Sinful Temptation - Poppy St. John - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Sinful Temptation ebook i audiobook

Poppy St. John

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

510 osób interesuje się tą książką

Opis

Miała być towarem w mafijnej grze. Została królową serca najgroźniejszego przywódcy.

Nina Pavlova całe życie była marionetką w rękach innych – najpierw ojca mafiosa, potem brata tyrana. Teraz zostaje zmuszona do małżeństwa z Matteem Zanettim, synem szefa włoskiej mafii. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo i największa pokusa kryją się w jego ojcu.

Don Enzo Zanetti to mężczyzna, który rządzi silną ręką. Starszy, brutalny i niebezpiecznie pociągający – zamiast pomiatać Niną, bierze ją pod opiekę. Każde spotkanie z nim jest zakazane, a każdy pocałunek smakuje jak zdrada.

Uwięziona między synem a ojcem, między lojalnością a pragnieniem, dziewczyna musi dokonać wyboru, który może kosztować ją życie. Bo w świecie mafii miłość to największy grzech… i największa broń.

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek:18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 321

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 46 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Małgorzata GradkowskaDariusz Bilski

Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
marcioszkalol7

Nie oderwiesz się od lektury

❤️
10
aga5043

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10



TYTUŁ ORYGINAŁU:

Sinful Temptation

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Agnieszka Dudek

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Wojciech Bryda

Zdjęcie na okładce: © Matrioshka / Stock.Adobe.com

Copyright © 2023 Poppy St. John

Copyright © 2026 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Szling, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-648-1

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

WPROWADZENIE

Dla wszystkich spragnionych dziewczyn, które zarzekają się, że chcą miłego chłopaka, a kończą, zakochując się w jego pokręconym tatuśku.

To dla Was. ♥

Książka zawiera treści, które mogą wywołać skrajne emocje u części czytelników. Zanim zaczniesz czytać, sprawdź kompletną listę ostrzeżeń na stronie autorki (https://www.poppystjohn.com).

Rozdział 1

Nina

Masz na imię Kara… Karen…

– Nina.

Naczelniczka spojrzała na mnie zza okularów, zaciskając usta, by ukryć drwinę.

– Karina Pawłow – zdecydowała.

Skrzywiłam się.

Blisko. Słyszała, że dzwonią, lecz nie wiedziała, w którym kościele.

Nie było trudno wymówić „Karenina Pawłowa”, ale i tak wolałam Ninę niż imię, które nadał mi ojciec, kiedy się urodziłam. Karenina zawsze prowokowała pytania o moje pochodzenie.

Odpowiedź brzmiała: prosto z egzotycznego oddziału położniczego UW Medical Center. To moi rodzice byli importem z Europy, ja nie.

– Nina – upierałam się. – Mówią na mnie Nina.

– Pani Pawłow, zebraliśmy się tu dzisiaj, by dokonać ewaluacji pani wyroku – oznajmiła, ruszając dalej.

Westchnęłam i opadłam na krzesło, a ruch wprowadził w wibracje kajdanki na nadgarstkach i kostkach. Komisja, złożona z różnych starszych członków zarządu więzienia, siedziała ramię w ramię przy długim stole kilka metrów ode mnie jak ława przysięgłych. To znowu mi przypominało sąd.

– Właściwie to Pawłowa. Jak deser – sprostowałam.

Kobieta znów przeszyła mnie wzrokiem, a mięsień pod jej lewym okiem drgnął z irytacji. Stłumiłam szyderczy chichot i przełknęłam drobne poczucie winy, które pojawiło się przy nim.

„Czerpanie radości z denerwowania innych nie jest miłe, Karenino…” – głos mojej niani z dzieciństwa rozbrzmiał mi w głowie.

„Ale dlaczego to takie zabawne, Anya?” – zawsze pytałam.

Kobiecie siedzącej przy stoliku nie płacili na tyle dużo, by wykonywała swoją pracę, ale w ogóle nie powinno mnie tu być. Jeśli ktoś miał prawo do irytacji, to nie ta suka.

– Gdyby mogła pani powstrzymać się od komentarzy, dopóki nie zostanie pani zadane pytanie, ten proces przebiegałby znacznie sprawniej, pani Pawłow.

Zamrugałam niewinnie.

Co by mi zrobiła? Wsadziła do więzienia?

Prawie parsknęłam śmiechem.

Zimne jaskrawobiałe jarzeniówki rzucały chłodne światło na pomieszczenie, nadając skórze wszystkim dookoła chorą trupią bladość. Krawędzie drewnianych mebli nosiły ślady lat i zużycia. Członkowie zarządu więzienia – psychiatra i naczelniczka – którzy się znaleźli tu, by nadzorować ewaluację, wyglądali, jakby chcieli być w jakimś innym miejscu. I szczerze? Ja też.

– Pani Karino Pawłow, czy ma pani wrażenie, że zresocjalizowała się pani podczas pobytu tutaj?

Odwróciłam wzrok, by wyglądało na to, że naprawdę myślę i dokładnie się zastanawiam przed udzieleniem odpowiedzi. Nawiasem mówiąc, brzmiała „nie”. Za cholerę. Więzienie mogło być najbardziej bezdusznym i bezsensownym pomysłem w całej historii ludzkości. Tu wrzucano ludzi na jakiś czas, by o nich zapomnieć. Cały ten układ opierał się na uprzedzeniach i niedoskonałym systemie sprawiedliwości, wspieranym oraz zarządzanym przez mafijne pieniądze i powiązania.

– Nie – odpowiedziałam.

Zerknęła na mnie ponownie, mrugając, jakby moja jednowyrazowa odpowiedź była wymierzonym w nią policzkiem.

– Rozumiem. – Wygładziła leżące przed nią dokumenty i pochyliła się, by przeczytać coś, czego nie mogłam zobaczyć. – Pani Pawłow, widzimy, że nigdy nie brała pani udziału w bójce z inną więźniarką, którą pani sprowokowałaby sama. W ciągu ostatniego roku nie ma żadnych uwag dotyczących pani zachowania. Funkcjonariusze służby więziennej odpowiedzialni za nadzór mówią o pani same dobre słowa. Niezależnie od tego, jak interpretujemy te dokumenty, wydaje mi się, że jest pani wzorową osadzoną.

Skrzywiłam się. Odsiadywałam wyrok od dwudziestu pięciu lat do dożywocia za morderstwo. Mówili, że „wzorowa osadzona”? Niby jak?

– Nie wiem, o kim pani mówi. Może chodzi o kogoś innego – powiedziałam. – Może warto ponownie sprawdzić nazwisko w dokumentach.

