Sklepik ze słodkimi marzeniami - Lynn Hannah - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Sklepik ze słodkimi marzeniami ebook i audiobook

Lynn Hannah

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

106 osób interesuje się tą książką

Opis

Przyszłość jeszcze nigdy nie wydawała się tak słodka

 

Holly Berry ma już wszystko – pracę, kochającego chłopaka, oszczędności na wymarzony dom. Gdy jednak nakrywa narzeczonego na zdradzie, musi się pożegnać z planem na stabilne życie.

Zamiast popadać w rozpacz, decyduje się na spontaniczną przeprowadzkę z Londynu do rodzinnego miasteczka, gdzie odnajduje ulubiony sklep ze słodyczami. To urokliwe miejsce przywołuje w niej jeszcze słodsze wspomnienia. Okazuje się, że właścicielka nie ma już siły na rozkręcenie upadającego biznesu. Holly składa jej niespodziewaną propozycję…

Prowadzenie sklepu ze słodyczami nie może być przecież takie trudne!
Zwłaszcza jeśli tuż za rogiem czeka przystojny, szarmancki i bajecznie bogaty Giles!

 

Urocza i niezwykle zabawna opowieść o tym, że o pewne rzeczy warto w życiu zawalczyć. Mimo że nie wszystko jest tak proste i słodkie, jak mogłoby się na początku wydawać!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 55 min

Lektor: Klementyna Umer
Oceny
3,9 (195 ocen)
74
68
27
21
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lena0603

Całkiem niezła

To nie jest romans. To obyczajówka, łagodna, chwilami nastrojowa, z wolną akcją i narracją. Bez fajerwerków, przewidywalna ale całkiem całkiem. Wątek romantyczny? Wykrywalny lecz małoobecny. Sceny erotyczne? Niewykrywalne nawet pod mikroskopem, albo raczej - poprzedzały pierwszą scenę w tej książce i może zdarzyły się po ostatniej. 😉
40
PaulinaRo

Z braku laku…

Bardzo nie wiadomo o czym i czego się spodziewać. Chciałam dać szansę tej książce ale już dawno temu przestałam czytać byle odhaczyć przeczytaną pozycję. Nie dałam rady dokończyć czytania tej historii, niestety.
40
Iskiereczka55

Dobrze spędzony czas

miło jest czytać o wspaniałej pomocy koleżankanek , kolegów i sąsiadów
20
Wieslawablum

Nie oderwiesz się od lektury

Super
10
WeronikaTrz

Dobrze spędzony czas

Wydawać by się mogło, że jej życie w końcu zmierza w dobrym kierunku. Stabilna praca. Długoletni związek. Oszczędności na wymarzony dom. Tyle że to wszystko pęka niczym mydlana bańka, gdy na jaw wychodzi prawda. Zdrada, która wywraca rzeczywistość Holly do góry nogami… Czy jej ryzykowny powrót do rodzinnego miasteczka okaże się słusznym wyborem? A może raczej bolesną porażką? Jeśli miałabym określić tę historię wyłącznie jednym słowem, bezsprzecznie padłoby na… urocza! Ależ ja uwielbiam takie główne bohaterki! Holly Berry to chodzące nieszczęście - dosłownie żywy magnes na mnożące się problemy i rzucane jej pod nogi kłody. A gdy dodamy do tego mocny temperament, wrodzoną pyskatość oraz niezłomną zawziętość, otrzymujemy piekielnie charakterną postać, która dostarcza nam masy rozrywki. Autorka skutecznie wplotła w tę historię nutę humoru, przez co niejednokrotnie uśmiechałam się do kartek papieru. „Sklepikowi ze słodkimi marzeniami” daleko jednak do miana romansu. Zdecydowanie bliżej ...
00

Popularność




Han­nah Lynn

Sklepik ze słodkimi mar­zeniami

tłu­macz: Małgorzata Klimek, Emilia Niedzieska

ROZDZIAŁ 1

Z po­wodu pośpiechu, z jakim wyjechała z Lon­dynu, Holly Berry nie zdążyła się dłużej za­stanowić nad ub­ra­niami, które spakowała. Prawdę mówiąc, słowo „spakowała” było może nieco na wyrost. Po tym, jak obrzu­ciła swo­jego zdecy­dow­anie już byłego chło­paka kilkoma butami, zdjęła z sz­afy wal­izkę i za­częła wrzu­cać do niej stosy przypadkow­ych ciuchów. W tym samym cza­sie Dan, rzeczony były, próbował ur­atować kilka włas­nych rzeczy, które przypadkiem zn­alazły się na jej drodze. W tym dzi­ałaniu nieco przeszkadzał mu fakt, że wciąż nie był zdecy­dow­any, czy pow­inien raczej starać się udobruchać Holly, swoją dziew­czynę, która właśnie za­stała go w nied­wuzn­acznej sytu­acji, z tyłkiem na wi­erzchu, w ich nowiutkim łóżku z Ikei – łóżku, za które w połowie za­pła­ciła – czy może jed­nak po­cieszać łka­jącą kobi­etę, która nadal siedzi­ała na wspom­ni­anym łóżku i podob­nie jak on, nie mi­ała na sobie ani kawałka odzi­enia, za to rozpacz­li­wie próbowała się czymś okryć.

– Za­czekaj, Hols. Proszę cię, za­czekaj. Wysłuchaj mnie.

– Dz­ięki, ale chyba już dość się nasłuchałam. I wi­erz mi, te odgłosy trudno będzie wyrzu­cić z pam­ięci.

Ręce jej drżały, kiedy ściągała z wieszaka kole­jną suki­enkę. Sześć lat! Przez sześć lat jej ży­cia wszys­tko krę­ciło się wokół niego. Przez sześć lat odkładała na później wszys­tkie swoje plany – dla ich planów. Chol­erna kretynka.

– Proszę, pozwól mi to wyjaśnić. – Kiedy jego dłoń dotknęła jej rami­enia, obró­ciła się na pięcie i en­er­gicznie ją strą­ciła.

– Ani się waż. Nie waż się mnie dotykać, mówić do mnie ani nawet patrzeć na mnie.

– Ale ty nic nie ro­zu­miesz…

– Ab­so­lut­nie masz rację, nie ro­zu­miem. Nie ro­zu­miem, jak, do chol­ery, mo­głeś mi to zrobić.

