Dziecko z walizki - Cedlerska Paulina - ebook + audiobook + książka

Dziecko z walizki ebook i audiobook

Cedlerska Paulina

3,6

Opis

Las, noc i porzucona walizka. Mazury, jakich nie chcielibyście poznać.

 

Klara porzuca swoje olsztyńskie życie, by podjąć wymarzoną pracę. Jednak etat w wiejskiej szkole okazuje się pułapką, z której nie ma ucieczki.

 

Rozwikłanie sekretu czerwonej walizki porzuconej na szosie staje się obsesją młodej nauczycielki, a mieszkańcy klaustrofobicznej wsi niczego nie ułatwiają. Niebawem Klara nawiązuje znajomość z jednym z nich, dużo bliższą, niż początkowo planowała.

 

NN – tak oznaczane są osoby pochowane bez ustalonej tożsamości. W Polsce jest niemal cztery tysiące

takich grobów, co przeraża bardziej niż najstraszniejsze książki. Powieść Pauliny Cedlerskiej kiełkuje właśnie z tego strachu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 29 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Oceny
3,6 (56 ocen)
20
12
12
7
5
Sortuj według:
szachimacio

Nie polecam

Nie przypadła mi absolutnie do gustu. Mdla akcja i chore zakończenie. Brak dobrego smaku zupełnie taki, jak butelki czerwonego wina, które bohaterka przechowuje w... lodówce. 😳
60
mgd92

Z braku laku…

dawno nie czytałam tak słabej książki, z kryminałem nie ma nic wspólnego, nudny obyczaj...
51
Ola1_2

Z braku laku…

Książka niestety rozczarowała,po prostu nudna. Choć autorka pióro ma ciekawe i pomysł na historie intrygujący to niestety nie uniósł tematu. W zasadzie mozna przeczytac trochę początku i ostatnie strony. Cały czas się zastanawiałam dlaczego nikt bohaterce nie powie, że chyba ma problem z alkoholem, bo to się przewija najczęściej w tej książce, nalewa, albo dopija, albo już wypiła, albo dopiero butelki brzęczą. Mnie nie porwala ta historia
30
zanetabomba87

Nie oderwiesz się od lektury

Pomysl na ksiazke super. bardzo wciągająca, jedyne co mnie strasznie denerwowało to "dziwne uczucie gorąca w podbrzuszu", "bol brzucha", "ciepło rozlewające się w brzuchu".. za dużo tych uczuć w brzuchu i podbrzuszu. strasznie to irytujące:)
00
chmielanka

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawa wciągająca książka, super polecam
00

Popularność




Rozdział 1

Dzień był wyjątkowo duszny, a gorące powietrze kleiło się do skóry. Klara odetchnęła głęboko, zamykając za sobą ciężkie drzwi urzędu. Ośmiogodzinne wklepywanie danych do tabelek w słoneczny sierpniowy czwartek było morderczą torturą. Jedynym jasnym punktem przyszłości był zbliżający się weekend. Szła, instynktownie kierując się w stronę przystanku. Tą samą trasą od jedenastu miesięcy. Bez perspektyw na zmianę. Bez zawodowych aspiracji i oczekiwań. Milczący marsz przerwał dzwonek telefonu, który przetoczył się wśród rozgrzanych kamienic wciśniętych w wąską miejską uliczkę. Na ekranie wyświetlił się nieznany numer.

– Dzień dobry, dzwonię ze szkoły podstawowej w Goślicach. Wysłała pani do nas swoje CV i chcielibyśmy zaprosić panią na rozmowę rekrutacyjną na stanowisko nauczyciela języka polskiego. Pani dyrektor będzie czekała na panią w swoim gabinecie szesnastego sierpnia o godzinie dziesiątej. Proszę zanotować adres. – Wysoki głos w słuchawce zlewał się w jeden ciąg słów. Poczuła, jak jej serce wykonało szybki obrót, po czym zaczęło bić z prędkością karabinu maszynowego. Przykucnęła, opierając głowę o gorący tynk jakiejś kamienicy, wyciągnęła z torby notes i drżącą ręką zapisała numer budynku, w którym mieściła się goślicka szkoła.

– Goślice? Oszalałaś chyba – mruknął Michał, sięgając po sok jabłkowy z lodówki. – Jak zamierzasz tam dojeżdżać? I za co? Chyba słyszałaś, ile zarabiają nauczyciele? – Niebieskie oczy chłopaka zdawały się teraz mieć kolor lodu, który skutecznie chłodził zapał Klary do zmiany pracy.

– Ale przecież wiesz, jak bardzo unieszczęśliwia mnie ten biurowy areszt. Nie nadaję się do tego. Duszę się tam, a wyglądając rano przez okno podczas parzenia kawy, mam ochotę przez nie wyskoczyć. Pojadę tylko porozmawiać, pozwól mi się przez kilka dni połudzić, że mogę mieć fajną pracę.

W odpowiedzi chłopak tylko przewrócił oczami.

– Tylko porozmawiam – powtórzyła Klara, całując go łagodnie w czubek nosa.

Kolejne cztery dni płynęły w automatycznym trybie. Codzienne mechanizmy przejęły stery nad biegiem czasu. Michał pracował całymi dniami, realizując wyjątkowo ważny projekt informatyczny, trawniki żółkły od upału, a biurowe obowiązki przebiegały zgodnie z rytualnym życiem urzędu. Klara miała w tym jedynie fizyczny udział. W przeddzień rozmowy kwalifikacyjnej, korzystając z wolnego dnia, przejrzała pobieżnie podstawę programową i oczami wyobraźni zaczęła wizualizować sobie studenckie marzenie. Siebie przy tablicy rozmawiającą z dzieciakami o poświęceniu Aslana w Opowieściach z Narnii.

– Uważaj jutro na siebie. Jedź ostrożnie, w końcu to ponad dziewięćdziesiąt kilometrów. – Michał postanowił na chwilę oderwać się od komputera. – I nie trać głowy. To tyko jakaś mała wiejska szkoła bez perspektyw. Zasługujesz na więcej. – Mrugnął porozumiewawczo i jego jasna czupryna zniknęła za drzwiami sypialni, która chwilowo pełniła funkcję jego gabinetu.

– Dostałam tę pracę, będę nauczycielką, cholera! Awww… – piszczała Klara do telefonu kilka godzin później. – Michał, nareszcie coś mi się udało. Dyrektorka to równa babka i bardzo potrzebuje polonisty od zaraz. Zadała mi kilka pytań i już. To przeznaczenie! – kontynuowała, ignorując zupełną ciszę po drugiej stronie słuchawki.

– Nie wiem, jak ty sobie to wyobrażasz, ale nie mogę teraz rozmawiać, za chwilę mam zebranie. Wrócimy do tego wieczorem, jak trochę ochłoniesz. – Krótki sygnał telefonu jednoznacznie dał jej do zrozumienia, że Michał nie ma nic więcej do dodania. Dziewczyna usiadła na ławce przed niewielkim budynkiem szkoły, którego poszarzała biel malowniczo kontrastowała z błękitnym niebem i wszędobylską zielenią. W zasięgu wzroku wiła się niewielka rzeka, dalej widać było zarys lasu, na którego tle piętrzyły się domy. Wkoło pachniało świerkami, co budziło ciepłe skojarzenia ze świętami, chociaż był środek lata.

 „To będzie fajny rok. Wszystko zaczyna się układać" – pomyślała Klara, wsiadając do swojej granatowej, ośmioletniej skody.

Spaghetti, aperol, uwielbiana przez Michała szynka prosciutto. W intencji dwudziestosiedmiolatki zestaw włoskich smakołyków miał nieco załagodzić nerwową atmosferę.

– Nie jestem głodny. Szef zamówił dla wszystkich sushi – rzucił na powitanie Michał, zatrzymując wzrok na butelce schłodzonego wina. – Więc może powiedz, jak ty sobie to wszystko wymyśliłaś – zaczął nonszalancko, opadając na krzesło.

– Chodzi tylko o ten rok, nabiorę doświadczenia, spróbuję swoich sił i później przeniosę się do jakiejś olsztyńskiej podstawówki. Z doświadczeniem pedagogicznym w CV będzie mi łatwiej… To tylko rok. – Żołądek Klary z każdym słowem zaciskał się coraz bardziej. – Nie będę musiała jeździć codziennie, w szkole jest mieszkanie. W ciągu tygodnia mogę się tam zatrzymać. W weekendy będziemy nadrabiać stracony czas. Każdy będzie małym świętem. Przyrzekam – wyrzuciła z siebie znienacka, jakby sama zaskoczona odważnym brzmieniem tych zdań.

Michał zbladł, ale nie powiedział ani słowa. Wlał do ust całą zawartość kieliszka. Sięgnął po butelkę, by napełnić go ponownie. Mieniące się pomarańczowym aperolem prosecco syczało złowieszczo. Przez godzinę siedzieli w milczeniu.

– Tylko rok. – Głos Klary wybrzmiał jak rozpaczliwy krzyk.

Sierpień sunął przez Olsztyn, roztaczając wkoło zapowiedź jesieni, łączącą w sobie niecierpliwe oczekiwanie z jakimś niezidentyfikowanym poczuciem straty. Chociaż kortowski park wciąż zachwycał różnymi odcieniami zieleni, a w jeziorach nie odbijały się jeszcze rdzawe drzewa, lato dla Klary kończyło się bezpowrotnie. Widok ogromnego kartonu, do którego pakowała kupione rzeczy codziennego użytku, prowokował strach. Właściwie nie rozmawiali z Michałem na temat wyjazdu, tak jakby w gruncie rzeczy miało do niego nie dojść. Ostatniego dnia pracy Klara przemierzała korytarz urzędu z wielkim poczuciem ulgi. Kwiecisty chodnik, nieustannie zepsuta kserokopiarka i czarna kawa pita kompulsywnie w obliczu poniedziałkowej melancholii miały być już tylko wspomnieniem. Tuż przed szesnastą szybka wymiana powściągliwych uprzejmości z koleżankami, uściski spoconych dłoni i była wolna. Od tego dusznego miejsca i ludzi w za ciasnych ubraniach, zupełnie niepasujących do jej wyobrażeń o świecie, w którym chciała żyć. Kiedy wracała autobusem do domu, z każdym przystankiem rosło w niej przekonanie, że postąpiła słusznie. Wieczorem zajęła się dopakowywaniem rzeczy i odpędzaniem myśli prowokujących stres.

– Idziemy na kolację. – Szept w jej uchu wydawał się czulszy niż zwykle.

– Jak to? Przecież jutro masz spotkanie z klientem, a ja muszę rano wstać, jest ciut za późno na takie eskapady. – Zrobiła unik przed ustami chłopaka.

– Nie przyjmuję odpowiedzi odmownej, ale najpierw się panią zajmę, tak żeby rozbudzić apetyt. – Ręka Michała pociągnęła dziewczynę w stronę sypialni. Tego wieczoru jeszcze kilka razy kochali się na pożegnanie. Kolejny dzień nadszedł szybciej, niż oboje się spodziewali.

Jadąc do Goślic, Klara próbowała nie popadać w melancholijny nastrój mogący wprawić ją w stan tęsknoty za narzeczonym, którego chwilowo opuszczała. Przynajmniej w czysto fizycznym wymiarze. Chociaż sączące się z radia dźwięki piosenki Hold Back the River Jamesa Baya skutecznie utrudniały tłumienie emocji. Starała się myśleć o sobie jako o nowoczesnej, świadomej swoich potrzeb kobiecie, która goni za marzeniami. Idzie za głosem serca, które wyrywa się z ciasnej posady sekretarki.

„Pędząc drogą S7 wprost do wiejskiej szkoły na odludziu" – zaśmiała się gorzko do siebie.

Kiedy stanęła przed budynkiem, w którym miała mieszkać i pracować, wyciągnęła z kieszeni swetra mentolowego papierosa i poczuła lekkie ukłucie w okolicach żeber. Szkoła prezentowała się jakby mniej przyjaźnie niż niespełna dwa tygodnie wcześniej, a uczucie radosnego podekscytowania zastąpiły stres i trema.

„Mam nadzieję, że znajdę kogoś, kto okaże mi trochę wsparcia w tym pedagogicznym debiucie". – Ta myśl była równie ciężka jak karton z pościelą, sztućcami i innymi artykułami pierwszej potrzeby, które Klara starała się wytaszczyć z tylnego siedzenia skody.

– Coś pani wypadło. – Męski głos zza pudła, które chwilowo oddzielało dziewczynę od reszty świata, wprawił ją w lekki niepokój. Odstawiła karton, przyglądając się nieznajomemu, który ku jej uldze nie wyglądał na roszczeniowego tubylca ani starszego stażem kolegę z pokoju nauczycielskiego. Krótko przystrzyżona broda, jeansy eksponujące kolana za sprawą znacznych przetarć i biały T-shirt ubrudzony czymś przypominającym smołę lub smar kazały Klarze myśleć, że nie powinna wstydzić się tego, że nowy znajomy trzymał w rękach pudełko tamponów.

– Aaa, tak, dzięki… Nie zauważyłam, że się wysunęły – tłumaczyła nieskładnie, przeklinając siebie za pomysł transportowania zapasu środków higienicznych na najbliższy miesiąc razem z kuchennymi akcesoriami. Niemal wyrwała mu z rąk zielone pudełeczko i zaczęła nerwowo kierować się w stronę szkoły.

– Może pomogę? – wykrzyknął za nią chłopak, ale ona nie miała ochoty na kontynuowanie tej niezręcznej znajomości.

– Tu są klucze do mieszkania, a tu do frontowych drzwi budynku szkoły. Ma pani osobne wejście. Z korytarza prowadzącego do sali gimnastycznej też można się przedostać, ale tylko teoretycznie, bo drzwi są zamknięte na stałe i zastawione szafą. Zupełnie niezależne przejście da pani więcej intymności i swobody – ćwierkała dyrektorka, wręczając dziewczynie komplet nieco zardzewiałych kluczy. Miała ogromne okulary w srebrnych ramkach, żółtą sukienkę i znaczną nadwagę, co sprawiało, że przywodziła na myśl wielką papugę.

– Cieszę się, że będziemy razem pracować. Proszę się rozgościć, nie będę już przeszkadzać – rzuciła przez ramię i zniknęła za drzwiami, zanim Klara zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie.

Dźwięk informujący o nadchodzącej wiadomości przerwał nieznośną ciszę, która zapanowała po wyjściu dyrektorki.

„Jak ci tam jest?"

Widok wiadomości od Michała sprowokował nagłe uczucie tęsknoty.

„Tęsknię".

„Nie wymyślaj, za trzy dni będziesz w domu. To nie koniec świata".

Racjonalny wydźwięk wiadomości sprowadził emocje Klary na właściwie tory. I przypomniał, po co właściwie to robi. Z Michałem poznali się sześć lat temu, na zupełnie nieudanej imprezie. Nieco za mocno się wstawiła, on zamówił jej taksówkę, odprowadził pod drzwi mieszkania. Następnego dnia wpadł z puszką zimnej coli, by sprawdzić, jak się czuje. Na jego widok jej samopoczucie podejrzanie się poprawiło, mimo że nie do końca była przekonana, czy dziwne uczucie pod żebrami było spowodowane kacem czy obecnością fajnego faceta w jej mieszkaniu. Później zamieniła wymarzone studia w Gdańsku na życie w kameralnym Olsztynie. Michał studiował tam z sukcesami, miał spore stypendium i ukochane koło naukowe. A dla niej, odkąd go poznała, kolory gdańskiej starówki zmatowiały. Kiedy wyprowadzała się z trójmiejskiego mieszkania, czuła, jakby palące uczucie w okolicach żołądka było delikatnie tłamszone przez zimny okład. Nareszcie miała żyć bez ciągłego uczucia deficytu. Ale szybko okazało się, że nigdy nie można doświadczyć wrażenia całkowitej sytości. Jej rozmyślania przerwał dźwięk telefonu.

– Zapomniałam wspomnieć, że jutro jest rada pedagogiczna, podczas której pozna pani swojego opiekuna stażu i zasady panujące w naszej placówce. Proszę być około dziesiątej w pokoju nauczycielskim – wyrecytowała dyrektorka i nie czekając na odpowiedź, zakończyła rozmowę.

„Chyba najwyższy czas zwiedzić okolicę" – myśli Klary przelały się przez jej głowę w rytm zamykanego zamka. Goślice były pełne roślin. Kasztanowce i brzozy zieleniły się na tle sierpniowego nieba, sosny pomrukiwały leniwie. Jakby to położone na styku Warmii i Mazur miejsce skupiło w sobie wszystkie dobrodziejstwa obu tych geograficznych krain. W kilkunastu domach skupionych po obu stronach drogi życie zdawało się płynąć w zwolnionym tempie.

– Sklep jest jakiś kilometr stąd. – Głos za jej plecami wybrzmiał zupełnie nagle. Był to ten sam mężczyzna, który rano pomagał jej zbierać tampony z ziemi.

– Dzięki, nie szukam sklepu, wyszłam się trochę rozejrzeć – odpowiedziała Klara, siląc się na uprzejmy ton.

– Nowa polonistka? Jestem Antek – powiedział uprzejmie, wyciągając rękę. – Wieści szybko się tu rozchodzą – dodał, odpowiadając na jej skonsternowane spojrzenie. Zinterpretował je jako wyraz zainteresowania, bo już po chwili opowiedział skróconą wersję swojej biografii.

Pomagał choremu ojcu prowadzić warsztat samochodowy. Wcześniej mieszkał w Londynie, Łodzi, a nawet Libercu. Za drobne rozboje w przeszłości trafił też na krótko do więzienia. Niedyspozycja ojca, dla którego naprawa samochodów była jedynym źródłem utrzymania, kazała mu wrócić do Goślic. Chociaż były dla niego ciasne i nudne, czuł się w obowiązku pomóc rodzinie. Chociaż w rzeczywistości miało to być zadośćuczynienie za jego wszystkie wcześniejsze błędy. „Wpędziłeś matkę do grobu" – słowa ojca tuż po pogrzebie wryły się w jego pamięć jak zrosty. Ale końcowy fragment tej historii Antek zostawił dla siebie.

Klara cieszyła się, że zamilkł, bo nie chciała słuchać tej opowieści. Właściwie wcale nie chciała go poznawać, podobnie jak reszty goślickiego świata, który nagle wydał jej się smutny i zupełnie obcy. Nawet delikatny szelest roślin zamienił się w złowrogie syczenie.

– Niepotrzebnie rozkładasz wszystko na części pierwsze. Stresujesz się, to normalne, ale skoro podjęłaś decyzję, to bądź choć trochę konsekwentna. – Głos Michała wiązł w głośnikach komputera.

– Słabo cię słyszę, a jeszcze gorzej widzę – mruknęła Klara, przyciskając nos do ekranu.

– Zbieram się do pracy, nie mam czasu na spokojną rozmowę. – Sylwetka Michała usiłującego wciągnąć na siebie marynarkę była zamazana. – Bądź dzielna na tej radzie, a jak będzie bardzo źle, to po prostu wrócisz. Coś wymyślimy. A teraz biegnę już, kocham cię – rzucił pospiesznie do monitora i zniknął.

– Ja ciebie też – mruknęła Klara do czarnego ekranu, mrugając szybko, żeby zatrzymać łzy. W obliczu stresu zawsze miała skłonności do dramatyzowania. W tym jednym Michał miał rację.

Przemierzając szkolny korytarz, odnosiła wrażenie, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Zapach wilgoci mieszał się ze słodkimi perfumami starszych kobiet zebranych pod oknami w niewielkie grupki. Jej nowych koleżanek z pracy, które na powitanie obrzuciły ją chłodnymi spojrzeniami. Dziewczyna pożałowała, że włożyła szpilki, które z każdym krokiem manifestowały jej obecność. Pokój nauczycielski był małym pomieszczeniem, w którym nie było nic poza wielką szafą, długim stołem z krzesłami i wieszakiem na ubrania. Nie bardzo wiedząc, gdzie może usiąść, zajęła pierwsze wolne miejsce.

– Tutaj zawsze siedzi pani Hania od fizyki, a ona raczej nie lubi, kiedy ktoś wchodzi jej w drogę, więc lepiej chodź ze mną. – Stojąca przed nią brunetka wyglądała na jej równolatkę. – Jestem Marcelina, uczę wuefu, bardzo nie lubię tej szkoły i cieszę się, że bywam w niej tylko dwa razy w tygodniu. – Nowa koleżanka ścisnęła ją mocno za ramię. Jej zachowanie wydało się Klarze bardzo swobodne, a nawet nonszalanckie. – Obok mnie zwykle miejsce jest puste, bo mają mnie tutaj za lekką świruskę, ale nawet nie próbuję tego zmieniać. Na dodatek dyrektorka mnie nie lubi, więc cała reszta też – dodała, żując ostentacyjnie gumę i osuwając się na nieco wysłużone krzesło.

– Szanowni państwo, drogie grono pedagogiczne, chciałabym oficjalnie powitać wszystkich na pierwszym po wakacjach zebraniu rady pedagogicznej. –W liliowym kostiumie, który nieco zbyt mocno opinał jej biodra i uda, dyrektorka wyglądała jak mistrz cyrkowej ceremonii.

– No to teraz nastaw się na kilka godzin nudy – mruknęła Marcelina, wyciągając z torebki telefon.

Rzeczywiście minuty ciągnęły się jak godziny, a jedyną formą walki z marazmem było podnoszenie ręki, by zagłosować nad jakąś uchwałą, o której treści Klara nie miała pojęcia. Po zakończeniu zebrania odbyła krótką rozmowę z panią Marią, która została jej opiekunką stażu. Na oko miła pięćdziesięciolatka o kasztanowych włosach nie sprawiała wrażenia przejętej obowiązkami.

– Przekażę pani podręczniki metodyczne – rzuciła i szybko się pożegnała.

Marcelina też przepadła tuż po zakończeniu rady, więc tak naprawdę nadzieje Klary na nawiązanie jakichkolwiek relacji koleżeńskich przed oficjalnym rozpoczęciem roku szkolnego okazały się naiwnymi mrzonkami.

„To się nazywa świetny początek kariery. Przełomowa odmiana po biurowej samotni" – pomyślała gorzko, zaciągając się dymem papierosowym zmieszanym z sierpniowym powietrzem.

– Praca nie służy do nawiązywania przyjaźni, zawsze ci to mówiłem. Swoją drogą nie rozumiem, po co masz tam zostać jeszcze trzy dni, skoro rok szkolny zaczyna się w poniedziałek.

– Michał, nie mędrkuj, to wcale nie pomaga – syknęła Klara do telefonu. – Tłumaczyłam ci, że chcę trochę oswoić się z okolicą, szkołą i ludźmi, chociaż to ostatnie wychodzi mi dość żałośnie. Zresztą jutro i pojutrze mam spotkanie z panią Marią, która ma zobaczyć moje konspekty na najbliższe lekcje. – Dziewczyna podtrzymywała komórkę ramieniem, próbując jednocześnie odkorkować czerwone półwytrawne.

– Panią Marią? To w nauczycielskiej enklawie nie przechodzi się na ty?

– Najwyraźniej nie z żółtodziobami – mruknęła Klara, po czym głośno przeklęła do telefonu. – Muszę kończyć, bo właśnie zalałam pół kuchni portugalskim winem. Może to jakaś nieudana metafora mojego obecnego stanu ducha. Buzi.

W tym samym momencie rozległo się pukanie do drzwi, które wydało się jej nieco nierealne. Nie wiedziała, czemu ktoś miałby ją tu odwiedzać.

– Przyniosłem przesyłkę. – Męski głos zza ciężkich drewnianych drzwi brzmiał znajomo.

Przesyłką okazały się wysłużone podręczniki metodyczne od pani Marii. Rolę posłańca odegrał Antek, który w oczach Klary zyskał ponadprzeciętne zdolności pojawiania się w najmniej oczekiwanych momentach. Wymienili w progu kilka uprzejmych zdań. Mimo fatygi nie miała ochoty zapraszać go na herbatę, więc po chwili kłopotliwej ciszy z ulgą przekręciła zamek w drzwiach.

Kolejne dni minęły Klarze na przygotowywaniu konspektów lekcji, beznamiętnych rozmowach z panią Marią i nostalgicznych spacerach. W okolicy pępka zaczynało ją ssać przeczucie, że może wyjazd do Goślic wcale nie był najwłaściwszą decyzją. Ale nie było odwrotu. Musiała przetrwać ten rok, brakowało planu awaryjnego. Postanowiła nie dzielić się swoimi rozterkami z Michałem, który z pewnością zinterpretowałby je jako dowód na słuszność swoich przekonań. Weekend w Olsztynie minął równie szybko, jak się zaczął. Właściwie Klara żałowała, że w ogóle nadszedł, bo czas spędzony w domu zupełnie wytrącił ją z goślickiej rzeczywistości. Wieczorne spacery nad Skandą przez chwilę dały fałszywą obietnicę tego, że w tym roku lato nadejdzie jeszcze raz, jednak to złudzenie minęło, zanim na dobre zdążyła w nie uwierzyć. Przeczuwała, że powrót będzie trudniejszy, niż zakładała w swoich planach. Kiedy w niedzielny wieczór parkowała samochód przed szkołą, która miała być nie tylko jej nowym miejscem pracy, ale i przestrzenią życia, poczuła obezwładniający strach. A nie lubiła się bać. Kojarzyło się jej to z rodzajem bezradności i zależności, której było zdecydowanie zbyt dużo w jej życiu. Dźwięk telefonu odbił się echem od asfaltu.

– Kochanie, dojechałaś bez przygód? Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku. Wiem, że nie powinnam niepokoić cię tuż przed debiutem w nowej pracy, ale muszę ci to powiedzieć, bo zwariuję sama w tej rozpaczy. Igor ma raka trzustki.