Twarz naczelniczki pociemniała, wyprostowała się, jakby chciała rzucić się na mnie przez stół. Jeśli wcześniej maskowała frustrację, to teraz się z tym nie kryła.

– Pani Pawłow, ja i reszta tego zarządu możemy dzisiaj podjąć decyzję, że nie musi pani spędzić reszty życia w więzieniu, ale to będzie zależeć od wyników tej ewaluacji.

To była prosta koncepcja; nie zajmowaliśmy się tutaj wyższą matematyką. Jednak nie zależało mi na tej pierdolonej ewaluacji. Biorąc pod uwagę warunki, w jakich teraz żyłam, i to, czego mogłam się spodziewać na zewnątrz… tak, Departament Więziennictwa mógł mnie zatrzymać. Te mury mnie osaczały, ale dawały też krztynę ochrony przed tym, co czekało poza nimi.

Niecierpliwe drżenie mojej nogi wprawiło ją w lekkie podrygi, wywołując rytmiczny brzęk kajdan na kostkach.

– Przepraszam, pytała pani o coś? – Po długiej ciszy podniosłam ramiona, mrużąc oczy w kierunku komisji skwaszonych garniturowców.

– Pani Pawłow, proszę odpowiadać w odpowiednich momentach i nie odzywać się, dopóki nie zostanie pani poproszona – powiedział rosły facet siedzący obok naczelniczki. Wkurzałam ich coraz bardziej. Doskonale. Lepiej mieć to szybko za sobą.

– Nie otrzymaliśmy żadnych skarg na panią, pani Pawłow. Funkcjonariusze więzienni na pani oddziale często chwalą panią za dobre zachowanie, punktualność w pracy i serdeczne relacje z innymi osadzonymi – stwierdziła naczelniczka, a ja powstrzymałam chichot.

To o mnie mówili? Odkaszlnęłam, maskując śmiech, którego nie mogłam całkowicie stłumić.

To przez moją twarz. Zawsze ich przyciągała. Gdy tu trafiłam, większość ludzi wzięła mnie za młodocianą przestępczynię i dwa lata później nadal tak było. Miałam skończone osiemnaście lat, gdy popełniłam przestępstwo, ale mogłam dostać łagodniejszy wyrok, gdyby mój ojciec nie stanął mi na drodze.

Za kratkami młodzieńcza twarz była zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Wiele uchodziło człowiekowi na sucho, gdy ludzie nie potrafili sobie wyobrazić, że ktoś z takim wyglądem jest w rzeczywistości niebezpiecznym przestępcą.

Jeśli by zapytać Anyę, powiedziałaby, że zawsze byłam jednym i drugim – anielicą i diablicą. Dwiema stronami tej samej monety.

Nie dostawałam jednak pochwał za dobre zachowanie tylko dzięki twarzy. Wiedziałam dokładnie, co skłoniło funkcjonariuszy do mówienia o mnie miłych rzeczy, i miało to o wiele mniej wspólnego z gładką cerą i dobrym zachowaniem.

– Dobrze… to słyszeć, chyba.

– Pani Pawłow, konsekwentna pozytywna ocena może oznaczać złagodzenie wyroku. Może się pani spodziewać rekomendacji do przedterminowego zwolnienia. Nie jestem pewna, czy rozumie pani znaczenie tej ewaluacji.

Wbiłam zęby w wewnętrzną stronę policzka tak mocno, że poczułam smak krwi. Przez ułamek sekundy przeniosłam się myślami poza te mury. Chodzę, gdzie chcę. Robię, co chcę. Jem, co chcę. Zapiekły mnie oczy od tych fałszywych obrazów. Ponieważ to nie baletki i paryskie bagietki czekały na mnie, gdybym wyszła wcześniej.

Nie.

To byłby mój ojciec. I kula.

– Rozumiem – odparłam, przygotowując się na ostatni gwóźdź do trumny. – Po prostu mam to gdzieś.

Zdezorientowane szepty przeszły przez zarząd oficjeli przede mną.

– Co pani mówi, pani Pawłow? Uważa pani, że nie jest gotowa do zwolnienia?

– Tak. Nie jestem.

– Pomimo brutalności popełnionego przez panią przestępstwa nigdy nie mieliśmy z panią problemów w tym zakresie. Czy ma pani myśli o przemocy wobec innych?

Kiedy po raz pierwszy zadano mi to pytanie, musiałam powstrzymać się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Jakiej, do cholery, odpowiedzi się spodziewali, Zadając takie pytanie? To było więzienie, w tych murach zebrali się wszyscy najgorsi ludzie na ziemi.

Od złodziejek, przed którymi musiałam ukrywać najważniejsze przedmioty, przez kobiety, rzucające mi pożądliwe spojrzenia i obserwujące mnie pod prysznicem od pierwszego dnia, po strażników więziennych, którzy traktowali to miejsce jak prywatny burdel. Nie, mnie nie brakowało. agresywnych myśli.

– Tak, mam. Właściwie to chyba właśnie teraz mnie nachodzą.

Spojrzałam w lewo od naczelniczki, w okolice końca stołu, przy którym siedział psychiatra. Podrywał mnie, kiedy byłam nowa. Znałam co najmniej trzy kobiety, z którymi obecnie uprawiał seks. Jego zaspane brązowe oczy skrzyżowały się z moimi, a kiedy zauważył, że się gapię, szybko odwrócił wzrok.

– To już drugi rok pani wyroku. Czy odczuwa pani skruchę z powodu odebrania życia Brunowi Pietrowowi? – zapytała naczelniczka, kalecząc także i jego nazwisko. Na dźwięk jego imienia ścisnęło mnie w piersi z lekkiego poczucia winy.

To nie ja go zabiłam, tylko mój ojciec, ale to nie miało znaczenia. Stary nigdy nie postawi nogi w więzieniu, mimo że jego lista przestępstw jest dłuższa niż u kogokolwiek, kto tu siedzi.

Bruno pracował dla mojego taty i nie odmówił, gdy zwróciłam się do niego o pomoc w ucieczce. To mogło sprowadzać się do tego, że dostał to, na co zasłużył, ale nigdy nie poczuję się dobrze z myślą, że zginął, bo chciał mi pomóc. Odchrząknęłam i się wyprostowałam.

– Nie. Przeszkadzał mi. Musiał zniknąć – odpowiedziałam mechanicznie. Członkowie zarządu w milczeniu wymienili spojrzenia. Moja noga znów zaczęła podskakiwać. Czy to wystarczyło? Musiałam ich przekonać.