– Ja po prostu… My tylko…

– My mieliśmy plany, Dan. Ty i ja. Mieliśmy wszys­tko za­pla­now­ane. W zeszły week­end oglądaliśmy razem domy. W zeszły week­end!

– Ja… Ja tylko…

– Ty tylko się potknąłeś i up­adłeś na tę panią? – zapy­tała.

Jej wzrok mimo­wolnie powędrował w stronę kobi­ety, która zdążyła już się ow­inąć prześ­ci­eradłem. Za prześ­ci­eradło Holly na pewno za­pła­ciła z włas­nej kieszeni, dobrze bowiem pam­iętała wrażenie, jakie wy­warła na niej siedem­dziesię­ciop­ię­ciopro­centowa ob­n­iżka ceny na wyprzedaży. Wyrzu­ciła z głowy rozmyślania o prześ­ci­eradle, a jej uwaga skupiła się ponownie na młodej kobiecie. Ciemne włosy, ciemne oczy. Dan zdecy­dow­anie miał swój typ, co do tego nie było wąt­pli­wości. Jak widać, poszedł w na­jwięk­szy banał i po prostu wymi­enił ją na nowszy model.

– Proszę cię… – wyjęczał Dan, na­jwyraźniej próbując wziąć ją na litość. Przy­brał żałosną minę, a jego oczy wypełn­iły się łzami.

Holly nie była już w stanie wcis­nąć do wal­izki nic więcej, więc dopch­nęła ją kolanem i za­p­ięła zamek, po czym wybiegła z pokoju, a następnie ruszyła schod­ami w dół i wymaszerowała przez fron­towe drzwi.

Gdy tak oddalała się i od Dana, i od Lon­dynu, w jej głowie roiło się od py­tań. Jak on mógł jej to zrobić po tym wszys­tkim, co razem przeszli? Za­wsze była przy nim. No więc czemu to zrobił? I czemu ona tego nie przewidzi­ała?

Choć przez trzy lata stu­di­owali na tym samym uni­wer­sytecie, nawet nie spojrzeli na siebie aż do rozdania dyplomów. Tego dnia, już po ce­re­monii i uroczys­tej kolacji, Holly wybrała się do klubu wraz ze swoimi współlokat­ork­ami. Kiedy próbowały złapać chwilę oddechu od sza­leństw na parkiecie, podeszła do baru, żeby zamówić drinki, i wtedy go zobaczyła. Jego ciem­nobrązowe oczy od razu przykuły jej uwagę. Podob­nie jak jego daremne wysiłki przy barze – był na­jwyraźniej zbyt up­rze­jmy, by zwró­cić uwagę co na­jm­niej kilku osobom, które zdążyły wepch­nąć się przed niego. Przys­tanęła obok i zamówiła drinki dla nich obojga, za które on z wdz­ięcznoś­cią za­pła­cił. Później się dow­iedzi­ała, że ode­grał rolę bezrad­nego chłopca w opałach, w nadziei że w ten sposób zwróci na siebie jej uwagę. Uważała, że to urocze, i śmi­ali się z tego pod­czas wspól­nych kolacji z przy­ja­ciółmi. Właś­ciwie teraz zro­zu­mi­ała, jak było naprawdę: od pier­wszego dnia ich zna­jomości nią ma­nip­u­lował.

Dopiero kiedy Holly zjechała z auto­strady M4, długo po zachodzie słońca, za­częła się za­stanawiać, dokąd właś­ciwie jedzie. Zdała sobie sprawę, że od­ruchowo kier­uje się w stronę domu rod­z­iców, czy jed­nak chciała się z nimi teraz widzieć? Oczy­wiście na pewno okaza­liby jej ws­parcie, ale w głębi duszy wiedzi­ała, że tak naprawdę nigdy nie prze­padali za Danem.

– Wydaje się taki… beżowy – pow­iedzi­ała przy jakiejś okazji jej matka.

– Beżowy?

– No wiesz. Nudny. Ni­jaki.

– Nie ma nic złego w by­ciu roz­sądnym, mamo.

– To prawda, ale czy ty się z nim dobrze czujesz?

– Oczy­wiście, że tak.

Matka nie wy­glądała na przekon­aną.

– A co z tym domem, o którym mówiłaś mi w zeszłym mie­siącu? Myślałam, że zam­ierzacie go kupić.

– Zam­ierz­a­liśmy, ale postanow­iliśmy jeszcze trochę za­czekać. Za­oszczędzić nieco więcej. Zebrać więk­szy wkład własny.

– Ale os­zczędz­a­liście już w zeszłym roku, prawda? I w poprzed­nim. Prze­cież masz stałą pracę. Wiesz, że nie mu­s­isz się stale martwić o pien­iądze.

Holly za­cis­nęła zęby.

– Tak, ale domy są dro­gie. Im więk­szy wkład zbierzemy, tym mniej będziemy mu­sieli spła­cić w przyszłości.

– Pam­iętaj, że w ży­ciu liczą się też przyjem­ności, skar­bie. Nie chodzi tylko o to, żeby ciężko pra­cować i odkładać pien­iądze. – W tym miejscu matka cmoknęła z dezaprobatą, jakby chciała dać do zro­zu­mi­enia, że jej, Holly, po­trzeba bezpieczeństwa fin­ansowego była na­jbardziej niedorzeczną rzeczą, o jakiej kie­dykolwiek słysz­ała.

Jak w tej sytu­acji mama za­re­aguje na na­jświeższe wieści? Będzie jej przykro, że córka ci­erpi, to na pewno, ale co poza tym, Holly nie umi­ała przewidzieć.

Dot­arłszy do za­krętu, który prowadził do domu jej rod­z­iców, po­jechała prosto. Porozmawia z nimi później. Wciąż mi­ała za­pasowy klucz i mo­gła wśl­izgnąć się nie­postrzeżenie do środka, kiedy będą już spali. A może pow­inna za­sza­leć i wyna­jąć gdzieś pokój na noc? Prze­cież już nie po­trze­bowała os­zczęd­ności na nowy dom.

