Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Pisana przez ponad trzy lata na zamówienie Warner Book i konsultowana ze spadkobiercami Margaret Mitchell, prawie tysiącstronicowa powieść opisuje dalsze losy dobrze znanych bohaterów. Scarlett O`Hara powraca do Tary, by tam na nowo stawić czoła otaczającej ją nowej rzeczywistości. Minione lata wywarły na kobiecie swoje piętno. Niegdyś zainteresowana głownie pieniędzmi, teraz niepoprawna dziedziczka tradycji buntowniczego Południa, zwraca się ku rodzinie i najbliższym. Dojrzalsza i mądrzejsza, postanawia walczyć o miłość Rhetta Butlera... Pogodzenie z losem i próba dostosowania się do świata, w którym zaszły gigantyczne przemiany przysporzą jej wielu problemów, ale staną się również źródłem niespodzianek i nieoczekiwanych darów losu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1286
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału:
SCARLETT
Sequel to Margaret Mitchell’s GONE WITH THE WIND
Copyright © Stephens Mitchell Trusts 1991
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017
Polish translation copyright © EM 1995
Ewentualnych spadkobierców pani Joanny Dąbrowskiej prosimy o kontakt
All rights reserved
Projekt graficzny okładki: Agnieszka Drabek
Ilustracja na okładce: Anna Halarewicz
ISBN 978-83-8439-413-7
Wydawca
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI
Jan Żaborowski
Zagubiona w ciemności
To się niedługo skończy i pojadę do Tary”.
Scarlett O’Hara Hamilton Kennedy Butler stała samotnie z dala od reszty żałobników zgromadzonych na pogrzebie Melanii Wilkes. Padał deszcz. Czarno ubrani mężczyźni i kobiety zbili się ciasno pod czarnymi parasolami pogrążeni w żałobie.
Scarlett stała samotnie. Z nikim nie dzieliła ani żalu, ani miejsca pod parasolem. Nie zwracała uwagi na przenikliwy, ostro zacinający wiatr. Po stracie Melanii czuła jedynie odrętwienie i pustkę. Odsunęła od siebie cierpienie, żal i udrękę. Na razie. Później będzie czas na płacz. Później, to znaczy wtedy, gdy wróci zdolność odczuwania bólu. Jak magiczne zaklęcie powtarzała uparcie słowa, które obiecywały ukojenie i ratunek: „To się niedługo skończy i pojadę do Tary”.
* * *
„…z prochu powstałeś i w proch się obrócisz…”.
Głos księdza z trudem dotarł do jej świadomości, powodując, że otrząsnęła się z odrętwienia. Słowa, które przed chwilą usłyszała, nabrały złowieszczego sensu.
Nie! – krzyknęła Scarlett bezgłośnie. To nie Mela! To nie może być jej grób. Jest za duży. A Mela była drobniutka jak ptaszek. To niemożliwe, że Mela umarła. Nie zniosę tego! Nigdy w to nie uwierzę! Odwróciła głowę, jakby w ten sposób chciała zaprzeczyć istnieniu rozkopanej mogiły. Nie mogła patrzeć, jak prosta sosnowa trumna znika w ciemnej jamie. Nie chciała widzieć na gładkiej powierzchni drewna śladów po młotkach, którymi zabijano wieko nad delikatną, kochaną twarzą Melanii.
Popatrzyła na stojących nad grobem ludzi i ogarnął ją nagły przypływ gniewu. Nikt nigdy nie troszczył się o Melę tak jak ona i nikt z powodu śmierci Meli nie utracił tak wiele jak ona. Żaden z nich nawet nie domyśla się, jak bardzo ją kochała. Jedynie Mela to wie. Muszę w to wierzyć. Nikt inny nie zdaje sobie z tego sprawy. Ani pani Merriwether, ani Meade’owie, ani Withingowie, ani Elsingowie. Stoją tu wszyscy, otaczając Indię Wilkes i Ashleya niczym stado czarnych wron. Pocieszają łkającą ciotkę Pittypat, chociaż każdy wie, że wypłakuje oczy z byle powodu. Przez myśl im nie przejdzie, że to ja potrzebuję słów otuchy, że to mnie jest trudno. Że byłam bliższa Melanii niż którekolwiek z nich. Zachowują się tak, jakby mnie tu nie było. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, nawet Ashley. Jednakże podczas tych dwóch strasznych dni po śmierci Melanii doskonale wiedział, jak mnie znaleźć, wtedy mnie potrzebował, wtedy im wszystkim byłam potrzebna! Ktoś przecież musiał zająć się pogrzebem. Czekali na mnie jak na zbawienie, nawet India. Co z pogrzebem, Scarlett? Co z trumną…? Co ze stypą… a klepsydry…? Jaki napis wybierzemy na nagrobek? Wszyscy liczyli tylko na mnie! A teraz stoją tu, wspierając się o siebie i szlochając. Nie dam im jednak satysfakcji oglądania mnie opuszczonej i zapłakanej. Nie mogę pozwolić sobie na płacz! Nie tutaj i nie teraz! Mogłabym nie przestać. Będę płakać potem, kiedy wrócę do Tary. Trzęsąc się z zimna i tłumiąc ciche łkanie, Scarlett powtarzała w duchu: „To się niedługo skończy i pojadę do Tary”.
* * *
Dla Scarlett cmentarz Oakland w Atlancie był pełen bolesnych wspomnień. Wyniosła granitowa iglica, szary kamień sieczony strugami deszczu tworzył posępny pomnik wzniesiony beztroskiemu i na zawsze utraconemu światu młodości sprzed wojny. Był to pomnik konfederata, symbol dumy i odwagi Południa, które z rozwianymi sztandarami ruszyło wprost ku zagładzie. Stał tutaj na cześć tych, którzy odeszli: przyjaciół z dzieciństwa, wytwornych młodzieńców proszących z ukłonem o walce i pocałunki, w czasach kiedy największymi problemami Scarlett były suknie balowe i koronki… Był to pomnik jej pierwszego męża, Charlesa Hamiltona, brata Melanii, a także pomnik synów, braci i ojców wszystkich tych, którzy stali teraz nad grobem Melanii.
Wśród tych mogił był grób Franka Kennedy’ego, drugiego męża Scarlett, oraz maleńka, przerażająco maleńka mogiłka z wyrytym w kamieniu napisem: EUGENIA VICTORIA BUTLER, i pod tym: BONNIE, jej ostatnie najukochańsze dziecko.
Teraz znaleźli się tu wszyscy żywi i umarli. A jednak Scarlett była sama. Zdawało się, że przyszła tu niemalże połowa mieszkańców Atlanty. Tłum wylał się z kościoła i szerokim czarnym kręgiem otoczył wykopany w gliniastej ziemi grób Melanii.
W pierwszym rzędzie z twarzami lśniącymi od łez stanęli najbliżsi. Stary stangret wuj Peter wraz z Dilcey i Cookie tworzyli ochronny trójkąt wokół Beau, małego, zagubionego synka Melanii.
Spotkało się tutaj starsze pokolenie Atlanty, młodych było niewielu, bo też niewielu potomków pozostało starym rodom. Meade’owie, Withingowie, Merriwetherowie i Elsingowie z córkami i zięciami oraz ułomny Hugh Elsing, jedyny z ich synów, który pozostał przy życiu. Ciotka Pittypat Hamilton i jej brat Henry, pogrążeni w żalu po siostrzenicy, zapomnieli o dawnej wzajemnej niechęci. India Wilkes, młodsza od pozostałych, choć wyglądająca równie staro, odłączyła od grupy, by z wyrazem smutku i winy obserwować brata, Ashleya, który podobnie jak Scarlett stał samotnie na deszczu, z odkrytą głową, nieczuły na zimno i wiatr, nie mogąc pogodzić się z ostatecznością słów kapłana i widokiem wąskiej trumny spuszczanej do gliniastego grobu.
Ashley. Wysoki, chudy, z jasnymi włosami, teraz prawie siwymi, i bladą twarzą podkreślającą pustkę w oczach, stał wyprostowany jak struna, bez drgnienia, bez okazywania żadnych uczuć – dawny nawyk z lat spędzonych w mundurze oficera.
Ashley. Symbol i przyczyna zrujnowanego życia Scarlett. Z miłości do niego odrzuciła szczęście, które było tak blisko. Zajęta czekaniem na Ashleya zniszczyła małżeństwo z Rhettem. Nie dostrzegała miłości, jaką ją darzył, i nie zastanawiała się nad własnymi uczuciami. A teraz Rhett odszedł. Jego obecność przypominały tylko te złote jesienne kwiaty na grobie Melanii… I Melania odeszła. Tyle lat zdradzała swoją najlepszą przyjaciółkę, ignorując i wyszydzając jej przywiązanie i miłość. Miłość do Ashleya też gdzieś się rozwiała. Scarlett zrozumiała za późno, że nawyk kochania go zbyt długo zastępował jej prawdziwe uczucie. Nie kochała go i nigdy nie pokocha. To ironia losu sprawiła, że Ashley mógł być teraz jej, tak jak o tym od dawna marzyła. Gdyby nie obiecała Meli, że zaopiekuje się nim i Beau! To Ashley był powodem jej zmarnowanego życia, ale też ta resztka uczuć, jakimi go darzyła, nadawała jej życiu sens.
Scarlett stała samotnie. Jedynie niewielka, wypełniona deszczem przestrzeń dzieliła ją od wszystkich, których znała w Atlancie. Zawsze Mela wypełniała tę lukę. A teraz… Zacinający zimny wiatr powiększał uczucie samotności i bolesny brak Rhetta, którego silne ramiona i miłość przywróciłyby jej poczucie bezpieczeństwa.
Z dumnie uniesioną głową, nie bacząc na deszcz, Scarlett powtarzała słowa, które dawały jej siłę i nadzieję: „To się niedługo skończy i pojadę do Tary”.
* * *
– Spójrz tylko na nią – kobieta w czarnej woalce szepnęła do swego towarzysza. – Twarda jak głaz. Słyszałam, że podczas przygotowań do pogrzebu nie uroniła ani jednej łzy. Interesy… to cała Scarlett, zupełnie bez serca.
– Wiesz, co mówią? – odpowiedział jej szeptem. – Serce to ona ma, ale tylko dla Ashleya Wilkesa. Czy sądzisz, że oni naprawdę…?
Ktoś z tyłu syknął, żeby się uciszyli, ale i tak wszyscy myśleli to samo.
Słysząc głuchy odgłos uderzającej o trumnę ziemi, Scarlett zacisnęła pięści. Chciałaby zatkać uszy i krzyczeć… Byleby tylko zagłuszyć to potworne dudnienie ziemi spadającej na trumnę Melanii. Przygryzła wargi aż do bólu… Nie będę krzyczeć. Nie mogę…
Żałobną ciszę przerwał nagle krzyk Ashleya:
– Melu! Melu!!!
Był to głos udręczonej duszy przepełnionej samotnością i trwogą. Potykając się jak ślepiec, który kogoś szuka, Ashley zrobił kilka kroków w stronę gliniastego dołu. Jednak jego wyciągnięte ramiona napotkały tylko strugi zimnego deszczu.
Scarlett spojrzała na doktora Meade’a, Indię i Henry’ego Hamiltona. Dlaczego nic nie robią? Dlaczego nikt go nie powstrzyma? Na miłość boską, jeszcze chwila i skręci sobie kark…! Dlaczego wszyscy stoją jak wryci i tylko się gapią…
– Zatrzymaj się! – krzyknęła. – Ashley, proszę cię, stój!
Rzuciła się do niego, ślizgając na mokrej trawie. Objąwszy Ashleya, usiłowała powstrzymać go od upadku, ale on ją odepchnął. Teraz już toczyła z nim prawdziwą walkę.
– Ashley, uspokój się! Mela nie może ci już pomóc. – Jej głos brzmiał szorstko i stanowczo, ale tylko w ten sposób mogła dotrzeć do udręczonego bólem serca.
Zatrzymał się, załkał cicho, a potem osunął się w ramiona Scarlett. Nie wytrzymując ciężaru, rozluźniła nieco uścisk i wtedy doktor Meade z Indią przytrzymali bliskiego upadku Ashleya.
– Dziękuję, Scarlett, możesz odejść – powiedział doktor Meade. – Już w niczym więcej nie możesz nikomu zaszkodzić.
– Ale ja… – Scarlett spojrzała wokół i zobaczyła twarze żądne sensacji.
Odwróciła się i ruszyła, brnąc w strugach deszczu. Tłum rozstępował się przed nią, jakby muśnięcie jej sukni mogło kogoś zbrukać. Nie pokaże, jak bardzo ją to zabolało, nie powinni wiedzieć… Deszcz spływał jej po twarzy i szyi. Scarlett, dumnie wyprostowana, szła w kierunku bramy cmentarnej, aż znikła wszystkim z oczu. Wtedy z trudem złapała się żelaznego ogrodzenia. Nogi ugięły się pod nią. Zakręciło jej się w głowie.
Podbiegł do niej Eliasz, woźnica, i otworzył nad nią parasol. Scarlett zignorowała ów pomocny gest i szybko weszła do powozu. Wtuliła się w ciemny kąt obitego pluszem wnętrza i przykryła wełnianą peleryną. Przemarznięta do szpiku kości, z przerażeniem myślała o tym, co zrobiła. Jak mogła wystawić Ashleya na taki wstyd, skoro obiecała Meli, że się nim zaopiekuje. Ale co innego mogła zrobić? Musiała go powstrzymać.
Powóz rzucał na boki, koła grzęzły na mokrej, gliniastej drodze. Scarlett omal nie upadła na podłogę. Ostry ból przeszył jej ramię, kiedy uderzyła łokciem o okno w powozie.
Ten ból fizyczny mogła znieść. Gorzej jednak było z udręką psychiczną skrywaną głęboko, lecz niemożliwą do zniesienia. Musiała poczekać, aż dojedzie do Tary, gdzie znajdzie swoją Mammy, która obejmie ją ciepłymi ramionami, mocno przytuli do piersi i ukołysze. Mammy ukoi ból i wszystkiego wysłucha jak w dzieciństwie. Wtedy wreszcie poczuje ulgę jej zranione serce.
– Pośpiesz się, Eliasz! – zawołała do woźnicy. – Pośpiesz się!
* * *
– Pansy, pomóż mi zdjąć to mokre ubranie! – poleciła pokojówce. – Pośpiesz się! – Twarz Scarlett była upiornie blada, jej zielone oczy wydawały się jeszcze większe i ciemniejsze. Młoda Murzynka krzątała się nerwowo i nieporadnie. – Pośpiesz się, powiedziałam. Dostaniesz baty, jeśli przez ciebie spóźnię się na pociąg.
Pansy wiedziała, że Scarlett nie zrobiłaby tego. Czas niewolnictwa minął bezpowrotnie i Scarlett nie była już panią jej życia i śmierci; Pansy mogła wymówić posadę w każdej chwili. Jednakże rozpacz widoczna w oczach Scarlett zaniepokoiła pokojówkę. Wiedziała, że w tym momencie jej pani była zdolna do wszystkiego.
– Zapakuj czarne merynosy, robi się zimno – poleciła Scarlett, wpatrując się w otwartą szafę.
Czarna wełna, czarny jedwab, czarny samodział – będzie nosiła żałobę do końca życia. Dotychczas była to żałoba po Bonnie, teraz jeszcze po Melanii. Powinna znaleźć coś czarniejszego niż czerń, coś bardziej żałobnego, by nosić to jako żałobę po sobie samej.
Nie, nie chcę teraz o tym myśleć, bo zupełnie oszaleję! Lepiej poczekać z tym, aż będę w Tarze. Tam zniosę wszystko.
– Ubieraj się, Pansy, Eliasz czeka. I nie zapomnij o czarnej opasce. To dom, w którym panuje żałoba!
* * *
Drogi zbiegające się w Five Points wyglądały jak wielkie targowisko. Furgony, kolasy i powozy grzęzły w błocie. Woźnice przeklinali deszcz, grząskie drogi, konie i siebie nawzajem. Wszędzie słychać było chrapliwe okrzyki i trzaskanie batów. Zawsze było tu tłoczno i głośno. Ludzie śpieszyli się, kłócili, narzekali i śmiali. Five Points kipiało życiem i energią. To była część Atlanty, którą Scarlett kochała najbardziej.
Ale nie dzisiaj. Dzisiaj Atlanta opóźniała jej odjazd. „Muszę zdążyć na ten pociąg – powtarzała sobie. – Umrę, jeśli nie zdążę. Muszę pojechać do Mammy, do Tary, bo inaczej zupełnie się załamię”.
– Eliasz! – krzyknęła. – Nie obchodzi mnie, czy zajeździsz te konie na śmierć! Jeśli trzeba, tratuj ludzi na ulicy. Muszę zdążyć na ten pociąg!
Miała najlepsze konie w okolicy, najlepszego woźnicę, najlepszy powóz. Na dworcu była przed odjazdem pociągu.
* * *
Na odgłos głośno syczącej pary Scarlett wstrzymała oddech, czekając na pierwsze szczęknięcie kół, znak, że pociąg ruszył.
Żelazo zgrzytnęło, wagon szarpnął, stukot kół stawał się coraz bardziej miarowy. Nareszcie była w drodze.
Wszystko pomału jakby dochodziło do ładu. Jechała do Tary. W pamięci przywołała obraz domu rozświetlonego słońcem i bielą kwitnących krzaków jaśminu.
Kiedy pociąg opuszczał stację, gęsty i ciężki deszcz spływał po szybach. Nie miało to jednak znaczenia wobec tego, że w saloniku w Tarze trzaska ogień w kominku, wesołe płomienie liżą sosnowe polana, a zaciągnięte zasłony odgradzają od deszczu, ciemności i świata. Kiedy już będzie na miejscu, położy głowę na kolanach Mammy, opowie o tych wszystkich okropnych rzeczach, które ją ostatnio spotkały. Wypłacze się nareszcie, nie powstrzymując za wszelką cenę swoich łez. I wtedy wszystko będzie mogła zacząć jeszcze raz… Pomyśleć… Naprawić…
Zgrzyt kół i syk pary przerwał jej marzenia. Czy to już Jonesboro? Widocznie musiała się zdrzemnąć, nic dziwnego, po takich przeżyciach. Ostatnio dwie noce nie zmrużyła oka, choć próbowała ratować się koniakiem. Nie. Ta stacja nazywała się Rough and Ready, do Jonesboro była jeszcze godzina jazdy. Deszcz przestał padać i wąski pasek jasnego nieba ukazał się nad dachem pociągu. Czy w Tarze świeci słońce? Wyobraziła sobie podjazd, ciemne cedry ocieniające aleję, szeroki trawnik i wreszcie ukochany dom na szczycie przysadzistego wzgórza.
Scarlett westchnęła. Teraz panią domu była jej siostra Suellen. To raczej domowy mazgaj, a nie pani domu. Już w dzieciństwie narzekanie i marudzenie wychodziło jej najlepiej. Dzieci Suellen były takie same – słabowite i jęczące, zupełnie jak ich matka.
Dzieci Scarlett, Wade i Ella, też tam były. Opiekowała się nimi niańka Prissy. Może jednak powinnam zabrać je ze sobą na pogrzeb? – pomyślała Scarlett. Plotkarki z Atlanty miałyby przynajmniej jeszcze jeden temat do dyskusji. Mogłyby się rozwodzić, jaka to ze mnie wyrodna matka. Zresztą, niech mówią, co chcą. Nie zniosłabym tych dni i nocy po śmierci Meli, gdybym musiała jeszcze zajmować się dziećmi.
Nie będzie teraz o tym myśleć. Jedzie przecież do domu, do Mammy. Bóg jeden wie, ile miałam kłopotów, po co więc wciągać w to dzieci. Jestem taka zmęczona… Opuściła głowę i przymknęła oczy.
– Jonesboro, proszę pani – usłyszała głos konduktora.
– Dziękuję – Scarlett ocknęła się i wyprostowała.
Rozejrzała się wokół, szukając Pansy i walizek. Obedrę tę dziewczynę ze skóry, jeśli włóczy się po innym wagonie! Och, gdyby można było obyć się bez towarzystwa przyzwoitki. Dużo lepiej radziłabym sobie sama. No, nareszcie się znalazła!
– Pansy, zdejmij bagaż z półki. Jesteśmy na miejscu.
Do Tary tylko pięć mil. Już pachnie domem. Dom!
Na peronie czekał Will Benteen, mąż Suellen. Pierwsze parę sekund z Willem zawsze było szokiem. Scarlett naprawdę lubiła Willa i szanowała. Gdyby miała brata, chciałaby, żeby był taki jak on. Naturalnie, bez drewnianej protezy i tego pochodzenia. Will bez wątpienia nie był dżentelmenem, należał do niższej klasy. Jednak już po paru minutach spędzonych w jego towarzystwie zapominało się o tym – taki był dobry i życzliwy. Nawet Mammy miała o nim dobre zdanie, choć przecież była najsurowszym sędzią na świecie w sprawach dam i dżentelmenów.
– Will! – zawołała Scarlett, kiedy zbliżał się do niej, utykając po swojemu. Zarzuciła mu ręce na szyję i mocno uścisnęła. – Och, Will, taka jestem szczęśliwa, że cię widzę, chce mi się krzyczeć z radości!
Will przyjął jej uściski bez czułości.
– Ja też się cieszę, Scarlett. Ile to już czasu!
– O wiele za dużo, aż wstyd powiedzieć, prawie rok.
– Więcej niż dwa lata.
Scarlett oniemiała. Tak długo? Nic dziwnego, że przez ten czas jej życie tak się zmieniło. Tara zawsze dodawała jej sił i chęci do życia. Jak to możliwe, że tyle czasu jej tu nie było? Will skinął na Pansy, po czym ruszyli do wozu.
– Lepiej się pośpieszmy, jeśli chcemy zdążyć przed zmierzchem – mruknął. – Mam nadzieję, że nie odzwyczaiłaś się od jeżdżenia furą. Zrobiłem w miasteczku zakupy i teraz będziemy musieli jakoś się z tym pomieścić.
Wóz był załadowany górą worków i pakunków.
– Nic nie szkodzi – powiedziała Scarlett. – Przecież wracamy do domu. – Wszystko, co zbliżało ją do tego celu, było dobre. – Wskakuj na górę, Pansy!
Przez całą drogę jechali w milczeniu. Scarlett upajała się orzeźwiającym powietrzem i wiejską ciszą. Zachodzące słońce ogrzewało jej ramiona. Dobrze zrobiła, przyjeżdżając tutaj. Tara będzie azylem, o którym śniła od dawna. Mammy pomoże jej odbudować świat, który legł w gruzach. Gdy tylko wjechali w znajomy zakręt, Scarlett, wychylona do przodu, uśmiechnęła się w oczekiwaniu.
Zaledwie jednak zobaczyła dom, jęknęła z rozpaczy:
– Will, co się stało?
Fronton Tary porastały gęste sploty dzikiego wina. Pokręcone pędy straszyły martwymi liśćmi, w oknach kołysały się wyłamane okiennice, a niektóre z okien w ogóle nie miały okiennic.
– Nic się nie stało, lato na wsi – powiedział. – Domem zajmę się w zimie, jak uprzątnę pola. Za parę tygodni zrobię porządek z tymi okiennicami. Przecież to jeszcze nie październik.
– Na Boga, Will, dlaczego nie zwróciłeś się z tym do mnie? Dałabym ci trochę pieniędzy, żebyś wziął kogoś do pomocy. Tynk z elewacji odpada, aż widać gołe cegły, cały dom wygląda jak najgorsza ruina.
Will odpowiedział z niewzruszoną cierpliwością:
– Nie znajdziesz tu nikogo do roboty, ani za pieniądze, ani z dobrej woli. Każdy ma teraz pełne ręce roboty, a nierobów nie potrzebuję. Wszystko będzie w porządku, przekonasz się. Duży Sam i ja damy sobie radę. Nie potrzeba nam twoich pieniędzy.
Scarlett przygryzła wargi, powstrzymując słowa, które cisnęły się jej na usta. Nieraz już próbowała przełamać dumę Willa, lecz wiedziała, że to niemożliwe. Will był niezłomny. W końcu miał przecież rację, mówiąc, że zbiorom i inwentarzowi należy się pierwszeństwo. Świeży tynk można położyć nawet w październiku. Spojrzała na rozciągające się pola za domem, które, świeżo zabronowane, pachniały nawozem. Były przygotowane pod następny zasiew. Czerwona, urodzajna ziemia. Scarlett odprężyła się, chłonąc ten widok: oto serce i dusza Tary.
– Masz rację – odpowiedziała.
W tej samej chwili drzwi domu otworzyły się, a na ganek wysypała się gromadka dzieci. Z przodu stała Suellen, trzymając w ramionach najmłodsze dziecko wsparte na krągłym, nabrzmiałym brzuchu. Spłowiała, jedwabna suknia niemal pękała w szwach. Szal zwisał jej z ramion.
Scarlett udawała wesołość, której wcale nie czuła.
– Dobry Boże, Will, czy Suellen znowu jest w ciąży? Chyba będziesz musiał rozbudować dom.
– Ciągle staramy się o chłopaka – roześmiał się Will. Podniósł rękę i pomachał na powitanie żonie i trzem córkom.
Scarlett zrobiła to samo, myśląc, że powinna kupić dzieciom jakieś prezenty.
Dobry Boże, spójrzcie tylko na nich! To dopiero widok! Suellen jak zawsze nadąsana. Za spódnicą Prissy chowały się Wade i Ella. Na ganku stała także Delilah, żona Dużego Sama, jak zwykle z chochlą w ręku. A to kto? To przecież Lutie, tutejsza niańka. Ale gdzie jest Mammy?
– Jak się macie skarby?! – zawołała Scarlett do dzieci. – Przyjechała mamusia! – Odwróciła się do Willa i oparła dłoń na jego ramieniu. – Will, gdzie jest Mammy? Przecież jeszcze nie jest taka stara, żeby nie mogła wyjść mi na spotkanie? – Słowa ugrzęzły jej w gardle.
– Została w łóżku, jest chora.
Scarlett zeskoczyła z jadącego wozu i wbiegła na ganek.
– Gdzie Mammy? – wyrzuciła z siebie, nie zważając na radosne powitania dzieci.
– Niezłe powitanie – mruknęła naburmuszona Suellen. – Ale niczego lepszego nie mogłam się po tobie spodziewać. Co ty w ogóle sobie myślisz, wysyłając tu Prissy z dziećmi i zaopatrując je na drogę tylko w matczyne błogosławieństwo! Chyba wiesz, że i bez nich mam pełne ręce roboty. A tu jeszcze ta trójka…
Scarlett podniosła rękę, gotowa wymierzyć siostrze siarczysty policzek.
– Suellen, jeśli natychmiast nie powiesz mi, gdzie jest Mammy, zacznę krzyczeć.
Prissy pociągnęła ją za rękaw.
– Panienko Scarlett, ja pani powiem. Ona jest poważnie chora. Przygotowaliśmy dla niej to małe pomieszczenie obok kuchni, tam gdzie dawniej wisiały szynki… gdy jeszcze jadało się tutaj szynki – dodała pośpiesznie. – Przytulnie tam i ciepło, tuż przy kominie. Właściwie to ona już tam była, kiedy przyjechałam z dziećmi, nie mogę więc powiedzieć, że razem przygotowaliśmy ten pokój, ale ja przyniosłam tam krzesło…
Scarlett, nie wysłuchawszy Prissy do końca, stała już przy drzwiach dawnej spiżarni. Musiała oprzeć się o futrynę, by nie zemdleć z wrażenia.
Ta postać w łóżku nie mogła być jej Mammy… Mammy była przecież dużą, silną kobietą o cerze koloru kawy z mlekiem. Przez te pół roku, od kiedy opuściła Atlantę, nie mogła aż tak się zmienić. To nie była Mammy, nigdy się z tym nie pogodzi. Przed nią leżała kobieta o szarej, pomarszczonej skórze, z trudem usiłująca się podnieść spod pocerowanej kołdry. Scarlett poczuła, jak przechodzą ją dreszcze. A potem usłyszała cichy, urywany głos. Był to rzeczywiście słodki głos Mammy.
– Panienko, a nie mówiłam, żeby nie ruszać się za próg bez kapelusza i parasolki…? Mówiłam i mówiłam, a panienka…
– Mammy! – Scarlett padła przy łóżku na kolana. – Mammy, to ja, Scarlett, twoja Scarlett. Nie choruj, proszę, nie mogę patrzeć, jak tak leżysz. Nie ty! – Położyła głowę na kościstych, wychudłych dłoniach Mammy i rozpłakała się jak dziecko. Mammy lekką, wiotką dłonią pogłaskała ją po włosach.
– Nie płacz, dziecino. Wszystko przecież da się naprawić.
– Wszystko – załkała Scarlett – wszystko było nie tak, Mammy.
– Cicho, dziecino, to tylko jedna filiżanka. Dostałaś inny serwis do herbaty, zobacz, jaki ładny. W twojej rodzinie zawsze będzie się piło herbatę w ładnych filiżankach, tak jak ci to obiecałam.
Scarlett, przerażona, podniosła głowę. Spojrzała na twarz Mammy i w zapadniętych oczach o nieobecnym spojrzeniu dostrzegła blask miłości.
– Nie zniosę tego! – szepnęła. Najpierw Melania, potem Rhett, teraz Mammy. Wszyscy ją opuszczali. To zbyt okrutne, to niemożliwe. – Mammy – powiedziała głośno. – Mammy, posłuchaj! To ja, Scarlett. – Chwyciła za brzeg materaca i próbowała potrząsnąć posłaniem. – Spójrz na mnie! – zaszlochała. – To ja, przecież mnie znasz. To ja, Scarlett.
Duże silne ręce Willa objęły ją wpół.
– Nie rób tego – rzekł stanowczo. Jego głos brzmiał łagodnie, choć uścisk był jak żelazo. – Mammy jest teraz szczęśliwa. Znowu jest w Savannah i opiekuje się małą dziewczynką, twoją matką. To były dla niej szczęśliwe lata. Była wtedy młoda i silna. Pozwól jej tam zostać.
Scarlett próbowała uwolnić się z uścisku.
– Chcę, żeby mnie poznała, Will. Przecież nigdy jej nie mówiłam, jak wiele dla mnie znaczy. Muszę jej to powiedzieć.
– Będziesz jeszcze miała okazję. Ona przez większość czasu jest przytomna, poznaje wszystkich… i wie, że umiera. A teraz chodź już, czekają na ciebie.
Scarlett wyprostowała się. Była zupełnie odrętwiała, nie słyszała nawet bicia własnego serca. W milczeniu poszła za Willem do salonu. Na jej widok Suellen natychmiast wróciła do przerwanych narzekań, ale Will zaraz ją uciszył.
– Scarlett spotkał wielki cios, zostaw ją w spokoju, Suellen. – Nalał do szklanki whisky i podał Scarlett.
Palące ciepło alkoholu stępiło ból. Scarlett dala Willowi pustą szklankę, a on napełnił ją po raz drugi.
– Jak się macie, skarby?! – zwróciła się do dzieci. – Chodźcie, uściskajcie mamusię.
Nie poznawała własnego głosu, który brzmiał obco, jakby należał do kogoś innego. Najważniejsze jednak, że nareszcie powiedziała to, co powinna powiedzieć na samym początku.
* * *
Każdą wolną chwilę Scarlett spędzała u boku Mammy, w jej pokoju. Jechała tutaj z nadzieją, że w ramionach Mammy znajdzie ukojenie. Teraz jednak to ona trzymała w swoich ramionach tę starą, umierającą Murzynkę. Podtrzymywała jej słabe ciało podczas kąpieli, zmieniała prześcieradła, karmiła bulionem, śpiewała kołysanki, które kiedyś tak często śpiewała jej Mammy. A kiedy staruszka, majacząc, przemawiała do jej zmarłej matki, Scarlett odpowiadała słowami, które, jak sądziła, powiedziałaby matka.
W rzadkich chwilach przytomności Mammy poznawała Scarlett. Wówczas jej popękane wargi rozchylały się w uśmiechu na widok ulubienicy. Karciła ją wtedy słabym głosem, jak to bywało w czasach dzieciństwa.
– Panienko Scarlett, włosy panienki wyglądają jak zmierzwione konopie, trzeba je porządnie uczesać, tak jak panienkę uczyłam. Co ci przyszło do głowy, żeby wkładać tę pomiętą sukienkę, przebierz się szybko, zanim ludzie zobaczą. Panienko, jesteś blada jak upiór. Czy to puder? Zmyj to w tej chwili!
Scarlett starała się spełnić każde życzenie Mammy. Często jednak, zanim zdążyła zrobić cokolwiek, Mammy traciła przytomność, wracając do świata, w którym Scarlett nie istniała.
Podczas dnia Suellen, Dilcey, a nawet Will dzielili się zajęciami przy Mammy i wtedy Scarlett mogła zdrzemnąć się chwilę zwinięta w kłębek na bujanym fotelu. Jednakże nocą czuwała już tylko ona. Zmniejszała płomyczek lampy i brała w dłonie suchą, wychudłą rękę Mammy. Teraz, gdy wszyscy spali, mogła przynajmniej pozwolić sobie na płacz, który choć trochę łagodził ból i koił zranione serce.
Pewnej nocy, w ciszy poprzedzającej wschód słońca, Mammy się obudziła.
– Dlaczego płaczesz, skarbie? – szepnęła popękanymi wargami. – Stara Mammy gotowa jest spocząć w ramionach Najwyższego. Już pora. – Ścisnęła rękę Scarlett i dotknęła jej pochylonej głowy. – No, już cicho. To nie takie straszne, jak myślisz.
– Przepraszam – załkała Scarlett. – Ale nie mogę przestać płakać.
Skurczone palce Mammy odgarnęły z jej czoła kosmyk włosów.
– Powiedz starej Mammy, co cię tak martwi, aniołku.
Scarlett spojrzała na starą, mądrą i pełną miłości twarz niani i po raz pierwszy w życiu poczuła tak głęboko przeszywający ból.
– Wszystko zrobiłam nie tak, Mammy. Nie rozumiem, jak mogłam popełnić tyle błędów.
– Panienko, zrobiłaś, co powinnaś. Nikt nie mógłby zrobić więcej. Dobry Bóg obarczył cię ciężkim brzemieniem, a ty je dźwigałaś. Nie ma sensu pytać, dlaczego tak się stało. Nie gryź się tym teraz. – Ciężkie powieki zamknęły jej błyszczące od łez oczy. Zasnęła.
Jakże tu się nie gryźć tym wszystkim?! – Scarlett chciała krzyczeć. Moje życie jest ruiną. Nie wiem, co robić. Potrzebuję Rhetta, a on odszedł. Potrzebuję ciebie, Mammy, lecz ty też mnie opuszczasz.
Podniosła głowę, otarła z policzka łzy, wyprostowała zmartwiałe ramiona. Żar w brzuchatym piecyku prawie już wygasł, wiadro było puste. Musiała przynieść węgiel i podrzucić do pieca. W pokoiku powoli robiło się chłodno, a Mammy potrzebowała ciepła. Otuliła kruchą postać kołdrą, chwyciła wiadro i wyszła w zimną ciemność. Szybko pobiegła do szopy z węglem, żałując, że nie wzięła szala.
Księżyc był prawie niewidoczny, jedynie gdzieś za chmurami srebrzył się słabo mały rogalik. Powietrze było ciężkie od nocnej wilgoci, a te kilka gwiazd, które wyglądały zza chmur, sprawiało wrażenie bardzo odległych i lodowato zimnych. Scarlett zadrżała: ciemność wokół niej była bezkształtna i nieskończona. Po omacku skierowała się tam, gdzie, jak sądziła, powinien być środek dziedzińca, ale nie mogła dostrzec zarysów wędzarni ani stodoły, która powinna znajdować się gdzieś obok. Ogarnięta nagłym strachem odwróciła się, szukając białej bryły domu, skąd przed chwilą wyszła. Jednakże i dom rozpłynął się w bezkształtnych ciemnościach. Jak okiem sięgnąć, nigdzie śladu światła. Było to tak, jakby zgubiła się w czarnym, nieznanym, spowitym ciszą świecie. Wszędzie panował nieprzenikniony mrok. Ogarnęło ją przerażenie. Chciała uciec. Ale dokąd? Ciemność była wszędzie.
Zacisnęła zęby. Cóż to za szaleństwo! Jestem w domu, w Tarze, a te ciemności rozproszą się ze wschodem słońca. Zmusiła się do śmiechu, lecz nienaturalny pisk, który wydobył się z gardła, jeszcze bardziej ją przeraził.
Ludzie mówią, że przed wschodem słońca zawsze jest najciemniej – pomyślała. Teraz przekonam się, czy to prawda… Wpadłam w depresję, ot i tyle. Ale nie można się poddawać, nie mam na to czasu, trzeba dołożyć do pieca. Wyciągnęła przed siebie rękę i szła tak po omacku w stronę, gdzie powinna być szopa z węglem, tuż obok stosu drewna. Nagły spadek terenu sprawił, że straciła równowagę. Wiadro wypadło jej z ręki, z łomotem potoczyło się w dół i znikło bez śladu.
Każda cząstka jej wyczerpanego, przemarzniętego ciała krzyczała, żeby się poddać, zostać tutaj i poczekać do wschodu słońca. Ale Mammy potrzebowała ciepła… Powoli dźwignęła się na nogi, wyciągniętą ręką badała ciemność wokół siebie. Z pewnością nigdy jeszcze świat nie widział tak czarnej nocy ani nie pamiętał tak zimnego, wilgotnego powietrza. Aż dech w piersi zatykało! Gdzie podziało się to wiadro? Kiedy wreszcie wzejdzie słońce?
W końcu palce wyczuły chłód metalu. Schylona, posuwała się na kolanach, aż w końcu dotknęła zguby. Przysiadła na piętach i objęła wiadro w rozpaczliwym uścisku, jakby się bała, że znowu je straci.
Boże, jestem już zupełnie wykończona. Nawet nie wiem, gdzie jest dom, nie mówiąc o szopie z węglem. Zgubiłam się w nocy. Rozejrzała się gorączkowo, szukając bodaj iskierki światła, ale niebo było czarne. Nawet zimne, odległe gwiazdy zniknęły z pola widzenia.
Przez krótką chwilę miała ochotę krzyczeć w nadziei, że może obudzi kogoś, kto zapali światło i zabierze ją do domu, lecz powstrzymała ją duma. Już to sobie wyobrażała: zagubiona na podwórku, kilka kroków od drzwi kuchennych! Nigdy nie przeżyłaby takiego wstydu!
Zawiesiła wiadro na ramieniu i zaczęła pełznąć na czworakach po czarnej ziemi. Prędzej czy później trafi na coś: na ścianę domu, stos drewna albo studnię, i wtedy odzyska orientację. Na pewno dotarłaby szybciej, idąc zwyczajnie, wyprostowana. Nie wyglądałaby też tak idiotycznie. Co jednak będzie, jeśli się znowu przewróci i tym razem skręci kostkę? Wtedy musiałaby czekać, aż ktoś ją znajdzie. Nieważne, w jaki sposób dojdzie do celu. Wszystko jest lepsze od tego bezradnego leżenia w ciemności.
Gdzie jest mur? Powinien być gdzieś tutaj. Ogarnęła ją panika. A jeśli ciemność nigdy się nie rozproszy, a ona zawsze będzie się tak czołgać i nie dotrze do celu?
Dość tego! – zawołała w duchu. Dźwignęła się na równe nogi. Zaczęła spokojnie oddychać. Umysł zapanował nad tłukącym jak oszalałe sercem.
– Jesteś O’Hara – powiedziała sobie wyraźnie. – Jesteś w Tarze, na podwórku, gdzie każdą piędź ziemi znasz lepiej niż własną kieszeń. Cóż z tego, że nie możesz niczego dostrzec w odległości czterech stóp od czubka nosa? Wiesz, gdzie się znajdujesz, wiesz, co masz robić, by znaleźć to, czego szukasz.
Podniosła dumnie głowę, wyprostowała się. Dzięki Bogu, nikt nie widział, jak pełznie na kolanach w błocie, jak posuwa się z nosem przy ziemi krok za krokiem, nie mając dość odwagi, by wstać. Nigdy w życiu nie dała się pokonać, nie pobiła jej ani armia Shermana, ani najzłośliwszy z maruderów*. Nikt ani nic nie może jej pokonać. Chyba że sama dopuści do porażki. Cóż to za pomysł dać się zastraszyć ciemności, raczkować niczym rozpłakane dziecko!
Pomyślała o sobie z niesmakiem, a własny gniew rozgrzał ją jeszcze. Nigdy więcej nie dopuszczę, by to się powtórzyło. Jeśli popełniłam błędy, teraz trzeba je naprawić. Nie będę leżała w błocie. Nie będę żyła w zakłamaniu.
Trzymając wiadro w wyciągniętej ręce, pewnymi krokami szła naprzód. W końcu usłyszała brzęk metalu: wiadro uderzyło w coś twardego. Roześmiała się głośno, gdy z wilgotnym, chłodnym powietrzem wciągnęła ostry zapach żywicy ze świeżo ściętej sosny. Dotarła wreszcie do stosu drewna, szopa z węglem znajdowała się tuż obok. To było miejsce, którego szukała.
* * *
Żelazne drzwiczki piecyka, w którym znowu strzelał wesoły ogień, zatrzasnęły się z tak głośnym hukiem, że Mammy aż drgnęła. Scarlett podbiegła do łóżka, by poprawić pościel. W pokoju było zimno.
Mammy spojrzała na Scarlett.
– Masz brudną twarz… i ręce – mruknęła słabym głosem.
– Wiem – odpowiedziała Scarlett. – Zaraz się umyję.
Zanim jeszcze świadomość starej kobiety odpłynęła w sobie tylko znane miejsca, Scarlett pocałowała ją w czoło.
– Kocham cię, Mammy.
– Nie musisz mi powtarzać czegoś, o czym dobrze wiem – westchnęła chora, po czym, uciekając przed bólem, zapadła w sen.
– O nie. Muszę – powiedziała, choć zdawała sobie sprawę, że Mammy już jej nie słyszy. Mówiła jednak dalej, teraz już do siebie: – Istnieją potrzeby różnego rodzaju. Nigdy nie powiedziałam tego Melanii ani Rhettowi, aż w końcu było za późno. Nigdy nie miałam czasu, aby uzmysłowić sobie, jak bardzo ich kocham. Teraz czuję potrzebę, by o tym mówić. Nie chcę wobec ciebie popełnić tego samego błędu, który popełniłam wobec nich. – Spojrzała na zniszczoną twarz umierającej kobiety. – Kocham cię, Mammy – szepnęła. – Co ze mną będzie, gdy zabraknie twojej miłości?
* Tak nazywano wagabundów, nierzadko szabrujących, od noszonych przez nich sakwojaży z materiału dywanowego, ang. carpetbagger.
W na pół otwartych drzwiach pokoju Mammy ukazała się głowa Prissy.
– Pani Scarlett, pan Will powiedział, żebym posiedziała z Mammy, a pani powinna zjeść śniadanie. Delilah mówi, że zrujnuje sobie pani zdrowie tym ciągłym siedzeniem przy Mammy, i przygotowała dla pani piękny kawałek soczystej szynki i sos do owsianki.
– Gdzie jest rosół dla Mammy? – niecierpliwie spytała Scarlett. – Przecież Delilah wie, że pierwsza rzecz, jaką powinna zrobić, to przynieść ciepły rosół dla chorej.
– Właśnie niosę. – Prissy pchnęła łokciem drzwi, w rękach trzymając tacę z rosołem. – Ale Mammy śpi, chce ją pani obudzić?
– Niech rosół stoi pod przykrywką. Postaw tacę przy piecu. Nakarmię ją, gdy wrócę.
Smakowity zapach gorącego rosołu sprawił, że Scarlett poczuła, jak żołądek skręca się jej z głodu.
W kuchni szybko umyła twarz i ręce. Suknię też miała brudną. Trudno, czystą włoży po śniadaniu.
Will właśnie wstawał od stołu, gdy weszła do jadalni. Rolnicy nie mogą tracić czasu, zwłaszcza w takie ciepłe i słoneczne dni jak ten.
– Czy mogę ci w czymś pomóc, wujku? – spytał Wade z nadzieją w głosie.
Podrywając się z miejsca, omal nie przewrócił krzesła, ale kiedy zobaczył matkę, stracił cały zapał. Pewnie będzie musiał zostać przy stole, żeby nie narazić się na jej gniew. Pomału podszedł do Scarlett, by przytrzymać jej krzesło.
– Ależ jesteś uprzejmy, Wade! – cmoknęła Suellen. – Dzień dobry, Scarlett. Chyba jesteś dumna ze swego młodego dżentelmena?
Scarlett spojrzała beznamiętnie najpierw na Suellen, potem na Wade’a. Mój Boże, przecież to tylko dziecko. Czym tu się tak zachwycać? Suellen powiedziała komplement w taki sposób, jak kiedyś, podczas flirtów z kawalerami proszącymi ją do tańca.
Spojrzała jeszcze raz na syna i stwierdziła ze zdumieniem, że był rzeczywiście przystojnym chłopcem. Wysoki jak na swój wiek, wyglądał na trzynastolatka, choć nie miał jeszcze dwunastu. Z pewnością jednak Suellen nie byłaby taka zachwycona, gdyby musiała mu bez przerwy kupować nowe ubrania, tak szybko ze wszystkiego wyrastał.
Mój Boże, powinnam coś z tym zrobić. Co właściwie noszą chłopcy w jego wieku? To Rhett robił zakupy dla Wade’a. Nie mam pojęcia, gdzie kupuje się takie rzeczy. Z tej koszuli już zupełnie wyrósł, powinien mieć wszystko o numer większe. Trzeba mu kupić coś nowego. Pewnie niedługo zacznie się szkoła, o ile już się nie zaczęła. Nawet nie wiem, jaki dziś dzień.
Scarlett usiadła ciężko na krześle, które przytrzymał jej syn. Miała nadzieję, że Wade odpowie jej na te pytania. Najpierw jednak musi coś zjeść.
– Dziękuję, Wade – powiedziała z miną osoby nieobecnej duchem.
Szynka wyglądała wspaniale: pysznie różowa, soczysta, z cienką warstewką tłuszczu. Szybko położyła na kolanach serwetkę, po czym sięgnęła po nóż i widelec.
– Mamo… – odezwał się Wade ostrożnie.
– Hm? – Scarlett kroiła szynkę.
– Czy mógłbym pomóc wujowi w polu?
Odpowiadając z pełnymi ustami, Scarlett złamała kardynalną zasadę dobrych manier. Szynka była wspaniała.
– Tak, idź.
Ręce miała zajęte krojeniem drugiego kawałka.
– Ja też chcę iść! – piskliwym głosikiem zawołała Ella.
– I ja! – powtórzyła Susie, córka Suellen.
– A wy po co? – burknął Wade. – Robota w polu to męska rzecz. Dziewczyny powinny siedzieć w domu.
Susie się rozpłakała.
– No i zobacz, co narobiłaś – syknęła Suellen.
5czyjąś sympatię, i nigdy nie dbał tak o czyjąś opinię jak o zdanie Mammy. Serce mu pęknie, gdy dowie się, że umarła. Z pewnością pragnąłby znaleźć się tutaj i pożegnać się z nią na zawsze.
Scarlett podniosła głowę, zdumiona i zaskoczona odkryciem, jakiego dokonała. Oczywiście! Że też była taka głupia i nie pomyślała o tym wcześniej. Spojrzała na mądrą, starą kobietę, drobniutką pod fałdami pościeli.
– Mammy, jakże ci jestem wdzięczna – szepnęła jednym tchem. – Przybyłam do ciebie w poszukiwaniu pomocy, żeby naprawić wszystko, co zepsułam, a ty mi nie odmówiłaś i pomogłaś, tak jak robiłaś to zawsze.
* * *
Scarlett znalazła Willa w stajni. Czyścił konie.
– Cieszę się, że cię widzę, Will – powiedziała. Jej zielone oczy błyszczały, a policzki odzyskały naturalny kolor. – Mogę wziąć konia i powóz? Muszę pojechać do Jonesboro… Chyba że sam wybierasz się do miasteczka, zdaje się, że coś o tym wspominałeś?
Wstrzymała oddech, czekając na odpowiedź.
Will spojrzał na nią jak zwykle opanowany. Rozumiał Scarlett lepiej, niż mogłaby przypuszczać.
– W czym mogę ci pomóc? Skoro mówiłem, że zamierzam pojechać do Jonesboro, to znaczy, że pojadę.
– Och, Will, mój drogi, najchętniej nie odstępowałabym Mammy na krok, ale muszę zawiadomić Rhetta o jej stanie. Mammy nie przestaje o niego pytać, a i on zawsze tak ją lubił, że pewnie nie darowałby sobie, gdyby jej nie pożegnał. – Wyrzucając z siebie potok słów, skubała końską grzywę. – Rhett jest teraz w Charlestonie – wydusiła na koniec. – Sprawy rodzinne… Wiesz, jego matka we wszystkim chce się go radzić. – Podniosła wzrok, lecz nie widząc reakcji na twarzy Willa, zapatrzyła się w dal.
Zaczęła splatać końskie włosie, poświęcając tej czynności tyle uwagi, jakby to była najważniejsza sprawa w jej życiu.
– Jeśli więc zgadzasz się wysłać ten telegram, dam ci adres. Ale byłoby lepiej, gdybyś sam to podpisał. Rhett wie, jak uwielbiam Mammy, i gotów sądzić, że przesadzam. – Podniosła głowę, uśmiechając się słodko. – Jemu zawsze się wydaje, że nie grzeszę rozumem.
Will wiedział, że spośród kłamstw, które przed chwilą usłyszał, to było największe.
– Chyba masz rację – odparł, ważąc słowa. – Rhett powinien tu się zjawić tak szybko, jak to możliwe. Zaraz ruszam w drogę. Pojadę wierzchem, tak będzie szybciej niż powozem.
Scarlett dała wreszcie spokój końskiej grzywie.
– Dziękuję. Tu jest adres – powiedziała.
– Wrócę na kolację – mruknął Will.
Zdjął siodło z wieszaka, a Scarlett pomogła mu osiodłać konia. Czuła, jak przepełnia ją energia. Była pewna, że Rhett przyjedzie. Jeśli wyruszy z Charlestonu zaraz po otrzymaniu depeszy, będzie tu w ciągu dwóch dni.
* * *
Rhett jednak nie przybył ani za dwa dni, ani za trzy, ani nawet za pięć. Scarlett przestała już nasłuchiwać, czy za oknem nie rozlega się turkot kół lub stukot końskich podków. Przestała też się stroić. Inny dźwięk przykuwał teraz jej uwagę: straszliwe rzężenie oznaczające walkę o oddech, którą dzień i noc toczyła Mammy. Zdawało się niemożliwe, aby to kruche, zniszczone chorobą ciało miało dość sił, by oddychać. Do czuwania przy chorej dołączyła też Suellen.
– Ona jest także moją Mammy, Scarlett.
Lata zazdrości poszły w zapomnienie wobec potrzeby udzielenia pomocy starej, schorowanej kobiecie. Z całego domu zniosły poduszki i podłożyły pod głowę Mammy. Kociołek ze środkiem wykrztuśnym stale bulgotał. Smarowały masłem spękane wargi, łyżeczka po łyżeczce poiły Mammy wodą. Nic jednak nie było w stanie ulżyć umierającej, która patrzyła z żalem na ich wysiłki.
– Nie męczcie się tak – wykrztusiła. – Nie możecie mi pomóc.
– Ciiii… – Scarlett położyła jej palec na usta. – Cicho! Nic nie mów. Oszczędzaj siły.
Dlaczego nie dasz jej, Panie, lekkiej śmierci, gdy tak wędruje po krainie przeszłości? Dlaczego znowu ją budzisz i każesz cierpieć? Przez całe swoje życie czyniła innym dobro, zabiegała o wszystko dla bliźnich, niczego w zamian nie żądając dla siebie. Zasłużyła sobie na lepszy koniec. To niesprawiedliwe! Póki żyję, nie schylę przed Tobą głowy.
Wieczorami czytała jednak na głos starą zniszczoną Biblię. Recytowała psalmy, a w jej głosie nie było bólu – nic nie zdradzało świętokradczego oburzenia. Gdy zapadła noc, Suellen zapaliła lampę i zmieniła Scarlett. Teraz ona czytała, przewracała cienkie stronice Pisma Świętego. Za jakiś czas Scarlett ponownie zajęła jej miejsce, potem znowu przyszła Suellen i było tak aż do chwili, gdy w drzwiach stanął Will, który kazał żonie zdrzemnąć się trochę.
– Tobie też przyda się odrobina snu, Scarlett – powiedział. – Teraz ja posiedzę przy Mammy. Wprawdzie nie czytam najlepiej, ale wiele psalmów znam na pamięć.
– Dobrze, czytaj. Ale nie zostawię jej. Nie mogę. – Usiadła na podłodze i wsparłszy się plecami o ścianę, słuchała przeraźliwych odgłosów agonii.
Kiedy blask świtu ukazał się w oknie, głośna walka ze śmiercią nagle przybrała inną formę: rzężenie było głośniejsze, a przerwy między oddechami wydłużyły się. Scarlett zerwała się na równe nogi. Will także podniósł się z krzesła.
– Zawołam Suellen – powiedział.
Scarlett zajęła jego miejsce przy łóżku.
– Mammy, chcesz, żebym trzymała cię za rękę?
– Jestem taka… zmęczona. – Chora z wysiłkiem zmarszczyła brwi.
– Wiem. Nic nie mów.
– Chciałam… doczekać… przyjazdu pana Rhetta…
Scarlett stłumiła łkanie; teraz nie wolno jej było płakać.
– Przecież nigdzie się nie wybierasz, Mammy. Odpoczywaj. Rhett nie mógł przyjechać.
Z kuchni dobiegły ją odgłosy szybkich kroków.
– Już idzie Suellen i pan Will. Wszyscy będziemy przy tobie, bo wszyscy cię kochamy.
Cień padł na łóżko. Mammy się uśmiechnęła.
– To mnie ona potrzebuje – powiedział Rhett.
Scarlett spojrzała z niedowierzaniem.
– Ustąp mi miejsca – powiedział łagodnie Rhett. – Pozwól mi być bliżej Mammy.
Scarlett wstała, czując jego bliskość, jego męską siłę. Miała wrażenie, że nogi ma jak z waty. Rhett zajął jej miejsce przy Mammy. Przyklęknął obok łóżka.
A jednak przyjechał. Teraz wszystko dobrze się skończy, pomyślała Scarlett i uklękła obok niego, a jej ramię dotykało jego ramienia. Była szczęśliwa pomimo bólu z powodu Mammy. Rhett był przy niej. Przyjechał. Jakże byłam głupia, że straciłam nadzieję.
– Chcę, żebyś coś zrobił dla mnie – rzekła Mammy, a jej głos brzmiał stanowczo, jakby na tę właśnie chwilę oszczędzała resztki sił. Ale oddech był płytki, urywany, ledwo zauważalny.
– Zrobię wszystko, Mammy – zapewnił Rhett.
– Pochowaj mnie w tej pięknej halce z czerwonego jedwabiu. Tylko uważaj, wiem, że Lutie ma na nią oko.
Rhett uśmiechnął się i przyłożył rękę do serca.
– Przysięgam, że Lutie nawet nie rzuci na nią okiem. Już ja przypilnuję, żebyś poszła do nieba w swojej czerwonej halce.
Mammy skinęła dłonią. Rhett pochylił się nad nią.
– I opiekuj się Scarlett – dodała. – Ona potrzebuje opieki, a ja już nie mogę jej pomóc.
Scarlett wstrzymała oddech.
– Będę się nią opiekował, Mammy.
– Przysięgnij! – zażądała głosem łagodnym, lecz surowym.
– Przysięgam.
Mammy westchnęła z ulgą.
– Mammy, dziękuję! – zawołała Scarlett, łykając łzy. – Mammy…
– Ona już cię nie słyszy… Odeszła… – Rhett położył swą dużą dłoń na twarzy Mammy i delikatnie zamknął jej oczy. – A razem z nią odszedł cały świat – dodał cicho. – Skończyła się cała epoka. Niech odpoczywa w pokoju.
– Amen – dobiegł od progu głos Willa.
Rhett wstał i się odwrócił.
– Will, Suellen, witajcie.
– I pomyśleć, że tobie poświęciła ostatnie myśli! – krzyknęła Suellen. – Zawsze byłaś jej ulubienicą. – Zaniosła się głośnym płaczem, a Will przygarnął ją do siebie, pogłaskał po plecach i otarł łzy.
Scarlett podbiegła do Rhetta. Wyciągnęła ręce, gotowa go objąć.
– Tak za tobą tęskniłam!
Rhett przytulił ją, po czym delikatnie, lecz stanowczo odsunął od siebie.
– Nie, Scarlett – powiedział spokojnym głosem. – Między nami nic się nie zmieniło.
Scarlett nie wierzyła własnym uszom.
– Co… co to ma znaczyć?! – krzyknęła.
Rhett drgnął.
– Nie zmuszaj mnie, żebym ci to znowu powtarzał. Wiesz doskonale, co mam na myśli.
– Nie wiem. Nie wierzę ci. Nie możesz mnie opuścić. Nie teraz, gdy cię kocham, gdy tak bardzo cię potrzebuję. Och, Rhett, nie patrz na mnie w ten sposób. Dlaczego nie weźmiesz mnie w ramiona i nie pocieszysz? Przecież obiecałeś to Mammy!
– Ale z ciebie dziecko, Scarlett! – powiedział z łagodnym uśmiechem, kręcąc głową. – Znasz mnie od tylu lat, a mimo to zapominasz o wszystkim, czego się nauczyłaś. To było kłamstwo, skłamałem, żeby w ostatniej chwili życia ta stara, dobra kobieta była szczęśliwa. Pamiętaj, dziecino, łotr ze mnie, nie dżentelmen. – Po tych słowach ruszył w stronę drzwi.
– Nie odchodź, Rhett, proszę – łkała Scarlett.
Zaraz jednak przyłożyła sobie dłonie do ust. Nie, tak nie można. Jeśli znowu zacznie żebrać, nigdy już sobie nie wybaczy.
Szybko odwróciła głowę, bo nie mogła patrzeć, jak odchodzi. Zobaczyła wyraz triumfu w oczach Suellen. Spojrzenie Willa wyrażało współczucie i żal.
– Jeszcze tu wróci – powiedziała, unosząc głowę. – Zawsze wraca.
Jeśli będę to sobie często powtarzać, może uwierzę i stanie się to prawdą.
– Zawsze – powtórzyła. Wzięła głęboki oddech. – Suellen, gdzie jest halka Mammy?
* * *
Scarlett trzymała nerwy na wodzy nawet wtedy, gdy trzeba było umyć i ubrać ciało Mammy. Ale gdy Will wniósł trumnę, poczuła dreszcze.
Bez słowa uciekła z pokoju i pobiegła do jadalni. Wzięła karafkę i nalała sobie pół szklanki whisky. Wypiła trzema łykami. Ciepło alkoholu rozgrzało ją przyjemnie. Dreszcze ustąpiły.
Potrzebuję powietrza, pomyślała. Muszę się przejść. Byle dalej od tego domu i od nich wszystkich! Z kuchni dobiegły ją przerażone głosy dzieci. Czuła się dotknięta do żywego. Poprawiła spódnicę. Wybiegła.
Powietrze na zewnątrz było chłodne i rześkie. Delikatny powiew rozwiał jej pozlepiane od potu włosy. Kiedy to ostatni raz rozczesywała je? Nie mogła sobie przypomnieć. Mammy byłaby niezadowolona. Och! Przyłożyła dłoń do ust, by stłumić nagły przypływ żalu. Potykając się w wysokiej trawie, ruszyła przez pastwisko wzdłuż wzgórza porośniętego wysokimi drzewami. Sosny wydzielały z siebie gorzką słodycz. Głęboki cień padał na miękki gruby dywan z uschłych igieł, które gromadziły się tu od lat. Była sama i niewidoczna w swej kryjówce. Zmęczona opadła na miękką ziemię i usiadła pod drzewem wsparta o pień. Musiała pomyśleć. Jest na pewno jakiś sposób na to, by dźwignąć życie z gruzów, nie ma innej drogi. Nie mogła jednak pozbierać rozbieganych myśli. Była zupełnie rozbita i śmiertelnie znużona.
Już bywała kiedyś tak zmęczona, może nawet jeszcze bardziej. Choćby wtedy, gdy musiała dobrnąć z Atlanty do Tary, otoczona ze wszystkich stron jankeską armią, albo kiedy musiała szukać jedzenia po okolicznych wsiach, chociaż nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a także kiedy pokrwawionymi dłońmi zrywała bawełnę. I wtedy, gdy resztką sił zaprzęgała się do pługa niczym muł, by mimo wszystko iść naprzód. Nie poddała się tylko dlatego, że była zmęczona, i teraz też się nie podda. Rezygnacja nie leżała w jej naturze.
Zapatrzyła się w dal, stawiając czoło wszystkim złym mocom. Śmierć Melanii… śmierć Mammy… odejście Rhetta… powiedział, że ich małżeństwo umarło…
Odejście Rhetta. To było najgorsze i z tym musiała się zmierzyć. Wciąż słyszała jego słowa: „Nic się nie zmieniło”.
Niemożliwe, żeby to była prawda… a jednak.
Musiała znaleźć sposób, by go odzyskać. Zawsze umiała zdobyć każdego mężczyznę, a przecież Rhett był jednym z nich, czyż nie?
Nie, nie był taki jak inni. Dlatego właśnie nie mogła go stracić. Zadrżała z nagłej obawy. A jeśli tym razem poniesie klęskę? Dotychczas zawsze wygrywała. Zawsze miała to, czego chciała. Dotychczas…
Nad jej głową krzyknęła sójka. Scarlett spojrzała w górę, przenikliwy głos ptaka odezwał się znowu.
– Daj mi spokój! – krzyknęła. Ptak odfrunął.
Musiała pomyśleć, przypomnieć sobie słowa Rhetta. Nie, nie obietnice, które składał Mammy, ale to, co mówił tamtej nocy w ich domu, kiedy opuszczał Atlantę. Wyjaśniał coś długo z cierpliwą obojętnością człowieka, którego tak naprawdę rozmówcy zupełnie nie obchodzą.
Scarlett usiłowała przypomnieć sobie prawie już wymazane z pamięci zdania. Nie pamiętała o zmęczeniu. Tak, przypomniała to sobie wyraźnie. Rhett zaproponował rozwód. A potem, gdy w wybuchu szału odrzuciła tę propozycję, powiedział zdanie, które natrętnie dźwięczało jej w głowie: „Będę wracał wystarczająco często, by uniknąć plotek”. Uśmiechnęła się. Jeszcze nie zwyciężyła. Ale miała przynajmniej cień szansy, a szansa to już coś, od czego można zacząć. Wstała, strząsnęła z sukni i włosów igiełki sosny. