Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
29 osób interesuje się tą książką
Czy można pokochać kogoś, jeśli nie kocha się samego siebie?
Leopold, żeby nie popaść w obłęd, musi pisać. To jego jedyny sposób na walkę z demonami przeszłości. Ukończoną powieść ofiaruje zaprzyjaźnionej profesorce Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie sam studiował przed laty. Wizyta na uczelni przynosi nieoczekiwany skutek: Leopold przykuwa uwagę błyskotliwej studentki polonistyki.
Alicja przebojem wdziera się w jego świat – chce go poznać i zrozumieć. Zauroczona wrażliwością i tajemniczością mężczyzny, nie przeczuwa, jak bardzo nieszczęśliwy jest ten zamknięty w sobie pisarz.
Czy determinacja i marzycielska natura Alicji wystarczą, by przebić się przez mur, którym Leopold odgrodził się od świata?
Jednego możemy być pewni: kiedy drogi dwojga ludzi przetną się pod krakowskim niebem – mężczyzny po przejściach i dziewczyny z przyszłością – nic już nie będzie takie samo.
„Schizofrenia uczuć” to poruszająca opowieść o miłości rodzącej się na zgliszczach. Namiętność i czułość nieustannie przeplatają się tu z bólem, ponieważ przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sebastian Steranka
Schizofrenia uczuć
Kukułka zamieszkująca stary zegar ochryple wykaszlała czwartą nad ranem. Leopold najpierw przeciągnął się, potem wzdrygnął. Dogasił zapomnianego, choć tlącego się jeszcze papierosa, po czym wstał, żeby zamknąć okno. Zmarzł. Pisał po kilkanaście godzin dziennie, prawie nie śpiąc, rzadko jedząc. Od siedmiu przeszło tygodni rozgrzana do czerwoności wyobraźnia powoływała do życia bohaterów i gmatwała ich losy w powieści będącej największą pasją i największym przekleństwem Leopolda. Bał się przestać. Kiedy to zrobił ostatnim razem, przez trzy lata nie potrafił skreślić choćby zdania.
Zamknął okno. Poprawił pluszowy, mocno znoszony szlafrok, w który był odziany. Dłonie wsparł o parapet, nos i czoło przytknął do zimnej szyby. Patrzył na budzące się miasto, pierwsze kontury kamienic wychylające się z mroku. Jakiś stróż zamiatał, jakiś tramwaj ciskał złote iskry spod kół wściekły, że przerwano mu słodki sen w zajezdni. Jesienne niebo polewało gołębie kulące się na szerokich parapetach i brzydkie studentki wracające pijanym, nienawykłym do szpilek krokiem do równie brzydkich pokojów pobliskich akademików po bezowocnych łowach.
Życie nie rozpieszcza – pomyślał – szczególnie kiedy idzie o brzydkie studentki. Zaczną wyjeżdżać na Lesbos, pokochają feminizm albo pójdą w politykę, co gorsza. Będą obnosić się ze swoją emancypacją i tolerancją dla całego gówna tego świata, a wystarczyłby w porę zaaplikowany kawałek kutasa.
Wyprostował się, wykonał kilka ruchów głową dla rozluźnienia karku i wrócił do biurka. Krzesło przyjaźnie skrzypnęło pod znajomym ciężarem. Na dnie kwadratowej szklanki majaczyła resztka płynu. Wypił. Przyjemne ciepło rozlało się po krtani i przełyku. Z przyzwyczajenia chciał uzupełnić szklankę. Sięgnął po stojącą tuż obok butelkę. Z dezaprobatą zlustrował żenująco niski poziom zawartości. Żeby nie przelewać z pustego w próżne, dopił, co tam było we flaszy, a puste naczynie cisnął do kosza obok biurka.
– Pora kończyć, panie Leopoldzie – rzekł sam do siebie i wyjął ze starej, rozklekotanej maszyny do pisania marki Continental zapisaną w połowie kartę papieru. Z uwagą przeczytał kilkakrotnie widniejącą na niej treść. Było dobrze, więc na powrót wkręcił papier do maszyny.
Już miał zacząć, ale przypomniał sobie, że dobre dwie godziny temu zachciało mu się siku. Wtedy nie poszedł, bo bał się stracić wątek, jak zawsze kiedy myśli wyprzedzały palce i mnożyły się w postępie geometrycznym. Trzeba zrobić to teraz, zanim pisanie wciągnie na powrót. Nie lubił, kiedy rozpraszały go pierdoły typu sikanie.
Przeszedł przez ciemne mieszkanie. Nie zapalając światła również w łazience, machinalnie załatwił potrzebę. Wrócił do swojej samotni. Nastawił płytę, delikatnie opuścił igłę. Po kilku trzaskach ze starego gramofonu popłynął Koncert fortepianowy nr 21 Mozarta, a Leopold uśmiechnął się smutno do starszego pana z batutą – czarno-białej fotografii wiszącej na ścianie. Nucił i patrzył na biurko, które przywiodło na myśl bezludną wyspę. Mała żarówka w stylowej lampie była słońcem oświetlającym zasypaną śniegiem wyspę. Białe kartki szczelnie pokrywały powierzchnię mebla, razem z kałamarzem i przyciskiem do papieru. Wszystko poza rozklekotaną maszyną i nienaturalnie pustą szklanką. Tylko skąd śnieg na bezludnej wyspie? Muszę być porządnie zmęczony – pomyślał.
Krzesło ponownie skrzypnęło. Do Mozarta dołączyły po chwili, nie burząc harmonii, miarowo wybijane na maszynie litery.
Leopold uwielbiał pisać w rytm słuchanej muzyki. Uważał to za świetną zabawę i zajęcie nader dyscyplinujące przy okazji. Praca pochłonęła go całego. Nie widział, kiedy wstał dzień i nocna lampka przestała być potrzebna, nie słyszał, kiedy wybrzmiała muzyka i zrobiło się kompletnie cicho. Pisał i na głos wypowiadał ostatnie zapisywane zdania: „Franek zaciągnął się głęboko papierosem, po czym rzekł sentencjonalnie do ciągle jeszcze zapłakanej Heli:
– Ta cała miłość to lipa. Na przyszłość pamiętaj, że lepszy dobry seks bez zobowiązań niż zły związek bez przyszłości.
Pogłaskał Helę po lśniącym łzami policzku i wyszedł”.
KONIEC.
Siłą rozpędu chciał pisać dalej, jednak wzrok wciąż powracał do ostatniego wyrazu. A więc koniec – wreszcie dotarło do świadomości Leopolda.
Nie wstając, przeciągnął się kilka razy i ziewnął. Zapalił papierosa. Poczuł miłe, rozchodzące się po wszystkich zakamarkach ciała odprężenie. Palił długo, powoli, żeby uspokoić myśli. Kiedy skończył, wyciągnął z maszyny zapisaną kartkę. Dołożył ją do sterty leżących na biurku. Wyłączył lampkę. Był tak zmęczony, że nie miał siły wstać. Odruchowo, czekając na przypływ mocy, zaczął porządkować biurko. Na szczęście numerował strony, więc ustalenie właściwej kolejności nie przerosło go. Starannie ułożone papiery zawiązał w teczce. Wyjął pióro z odkopanego kałamarza i czarnym atramentem napisał na wierzchu: „SCHIZOFRENIA UCZUĆ”.
Kiedy się położył, w głowie wciąż miał niezły mętlik. Kumulacja długotrwałego pobudzenia i nieprzespanych nocy sprawiła, że świat Leopolda wirował scenami zapisanymi na kartach książki. Chciał usnąć i jak najszybciej odpłynąć, byle dalej, ale nie mógł zamknąć oczu. Przesuszona rogówka piekła i sprawiała ból. Kiedy wreszcie je zamknął, piasek kłuł pod powiekami, by wycisnąć kojące łzy. Nie był pewien, czy nadejdzie dzień, w którym uda mu się otworzyć je na powrót. Później nie było już nic, tylko sen mocny, pozbawiony obrazów.
Po tym jak przespał blisko dwie doby, Leopold postanowił pokazać się światu. Okoliczności sprzyjały. Deszcz wypadał się wreszcie, a brudna, zimna szaruga ustąpiła miejsca jesieni – tej polskiej, tej złotej. Słońce kaskadami wlewało się do mieszkania wielkimi, zdobnymi w łuki oknami. Kurz radośnie wirował w rozszczepionym świetle zagubionych promieni.
Leopold siedział w starym fotelu bujanym i rozkoszował się smakiem kawy, którą uprzednio starannie zmielił w ręcznym młynku, następnie zaparzył w wiekowym czajniku. Marsz turecki budził równie dobrze co kawa. Lubił gry słowne i skojarzenia, więc od razu pomyślał, że do Marsza tureckiego lepiej nadałaby się kawa po turecku.
Rozglądał się. Przytulny pokój, w którym wszystko zdawało się być stare jak świat, a przynajmniej jak Kraków, budził tyle wspomnień. Ogromna szafa, w której chował się jako brzdąc, gdy mama kusiła pysznym szpinakiem. Pokaźna biblioteka i krzesło, które trzeba było podsunąć, by dobrać się do skarbów z wyższych półek. Szezlong, na którym zasypiał w takt metronomu, gdy tata pozwalał popatrzeć, jak pracuje. I zdjęcia. Dziesiątki zdjęć z zatrzymanymi migawką wycinkami rzeczywistości, dzisiaj historii. Niektóre pamiętał, inne znał z opowieści. Nowsze nie mówiły mu kompletnie nic. Na wszystkich ojciec, na kilku matka lub on.
Najmniej przyjaźnie spojrzał na biurko. Ból tyłka nie pozwalał zapomnieć, że spędził przy nim ostatnie dwa miesiące. Kto wie, czy nie najwspanialsze miesiące życia, mimo wszystko. Wstał. Odstawił pustą filiżankę. Uśmiechnął się na widok teczki ze skończoną książką.
– Idziemy na spacer! – rzucił radośnie i zaczął się szykować. Już dawno najprostsze czynności nie sprawiły mu tyle radości. Prysznic, golenie, czesanie. Wszystkie maksymalnie rozciągał w czasie, wszystkie wykonywał z pietyzmem i maestrią.
Po toalecie przyszedł czas na śniadanie. Jajecznica rozczarowała, chociaż miał na nią niebywałą ochotę. Tygodnie palenia i picia wyjałowiły jednak smak i było mniej niż średnio. Z garderobą poszło najszybciej, pewnie dlatego, że nie przywiązywał do niej szczególnej wagi. Na co dzień najważniejsza była wygoda. Ze względów estetycznych unikał jaskrawych kolorów. Rzeczy, które nosił, nie musiały być modne, ważne, żeby jemu się podobały. Buty, jako że najczęściej chadzał piechotą, kupował masywne i dobrej jakości. Nigdy z tak zwanej skóry ekologicznej. Trąciło fałszem od samej nazwy. Pamiętał, że jak był dzieckiem, mówiono na to skaj, a nogi parzyły się w tym jak diabli.
Ubrany w długi, czarny, skórzany płaszcz, gruby golf w tym samym kolorze i popielate, materiałowe spodnie ostatni raz przeglądał się w lustrze w przedpokoju. Wziął teczkę z szafki na buty, wrócił do pokoju. Wrzucił do niej maszynopis i papierosy. Do kieszeni płaszcza schował telefon i wyszedł.
Pomimo oślepiającego słońca było zimno jak na połowę października. Jemu ten chłód wydał się całkiem przyjemny, więc wlókł się w rozpiętym płaszczu, rozglądając z ciekawością azjatyckiego turysty. Ostatni dłuższy spacer odbył jeszcze latem, kiedy wracał z pogrzebu ojca.
Garnitur lepił się do grzbietu, a kurz drapał gardło, ale nie miał nic lepszego do roboty i donikąd się nie spieszył, więc szedł. Wtedy też, po raz pierwszy odkąd wyprowadził się z domu, wrócił na Karmelicką. Myślał o tym od dnia, w którym dowiedział się o śmierci ojca, ale dopiero po pogrzebie odważył się tutaj przyjść, a może nogi same go tu przyniosły? Przekroczył próg mieszkania, w którym dorastał. Niemal natychmiast poczuł pustkę i bezbrzeżną samotność. Wiedział, że już nic i nigdy nie będzie takie samo. Pewnych rzeczy nie da się już naprawić albo chociaż wytłumaczyć. Na zawsze coś utracił i poczuł się tak po raz drugi w życiu. Jeszcze tego samego dnia zwolnił wynajmowaną na Dębnikach kawalerkę, przewiózł rzeczy i jako tako się rozpakował. Później usiadł przy biurku i zaczął pisać. Od tamtego dnia wychodził jedynie do pobliskiego sklepu po jedzenie, papierosy i whisky.
Szedł powoli. Po lewej minął kościół, w którym lubił czasem posiedzieć w ciszy. Przeszedł na drugą stronę. Zatrzymał się przy teatrze, przejrzał repertuar. Wstąpił do księgarni na Podwalu, ale nie znalazł nic krzyczącego o zakup. Na Plantach trafił względnie czystą ławkę, wolną od studentów i babć dokarmiających gołębie resztkami precli, więc zrobił przerwę na papierosa.
Patrzył na miedzianozłote liście. Część kurczowo resztkami sił trzymała się gałęzi, inne ryzykowały skok w nieznane i, wirując, opadały na chodnik lub pożółkłą trawę. Doszedł do Gołębiej. Minął imponująco prezentujące się po remoncie Collegium Novum, by po chwili przystanąć przed wyglądającym jak ubogi krewniak prawników instytutem polonistyki. Wszedł przez masywną bramę. Hol tuż za nią był pusty, widocznie trwały zajęcia.
Zatrzymał się, zamknął oczy i kilkakrotnie głęboko wciągnął powietrze. Jak dawniej pachniało wilgocią i historią. Otworzył oczy, zaczął się rozglądać. Niewiele, a może żadnych zmian nie zauważył od czasu, kiedy był tutaj po raz ostatni, piętnaście lat temu. Tylko ogłoszenia na tablicy korkowej wyglądały współcześnie. Te pisane długopisem lub piórem na wydzieranych z notatników skrawkach papieru wyparte zostały przez wydruki komputerowe o starannej kompozycji i czcionce. Z dyżurki po lewej wysunęła się głowa portierki – tęgiej kobiety przeżuwającej resztki drugiego śniadania.
– Pomóc w czymś? – zapytała z wymuszoną uprzejmością.
– Dzień dobry pani – powiedział Leopold i podszedł bliżej.
– Dzień dobry.
Kobieta obejrzała powierzchowność przybysza od stóp do głów i zniknęła w swojej budce. Wypiła łyk herbaty i oderwała kolejny kęs od solidnej kanapki.
– Czy profesor Kownacka pracuje jeszcze na uniwersytecie?
– Pracuje, a bo co? – odrzekła po przemieleniu pokarmu.
– A kiedy mógłbym ją złapać?
Portierka włożyła okulary w topornych oprawkach i sprawdziła grafik wiszący na ścianie.
– Ma pan szczęście. Za pięć minut będzie miała przerwę. Ma wykład w sali 203, to jest…
– Wiem, gdzie to jest, dziękuję… – nie pozwolił dokończyć kobiecie. Bez pośpiechu odszedł od dyżurki i zniknął za zakrętem schodów. Portierka, z braku lepszego zajęcia, chapnęła kolejny kawałek kanapki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Schizofrenia uczuć
ISBN: 978-83-8423-229-3
© Sebastian Steranka i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Julia Ryczyńska
KOREKTA: Emilia Kapłan
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
