Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Artomska-Białobrzeska
Ścigając płomienie
Wydarzenia i postaci opisane w fabule pozostają
fikcyjnym wytworem wyobraźni.
Wszelkie podobieństwa do osób
lub zdarzeń są przypadkowe.
Inga
– Inga… Inga Rafałow… – powtarzał pod nosem prowadzący spotkanie, by nagle zwrócić się do mnie bezpośrednio: – To niemieckie imię i nazwisko zza wschodniej granicy? Brzmią jakoś dziwnie… Zazwyczaj wybieramy ludzi o rodzimie brzmiących personaliach.
– No tak. Inga po ciotce, Niemce. Nazwisko po rodzinie ojca, pochodzili z Kresów – wyjaśniłam skrępowana, bo oczy wszystkich dziesięciorga zebranych skupiły się na mnie, zupełnie jakby oczekiwali, iż wyjawię, że mój genotyp sięga jądra ziemi.
– Niewinny się nie tłumaczy… – rzucił ktoś z sali, pomrukując ze śmiechu, po czym padło: – Pani z tymi personaliami naprawdę poprowadzi naszego kandydata? Przecież nas wezmą za ludzi ze Wschodu, a my jesteśmy za Unią.
– Nie poprowadzę, lecz jedynie będę pisała teksty dla mediów. Odezwy, oświadczenia i tym podobne. Nikt nie zobaczy moich personaliów. Z tego, co pamiętam, szefem kampanii jest człowiek o poprawnie brzmiącym nazwisku: Wiśniewski. To on ma prowadzić kandydata. Chyba że stan rzeczy uległ zmianie… – Rozejrzałam się, szukając potwierdzenia wśród zebranych.
– Co za różnica: prowadzenie kampanii czy pisanie tekstów, na to samo wychodzi… – rzucił brzuchaty starszy pan w ciemnej marynarce. – Nie wiem, jak do was, ale do mnie nie przemawiają te nowoczesne dyrdymały. Podsumowując: pies drapał kto i co, byleby nasz wygrał. Oto jest cel.
– W gruncie rzeczy tak – skomentowałam, usiłując ukryć rozbawienie, ale i lekki wstyd, że przyszło mi zmierzyć się z ludźmi, którzy mieli mierne pojęcie o tym, że uczynię z nich gwiazdy.
– Mam nadzieję, że te personalne mankamenty… nie będą miały wpływu na pani lojalność i nie przełożą się na zaufanie naszych wyborców – usłyszałam.
– Jestem profesjonalistką, działam dyskretnie. Jak już wcześniej wspomniałam, nie ujawniam imienia i nazwiska. Postaram się państwa nie zawieść. To nie jest pierwszy raz w mojej karierze, gdy wkładam w usta polityków własne przemyślenia. Niezależnie od opcji… – Po tych słowach upokorzenie wbiło mnie w fotel.
Prawda była taka, że nie miałam ochoty użerać się politycznie. Ani dla prawicy, ani dla lewicy, ani dla centrum. Nie wspominając o Ziemianach i ufoludkach, i wszelkich innych stworzeniach. Włączając w poczet boskie i te nieboskie. Niestety, tym razem musiałam. Nie była to moja decyzja, lecz raczej konieczność losowa i polecenie służbowe. Wynikało z tego, że lata temu PR polityczny był dla mnie chlebem powszednim. Przychodziło mi to stosunkowo łatwo. Prawdopodobnie dzięki znajomości życia, umiejętności analizowania trendów i oczekiwań, a przede wszystkim dystansowi i poczuciu humoru. Po jakimś czasie jednak zrozumiałam, że o ile praca kręci mnie merytorycznie, o tyle mam dość kontaktów z notablami. Ci, którzy trafiali pod moje skrzydła, byli zarozumiali, butni, humorzaści. Wszystko wiedzieli lepiej, nawet jeśli nie znali się na fachu. Zawłaszczali mnie, dzwoniąc po nocach w mało istotnych sprawach służbowych i pozasłużbowych. Robili to na trzeźwo i po spożyciu procentów. Nie raz i nie dwa razili zakłamaniem i hipokryzją, bo mając sporo za uszami, dojeżdżali oponentów bez żadnych skrupułów. Nie wiem, z czego wynikały te zachowania, bo przecież w normalnym życiu i zdrowych stosunkach międzyludzkich takie rzeczy są niedopuszczalne. A gdy się niefortunnie zmaterializują, ulegają napiętnowaniu. Tak czy inaczej, w tamtym czasie zrezygnowałam z przyjemności, a raczej nieprzyjemności, prowadzenia trudnych klientów i zatrudniłam się na umowę B2B w agencji, w której zlecano mi zwyczajne, dobrze płatne kampanie spoza obrębu teatru politycznego.
Jednak niedawno w agencji pojawił się temat wyborczy. Zaoferowano wynagrodzenie porównywalne z budżetem firm strategicznych z sektora paliwowego, co oznaczało przepływ gotówki w typie fortuny. W ten sposób nasza firma na gwałt poszukiwała w swoich szeregach kogoś, kto choćby trochę zna się na rzeczy. Padło na mnie. Jelenia, który się nie sprzeciwi, bo ma zobowiązania kredytowe, a z drugiej strony jest dyspozycyjną panią stanu wolnego, lat trzydzieści osiem. Gotową na różne opcje.
Musiałam się przeprosić z porzuconą tematyką, zakasać rękawy i ruszyć do roboty. Partia, którą mieliśmy wspierać, należała do kontrowersyjnych. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że w okresie wyborczym kandydatów prowadzi się na miękko, nie uwypuklając skrajnych poglądów ani oczekiwań. W ten sposób przyciąga się niezdecydowanych wyborców z przeciwnej strony barykady. Napawało mnie to szczerą radością, gdyż mój bezpośredni podopieczny specjalizował się w budzących obawy wypowiedziach o kobietach. Uznawał je za istoty niższego rzędu, o brakach w intelekcie, ale za to naddatkach w emocjach, nad którymi miały nie panować. Utrzymywał, że zbyt silna kobieta, która wiedzie prym w domu i w pracy, to wróg małżeństwa, rodzaju męskiego, więc nic dziwnego, że nikt jej nie zechce trzymać w czterech ścianach po ukończeniu przez nią czterdziestego roku życia, gdy straci termin przydatności do… No właśnie, do czego?
Trzeba było coś z tym zrobić. Uczciwie, rzetelnie i z zaangażowaniem godnym pieniędzy, które płacili. Nawet jeśli bolało wyolbrzymienie znaczenia obco brzmiącego imienia i nazwiska… Nawet jeśli bywałam czasami zbyt emocjonalną, wybrakowaną intelektualnie kobietą… Nawet jeśli tak naprawdę uważałam, że pomimo tego nazwiska moja postawa obywatelska nie jest najgorsza… Przecież jak dotąd nie posunęłam się do niecnych czynów albo zachowań mało kulturalnych. Zresztą w całej mojej rodzinie żyliśmy całkiem tradycyjnie i porządnie. Obchodziliśmy święta, dawaliśmy datki, wspieraliśmy się na tyle, na ile było to możliwe. U nas nie było żadnych skandali ani nawet rozwodów!
*
Po spotkaniu w siedzibie ugrupowania politycznego wróciłam do domu. Nie miałam zbyt daleko, bo mieszkałam przy Placu Zbawiciela. Kupiłam lokum na kredyt, który spłacałam skutecznie i terminowo, aczkolwiek z wielkim wysiłkiem. Mieszkanie nie było może zbyt imponujące, bo liczyło zaledwie sześćdziesiąt metrów, ale dla mnie stanowiło spełnienie najskrytszych marzeń. Mieściło się na piątym piętrze kamienicy, w której nie było windy. Jak na razie wnętrze przypominało o dawnych właścicielach, którzy sprzedali je i wynieśli się do córki do Australii. Było ciepłe, jasne i miłe, choć lekko zdezelowane, ale nie miałam pieniędzy na remont. Liczyłam jednak, że wraz ze spłatą ostatniej raty kredytu odkuję się finansowo i zmienię wystrój z lat siedemdziesiątych na coś bardziej nowoczesnego.
W mieszkaniu grała na cały głos muzyka. Mój partner życiowy – znany jedynie z pseudonimu artysta – pracował nad nowym tajemniczym dziełem. Skarżył się, że opuściło go natchnienie. Poszukiwał źródła, z którego miałoby na niego spłynąć. Przede wszystkim były to głupkowate filmy i dudniąca muzyka oraz rozbuchane życie towarzyskie, które wiódł dzięki pseudonimowi całkiem anonimowo. Odnosiłam wrażenie, że w przeciągu kilku ostatnich lat jego skłonności do imprezowania przybrały na sile. Wychodził regularnie i z coraz większą częstotliwością, jakby liczył, że wena twórcza spłynie na niego wraz z dźwiękami ogłuszającej muzyki, która grała w klubach. Właściwie żyliśmy obok siebie. Ostatnio to już nawet nie obok, lecz z daleka od siebie. On nie interesował się moim życiem, a ja jego. Nawet święta spędzaliśmy osobno. Ja w kraju, a on jeździł do Włoch, do swoich rodziców. Nie znałam ich, nigdy nie zaproponował mi wizyty ani też nas nie odwiedzili. Mój partner twierdził, że wieczorki zapoznawcze w domach rodziców organizować się powinno dopiero wówczas, gdy kroi się ślub. A on jak dotąd nie podarował mi żadnego pierścionka.
Nie chciałam z nim dyskutować. Ani o pierścionku, ani o jego rodzinie. Miałam grono przyjaciół, którzy preferowali podobny do mnie sposób spędzania wolnego czasu, dlatego wędrowniczo-wyjazdowa natura mojego partnera mnie nie obchodziła. Zamiast rozpraszać się jego osobą i osobowością, trzeba było się skupiać na pracy. Tym bardziej że była wymagająca, a on nie miał zielonego pojęcia o odpowiedzialności za dom. Podobnie jak o zarabianiu i łożeniu na podstawowe potrzeby.
Zasiadłam do biurka w pokoju, który zaadaptowałam na mały gabinet. Zaświeciłam lampkę i uchyliłam okno, aby wpadło trochę świeżego powietrza. Dobiegł mnie gwar ulicy, raz po raz przerywany klaksonami aut, co dekoncentrowało. Włożyłam słuchawki w uszy, wyszukałam muzykę sprzyjającą tworzeniu, która miała odizolować od odgłosów miasta i ulubionego techno partnera. Starałam się skupić i przygotować credo dla mojego podopiecznego, i chciałam to zrobić najlepiej, jak tylko potrafię. W końcu od takich drobnych spraw zależy kampania i dalsze szanse.
Nagle dobiegły mnie przeraźliwie ogłuszające dźwięki basów, które pokonały spokojną, nastrajającą twórczo melodię w słuchawkach. Początkowo myślałam, że to jakiś szaleniec włączył muzykę w aucie na cały regulator albo zgłupiał któryś z sąsiadów, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że dzikie rytmy dobiegają z sąsiedniego pokoju. Wstałam od biurka poirytowana.
– Daniel, czy mógłbyś ściszyć?! – Wyściubiłam głowę przez uchylone drzwi.
– Nie bądź egoistką! Ciebie inspiruje cisza, mnie dźwięki! – padło w odpowiedzi.
– W takim razie powiedz, czy dzięki tym rytmom, które prawie rozsadzają ściany, znajdziesz źródło zarobkowania, by pomóc spłacać kredyt i regulować bieżące rachunki! – rzuciłam, bo ostatnio w ogóle przestał się dokładać do gospodarstwa domowego.
– To był cios poniżej pasa! Przestań narzekać! Ciesz się, że w ogóle cię zechcieli! – odezwał się tyleż bezczelnie, co tajemniczo.
– Co masz na myśli…?! – Podparłam się pod boki, zawieszając na nim wzrok.
– To, że cudem jest, iż będąc spoza układów politycznych, dostałaś tę robotę – wypalił bez ogródek.
– Tak, zgadza się. Bez kontaktów i układów – potwierdziłam, by po chwili dodać złośliwie: – Za to ty nie masz za grosz kultury, nie wspominając o tym, że nie wiesz, co to wdzięczność. Przecież ja też mam plany i ambicje artystyczne, a jednak musiałam je odłożyć na nieokreślony moment w przyszłości, abyś to ty się mógł beztrosko realizować. Jak na razie usiłując łapać natchnienie… bo od ponad trzech lat niczego nowego nie stworzyłeś.
– Odłożyłaś swoje plany na rzecz mieszkania, które masz na siebie, a nie na rzecz mojej twórczości! Przypisujesz sobie zbyt wielkie zasługi! Tymczasem masz po prostu więcej możliwości niż ja! – wrzasnął, patrząc na mnie z nieukrywaną wściekłością.
– Pewnie, bo w wolnym czasie, pomiędzy ghostwritingiem scenariuszowym a kończeniem studiów na dwóch kierunkach, które mają mi zapewnić godne życie, pracuję jeszcze w agencji PR na umowę B2B! W każdym razie bez konieczności żerowania na innych! – wyrzuciłam z siebie to, co o mnie wiedział.
– Zrozumiałem: jestem pasożytem, który korzysta z twojego potencjału – usłyszałam.
– Sorry, ale nawet jeśli tak myślisz, nie mam siły cię dzisiaj pocieszać. Chyba że wykażesz się takimi zdolnościami, że odroczysz w systemie bankowym opłatę rat za ten apartament… – zaripostowałam. – Miałam zły dzień. Czeka mnie mnóstwo roboty.
– Daj mi spokój! – podniósł głos. – Udowodnię ci, że mam talent. Wcale nie mniejszy niż ty! I, co najważniejsze, jestem równie pracowity!
– Nigdy nie wątpiłam w twój talent – zaprzeczyłam gwałtownie.
– Nie dajesz mi tego odczuć! – krzyknął z pretensją.
– To zachowuj się jak partner, a nie nastolatek! – wypaliłam.
W tej samej chwili Daniel zaczął się ubierać.
– Wychodzisz?! – zagadnęłam. – Jest prawie dwudziesta druga!
– Wychodzę, nie wychodzę… Co za różnica? – rzucił. – I tak zaraz się… wyizolujesz i nie będzie cię dla mnie. Nastąpi wieczór jak każdy inny. Wieczór walenia w klawiaturę.
– Ups. Zapomniałam, że nikt nie da ci tyle natchnienia, co towarzystwo znajomych.
– Nie marudź. – Cmoknął powietrze. – Do zobaczenia jutro lub pojutrze…
– Znowu? Czy ja dobrze słyszę? – Nie mogłam uwierzyć w jego egoizm.
– Buziaki! – krzyknął na odchodne, znikając za drzwiami.
Zerknęłam do lustra, które stało w korytarzu. Na głowie miałam nieład – pozostałość po koku, w którego upinałam moje ciemne pukle. Ołówkowa spódnica była poprzekręcana, rozporek zamiast z tyłu mieścił się gdzieś z boku, a poły eleganckiej bluzki zwisały niedbale. Na szczęście byłam dość szczupła, więc nawet w niechlujnym stroju nie wyglądałam jakoś wulgarnie. Dobrze, że panował półmrok, bo twarz miałam przemęczoną, a oczy podkrążone. Stałam i patrzyłam na siebie blada, świdrując odbicie niebieskimi oczami. Zrobiło mi się siebie żal. Postanowiłam przebrać się w coś wygodniejszego, zaparzyć herbatę i popracować, tworząc strawną papkę polityczną.
Niestety, w kuchni okazało się, że nie ma herbaty. Zaczęłam się ubierać, aby zejść na dół do osiedlowego spożywczego. Gdy dotarłam na miejsce, odkryłam, że jest już zamknięty. Nie miałam siły, aby zapuszczać się dalej, dlatego wróciłam do domu i zaparzyłam sobie starą, zwietrzałą miętę. Nie byłam w stanie skoncentrować się na pracy. Raz po raz przemykały przez moją głowę myśli o tym, że choć związek z Danielem zapewniał mi namiastkę stabilizacji, to tak naprawdę był jednym wielkim nieporozumieniem. Nie dokładał się do domu, ciągle wybywał. Nie wspominając o tym, że o mnie nie dbał. Ani jako o partnerkę życiową, ani jako o kobietę. Nasz ostatni seks datował się na zamierzchłą przeszłość! Co najdziwniejsze, pomimo że nie wyrażał zainteresowania moją kobiecością, jednocześnie nie dostarczał powodów, aby wątpić w oddanie i to, że ktoś na mnie zawsze czeka. Trudno jednak było do tego podchodzić całkiem na luzie, bez zastanawiania się, co się z nami stało, co tutaj jest tak naprawdę grane…
Nie mogąc się skupić na pracy, wypiłam kolejną miętę, ale i to nie pomogło. Poczułam, że muszę złapać dystans do codziennych problemów, inaczej nici z bycia twórczym. Jedynym rozwiązaniem, jakie przyszło mi do głowy, był wyjazd z tego opanowanego przez sieć nieporozumień domu. Choćby na dwa lub trzy tygodnie, w trakcie których przygotuję zdalnie cykl materiałów dla mojego polityka.
Otworzyłam w komputerze mapę Polski. Lokalizacja miała być nieodległa i atrakcyjna. Padło na warmińsko-mazurskie. Nigdy nie przepadałam za tym rejonem, ale postanowiłam się przełamać i dać sobie szansę na odkrycie cudu, w którym rozkochują się całe pokolenia. Tym bardziej że pierwsze spotkanie face to face, na którym miałam zdać raport szefostwu z agencji, zaplanowano właściwie dopiero za jakieś trzy tygodnie. Na razie materiały musiałam przesyłać wyznaczonej osobie co tydzień. Minimalizowano zagrożenie, że zostanę zdemaskowana jako autor wypowiedzi i tekstów mojego podopiecznego.
Na stronie poświęconej Warmii i Mazurom wyskoczyła reklama uroczego pensjonatu o nazwie „U Maliny”. Obejrzałam zdjęcia i filmik, na których pokazano wnętrza. Prezentowały się świetnie, podobnie jak opinie tych, którzy bywają w tym miejscu. Zadzwoniłam i okazało się, że mają wolny apartament. Był droższy od innych pokoi. Poinformowano mnie jednak, że jeśli wynajmę od jutra na trzy tygodnie, otrzymam cenę porównywalną do wynajmu zwykłego pokoju. Zawsze wierzyłam w znaki. Nie miałam wątpliwości, że ta okazja to zrządzenie losu.
Wiedziałam, że Daniel po swoich imprezowych eskapadach wraca zazwyczaj następnego dnia około południa, a ja chciałam dotrzeć do celu z samego rana, aby nie tracić dnia w urokliwym miejscu. Dlatego napisałam do niego jedynie zdawkowy list. Prosiłam, abyśmy dali sobie czas na przemyślenie tego, czym jest dla nas związek i czy w tej sytuacji, do której doszliśmy, jego kontynuacja ma jeszcze jakikolwiek sens. List przypięłam magnesem do drzwiczek lodówki, bo gdy wracał po nocnych eskapadach, pierwszym, co robił, było sięgnięcie po zimne piwo. Nie wiem, czy dla zapicia kaca moralnego, czy celem poszukiwania klina po pijaństwie.
O świcie wsiadłam do samochodu i po kilku godzinach dotarłam w malownicze miejsce, położone w pierwszej linii brzegowej w stosunku do pięknego, rozległego jeziora. Pensjonat „U Maliny” był okazałym domem, otoczonym przepięknie utrzymanym ogrodem, w którym znalazło się miejsce na rabaty z ziołami dostępnymi dla wynajmujących. Budynek liczył kilkanaście pokojów. Urządzono je przytulnie, w odcieniach ciepłych brązów i beżów. W podpiwniczeniu mieściła się doskonale wyposażona kuchnia w stylu angielskim, z której wychodziło się na rozległe patio. Tam poustawiano leżaki, stoliki i mnóstwo lamp oraz latarni. Nie miałam pojęcia, że przestępując próg budynku, wchodzę w zupełnie nową rzeczywistość, o czym miałam się niedługo przekonać. I to nie tylko estetyczną, ale także tę zaliczaną do innych kategorii życiowych.
Patryk
Wracałem taksówką ze szpitala. Prosiłem kierowcę, aby jechał ostrożnie, bo jestem osłabiony i ostre hamowanie przyprawia mnie o ból i mdłości. Byłem wykończony. Na twarzy miałem odciśniętą czapkę maskującą, która wbiła mi się w policzek, a obite żebra bolały jak cholera. Ścigaliśmy faceta w masce i przebraniu Zorro, który ostatecznie uciekł. Wstyd przyznać, ale czyhaliśmy na niego na postoju taksówek nieopodal dyskoteki i nawet nie mieliśmy jego wizerunku. Akcja miała rozpocząć się na hasło: „to ten”. Jego personalia znało tylko szefostwo, a my – choć doświadczeni w realizacjach – byliśmy odsuwani od źródła jakiejkolwiek wiedzy. Sprawa była inna niż dotychczas, bo chodziło o jakiegoś człowieka ze świata show-biznesu. Naciągał na pomysły młodych ludzi, a później z nimi znikał. Jak wiadomo, pomysł sam w sobie nie jest chroniony prawnie, więc lawirował dość długo. Traf chciał, że dopuścił się poważnego występku względem wnuczki znanego aktora, a ten postanowił, że wykorzysta kontakty i go dopadnie. Nie dziwiłem się mu, bo dziewczyna, oprócz tego, że była młodziuteńka i wybitnie zdolna, miała za sobą próbę samobójczą. Po wybryku celebryty wciąż nie potrafiła wrócić do równowagi i co rusz lądowała w specjalistycznej klinice. Najdziwniejsze w naszej akcji było to, że osoby, które przygotowywały działania, nie sprawdziły dokładnie tego, że monitoring miejski jest uszkodzony. Stąd nie zgrał się materiał z kompromitacji. Nie była to typowa sytuacja, ale nie ubolewałem nad tym. W sumie nie ma tego złego, bo pół miasta widziałoby w relacjach telewizyjnych, jak uganiamy się za byle gościem, który nokautuje nas – nieudaczników – a potem znika w czeluściach ulic miasta.
Taksówka dotarła na miejsce. Zapłaciłem krocie. Wcześniej słyszałem o kwotach, które inkasuje się od chorych zabieranych sprzed szpitali, ale teraz miałem nieprzyjemność, aby przekonać się osobiście, jak to jest sięgnąć dna kieszeni. Normalnie, gdybym był w formie, pewnie zakwestionowałbym rachunek, ale w obecnej sytuacji górę wzięła moja chęć spokojnego przeżycia do jutra. Wysiadłem, otworzyłem bramę pilotem i wszedłem do domu. Ostatkiem sił kopnąłem za sobą drzwi, aby się zamknęły. Gdy znalazłem się w salonie, popatrzyłem na schody wiodące na piętro. Jak miałbym się tam przemieścić, aby ułożyć się w sypialni, by nie zdechnąć jednocześnie z bólu? Na latającym dywanie? Po raz pierwszy, od kiedy kupiłem nieruchomość na przedmieściach Warszawy, żałowałem, że nie jest mieszkaniem w blokowisku. Choćby nawet z wielkiej płyty, ale wyposażonym w windę.
Zdecydowałem, że będę spał na kanapie na dole. Przynajmniej przez te kilka pierwszych dni, póki nie ustanie najgorszy ból. Tymczasem ułożyłem się na rozkładanym fotelu w pozycji półleżącej i wyciągnąłem przed siebie nogi. Niestety, nie pomogło. Nie byłem w stanie normalnie siedzieć, dlatego przyjmowałem coraz bardziej powykręcane pozy, które miały przynieść ulgę. Nadal nic nie wskórałem. Co więcej, dopadły mnie dolegliwości niespecyficzne w postaci lekkich ukłuć po lewej stronie ciała, w okolicach serca. Najprawdopodobniej z powodu przemęczenia, ponieważ nie zmrużyłem oka od ponad dwudziestu czterech godzin. Cóż, cholernie bezsenne noce to moje wierne towarzyszki. Ot zwykłe czynniki ryzyka życiowego i zawodowego… Najlepsze, że nie było po mnie widać śladów choroby czy wyczerpania, poza szramą na policzku. Ani zasinienia, ani zaczerwienienia. Ani rozszerzonych źrenic, ani zaróżowionych policzków.
Nie nawykłem do przerw w pracy, zwłaszcza tych, które zwykło się nazywać wypoczynkiem, a już najmniej do chorowania czy rekonwalescencji. Najgorsze było jednak to, że nie do końca mogłem się sam obsłużyć. Mieszkałem jak odludek i zdawałem sobie sprawę, że ciężko będzie zorganizować codzienność w mojej nowej sytuacji. Trudno prosić o obsługę kumpli zajętych swoimi rodzinami, a tym bardziej zaprzyjaźnione kobiety, z którymi zdarzało mi się sypiać ostatnimi czasy. Rodzinę za to miałem i nie miałem. Łączyły nas więzy krwi. Chodziło o spadek po dziadkach – daczę w warmińsko-mazurskim, w której w dzieciństwie co rok spędzaliśmy wakacje. Przed, a nawet już i po śmierci rodziców. Teraz walczyliśmy o nią wraz z bratem bliźniakiem i starszą siostrą. Ja i rodzeństwo chcieliśmy mieć ją na własność. W związku z tym nie potrafiliśmy się dogadać. Ostatecznie podzieliliśmy się nią tak, że każde z nas mogło z niej korzystać przez kilka miesięcy w roku. Mnie przypadł najmniej ciekawy okres: od października do lutego. Czyli obecny czas.
Nagle zadzwonił telefon. To Dominika – moja była dziewczyna. Rudowłosa piękność o figurze modelki. Młodsza ode mnie o prawie dziesięć lat. Poderwałem ją, bo podobała się wszystkim facetom w firmie, na naszym piętrze. Rozstaliśmy się kilka tygodni temu w całkiem zdrowej atmosferze. Nie było sensu, aby dłużej ciągnąć relację, której tak naprawdę nie ma. Ona od jakiegoś czasu żyła swoim życiem, a ja swoim. Nigdy tego nie wyartykułowaliśmy otwarcie, ale przypuszczalnie zdradzaliśmy się wzajemnie ile wlezie. Na szczęście nasza więź była na tyle ustabilizowana i pozbawiona zwodniczych emocji, że mogłem zwrócić się do niej o pomoc w każdej sytuacji, tym bardziej nieciekawej kwestii zdrowotnej. Co zresztą uczyniłem, gdy tylko podjąłem rozmowę – bez szczególnego skrępowania i powściągliwości poprosiłem, by do mnie przyjechała.
*
– Słyszałam, że znowu uciekł – zaczęła na dzień dobry, gdy tylko weszła do domu, otwierając sobie drzwi własnym kompletem kluczy, którego mi nie zwróciła i o którym zdążyłem zapomnieć.
– Całkiem sprytny jak na złodzieja pomysłów. Nie sądzisz? – zapytałem.
– Działa, jakby ktoś go do tego przygotował – stwierdziła. – I to lepiej niż dobrze.
– W sensie profesjonalista? Jakiś stary wyjadacz? Ktoś z naszych?!
– Nie – zaprotestowała. – Raczej ktoś z półświatka. Bardzo głębokiego. Być może obstawiającego dwie strony barykady, czyli na przykład gumowe ucho, które stoi w rozkroku pomiędzy naszą firmą a cwaniaczkiem.
– Może to właściwy trop…
– Tropy tropami, ale teraz najważniejsze jest twoje zdrowie. Powiedz lepiej, czego potrzebujesz. Jedzenie? Leki? – zmieniła temat.
– Nie potrafię powiedzieć na szybko. Muszę przemyśleć sprawy. Listę zakupów prześlę ci później SMS-em, okej? – zaproponowałem, po czym tęsknym wzrokiem powiodłem w kierunku aneksu kuchennego: – Zaparzysz mi herbatę?
Nie odpowiedziała, lecz udała się w kierunku szafki, na której stał czajnik elektryczny. Poruszała się cicho, niemalże bezszelestnie. Jak kot, który załatwia sprawy, a potem nagle znika. Usłyszałem, jak nalewa wodę i lokuje dzbanek w podstawie podłączonej do prądu. Woda zaczęła szumieć leniwie, zakłócając nieznacznie ciszę. W tym samym czasie przez okno w salonie wpadł promień słońca, który oświetlił mi twarz. Rozzłościło mnie to, jednak nie miałem siły wstać, aby zaciągnąć żaluzje. Nie chciałem też prosić o to Dominiki. Wystarczyło, że przygotowywała herbatę i z własnej inicjatywy myła moje brudne od kilku dni naczynia, które zalegały w zlewie. Zamknąłem więc oczy, aby uniknąć drażniącej ekspozycji słonecznej, która w niewiadomy sposób zdawała się potęgować ból. W końcu, jakimś cudem, zmorzył mnie sen, a gdy się obudziłem, na stoliku obok stała moja prawie ostygnięta herbata. Dominiki nie było. Chwyciłem telefon i zacząłem pisać SMS-a z listą zakupów. Po chwili ponownie zasnąłem.
Usłyszałem dzwonek do drzwi, niefortunnie wzdrygnąłem się i poczułem ostre zakłucie. Otworzyłem oczy i zacząłem się zastanawiać, czy nie był to omam słuchowy związany z potwornym cierpieniem, które dawało o sobie znać przy każdym pojedynczym ruchu. Mój wzrok padł na niedopitą herbatę na stoliku i zegar. Spałem około czterech godzin.
Zwlokłem się z kanapy w salonie, sapiąc i dysząc jak stary dziadek, i podszedłem do drzwi wejściowych. Zachwiałem się jednak i zanim wyjrzałem przez wizjer, otworzyłem niemalże na oślep. A potem zabrakło mi powietrza, bo w tchawicy pojawiła się gula, która zdawała się przejmować kontrolę nad systemem operacyjnym mojego organizmu, co w wiadomy sposób nie zwiastowało niczego dobrego. Ostatecznie oparłem się o ścianę, po której osunąłem się w dół.
– Nie mogłaś sama… – jęknąłem ostatkiem sił, dostrzegając spod przymkniętych powiek postać Dominiki.
– Nie mogłam. Jestem objuczona siatami. – Weszła pospiesznie do domu, postawiła ciężkie torby na podłodze, po czym zamknęła drzwi od wewnątrz i przykucnęła obok mnie.
– Słabo wyglądasz – powiedziała, po czym delikatnie trąciła mnie w ramię. – Patryk…?
To były ostatnie słowa, a raczej urywki słów, jakie do mnie dotarły. Poczułem, że moje nogi robią się coraz słabsze, przedramiona niemalże drętwieją. Traciłem możliwość normalnego oddychania, zupełnie jakby coś nienaturalnego działo się z moimi płucami. Raz po raz rozpaczliwie chwytałem powietrze, ale nie mogłem tego zrobić w pełni, tak aby nasycić się ilością, która jest mi w tej chwili niezbędna do tego, aby przeżyć. Sytuacji nie sprzyjały frustracja i narastające zdenerwowanie z powodu niemocy. Miarowo, z wielkim wysiłkiem ściskałem i rozluźniałem niemalże drętwiejące dłonie, jakby to miało mi w czymkolwiek pomóc. W końcu poczułem, że wykrzywiam twarz w mimice bezsilności, wzmaganej coraz większym napięciem z powodu tego, że tracę kontrolę z rzeczywistością. Zamknąłem oczy.
– Patryk? Nie wygłupiaj się? Słabo ci? – docierały do mnie słowa Dominiki. – Mów do mnie, słyszysz? Popatrz na mnie… Mogę zadzwonić po pogotowie?
– Nie, nie rób tego. Dam radę. Muszę tylko chwilkę odpocząć – powiedziałem bezgłośnie, biorąc haust powietrza, co wydawało mi się nieziemskim wysiłkiem.
– Pozwól mi, proszę, zadzwonić po pomoc… Tak nie można… – nalegała. – To nie wygląda na zwykłe omdlenie, a raczej coś znacznie poważniejszego.
– Daj spokój, po tym, jak zarobiłem, różne rzeczy mają prawo się dziać – wydukałem, uspokajając powoli oddech, który zdawał się powracać do normalności. – Nic mi nie jest. Naprawdę. Przecież przeszedłem wszelkie możliwe badania. Nie wykazały nic poza…
– Mimo wszystko wezwę pogotowie – zadecydowała i wyjęła z kieszeni telefon.
Nie wiem skąd, ale nagle wstąpiła we mnie nieznana siła, która nakazała mi zapobiec temu, co chciała zrobić. Miałem dość kitli, pobrań krwi i tym podobnych. Karetki i szpitale kojarzyły mi się z pracą. Tak zazwyczaj kończyły się akcje dla delikwentów. Ktoś zostawał ranny albo… Nie, tylko nie pogotowie! Do cholery! Muszę wstać!
Powolnym, posuwistym ruchem uniosłem się i stanąłem, opierając się o ścianę.
– Skoro jesteś tak bardzo uparty, to chociaż pomóż mi cię przetransportować na kanapę – rzuciła Dominika, chowając telefon z powrotem do kieszeni, a ja podałem jej dłoń i jakoś razem dobrnęliśmy na miejsce.
– Niech zgadnę: nie zażyłeś żadnego leku przeciwbólowego? – zapytała.
– Skoro wiesz, że nie, to po co wnikasz – odrzekłem.
Nie skomentowała moich słów. Pokręciła tylko głową z dezaprobatą, a ja zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny zachowałem się jak szczeniak, obarczając ją sobą i swoją słabością.
– Może jednak… – zaproponowała po chwili, wskazując głową na stertę medykamentów, które po przyjeździe ze szpitala rzuciłem od niechcenia na komodzie.
– Znasz moje zdanie – westchnąłem i zamknąłem oczy.
Ułożyłem się powoli na kanapie. Dominika rozpakowała torby. Obserwowałem jej spokojne, wprawne ruchy, łypiąc wzrokiem za przemieszczającym się konturem jej sylwetki. W końcu, znużony bólem i zmęczeniem, zasnąłem.
Gdy obudziłem się, była noc. Świeciła się lampka, a obok mnie leżała kartka z wiadomością: Jeśli będziesz potrzebował, dzwoń. Całą dobę, bo następnym razem wezwę paramedyków bez pytania, i do tego zdalnie. D.
Cała ona. Zawsze mogłem na nią liczyć, była niezłomna. Dlatego dobrze, że się rozstaliśmy. Zasługiwała na faceta, który będzie jej uprzątał pyłki spod stóp. Nie na takiego drania jak ja. Pokiereszowanego, pokaleczonego wywrotowca.
*
Po kilku dniach znów odwiedziła mnie Dominika. Przywiozła następne zakupy. Wyglądała jakoś inaczej. Miała rozwiane włosy i piękną sukienkę w drobne kwiaty, która wspaniale podkreślała jej nienaganną figurę. Wiedziałem, że kobiety przybierają postać bogiń i boginek, kiedy miłość zagląda im w oczy. Albo mają do ukrycia jakiś sekret, którym nie chcą się podzielić ze światem. Tym razem też chyba tak było. Życzyłem jej jak najlepiej, ale nie zamierzałem dłużej kontemplować jej nastrojów. Zwłaszcza że tak bardzo kontrastowały z moim samopoczuciem.
– Jak się masz? – zagadnęła od progu.
– Znacznie lepiej, to już prawie tydzień – powiedziałem.
– Nie udawaj chojraka. Mnie nie oszukasz – westchnęła głośno.
– Nasze rozstanie wpłynęło na ciebie pozytywnie. I jeszcze do tego zaczęłaś bawić się w medium, które telepatycznie odbiera sygnały z mojego organizmu… – zakpiłem.
– Jakbyś zgadł. – Uśmiechnęła się uroczo.
– Auć! Cierpię, bo czuję, że pojawił się ktoś… – zażartowałem.
– Niepotrzebnie. Ty też jesteś fajnym facetem, ale… – Spojrzała na mnie uważnie.
– Ale co? – zapytałem, patrząc jej w oczy.
– Nie pasowaliśmy do siebie – podsumowała nasz związek.
– Zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle do kogokolwiek pasuję – rzuciłem.
– Pasujesz, pasujesz. Do kogoś mocno zapracowanego. Podobnie jak ty – padło.
– Powinienem się rozejrzeć w robocie – westchnąłem.
– Przeciwnie. Lepiej w cywilu. – Pokręciła głową na boki. – Przydałaby ci się jakaś porządna, poukładana, spokojna nauczycielka… One to mają poziom cierpliwości…!
– No tak, przy dwóch służbowych temperamentach rękoczyny gwarantowane.
– A wiesz, że coś w tym jest? – zaśmiała się wesoło.
Z Dominiką znaliśmy się właśnie z pracy, gdzie tak zwane rękoczyny i pyskówki były jednymi z narzędzi postępowania, a bywało, że i przetrwania. Związek mój i Dominiki oparty był na podobnych, spontanicznych temperamentach i zbliżonym, nieco rubasznym poczuciu humoru, a przede wszystkim na takim zwyczajnym lubieniu i przyjaźni. Nie dało się tego zintensyfikować. Powierzchowne przyciąganie seksualne, wzmocnione kumplowaniem się, czyli tak zwane trwanie ze sobą jako friends with benefits, nie było wystarczającym spoiwem, by nas przy sobie wzajemnie utrzymać na zawsze. Zresztą z jej strony chyba było tego wszystkiego jeszcze mniej niż z mojej. Cieszyłem się, że tak jest, bo przynajmniej nie miałem zagraconego sumienia.
– Jakie masz plany? – zapytała znienacka, przyglądając mi się uważnie.
– Wykuruję się i wracam do pracy – wypaliłem z przekonaniem.
– Podejrzewam, że nie za szybko – podała moje słowa w wątpliwość.
– Lekarz mówił, że wydobrzeję za około miesiąc – starałem się bagatelizować.
– No właśnie. Wytrzymasz w domu? – zapytała z powątpiewaniem.
– Kto powiedział, że w domu? – odparłem pytaniem na pytanie, bo nagle zaświtał mi w głowie pewien pomysł.
– Wycieczka na zwolnieniu lekarskim?! Nie rób głupot! – zaprotestowała.
– Nie, po prostu wyjazd do daczy na Warmii. Tam odbędę rekonwalescencję – zaśmiałem się. – Dom jest parterowy, przynajmniej nie będę musiał chodzić po schodach.
– Dasz radę tam pojechać? Sam? Wiesz, że nie mówię tylko o twoim stanie zdrowia… – powiedziała, totalnie zaskoczona moim pomysłem, po czym dodała dyplomatycznie: – Zawsze lubiłeś wielkie aglomeracje…
– Dam radę. Jak zawsze. – Wzruszyłem ramionami, siląc się na obojętny ton i pomijając wątek aglomeracji, bo te lubiłem z uwagi na to, że w natłoku szybkiej codzienności wykluczały skłonność do refleksji i rozpamiętywania.
Dominika doskonale wiedziała, że właśnie zbliża się okrągła dwudziesta rocznica załamania mojego świata. Wyjazd miał służyć nie tylko rekonwalescencji, ale stać się także w pewnym sensie rozliczeniem z przeszłością. Chciałem, jak to się mawia, przepracować wspomnienia. Teraz, gdy jestem słaby i będę uziemiony na tyle długo, aby nie móc się stamtąd wydostać, nadarzała się doskonała okazja. Miałem zamiar rozpieprzyć w drobny pył tę cholerną siatkę zdarzeń, które oplątywały mnie od lat, dewastując każdego dnia. Bo nie było chwili, abym nie myślał o rodzicach i… o NIM. Tak, zdecydowanie chodziło mi o przeprowadzenie skomplikowanej operacji na moim zadżumionym przeszłością organizmie.
Nie byłem tam od dziesięciu lat.
Korzystając z pomocy Dominiki, spakowałem się. Szczęście, że przed kontuzją zrobiłem wielkie pranie. Nawet nie chciałem myśleć o potencjalnym wstydzie, gdyby musiała grzebać w szafach w poszukiwaniu czystych skarpet i innych elementów garderoby. Cóż, kawalerskie życie… Zresztą była ze mną przez jakiś czas, więc wiedziała, że o wszystko dbam z doskoku. Najważniejsze, że ból trochę odpuścił, choć wciąż nie wolno mi było dźwigać. Postanowiłem nie zgrywać bohatera, by nie przysparzać Dominice zmartwień. Zwłaszcza teraz, gdy starała się poukładać swoje życie z innym, tym razem – być może – normalnym facetem. Dlatego przezornie, zanim grzecznościowo zaoferowała mi podwózkę na Warmię, poprosiłem, aby odwiózł mnie tam szef. Za kilka dni kumpel i jego żona mieli doprowadzić na miejsce moje terenowe auto, bez którego czułem się jak przedszkolak w jaskrawej kamizelce odblaskowej. Taki prowadzony przez pasy za rączkę przez złośliwą ciocię z grupy Lisków czy też innych leśnych stworzeń.
Patryk
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazały się również:
Ścigając płomienie
ISBN: 978-83-8423-576-8
© Magdalena Artomska-Białobrzeska i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Anna Pomianek | JezykoweDylematy.pl
KOREKTA: Paulina Górska
OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