Jechała dalej długą, prostą ulicą. Jeśli spojrzeć na nawigację, trasa nazy­wała się A429, ale dla każdego, kto mieszkał w okolicy, była to po prostu Fosse Way. Ta stara rzym­ska droga ciągnęła się całymi mil­ami na północ, aż do Leicester. Holly nie wybi­er­ała się jed­nak aż tak daleko. Prze­jechała przez North­leach, minęła Cold As­ton, niew­ielką wieś w dys­trykcie Cots­wold, aż dot­arła do pod­nóża niew­ielkiego wzgórza, gdzie włączyła kier­unkowskaz i skrę­ciła w lewo. Droga poprowadz­iła ją wzdłuż rzeki, prosto do Bour­ton-on-the-Wa­ter.

Nawet na­jbardziej cyn­iczny i wybredny gość odwiedza­jący Bour­ton mu­si­ałby zgodzić się ze stwi­er­dzeniem, że jest to jedna z na­jbardziej idyll­icz­nych wi­osek w całej Wielkiej Brytanii. Z płytką rzeką płyn­ącą ła­god­nie wzdłuż High Street, z prze­cina­jącymi ją urok­li­wymi małymi mostkami to nieza­leżnie od pory roku prawdziwy in­s­tagramowy raj. Jesi­enią można nar­zu­cić wełni­any płaszcz chron­iący przed chło­dem i delektować się wirow­aniem bursztynow­ych i zło­tych liści, które spadają kaskad­ami z drzew przy na­jm­niejszym pod­muchu wi­atru. W okresie świątecznym, kiedy tysiące mi­goczą­cych bi­ałych świ­atełek zdobią witryny skle­powe, na środku rzeki pyszni się blisko pię­ci­omet­rowa bożon­ar­odzeniowa choinka. To w is­tocie wiejski kawałek nieba.

Jed­nak dla mieszkańców wioski, a w szczegól­ności dla nastolet­niej Holly, ten kij miał dwa końce. Każdy dzień względ­nie przyz­woitej po­gody skutkował ogromnymi kork­ami sięga­jącymi od na­jbliższego, oddalonego o pół mili zjazdu z auto­strady aż do High Street. Kiedy licznym po­jaz­dom udawało się w końcu dojechać do wioski, ich kierowcy nieod­mi­en­nie parkowali na pier­wszym wolnym miejscu, jakie na­potkali, nieza­leżnie od tego, czy była to rzeczy­wiście przestrzeń parkin­gowa, i bez względu na to, czyj wjazd blokowali. Nie sposób było znaleźć miejsce w żad­nej z lokal­nych kawiarni – w więk­szości i tak zbyt dro­gich – a cała miejscowość była opanow­ana przez rozwrzeszczane dzieci, ich poirytow­a­nych rod­z­iców i stru­d­zo­nych pieszych turys­tów, nie za­pom­ina­jąc o au­tokarach peł­nych wycieczkow­iczów, którzy wpadali tylko po to, by za­po­zować do zdję­cia nad rzeką, obowiązkowo po kostki w wodzie i z lod­ami w ręku, a następnie wskakiwali z powro­tem do au­tokarów i rusz­ali pośpiesznie w dalszą drogę do kole­jnego ma­lown­iczego za­kątka.

Mimo to dorastanie w tym miejscu nie było wcale takie złe. Prze­jażdżki na starym, za­rdzewiałym row­erze pod górę tak stromą, że nogi odmawiały posłuszeństwa w połowie drogi, za­padły na za­wsze w pam­ięci Holly. Podob­nie jak wędrówki po okolicz­nych po­lach do ukry­tych stru­mi­eni, kiedy ona i jej przy­ja­ciele spędz­ali całe popołud­nia, polując na traszki, uzbro­jeni je­dynie w słoiki po dżemach i si­atki do łowienia ryb. Jak włóczenie się w górę i w dół rzeki w poszukiwaniu kwi­atów i ziół, które można było za­b­rać do domu i ułożyć w sam­od­ziel­nie wykon­a­nych ceram­icz­nych wazon­ach. Prost­sze życie sprzed ery iPadów i smart­fonów.

Ale były też inne wspom­ni­enia, do których nie wracała z rozrzewni­eniem. Jak niedomyka­jące się okno w jej pokoju, przez które zimą jej oddech parował nad kołdrą, kiedy leżała w łóżku. Albo dni suchych płatków śni­adaniow­ych, kiedy w lodówce kończyło się mleko, a oni mu­sieli odłożyć os­tat­nie pien­iądze na doład­ow­anie licznika prądu. (Zi­mny prysznic to jedno. Ale zi­mny prysznic w lodowatym domu to zu­pełnie inna ba­jka). Albo ten dzień, w którym jej ojca zwolniono z pracy po re­duk­cji etatów. A po­tem znowu. I po raz kole­jny.

Trudno było określić dokładny wiek, w jakim Holly zdała sobie sprawę, że jej rodz­ina jest biedna. Podejrze­wała, że mu­si­ało to nastąpić gdzieś na początku szkoły śred­niej. Pod­czas gdy inne dzieciaki roz­poczyn­ały każdy kole­jny rok szkolny w nowiutkich, markow­ych butach – kick­er­sach, martensach czy air­jord­anach, w za­leżności od tego, co dyk­towała ak­tu­alna moda – jej stopy po­zost­awały wciśn­ięte w parę prak­tycz­nych, sznurow­a­nych czar­nych trampek, które okazyjnie kupowała jej matka. Jej szkolny mun­durek był na nią za­wsze albo za mały, albo za duży, a oki­enko cza­sowe, w którym pasował jak należy, wydawało się z roku na rok skracać.

Kiedy inni rod­zice kupowali swoim dzieciom na urodz­iny na­j­mod­niejsze za­bawki lub ulu­bione lalki, Holly dost­awała w prezencie książki kucharskie z dru­giej ręki, często noszące wyraźne ślady kulin­ar­nych starań poprzed­nich właś­cicieli. W każdy urodzinowy por­anek, tuż po przedar­ciu się przez warstwy oz­dob­nego papieru do pakow­ania, wybi­er­ała jeden z przepisów, za­zwyczaj na coś słodkiego, a jej rod­zicom jakimś cu­dem za­wsze udawało się dostar­czyć wszys­tkie po­trzebne skład­niki: laskę wanilii, gorzką czekoladę, pełnotłustą śmi­etankę, to, czego Holly po­trze­bowała. Dopiero ma­jąc dwadzieś­cia parę lat, uświadom­iła sobie, że w ty­god­niach następują­cych po jej urodz­in­ach za­si­adali przez jakiś czas do jeszcze sk­rom­ni­ejszych niż zwykle posiłków, takich jak zupa soczewicowa czy grz­anki po walijsku przyrząd­zone z do­mowego chleba i cien­kich jak papier plaster­ków sera.

