Twisted Devotion - Poppy St. John - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Twisted Devotion ebook i audiobook

Poppy St. John

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

171 osób interesuje się tą książką

Opis

Porwał jej ciało. Ona uwięziła jego duszę.

Emily dorastała w cieniu kostnicy – w świecie ciszy, śmierci i chłodu. Myślała, że nic nie jest w stanie jej zaskoczyć, dopóki w jej życiu nie pojawił się Ruarc, bezlitosny władca klubu Delirium – miejsca, gdzie zacierają się granice między bólem a rozkoszą.

Miała być tylko pionkiem w jego grze, ofiarą, narzędziem zemsty. Stała się jego obsesją.

Między nimi rodzi się więź pełna sprzeczności – strachu i pożądania, przemocy i czułości. On uczy ją żyć w mroku, ona odbiera mu kontrolę. Każdy pocałunek smakuje jak kara, a każdy dotyk jak wyznanie, którego żadne z nich nie potrafi cofnąć.

To nie bajka o pięknej i bestii. Ich happy end wymaga ofiary.

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Honorata ArlekinMarek Sajmbor

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od autorki

Książka zawiera treści, które mogą wywołać skrajne emocje u części czytelników. Zanim zaczniesz czytać, sprawdź kompletną listę ostrzeżeń na stronie autorki (https://www.poppystjohn.com).

Jeśli nadal tu jesteś, usiądź na tyłku i przewróć stronę, jak przystało na grzeczną dziewczynkę.

PROLOG

Ruarc

Dyskretnie. Ekskluzywnie. Zmysłowo. Warte każdego wydanego dolara.

W Delirium maski były obowiązkowe, ale moja nie była w stanie nikogo zwieść. Zakryłbym twarz, jednak nie dziary. Zwłaszcza że każdy palec lewej dłoni miałem wytatuowany po pierwszy staw, a wyraźne czarne linie przecinały szyję aż po gardło. Nawet garnitur ich nie zakrywał.

Anonimowość stanowiła klucz w działalności klubu, ale każdy tutaj wiedział, kim jestem. Wiedział, że nikomu się nie kłaniam.

Tylko po rekomendacji aktualnego członka i na moje bezpośrednie zaproszenie można dostąpić zaszczytu wejścia do mojego królestwa.

Ograniczenia prawdziwego życia naszych klientów znikały, gdy tylko przekroczyli próg posiadłości. Słono płacili za iluzję anonimowości, za możliwość stania się bezimiennym awatarem, który żył dla przyjemności. Nasza lista oczekujących dorównywała listom uczelni Ivy League, a roczne członkostwo wynosiło tyle, co czesne.

Główną klientelę stanowiła elita społeczeństwa. Młode żonki, fuckboye i kochanki jej nie wystarczały. Szukała czegoś więcej. Czegoś mroczniejszego. Brudniejszego. Chciała tabu. A ja serwowałem jej to garściami.

Kiedy właściciel największej firmy telekomunikacyjnej w mieście miał ochotę spędzić weekend na krzyżu św. Andrzeja, poddając się chłoście, potrzebował do tego bezpiecznej i godnej zaufania przestrzeni. Kiedy szanowany miejski ksiądz szukał miejsca, gdzie ktoś włożyłby mu w dupę wielkiego kutasa, był u mnie mile widziany.

Naciągnąłem maskę i zawiązałem tasiemki za głową. Wyszywana złotą nitką maska zakrywała mi twarz do połowy, zostawiając na widoku tylko żuchwę. Zdjąłem krawat, rozpiąłem guzik przy szyi, odsłaniając kolejne fragmenty skóry ozdobionej czarnym atramentem.

Zszedłem główną klatką schodową dwa piętra niżej, prosto na parter i minąłem hol z wysokimi sufitami. Nikt, kto wszedł­by na teren posiadłości, nie podejrzewałby, że połowa gotyckiej rezydencji to seks klub odwiedzany przez najpotężniejszych ludzi w tym mieście. Dopóki nie otworzył drzwi.

Oryginalne osiemnastowieczne zamki były tylko na pokaz. Zdjąłem pokrywę z ukrytego panelu sterowania, zeskanowałem siatkówkę, otwierając prywatne wejście.

Wchodząc do klubu od drugiej strony, najpierw trzeba było przejść przez kontrolę bezpieczeństwa i szatnię. Telefony i urządzenia nagrywające były zakazane, bez wyjątków.

Nagrania z tego, co się tu działo, mogły pogrążyć polityczne aspiracje i zniszczyć kariery. Nie wspominając nawet o zakończeniu kilku małżeństw.

Głęboka, basowa muzyka i upiorne wokale dudniły wystarczająco głośno, by zagłuszyć rozmowy, ale nie na tyle, by inni obecni nie słyszeli zwierzęcych odgłosów namiętności i bólu.

Powietrze przepełnione było grzeszną, gęstą energią ciał i nieokiełznanego pożądania. Duszne wnętrze stanowiło tło dla innego świata. Świata ociekającego żądzą, fetyszem i perwersją.

Zamaskowani goście w różnych stadiach roznegliżowania przyglądali się, jak wchodzę, zanim z powrotem skupili się na swoich partnerach. Na rozmowach, rżnięciu się, oddawaniu wszystkiemu, na co brakowało im odwagi, by robić to w innym miejscu.

Dziewięćdziesiąt procent naszych klientów stanowili mężczyźni. Politycy, biznesmeni, okazjonalny artysta czy aktor i oczywiście zwyrodnialcy dziedziczący fortuny, z dostępem do podobnych przybytków, gdziekolwiek posiadali swoje rezydencje.

Przed wpuszczeniem do klubu ich partnerki przechodziły wstępną selekcję. Przede wszystkim modelki. Ekskluzywne damy do towarzystwa. Kochanki. Rzadko żony. Wszystkie podpisywały umowy o zachowaniu poufności. No i oczywiście były też moje kobiety. Dobrze wyszkolone w każdej sztuce miłosnej, chętne dawać i brać w równej mierze.

Wiele ścian od podłogi do sufitu pomalowano na czarno, inne pokryto najbardziej luksusową adamaszkową tapetą w kolorze najciemniejszej, połyskującej czerwieni. Przytłumione światło podkreślało kolor, sprawiając, że wyglądały jak pomalowane świeżą krwią. Świece w mosiężnych świecznikach i elementy wyrzeźbione w stylu gotyckim zdobiły całą przestrzeń.

Skinąłem głową do jednej z moich dziewczyn, gdy mijała mnie w wąskim korytarzu między prywatnymi pokojami, który prowadził do wielkiej sali. Jej nagie cycki podskakiwały z każdym krokiem, a gdy przechodziłem, opuściła głowę z szacunkiem.

Z głównej sali przechodziło się pod rzeźbionymi łukami do półprywatnych pomieszczeń. Klienci pili, uprawiali hazard i pieprzyli się na pokrytych aksamitem stołach na oczach przyglądającej się publiczności. W głównej sali pary i grupy wylegiwały się na luksusowych sofach. W wielkim rzeźbionym kominku przez całą noc buzował ogień.

Dwie klatki schodowe w przeciwnych rogach sali prowadziły na antresolę na drugim piętrze, gdzie znajdowały się prywatne pokoje dla VIP-ów.

Oczywiście pokoje oprócz łóżek były wyposażone we wszystko, co goście mogli sobie wyobrazić. Wysokiej jakości skórzane pejcze, kajdanki, drewniane łopatki, świece, kneble, wibratory, dilda – lista ciągnęła się w nieskończoność. A jeśli czegoś nie mieliśmy, co zdarzało się rzadko, ściągaliśmy to na specjalne zamówienie.

Z tych nagród można było czerpać za niewielką roczną opłatą członkowską w wysokości osiemdziesięciu tysięcy dolarów.

Prawdę mówiąc, to była cena za najwyższy poziom partycypacji. Obejmował on nielimitowane korzystanie z dostarczanej przeze mnie kobiety.

Istniały również tańsze rodzaje członkostwa, zaczynające się od czterdziestu tysięcy dolarów, dla mniej wybrednych gości. Ze wszystkich interesów, które prowadziłem, Delirium było najbardziej lukratywne.

I to nie tylko finansowo.

Wiedza o skandalicznych osobistych sekretach niektórych z najpotężniejszych ludzi na Wschodnim Wybrzeżu i w całym kraju niosła ze sobą bezcenną nagrodę.

Ci mężczyźni ustalali zasady, ale ja byłem ponad nimi wszystkimi. Zamaskowany król. Tajemnica szeptana w nocy. Boogeyman w szafie, której nie chcieli otwierać.

Pęczniałem z dumy, kiedy patrzyłem na swoje królestwo. Tej nocy lokal tętnił życiem.

Ludzie wchodzili do półprywatnych pokoi i z nich wychodzili. Pary i grupki rozsiadły się na sofach i fotelach w otwartej sali balowej. Pośrodku znajdowała się podwyższona platforma zwana „ołtarzem”, która nieuchronnie stanie się centrum uwagi.

Każdej nocy, gdy robiło się odpowiednio późno, jakaś przedsiębiorcza para rozpoczynała na nim miłosne harce, często przekształcając salę w orgię falujących, spoconych, zamaskowanych ciał.

Jęki i krzyki przebijały się przez nastrojową muzykę i rozmowy. Stanąłem z boku, gdy nagi mężczyzna w masce Minotaura pełzł na czworakach, prowadzony na smyczy przez kobietę w bieliźnie tak skąpej, że równie dobrze mogłaby być naga.

Kiedy zajrzałem do jednego z pokoi, powitał mnie widok kobiety skrępowanej liną, oddającej się trzem mężczyznom. Jej gardłowe jęki brzmiały jak muzyka dla moich uszu.

Za każdym razem, gdy tu przychodziłem, byłem lekko podniecony, ale nikogo nie dotykałem. Delirium było ich przestrzenią, nie moją.

Moje upodobania wykraczały poza gusta tutejszej klienteli. Lepiej smakowały na osobności.

Ruszyłem w stronę schodów, by obserwować wszystko z antresoli, kiedy poczułem na sobie czyjś wzrok. Niedaleko kominka starszy mężczyzna obracał w dłoni szklankę szkockiej. Jego partnerka ubrana w czarną bieliznę, sprawiała wrażenie, jakby skończyła studia zaledwie trzy lata wcześniej.

Leżąca na jego kolanach kobieta uklękła przed nim z gracją rzadko spotykaną w tych murach. Ustawiła się niemal jak do modlitwy, kłaniając się przed ołtarzem jego kutasa, objęła go dłońmi i włożyła głęboko do gardła, wydobywając jęk z ust mężczyzny.

Facet wpatrywał się we mnie zza balowej maski, lekko wyginając kąciki ust w górę, kiedy ona na kolanach kontynuowała boską robotę.

Podszedłem bliżej, chciałem mieć lepszy widok na dziewczynę, która dławiła się jego przyrodzeniem, krztusiła się głośno, ale nie przerywała, ledwo łapiąc oddech.

Delikatna erekcja szybko przeradzała się w pełną i zacisnąłem zęby, gdy członek naparł na materiał spodni, domagając się uwolnienia.

– Podoba ci się? – zapytał mężczyzna, ponownie przyciągając moją uwagę.

Uniosłem brew. Kobieta ssała czubek jego fiuta, a następnie oderwała usta i spojrzała na mnie. Była wysoka i szczupła, z jędrnym tyłkiem i wąską talią, którą mógłbym objąć rękami. Nie była jedną z moich dziewczyn. Zaaprobowana luksusowa prostytutka, której nigdy wcześniej tu nie widziałem.

– Weź ją – zaproponował mężczyzna – na mój koszt.

Usta dziewczyny rozchyliły się w cichym westchnieniu, ale kiedy przeniosła wzrok ze swojego towarzysza na mnie, stało się jasne, kogo wolałaby obsługiwać.

– Wydaje się zajęta – mruknąłem, a mała lisiczka wróciła do pracy, leniwie pieszcząc nasadę penisa, wirując językiem wokół czubka, przywracając go do pełnej twardości.

– Jest twoja, jeśli będę mógł patrzeć – powiedział.

Prychnąłem, kręcąc głową.

– Nie bawię się w to.

Publiczny seks nie należał do moich fetyszy. Przyglądałem się, ale mnie samemu nie zależało na widowni.

Maska mężczyzny zakrywała większość jego twarzy, ale zacisnął usta. Prawdopodobnie liczył na to, że zostanie dziś zerżnięty. Wciąż miał na to szansę, tylko nie ze mną.

– Co lubisz robić? – zapytał.

– Nigdy nie spotkałem nikogo, kto tyle gada z chujem w ustach pięknej kobiety.

Zachichotał i skinął głową.

Odwzajemniłem gest, zostawiając go sam na sam z jego pragnieniami.

Wchodząc po schodach, by zająć miejsce pośrodku antresoli, obserwowałem scenę poniżej. Za mną obcasy stuknęły o podłogę i nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, kogo tam zobaczę. Młoda kobieta z parteru oparła się o barierkę obok mnie, cycki miała ściśnięte, a dolną wargę między zębami.

– Cześć – powiedziała kokieteryjnie, a ja uśmiechnąłem się ironicznie.

– Mogę ci pomóc?

– Myślę, że mógłbyś.

– Czy twój partner wie, że tu jesteś?

– Tak. Zachęcił mnie do przyjścia – nalegała.

– Ile ci płaci?

– Dwa tysiące.

Luksusowa prostytutka, tak jak przypuszczałem.

– To twoja zwykła praca?

Jej policzki się zaróżowiły.

– Pierwszy raz.

Kurwa.

W przytłumionym świetle gładkie linie jej ciała sprawiały, że wyglądała jak posąg. Coś, co może pęknąć, jeśli się to upuści.

…i jakże pragnąłem patrzeć, jak upada. Jak się roztrzaskuje.

– Jak on się poczuje, kiedy będę cię rżnął w czasie, za który on zapłacił?

– To może być twój czas, jeśli chcesz.

Chciałem.

Pożądanie uderzyło, zaskakując mnie. Minęło kilka tygodni, odkąd ostatni raz miałem kobietę. Z żadną nie pieprzyłem się dwa razy, co powodowało, że znajdowanie nowych zdobyczy stanowiło wyzwanie.

Skinąłem na nią palcem, by podeszła bliżej. Zrobiła to, uznając za zaproszenie, żeby zarzucić mi ramiona na szyję i spróbować mnie pocałować. Powstrzymałem ją, przykładając palec do jej spuchniętych warg.

– Musisz robić wszystko, co ci każę.

– Co tylko zechcesz – obiecała gorliwie.

Pochyliłem się.

– Powiedziałem „wszystko” – powtórzyłem, pozwalając, by dostrzegła znaczenie tych słów w moich oczach, ciemność, która cały czas wirowała wewnątrz, zaledwie kilka centymetrów pod powierzchnią.

Zadrżała, a jej obrysowane na czarno oczy zamigotały, ale utrzymała kontakt wzrokowy. Przesunąłem palcami po jej sutkach, a te stwardniały pod moimi opuszkami.

– Żadnych bezpiecznych haseł, żadnych ograniczeń. Nie mówisz mi „nie” – oznajmiłem, wypowiadając każde słowo tak wyraźnie, by nie mogła mnie źle zrozumieć.

Jej oddech przyspieszył, gdy skręciłem sutek między palcami, testując jej tolerancję na ból.

– Rozumiesz?

– Rozumiem – potwierdziła głosem zredukowanym do cichego pisku.

– Maski zostają. Kiedy skończymy, nigdy nie wrócisz do Delirium.

To wprawiło trybiki w ruch. Jej niebieskie tęczówki przesuwały się tam i z powrotem, gdy zastanawiała się, jak bardzo chce, żebym ją przeleciał; czy było to warte utraty długoterminowego dochodu.

– Pięćdziesiąt tysięcy – dodałem. – Tyle proponuję.

Jej oczy rozszerzyły się.

– Za pięćdziesiąt tysięcy możesz zrobić ze mną, co tylko zechcesz.

Uśmiechnąłem się szelmowsko i puściłem ją, pokazując, by poszła za mną w kierunku wejścia, do ochrony i szatni. Moi ludzie zignorowali ją, patrząc na mnie. Czekali na rozkazy.

– Niech podpisze moją prywatną umowę o poufności. Dopilnujcie, by zwróciła szczególną uwagę na listę. Potem przyprowadźcie ją na dziedziniec. Z zawiązanymi oczami – poinstruowałem.

Dziewczyna zbladła.

– Dlaczego muszę coś podpisywać? Podpisałam już umowę o zachowaniu poufności z panem Haggerty.

– To inny rodzaj umowy, kochanie – powiedziałem jej. – Chroni nas oboje.

Zmarszczyła brwi.

– W razie czego?

– Wielu rzeczy.

…między innymi przypadkowej śmierci.

Moi ludzie skinęli głowami, biorąc ją pod ramiona i prowadząc do małego biura, gdzie miała oddać swoją duszę diabłu na jedną noc.

Rozdział 1

Emily

Leżała twarzą w dół, z kończynami przywiązanymi do czterech słupków łóżka. Jego otwarta dłoń opadła na jej ciało, z trzaskiem uderzając o rozgrzaną, delikatną skórę. Zawyła, bezskutecznie walcząc z więzami.

– Proszę – błagała, przyciskając twarz do materaca. Zacisnęła zęby, gdy okrążał łóżko.

– Mówiłem, że coś się stanie, jeśli pozwolisz mu się dotknąć – warknął. Strach i upokorzenie paliły ją od środka niczym ogień. Zasługiwała na karę, na każdą sekundę przynoszącą ból.

Jego dłoń po raz drugi gwałtownie wylądowała na jej skórze.

– Co ja mówiłem? – domagał się odpowiedzi.

Zmarszczyłam czoło. Co, do kurwy nędzy.

Tessa z szeroko otwartymi oczami patrzyła na mnie wyczekująco. Ostrożnie zamknęłam trzymaną książkę, odkładając ją starannie na dzielący nas stół.

– Nie jestem pewna co do niej. To nie do końca moje klimaty?

– Nie możesz tak mówić po przeczytaniu jednej strony. A raczej pół strony – poskarżyła się Tess.

Pół wystarczyło.

Wpatrywałam się w książkę, jakby miała mnie ugryźć.

– Jestem przekonana, że autorka wykonała świetną robotę – powiedziałam, uśmiechając się lekko i sięgając po kubek.

Był wypełniony po brzegi tanim cabernetem, który przyniosła Tessa. Starałam się nie krzywić, gdy przesłodzone czerwone wino oblepiało mój język. Przynajmniej spełniało swoje zadanie, pomagając mi oderwać się od monotonii dnia codziennego na rzecz czegoś, co bardziej przypominało życie. Pod wpływem przyjemnej lekkości w głowie westchnęłam, a ciepło wina rozgrzało mnie od środka. Tessa też piła, co oznaczało, że zostanie u mnie na noc. Jako dość regularna gościni w Domu Pogrzebowym Snowów, była jedną z nielicznych, którzy wchodzili tu na własnych nogach.

– Po prostu spróbuj. Wiem, że ci się spodoba. Ta, którą ci dałam ostatnio, mogła być trochę nieprzyzwoita. Ta jest bardziej stonowana – powiedziała Tessa.

– Stonowana? – zadrwiłam, sięgając po książkę. Otworzyłam ją na chybił trafił gdzieś w środku i przeczytałam pierwszą linijkę, która rzuciła mi się w oczy.

Chłodnym ostrzem dotknął jej ciała. Cofnęła się przed zimną twardością. Przyłożył je do delikatnej skóry jej brzucha, mógłby ją przeciąć jednym ruchem nadgarstka.

Przechyliłam głowę, wpatrując się w nią.

– To nazywasz „stonowanym”?

Wzruszyła ramionami, wydymając wargi w nieszczerym uśmiechu.

– Tak, nawet nie doszłaś do części, w której on…

Uniosłam ręce, dając jej znak, żeby przestała.

– Dobra, dobra. Przeczytam. Raczej. Kiedyś tam. – Zamknęłam książkę.

Dołączyła do kilku innych, które ostatnio dostałam od Tessy. Tworzyły małą wieżę na szafce nocnej, grzbiety miały gładkie i nienaruszone, ponieważ jeszcze ich nie czytałam. Jak dla mnie były trochę za bardzo odjechane, ale dostała je za darmo z pracy i nie mogłam odmówić.

– To jest dobre, przysięgam – naciskała.

Skinęłam posłusznie głową, upijając porządny haust wina.

– Skoro tak mówisz.

Prychnęła, wlewając resztkę wina ze stojącej między nami butelki do swojego kieliszka.

– „Skoro tak mówisz” – powtórzyła, naśladując mnie. Spiorunowałam ją wzrokiem.

– Sorki, ale moim zdaniem czytanie o facecie obdzierającym kogoś ze skóry jest trochę odpychające. No i co mi zrobisz? – powiedziałam.

– On jej nie zabija – odrzekła.

– Czy któreś z nich umiera? – zapytałam, a ona się uśmiechnęła, biorąc moje pytanie za oznakę zainteresowania, ale tak naprawdę nie czytałam niczego, w czym jeden z głównych bohaterów traci życie. Cały dzień zajmowałam się trupami. Nie chciałam o nich czytać. A już na pewno nie chciałam przeżywać ich utraty, nawet jeśli była to tylko fikcja.

– Nie wiem. Sama się przekonaj.

– Poddaję się. – Przewróciłam oczami, odchylając się do tyłu na krześle.

Przez zamknięte powieki nadal widziałam ostre żółte światło żarówki nad nami. Na ganku z widokiem na las za moim domkiem byłyśmy w dużej mierze osłonięte od wiatru, ale ochładzało się.

Nocą ten las wydawał się nieprzenikniony i ciemny, chociaż za dnia sprawiał niemal sielskie wrażenie. Na granicy posiadłości czasami przechadzały się jelenie. Mały strumyk szumiał cicho wzdłuż ścieżki. A każdego ranka setki ptaków budziły mnie swoim śpiewem.

Biorąc pod uwagę fakt, że nasz zasadniczy dochód pochodził z kremacji zwłok odbywającej się w głównym budynku, to miejsce w świetle dnia nie miało prawa wyglądać tak cholernie bajkowo.

Kiedy byłam dzieckiem, ten domek nie był niczym więcej niż ulepszoną szopą, wykorzystywaną do przechowywania różnych sprzętów, dopóki tata nie wyremontował jej po śmierci mamy, przekształcając w niewielki dom w obecnej postaci.

Na końcu działki teren opadał w kierunku lasu i potoku. Jakby w każdej chwili mógł stoczyć się między drzewa, zabierając mnie ze sobą w pochłaniającą wszystko ciemność.

Po drugiej stronie posesji, niedaleko drogi, stał dom mojego taty: dom mojego dzieciństwa. Jego też odnowił po śmierci mamy. Nic nie stanowiło takiej inspiracji dla nowego hobby i zainteresowań jak odrobina smutku. Nie istniała bardziej produktywna osoba niż ta, która chciała się czymś zająć.

Ja uciekałam w lektury mamy. Obsesyjnie czytałam jej zbiór książek anatomicznych, pogrzebowych i naukowych. Dzięki jej notatkom na marginesach czułam, że jestem blisko niej. Oglądanie starych zdjęć tego mi nie dawało.

Dzięki temu już w wieku dwunastu lat miałam encyklopedyczną wiedzę na temat procesów rozkładu. Po tym, jak poznała mojego tatę na studiach medycznych, studiowała tanatologię i funeralistykę. Ojciec porzucił karierę lekarza, by pomóc jej otworzyć Dom Pogrzebowy Snowów, gdy ledwo wyrosłam z pieluch.

Od jej śmierci dziesięć lat temu tata prowadził firmę, wprowadzając mnie w arkana sztuki, gdy tylko byłam na tyle duża, by samodzielnie dosięgnąć do górnych chłodziarek.

– Powinnaś mi dziękować. Ta książka ukaże się dopiero za tydzień. Dlatego właśnie w przyszły weekend jadę do Chicago – powiedziała.

– Dzięki, że znalazłaś chwilę w swoim życiu na walizkach, by się ze mną zobaczyć – droczyłam się.

– Być może mogłabym ci załatwić bilet – stwierdziła, sugestywnie unosząc brwi. Malowała je na czerwono, dopasowując do gęstych miedzianych fal włosów.

Dałabym wszystko za takie włosy. Moje proste czarne nie były podatne na kręcenie, nawet gdybym bardzo się starała. Tessa jako wirtualna osobista asystentka mogła pracować skądkolwiek. Z Domu Pogrzebowego czy ze swojego lokum. Zatrudniali ją autorzy książek, które ciągle mi dawała. Co najmniej raz albo dwa razy w miesiącu musiała latać pomagać w spotkaniach autorskich, trasach promocyjnych czy festiwalach.

Nasze życie nie mogło bardziej się różnić.

Ja żyłam w pracy. W ciągu dnia, jeśli mocno wytężyłam wzrok, przez drzewa za oknem mojej sypialni widziałam kostnicę i krematorium.

– Nie sądzę, żeby udało mi się wziąć wolne w tak krótkim czasie. Tata musiałby pracować na dwie zmiany podczas mojej nieobecności.

Westchnęła teatralnie.

– Super, kolejny ekscytujący weekend spędzony na konturowaniu twarzy martwej babci – prychnęła.

– Ktoś musi to robić.

– Tak, ty. Codziennie przez resztę życia, aż przyjdzie twoja kolej, by położyć się na stole.

Wino w moich ustach zrobiło się kwaśne.

Patrzyłam wszędzie, byle nie na nią, nie chcąc, by widziała, jak bardzo jej słowa mnie dotknęły. Kochałam swoją pracę, ale prawdopodobnie najbardziej bałam się, że śmierć po mnie przyjdzie, zanim prawdziwie się nażyję.

Las przed nami, czarna masa pod przyćmionym sierpem księżyca, zdawał się napierać, grożąc, że mnie pochłonie.

Mrugnęłam mocno, odpędzając złudzenie kolejnym długim haustem słodkiego wina.

Nie mogłam po prostu odejść. Tata nie mógł sam prowadzić domu pogrzebowego. Gdybym sobie poszła, musiałby zatrudnić pomoc, na którą nie było nas stać. Zadłużyłby się jeszcze bardziej. Drzwi do Snowów musiałyby zostać zamknięte, a on nie mógł tego zrobić. To było jej dziedzictwo.

Moje zresztą też, czy mi się to podobało, czy nie.

To miejsce: las, strumyk, kostnica, przygotowywanie martwych ciał z tatą. Dzień po dniu. Taki był mój los. Zmusiłam się do kolejnego łyku wina.

– Tesso?

– Tak?

– Po co temu facetowi nóż? – zapytałam, zmieniając temat. Tessa powoli odwróciła się do mnie z diabelskim wyrazem twarzy.

– A jak myślisz?

Jej przebiegły uśmiech trochę mnie przestraszył. Miejmy nadzieję, że do przygotowania pysznej deski wędlin, które będą razem jeść. Nożem można przecież zrobić tylko tyle. To znaczy… chyba że to właśnie robili. Zmarszczyłam brwi, nie chcąc zapędzać się tam myślami, bo to niemożliwe…

Czyżby?

Wybałuszyłam oczy, a Tessa wybuchnęła szaleńczym śmiechem.

– Wiesz co? Przepraszam, że zapytałam. – Przeszedł mnie mimowolny dreszcz. – Dlaczego ty lubisz takie rzeczy?

– Szczerze, po prostu przeczytaj, a też się wciągniesz. Przysięgam.

Byłam pewna, że się myli, ale nie chciałam się kłócić. Po chwili ciszy znów się odezwała.

– Słuchaj – powiedziała, odwracając się, by na mnie spojrzeć, palcem wskazującym wodząc nerwowo wokół brzegu kieliszka. – Jak wygląda martwe ciało?

Wino, które popijałam, wpadło w złą dziurkę. Zachłysnęłam się i odkaszlnęłam, oczy mi łzawiły, starałam się nie rozlać płynu. Śmiech Tessy poniósł się w noc. Z trudem łapałam oddech, nabierając powietrza.

– Wielkie dzięki – prychnęłam, odstawiając kieliszek. Tessa zachichotała.

– Nie no, serio. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale… Poniekąd chciałabym je zobaczyć. To znaczy, jeśli spędzasz z nimi cały dzień, to nie może być takie złe, prawda?

Złe. Śmiertelnie złe. W zależności od tego, jak umarli. Ja byłam przyzwyczajona. Ale Tessa? Nie pozbierałaby się po tym do końca życia.

Pokręciłam głową.

– Dziewczyno, jesteś pijana. Nie chcesz oglądać zwłok.

– Chcę – upierała się, siadając prosto. – Po prostu zabierz mnie do środka i pozwól rzucić okiem.

Jeszcze raz pokręciłam głową.

– Nie. Nic z tego. Zwłoki właśnie się skończyły.

– Em, to jest dosłownie kostnica. Macie trupy w piwnicy, w chłodni czy gdziekolwiek. Sama mówiłaś, że jeden został przywieziony dziś rano i…

– Koniec. Nie pij więcej.

– No weź, Em – nalegała, podnosząc głos do piskliwego jęku.

Zastygłam, patrząc na nią. Może i zachowywała lekki ton, ale jej zielone oczy były skupione. Mówiła poważnie.

Zmarszczyłam brwi.

– Chcę tylko zerknąć, jak wygląda, a potem od razu wrócimy.

Naprawdę? Wygląd zależy wyłącznie od tego, jak zmarli.

Wypadki drogowe? Koszmar. Czasami rozerwani na strzępy albo bez głowy.

To samo z samobójstwami, w zależności od metody.

Jeśli ma się szczęście umrzeć we śnie, przynajmniej wygląda się dobrze jako trup, o ile to ma jakieś znaczenie. Wtedy dosłownie wygląda się, jakby się spało. Bladość, śmiertelna bladość. Kończyny siniały, ciało stawało się grudkowate i zimne, ale ogólnie jak we śnie.

Dom Pogrzebowy Snowów to mała rodzinna firma, więc miesięcznie mieliśmy do czynienia tylko z około czterdziestoma zwłokami. Ale przez ten czas widziałam już wszystko. Najtragiczniejsze w martwych ciałach było to, że w ostatecznym rozrachunku każde z nich było tylko kawałem mięsa.

– No cóż, po śmierci ciała puchną. Tak bardzo, że wydają się na dwa razy większe niż za życia. Wtedy zaczynają śmierdzieć i pojawiają się owady. Potem wszystko, co nie jest włosami, kośćmi ani chrząstkami, zmienia się w breję – powiedziałam, trzepocząc rzęsami. – Czy piszą o tym w książkach, które tak lubisz?

Tessa zadrżała, z trudem przełykając ślinę.

– N-nie, zazwyczaj pomijają tę część – odpowiedziała. Dobry wybór. Ja też bym tak zrobiła. Podniosłam pustą butelkę po winie i wstałam, zaspokoiwszy chorobliwą ciekawość przyjaciółki.

– Zaraz wracam.

Wślizgnęłam się do cichego, ciepłego wnętrza mojego domku. Ogień w piecyku wciąż się żarzył, przez co łagodna noc na tarasie wydawała się chłodniejsza, niż była w rzeczywistości.

Wkrótce będzie na tyle ciepło, że nie będę potrzebować pieca w nocy. Przeszłam przez salon do kuchni, by zabrać drugą butelkę wina. Pozostałości po naszej kolacji, ugotowanej na małej dwupalnikowej kuchence, wypełniały zlew, a liczba naczyń wydawała się rosnąć w zastraszającym tempie, gdy tylko miałam towarzystwo.

Tessa zawsze u nas nocowała, żeby podróż miała sens. Mieszkaliśmy dwadzieścia pięć minut drogi od miasta, a ona miała większą swobodę przemieszczania się, dlatego to tutaj spędzałyśmy babskie wieczory. Dość często, ku jej przerażeniu.

Ze swoimi jasnymi włosami i jeszcze jaśniejszą osobowością nie pasowała do kostnicy, gdzie większość ludzi była martwa lub blisko śmierci. Przyjaźniłyśmy się od czwartej klasy, więc czynnik grozy charakterystyczny dla tego miejsca w jej przypadku nie miał już znaczenia.

O wiele trudniej było przekonać mojego byłego, Cody’ego, żeby tu przyjeżdżał, ale zazwyczaj obietnica seksu wystarczała, by przymknął oko na to, że były tu ciała.

Wróciłam na taras z winem, odkręciłam korek i najpierw nalałam dla niej kieliszek.

– Czy twój tata się zgodzi, jeśli go o to poproszę? – zapytała. Otworzyłam usta, by dowiedzieć się, o co chciałaby go zapytać, a potem westchnęłam, przypominając sobie, na czym to skończyłyśmy, zanim weszłam do środka. Nie odpuszczała.

– Nie, raczej nie – odpowiedziałam szczerze. – Dlaczego w ogóle chcesz zobaczyć trupa?

– Nie wiem. – Tess wzruszyła ramionami, kręcąc winem w kieliszku. – Po prostu jestem ciekawa. Byłam na pogrzebach, ale nigdy nie widziałam otwartej trumny. A ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką i pracujesz z nimi cały dzień. Chyba chcę zobaczyć, co robisz. A poza tym – przerwała, pokazując na książkę na stole – to zdecydowanie się przyczyniło.

Zmarszczyłam brwi. To się w żaden sposób nie trzymało kupy. Co, do cholery, było w tej książce? O czym ona czytała? O pieprzonych psycholach, którzy wiązali dziewczyny i przykładali im noże do brzuchów? Aha i nie zapominajmy też o truposzach?

– Przerażasz mnie – zażartowałam z uniesionymi brwiami, a ona parsknęła śmiechem w odpowiedzi.

– Nie zniechęcaj mnie – drażniła się. – A jeśli ktoś ma się bać, to zdecydowanie ja. Ty dotykałaś więcej martwych facetów niż żywych.

– Auć. – Wzdrygnęłam się, rozmyślając o moim nieistniejącym życiu miłosnym, które tata równie dobrze mógłby wrzucić do spalarni wraz z ostatnim nieznajomym.

– To, że lubię jak coś więcej się dzieje w romansach, nie robi ze mnie większej dziwaczki niż ty.

Tessa spojrzała na mnie przez przymknięte powieki.

– Poza przygotowywaniem zwłok co ty jeszcze w ogóle tu robisz?

– Wiesz, co robię. Pomagam przy sekcjach. Balsamuję. Przygotowuję ciała do wystawienia. Muszę rozmawiać z…

– Tak, to wiem, ale zachowujesz się, jakbyś miała zbyt napięty grafik, żeby przeczytać jedną marną trzystustronicową książkę. Ledwo przyjeżdżasz do miasta, żeby się ze mną zobaczyć, a teraz z nikim się nie spotykasz…

Wyjątkowo głośny świergot świerszcza wypełnił ciszę.

Nie musiała mi tego wytykać, ale jak przystało na osobę mieszkającą w Domu Pogrzebowym Snowów, wychodziłam pewnie równie rzadko, co trupy.

– Powiedziałam, że przeczytam tę cholerną książkę – rzuciłam, podnosząc ją i z westchnieniem obserwując mroczną czerwono-czarną okładkę.

– Może poczytaj na zewnątrz, na słońcu.

Trzepnęłam ją tomem.

– Chcesz też powiedzieć, że teraz jestem blada?

– Bez urazy, ale wyglądasz jak Morticia Addams z lat sześćdziesiątych – stwierdziła, a ja przygryzłam policzek od środka, próbując się jej odciąć, ale bezskutecznie.

Nie mogłam się sprzeczać w tej kwestii. Każdy, kto kiedykolwiek uważał, że wyglądam jak aktorka, która grała Morticię Addams, a potem mówił: „Tak, to ma sens”, kiedy wyjaśniałam, czym się zajmuję, zgodziłby się z nią.

Carolyn Jones była przepiękna i doceniałam komplement, ale wyglądałam jak ona tylko wtedy, gdy bardzo mocno mrużyło się oczy. Odłożyłam lekturę i spojrzałam na godzinę na telefonie.

Trzydzieści osiem minut po północy.

– Tata mówił, żeby nigdy nie wchodzić do kostnicy po północy, ale…

Jebać to.

Zmrużyłam oczy, patrząc na Tess, a wino mieszające się z krwią w moich żyłach szeptało: „Dlaczego, do cholery, nie?”.

– Na pewno chcesz zobaczyć martwe ciało? – zapytałam. – Bo tego nie da się odzobaczyć.

Tessa zrobiła wielkie oczy znad krawędzi kieliszka.

– Poważnie?

– Tak, wygrałaś.

Wstałam, zostawiając ją w tyle, by mnie dogoniła, a sama odstawiłam wino i założyłam buty, kierując się w stronę kostnicy.

– Pospiesz się, zanim zmienię zdanie.

Tessa podniosła się i ruszyła za mną po schodach ganku. Kostnica położona była na łagodnym wzniesieniu obok mojego domku.

– Musisz być cicho, dobrze? – rzuciłam przez ramię.

– Dlaczego? – Tessa zachichotała. – Obudzą się, jeśli będę za głośno?

Niestety nie. To mogłoby dać trochę niezbędnej ekscytacji, ale musiałabym się doczekać apokalipsy zombie.

– Nie, ale tata może.

Odkąd pamiętam, ostrzegał mnie przed wchodzeniem do kostnicy po północy. To był tylko idiotyczny przesąd, ale nie buntowałam się. Spędzałam tam wystarczająco dużo czasu w ciągu dnia, żeby wieczorami nie mieć ochoty na towarzystwo trupów.

Mogłam złamać zasady ten jeden raz.

Zakradałyśmy się na palcach wzdłuż żywopłotu za domem, w którym się wychowałam, pochylając się, gdy szłyśmy przez żwirowy podjazd w kierunku głównego budynku.

Podekscytowana Tess chichrała się, więc uciszyłam ją ostro, chociaż wino sprawiło, że trudno było nie śmiać się razem z nią. W sumie nie wchodziłyśmy nielegalnie na czyjś teren. Tak naprawdę to nie łamałyśmy żadnych praw. Nie dało się włamać do budynku, którego było się właścicielem.

– Ćśś? – wyszeptałam, nie mogąc powstrzymać się od zduszonego śmiechu.

– Sorki!

Dotarłyśmy na tyły kostnicy. Klucze nadal miałam w kieszeni, odkąd zamknęłam ją o osiemnastej, i sięgnęłam po nie, ale wtedy zauważyłam smugę światła przesączającą się przez szczeliny solidnych metalowych drzwi. Były otwarte.

Po kręgosłupie przeszedł mi dreszcz, wzdrygnęłam się.

Czy tata je tak zostawił? Nigdy by nie zapomniał zamknąć kostnicy. Czy wciąż był w środku? Może jakaś ostatnia dostawa?

– Na co czekasz? – Tess szepnęła głośno, a ja przełknęłam ślinę, próbując sobie przypomnieć, czy wychodząc, zamknęłam drzwi, ale nie pamiętałam.

– Em?

Pchnęłam drzwi i weszłam do środka, zakładając, że to ja zostawiłam je otwarte, i dziękując losowi, że Tessa wpadła na idiotyczny pomysł, żeby zobaczyć martwe ciało, zanim tata zauważyłby moją wpadkę. Nie po raz pierwszy.

Pokonując krótki dystans do schodów, które prowadziły do chłodni w podziemiach, usłyszałam stukot. Zamarłam, już miałam zapytać Tessę, czy też to słyszała, ale jej dłoń zaciskająca się na moim ramieniu jak imadło mówiła, że tak. Wypchnęłam ją z powrotem na zewnątrz.

– Co to, kurwa, było?! – krzyknęła szeptem, gdy byłyśmy już na dworze. Powstrzymałam się przed powiedzeniem, że duch.

– Takie rzeczy czasami się zdarzają. Pójdę i sprawdzę.

Chwyciła mnie za ramię, ciągnąc.

– Co to znaczy, że „takie rzeczy się zdarzają”? – Wyrwałam się z zaskakująco silnego uścisku i spojrzałam w jej szeroko otwarte oczy.

– Poczekaj tutaj – nalegałam. – To prawdopodobnie nic takiego. Pamiętaj, że tam i tak wszyscy są martwi.

Niepewna mina została, ale przynajmniej nie miażdżyła już mojego ramienia.

Cholera. Jeśli kolejny szop wdarł się do środka, tata mnie zabije. Gdybym tylko dostała się do schowka przy schodach, chwyciłabym za miotłę i wypłoszyła go.

– Em, nie zostawiaj mnie tu samej – wysyczała Tess, gdy weszłam z powrotem do środka.

– Wrócę za jakieś dwie sekundy, uspokój się.

Przygotowując się na atak dzikiego szopa, bezszelestnie zeszłam po schodach. Przytłumione światło prześwitywało przez szpary otwartych drzwi do chłodni. Szopy na bank nie umiały otwierać drzwi, prawda?

W takim razie późnonocna dostawa. To musiało być to. Nie były to rzadkie przypadki. Zmarli nie zawsze przestrzegali godzin pracy, a nasz zakład pogrzebowy wybierano w pierwszej kolejności, gdy szpital był przepełniony.

– Kto to był? – zapytał mój tata, dźwięk był odległy, stłumiony przez drzwi.

– Może sam go zapytasz i się dowiesz – odparł sarkastycznie głęboki głos.

Zesztywniałam, stopa zawisła nad kolejnym schodkiem.

To nie był mój ojciec. Szok ustąpił miejsca natychmiastowej ciekawości i nie mogłam się powstrzymać przed zejściem po kolejnych stopniach, na tyle blisko, by zajrzeć do pomieszczenia.

Pot spłynął mi po skroniach, gdy go zobaczyłam. Nie ojca.

Jego.

Właściciela drugiego głosu.

Imponujący, wysoki ciemnowłosy mężczyzna wypchnął wózek z chłodni. Zbudowany z cieni i ostrych linii, podbródek i szczękę miał zarośnięte, włosy w większości zaczesane do tyłu, ciemnobrązowy kosmyk opadał na gładkie czoło.

Przekręcił głowę w bok i zaschło mi w ustach na widok głębokiej czerni tuszu oplatającego jedną stronę jego szyi. Nieznajomy miał na sobie dopasowaną koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci, odsłaniającej jeszcze więcej pokrytej atramentem skóry, aż po knykcie każdego palca.

Może i jego głos wbił mnie w ziemię, ale to widok jego twarzy wyssał mi całe powietrze z płuc. Jego kości policzkowe, nos i brwi podkreślały twarde, męskie linie. Z tego miejsca nie mogłam dostrzec koloru jego oczu, ale były surowe, przenikliwe, osadzone pod prostymi, ciemnymi brwiami. Szczęka nadawała jego twarzy niemal królewską prezencję.

Bezgłośnie zamknęłam rozdziawione usta, poruszając żuchwą, kiedy na szyję i policzki wystąpił mi rumieniec.

Jego ognista energia zdawała się wypaczać wszystko wokół; plącząc myśli i wyginając metal. Chciałam się od niego odsunąć, ale nie mogłam się ruszyć.

Wyglądał może na trzydzieści lat? Nie tak stary jak mój tata, ale na pewno starszy ode mnie. Pytania o niego rozbrzmiewały w mojej głowie tak głośno, że nie zauważyłam, że na wózku, który pchał, znajduje się ciało.

Czy miało zostać zabalsamowane? A jeśli tak, to dlaczego ten facet pchał wózek? Co on tu ogóle robił?

Zwłoki były wciąż ubrane i nie zdążyły zostać umyte. Nie dostrzegłam nawet opaski identyfikacyjnej na palcu.

Zrobiło mi się gorąco, zacisnęłam zęby.

Coś było nie tak.

Wyjęłam telefon z kieszeni, gotowa zadzwonić na policję. Ale nie, nie mogłam tego zrobić, tam był mój tata.

Gwałtowny dreszcz niepokoju przeszył mi kręgosłup, wywołując zimny pot na klatce piersiowej, gdy drżącą dłonią wsunęłam telefon z powrotem do kieszeni i z trudem przełknęłam ślinę.

– Tak się umówiliśmy – powiedział mężczyzna o głębokim głosie i zdałam sobie sprawę, że odpowiada na pytanie taty, którego nawet nie słyszałam, zbyt ogłuszona własnym zdenerwowaniem. Szum w uszach powoli ustępował.

– Chciałbym renegocjować warunki. To właśnie robią partnerzy biznesowi, prawda?

– Myślisz, że jesteśmy partnerami? – zapytał.

Słysząc podtekst tych słów, zadrżałam, ale szorstki dźwięk jego głosu spowodował, że się skrzywiłam. Ta twarda nuta była równie pociągająca, co niebezpieczna. Kim był ten facet?

– Ale my…

– Myślałeś, że przyszedłem tu dziś wieczorem, by rozmawiać z tobą o opłacie za utylizację, grabarzu?

Utylizacja…

Co?

Ciała były grzebane, kremowane, składane do grobu; różne rzeczy.

Zazwyczaj ich nie „utylizowano”, chyba że trzeba było je ukryć. Poderwałam się na nogi i ruszyłam w górę po schodach, jego słowa goniły mnie, gdy biegłam.

Wypadłam przez drzwi, dysząc. Tessa, która kucała oparta z tyłu budynku, podniosła się.

– Jesteś, myślałam, że już…

– Musisz wrócić do domku – wykrztusiłam.

– Co? Dlaczego? – Mina jej zrzedła.

Ponieważ w kostnicy mojego taty „utylizowano” ciało.

– By-było… jest ciało. W ostatniej chwili przywiezione ze szpitala – jąkałam się, kłamstwo cisnęło mi się na usta, choć wcale nie chciałam go wypowiedzieć.

– Żartujesz sobie?

– Potrzebują go na jutro.

Tessa zmarszczyła brwi. Nie cierpiałam jej okłamywać, ale sama nie wiedziałam, na co trafiłam tam na dole. Nie mogła tego zobaczyć. Nie mogła być częścią tego, co tam się działo.

– Czy w szpitalach nie ma kostnic? Ludzie umierają tam cały czas.

Szybko zerknęłam przez ramię, tak zdenerwowana, że mogłabym przysiąc, że coś usłyszałam.

– Czasami są przepełnione, a my jesteśmy blisko – powiedziałam, nie do końca kłamiąc. – Muszę pomóc tacie. Wrócę tak szybko, jak tylko będę mogła.

– Za dużo pracujesz – mruknęła, zakładając poły swojej skórzanej kurtki, drżąc lekko z chłodu wyczuwanego w powietrzu, gdy się odwróciła.

– Skończę wino, jeśli się nie pospieszysz – zawołała, a ja czekałam, aż zniknie z pola widzenia, prawie dochodząc do domku, zanim weszłam z powrotem do środka.

Serce waliło mi jak oszalałe, gdy przekroczyłam próg, wciągając głęboko powietrze, by stłumić niepokój w żołądku.

Tam, gdzie powinny być schody, stał mężczyzna.

Cofnęłam się z cichym sapnięciem, spinając mięśnie, a strach ścisnął mi gardło tak mocno, że prawie się udławiłam.

Jego ręce, teraz zakrwawione, zwisały po bokach. Ramiona, na tyle szerokie, że prawie wypełniały przejście na schody, sprawiały, że z bliska wyglądał jeszcze bardziej imponująco. Emanował magnetyzmem, odpychając i przyciągając mnie jednocześnie. Przyciągał mnie jak ćmę do płomienia. Sprawiał, że chciałam uciekać jak ofiara przed drapieżnikiem.

Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, upiornie spokojne, z wyjątkiem uniesionej brwi.

– A kim ty jesteś, owieczko? – mruknął. Ten głos owionął mnie, sprawiając, że zacisnęłam zęby. Stanęłam pewnie, wyprostowałam się, by spojrzeć mu w oczy, i uniosłam podbródek. Bałam się jak cholera, ale niech mnie diabli, jeśli dam mu to po sobie poznać.

– Emily Snow – powiedziałam, a mój głos zabrzmiał pewniej, niż powinien przy pulsowaniu w uszach. – A ty kim, do cholery, jesteś?

Z daleka wyglądał na przystojniaka. Półtora metra ode mnie był oszałamiająco piękny. Twardy i nieugięty, ale perfekcyjnie zbudowany, jak koronkowa kamienna rzeźba. Jego oczy w świetle jarzeniówek były tak jasne, że wyglądały na przezroczyste.

– Ja tu, kurwa, mieszkam – dodałam.

Uniósł lekko brwi i wygiął wargę. Nabijał się ze mnie? Był rozbawiony?

– Przedstawiłam ci się, a ty kim jesteś?

Uśmiechnął się lekko, a mięsień w mojej szczęce się napiął.

– Duchem.

Odwrócił się i zszedł po schodach.

Kiedy w końcu oderwał ode mnie wzrok, całe moje ciało się rozluźniło.

Jebanym duchem?

Wpatrywałam się w schody za nim. Wszedł do podziemi, jakby był właścicielem tego miejsca. Ojciec by się zesrał, gdybym poszła za nim, wbiłam więc paznokcie głęboko w dłonie, by powstrzymać się od tego. Kimkolwiek był, miał więcej przywilejów pogrzebowych niż ja.

Nasłuchiwałam przez chwilę, na tyle długo, by usłyszeć głos taty, który z nim rozmawiał. By mieć pewność, że krew na jego rękach należy do zwłok mężczyzny na wózku, a nie do mojego ojca.

Przeszedł mnie dreszcz, gdy obróciłam się na pięcie i wyszłam z budynku. Objęłam się ramionami, szczękając zębami i próbując roztopić lód w żyłach.

Rozdział 2

Ruarc

Krew.

Była wszędzie.

Przyjrzałem się zaschniętej plamie na lewym łokciu. Najpierw podwinąłem rękawy, ale i tak kolejna koszula Brioni została zniszczona. Nie miałem wątpliwości, że straty w garniturach i koszulach liczyły się już w dziesiątkach tysięcy. Powinienem był wysłać temu skurwielowi rachunek, zanim go zabiłem. Albo zainwestować w akcje Brioni.

– Zadzwoń do właściciela zakładu pogrzebowego – rozkazałem Nixonowi.

– Zdziwiłbym się, gdyby jeszcze nie poszedł spać – zażartował.

Wściekły i nadal wstrząśnięty po zabójstwie spojrzałem na Nixona z kamienną twarzą, a on w reakcji na mój brak poczucia humoru wzniósł oczy do nieba.

Drobny siwowłosy mężczyzna, który zarządzał Domem Pogrzebowym Snowów, w najmniejszym stopniu nie zasługiwał na swój tytuł. Nie wyglądał jak facet z zakładu, który odprawia ostatnie rytuały; bardziej przypominał jedną z myszy mieszkających pod drewnianą podłogą budynku.

– Pozbywamy się go od razu? – zapytał, kucając obok zakrwawionej miazgi sutenerskiego gnoja.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział 3

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Emily

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Ruarc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Emily

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORCE

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Twisted Devotion

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Marta Stochmiałek

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Wojciech Bryda

Zdjęcia na okładce: © Matrioshka / Stock.Adobe.com

Copyright © 2023 Poppy St. John

Copyright © 2026 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-607-8

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Sierra Simone, Honey cut

PROLOG

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

EPILOG

O AUTORCE

Karta redakcyjna