Jeśli chcieli się mnie pozbyć, to z Zakładu Karnego dla Kobiet w Waszyngtonie musieli mnie wyciągnąć siłą – kopiącą i wrzeszczącą. Nic, co powiem w tym pomieszczeniu, nie będzie miało większej wagi niż czyny, które w ogóle mnie tu sprowadziły. Mój ojciec stał na czele rosyjskiej mafii. To on pociągnął za sznurki, dzięki którym się tu znalazłam, i będę tu, dopóki jemu to pasuje.

To wszystko było ogromną stratą czasu.

„Jeśli nie zabiją cię w środku, malysz*, sam to zrobię”.

Wypowiedział te słowa z taką samą kamienną twarzą, z jaką mówił wszystko, od gróźb po żarty. Był śmiertelnie poważny, a ja przez całe życie nauczyłam się, by go nie wystawiać na próbę. Zrobiłam to tylko jeden raz i skończyłam tutaj.

Nie poznawałam już samej siebie. Nina Pawłowa umarła powolną śmiercią w więzieniu, a ja stanowiłam cień dawnej mnie. Mimo to przewidywalność tego przeklętego miejsca była lepsza niż powrót do domu i gniew Michaiła Pawłowy.

Wyglądało na to, że dziewięćdziesiąt procent ludzi, którzy pracowali w systemie więziennym, to zblazowani, okrutni niemal psychopatyczni osobnicy, kochający władzę nad tymi, których uważali za gorszych od siebie. Pięć procent stanowili dobrzy ludzie, zainteresowani reformą, ale ostatecznie usunięci z systemu z powodu jego bezużyteczności i żałosnych zarobków. Reszta to ci, którzy czerpali zyski z tego marnego układu i zależało im na utrzymaniu jak największej liczby więźniów.

To moja przyszłość. Nie byłam dobrą więźniarką, ale wolałam być osadzoną numer 893219 za kratami niż Niną Pawłową poza nimi.

– Z tego, co rozumiem, twierdziła pani podczas procesu, że śmierć była wynikiem nieszczęśliwego wypadku? – zapytała naczelniczka, dobrze wiedząc, że tak właśnie było. Zacisnęłam wargi, a wspomnienia ze sprawy powróciły jak kompilacja moich najgorszych porażek.

– Próbowałam wykręcić się od wyroku – powiedziałam, wznosząc oczy do nieba dla dramatycznego efektu, przybierając ton jak najbardziej obleśnej, zepsutej, bogatej dziewczyny.

Jeden facet został zabity przez przypadek, a drugi przez mojego ojca. Nie zmieniało to faktów. Dwóch mężczyzn nie żyło. Ja wciąż żyłam, ale już nigdy naprawdę nie będę żyć. Michaił Pawłowa zapłacił dużą kasę, by mieć pewność, że już nigdy nie ujrzę światła dziennego.

Głosy ucichły i nie mogłam zrozumieć, o czym rozmawiali członkowie komisji, naradzając się między sobą.

– Pani Pawłow…

– Czy są państwo pewni, że w ogóle powinnam tu być? Ciągle mówicie do jakiejś pani Pawłow, a ja mówię, że to nie ja – rzuciłam.

– Ostrzegam po raz ostatni – odezwał się strażnik z drugiego końca pomieszczenia, a ja westchnęłam, wiedząc, że Davies z przyjemnością ukarze mnie później, za zamkniętymi drzwiami – ze mną na kolanach i jego fiutem w gardle. Ale z drugiej strony, dostanę za to trochę tamponów i papierosy dla innych dziewczyn, więc…

– Analizując pani zachowanie, zaangażowanie i ogólną resocjalizację, uważamy, że spędzony tu do tej pory czas wystarczy, by dowieść pani rzeczywistej przemiany.

Mój umysł przedzierał się przez słowa, musiałam wyłapywać je jedno po drugim i układać w kolejności, którą byłam w stanie zrozumieć.

– Przenoszą mnie czy coś?

Mój proces był sensacją. Ponieważ udało mi się przekroczyć granicę stanu z moim wspólnikiem, sprawą zajęły się władze federalne. To był czysty łut szczęścia, że trafiłam do zakładu na terenie stanu. Możliwe, że mój ojciec mógł za tym stać – znając go, mógł wysłać mnie do więzienia gdzieś na południu. Do cel dla stu kobiet, z trzydziestoma pięcioma stopniami latem, bez klimatyzacji.

Kurwa… czy właśnie tam mieli mnie wysyłać?

– Nie. Uważamy, że w tym momencie spełnia pani kryteria zwolnienia. Zanim popełniła pani przestępstwo, miała pani zupełnie czystą kartotekę. Poza tym…

– Zwolnienie? Co? – Przeszył mnie gwałtowny, paniczny strach. – Nie, nie chcę zostać zwolniona. – Kajdanki zagrzechotały, kiedy próbowałam się podnieść.

– Pani zwolnienie jest zaplanowane na jutro. Procedura rozpocznie się rano. W związku z tymi zmianami rodzina zostanie poinformowana o nowym statusie i prawdopodobnie przyjedzie panią odebrać. W przeciwnym razie możemy zorganizować przejazd autobusem do miasta – kontynuowała, jakbym właśnie nie przeżywała załamania nerwowego na jej oczach.

– Nie rozumiem. Dlaczego? Dlaczego to się dzieje?

Zacisnęła usta, a ja odpowiedziałam sobie na pytanie, zanim ona zdążyła to zrobić.

…bo on tego chce. Mój ojciec zapłacił, żebym się tu znalazła. Teraz wygląda na to, że wyłożył kasę za wyciągnięcie mnie.

O Boże.

– Zdajemy sobie sprawę, że po długim pobycie zakład zaczyna przypominać dom. Martwi się pani, jak się odnajdzie, jak z powrotem stanie na nogi. Jeśli potrzebuje pani dodatkowego wsparcia…

– Ja. Nie. Potrzebuję. Wsparcia. Potrzebuję kogoś, kto powie mi, dlaczego to się dzieje. Zabiłam kogoś.

Serce biło mi szybko i nierówno, przez co kręciło mi się w głowie.

Mój ojciec w końcu dojrzał do tego, by wykończyć mnie samodzielnie.

– Pani ewaluacja dobiegła końca, pani Pawłow – powiedziała, wstając i dając znak pozostałym członkom zarządu, by zrobili to samo. – Powodzenia w dalszej drodze poza murami.

Stopy niosły mnie krótkimi, szybkimi krokami w kierunku dziedzińca, jakby były odłączone od reszty ciała. Poruszały się pod naporem nieustannej galopady myśli o zagładzie.

Z obojętnością zarejestrowałam, że jest już popołudnie, więc zostało jeszcze kilka godzin do zbiórki na posiłek. Pokręciłam głową, chcąc, aby głośne i chaotyczne myśli ustawiły się w równym szeregu do oceny, ale one nie dały się ujarzmić. Wytarłam spocone dłonie o spodnie khaki z państwowego przydziału, a ciepło słońca musnęło moje policzki.

Mrużąc oczy, przyglądałam się grupie identycznie ubranych kobiet na trawiastym dziedzińcu, wypatrując Penny. Mój wzrok zatrzymał się na niej – siedziała pod drzewem na skraju placu i rozmawiała z Enid.

– Gdzie byłaś, laleczko, opuściłaś ostatni apel? – zapytała, gdy podeszłam. Rzuciła szybkie spojrzenie na moją twarz i zmarkotniała. Bez wątpienia zreflektowała się, że miałam dziś ewaluację.

– Cześć… Enid, mogłabyś…? – Urwała, niezbyt subtelnie prosząc starszą więźniarkę o chwilę sam na sam ze mną. Kobieta wstała bez słowa, otrzepując drelich, po czym puściła oko do Penny z sugestywnym uśmieszkiem.

Nasza bliskość sprawiała, że większość oddziału myślała, że jesteśmy parą. Partnerki, a nie tylko przyjaciółki. Nie byłyśmy, ale nie zawracałam sobie głowy zaprzeczaniom. Zazwyczaj miało to ten plus, że ludzie dawali człowiekowi spokój w miejscu, w którym prawo do prywatności całkowicie nie istniało.

– Powiedz mi, co się stało? – odezwała się, gdy Enid zniknęła z pola widzenia. Instynktownie obróciłam głowę, rozglądając się na wszystkie strony, zwracając uwagę na każdą kamerę, która mogła być skierowana w naszym kierunku, i każde spojrzenie, które wydawało się zbyt intensywne.

– Wydaje mi się, że mój ojciec coś zrobił – powiedziałam chropowatym szeptem. Nie podobała mi się nutka paniki w moim tonie i starałam się ją wygładzić. – Zarząd podjął decyzję, że wychodzę przedterminowo.

Penny, profesjonalistka w tej dziedzinie, powstrzymała się od okazania zaskoczenia, ścisnęła moją dłoń, zamiast piszczeć i przyciągać uwagę. Znała szczegóły mojej sprawy, wiedziała o moim ojcu i o tym, w jakie gówno się wpakuję po powrocie do domu.

– Jeśli sobie ze mną pogrywasz, kochana…

– Nie. Przysięgam. W zasadzie powiedziałam naczelniczce, żeby się odczepili, ale oni i tak kontynuowali procedurę zwolnienia. To ojciec. To musi być on.

– Kto jeszcze wie?

– Nikt. A jeśli, to nie ode mnie – odpowiedziałam, przypominając sobie strażnika, który był w pomieszczeniu podczas ewaluacji. Funkcjonariusze więzienni też plotkowali.

– Kiedy?

– Jutro.

– Cholera.

Nerwowo błądziłam wzrokiem po dziedzińcu. Miałam wrażenie, że każde wypowiadane słowo miałam wypisane na czole i teraz wszyscy o tym wiedzieli. Wiadomość o zwolnieniu zawsze była zła. Można było liczyć na to, że jakaś zazdrosna suka będzie człowieka sabotować lub wciągnie go w bójkę; zrobi wszystko, by wymusić sytuację do zostania w tym miejscu.

W sumie to może powinnam powiedzieć wszystkim. Jeśli wystarczająco dużo osób by się dowiedziało i spróbowało sabotażu, nie było mowy, żeby mnie wypuścili. Przygryzłam wargę, patrząc na krzykaczkę Gwenny stojącą przy stołach piknikowych.

– Nawet o tym nie myśl – ostrzegła Penny. – Wiesz, że są równie skłonne poderżnąć ci gardło, co sabotować twoje zwolnienie. Lepsza szansa na wolność niż miesiąc w izolatce lub klasyczne zapodanie kosy.

To już wcześniej się wydarzyło. Dwa razy, odkąd tu jestem. Jedna dziewczyna zmarła. Inną przyłapano z narkotykami na pryczy i ponownie stanęła przed sądem. Przeniesiono ją do innego więzienia, ale podobno zamiast przedterminowego zwolnienia dołożono jej do wyroku kolejne trzy lata.

– Mimo wszystko nie mogę wrócić do domu, Pen. Wiesz, co on mi zrobi.

– Laleczko, będę potrzebować tej ręki w przyszłości – powiedziała, krzywiąc się, a jej oczy powędrowały do miejsca, w którym moja dłoń ściskała jej przedramię niczym w imadle.

– Przepraszam – mruknęłam.

– Postaraj się nie wyobrażać sobie najgorszego – skarciła mnie, chwytając za ramiona i ciągnąc na trawę, żebym usiadła. Opadłam żałośnie na tyłek z westchnieniem. Nerwowo skubałam jaskrawozielone źdźbła, wyrywając je z korzeniami.

– Możliwe jest, że ci wybaczył?

Prychnęłam.

– Nie ma nawet najmniejszej możliwości? Siedzisz tu już dwa lata, Nino. Może uznał, że odbyłaś już karę, i chce, żebyś wróciła do domu. To znaczy nie przychodzi mi do głowy żaden powód, dla którego tak szybko rozpatrzono by wniosek o przedterminowe zwolnienie.

Nie rozumiała tego.

Pokręciłam głową.

– On mnie zabije, Pen…

– Okej, słuchaj, nie zamierzałam wytykać palcami tego, co jest oczywiste, ale skoro siedzi tu tyle kobiet mafii, dlaczego twój stary miałby się fatygować i wyciągać cię tylko po to, żeby samemu cię sprzątnąć, skoro mógłby to zrobić stąd, nie brudząc sobie rąk?

– Może masz rację – przyznałam, ale w głębi duszy tłumaczyłam sobie, że gdyby ojciec chciał mnie zabić, to najprawdopodobniej zrobiłby to osobiście.

– Yhm. – Penny przytaknęła z dumą, przerzucając włosy przez ramię. Brązowe odrosty były znakiem czasu, który spędziła w zakładzie. Dostała pięć lat, z czego odsiedziała już około trzech. Z rozjaśnionego blond prawie nic nie zostało. Dostała wyrok federalny, co oznaczało, że mimo tego, że pochodziła z Bostonu, trafiła tutaj, ale wciąż dało się słyszeć jej akcent.

– Więc czego on chce? – zapytałam, myśląc na głos. Michaił Pawłowa był tak nieprzenikniony jak ściana z cegieł. Jego intencje nigdy nie były jasne, a on sam był nieprzewidywalny. Jeśli nie zaaranżował mojego uwolnienia, by mnie wykończyć, to musiał istnieć inny powód poza „czas się skończył, dzieciaku”. Nie robił niczego, co nie przynosiło korzyści jemu lub „rodzinie”.

– Siedziałaś za kratkami dwa lata i o to się martwisz? – zapytała Penny ze śmiechem. – Kogo to obchodzi. Jedyne, o czym się tu zawsze gada, to co się zrobi po wyjściu na wolność.

Odwróciłam głowę w kierunku zachodzącego słońca i zmrużyłam oczy, a moje myśli nagle się zatrzymały. Wychodzę stąd.

Apele, kontrole, usługiwanie strażnikom. Koniec.

I Penny. To za nią będę najbardziej tęsknić. Nigdy nie miałam przyjaciół na zewnątrz. Nie naprawdę. Byli pionkami. Towarzyszami zabaw. Ludźmi, przy których miałam być grzeczna. Żaden z nich nie był prawdziwy.

Westchnęłam, powstrzymując łzy.

– Nie płacz, laleczko, bez względu na to, co cię tam spotka, musi być lepiej niż w pace. – Penny ponownie chwyciła mnie za rękę.

Zbyt wiele fizycznego kontaktu nie było dozwolone, ale w tej chwili przydałby się przytulas. Ponownie pociągnęłam nosem, było mi głupio i żałowałam, że nie mogę spojrzeć na to z takim optymizmem, jak ona.

Miałam pewność, że ojciec coś dla mnie szykuje, ale istniało co najmniej pięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że nie będzie to spotkanie z jego ulubionym kałasznikowem. A pięćdziesiąt procent szans na wolność nie brzmiało aż tak źle. A potem… cóż, śmierć była innym rodzajem wolności, w zależności od tego, co czekało mnie po drugiej stronie.

– Co zrobisz w pierwszej kolejności po powrocie do domu? – zapytała Penny. Próba odwrócenia mojej uwagi była oczywista, ale i tak dałam się nabrać.

Kiedyś byłam tancerką. Obrazy baletek, drewnianych podłóg w studiach i recitali mignęły mi przed oczami. Chciałam uciec i pójść na kurs tańca, zanim to wszystko się wydarzyło. Tam bym była, gdyby mi się powiodło.

Obrazy były rozmyte. Nadgryzione przez mole na krawędziach.

Nadzieja, optymizm, lekkość; to wszystko było zbyt niebezpieczne, by je tu czuć. Zbyt brutalne i mroczne. Wir martwych marzeń i zmarnowanego potencjału. Trzeba było być twardym, żeby sobie poradzić. Trzeba było być bezwzględnym, żeby się wybić. Albo, jak w moim przypadku, mieć szczęście. Od samego początku trafić na właściwych ludzi, trzymać się na uboczu i robić, co każą.

Gęste emocje wzbierały w mojej piersi. Nie tańczyłam od dawna, nie tak jak kiedyś. Gdybym jutro miała wrócić do domu…

Na moją twarz wpełzł delikatny uśmiech.

– W końcu się wysram za zamkniętymi drzwiami – powiedziałam zamiast tego, co naprawdę chciałam powiedzieć, a do czego nie mogłam się przyznać na głos z obawy, że to marzenie zostanie mi odebrane po raz drugi.

Penny się roześmiała.

Groźby ojca błąkały mi się po głowie, przyklejając się do wszystkiego, co jasne i radosne, czegokolwiek próbowałam się uchwycić. W przeciwieństwie do Penny nie miałam przekonania, że nie będzie nadal stanowił zagrożenia, ale bez względu na to, co się stanie, przynajmniej nie będzie mnie już tutaj. To coś znaczyło.

– Słuchaj… Nie masz takiego obowiązku, niemniej jednak chciałabym dostać list. Może telefon od czasu do czasu. No wiesz… – Penny przerwała, wzruszając ramionami.

Moja odsiadka byłaby o wiele trudniejsza, gdybym musiała ją odbyć bez niej. Łatwo zapominało się o osadzonych. Wiedziałam to z doświadczenia. Jedyna kasa na koncie to ta, którą zarobiłam sama lub wybłagałam. Przez cały okres odsiadki kary listy, telefony, wizyty równały się zeru.

Rodzina Penny odwiedzała ją raz na sześć tygodni. Jako nastolatka zaszła w ciążę i urodziła syna. Miał teraz pięć lat, a jego matka spędziła za kratami większość jego życia.

– Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Mogę zobaczyć się z Bradenem i twoją mamą? – zapytałam.

Penny zaśmiała się cicho.

– Ale mów im tylko dobre rzeczy, dobrze?

Uśmiechnęła się smutno.

To ona powinna była wyjść.

Przynajmniej miała na wolności ludzi, którzy ją kochali. Którzy naprawdę chcieli, żeby wróciła.

* malysz (ros.) – dziecinka, maluch (przyp. aut.).

Rozdział 2

Enzo

Spóźnia się.

Mój syn, siedząc z głową odchyloną i wpatrzony w sufit, westchnął z większym dramatyzmem niż aktor w serialu.

– Chcesz się poskarżyć, że każą ci czekać? – zapytałem, unosząc brwi, z kwaśnym posmakiem w ustach. Opuścił głowę i spojrzał na mnie, wykrzywiając wargi w bezwstydnym, kpiącym uśmieszku.

– Tym razem to nie ja.

Przez jego niezadowolenie przebijała się niemal duma.

I chociaż irytowało mnie to jego prawo do takiego zachowania, miał rację, zwracając na to uwagę. Nie miałem zamiaru czekać.

Matteo ponownie odchylił głowę.

Często słyszałem, że jest moim sobowtórem – klonem. Był mojego wzrostu, miał taką samą budowę kości, te same oczy.

Ale na tym podobieństwa się kończyły.

– Dajmy im jeszcze pięć minut – postanowiłem.

Przewrócił oczami, a moja i tak już nadwyrężona cierpliwość została jeszcze bardziej nadszarpnięta.