Przez długi czas w ogóle jej to nie przeszkadz­ało. Była wdz­ięczna za kochającą rodz­inę, która, choć niezamożna, po­zost­awała szczęśliwa. Jed­nak wszys­tko zmi­en­iło się w dniu jej czternas­tych urodzin.

Przez kilka poprzedza­ją­cych je miesięcy nawet nie próbowała ukryć, co tym razem naprawdę chciałaby dostać. Mi­ała pow­yżej uszu książek kucharskich i go­tow­ania. Uzyskała już zresztą na tym polu niemałe os­iąg­nię­cia, sama szykowała sobie do szkoły dru­gie śni­adania, a często również przy­go­tow­y­wała rodzinną kolację. Od dawna nie była to dla niej żadna fra­jda, a już na pewno nic god­nego prezentu urodzinowego. Tym, o czym ­naprawdę mar­zyła, była para lewisów 501.

Na początku liczyła, że up­ragnione spod­nie dostanie na Boże Nar­odzenie, ale pod choinką zn­alazła tylko T-shirt far­bow­any met­odą na węzeł. Nie tra­ciła jed­nak nadziei, w końcu w marcu mi­ała urodz­iny.

– Mam nadzieję, że będą pasować – pow­iedzi­ała matka, wchodząc do jej pokoju, i położyła na łóżku paczkę. – Jeśli nie, to Maur­een z apteki na pewno je dla ciebie przer­obi. Zn­acznie lepiej radzi sobie z maszyną do szy­cia niż ja.

Gdy Holly w pośpiechu rozer­wała papier i zobaczyła skrzęt­nie złożony w kosteczkę kawałek dżin­sowego ma­ter­i­ału, jej serce aż pod­skoczyło. Wlepiła wzrok w leżącą przed nią parę spodni. Czy naprawdę po tych wszys­tkich miesiącach ig­norow­ania próśb rod­zice w końcu postanow­ili jej wysłuchać? Dłonie trzęsły jej się z pod­niecenia, kiedy chwyciła dżinsy w pasie i rozwinęła je jednym płynnym ruchem.

I wtedy zamarła z rozczarow­ania.

– Jak ci się podobają? Wiem, że to nie te, o jakich ciągle opowia­dasz, no i nie są całkiem nowe, ale myślę, że mogą ci jeszcze długo posłużyć. Szwy mają mocne, a tam pod tymi łatami są tylko maleńkie dzi­urki.

Łaty… Spore frag­menty den­imu prze­padły pod kawałkami wie­lob­ar­w­nych, wzorzys­tych tkanin ponaszy­wa­nych w przypadkow­ych miejs­cach na całej długości spodni, od pasa aż po nogawki. Zn­acznie później zdała sobie sprawę, że łat nie mo­gło być więcej niż pięć lub sześć, ale w jej nastolet­nich oczach były ich dziesiątki na całych dżin­sach. Połowa z nich wy­glądała, jakby wycięto je z ub­rań dla przed­szkolaków, a przyna­jm­niej jedna mi­ała wzór w pluszowe misie.

– Może przymierzysz? – za­s­ug­erowała matka. – Sprawdz­imy, czy pas­ują.

Holly gap­iła się bez słowa na to szkaradzieństwo. Co mi­ała zrobić? W żadnym wypadku nie chciała zranić uczuć matki. Zna­jąc życie, spędz­iła os­tat­nie pół roku, wyszukując ko­lorowe ma­ter­i­ały na te nieszczęsne łaty. Ale od samego patrzenia chciało jej się płakać. Zmusiła się do uśmiechu, staran­nie złożyła dżinsy i rzu­ciła je z powro­tem na łóżko.

– Tylko wezmę prysznic – pow­iedzi­ała.

Twarz matki spoch­mur­ni­ała, a poczucie winy ścis­nęło żołądek Holly, ale nie mo­gła włożyć tych dżin­sów. Naprawdę nie mo­gła. Gdyby pasowały, matka za­częłaby nalegać, żeby włożyła je i w nich wyszła, a to już byłoby więcej, niż zdołałaby znieść. Teraz przyna­jm­niej mo­gła udawać, że spod­nie są za małe, w nadziei że mama się w tym nie połapie.

– No cóż, w porządku.

W pokoju za­legła cisza. Matka wstała, a jej usta wykrzy­wiły się w ni­enat­ur­alnym uśmiechu. Poczucie winy Holly wzrosło. Nawet ma­jąc czternaście lat, nie mo­gła udawać, że nie dostrzega smutku w oczach matki. Ale mama na pewno wkrótce za­pomni o całej tej sprawie, łudz­iła się. W końcu to tylko dżinsy.

– W takim ra­zie przymierz je później – pow­iedzi­ała mama, wy­chodząc za drzwi. – A ja idę postawić owsi­ankę na śni­adanie.

– Dobrze – odparła Holly.

Dopiero wieczorem, po dłu­gim dniu spęd­zonym w szkole, gdzie koleżanki nie przest­awały wypy­ty­wać ją o urodzinowe prezenty, ktoś ponownie za­pukał do drzwi jej pokoju. Tym razem był to oj­ciec.

Ar­thur Berry, człow­iek niew­ielu słów, miał blisko sto dziewięćdziesiąt centy­metrów wzrostu i niew­iele szczęś­cia w ży­ciu za­wodowym. Gdy Holly mi­ała dwa lata, zamknięto fabrykę, w której za­czął pra­cować jeszcze jako nastolatek. Od tamtej pory jedna dory­w­cza praca gon­iła kole­jną, ale nig­dzie nie został na dłużej. Za­wsze os­tatni do zatrud­ni­enia, pier­wszy do zwolni­enia. Obec­nie od kilku miesięcy pra­cował na stałym stanow­isku, ale cała rodz­ina zdążyła się już nauczyć, by się za bardzo nie przy­wiązy­wać do takiego stanu rzeczy.

Kiedy Holly usłysz­ała pukanie do drzwi, za­wołała „proszę!”, a oj­ciec w mil­czeniu przek­roczył próg. Dopiero gdy przeszedł przez cały pokój i za­jął miejsce na krześle, odezwał się wreszcie:

– Mama uważa, że nie podoba ci się prezent.

To było stwi­er­dzenie, nie py­tanie. Jej tata miał ten irytujący zwyczaj. Na­jpi­erw wygłaszał jakieś zdanie, a po­tem czekał, aż to ona się odezwie. Równocześnie patrzył na nią, jakby za­skoczony, marszcząc brwi. Była to im­ponująca umiejęt­ność, która gwarant­owała wy­wołanie jak na­jwięk­szego poczu­cia winy w możli­wie na­jkrót­szym cza­sie. Holly dziel­nie trzymała język za zębami, tym razem zdecy­dow­ana nie dać mu się zw­abić w tę pułapkę. Jed­nak spojrzenie ojca się nie zmi­en­iło, a nap­ięcie gęst­ni­ało w powietrzu.

– Mama nie może serio oczekiwać, że będę je nosić – wyp­aliła w końcu, nie będąc w stanie wytrzymać mil­czenia nawet w połowie tak długo, jak za­kładała. – Na nich są misie, tato. Nikt pow­yżej piąt­ego roku ży­cia nie nosi dżin­sów w misie.

– Czyżby?

– Owszem – potwi­er­dz­iła stanow­czo. – Zdecy­dow­anie. Ludzie noszą nor­malne dżinsy. Ciem­noniebieskie. Jas­noniebieskie. Cza­sami czarne. Ale nie noszą dżin­sów z posta­ciami z ry­mow­anek. Podob­nie jak ręcznie dzi­er­ga­nych sweter­ków z wieloko­lorowej wełny i cerow­a­nych po sto razy skar­petek.

Oj­ciec złożył dłonie na kształt pir­am­idki i przyłożył je do ust. To była jego odwieczna „zamyślona” poza, którą Holly aż za dobrze zn­ała. Za­równo ona, jak i jej matka zmarnowały już z tego po­wodu wiele godzin, gdy on tak du­mał nad roz­maitymi decyz­jami, począwszy od tego, co zjeść na kolację, a skończy­wszy na tym, na którego polityka oddać głos w na­jbliższych wybor­ach.

– Wiem, że to dla ciebie trudne – pow­iedział w końcu, rozłącza­jąc dłonie. – Z pewnoś­cią ja też nie do­cen­i­ałem swoich rod­z­iców, kiedy byłem w twoim wieku.

Holly poczuła narasta­jącą złość.

– To nie fair. Do­cen­iam mamę. Do­cen­iam was oboje.

Gdy pisk­li­wym i drżącym głosem wypo­wiadała te słowa, była w pełni świadoma, jak gniewnie to za­b­rzmi­ało, ale nie zam­ierz­ała być os­karżana o coś, co nie było prawdą. Może i była dzieckiem, lecz za­wsze ciężko pra­cow­ała w szkole i mi­ała zn­acznie więcej obowiązków do­mow­ych niż którakolwiek z jej przy­ja­ciółek. To ona cerowała własne ub­ra­nia, to ona przy­go­tow­y­wała wspólne rodzinne posiłki. Nie wspom­ina­jąc już nawet o in­nych rzeczach, takich jak włóczenie się za matką na im­prezy, na których gos­po­dynie wymi­eni­ały się na­s­ionami roślin, czy prucie swetrów, aby wełna mo­gła zostać ponownie wykorzys­tana. Pod­czas gdy inne dzieciaki spędz­ały so­bot­nie por­anki na oglądaniu kreskówek i leniuchow­aniu w łóżku, ona jechała auto­busem dziesięć mil po sad­zonkę pom­idora, którą ktoś miał na zby­ciu.

– Chciałam tylko nor­malną parę dżin­sów, to wszys­tko. Nie ro­zu­miem, o co tyle hałasu.

– Holly, takie dżinsy kosztują for­tunę. Więcej, niż wydajemy na jedzenie przez cały ty­dzień. Czy masz po­jęcie, ile godzin twoja mama spędz­iła na łataniu ich dla ciebie? – Z ciężkim west­ch­ni­eniem prze­sunął ok­u­lary na czubek głowy i potarł grzbiet nosa. – Przykro mi – pow­iedział. – Przykro mi, że nie możemy sobie poz­wolić na te wszys­tkie rzeczy, które chciałabyś mieć. I przykro mi, że jesteś rozczarow­ana prezen­tem.

– Tato… – Kotłujące się w niej poczucie winy przy­brało na sile.

– Nie, Hols, ro­zu­miem. Naprawdę. Nigdy nie mieliśmy wys­tar­cza­jąco dużo pien­iędzy, żeby cokolwiek za­oszczędzić. Żałuję tego, oczy­wiście, ale mieliśmy szczęście w tak wielu in­nych sprawach. Jesteśmy zdrowi. Jesteśmy szczęśliwi. A przyna­jm­niej tak mi się wydaje?

Jego zmęczone spojrzenie ponownie przeniosło się na nią.

– Prze­praszam – pow­iedzi­ała, pod­nosząc się z łóżka i za­r­zu­ca­jąc mu ręce na szyję. – Prze­praszam. I włożę te dżinsy, obiecuję. Ale może mama mo­głaby coś poradzić na te naszy­wki z misiami?

– Jestem pew­ien, że możemy się tym za­jąć. Porozmawiasz z nią? Martwi się, że zepsuła ci urodz­iny.

Razem zeszli na dół, a rod­zice odśpiewali jej Happy Birth­day nad do­mowym tor­tem cytrynowym, który matka upiekła wcześniej tego popołud­nia.

Wieczorem, kiedy Holly leżała już w łóżku, rozmyśla­jąc o wszys­tkich wydar­ze­niach tego dnia, przez głowę przemknęła jej pewna myśl. Oj­ciec miał rację. Jej rod­zice nigdy nie mieli dużo pien­iędzy, ale za­wsze robili wszys­tko, by czuła się kochana. Jeżeli jed­nak ona sama kie­dykolwiek będzie mi­ała dzieci, zrobi wszys­tko, by dostały to, czego zapragną, a to ozn­aczało pien­iądze. Pien­iądze, które zam­ierz­ała za­cząć za­r­a­biać tak szybko, jak to możliwe.

ROZDZIAŁ 2

O tak późnej porze nie było już żad­nej konkur­encji w walce o miejsca parkin­gowe, więc Holly zwolniła, jadąc wzdłuż pustej ulicy, i bez trudu za­parkowała sam­ochód w pob­liżu rzeki. Myślała, że po prostu posiedzi chwilę w aucie i poduma nad całym tym bałaganem, jakim stało się jej życie. Ale gdy tylko wyłączyła sil­nik, odpięła pasy i przeszła na drugą stronę jezdni. Chwilę później stała już przed brudną witryną Just One More, a jej spojrzenie zatonęło w ciemnym wnętrzu sklepiku, aż usłysz­ała przer­aźliwe miauczenie.

Smukły czarno-bi­ały kot o niez­byt schludnym futerku wśl­izgnął się pom­iędzy jej kostki, przy­cis­nął głowę do jej ły­dek i zamiauczał ponownie, by zwró­cić na siebie uwagę.

– Co ty wyprawiasz? – spy­tała rozbawiona i przyklękła, by go po­głaskać, wy­wołując na­tych­mi­ast głośną falę zad­o­wo­lonego mruczenia. – Jeśli polujesz, to obawiam się, że zna­jdziesz tutaj wyłącznie czekolad­owe myszy.

Kot pod­szedł do fron­tow­ych drzwi sklepu, postał przed nimi chwilę i z os­tat­nim żałosnym mi­auknię­ciem ruszył dalej w dół High Street.

Choć wiosna zbliżała się już wielkimi krokami, to zdecy­dow­anie jeszcze nie nadeszła i nocne powietrze wciąż było bardzo chłodne. Holly wstała i ponownie spojrz­ała na sklep. Szyld nad drzwiami pam­iętał lepsze czasy, wyblakła farba się łuszczyła, a rdzew­iejąca na krawędziach mark­iza nad witryną również po­zostawiała sporo do życzenia. Poza tym sklepik wy­glądał dokład­nie tak samo jak wtedy, gdy Holly po raz pier­wszy przek­roczyła jego próg. By lepiej widzieć, przyłożyła dłonie do czoła i przy­cis­nęła je do okna. Serce zabiło jej moc­niej, gdy zobaczyła słoje wypełnione słodyczami. Jedno po dru­gim wspom­ni­enia z min­io­nych dni po­woli sączyły się do jej świado­mości i w końcu uśmiech za­goś­cił na jej twarzy, po raz pier­wszy, odkąd wró­ciła wcześniej z pracy i za­skoczyła Dana w domu.

– Zgu­biła się pani?

Aż pod­skoczyła i uderzyła głową o szybę.

– Chol­era – wymam­rotała, po­ci­era­jąc obolałe czoło i odwraca­jąc się od okna. Zaled­wie chwilę wcześniej ulica była całkiem pusta, a te­raz zn­alazła się twarzą w twarz z bardzo poważnie wy­gląda­jącym mężczyzną.

– Zgu­biła się pani? – zapy­tał ponownie.

– Hm, nie, nie zgu­biłam się – odparła.

– Czy zatem zech­ciałaby mi pani pow­iedzieć, co pani tutaj robi o tak późnej porze?

Holly przyjrz­ała się dociekli­wemu niezna­jomemu, który – po­mimo że nieźle ub­rany, całkiem at­rak­cyjny i z całą pewnoś­cią grubo przed cz­ter­dzi­estką – miał podejrz­liwą minę wś­cib­skiego emeryta. Wyr­wana z zad­umy, nie była w nastroju, by znosić takie natręctwo.

– A co, pan z policji? – odparowała.

Wzdrygnął się lekko.

– Nie.

– Może ze straży sąsiedzkiej?

– Też nie.

– Cóż, w takim ra­zie to chyba nie pańska sprawa.

Za­szurał no­gami, a w końcu pow­iedział wprost:

– Po prostu jest już dość późno, a pani wpatruje się w tę witrynę od prawie dziesię­ciu minut.

– Co? A więc mnie pan ob­ser­wował? Śledził?!

– Tak… to zn­aczy nie. Ob­ser­wowałem, tak, to jest, widzi­ałem… ale nie śledz­iłem!

Jej początkowa irytacja szybko przerodz­iła się w oburzenie, które teraz zdecy­dow­anie bardziej przy­po­m­in­ało już gniew.

– Próbowałem tylko określić pani zami­ary – jąkał się.

– Moje zami­ary? – Unie­sione brwi Holly zniknęły pod jej grzy­wką. Po takim dniu, jaki właśnie mi­ała za sobą, tłu­maczenie się przed wioskow­ymi stróżami pra­worząd­ności było os­tat­nią rzeczą, na jaką mi­ała teraz ochotę. Wyprostowała plecy i wzięła się pod boki.

– Po pier­wsze, skoro nie jest pan polic­jantem, ab­so­lut­nie nie ma pan prawa wypy­ty­wać mnie, co tutaj robię. Po dru­gie, czy naprawdę pan podejrzewa, że zam­ierzam obrabować sklep ze słodyczami? Poważnie? Trzy bu­dynki dalej jest ju­biler, a za­raz za nim sklep z antykami. Nie wspom­ina­jąc już o tych wszys­tkich domkach let­niskow­ych przy Sherborne Street, które w ty­god­niu świecą pustkami. Jeśli już mi­ałabym pok­usić się o kradzież z włamaniem, to w tej wsi są chyba o wiele lepsze miejsca niż ten niew­ielki przy­bytek, czyż nie?

Mężczyzna, który wy­glądał już nie tylko na zmiesz­anego, ale również na cokolwiek przestraszonego, cofnął się o krok.

– A więc pani tu­tejsza? – zapy­tał.

– No brawo. A teraz, jeśli wolno, moim je­dynym zami­arem jest stać tutaj, gapić się na te słoiki ze słodyczami i pil­nować włas­nego nosa – pow­iedzi­ała. – Jest z tym jakiś prob­lem?

Jego jabłko Adama pod­skakiwało ner­wowo to w górę, to w dół; cała jego pier­wotna brawura zniknęła, ale cień nieufności po­został.

– Prze­praszam, nie pozn­ałem. Miłego wieczoru – pow­iedział i szybko ruszył w dół High Street, znika­jąc jej wkrótce z pola widzenia.

– Miłego wieczoru, dobre sobie – prych­nęła na głos i odwró­ciła wzrok z powro­tem w stronę sklepiku.

Dwa dni po swoich czternas­tych urodz­in­ach Holly maszerowała wzdłuż nab­rzeża rzeki z nadzieją na znalez­i­enie pracy w jednym z tamtejszych lokali. Własne pien­iądze rozwiąz­a­łyby tak wiele jej prob­lemów. Na przykład rod­zice mogliby przestać martwić się o to, by kupować jej cokolwiek. Nie wspom­ina­jąc o tym, że ona mo­głaby ich we­sprzeć. Od czasu do czasu za­pła­cić za za­k­upy spoży­w­cze. Podarować im przyz­woite prezenty urodzinowe i świąteczne. Praca na część etatu byłaby prawdziwą odmi­aną losu, więc kiedy tego ranka wyszła z domu w now­ych dżin­sach z naszy­wkami zami­enionymi na zielonkawe i nieco bardziej sub­telne, była pełna op­ty­m­izmu.

– Czy masz jakiekolwiek doświad­czenie? – chciał wiedzieć pier­wszy kierownik, do którego zwró­ciła się z prośbą o pracę.

– Nie, ale szybko się uczę.

– W tym miesiącu przyjąłem już dwoje now­ych pra­cowników. Na­jpi­erw na­bierz trochę wprawy i wróć do nas latem, a jestem pew­ien, że wtedy coś dla ciebie zna­jdziemy.

Widzi­ała w tym planie tylko jedną drobną wadę. Jeśli mi­ałaby już pracę albo gdyby na­jpi­erw dostała ją gdzie in­dziej, to czemu mi­ałaby ją rzu­cić? Po tym, ile razy zwal­ni­ano jej ojca, wiedzi­ała wys­tar­cza­jąco dobrze, że nie odchodzi się sam­o­wolnie z gwarant­ow­anej posady. Ni­estety, w kole­jnym miejscu, do jakiego udała się z py­tan­iem, powtórzyła się ta sama his­toria, po­tem w trzecim i czwartym. Gdziekolwiek poszła – do piekarni, min­i­m­ar­ketu, sklepu z pam­iątkami – wszędzie mówili jej dokład­nie to samo. Po­trze­bowali jej doświad­czenia. Klasy­czny para­graf 22. Zanim zdążyła ze­jść do połowy High Street, dostała już tuzin odmow­nych odpow­iedzi. Za­częły ją boleć stopy, a jej dobry nastrój całkow­icie prysł. Już mi­ała porzu­cić ten cały pomysł, gdy pod­niosła wzrok i zn­alazła się przed Just One More. Uzna­jąc to za dobry znak, pch­nęła drzwi we­jś­ciowe.

W tym cza­sie w wio­sce były dwa sklepy ze słodyczami, choć Holly nie była częstym goś­ciem w żadnym z nich. Słodycze były luk­susem, a w rz­a­dkich przypadkach, gdy zdecy­dowała się wydać swoje kieszonkowe na paczkę miętówek Polo lub bat­onika Mars, to za­równo sklep spoży­w­czy, jak i poczta zna­j­dowały się bliżej jej domu.

Jed­nak po we­jś­ciu do środka odkryła, że Just One More to nie jest sklep z bat­onikami Mars i miętówkami Polo ani z żadnymi słodyczami, do których przy­wykła, widując je ułożone w rów­nych stosach przy kas­ach w su­per­markecie. To było coś zu­pełnie in­nego. Uderzył ją cudowny za­pach, tak słodki, że na­tych­mi­ast ślinka po­ciekła jej z ust. Po­tem przez okrągłą minutę chłonęła feerię barw. Szk­lane słoiki na każdym kroku, półki za­pełnione od podłogi aż po sufit. Any­żowe landrynki i lukrec­jowe żelki. Pudrowe ser­duszka, ko­lorowe pi­anki i truskawkowe sznureczki. Cuk­rowe i czekolad­owe myszki, wszelkiej maści mar­ce­panowe zwi­erzątka. Nie wspom­ina­jąc już o całej gamie krówek, kokosanek i mnóstwie dro­gich czekoladek. Oczy­wiście w tamtym cza­sie nie mi­ała po­ję­cia o wszys­tkich tych wymyśl­nych nazwach, ale wkrótce stały się dla niej tak dobrze zn­ane jak litery al­fa­betu. Os­zołomi­ona, po­woli obracała się w kółko, chłonąc tyle, ile tylko jej zmysły zdołały udźwignąć.

– W czym możemy pomóc?

Holly zdała sobie sprawę, że ktoś się do niej odezwał, i spojrz­ała w stronę lady, gdzie obok siebie stały dwie kobi­ety. Były w podobnym wieku i nosiły takie same jas­noniebieskie far­tuchy, każdy z mosiężną plaki­etką z nazwiskiem. Na tym jed­nak podobieństwa się kończyły.

Ta, która się do niej zwró­ciła – Ag­nes, jak wynikało z plaki­etki – mi­ała na sobie zwiewną lni­aną suki­enkę z wyhaftow­anymi na kołnierzyku bi­ałymi kwi­atami, a na jej nadgarstku pobrzękiwały ko­lorowe branso­letki. Druga dama – Maud – była ub­rana w parę dżin­sów i staran­nie wypra­sow­aną granatową koszulę. Pod­czas gdy Ag­nes nosiła rozpuszczone blond włosy, Maud za­czesy­wała swoje ciemne loki do tyłu. Oczy­wiście pier­wsze wrażenie mo­gło być mylące. Z biegiem lat Holly odkryła, że kobi­ety były dwiema stro­nami tego samego medalu, dwiema pokrewnymi duszami, pas­ującymi do siebie lepiej niż jakakolwiek inna para, którą zn­ała. Ale w tamtym cza­sie je­dyną rzeczą, jaką wiedzi­ała, było to, że właśnie przek­roczyła próg do krainy czarów.

Maud odchrząknęła.

– Czy wszys­tko w porządku? Szukasz czegoś konkret­nego?

Nastąpiła chwila ciszy. Stand­ar­dowa gadka Holly o tym, że szuka pracy, jest pra­cow­ita, szybko się uczy i tym podobne, nagle gdzieś wyparowała. Zami­ast tego pow­iedzi­ała po prostu:

– Chcę tu zostać… na za­wsze.

Dwie kobi­ety uśmiech­nęły się na­jpi­erw do niej, a po­tem do siebie nawza­jem, w którym to mo­mencie Holly zdała sobie sprawę, jak idiotycznie mu­si­ało to za­b­rzmieć, i wyprostowała się dum­nie.

– Prze­praszam. Chciałam pow­iedzieć, że szukam pracy na pół etatu. W so­boty. W niedziele. Po szkole. Tak naprawdę w każdej wolnej chwili, nie mam nic prze­ciwko temu. Mogę też pra­cować w wakacje.

Pan­iczny sło­wo­tok był naw­ykiem, którego z całego serca chciała się pozbyć, ale obec­nie jej mózg pra­cował na po­trój­nych obrotach, próbując wymyślić cokolwiek, co by spraw­iło, że jej oferta wypad­nie at­rak­cyjnie.

– Jestem bardzo punk­tu­alna – dodała. – I mieszkam niedaleko. I naprawdę lu­bię słodycze. I czekoladę. Może nawet bardziej lu­bię czekoladę niż słodycze, prawdę mówiąc.

Mod­ląc się, by któraś z kobiet pow­iedzi­ała cokolwiek, Holly za­cis­nęła usta, ale nie mi­ało to na­jm­niejszego sensu.

– Nie przeszkadzają mi wczesne por­anki – pa­plała dalej, nie mo­gąc się powstrzymać. – I jestem bardzo schludna. Po­trafię też cerować i naprawiać różne rzeczy. Nie żeby cokolwiek tutaj wymagało cerow­ania czy naprawiania. Jest po prostu ideal­nie.

Wyszła z domu z zami­arem znalez­i­enia week­endowej pracy, czegokolwiek, co poz­woliłoby jej za­robić choć trochę pien­iędzy. Ale teraz chciała pra­cować tylko tutaj. Chciała być tu wśród tych wszys­tkich słodkości przez cały czas. Chciała spędzać każdą wolną chwilę, wyrównując szk­lane słoiki na półkach i korzys­ta­jąc z ciężkiej mosiężnej wagi, która stała na ladzie. W tym mo­mencie zgodz­iłaby się nawet na pracę za darmo albo prawie za darmo. Po prostu nie chciała wracać na zewnątrz i stawiać czoła reszcie świ­ata, nie teraz, gdy wiedzi­ała, że takie miejsce jak to ist­nieje. Wtedy padło py­tanie, którego tak się obawiała.

– Czy masz jakieś doświad­czenie? – zapy­tała ciem­nowłosa ­kobi­eta.

Serce Holly zamarło, po­chyliła głowę i wzięła głęboki oddech. Głos, jaki się z niej wydobył, był cichy, nieśmi­ały, niezro­zu­mi­ały, ten sam, który sprawiał, że nauczy­ciele często pro­sili ją, by powtórzyła coś głośno i wyraźnie.

– N-nie – wyjąkała. – Nie mam doświad­czenia.

Smutek spo­wodow­any wszys­tkimi odmowami, jakie tego dnia otrzymała, ciążył jej tak bardzo, że nie była w stanie pod­nieść oczu. Może za rok, pomyślała. Może gdyby była o rok starsza, nie mi­ałoby to aż takiego zn­aczenia, że wcześniej nie pra­cow­ała. Kiedy w końcu zdobyła się na to, by podz­iękować obu pan­iom za poświę­cony czas, blon­dynka uśmiech­nęła się do niej.

– Szkole­nie nie pow­inno za­jąć dużo czasu, prawda, Maud? – pow­iedzi­ała z błyskiem w oku. – Kiedy możesz za­cząć?

Pow­iew wi­atru za­szeleś­cił liśćmi na pob­liskim drzewie i sprawił, że dreszcz prze­biegł po krę­gosłupie Holly. Było późne popołud­nie, kiedy trza­s­nęła drzwiami przed nosem Dana i ruszyła przed siebie. W końcu będzie mu­si­ała opra­cować jakiś plan. Nie tylko na dzis­iejszy wieczór, ale i na przyszłość. Dom był wyna­jęty na nazwiska ich obojga. Może Dan się wyprowadzi i ona tam zostanie. Za­oszczędz­iła wys­tar­cza­jąco dużo pien­iędzy, by sam­od­ziel­nie pła­cić czynsz, jeśli za­jdzie taka po­trzeba. Ale nigdy więcej nie mo­głaby spać w tym łóżku. Nie, lepiej, żeby to on zatrzymał łóżko i dom. Ona będzie mu­si­ała wymyślić coś in­nego. Nie mi­ała in­nego wyjś­cia.

Znów poczuła, jak pieką ją oczy. Całkow­icie za­ufała Danowi, ale co gor­sza za­ufała również swo­jemu os­ą­dowi, myśląc, że zn­alazła ko­goś, kto ją uszczęśliwi, kto będzie zad­o­wo­lony z niej i ze sta­bil­nego ży­cia, jakie sobie dla nich wyo­brażała. I oto gdzie skończyła.

Za­stanawiała się, czy rzu­cić się na ziemię i za­cząć ryczeć, czy raczej pod­nieść na­jbliższy kam­ień i cis­nąć nim w rzekę, gdy tuż za nią rozległo się dys­kretne chrząknięcie.

– Już sobie idę, okej? Idę, idę – pow­iedzi­ała, jed­nocześnie obraca­jąc się na pięcie i oci­era­jąc łzy z policzków.

– Maud? – Zam­rugała z niedow­i­erz­aniem. – Maud!

Spis rozdziałów

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

Pow­ieść Sklepik ze słodkimi mar­zeniami jest fikcją lit­er­acką. Postacie, miejsca

i wydar­zenia są wyt­worem wyo­braźni i skutkiem zamysłu lit­er­ackiego autorki. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdzi­wych wydar­zeń, okoliczności czy osób, ży­wych lub nieżyją­cych, należy uważać za zbieg okoliczności.

Ori­gin­ally pub­lished un­der the title The Sweet Shop of Second Chances

Copy­right © 2021 Han­nah Lynn

All rights re­served

Copy­right for this edi­tion © Wydawn­ictwo WAM, 2024

Opieka redak­cyjna: Ag­nieszka Ćwieląg-Piec­ulewicz

Redak­cja: Anna Śledzikowska

Korekta: Maria Armata, Katar­zyna On­derka

Pro­jekt okładki: Ania Jam­róz

Skład: Lucyna Ster­czewska

ePub e-ISBN: 978-83-277-4204-9

Mobi e-ISBN: 978-83-277-4205-6

MANDO

ul. Ko­per­nika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

www.wydawn­ict­wo­mando.pl

DZIAŁ HAND­LOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: han­del@wydawn­ict­wo­mando.pl