzena i nieufnie podeszła do wejścia. Włożyła łańcuszek w zasuwkę po czym spojrzała w judasz.
– Idź do siebie – poleciła synowi i niepewnie otworzyła drzwi, przez które natychmiast wtłoczył się chrapliwy oddech, a za nim głos:
– Marzka, kochanie moje złote! – Facet na chwilę stracił oddech, po czym znów wybuchł z pełną mocą. – Dawno cię w kościele nie widziałem, to mówię: przyjdę, zobaczę, jak żyjesz.
– Jesteś pijany – Wasilewska próbowała zamknąć drzwi, ale on trzymał mocno klamkę.
– Szczęście, że cię widzę. Zamartwiałem się, co u ciebie, co u was. Na mszę nie chodzisz, w sklepie też cię złapać to święto.
– Eli się pogorszyło. Nie chcę jej zostawiać samej.
Facet zmarszczył czoło z niezrozumieniem, po czym się zachwiał.
– Jej już nic nie pomoże. I tak do piachu pójdzie, a ty z nią, jak będziesz się tak zadręczać.
Twarz Marzeny się napięła, uwidaczniając każdy mięsień. Kobieta szarpnęła gwałtownie drzwi i zamknęła je z łoskotem. Dopiero teraz zauważyła, że Tadzio stoi tuż obok.
– To prawda? – zapytał z przejęciem.
Machnęła ręką i szybko ucięła:
– Nic nie jest prawdą, Radzymiński jak zawsze pijany, zaczepek szuka.
– Ty i Ela umrzecie?
– Nikt nie umrze, a teraz idź już do łazienki i napuść wody do wanny, zaraz tam przyjdę.
Poskładała skrawki materiału, nad którym pracowała, zasłoniła rozchylone przez sześciolatka zasłony i chwyciła otwarty list leżący na stole. Na górze kartki czernił się nagłówek: Skierowanie na turnus rehabilitacyjny.
Marzena wzięła głęboki oddech, a kuchnię wypełnił dźwięk przedzieranego papieru.
Monika jechała niepewnie między domami, których ściany ciasno oplatały ciężkie od zieleni gałązki wiciokrzewu. Już była przekonana, że pomyliła drogę, gdy niespodziewanie tuż przed maską wyrósł pożółkły budynek. Gdyby nie krzywo zawieszony na elewacji napis Policja, nigdy nie pomyślałaby, że patrzy na komendę. Wjechała Mercedesem na nierówny parking i pewnym krokiem skierowała się w stronę budynku. Stukot obcasów poniósł się po ciemnym korytarzu. Pochylała się przy niewielkim okienku w ścianie, żeby zaanonsować swoje przybycie, gdy niespodziewanie poczuła klepnięcie na wysokości pośladków.
– Joleczka! – Ktoś gwizdnął.
– Co jest, do cholery? – syknęła, odwracając się gwałtownie.
Podstarzały policjant z wąsem, spod którego na policzki wylał się szkarłatny rumieniec, spojrzał na nią zakłopotany.
– Przepraszam. Pomyliłem z kimś panią – bąknął i nie czekając na odpowiedź, przeszedł przez szczękającą kratę.
Mundurowy w dyżurce parsknął śmiechem.
– Spokojnie. Gadziński miewa takie odpały, tylko zwykle klepie prokuratorki; dzisiaj się chyba przeliczył. Ten typ tak ma: albo lepkie, albo ciężkie ręce, w zależności od obiektu badań. – Westchnął, drapiąc się po koziej bródce, po czym oświadczył już głośniej, nadal wyraźnie rozbawiony: – Pokój numer siedem. To będzie do góry i w prawo.
Wspięła się po stromych schodach, po czym zapukała w białe drzwi, które niemal natychmiast się otworzyły. Stał w nich ten sam policjant, który kilka minut wcześniej uderzył ją teczką w pupę.
– Dzień dobry, pani w sprawie Drzewieckich, tak? Komisarz Zdzisław Gadziński, proszę siadać. – Wskazał podwójnym podbródkiem krzesło.
Sprawiał wrażenie, jakby zobaczył Monikę pierwszy raz w życiu.
– Już się witaliśmy na dole – mruknęła z przekąsem.
Puścił jej uwagę mimo uszu.
– Będę zadawał pytania i jednocześnie notował pani odpowiedzi, więc proszę mówić w miarę wolno – odburknął, zajmując miejsce przy biurku, i niemal od razu przeszedł do rzeczy, jakby chciał ją mieć jak najszybciej z głowy. – Kiedy ostatni raz widziała pani siostrę?
Zasławska wciągnęła powoli powietrze, usiłując sobie przypomnieć, kiedy mogła widzieć Ewę. To było tak dawno, że z trudem wyłuskała ten dzień z pamięci. Zanim odpowiedziała, wzięła jeszcze jeden głęboki wdech. W pomieszczeniu unosił się kwaśny zapach.
– Na chwilę w szpitalu, jak Zosia się urodziła, a, i jeszcze jakieś dwa lata temu przelotem. Przyjechałam wtedy do Czarnego Bagna.
Policjant poruszył się niespokojnie.
– Dwa lata nie rozmawiała pani z siostrą?
– Nie no, rozmawiałyśmy na święta i urodziny. Pytał pan, kiedy się widziałyśmy, nie kiedy rozmawiałyśmy.
– Nic dziwnego, że tyle czasu zajęło nam skontaktowanie się z panią – mruknął do siebie i od niechcenia zaczął stukać w klawiaturę. – Dobrze, więc precyzuję: kiedy ostatni raz rozmawiałyście przez telefon?
– W kwietniu. Na Święta Wielkanocne. A nie, przepraszam, dzwoniła do mnie jeszcze na początku wakacji. To gdzieś koniec czerwca mógł być.
– Czego dotyczyła ta rozmowa?
– Siostra chciała, żebym sprzedała działkę, którą oprócz połowy mieszkania odziedziczyłam po mamie.
Komisarz Gadziński podrapał się po łysiejącej skroni, po czym zapytał:
– Zgodziła się pani?
Monika z zakłopotaniem oblizała usta. Wspomnienie tamtej rozmowy nie należało do najprzyjemniejszych.
– Nie mogłam. Ta działka była zabezpieczeniem kredytu hipotecznego, który wzięłam na rozbudowę lokalu gastronomicznego.
Na twarzy policjanta odmalował się błysk satysfakcji.
– Czyli byłyście panie w konflikcie?
– To nie był konflikt, po prostu odmówiłam. Formalnie działkę rodzice zapisali na mnie, siostrze w zamian dołożyli się do wesela. Mimo wszystko obiecałam jej, że kiedyś ją spieniężę i oddam jej połowę. Ale nie mogę tego zrobić, dopóki nie spłacę hipoteki.
Miarowy stukot w klawisze wypełnił chwilową ciszę.
– Jak siostra zareagowała na pani stanowisko w tej sprawie? Była zła? Rozżalona?
Monika nie znała odpowiedzi na to pytanie. Ewa zawsze była skryta. Tamtego wieczoru po odmowie szybko skończyła rozmowę. Ale jeszcze zanim to zrobiła, w tle było słychać przeklinającego Roberta.
– Ona nie, ale… – Zawahała się, szukając odpowiednich słów. – Jej mąż zareagował dość emocjonalnie.
Chciała jeszcze coś dodać, ale w tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich barczysty brunet z lekkim zarostem. Mrugnął do niej, ale go zignorowała, odwracając głowę w drugą stronę.
– Nie teraz, przesłuchuję. – Komisarz machnął ręką w kierunku faceta, nie odrywając wzroku od monitora.
W stronę Moniki z otwartych drzwi płynęło zaciekawione spojrzenie.
– Jasne, szefie.
Chciała zgromić intruza wzrokiem, ale zanim zdążyła to zrobić, facet zniknął.
Pół godziny później wyszła na zewnątrz. Wciąż czuła łaskotanie po wewnętrznej stronie policzka, skąd tyczkowaty policjant pobrał próbkę do badań DNA. Podobno na wszelki wypadek. Chłodny wiatr przyjemnie schłodził gorącą skórę twarzy. Wyciągnęła z torebki paczkę papierosów i nieporadnie wzięła jednego do ust. Nie paliła od studiów. Kilka razy miała ochotę, ale szybko uznawała, że nikotyna jest oznaką słabości. A ona zawzięcie budowała sukces.
Czyżby w jej życiu pierwszy raz pojawiło się pęknięcie, które miało zachwiać jej wiarą w siebie?
– Gadziński aż tak panią przemaglował? – Barczysty brunet znów świdrował ją wzrokiem.
Zaciągnęła się, po czym odkaszlnęła.
– Trudno przemaglować kogoś, kto niewiele wie, i szczerze mówiąc, wolałabym, żeby ta energia była wykorzystywana na kogoś, kto może coś wnieść do sprawy. Bo ja niestety nie pomogę, a czas, jak pan zapewne wie lepiej ode mnie, działa na jej, na ich, niekorzyść.
Policjant stanął obok, wpatrując się w jakiś niezidentyfikowany obiekt w przestrzeni.
– Statystycznie szanse zaginionych drastycznie maleją po siedemdziesięciu dwóch godzinach.
– Drastycznie? To znaczy do ilu procent?
– Nawet do dwudziestu.
Monika z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Skoro to wiecie, to dlaczego, zamiast ich szukać, siedzicie na komendzie?
– Szukają ich całe rzesze ludzi, ale na razie tkwimy w ciemności. Pani siostra i szwagier z nikim nie byli blisko. Nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Żadnych śladów włamania ani walki. Ostatnie logowania telefonów odnotowaliśmy w pobliżu domu, ale aparatów nie udało nam się namierzyć. Najpewniej zostały wyłączone, a karty zniszczono. Liczyliśmy, że pani zeznania coś zmienią, ale z tego, co widziałem po minie komisarza Gadzińskiego, raczej niewiele wniosły do sprawy.
Postrzępione na krawędziach chmury przetoczyły się im nad głowami, a gdzieś w oddali rozległ się grzmot.
– To znaczy, że ich nie znajdziecie?
– Robimy, co możemy, ale potrzebujemy pani pomocy. Ludzie nie rozpływają się w powietrzu, zawsze zostaje po nich jakiś ślad. Tylko żeby ten ślad dał nam jakikolwiek postęp w sprawie, to trzeba go odpowiednio zinterpretować.
Policjant spojrzał Monice prosto w oczy i zrobił długą pauzę.
– Nawet jeśli nie utrzymywałyście kontaktów, to na pewno znała pani siostrę jak nikt inny. – Podał jej wizytówkę, muskając miękką skórą dłoni opuszkę.
Monika chciała mu przytaknąć, ale miała niejasne przekonanie, że Ewa, którą znała, już dawno umarła. Co więc stało się z dziewczyną, która zajęła miejsce jej siostry?
30 dni do zaginięcia
Kolorowe domy porozsiewane między łysymi już polami wprowadzały dynamizm do obrazu zatopionego w drobnych kroplach deszczu. Ewa czekała, aż odjeżdżający z przystanku szkolny autobus całkowicie zniknie z pola widzenia. W końcu żółta smuga wsiąkła w zieloną plamę lasu.
– Podjedziemy jeszcze do sklepu, dobrze, córciu? – zwróciła się do pięciolatki siedzącej w foteliku na tylnym siedzeniu.
– Jak kupisz mi lizaka, to się zgadzam – odpowiedziała rezolutnie dziewczynka.
Kobieta spojrzała w lusterko wsteczne, w którym odbijała się mała, uśmiechnięta buzia. Poczuła wdzięczność, że ma dla kogo kupować lizaki.
Kiedy zatrzymały się przed niewielkim budynkiem o kanciastej bryle, rozpadało się na dobre.
– Mamo, mamo! Gdzie moja parasolka z Marshallem? – zapytała Zosia, obserwując wodę spływającą obficie po szybach.
Matka skrzywiła się i mruknęła z rezygnacją.
– Została w domu.
– W domu? – jęknęło zawiedzione dziecko. – To ja nigdzie nie idę. Nie chcę być mokra.
– Podjedziemy prawie pod samo wejście, a później szybciutko cię zaniosę.
– Jak dzidziusia? Nie ma mowy. Nawet za lizaka: nie, nie, nie.
Samochód powoli wtoczył się na żwirowy podjazd. Ewa wyłączyła silnik i odwróciła się do córki.
– Okej. – Westchnęła, kapitulując. – Wyjdę tylko po chleb. Możesz zostać, pod warunkiem że zamknę auto, a ty niczego nie będziesz dotykała. Umowa?
Dziewczynka spojrzała na nią lekko nadąsana.
– A kupisz mi tego lizaka?
– Kupię, kupię. – Ewa sięgnęła po kolorową książeczkę do schowka pod deską rozdzielczą. – A tutaj mam coś, żebyś się nie nudziła. – Wręczyła dziewczynce książeczkę z motywem Psiego patrolu na okładce, a Zosia aż zapiszczała z radości i już po chwili kartkowała broszurę z nowymi przygodami Chase’a.
Ewa nie chciała zostawiać dziewczynki samej w samochodzie, ale jednocześnie nie miała sumienia wyciągać jej na zewnątrz w taką ulewę. Kupi tylko chleb i zaraz wróci. To może zająć maksymalnie kilka minut.
Uchyliła okno na szerokość dwóch palców, żeby Zosia miała stały dostęp świeżego powietrza, i zamknęła auto.
Wzdłuż wysłużonej lady ciągnęła się kolejka. Kobieta rozejrzała się, szukając kogoś znajomego, aż w końcu wśród obcych twarzy wychwyciła Dorotę. Nie były koleżankami, ale czasami spotykały się na kawę po zebraniach sołeckich.
Pomachała energicznie do kilkanaście lat starszej od niej kobiety, a ta przywołała ją ruchem dłoni.
– Duże zakupy czy coś drobnego?
– No właśnie tylko chleb. Mała została sama w aucie, a po wczorajszym incydencie wolałabym, żeby nie siedziała tam zbyt długo.
Pulchna blondynka zakołysała wiklinowym koszykiem.
– Wchodź przede mnie.
Ewa omiotła wzrokiem wijącą się z tyłu kolejkę. Przed Dorotą stała tylko jedna osoba.
– Zaraz jacyś aferzyści się odezwą. – Spojrzała wymownie w stronę kilku starszych kobiet w fartuchach.
– Biorę to na siebie. – Pięćdziesięciolatka mrugnęła porozumiewawczo. – Ale mów: co to za historia wydarzyła się wczoraj? Wyglądasz, jakbyś nie zmrużyła oka.
No tak, Dorota była sympatyczna i towarzyska, ale w fundamentach tej otwartości tkwiła jedna nieznośna cecha. Uwielbiała plotkować. Ewa pożałowała wcześniejszego komentarza, przełknęła ślinę i odpowiedziała niechętnie:
– Młoda zgubiła się w białostockiej galerii. Ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Odnalazła się cała i zdrowa.
Blondynka zacisnęła zimną rękę na jej przegubie.
– Długo jej nie było?
– Jakąś godzinę. Ale dla mnie to była cała wieczność.
Starsza kobieta za plecami Doroty odkaszlnęła wymownie, jakby chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła. Ewa znała ją z widzenia. Mieszkała niedaleko sołtysa, najczęściej mijały się w kościele, ale nigdy nie zamieniły ze sobą nawet zdania.
– Boże, godzinę! To szmat czasu! – wykrzyknęła Dorota, ściągając na siebie spojrzenia kilku osób. – Ale nic jej się nie stało? Nikt nie próbował jej porwać?
– Nie, nie, na pewno nie – odpowiedziała Ewa, tłumiąc wzbierające uczucie matczynego niepokoju.
– Całe szczęście. – Koleżanka położyła ozdobioną pierścionkami dłoń na wydatnej piersi.
W tym momencie do Drzewieckiej zwróciła się wychudzona sklepowa z licznymi zmarszczkami na czole, uwalniając ją od tej niezbyt komfortowej rozmowy.
Szybko kupiła chleb i wyszła na przesiąknięte wilgocią powietrze. Lodowate krople obmyły jej twarz, kiedy wsiadała do auta. Schowana za książką Zosia nawet nie zauważyła, że matka wróciła.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Ślady
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Epigraf
Meritum publikacji