Wyciągnąłem rękę z kieszeni, przekręcając nadgarstek, by sprawdzić godzinę. Dziesięć minut spóźnienia. Mokasyn marki Cucinelli wystukiwał zirytowany rytm na parkiecie, a irytacja bulgotała na wolnym ogniu, napinając każdą komórkę mojego ciała.

– Możesz przestać? – odezwał się Matteo. Znów marszczył czoło, ściągając brwi. Ręką pokazał na moją stopę. – Zrobisz dziurę w podłodze, jeśli się nie uspokoisz – powiedział.

Prychnąłem, odrywając się od ściany, o którą się opierałem, i zrobiłem kilka długich kroków w kierunku drzwi.

– Usiądź, do kurwy nędzy. Zawsze jesteś taki nabuzowany.

Syn osunął się w fotelu, wyraźnie nie podzielając mojego pośpiechu.

– To źle wpływa na twoje ciśnienie.

Zgrzytnąłem zębami.

– Tak samo jak kokaina, ale jakoś cię to nie powstrzymało.

Zaśmiał się pod nosem i wycedził przez zęby:

– Jestem czysty, tato.

Byłbym z tego dumny, gdyby trwało to dłużej niż kilka pierdolonych miesięcy. Mój syn był nie do ruszenia, reagował tylko wtedy, kiedy miał taką wolę. Gdy miałem go dość, próbowałem dostrzec mafię pod jego sterami, wyobrazić go sobie jako mafijnego bossa i zazwyczaj mi się to nie udawało.

Byłem kilka lat starszy od niego, kiedy przejąłem dowodzenie, ale nigdy nie byłem tak zblazowany. Tak obojętny wobec zagrożenia czy obowiązków. Miewał momenty, w których przypominał mi, że naprawdę jest moim synem, częściej jednak działał mi na nerwy.

– Wiesz co, sam ogarniesz to spotkanie. – Wstając, uderzył dłońmi o kolana i przechylił głowę, aż trzasnęło mu w karku, po czym ruszył w kierunku korytarza na drugim końcu wielkiego salonu.

– Usiądź na dupie.

Zatrzymał się, odwrócił z ogniem w oczach, ale usiadł z powrotem na swoim miejscu, łokcie opierając o kolana, a na jego twarzy pojawił się cień.

W świetle prawa w wieku dwudziestu jeden lat nie był już dzieckiem, ale znałem swojego syna. Jeszcze sporo mu brakowało. Musiał zobaczyć, jak to się robi.

Do niego jednak miałem cierpliwość.

Do Rosjanina, który już spóźniał się piętnaście minut, nie.

Zamknąłem oczy, biorąc głęboki oddech. Wmusiłem powietrze w płuca. Miejsca, w których narastało napięcie, zaczęły się uspokajać.

– Wy dwaj jesteście do siebie bardziej podobni niż różni – powiedziałem, głównie do siebie.

Matteo drgnął, marszcząc brwi.

– Ja i kto? Ten Rosjanin? Aleksiej?

– Młodzi mężczyźni, którzy mają przejąć w spadku organizacje – wyjaśniłem. – Młokosy, którzy nie mają pojęcia, jak zarządzać imperium.

Matteo machnął lekceważąco ręką, wyraźnie urażony porównaniem do syna rosyjskiego bossa.

– Zostało mi ile? Dziesięć lat, zanim kopniesz w kalendarz? Jeszcze nie awansowałem.

Przetarłem twarz dłonią, powstrzymując się od riposty.

Mój syn nie potraktowałby zawału poważnie, nawet gdyby go powalił. Mam nadzieję, że dożyję pięćdziesięciu dwóch, zgodnie z jego łaskawymi życzeniami. To by oznaczało jeszcze dziesięć błogosławionych lat prowadzenia interesu, zanim jego przejęcie niechybnie doprowadzi wszystko do ruiny.

– Non sbagliare il colpo, Matteo – powiedziałem. – Nie schrzań tego.

Mruknął coś niewyraźnie pod nosem.

– Bardzo się mylisz, jeśli uważasz, że sprawy, które będą omawiane w tym pomieszczeniu, ciebie nie dotyczą – oznajmiłem. – Pawłowa właśnie zmarł.

– Moje kondolencje dla tych, którzy go kochali – rzucił bezczelnie.

– To otwiera drzwi do nowych możliwości, synu – warknąłem. – Rosjanie zawsze byli samotną wyspą. Cichym wrogiem, który teraz może okazać się sojusznikiem, w zależności od tego, co wydarzy się tutaj.

– Dostaje awans i pierwsze, co robi, to leci z propozycją umowy do opozycji? Zachowuje się jak ktoś, kto wie, że nie wygra. Kurwa, żałosne – wypluł z siebie Matteo, przechylając głowę w moją stronę, a mięśnie jego ramion napięły się pod marynarką.

Nie, zachowuje się jak człowiek z jajami. Nie zaproponowałby układu, gdyby nie był tego wart. Młodemu Pawłowie nie brakowało odwagi. Czy był bystry, to się dopiero okaże.

– Zwracaj się do niego z szacunkiem, kiedy przyjdzie – mruknąłem, wykrzywiając usta w grymasie.

Aleksiej Pawłowa już robił złe wrażenie, ale znałem tego chłopaka. Dwadzieścia pięć lat i nagle stanął na czele największej mafijnej grupy zajmującej się hazardem w mieście. Rosjanie maczali też palce w innych szwindlach, ale nic nie mogło się równać z ich siecią kasyn. Według ostatnich danych tylko jedno podziemne miejskie kasyno nie znajdowało się w rosyjskich rękach. Szkoda by mi go było, gdyby nie to, że taki los go czekał już od najwcześniejszych dni, kiedy pływał sobie w jądrach swojego starego.

Nie znosiłem marnowania mojego czasu. Jedynym powodem, dla którego wciąż tu byłem, była oferta młodszego Pawłowy. Chciał sojuszu. Partnerstwa. A nasz biznes lichwiarski ładnie wpasowałby się w jaskinie hazardu.

Byłem otwarty na taką możliwość, pod warunkiem że sojusz będzie naprawdę korzystny. Upierał się, że jego propozycja jest dobra. Zbyt słodka, by ją odrzucić. Uwierzę, kiedy zobaczę, ale w tym momencie stąpał po cienkim lodzie.

Matteo wstał.

– Usiądź, synu.

Rzucił mi zmęczone spojrzenie.

– Myślisz, że nie mam planów w taką noc? – poskarżył się.

Wiedziałem, że miał. Najprawdopodobniej chodziło o przelecenie jakiejś bezimiennej dziewczyny, którą przez kilka tygodni będzie trzymał przy boku, zanim wyrzuci ją jak zużytą prezerwatywę.

Przyszpilił mnie wyzywającym, lodowatym spojrzeniem i poczułem między nami przepaść. Między moimi wartościami a jego. Dźwięk dzwonka do drzwi przerwał narastające między nami napięcie.

Po kilku chwilach do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn eskortowanych przez Marka, który wychodząc, skinął głową w moim kierunku, dając do zrozumienia, że nie odejdzie daleko.

Na widok Aleksieja Pawłowy przeszył mnie dreszcz. Nigdy nie spotkałem osobiście potomka zmarłego bossa, ale jego włosy – blond – i głęboko osadzone migdałowe oczy były identyczne jak u jego ojca.

Był wysoki, lecz niezbyt masywnie zbudowany – szczupły, nie od razu budzący respekt. Zdawało się, że odziedziczył też po ojcu śmiałość, bo przyszedł na to spotkanie w pojedynkę, wyprostowany i odważny. Aleksiej mierzył wzrokiem mojego syna i mnie.

Byłem zbyt bystry, by wierzyć, że na zewnątrz nie czekają na niego posiłki, ale to, co wyglądało na gest dobrej woli, w rzeczywistości mogło dla niego okazać się niesamowitym ryzykiem. Miał szczęście, że nie chciałem tego wykorzystać. Jeszcze nie teraz.

– Najwyższy czas, Pawłowa – odezwałem się.

Wygiął usta w uśmieszek, który zdradzał jego chłopięcy brak doświadczenia w takich sprawach.

– W takim razie nie zmarnuję go więcej – powiedział uroczyście. – Przyszedłem zaproponować współpracę.

Parsknąłem, a moja irytacja tylko się podwoiła, zamiast ustąpić wraz z jego przybyciem. Mimowolnie zacisnąłem dłoń, a w myślach pojawił się obraz tej samej dłoni oplecionej wokół jego gardła.

– Chcesz od nas kasy, tylko bardziej okrężną drogą – stwierdziłem.

Wzruszył ramionami, nie zaprzeczając zarzutowi. Dzięki nam jego klienci pływaliby w forsie, którą z kolei przegrywaliby u niego. To wydawało się idealnym połączeniem, ale on skorzystałby na takiej umowie o wiele bardziej.

– Nie prosiłbym, gdybym nie miał propozycji – powiedział z tym swoim pobłażliwym uśmieszkiem na ustach.

– Co możesz nam zaoferować? – zapytał Matteo.

– To nie jest czas na popisy – warknąłem. – Do rzeczy.

Trzymał w ręku brązową kopertę, którą wyciągnął w naszą stronę. Matteo wziął ją pierwszy i otworzył, wyjmując ze środka coś, co wyglądało jak zalaminowana kartka. Uniósł brwi w zakłopotaniu.

– Kto to jest?

– Moja siostra. Wchodzimy w interesy i będzie twoja.

W oczach mojego syna wciąż było widać zdezorientowanie, ale teraz doszło do tego zaciekawienie.

Wyrwałem mu zdjęcia z rąk.

Ze zdjęć przyglądała mi się młoda blondynka. Na obu fotografiach patrzyła w kamerę z półuśmiechem, który wyglądał jak namalowany. Jej twarz w kształcie serca kończyła się dołeczkiem w brodzie. Z ust wyrwał mi się powolny, rozedrgany oddech, gdy trzymałem arkusze.

– Twoja siostra, co? – Matteo powiedział ze zmarszczonym czołem. – Nie wiedziałem, że masz siostrę.

Ja wiedziałem.

Przeszył mnie ziąb. Wyglądała na wzorową uczennicę. Grzeczną dziewczynkę, która przez całe cztery lata miała tylko jednego chłopaka, nie plotkowała, nie miała złych ocen i którą uwielbiali wszyscy nauczyciele.

– Twoja siostra, więźniarka? – zapytałem.

Uśmiech Aleksieja na chwilę zgasł, zanim czujnie pojawił się znowu.

– Jest na wolności – powiedział.

– Założę się, że musiałeś pociągnąć za wiele sznurków, żeby to załatwić.

Zacisnął usta, a jego wcześniejszy luz zniknął. To było to. Zimne spojrzenie w oczach, kształt zaciśniętych ust, buzująca, przyczajona wściekłość. Był synem swojego ojca, nie ma co.

– Taak, jak inaczej miałaby wyjść za mąż?

– Zazwyczaj potrzeba dużo siły, aby uchylić wyrok za morderstwo.

Kącik ust Aleksieja uniósł się, jakby wyczuł, że został obrażony. To dobrze. Został. Może i odziedziczył po ojcu paskudny charakter, ale świeżo mianowany i nieprzygotowany do swojej roli, miał tyle prezencji, charyzmy i kontroli, co cień Michaiła Pawłowy.

Zupełnie jak mój syn. Ta myśl pojawiła się nagle i otrzeźwiła mnie.

– Chwila, morderstwo? – zapytał Matteo, odwracając gwałtownie głowę, by na mnie spojrzeć.

Wzrok Aleksieja przeszedł z chłodnego w lodowaty.

– Nikogo nie zabiła.

– Cóż, ostatnio słyszałem, że najbliższy współpracownik twojego ojca wylądował w trumnie, a ona trafiła za to do paki – zakwestionowałem.

Aleksiej zebrał się na odwagę, opanowanie go opuszczało, ale próbował zachować spokój.

– To był wypadek, zabiło ją jednak poczucie winy. Miała wyrzuty sumienia. Sama poprosiła, żeby pozwolono jej odbyć karę, by wynagrodzić rodzinie to, co zrobiła.

Parsknąłem. Nigdy wcześniej nie słyszałem tej wersji historii. Miałem uwierzyć, że ta świeżynka była tak lojalna, skoro tak wielu pełnoprawnym członkom mafii tego brakowało? Wzięcie winy na siebie i pójście do więzienia było szlachetne, ale wiedziałem, że ta cecha nie występowała w genach Pawłowów.

Ponownie zlustrowałem jednowymiarowy wizerunek. Nigdy nie wyobrażałem sobie, jak mogłaby wyglądać córka Pawłowy, ale w życiu bym nie zgadł, że okaże się taką istotą.

Mówiono, że miała wspólnika, chłopaka, albo zdrajcę w organizacji przestępczej Pawłowy – w zależności od tego, kto opowiadał. Tak czy inaczej, ich działania doprowadziły do śmierci jego prawej ręki. Ona lub oboje z jej wspólnikiem próbowali zwiać do Europy.

Według plotek uciekali z milionami z kasy Pawłowy. Dziewczynę wsadził do ciupy za ten wybryk, ale facet – kimkolwiek był – rozpłynął się w powietrzu.

Ludzie też mówili, że Pawłowa wpompował w niego cały magazynek i zabił na jej oczach. I to była kobieta, którą Aleksiej chciał, żeby poślubił mój syn. Ponownie powędrowałem wzrokiem ku portretowi, jakby zmienił się od czasu, gdy widziałem go przed chwilą.

– Skoro cholerny sąd jej nie uwierzył, dlaczego ja miałbym?

Aleksiej zrobił krok do przodu. Zaciśnięte szczęki zdradzały, że był bardziej przygotowany na to spotkanie, niż dawał po sobie poznać.

– Miałem na myśli twojego syna, jeśli chodzi o małżeństwo – powiedział, przenosząc wzrok na niego, zdając się ignorować moje pytanie. – I co myślisz? Odrzucasz propozycję? – zapytał go.

Matteo wziął ode mnie zdjęcia.

– W tym roku skończy dwadzieścia lat. Wciąż jest dziewicą.

Oboje z synem wybuchnęliśmy śmiechem. Z mojej piersi wydobył się głęboki rechot. Myślałem, że plotki na jej temat są absurdalne, ale to było po prostu bezcenne.

– Nie ma mowy, żeby ta dziewczyna skończyła liceum i nadal była dziewicą – powiedział Matteo, skręcając się ze śmiechu.

Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcie. Mogłem uwierzyć, że była skazaną przestępczynią lub dorosłą dziewicą, ale nie jedną i drugą. Musiała mieć co najmniej osiemnaście lat, gdy robiono zdjęcia, lecz może się myliłem. Oderwałem wzrok od fotografii, zatrzymując się, zanim moje myśli powędrowały dalej.

– Nie złożyłbym propozycji, gdybym nie wiedział, że się wam opłaci – oznajmił Aleksiej. Skrzyżował ramiona, a w jego oczach pojawił się błysk zadowolenia. – Małżeństwo połączyłoby nasze rodziny. A porozumienie dało pole do dalszych negocjacji, być może udział w kasynach lub możliwość otwarcia własnego kasyna w tym mieście bez wchodzenia komuś w paradę.

– Chcę ją zobaczyć – powiedział nagle Matteo, wyrywając mnie z transu, w który wciągnął mnie Aleksiej Pawłowa.

Mój syn syknął przez zęby, niemal niezauważalnie zacieśniając uścisk na zdjęciu dziewczyny. Bez wątpienia przemawiała do niego myśl, że może być dziewicą. Z dobrze poinformowanego źródła wiedziałem, że lubił kolekcjonować cnotki i rozdziewiczanie lasek z miasta było jego rozrywką.

Aleksiej skinął z zadowoleniem głową w stronę Mattea.

– Oczywiście. Podaj czas i miejsce, a my zorganizujemy spotkanie, zanim cokolwiek zostanie formalnie uzgodnione.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Za tydzień miał wrócić z dziewczyną.

Zaaranżowane małżeństwo było najwyższym wyrazem dobrej woli. Przypieczętowałoby nasz układ krwią.

Czy Michaił zgodziłby się na podobny pakt? Facet wsadził ją za kratki, więc wątpię, by obchodziło go, co się z nią stało. Nigdy nie miałem córki, ale sama taka myśl mnie odpychała. Z drugiej strony, mając za ojca Michaiła Pawłowę, musiała spodziewać się czegoś gorszego niż paka.

Jak ona się z tym wszystkim czuła? Spojrzałem na jej wydrukowane zdjęcia, jakby mogła mi odpowiedzieć.

– Ładna – powiedziałem do Mattea, gdy znów zostaliśmy sami. Wciąż trzymał fotografię. Tę, na której siedziała na zewnątrz, a słońce lśniło na jej włosach.

– Widziałem brzydsze.

W ustach poczułem cierpki smak. Byłem pewny, że tak.

– Najwyższy czas, żebyś ustatkował się z kobietą. Jak myślisz, ile jeszcze lat zamierzasz uganiać się za spódniczkami?

Matteo spojrzał na mnie z figlarną iskrą w oczach.

– Jeśli to wyzwanie, to może je podejmę.

– Musisz się skupić. Śmierć Pawłowy oznacza, że wiele rzeczy może się zmienić. Nie wiemy za wiele o tym kolesiu, by przewidzieć jego ruchy, ale ten układ może okazać się cenny.

– Chcesz mi powiedzieć, że w tej sprawie nie mam żadnego wyboru?

– Mówię, że będę wymagać od ciebie znacznie więcej niż do tej pory. Jeśli te wymagania będą obejmowały poślubienie tej dziewczyny, oczekuję, że staniesz na wysokości zadania.

Szczęka mu drgnęła.

– Jest ładna – przyznał. – Nie będę jednak ściemniał, myślałem, że chajtnę się z włoską seksbombą, kiedy przyjdzie co do czego.

Powiedział to tak, jakby ta dziewczyna była gorsza. A jednak w tych jej chłodnych oczach kryła się głębia. Taka, która sprawiała, że chciało się w niej zatonąć. Większość opowieści, które o niej słyszałem, była kłamstwami, bez wątpienia, ale każde kłamstwo wyrasta z jakiejś prawdy.

– To nie jedyny raz, kiedy rodzina będzie wymagać od ciebie czegoś, czego sam nie chcesz dać.

Wiedział o tym wszystkim, ale nie przyjmował tego z taką łatwością jak ja. Przede wszystkim obowiązki. Rodzina oznaczała, że trzeba zacisnąć zęby dla dobra ogółu. Kiedy wszyscy są na celowniku, nie ma miejsca na egoizm.

– Nieważne. – Rzucił jej zdjęcia na kanapę i podniósł się z butą w oczach. – Zrobię to. W najgorszym wypadku będę miał czystą cipę, do której wrócę co noc.

…po tym, jak ubrudzi sobie fiuta w innym miejscu, bez dwóch zdań.

– Co najgorszego może się stać, prawda? – Matteo dodał z lekceważącym wzruszeniem ramion, wracając do swojej zwykłej postawy. Znałem go zbyt dobrze, by nie wychwycić podniesionego tonu w jego głosie i tego, jak jego wzrok wrócił do zdjęć na kanapie, zanim wyszedł.

Nie mógł się doczekać spotkania z Pawłowówną.

Ja też.

Tyle że ja umiałem to ukryć.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wprowadzenie

Rozdział 1

Rozdział 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji