Siedem śmierci Evelyn Hardcastle - Stuart Turton - ebook + audiobook

57 osób właśnie czyta

Opis

O jedenastej wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana.

Masz osiem dni i osiem wcieleń.

Pozwolimy ci odejść pod warunkiem, że odkryjesz, kto jest zabójcą.

Zrozumiano? W takim razie zaczynamy…

 

Evelyn Hardcastle będzie umierać każdego dnia, aż do momentu, gdy ktoś odkryje, kim jest jej zabójcą.

Wśród gości zaproszonych do Blackheath jest kilku ludzi, którzy próbują to zrobić. Nie mają równych szans ani równych możliwości. Stale przeżywają ten sam dzień, usiłując rozwiązać zagadkę, lecz każdy wieczór nieubłaganie przeszywa dźwięk wystrzału z rewolweru…

Jeśli Aiden Bishop nie zwycięży w wyścigu o odkrycie tożsamości mordercy, nigdy nie opuści posiadłości. Ma osiem szans: każdego ranka przez osiem dni obudzi się w ciele innego gościa... Jeśli nie uda mu się znaleźć zabójcy, cały cykl zacznie się od początku. I znów będzie musiał odkrywać, kim są jego przeciwnicy i który z nich pod eleganckim ubraniem skrywa śmiertelnie ostry nóż…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 615

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 5 min

Lektor: Maciej Kowalik

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Strona redakcyjna

Dedykacja

1. Dzień pierwszy

2

3

4

5

6

7

8

9. Dzień drugi

10. Dzień trzeci

11. Dzień czwarty

12

13. Dzień drugi (ciąg dalszy)

14. Dzień czwarty (ciąg dalszy)

15

16

17

18

19

20

21. Dzień drugi (ciąg dalszy)

22. Dzień piąty

23

24

25

26

27. Dzień drugi (ciąg dalszy)

28. Dzień piąty (ciąg dalszy)

29

30

31

32. Dzień szósty

33. Dzień drugi (ciąg dalszy)

34. Dzień szósty (ciąg dalszy)

35

36

37

38

39. Dzień drugi (ciąg dalszy)

40. Dzień szósty (ciąg dalszy)

41

42. Dzień drugi (ciąg dalszy)

43. Dzień siódmy

44

45

46

47

48

49

50

51

52. Dzień trzeci (ciąg dalszy)

53. Dzień ósmy

54

55

56

57. Dzień drugi (ciąg dalszy)

58. Dzień ósmy (ciąg dalszy)

59

60

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY

Na dzisiejszym balu ktoś zostanie zamordowany. Nie będzie to wyglądało na zabójstwo, więc sprawcy nie złapią. Jeśli naprawi pan tę niesprawiedliwość, pokażę panu wyjście.

Korytarze posiadłości Blackheath kryją mordercę. Jego ofiarą codziennie wraz z wybiciem jedenastej wieczorem pada Evelyn Hardcastle – piękna córka gospodarzy. Evelyn będzie umierać w nieskończoność – chyba że ktoś odkryje, kim jest jej zabójca.

Wśród gości zaproszonych do Blackheath jest kilku ludzi, którzy próbują to zrobić. Nie mają równych szans ani równych możliwości. Stale przeżywają ten sam dzień, usiłując rozwiązać zagadkę, lecz każdy wieczór nieubłaganie przeszywa dźwięk wystrzału z rewolweru…

Jeśli Aiden Bishop nie zwycięży w wyścigu o odkrycie tożsamości mordercy, nigdy nie opuści posiadłości. Ma osiem szans: każdego ranka przez osiem dni obudzi się w ciele innego gościa… Jeśli nie uda mu się znaleźć zabójcy, cały cykl zacznie się od początku. I znów będzie musiał odkrywać, kim są jego przeciwnicy i który z nich pod eleganckim ubraniem skrywa śmiertelnie ostry nóż…

STUART TURTON

Dziennikarz piszący głównie o podróżach. Pracował jako wolny strzelec w Szanghaju i Dubaju. Siedem śmierci Evelyn Hardcastle jest jego debiutancką powieścią. Po jej wydaniu napisał opowiadania, które doceniono w kilku konkursach literackich. Mieszka z żoną w zachodnim Londynie. Jeśli właśnie nie marszczy czoła, łatając dziury w jakieś nowej fabule, zapewne wspina się, nurkuje, świetnie się bawi lub zaginął w głuszy na jakimś odległym lądzie. Niewątpliwie co najmniej trzy z tych rzeczy robi dokładnie w tym samym czasie.

Tytuł oryginału:

THE SEVEN DEATHS OF EVELYN HARDCASTLE

Copyright © Stuart Turton 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Łukasz Praski 2019

Redakcja: Marta Gral

Ilustracje na okładce: iStockphoto/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: David Mann

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-532-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Moim rodzicom, którzy dali mi wszystko, nie prosząc w zamian o nic. Siostrze, pierwszemu i najbardziej zagorzałemu spośród moich czytelników, wliczając w to trzmiele.I żonie, bo to dzięki jej miłości, słowom otuchy i radom, żebym od czasu do czasu unosił wzrok znad klawiatury, ta książka to coś znacznie więcej, niż mogłem przypuszczać.

Serdecznie zapraszamy do Blackheath House na

BAL MASKOWY

Gospodarze, rodzina Hardcastle

Lord Peter Hardcastle & lady Helena Hardcastle

&

ich syn Michael Hardcastle

oraz córka Evelyn Hardcastle

– Znakomici goście –

Edward Dance, Christopher Pettigrew & Philip Sutcliffe,

adwokaci rodziny

Grace Davies & jej brat, Donald Davies, osoby z towarzystwa

Komandor porucznik Clifford Herrington, oficer marynarki (w st. spoczynku)

Millicent Derby & jej syn, Jonathan Derby, osoby z towarzystwa

Daniel Coleridge, zawodowy gracz

Lord Cecil Ravencourt, bankier

Jim Rashton, funkcjonariusz policji

Doktor Richard (Dickie) Acker

Doktor Sebastian Bell

Ted Stanwin

– Służba domowa –

Roger Collins, kamerdyner

Pani Drudge, kucharka

Lucy Harper, główna pokojówka

Alf Miller, masztalerz

Gregory Gold, artysta rezydent

Charles Cunningham, pokojowy lorda Ravencourta

Madeline Aubert, pokojówka Evelyn Hardcastle

Uprzejmie prosimy wszystkich gości, aby powstrzymali się od rozmów na temat Thomasa Hardcastle’a i Charliego Carvera, gdyż rodzina nadal jest pogrążona w smutku z powodu tragicznych wydarzeń z ich udziałem

1Dzień pierwszy

Między kolejnymi krokami zapominam wszystko.

– Anno! – krzyczę i zaskoczony zamykam usta.

W głowie mam pustkę. Nie wiem, kim jest Anna ani po co ją wołam. Nie wiem nawet, jak się tu znalazłem. Stoję w lesie, osłaniając oczy przed drobnym deszczem. Serce mi łomocze, nogi dygoczą i cuchnę potem. Pewnie biegłem, ale nie pamiętam dlaczego.

– Jak to… – urywam na widok własnych dłoni. Są kościste, brzydkie. Dłonie kogoś obcego. W ogóle ich nie poznaję.

Czując pierwszy przypływ paniki, staram się wygrzebać z pamięci coś o sobie: nazwisko krewnego, adres, wiek, cokolwiek, ale nic mi się nie przypomina. Nie mam choćby imienia. Nawet wspomnienie sprzed kilku sekund znika bez śladu.

Czuję ucisk w gardle, mój oddech staje się szybszy i głośniejszy. Las zaczyna mi wirować w oczach, poznaczony czarnymi kropkami.

Spokojnie.

– Nie mogę oddychać – udaje mi się wykrztusić. Krew huczy mi w uszach i osuwam się na ziemię, wbijając w nią palce.

Możesz oddychać, musisz się tylko uspokoić.

Beznamiętny, autorytatywny ton tego wewnętrznego głosu przynosi ulgę.

Zamknij oczy, posłuchaj lasu. Weź się w garść.

Posłusznie zaciskam powieki, słyszę jednak tylko swoje paniczne rzężenie. Przez długą chwilę zagłusza wszystkie inne dźwięki, ale powoli, bardzo powoli udaje mi się wydrążyć dziurę w otaczającym mnie murze przerażenia i wpuścić przez nią inne odgłosy. Szmer kropli deszczu spadających na liście, szelest kołyszących się gałęzi. Gdzieś po prawej płynie strumyk, z drzew z trzepotem skrzydeł podrywają się do lotu wrony. Coś pomyka w zaroślach, słychać miękki tupot króliczych łapek, blisko, na wyciągnięcie ręki. Cierpliwie, jedno po drugim, łączę ze sobą te nowe wspomnienia, by w końcu uzbierać pięć minut przeszłości, których mogę się uchwycić. Wystarczy, by powstrzymać panikę, przynajmniej na razie.

Niezgrabnie dźwigam się na nogi i zdumiewa mnie mój wzrost; dziwię się, z jakiej wysokości spoglądam na ziemię. Lekko się chwieję, otrzepuję spodnie z mokrych liści i po raz pierwszy uświadamiam sobie, że jestem w smokingu i koszuli poplamionej błotem i czerwonym winem. Musiałem być na jakimś przyjęciu. Mam puste kieszenie i jestem bez płaszcza, nie mogłem więc wywędrować za daleko. Pocieszająca myśl.

Światło wskazuje na to, że jest ranek, czyli prawdopodobnie błąkałem się tu przez całą noc. Nikt się tak nie stroi, żeby spędzić wieczór samotnie, a to oznacza, że ktoś musiał zauważyć moje zniknięcie. Za tymi drzewami na pewno jest jakiś dom, gdzie chyba już wszczęto alarm i ruszają na poszukiwania. Prześlizguję się wzrokiem po gęstwinie, jak gdybym się spodziewał, że spomiędzy liści wyłonią się moi przyjaciele, poklepią mnie po ramieniu i sypiąc delikatnymi żarcikami, odprowadzą do domu; ale marzenia nie pokażą mi drogi wyjścia z lasu, a nie mogę włóczyć się po nim, licząc na ratunek. Drżę i szczękam zębami. Muszę się ruszyć, choćby po to, żeby się ogrzać. Widzę tylko drzewa. Nie mam pojęcia, czy idę w stronę, z której nadejdzie pomoc, czy w przeciwną, i zapuszczam się jeszcze dalej w las.

Nie wiedząc, co począć, wracam do ostatniej sprawy zaprzątającej uwagę człowieka, którym byłem.

– Anno!

Kimkolwiek jest ta kobieta, nie ulega wątpliwości, że to z jej powodu znalazłem się w lesie, ale nie potrafię jej sobie wyobrazić. Może jest moją żoną albo córką? Nie wydaje mi się, mimo to wyczuwam w tym imieniu jakąś siłę przyciągania. Jak gdyby próbowało zaprowadzić dokądś moje myśli.

– Anno! – wołam bardziej z rozpaczą niż z nadzieją.

– Na pomoc! – odpowiada mi krzyk kobiety.

Szukam głosu, obracając się w koło, aż kręci mi się w głowie, w końcu między drzewami w oddali dostrzegam sylwetkę kobiety w czarnej sukni, która biegnie co sił w nogach. Po kilku sekundach widzę przedzierającego się przez gęstwinę jej prześladowcę.

– Halo, stać! – wołam, ale mój głos jest znużony i słaby; ginie stratowany ich nogami.

Szok mnie paraliżuje i zanim udaje mi się ruszyć w pogoń, niemal tracę tych dwoje z oczu. Gnam z szybkością, o jaką nie podejrzewałem obolałego ciała. Mimo niezwykłego pośpiechu cały czas mnie wyprzedzają.

Pot ścieka mi z czoła, nogi, które już były słabe, stają się coraz cięższe, aż wreszcie odmawiają posłuszeństwa i jak długi padam w błoto. Gramolę się przez liście i podnoszę w tej samej chwili, gdy rozlega się przerażony krzyk kobiety. Wypełnia las i nagle milknie, przerwany strzałem z broni.

– Anno! – krzyczę z rozpaczą. – Anno!

Odpowiadają mi cisza i zamierające echo huku wystrzału.

Trzydzieści sekund. Tyle właśnie się wahałem, gdy ją zauważyłem, i tyle drogi dzieliło mnie od niej, kiedy została zamordowana. Pół minuty niezdecydowania, trzydzieści sekund, które wystarczyły, by ją stracić.

U moich stóp leży spora gałąź. Podnoszę ją i na próbę biorę zamach, dodając sobie otuchy jej ciężarem i dotykiem szorstkiej kory. Na niewiele mi się zda przeciwko człowiekowi uzbrojonemu w pistolet, ale lepsze to niż chodzenie po lesie z pustymi rękami. Ciągle dyszę, ciągle drżę po wyczerpującym biegu, ale wyrzuty sumienia pchają mnie w stronę, z której dobiegł krzyk Anny. Uważając, żeby nie robić za dużo hałasu, odsuwam wiszące nisko gałęzie i szukam tego, czego tak naprawdę nie chcę zobaczyć.

Z lewej dobiega trzask suchych gałązek.

Wstrzymuję oddech i nasłuchuję.

Znowu ten dźwięk – liście i gałęzie chrzęszczą pod stopami kogoś, kto podchodzi do mnie z tyłu.

Krew ścina mi się w żyłach i kamienieję. Boję się obejrzeć przez ramię.

Chrzęst jest coraz bliżej, tuż za plecami słyszę płytki oddech. Miękną mi nogi, gałąź wypada z rąk.

Zmówiłbym modlitwę, nie pamiętam jednak słów.

Moją szyję oblewa ciepło oddechu. Czuję zapach alkoholu i papierosów, woń niemytego ciała.

– Na wschód – chrypi mężczyzna, wsuwając mi do kieszeni coś ciężkiego.

Oddala się, jego kroki cichną w głębi lasu, a ja opadam na ziemię i przyciskam do niej czoło, wdychając zapach mokrych liści i zgnilizny. Po policzkach płyną mi łzy.

Żałosne uczucie ulgi, nędzne tchórzostwo. Nie umiałem nawet spojrzeć prześladowcy w oczy. Co ze mnie za mężczyzna?

Mija kilka minut, zanim strach słabnie na tyle, że mogę ruszyć dalej, ale nawet wtedy muszę się oprzeć o pobliskie drzewo, by odpocząć. W kieszeni kołysze się prezent od mordercy, więc mimo obaw, co tam znajdę, zanurzam w niej dłoń i wyjmuję srebrny kompas.

– O! – mówię zdziwiony.

Szkło jest pęknięte, metal porysowany, a na spodzie widzę wygrawerowane inicjały SB. Nie wiem, co oznaczają, lecz polecenie zabójcy było jasne. Mam z niego skorzystać, żeby iść na wschód.

Z poczuciem winy patrzę na las. Ciało Anny jest pewnie niedaleko, boję się jednak reakcji mordercy, gdybym je odnalazł. Może żyję właśnie dlatego, że nie podszedłem bliżej. Naprawdę chcę sprawdzić granice jego litości?

Przy założeniu, że to rzeczywiście litość.

Bardzo długo wpatruję się w drgającą igłę kompasu. Niewielu rzeczy jestem już pewien, wiem jednak, że mordercy nie okazują litości. Bez względu na zamiary tego człowieka nie mogę wierzyć w jego rady i nie mogę ich słuchać, ale jeżeli tego nie zrobię… Jeszcze raz rozglądam się po lesie. W każdą stronę wygląda tak samo, bezkresna ściana drzew pod nieprzyjaznym niebem.

Jak bardzo trzeba się zagubić, żeby pozwolić diabłu wskazać sobie drogę do domu?

Uznałem, że właśnie tak, jak ja się zagubiłem.

Odsuwam się od drzewa i kładę kompas na otwartej dłoni. Tęsknie wskazuje północ, więc kieruję się na wschód, na przekór podmuchom zimnego wiatru, który wieje mi w twarz, na przekór całemu światu.

Nadzieja mnie opuściła.

Jestem w czyśćcu i nie wiem nic o grzechach, które mnie tu przywiodły.

2

Gdy kierując się wskazaniem kompasu, idę przez las, wiatr wyje, a deszcz, który tymczasem przybrał na sile, siecze przez gałęzie drzew z taką siłą, że krople odbijają się od ziemi do wysokości kostek.

W mroku miga mi jakaś barwna plama, więc ruszam w jej stronę. Widzę czerwoną chustkę przybitą gwoździem do drzewa – pewnie pozostałość po jakiejś zapomnianej dziecięcej zabawie. Szukam następnej i odnajduję ją parę metrów dalej, potem kolejną i jeszcze jedną. Zmierzając chwiejnym krokiem od jednej do drugiej, w końcu docieram na skraj ciemnego lasu, gdzie zza drzew ukazuje się rozłożysta rezydencja w stylu georgiańskim ze spowitą bluszczem ceglaną fasadą. Dom wygląda na opuszczony. Długi, wysypany żwirem podjazd prowadzący do drzwi wejściowych zarastają chwasty, prostokątnym trawnikom po obu stronach pozwolono zmienić się w grzęzawisko, a kwiatom zwiędnąć.

Spoglądam w ciemne okna w poszukiwaniu oznak życia i wreszcie dostrzegam nikłe światło na pierwszym piętrze. Powinienem poczuć ulgę, mimo to ciągle się waham. Mam wrażenie, jakbym natknął się na pogrążone we śnie stworzenie, a to niepewne światełko jest bijącym sercem nieruchomej i groźnej bestii. Po co morderca dawałby mi kompas, jeśli nie po to, by zaprowadzić mnie w paszczę jeszcze większego zła?

Myśl o Annie zmusza mnie do zrobienia pierwszego kroku. Straciła życie z powodu trzydziestu sekund mojego niezdecydowania, a teraz znowu jestem w rozterce. Opanowuję nerwy, ocieram z oczu krople deszczu i przecinam trawnik, by wejść po kruszących się schodkach. Tłukę w drewno drzwi z dziecinną wściekłością, trwoniąc na to resztki sił. W lesie zdarzyło się coś strasznego i sprawcy można jeszcze wymierzyć karę, jeżeli tylko uda mi się obudzić mieszkańców domu.

Niestety, to mi się nie udaje.

Chociaż słabnę od walenia w drzwi, nikt ich nie otwiera.

Osłaniając dłońmi oczy, przyciskam nos do wysokich okien po obu stronach, ale witrażowe szybki są lepkie od brudu i widać przez nie tylko niewyraźne żółtawe plamy. Uderzam w nie otwartą dłonią, po czym odsuwam się od frontu, by znaleźć inne wejście. Wtedy dostrzegam sznur dzwonka, właściwie zardzewiały łańcuszek wplątany w bluszcz. Wydobywam go z pnącza i zaczynam szarpać, aż wreszcie za oknami coś się porusza.

Drzwi otwiera mi zaspany jegomość o tak niezwykłym wyglądzie, że przez chwilę po prostu stoimy i gapimy się na siebie. Jest niski, zgięty i pomarszczony od ognia, który oszpecił mu połowę twarzy. Zdecydowanie za duża piżama wisi na chuderlawej sylwetce jak na wieszaku, zgarbione ramiona okrywa znoszony brązowy szlafrok. Prawie nie przypomina człowieka, raczej zagubiony w meandrach ewolucji relikt jakiegoś dawniejszego gatunku.

– Och, dzięki Bogu, potrzebuję pana pomocy – mówię, kiedy dochodzę do siebie.

Patrzy na mnie z szeroko otwartymi ustami.

– Ma pan telefon? – próbuję dalej. – Musimy zawiadomić władze.

Cisza.

– Człowieku, nie stój jak kołek! – krzyczę i potrząsam nim, po czym odtrącam go na bok i wpadam do holu. Kiedy rozglądam się po pomieszczeniu, szczęka mi opada. Każda powierzchnia lśni, w szachownicy marmurowej posadzki odbija się kryształowy żyrandol z dziesiątkami świeczek. Na ścianach wiszą lustra w ramach, po szerokich schodach ze zdobioną balustradą, które prowadzą na galerię, spływa wąski czerwony dywan jak struga krwi ubitego zwierzęcia.

W głębi domu trzaskają drzwi i pojawia się kilka osób ze służby z naręczami różowych i fioletowych kwiatów, których zapach tłumi woń gorącego wosku. Na widok zdyszanej zmory przy wejściu rozmowy milkną. Jedno po drugim spoglądają w moją stronę i wstrzymują oddech. Po chwili jedynym dźwiękiem w holu jest odgłos kropli wody spadających na czyściutką posadzkę.

Kap.

Kap.

Kap.

– Sebastian?

Po schodach, skacząc po dwa stopnie, zbiega przystojny blondyn w swetrze do gry w krykieta i lnianych spodniach. Z wyglądu ma ponad pięćdziesiąt lat, lecz nie mam przed sobą zmęczonego wiekiem człowieka – raczej nieco wymiętego dekadenta. Z rękami w kieszeniach rusza prosto w moim kierunku przez grupkę milczących służących, którzy usuwają mu się z drogi. Wątpię, czy w ogóle ich zauważa, bo całą uwagę skupia na mnie.

– Mój drogi, cóż ci się stało? – pyta, spoglądając na mnie z troską.

– Trzeba sprowadzić policję – mówię i chwytam go za przedramię. – Anna została zamordowana.

Podnosi się szmer przejętych szeptów.

Blondyn unosi brwi i obrzuca przelotnym spojrzeniem służbę, która podeszła o krok bliżej.

– Anna? – powtarza przyciszonym głosem.

– Tak. Ktoś ją gonił.

– Kto?

– Jakaś postać w czerni, musimy wezwać policję!

– Niebawem, niebawem, najpierw chodźmy do twojego pokoju – uspokaja mnie i prowadzi w stronę schodów.

Nie wiem, czy to panujące w domu ciepło, czy ulga na widok przyjaznej twarzy, ale nagle ogarnia mnie słabość i muszę się przytrzymać poręczy, żeby nie potknąć się o stopnie.

Na górze wita nas szafkowy zegar z zardzewiałym werkiem i wahadłem pokrytym kurzem odmierzonych sekund. Jest później, niż sądziłem, prawie wpół do jedenastej.

Korytarze po obu stronach prowadzą do przeciwległych skrzydeł domu, ale ten do wschodniego skrzydła zasłania aksamitna kotara, prowizorycznie przybita do sufitu, z przypiętą do materiału małą tabliczką, która informuje, że w tej części domu trwa „remont”.

Chcę zrzucić z siebie ciężar okropnych przeżyć poranka i jeszcze raz próbuję mówić o Annie, ale mój samarytanin ucisza mnie konspiracyjnym ruchem głowy.

– Ta przeklęta służba w pół minuty rozniesie twoje słowa po całym domu – wyjaśnia, zniżając głos tak bardzo, że niemal ściele się na podłodze. – Lepiej będzie, jeśli porozmawiamy na osobności.

Jest może metr ode mnie, ale z trudem udaje mi się iść w linii prostej, a co dopiero dotrzymać mu kroku.

– Mój drogi, wyglądasz strasznie – mówi, zauważywszy, że zostaję z tyłu.

Podtrzymuje mnie pod ramię i kładzie mi dłoń na plecach, lekko naciskając palcami kręgosłup. W tym prostym geście wyczuwam pośpiech, z którym prowadzi mnie ciemnym korytarzem z sypialniami po obu stronach, gdzie pokojówki ścierają kurz. Ściany chyba niedawno odmalowano, bo od oparów farby oczy zachodzą mi łzami, a dalej pojawiają się kolejne dowody pospiesznego odnawiania wnętrza. Podłogę przykrywają różnobarwne dywaniki, które mają stłumić skrzypienie desek. Fotele ustawiono w taki sposób, aby zasłaniały pęknięcia na ścianach, a obrazy i porcelanowe wazony mają odciągnąć uwagę od sypiących się gzymsów. Próby zamaskowania takich uszkodzeń wydają się daremne. Udekorowano ruinę.

– A oto i twoja sypialnia, prawda? – odzywa się mój towarzysz, otwierając drzwi prawie na końcu korytarza.

Na twarzy czuję uderzenie zimnego powietrza, które odrobinę mnie ożywia, ale mój opiekun natychmiast idzie zasunąć okno. Wchodzę za nim do ładnego pokoju, gdzie pośrodku stoi łoże z iście królewskim, choć nieco obwisłym baldachimem i wytartymi, haftowanymi w ptaki zasłonami, które rozchodzą się, a raczej rozfruwają w szwach. Po lewej część pomieszczenia jest oddzielona składanym parawanem; przez szczeliny między jego skrzydłami dostrzegam metalową wannę. Reszta umeblowania prezentuje się skromnie – stolik nocny i duża szafa pod oknem, jedno i drugie odrapane i wyblakłe. Chyba jedynym osobistym przedmiotem jest leżąca na stoliku Biblia ze sfatygowaną okładką i pozaginanymi rogami.

Podczas gdy mój samarytanin mocuje się z opornym oknem, podchodzę i staję obok niego; widok na moment sprawia, że zapominam o wszystkim innym. Otacza nas gęsty las, którego zielonego okapu nie przerywa żadna droga ani wioska. Bez kompasu, bez uprzejmości mordercy, nigdy nie odnalazłbym tego domu, mimo to nie mogę się pozbyć wrażenia, że zostałem zwabiony w pułapkę. Bo czy zabiłby Annę, a mnie oszczędził, gdyby nie krył się za tym jakiś większy plan? Czego ten drań ode mnie chce, czego nie mógł uzyskać w lesie?

Mój towarzysz w końcu zatrzaskuje okno i wskazuje fotel przy przygaszonym kominku, a potem, podając mi czysty biały ręcznik z szafy, przysiada na skraju łóżka i zakłada nogę na nogę.

– Zacznij od początku, stary – proponuje.

– Nie ma czasu – mówię i zaciskam palce na poręczy fotela. – Później odpowiem na wszystkie pytania, ale najpierw trzeba wezwać policję i przeszukać ten las! Grasuje tam szaleniec.

Prześlizguje się wzrokiem po mnie, jak gdyby rozwiązanie zagadki kryło się w fałdach mojego brudnego ubrania.

– Niestety, nie możemy nikogo wezwać, nie ma tu telefonu – wyjaśnia, pocierając szyję. – Można jednak przeszukać las i wysłać służącego do wioski, gdybyśmy coś znaleźli. Ile potrzebujesz czasu, żeby się przebrać? Będziesz musiał nam pokazać, gdzie to się stało.

– No… – bąkam, wykręcając ręcznik – trudno mi powiedzieć, byłem zdezorientowany.

– W takim razie skupmy się na opisie – odpowiada i podciąga nogawkę, odsłaniając szarą skarpetę. – Jak wyglądał morderca?

– Nie widziałem jego twarzy, miał na sobie gruby czarny płaszcz.

– A ta Anna?

– Też była ubrana na czarno – mówię i czuję, jak gorąco oblewa mi policzki, bo uświadamiam sobie, że na tym kończy się mój zasób informacji. – Właściwie… znam tylko jej imię.

– Przepraszam, Sebastianie, przypuszczałem, że to twoja znajoma.

– N… nie – jąkam. – To znaczy… być może. Nie jestem pewien.

Mój opiekun opuszcza ręce i pochyla się ze zmieszanym uśmiechem.

– Chyba czegoś nie rozumiem. Jak możesz znać jej imię, ale nie być pewnym…

– Bo straciłem pamięć, do cholery! – przerywam mu i to wyznanie pada między nami z hukiem jak kamień. – Nie pamiętam, jak sam się nazywam, a co dopiero moi znajomi.

Jego oczy zasnuwa cień powątpiewania. Trudno mu się dziwić; nawet w moich uszach brzmi to niedorzecznie.

– Moja pamięć nie potrafi skojarzyć niczego z tym, co widziałem – ciągnę uparcie, czepiając się strzępów własnej wiarygodności. – Zobaczyłem kobietę, którą ktoś gonił, potem usłyszałem jej krzyk, który został uciszony strzałem z pistoletu. Musimy przeszukać las!

– Ach, tak. – Waha się, strzepując jakiś pyłek z nogawki. Jego następne słowa to starannie przemyślana oferta, którą przedstawia mi z wielką uwagą i ostrożnością:

– A czy nie jest prawdopodobne, że widziałeś dwoje kochanków? Może po prostu bawili się w lesie? A ten dźwięk mógł być trzaskiem łamanej gałęzi… albo wystrzałem z pistoletu startowego.

– Nie, nie, ona wzywała pomocy, bała się – zaprzeczam gwałtownie i podrywam się z fotela; ręcznik spada na podłogę.

– Oczywiście, oczywiście – uspokaja mnie blondyn, przyglądając się, jak chodzę po pokoju. – Naprawdę ci wierzę, mój drogi, ale policja jest w takich sprawach szalenie precyzyjna i uwielbia robić głupców z wyżej postawionych ludzi.

Patrzę na niego bezradnie i tonę w morzu banałów.

– Jej morderca dał mi to. – Przypominam sobie o kompasie i błyskawicznie wyjmuję go z kieszeni. Jest zabłocony, więc muszę go przetrzeć rękawem. – Z tyłu są litery. – Wskazuję je drżącym palcem.

Metodycznie ogląda kompas z każdej strony spod przymrużonych powiek.

– SB – odczytuje powoli i unosi wzrok.

– Tak!

– Sebastian Bell. – Przez chwilę stara się ocenić, do jakiego stopnia jestem zdezorientowany. – Tak się nazywasz, Sebastianie. To twoje inicjały. I twój kompas.

Otwieram i zamykam usta, lecz nie wydają żadnego dźwięku.

– Musiałem go zgubić – odzywam się w końcu. – Pewnie morderca go znalazł.

– Być może – przytakuje.

Obezwładnia mnie jego życzliwość. Uważa mnie za kogoś niespełna rozumu, pijanego głupca, który spędził noc w lesie, a po powrocie bredzi. Mimo to, zamiast wpaść w gniew, lituje się nade mną. Właśnie to jest najgorsze. Gniew to coś konkretnego, ma swoją wagę. Można się na niego rzucić z pięściami. A litość jest jak mgła, w której łatwo się zgubić.

Z powrotem siadam w fotelu, ukrywam twarz w dłoniach. W lesie grasuje morderca, a ja nie potrafię przekonać tego człowieka, że grozi nam niebezpieczeństwo.

Morderca, który pokazał ci drogę do domu?

– Wiem, co widziałem – mówię.

Nie wiesz nawet, kim jesteś.

– Na pewno – odpowiada mój towarzysz, opacznie rozumiejąc sens mojego protestu.

Patrzę w przestrzeń i myślę tylko o kobiecie o imieniu Anna, która leży w lesie martwa.

– Wiesz co, odpocznij tu – radzi mi, wstając. – Spytam w domu, sprawdzę, czy kogoś nie brakuje. Może dzięki temu coś się wyjaśni.

Mówi pojednawczym, ale rzeczowym tonem. Choć jest dla mnie miły, nie mogę liczyć na to, że cokolwiek zdziała; zbyt duże ma wątpliwości co do moich słów. Gdy tylko zamkną się za nim drzwi, bez przekonania rzuci służbie parę pytań, a tymczasem Anna dalej będzie leżała opuszczona.

– Widziałem, jak zamordowano kobietę – mówię, dźwigając się z trudem na nogi. – Kobietę, której powinienem pomóc, i jeżeli będę musiał przeszukać cały las kawałek po kawałku, żeby to udowodnić, jestem gotowy to zrobić.

Przez sekundę patrzy mi w oczy i wobec mojej niezachwianej pewności jego sceptycyzm słabnie.

– Od czego zaczniesz? – pyta. – Ten las ma tysiące akrów i chociaż nie wątpię w twoje dobre intencje, ledwie wszedłeś po schodach. Nie wiem, kim jest ta Anna, ale już nie żyje, a jej morderca uciekł. Daj mi godzinę, żebym zebrał grupę poszukiwawczą i wypytał ludzi. Ktoś w tym domu musi wiedzieć, kim ona jest i dokąd poszła. Znajdziemy ją, obiecuję, ale trzeba to zrobić we właściwy sposób.

Ściska mnie za ramię.

– Zrobisz to dla mnie? Proszę o jedną godzinę.

Mam sprzeciw na końcu języka, ale on ma rację. Muszę odpocząć, odzyskać siły i mimo że z powodu śmierci Anny dręczą mnie wyrzuty sumienia, nie chcę samotnie tropić w lesie zabójcy. Przecież ledwie się stamtąd dowlokłem.

Poddaję się potulnym skinieniem głowy.

– Dziękuję, Sebastianie – mówi. – Kąpiel jest gotowa. Powinieneś się umyć. Poślę po lekarza i poproszę pokojowego, żeby przyniósł ci jakieś ubranie. Odpocznij trochę, spotkamy się na lunchu w salonie.

Zanim wyjdzie, powinienem zapytać, gdzie to jest, mam taki zamiar, ale niecierpliwię się; chcę, by wreszcie poszedł wypytać służbę, żebyśmy mogli zacząć poszukiwania. Tylko jedna rzecz wydaje mi się ważna i kiedy znajduję odpowiednie słowa, blondyn stoi już w otwartych drzwiach.

– Czy mam w tym domu jakąś rodzinę? – pytam. – Kogoś, kto się o mnie martwi?

Spogląda na mnie przez ramię z mieszaniną nieufności i współczucia.

– Jesteś kawalerem, stary. Nie masz żadnej rodziny oprócz jakiejś zbzikowanej ciotki, która trzyma łapę na twoim majątku. Oczywiście masz przyjaciół, między innymi mnie, ale o tej Annie nigdy mi nie wspominałeś. Prawdę mówiąc, aż do dzisiaj nigdy nie słyszałem, żebyś w ogóle wymawiał to imię.

Zakłopotany odwraca się plecami i znika w zimnym korytarzu, zostawiając mnie z moim rozczarowaniem i wątłym ogniem w kominku, który migocze niepewnie, kiedy za mężczyzną zamykają się drzwi.

3

Zanim jeszcze ustał podmuch powietrza z korytarza, zrywam się z fotela i otwieram szuflady w szafce nocnej, szukając w swoich rzeczach jakiegoś śladu Anny, który mógłby udowodnić, że ta kobieta nie jest tylko wytworem skołatanego umysłu. Niestety, sypialnia okazuje się wyjątkowo skryta. Oprócz portfela, w którym tkwi kilka funtów, jedynym przedmiotem osobistym jest zaproszenie ze złotymi tłoczeniami, w którym na pierwszej stronie umieszczono listę gości, a na odwrocie wiadomość zanotowaną eleganckim charakterem pisma.

Lord i lady Hardcastle mają zaszczyt zaprosić Pana na bal maskowy z okazji powrotu ich córki Evelyn z Paryża. Przyjęcie odbędzie się w Blackheath House w drugi weekend września. Ze względu na położenie rezydencji na ustroniu wszystkim gościom zostanie zapewniony transport z pobliskiej wsi Abberly.

Zaproszenie jest adresowane do doktora Sebastiana Bella – dopiero po dłuższej chwili uświadamiam sobie, że to moje imię i nazwisko. Wspominał mi o tym mój opiekun, ale kiedy widzę je czarno na białym, wraz ze swoją profesją, ogarnia mnie daleko większy niepokój. W ogóle nie czuję się Sebastianem, a tym bardziej lekarzem.

Po mojej twarzy przemyka drwiący uśmiech.

Ciekawe, ilu moich pacjentów pozostanie mi wiernych, gdy podejdę do nich z nałożonym odwrotnie stetoskopem.

Wrzucam zaproszenie z powrotem do szuflady, kieruję uwagę na leżącą na stoliku Biblię i przeglądam mocno sfatygowane stronice. Niektóre akapity są zaznaczone, przypadkowe słowa zakreślone na czerwono, choć za nic w świecie nie potrafię zrozumieć ich znaczenia. Liczyłem na to, że znajdę jakąś dedykację albo ukryty wewnątrz list, ale z Biblii nie mogę zaczerpnąć wiedzy. Ściskam ją w obu dłoniach i niezdarnie próbuję się modlić w nadziei, że pomoże to rozbudzić we mnie wiarę, jeżeli kiedyś ją miałem, lecz wszystkie te zabiegi wydają mi się absurdalne. Religia opuściła mnie jak cała reszta.

Następnie zabieram się do przeszukania szafy i choć kieszenie moich ubrań są puste, to pod stertą pledów odkrywam kufer podróżny. Piękna, stara rzecz, ze zmatowiałymi żelaznymi okuciami obejmującymi wysłużoną skórę i z solidną klamrą, która chroni zawartość przed wzrokiem wścibskich. Na przywieszonej kartce jest londyński adres – przypuszczam, że mój – ale nie przywołuje żadnych wspomnień.

Zdejmuję marynarkę, dźwigam kufer i stawiam na gołych deskach podłogi, przy każdym ruchu podzwaniając jego zawartością. Kiedy naciskam przycisk zwalniający klamrę, z moich ust wyrywa się pomruk podniecenia, który przeradza się w jęk, bo okazuje się, że ta przeklęta skrzynia jest zamknięta na klucz. Szarpię wieko raz i drugi, ale nie ustępuje. Jeszcze raz przetrząsam otwarte szuflady i szafę, kładę się nawet na brzuchu, żeby zajrzeć pod łóżko, lecz znajduję tam tylko kurz i kulki trucizny na szczury.

Nigdzie nie mogę znaleźć kluczyka.

Jedynym dotąd nieprzeszukanym miejscem jest część pokoju, w której stoi wanna, wpadam więc jak opętany za parawan i omal nie wyskakuję ze skóry na widok jakiegoś stwora o szalonym wzroku, który czai się po drugiej stronie.

To lustro.

Stwór o szalonym wzroku wygląda na tak samo stropionego tym odkryciem jak ja.

Niepewnym krokiem podchodzę do lustra i oglądam się po raz pierwszy, czując coraz większe rozczarowanie. Dopiero teraz, kiedy przypatruję się temu dygoczącemu, przerażonemu osobnikowi, uświadamiam sobie, że miałem wobec siebie pewne nadzieje. Że będę wyższy, niższy, szczuplejszy, grubszy… nie wiem… ale że nie będę tak nijaki jak ta postać w tafli szkła. Ciemne włosy, ciemne oczy, prawie niewidoczny podbródek i twarz, jaką trudno wyłowić z tłumu; zwykły materiał, którym Bóg wypełnia ubytki w ludzkości.

Szybko nudzi mnie własne odbicie, wracam więc do poszukiwań kluczyka do kufra, nie ma tu jednak nic prócz przyborów toaletowych i dzbanka wody. Kimkolwiek byłem, wygląda na to, że przed zniknięciem wszystko po sobie starannie posprzątałem. Z rozpaczy chce mi się wyć, gdy nagle rozlega się pukanie do drzwi. Pięć energicznych uderzeń jednoznacznie wyraża osobowość przybysza.

– Sebastianie, jesteś tam? – odzywa się szorstki głos. – Nazywam się Richard Acker, jestem lekarzem. Proszono mnie, żebym do ciebie zajrzał.

Otwieram drzwi i widzę sumiaste siwe wąsy. Niezwykły jest widok ich podkręconych końców odstających od twarzy, z którą teoretycznie powinny być połączone. Sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna za ich zasłoną jest całkiem łysy, ma perkaty nos i przekrwione oczy. Czuć od niego brandy, ale ten zapach sprawia pogodne wrażenie, jak gdyby doktor każdą kroplę wypił z uśmiechem.

– Boże, wyglądasz strasznie – oznajmia. – I to jest fachowa opinia.

Wykorzystując moją dezorientację, mija mnie, rzuca czarną torbę lekarską na łóżko, uważnie rozgląda się po sypialni i skupia uwagę na kufrze.

– Też kiedyś taki miałem. – Z czułością gładzi wieko. – Lavolaille, zgadza się? Towarzyszył mi w podróży na Daleki Wschód i z powrotem, kiedy byłem w wojsku. Powiada się, żeby nie ufać Francuzom, ale nie potrafię się obyć bez ich kufrów.

Kopie go lekko i krzywi się, ponieważ stopa odbija się od nieustępliwej skóry.

– Chyba trzymasz tam cegły – mówi, spoglądając na mnie wyczekująco, jakby na coś takiego można było sensownie odpowiedzieć.

– Jest… zamknięty – bąkam.

– I nie możesz znaleźć kluczyka, hm?

– No… nie, doktorze Acker, właściwie…

– Mów mi Dickie – proponuje. – Wszyscy tak mnie nazywają. – Podchodzi do okna, by wyjrzeć na zewnątrz. – Prawdę powiedziawszy, nigdy nie przepadałem za tym imieniem, ale chyba przylgnęło. Daniel mówi, że spotkało cię jakieś nieszczęście.

– Daniel? – powtarzam, usiłując nie stracić wątku, który mi umyka.

– Coleridge. Ten, który cię rano znalazł.

– Ach, tak.

Na widok mojego zmieszania doktor Dickie rozpromienia się w uśmiechu.

– Utrata pamięci, tak? Nie ma się czym martwić, widziałem parę takich przypadków na wojnie. Wystarczyło kilka dni i wszystko wracało, bez względu na to, czy pacjent tego chciał, czy nie.

Wskazuje w stronę kufra i zmusza mnie, abym na nim usiadł. Przechylając mi do przodu głowę, ogląda moją czaszkę z delikatnością rzeźnika i chichocze, kiedy się krzywię.

– Tak jest, masz tu niezłego siniaka. – Zastanawia się przez chwilę. – Pewnie w nocy uderzyłeś w coś głową. I przypuszczam, że wtedy wszystko się z niej wysypało, by tak rzec. Jakieś inne objawy, ból głowy, nudności…?

– Słyszę głos – odpowiadam, nieco zażenowany tym wyznaniem.

– Głos?

– W głowie. Myślę, że to mój głos, tylko że… jest taki pewny wielu rzeczy.

– Rozumiem – rzuca w zamyśleniu. – A co mówi ten… głos?

– Daje mi rady, czasem komentuje to, co robię.

Dickie zaczyna spacerować za moimi plecami, skubiąc wąs.

– Czy te rady są… jak by to powiedzieć… uczciwe i przyzwoite? Nie sugerują żadnej przemocy, perwersji?

– Absolutnie nie – odburkuję zirytowany takim wścibstwem.

– A teraz go słyszysz?

– Nie.

– Trauma – orzeka nagle i unosi palec. – Nic innego, to zresztą często spotykane. Ktoś uderza się w głowę i zaczynają się z nim dziać przeróżne dziwne rzeczy. Widzi zapachy, czuje smak dźwięków, słyszy głosy. Zwykle trwa to dzień czy dwa, najwyżej miesiąc.

– Miesiąc! – Obracam się na kufrze, żeby spojrzeć na Dickiego. – Jak mam sobie dać radę w tym stanie przez miesiąc? Może powinienem pójść do szpitala?

– Boże drogi, nie, szpitale to straszne miejsca – oświadcza ze zgrozą. – Choroba i śmierć zamiecione do kątów, w łóżkach pacjenci skręcający się z bólu. Posłuchaj mojej rady: idź na spacer, poszperaj w swoich rzeczach, porozmawiaj ze znajomymi. Widziałem, jak wczoraj przy kolacji osuszyliście butelkę z Michaelem Hardcastle’em… ściślej mówiąc, parę butelek. Powinien ci pomóc i wierz mi, kiedy wróci pamięć, przestaniesz słyszeć ten głos.

Cmoka z dezaprobatą.

– Bardziej martwi mnie ta ręka.

Przerywa nam pukanie do drzwi. Zanim udaje mi się zaprotestować, Dickie otwiera. To pokojowy Daniela, który zgodnie z jego obietnicą przynosi wyprasowane ubranie. Wyczuwając moje niezdecydowanie, Dickie bierze garderobę, odprawia służącego i kładzie rzeczy na łóżku.

– Na czym to stanęliśmy? – pyta. – Ach, tak, ręka.

Podążam wzrokiem za jego spojrzeniem i widzę krwawe wzory na rękawie swojej koszuli. Bez ceregieli podciąga mi rękaw, odsłaniając paskudne cięcia i poszarpane ciało. Rany zdążyły się już pokryć strupami, ale musiały się otworzyć na skutek moich niedawnych wysiłków.

Zagina moje zesztywniałe palce jeden po drugim, po czym wyjmuje z torby brązową buteleczkę i bandaże, oczyszcza rany i przemywa jodyną.

– To rany od noża, Sebastianie – wyjaśnia zatroskanym tonem, w którym nie ma już śladu pogodnego nastroju. – I to świeże. Wygląda na to, że uniosłeś rękę, żeby się osłonić, w taki sposób. – Pokazuje mi za pomocą kroplomierza wyjętego z torby lekarskiej, którym zawzięcie tnie swoje uniesione przed twarz przedramię. Odegrana przez niego scenka wystarcza, abym dostał gęsiej skórki. – Przypominasz sobie coś z tego wieczoru? – pyta, bandażując mi rękę tak ciasno, że syczę z bólu. – Cokolwiek?

Skupiam myśli na wyrwanych z życia godzinach. Kiedy się ocknąłem, przypuszczałem, że przepadły na zawsze, teraz jednak mam wrażenie, że byłem w błędzie. Wspomnienia są niemal w zasięgu ręki. Mają swój ciężar i kształt, jak przykryte zasłonami meble w ciemnym pokoju. Po prostu źle ustawiłem światło i nie potrafię ich zobaczyć.

Z ciężkim westchnieniem kręcę głową.

– Nic nie wraca – mówię. – Ale dzisiaj rano widziałem…

– …jak zamordowano kobietę – kończy za mnie lekarz. – Tak, Daniel mi mówił.

W każdym jego słowie brzmi nuta powątpiewania, mimo to zawiązuje bandaż, nie szczędząc sobie komentarzy.

– Tak czy inaczej, musisz natychmiast powiadomić policję – radzi. – Ten, kto to zrobił, próbował ci wyrządzić poważną krzywdę.

Bierze swoją torbę z łóżka i niezgrabnie ściska mi dłoń.

– Strategiczny odwrót, mój chłopcze, to najlepsze posunięcie w tej sytuacji – oświadcza. – Porozmawiaj z masztalerzem, powinien ci zorganizować transport do wsi, a stamtąd będziesz już mógł zaalarmować policję. Tymczasem lepiej miej się na baczności. Ten weekend spędza w Blackheath dwadzieścia osób, a na dzisiejszy bal zjedzie jeszcze trzydzieści. Większość z nich byłaby do tego zdolna, więc jeśli kogoś z nich obraziłeś… – kręci głową – lepiej bądź ostrożny, dobrze ci radzę.

Wychodzi, a ja łapię leżący na komodzie klucz i gdy drżącą ręką w końcu udaje mi się trafić do dziurki, zamykam drzwi.

Jeszcze godzinę temu sądziłem, że jestem dla zabójcy tylko igraszką, że się ze mną drażni, ale nie zamierza mi zrobić nic poważnego. W otoczeniu ludzi poczułem się na tyle bezpiecznie, by domagać się podjęcia próby odnalezienia ciała Anny i rozpoczęcia pościgu za mordercą. Sytuacja się zmieniła. Ktoś już próbował pozbawić mnie życia, nie zamierzam więc pozwolić, by to się powtórzyło. Umarli nie są wierzycielami żywych i swój dług wobec Anny będę musiał spłacić z oddali. Kiedy spotkam się w salonie ze swoim opiekunem, posłucham rady Dickiego i postaram się o transport do wsi.

Pora wracać do domu.

4

Woda przelewa się przez krawędzie wanny, a ja pospiesznie pozbywam się drugiej skóry z błota i liści. Oglądam wyszorowane różowe ciało, szukając znamion czy blizn, które mogłyby poruszyć jakieś wspomnienie. Za dwadzieścia minut mam być na dole, a wiem o Annie tyle samo co w chwili, gdy chwiejnym krokiem podszedłem do drzwi Blackheath. Zderzenie z murem własnej niepamięci było już dostatecznie frustrujące, kiedy sądziłem, że pomogę w poszukiwaniach, teraz jednak moja niewiedza może udaremnić całe przedsięwzięcie.

Kiedy kończę kąpiel, woda w wannie jest czarna jak moje myśli. Wycieram się przygnębiony i przeglądam wyprasowane ubranie, które przyniósł pokojowy. Odnoszę wrażenie, że wybrał dość oficjalne i konserwatywne rzeczy, ale przyglądając się alternatywnym strojom w szafie, natychmiast pojmuję jego dylemat. Garderoba Bella – naprawdę nie potrafię się jeszcze z nim utożsamiać – składa się z kilku identycznych garniturów, dwóch smokingów, odzieży myśliwskiej, kilkunastu koszul i kilku kamizelek. Wszystko w odcieniach szarości i czerni – nijaki uniform życia, które jak dotąd wygląda na wyjątkowo anonimowe. Sama myśl, że ten człowiek mógł obudzić w kimś chęć mordu, staje się najbardziej groteskowym elementem tego poranka.

Ubieram się pospiesznie, ale nerwy mam tak zszargane, że muszę wziąć głęboki oddech i surowym słowem upomnieć własne ciało, aby skłonić je do podejścia do drzwi.

Instynkt podpowiada mi, żebym włożył coś do kieszeni, wyciągam więc w stronę komody rękę, lecz ta bezradnie zawisa w powietrzu. Próbuję wziąć przedmioty, których tam nie ma i których nie pamiętam. To zapewne jedna z rutynowych czynności Bella, cień mojego dawnego życia, które wciąż mnie prześladuje. Chęć jest tak przemożna, że czuję się strasznie z pustymi rękami. Niestety, jedyną rzeczą, którą zdołałem przynieść z lasu, był ten przeklęty kompas, ale nigdzie go nie widzę. Pewnie zabrał go mój opiekun – człowiek, którego doktor Dickie nazwał Danielem Coleridge’em.

Gdy wychodzę na korytarz, mrozi mnie niepokój.

Mam w pamięci tylko jeden poranek, ale nawet nad tymi wspomnieniami nie potrafię zapanować.

Ktoś ze służby wskazuje mi drogę do salonu znajdującego się po drugiej stronie jadalni, kilka pokoi od marmurowego holu, do którego wkroczyłem rano. To nieprzyjemne pomieszczenie; ciemne drewno i szkarłatne zasłony przywodzą na myśl olbrzymią trumnę. Z kominka unosi się gęsty dym. Zebrało się tu kilkanaście osób i choć stół jest zastawiony półmiskami wędlin i zimnych mięs, większość gości siedzi na skórzanych fotelach albo stoi przy oknach witrażowych i spogląda smętnie na okropną pogodę, a służąca z plamami dżemu na fartuchu dyskretnie przemyka między nimi, zbierając brudne naczynia i puste szkło na ogromną srebrną tacę, którą z trudem dźwiga. Przy fortepianie w rogu usadowił się pulchny jegomość w zielonym tweedowym stroju myśliwskim i gra jakąś wulgarną melodię, która razi uszy głównie z powodu nieudolności wykonania. Nikt nie zwraca na niego większej uwagi, mimo że on ze wszystkich sił stara się to zmienić.

Dochodzi południe, ale nigdzie nie widzę Daniela, zajmuję się więc oglądaniem przeróżnych karafek w barkach, choć nie mam pojęcia, jakie są w nich trunki ani które lubię. W końcu nalewam sobie coś brązowego i licząc na jakiś przebłysk, odwracam się do pozostałych gości. Jeśli ktoś z nich jest odpowiedzialny za rany na moim ramieniu, powinienem od razu dostrzec jego irytację, gdy ujrzy mnie całego i zdrowego. Gdyby się ujawnił, mój krnąbrny umysł chyba nie zataiłby przede mną jego tożsamości, prawda? Oczywiście pod warunkiem, że potrafiłbym znaleźć sposób na rozróżnienie tych ludzi. Prawie każdy mężczyzna to hałaśliwy rumiany gbur w tweedowym stroju myśliwskim, natomiast kobiety są skromnie ubrane w spódnice, lniane bluzki i kardigany. W przeciwieństwie do rozkrzyczanych mężów poruszają się bezszelestnie, mówią przyciszonymi głosami i zerkają na mnie kątem oka. Wydaje mi się, że wszyscy obserwują mnie ukradkiem jak okaz rzadkiego ptaka. Okropnie nieprzyjemne uczucie, chociaż pewnie nie powinienem się dziwić ich reakcjom. Daniel nie mógł zasięgnąć języka wśród gości i domowników, nie zdradzając mojego stanu. Czy mi się to podoba, czy nie, stałem się dla nich atrakcją.

Sącząc drinka, próbuję zająć uwagę podsłuchiwaniem rozmów w salonie, ale czuję się przy tym tak, jak gdybym wsadził głowę w krzew róż. Połowa gości utyskuje, druga połowa wysłuchuje utyskiwań. Nie podoba im się zakwaterowanie, jakość potraw, opieszałość służby, odizolowanie domu oraz to, że mogli dojechać tylko do wioski, a stamtąd ich odebrano (choć Bóg jeden wie, jak by znaleźli to miejsce). Głównie jednak złoszczą się dlatego, że nie zostali przywitani przez lady Hardcastle, która jeszcze się nie pojawiła, mimo że wielu z nich przybyło do Blackheath poprzedniego wieczoru – najwyraźniej odebrali to jako osobistą zniewagę.

– Przepraszam, Ted – mówi służąca, próbując się przecisnąć obok pięćdziesięciokilkuletniego mężczyzny o szerokim torsie, ogorzałych policzkach i przerzedzonych rudych włosach. Zielony tweed opina sporą, niemal już otyłą sylwetkę, a twarz rozświetlają błękitne oczy.

– Ted? – rzuca mężczyzna ze złością, po czym łapie ją za nadgarstek i ściska tak mocno, że dziewczyna krzywi się z bólu. – Jak ci się wydaje, do kogo mówisz, Lucy? Dla ciebie jestem pan Stanwin i nie gniję już ze szczurami na dole.

Wstrząśnięta kiwa głową, spoglądając po twarzach obecnych w poszukiwaniu pomocy. Nikt się nie rusza; nawet fortepian zapomina języka w pudle. Uświadamiam sobie, że wszyscy panicznie boją się tego człowieka. Wstyd mi, ale czuję się przez to lepiej. Stoję jak wryty i spod spuszczonych powiek obserwuję starcie, modląc się w duchu, aby jego prostacki atak nie skierował się przeciwko mnie.

– Puść ją, Ted – mówi od drzwi Daniel Coleridge.

W jego ostrym i stanowczym głosie brzmi złowroga nuta.

Stanwin sapie przez nos i zwężonymi oczami spogląda na Daniela. Trudno spodziewać się równej walki. Stanwin jest krępy, krzepki i pluje jadem. Mimo to na widok pozy Daniela, który stoi z rękami w kieszeniach i przechyloną głową, wyraźnie się waha. Być może obawia się, aby nie potrącił go pociąg, na który wydaje się czekać Daniel.

Jakiś zegar zbiera się na odwagę i tyka.

Z gniewnym pomrukiem Stanwin puszcza służącą i wychodzi, po drodze prawie ocierając się o Daniela i mamrocząc coś, co trudno mi usłyszeć.

Salon oddycha z ulgą, fortepian wraca do przerwanej melodii, bohaterski zegar dalej odmierza czas, jak gdyby nic się nie stało.

Wzrok Daniela przesuwa się badawczo po każdym z nas po kolei.

Nie mogę znieść tego taksującego spojrzenia i patrzę na własne odbicie w oknie. Widzę na twarzy wyraz niesmaku, odrazy do niezliczonych wad mojego charakteru. Najpierw morderstwo w lesie, a teraz to. Na ile niesprawiedliwości jeszcze pozwolę, zanim wreszcie zdobędę się na odwagę, aby przejść do działania?

Daniel zbliża się do mnie jak widmo na szybie.

– Bell – mówi cicho, kładąc mi dłoń na ramieniu. – Poświęcisz mi chwilę?

Idę za nim do pokoju obok, zgarbiony pod ciężarem wstydu, i czuję na plecach wzrok wszystkich obecnych. Pomieszczenie sprawia jeszcze bardziej ponure wrażenie: okna przysłania nieprzystrzyżony bluszcz, a odrobinę światła przedzierającego się do środka pochłaniają ciemne obrazy olejne. Biurko, które ustawiono z widokiem na trawnik, wygląda na niedawno opuszczone, bo z wiecznego pióra kapie atrament i wsiąka w oderwany kawałek bibuły, a obok leży nóż do papieru. Można sobie tylko wyobrazić, jakie listy powstają w tak przytłaczającej atmosferze.

W przeciwległym rogu, obok drugich drzwi gabinetu, stoi młody człowiek w zielonym tweedowym ubraniu i zaintrygowany zagląda w głośnik gramofonu, najprawdopodobniej zastanawiając się, dlaczego wirująca płyta nie wypełnia pokoju dźwiękiem.

– Po jednym semestrze w Cambridge już uważa się za drugiego Isambarda Kingdoma Brunela – mówi Daniel, na co młodzieniec unosi wzrok znad frapującej zagadki. Ma najwyżej dwadzieścia cztery lata, ciemne włosy i szeroką, płaską twarz, która wygląda, jakby przycisnął ją do tafli szkła. Na mój widok rozjaśnia się w dziecięcym uśmiechu i w mężczyźnie na chwilę ukazuje się chłopiec.

– Belly, ty idioto, jesteś! – wita mnie, ściskając mi dłoń i równocześnie klepiąc mnie po plecach.

Czuję się jak schwytany w imadło serdeczności.

Wyczekująco patrzy mi w twarz i mruży zielone oczy, widząc, że go nie poznaję.

– Rzeczywiście nic nie pamiętasz – stwierdza i zerka na Daniela. – Szczęściarz z ciebie! Chodźmy do baru, żebym mógł cię zapoznać z kacem.

– W Blackheath wieści szybko się rozchodzą – zauważam.

– Nuda to podatny grunt. Michael Hardcastle – przedstawia się. – Jesteśmy starymi przyjaciółmi, ale chyba stosowniej będzie powiedzieć, że znamy się od niedawna.

W tym stwierdzeniu nie ma cienia rozczarowania. Michael Hardcastle wydaje się wręcz rozbawiony. Już nasze pierwsze spotkanie pokazuje, że tego człowieka bawi większość rzeczy.

– Wczoraj na kolacji Michael siedział obok ciebie – wyjaśnia Daniel, który podjął przerwane przez Hardcastle’a oględziny gramofonu. – Chociaż wydaje mi się, że właśnie to mógł być powód, dla którego wyszedłeś i walnąłeś się w głowę.

– Nie protestuj, Belly, mamy nadzieję, że pewnego dnia uda mu się przypadkiem powiedzieć coś zabawnego – mówi Michael.

Milczą w oczekiwaniu na moją replikę, a jej brak wybija rozmowę z rytmu. Po raz pierwszy, odkąd ocknąłem się rano, ogarnia mnie tęsknota za moim dawnym życiem. Chciałbym znać tych ludzi. Brakuje mi serdecznej zażyłości z nimi. Twarze towarzyszy odzwierciedlają mój smutek, a niezręczna cisza oddziela mnie od nich głęboką przepaścią. W nadziei że odzyskam przynajmniej część zaufania, jakie musiało nas kiedyś łączyć, podwijam rękaw i pokazuję im bandaż, przez który zaczyna się już przesączać krew.

– Szkoda, że po prostu nie walnąłem się w głowę – mówię. – Doktor Dickie podejrzewa, że ktoś mnie wczoraj zaatakował.

– Drogi mój przyjacielu! – Daniel tłumi okrzyk.

– To przez ten przeklęty liścik, prawda? – pyta Michael, przyglądając się moim obrażeniom.

– O czym ty mówisz, Hardcastle? – Daniel unosi brwi. – Czy to znaczy, że wiesz coś na ten temat? Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej?

– Niewiele mam do powiedzenia – bąka z zakłopotaniem Michael, wbijając czubek buta w puszysty dywan. – Przy piątej butelce wina służąca przyniosła nam do stołu list. Zanim się zorientowałem, Belly przeprosił, wstał i próbował sobie przypomnieć, jak działają drzwi. – Zerka na mnie ze skruszoną miną. – Chciałem pójść z tobą, ale uparłeś się, że musisz iść sam. Przypuszczałem, że masz spotkanie z jakąś kobietą, więc nie naciskałem. Wtedy widziałem cię ostatni raz, aż do tej chwili.

– Co było w tej wiadomości? – pytam.

– Nie mam bladego pojęcia, stary, nie widziałem jej.

– Pamiętasz służącą, która przyniosła list, albo czy Bell wspominał o jakiejś Annie? – wtrąca się Daniel.

Michael wzrusza ramionami, a na jego twarzy maluje się wyraz absolutnego skupienia na wspomnieniu tamtej chwili.

– O Annie? Niestety, nic mi to nie mówi. Natomiast służąca… – Nadyma policzki i wolno wypuszcza powietrze. – Czarna sukienka, biały fartuch. Do kroćset, Coleridge, bądźże rozsądny. Jest ich kilkadziesiąt, jak człowiek może spamiętać ich twarze?

Posyła nam obu bezradne spojrzenie, które Daniel zbywa zdegustowanym ruchem głowy.

– Nie martw się, stary, rozwiążemy tę zagadkę – zapewnia mnie, ściskając moje ramię. – Mam nawet pomysł, jak to zrobić.

Wskazuje na zawieszoną na ścianie mapę posiadłości oprawioną w ramy. To rysunek architektoniczny, pożółkły na brzegach i ze śladami wilgoci, ale całkiem ładnie przedstawia dom i teren wokół niego. Okazuje się, że Blackheath to wielki majątek z rodzinnym cmentarzem w zachodniej i stajnią we wschodniej części. Kręta ścieżka biegnie stąd nad jezioro, gdzie przy brzegu stoi hangar dla łodzi, a podjazd jest solidną drogą prowadzącą prosto w stronę wsi. Resztę terenu zajmuje las. Jak wskazuje widok za oknami na górze, jesteśmy otoczeni drzewami.

Na skórze czuję krople zimnego potu.

Miałem zniknąć w tym gąszczu, tak jak dziś rano Anna. Szukam własnego grobu.

Daniel zerka na mnie, wyczuwając mój niepokój.

– Samotne miejsce, prawda? – odzywa się półgłosem, wyjmuje papierosa ze srebrnej papierośnicy, wkłada do ust, po czym przetrząsa kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki.

– Ojciec wywiózł nas tu, kiedy jego kariera polityczna się załamała – objaśnia Michael i zapala Danielowi papierosa; sam też się częstuje. – Staruszek wyobrażał sobie, że będzie ziemianinem. Oczywiście nie całkiem wyszło tak, jak się spodziewał.

Pytająco unoszę brew.

– Mój brat został zamordowany przez Charliego Carvera, jednego z naszych ogrodników – informuje mnie Michael z takim spokojem, jak gdyby podawał wyniki wyścigów.

Zdjęty zgrozą, że mogłem zapomnieć o tak strasznym wydarzeniu, jąkam słowa przeprosin.

– Przy… przykro mi, to musiało być…

– Okropnie dawno temu – przerywa mi Michael z nutą zniecierpliwienia w głosie. – Ściślej mówiąc, dziewiętnaście lat temu. Kiedy to się stało, miałem ledwie pięć lat i naprawdę prawie nic z tego nie pamiętam.

– W odróżnieniu od prasy brukowej – dodaje Daniel. – Carver z kolegą upili się jak bele i dopadli Thomasa niedaleko jeziora. Trochę go podtopili, a potem dobili nożem. Miał siedem lat. Przybiegł Ted Stanwin i spłoszył ich strzelbą, ale Thomas już nie żył.

– Stanwin? – Staram się, aby głos nie zdradzał mojego szoku. – Ten gbur z salonu?

– Nie mówiłbym tego zbyt głośno – radzi Daniel.

– Moi rodzice mają bardzo dobre zdanie o starym Stanwinie – wtrąca Michael. – Gdy próbował ratować Thomasa, był tylko prostym gajowym, ale ojciec w dowód wdzięczności podarował mu jedną z naszych afrykańskich plantacji i drań zbił majątek.

– Co się stało z mordercami? – pytam.

– Carvera powiesili. – Daniel strąca popiół na dywan. – Policja znalazła u niego nóż ukryty pod podłogą, a razem z nim kilkanaście butelek kradzionej brandy. Tego drugiego nie złapali. Stanwin utrzymuje, że trafił go ze strzelby, ale do miejscowego szpitala nie zgłosił się żaden ranny, a Carver nie chciał wydać wspólnika. W tamten weekend lord i lady Hardcastle wydawali przyjęcie, więc mógł to być ktoś z gości, ale rodzina stanowczo twierdziła, że żaden z nich nie znał Carvera.

– Same dziwne rzeczy – mówi Michael bezbarwnym tonem z miną ponurą jak chmury kłębiące się za oknami.

– Czyli wspólnik ciągle jest na wolności? – Po plecach przebiega mi dreszcz. Morderstwo dziewiętnaście lat temu i morderstwo dzisiaj rano. To na pewno nie może być zbieg okoliczności.

– Można by pomyśleć: od czego jest policja, prawda? – zauważa Daniel i milknie.

Zatrzymuję wzrok na Michaelu, który zagląda do salonu. Pokój zaczyna pustoszeć, ponieważ goście z wolna przechodzą do holu, a razem z nimi przenoszą się ich rozmowy. Nawet stąd słyszę rój brzęczących głosów, które zgryźliwie krytykują wszystko, od opłakanego stanu domu po pijaństwo lorda Hardcastle’a i wyniosłość Evelyn Hardcastle. Biedny Michael, nie wyobrażam sobie, co czuje, słysząc tak jawne szyderstwa ze swojej rodziny, i to w jej własnym domu.

– Słuchaj, nie przyszliśmy tu zanudzać cię zamierzchłą historią – przerywa ciszę Daniel. – Pytałem o Annę. I niestety, nie mam dobrych wiadomości.

– Nikt jej nie zna?

– Ani wśród gości, ani wśród służby nie ma nikogo o tym imieniu – przytakuje Michael. – A co ważniejsze, w Blackheath nikogo nie brakuje.

Otwieram usta, żeby zaprotestować, lecz Michael powstrzymuje mnie ruchem ręki.

– Nigdy nie pozwalasz mi dokończyć, Belly. Nie mogę zorganizować grupy do poszukiwań, ale za dziesięć minut chłopaki wychodzą na polowanie. Jeżeli potrafisz mniej więcej wskazać miejsce, w którym się dzisiaj rano ocknąłeś, postaram się, żebyśmy kierowali się w tamtą stronę i mieli oczy otwarte. Idziemy w piętnastu, więc całkiem możliwe, że coś zauważymy.

Wzbiera we mnie fala wdzięczności.

– Dziękuję, Michaelu.

Uśmiecha się do mnie zza obłoku dymu z papierosa.

– Odkąd cię znam, Belly, nigdy nie miałeś skłonności do przesady i nie posądzam cię o nią teraz.

Wpatruję się w mapę, pragnąc jak najlepiej wykonać zadanie, ale nie mam pojęcia, gdzie widziałem Annę. Morderca kazał mi się kierować na wschód i wyłoniłem się z lasu przed wejściem do Blackheath, mogę się jednak tylko domyślać, jak długo szedłem i skąd wyruszyłem. Nabieram powietrza do płuc i zawierzając się opatrzności, kładę palec na szybie, a Daniel i Michael zaglądają mi przez ramię.

Michael kiwa głową i pociera podbródek.

– Powiem chłopakom. – Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem. – Lepiej idź się przebrać. Zaraz wychodzimy.

– Nie idę – mówię zduszonym ze wstydu głosem. – Muszę… Po prostu nie mogę…

Michael z zakłopotaniem przestępuje z nogi na nogę.

– Dajże spokój…

– Rusz głową, Michael – wtrąca Daniel i kładzie mi dłoń na ramieniu. – Popatrz, co go spotkało. Biedny Bell ledwie wydostał się z lasu. Dlaczego miałby chcieć tam wracać? – Jego ton łagodnieje, gdy zwraca się do mnie: – Nie martw się, Bell, znajdziemy tę zaginioną dziewczynę i człowieka, który ją zamordował. Zajmiemy się tym, a ty najlepiej trzymaj się od tej sprawy jak najdalej.

5

Stoję przy oknie, na wpół schowany za aksamitną zasłoną. Na podjeździe Michael kręci się wśród pozostałych mężczyzn. Wszyscy dźwigają na sobie grube kurtki, opierają strzelby o ręce zgięte w łokciach, śmieją się i gawędzą w białych oparach swoich oddechów. Wypuszczeni z domu, by zabawić się w rzeź, wyglądają niemal jak ludzkie istoty.

Słowa Daniela podniosły mnie na duchu, nie mogą mnie jednak rozgrzeszyć. Powinienem tam być i razem z nimi szukać kobiety, którą zawiodłem. A ja uciekam. Jedyna rzecz, którą mogę zrobić, to znieść wstyd, jaki mnie pali, gdy patrzę na innych wybierających się na poszukiwania beze mnie.

Pod oknem przebiegają psy, szarpiąc smycze ledwie utrzymywane przez przewodników. Obie hałaśliwe gromady łączą się i ruszają przez trawnik w stronę lasu, dokładnie w kierunku, który wskazałem Danielowi, choć wśród myśliwych nie dostrzegam mojego przyjaciela. Zapewne dołączy do nich później.

Czekam, aż ostatni zniknie wśród drzew, po czym wracam do mapy na ścianie. Jeżeli wiernie przedstawia plan posiadłości, to stajnie są blisko domu. Właśnie tam powinienem znaleźć masztalerza. Postara się o powóz do wsi, a stamtąd pociągiem pojadę do domu.

Odwracam się w stronę salonu, ale drzwi tarasuje mi olbrzymia czarna wrona.

Serce podchodzi mi do gardła; odskakuję prosto na komodę i ustawione na niej rodzinne fotografie oraz bibeloty ze stukotem spadają na podłogę.

– Nie ma się czego bać – oznajmia stwór, wysuwając się o pół kroku z cienia.

To wcale nie jest ptak, lecz mężczyzna ubrany jak średniowieczny medyk z czasów epidemii dżumy – zamiast piór okrywa go czarny płaszcz, w świetle stojącej niedaleko lampy lśni dziób porcelanowej maski. Prawdopodobnie to kostium na dzisiejszy bal, pytanie tylko, dlaczego ten człowiek w środku dnia włożył tak ponury strój.

– Przestraszył mnie pan – mówię. Łapię się za serce i śmieję zażenowany, próbując ochłonąć.

Przechyla na bok głowę i przygląda mi się z uwagą jak zabłąkanemu zwierzęciu, które nagle znalazło się w pokoju na dywanie.

– Co pan ze sobą przyniósł? – pyta.

– Słucham?

– Ocknął się pan z jakimś słowem na ustach, co to było?

– Czy my się znamy? – Zaglądam przez drzwi do salonu w nadziei, że zobaczę któregoś z gości. Niestety, jesteśmy sami i z rosnącym niepokojem uświadamiam sobie, że pewnie o to mu właśnie chodziło.

– Ja pana znam – oświadcza przybysz. – Na razie tyle wystarczy. Proszę mi powiedzieć, co to było za słowo.

– Może zdejmie pan maskę, żebyśmy mogli porozmawiać twarzą w twarz – proponuję.

– Maską najmniej powinien się pan przejmować, doktorze Bell – replikuje. – Niech pan odpowie na pytanie.

Mimo że nie padła żadna groźba, porcelanowy dziób tłumi jego głos, przez co każdemu zdaniu towarzyszy niski zwierzęcy pomruk.

– Anna – przyznaję, zaciskając dłoń na udzie, aby opanować dygot nogi.

Wzdycha.

– Szkoda.

– Wie pan, kto to jest? – pytam z nadzieją. – Nikt inny w domu o niej nie słyszał.

– Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. – Zbywa moje pytanie machnięciem dłoni w rękawiczce. Sięga do płaszcza, wyjmuje złoty zegarek kieszonkowy i sprawdziwszy godzinę, cmoka z niezadowoleniem. – Niebawem będziemy musieli coś zrobić, ale jeszcze nie dzisiaj i nie dopóki pan jest w tym stanie. Wkrótce znowu porozmawiamy, gdy wszystko stanie się trochę bardziej zrozumiałe. Tymczasem radzę, żeby zaznajomił się pan z Blackheath oraz z resztą gości. Niech pan korzysta, dopóki można, doktorze, niedługo znajdzie pana Lokaj.

– Lokaj? – To słowo uruchamia dzwonek alarmowy gdzieś w głębi mojej duszy. – Czy to on jest zabójcą Anny i zranił mnie w rękę?

– Bardzo w to wątpię – oświadcza Doktor Dżuma. – Lokaj nie poprzestałby na ręce.

Za moimi plecami rozlega się potężny łoskot i błyskawicznie odwracam się w kierunku hałasu. Na szybie widzę niewielką plamę rozbryzgniętej krwi, a w chwastach i zwiędłych kwiatach na dole leży umierający ptak, wstrząsany ostatnimi konwulsjami. Biedne stworzenie musiało się zderzyć z szybą. Zaskakuje mnie żal, który mnie nagle ogarnia; oczy zachodzą mi łzami litości nad straconym życiem. Postanawiam pogrzebać ptaka i odwracam się do swojego zagadkowego towarzysza, aby go przeprosić, lecz ten zdążył już wyjść.

Patrzę na swoje dłonie. Są tak mocno zaciśnięte, że paznokcie wpijają się w ciało.

– Lokaj – powtarzam głośno.

Słowo nic nie znaczy, nie sposób jednak pomylić z niczym uczucia, jakie we mnie wzbudza. Z niewiadomego powodu ta osoba wywołuje we mnie przerażenie.

Strach każe mi podejść do biurka i noża do listów, który zobaczyłem wcześniej. Nóż jest mały, ale na tyle ostry, że zacinam się do krwi w opuszkę kciuka. Ssąc rankę, wsuwam do kieszeni tę broń. Marna, ale dzięki niej nie muszę barykadować się w pokoju.

Nabrawszy w ten sposób odrobiny pewności siebie, ruszam do swojej sypialni. Teraz, gdy nie rozpraszają mnie goście i mogę spokojnie obejrzeć wystrój, widzę, że Blackheath to rzeczywiście smętne domostwo. Jeśli nie liczyć okazałego holu, reszta wnętrz, które mijam po drodze, to zatęchłe pokoje, przesiąknięte wonią wilgoci i zgnilizny. W kątach piętrzą się kulki trucizny na szczury, wszystkie powierzchnie, których nie może dosięgnąć krótka ręka pokojówki, przykrywa kurz. Dywany są wytarte, meble zarysowane, na serwantkach za brudnymi szybami stoją zmatowiałe srebra stołowe. Choć goście sprawiali na mnie przykre wrażenie, teraz brakuje mi szumu ich rozmów. To oni są energią domu; wypełniają przestrzeń, w której bez nich zalega grobowa cisza. Blackheath żyje tylko dzięki obecnym w rezydencji ludziom. Gdyby nie oni, byłoby przygnębiającą ruiną czekającą na litościwą decyzję o ostatecznym zburzeniu.

Zabieram z pokoju płaszcz i parasol, po czym wychodzę na zewnątrz, gdzie deszcz siecze ziemię, a powietrze wypełnia woń zgniłych liści. Nie jestem pewien, o które okno rozbił się ptak, idę więc wzdłuż muru i w końcu znajduję jego truchło. Nożykiem do papieru kopię płytki grób i grzebię ptaka, choć przemakają mi przy tym rękawiczki.

Dygocząc już z zimna, zastanawiam się, którędy iść. Brukowana droga do stajni ciągnie się wzdłuż drugiego krańca trawnika. Mógłbym pójść na przełaj przez trawę, lecz moje buty nie wydają się odpowiednie do tego rodzaju przeprawy. Wybieram bezpieczniejsze wyjście, skręcam na żwirowy podjazd i docieram do drogi, która ukazuje się po mojej lewej ręce. Jak mogłem się spodziewać, jest w okropnym stanie. Korzenie drzew wypchnęły kamienie, nieprzycięte, nisko wiszące gałęzie przypominają palce złodziejaszka. Nadal zdenerwowany spotkaniem z dziwnym człowiekiem w kostiumie medyka z czasów epidemii dżumy, zaciskam w dłoni nóż do papieru i powoli stawiam kroki, żeby nie stracić równowagi; boję się, że gdybym upadł, coś wyskoczyłoby z lasu i zaatakowało mnie. Nie jestem pewien, jaki cel przyświecał tej zagadkowej postaci, że wybrała takie przebranie, nie umiem jednak zlekceważyć jej przestróg.

Ktoś zamordował Annę i dał mi kompas. Wątpię, czy w nocy zaatakowała mnie ta sama osoba, która uratowała mnie rano, i jest jeszcze Lokaj, któremu będę musiał stawić czoło. Kim byłem, że mam aż tylu wrogów?

Na końcu drogi stoi łukowa brama z czerwonej cegły zwieńczona rozbitym zegarem, a za nią otwiera się dziedziniec między stajniami i budynkami gospodarczymi. Żłoby są po brzegi pełne owsa, wozy stoją w równym szeregu, przykryte zielonymi płachtami chroniącymi je przed deszczem.

Brakuje tylko koni.

Wszystkie stajnie są puste.

– Halo?! – wołam niepewnie. Mój głos rozlega się echem po dziedzińcu, ale nie wywołuje żadnej reakcji.

Z komina niewielkiego domku unosi się smuga dymu i kiedy się przekonuję, że drzwi są otwarte, po powitalnym okrzyku wchodzę do środka. Nikogo nie ma – dziwne, bo pali się w kominku, a na stole widzę owsiankę z grzanką. Zdejmuję rękawiczki i wieszam nad ogniem na pręcie na kociołek, aby oszczędzić sobie nieprzyjemnej wilgoci w drodze powrotnej.

Muskając jedzenie opuszką palca, odkrywam, że jest letnie, czyli ktoś musiał zostawić je niedawno. Obok leżą rzucone siodło i skórzana łata, co oznacza, że lokator domku przerwał naprawę. Mogę się tylko domyślać, że wybiegł nagle w jakiejś pilnej sprawie, i przez chwilę zastanawiam się, czy czekać na jego powrót. To całkiem przyjemne schronienie, mimo że w powietrzu unosi się gęsty zapach palonego węgla i dość ostra woń pasty do polerowania i końskiego włosia. Bardziej niepokoi mnie położenie domku w ustronnym miejscu. Dopóki się nie dowiem, kto na mnie napadł w nocy, wszystkich w Blackheath, łącznie z masztalerzem, powinienem traktować z rezerwą. Nie zamierzam spotykać się z nim sam na sam, jeśli to nie będzie konieczne.

Na gwoździu przy drzwiach wisi grafik pracy, a obok przywiązany do sznurka ołówek. Zdejmuję kartkę i odwracam, żeby napisać prośbę o transport do wioski, ale tam już jest jakaś wiadomość.

Nie wyjeżdżaj z Blackheath, od Ciebie zależy nie tylko Twoje życie, ale też życie innych ludzi. Spotkajmy się przy mauzoleum na cmentarzu o 10.20 wieczorem, wszystko wyjaśnię. Aha, i nie zapomnij o rękawiczkach, właśnie się palą.

Pozdrowienia

Anna

Nozdrza wypełnia mi zapach dymu i kiedy obracam się w stronę kominka, widzę, że istotnie tlą się moje rękawiczki. Błyskawicznie zrywam je znad ognia i zadeptuję żar. Z walącym sercem rozglądam się szeroko otwartymi oczami po domku, szukając wskazówki, jak dokonano tej sztuczki.

Może spytasz Annę, kiedy spotkacie się wieczorem?

– Nie, bo widziałem, jak umiera – rzucam ze złością w stronę pustego pomieszczenia i uświadamiam sobie, że zachowuję się jak błazen.