Klara miała wrażenie, że ostatnie zdanie usłyszała kilka razy, jakby ktoś zapętlił je w jej głowie. Usiadła na zimnych już o tej porze betonowych schodach. Igor, jej starszy brat, uznany poznański architekt, człowiek sukcesu, spełniony mąż. Duma jej matki. Przed poznaniem Michała najważniejszy facet w jej życiu. Substytut ojca, którego nigdy nie miała. Mężczyzna, który nie potrafił jej wybaczyć, ale którego kochała ponad wszystko. Miał umrzeć? Musiała coś odpowiedzieć matce. Coś pocieszającego, ale głos uwiązł jej w gardle.

– Przyjadę do ciebie w piątek po lekcjach. Na pewno coś wymyślimy – powiedziała, siląc się na spokojny ton, po czym wepchnęła pięść do ust, tłumiąc szloch. Siedziała tak jeszcze kilkadziesiąt minut, nie będąc w stanie się ruszyć. Wokół zrobiło się straszliwie ciemno, gdzieś w pobliżu słychać było rechot żab, który brzmiał jak lament.

Prawie całą noc spędziła na czytaniu o alternatywnych metodach leczenia guzów trzustki, terapiach i rokowaniach. Chciała zadzwonić do Michała, ale podświadomie bała się, że przekazywanie tej informacji i mówienie o niej głośno przypieczętuje fakt, że jej brat jest chory. Rano wyglądała upiornie, ku jej uldze kosmetyki ukryły prawdziwy wyraz jej twarzy. Kiedy wyszła przed budynek szkoły, dzieciaki już zgromadziły się w klasowych grupkach. Świeciło słońce. W jego promieniach białe bluzki dziewczynek i ciemne marynarki chłopców wyglądały jak posępna biało-czarna flaga. Klara nie miała wychowawstwa, co przyjęła z ulgą, bo jako debiutantka nie czuła się gotowa na opiekę nad gromadką nieznanych dzieci. Po hymnach, przemówieniach i wykładzie policjanta na temat bezpieczeństwa w szkole pobiegła sprawdzić plan lekcji na najbliższe półrocze, po czym zabarykadowała się w swoim pokoju, marząc o głębokim śnie, który pozwoli wyłączyć myśli.

Kiedy następnego dnia rano przemierzała korytarz, krocząc na pierwszą lekcję z klasą 4c, czuła w okolicach żeber delikatne łaskotanie, które przywodziło na myśl oznaki radości. Chociaż w obliczu choroby brata nie miała prawa się cieszyć. Nawet odrobinę. W duchu karciła się więc za to drobne szczęście. Z drugiej strony w końcu spełniała swoje zawodowe marzenie, zamieniła urzędowe tabelki na kreatywną nauczycielską przestrzeń.

„A dom na klaustrofobiczny pokoik na tyłach szkoły" – zadźwięczała jej w głowie myśl, za którą natychmiast się zganiła.

Podczas zajęć opowiadała o planach na nadchodzące półrocze, lekturach, wewnątrzszkolnym systemie oceniania. Dzieciaki dzieliły się z nią wspomnieniami z wakacji. To był udany debiut, a kończąc szóstą lekcję, Klara czuła, że jest z siebie dumna.

– Dzieciaki chyba mnie lubią, a nawijanie przez czterdzieści pięć minut jest tym, do czego zostałam powołana. To jest to – krzyczała do słuchawki Michałowi, wlewając sobie do kubka resztkę portugalskiego czerwonego, które otworzyła kilka dni temu.

„Muszę w końcu kupić kieliszki" – przeszło jej przez myśl.

– Jestem nauczycielką i czuję się z tym zajebiście – trajkotała jak nakręcona do słuchawki.

– Teraz naprawdę nie mogę, zaraz mam spotkanie z szefem, przymierzamy się do dużego projektu. Skoro poszło dobrze, to ciesz się tym, kochanie. To twój dzień. Zadzwonię wieczorem. – Michał wydawał się być bardzo daleko, zaszyty w swoim cybernetycznym świecie.

– Igor ma raka – wychrypiała znienacka. Głośno i bezradnie. Jak dziecko oczekujące pocieszenia. Może tym nagłym wyznaniem próbowała zatrzymać uwagę Michała i zrzucić z siebie ciężar tej wiedzy. Poczuła, jakby nagle dwa odległe światy – jej pedagogicznego sukcesu i rodzinnego dramatu – sklepiły się w jeden.

– Jak to? Co ty mówisz? Jest młody i silny. Na pewno da się coś na to poradzić, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Ale teraz naprawdę nie mogę rozmawiać. Trzymaj się i nie rozklejaj. Będzie dobrze. Zadzwonię wieczorem – pożegnał się i po prostu odłożył słuchawkę.

„No to wznieśmy toast za mój najszczęśliwszy i zarazem najsmutniejszy dzień w życiu" – pomyślała, żałując, że nie ma w zanadrzu jeszcze jednej butelki wina. Chciała iść spać, ale mieszanina stygnącej ekscytacji z palącym od środka smutkiem nie pozwalała wyłączyć myśli na tyle, by spokojnie odpłynąć w sen. Pod wpływem nagłego impulsu wyszła z pokoju, przekręciła zamek w drzwiach i ruszyła przed siebie. Na przekór zapadającej szarudze i lekkiej mżawce. Mijała kolejne podwórka. Niektóre domy były zbudowane z czerwonej cegły, jakby pamiętały czasy wojny, inne straszyły odpadającą elewacją. Na tle odnowionych budynków wyglądały jak wyrwane z zupełnie innej historii. Było cicho i pusto. Klara pamiętała wieś jako miejsce pełne życia, biegających wesoło dzieci, wszędobylskich zwierząt, magicznych zakamarków. Każde wakacje spędzała w małej miejscowości pod Szczytnem. Goślice były inne, bardziej wyciszone, ale równie magiczne. Mimo że wijąca się rzeka i czerwieniejący teraz las wyglądały bardziej nostalgicznie niż w połowie sierpnia, wciąż było w tym miejscu coś mistycznego. Patrzyła na zieleniejące na tle mazurskiego nieba drzewa, zachwycając się tym widokiem, a jednocześnie tłumiąc w sobie chęć ucieczki od tej nowej rzeczywistości. Teren zaczął się przerzedzać, a odległości między domami robiły się coraz większe. W oddali, na łagodnym wzgórzu pod samym lasem widać było jakiś duży budynek otoczony ogromnym, ogrodzonym terenem. Przez chwilę dziewczyna zastanawiała się, do kogo należy. Zapaliły się latarnie.

„Na dzisiaj wystarczy" – pomyślała, czując, że z każdym krokiem oddalającym ją od szkoły czuje się coraz bardziej niepewnie.

Świdrujący ciszę dźwięk telefonu był zwiastunem kolejnego dnia jej nowego życia.

– Przepraszam, że wczoraj nie zadzwoniłem, ale poszliśmy na kolację z klientem i było już bardzo późno. Nie chciałem cię budzić. Jak to Igor ma raka? – Michał postanowił zacząć rozmowę bez zbędnych wstępów. Trochę po to, żeby odwrócić uwagę od swojego poczucia winy. – Nie mam siły teraz o tym rozmawiać, muszę jeszcze przejrzeć konspekty dzisiejszych lekcji. Szkoda, że wczoraj nie mogłeś. Naprawdę cię potrzebowałam. Cześć. – Rzuciła słuchawką. Była wściekła i rozczarowana. Jak mógł nie zadzwonić, wiedząc, że wariuje tu sama z niepokoju. Jak śmiał beztrosko jeść firmową kolację, kiedy ona snuła się bez sensu po okolicy. Gdzieś z tyłu głowy pojawiało się przekonanie, że ich związek tego nie przetrwa, chociaż za wszelką cenę próbowała zagłuszyć je myślą, że Michał po prostu jest dupkiem.

Tego dnia w szkole była obecna tylko fizycznie. Odklepała kilka formułek, zadała dzieciakom jakieś ćwiczenia do samodzielnego wykonania. Większość czasu bezmyślnie gapiła się w okno. Kiedy okazało się, że zajęcia z 4f i 5c są odwołane z powodu wycieczki, wybiegła ze szkoły i bez chwili wahania wsiadła do swojej skody, którą popędziła w kierunku Szczytna.

Przekraczając próg domu rodzinnego, delikatnie drżała na myśl o tym, że będzie rozmawiać z matką o chorobie Igora. Jakby w wyniku tego miała się ona urzeczywistnić. Rozmowa w cztery oczy na ten temat wydawała się Klarze tajemniczym rytuałem, który przypieczętuje prawdziwość diagnozy. Chciała mieć to jak najszybciej za sobą.

– Cześć, mamo! – Bez pukania wparowała do salonu.

Przy niewielkim okrągłym stoliku między kuchnią a pokojem dziennym siedziały sąsiadki, wyraźnie uraczone nalewką, która czerwieniła się w karafce. Matka z wypiekami na twarzy chichotała w odpowiedzi na jakiś żart opowiadany przez jedną z koleżanek.

– Mogłabyś przynajmniej zdjąć buty i kurtkę, skarbie. – Słowa brzmiały jak dość chłodne powitanie.

– Naprawdę masz powody do świętowania? Dobrze się bawisz? – syknęła Klara w przedpokoju. Jednocześnie poczuła ukłucie zawstydzenia, myśląc o kilku kieliszkach portugalskiego wypitych w goślickim pokoju. Przy stoliku gwałtownie zapadła cisza.

– Kochanie, tak się składa, że powody owszem są, miałam właśnie ci napisać. Guz okazał się łagodny, tak wykazała biopsja. Wszystko na szczęście dobrze się skończyło, zanim na dobre się zaczęło. – Matka ćwierkała jak nastolatka.

– Mogłaś przynajmniej napisać mi SMS-a, ale najpierw postanowiłaś zorganizować spotkanie towarzyskie? Kiedy gnam tu, przez całą drogę oswajając myśl, że mój brat umrze. A nawet boję się do niego zadzwonić, bo nie wiem, jak się rozmawia z ludźmi, którzy wkrótce zostaną nieboszczykami. – Słowa wypadały z niej samoistnie, jakby stanowiły niezależne byty. Starała się mówić na tyle cicho, by kłótni nie usłyszały sączące nalewkę sąsiadki.

– Obie wiemy, że nie zadzwoniłaś do niego z zupełnie innego powodu.

– Daj mi spokój – wykrzyknęła Klara, zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem, który niósł się aż do bramy. Wiedziała, że matka znacznie bardziej przejęła się przedstawieniem, którego świadkami były jej koleżanki, niż złością Klary. Jechała szybko, nie dbając o przepisy. Michał dzwonił kilka razy, ale nie miała ochoty rozmawiać z kimkolwiek. Zwłaszcza z nim. Ani z matką prowadzącą z nią dziwną grę, której celu nie potrafiła zrozumieć. Wiedziała, że powinna zadzwonić do Igora. Minęło tyle czasu. Być może był to najwłaściwszy moment, żeby zwyczajnie porozmawiać. Jak rodzeństwo. Ale nawet paląca od wewnątrz złość nie dodała jej tyle odwagi. Droga do Goślic zdawała się nie mieć końca. Dlatego moment zjazdu z ekspresówki dziewczyna przyjęła z ulgą. Chciała napić się wina, a potem iść spać. Pobyć chwilę bezmyślnie. Gęsta ciemność lasu otaczającego wieś sprowokowała lekkie uczucie niepokoju, które jednak zagłuszała nieustępująca wściekłość. Nagle zupełnie znikąd na drodze pojawiła się czerwona walizka, w której odbijały się światła samochodu. Klara instynktownie skręciła w lewo. A potem zatrzymała auto.

– Kurwa – syknęła. Niepokój przed tym, co może być w środku, zupełnie ją sparaliżował. Nie pozwalał wysiąść z samochodu ani pojechać dalej.

Rozdział 2

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Kiedy tłumaczka Sonia przeprowadzała się do osady Białe, leżącej w Kotlinie Kłodzkiej, spodziewała się ciszy i spokoju. Stary dom oczarował ją atmosferą, a dziki ogród dawał iluzję harmonii z przyrodą. Jednak już kilka dni później okolica zaczęła odkrywać przed nową mieszkanką swoje sekrety.

Karina to młoda policjantka, która po znajomości dostała pracę w kłodzkim wydziale kryminalnym. Trafia do zespołu niezbyt pracowitych samców alfa. Jeden z nich postanawia zawładnąć jej życiem.

Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi. Bo nie wszystkie historie mają dobre zakończenie.

Scenarzysta serialowy postanawia spędzić Boże Narodzenie w górskiej chacie, by uciec od problemów w domu i w pracy. Jedno pozornie niegroźne zdarzenie zmienia jego pobyt w cyklon porywający głównego bohatera i czytelników!

Jozef Karika – autor thrillerów, horrorów i powieści sensacyjnych, laureat wielu nagród literackich, najpopularniejszy pisarz słowacki. Jego powieść Szczelina przekroczyła nakład stu tysięcy egzemplarzy. Stała się najpopularniejszą książką w historii literatury słowackiej i zdobyła trzecie miejsce w plebiscycie Lubimyczytać.pl na Książkę Roku w kategorii Horror.

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia. Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość? Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką ANASOFT LITERA w kategorii NAGRODA CZYTELNIKÓW!

W lasku miejskim na peryferiach Pragi zostaje zamordowana młoda kobieta. Czy jej podobieństwo do córki mieszkającej w pobliżu dziennikarki jest przypadkowe? Śledztwo rozpoczyna inspektor Bergman.

Powieść Michaeli Klevisovej to doskonałe studium psychologiczne i obraz społeczeństwa, w którym pod powłoką pozornej normalności skrywają się tajemnice i pragnienia.

Inspektor Bergman – dwukrotnie rozwiedziony miłośnik kotów, wielbiący porządek i rzeczowość. Empatyczny, stanowczy i systematyczny. W pracy pomagają mu podwładni: Sylwia Rolnik i Adam Danesz.

Kroki mordercy to pierwsza część cyklu z inspektorem Bergmanem.

Anna Walenta to główna scenarzystka najpopularniejszego czeskiego serialu telewizyjnego „Podwórze". Dzięki pracowitości i ambicji odnosi duże sukcesy, lecz pod powłoką wielkomiejskiego blichtru skrywa sekrety, których nie wyjawia prawie nikomu.

Ester Czarna prowadzi pensjonat na peryferiach Pragi. Kiedy pewnego dnia odwiedza ją przyjaciółka Anna, w nocy zostaje popełnione morderstwo. Na jaw zaczynają wychodzić demony przeszłości oraz tajemnice teraźniejszości, a śledztwo prowadzi inspektor Bergman. Jak poradzi sobie w środowisku niekończącego się serialu telewizyjnego, w którym trwa nieustanna walka o władzę i wpływy? Czy mordercą okaże się gwiazda srebrnego ekranu, czy może prawda leży gdzie indziej?

Intryga bez nadmiaru brutalnych scen i z rozbudowaną psychologią postaci to znak firmowy Michaeli Klevisovej – królowej czeskiego kryminału, dwukrotnej zdobywczyni nagrody dla najlepszej powieści detektywistycznej!

Horror 2017 roku według wielkibuk.com

Jożo Karsky wraca do domu rodziców po rozpadzie kilkuletniego związku. Na peryferiach Rużomberka czeka na niego pusty pokój dziecięcy, stare kasety wideo, mróz i wspomnienia. Mnóstwo wspomnień. Kiedy w okolicy zaczynają ginąć dzieci, budzą się demony przeszłości.

Jedna z najpopularniejszych słowackich książek ostatnich lat.

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12

Karta redakcyjna

Copyright © Paulina Cedlerska, 2021

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2021

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Projekt okładki: František Hříbal

Redakcja, korekta: Agnieszka Madyńska | AD FONTES

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-57-5

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek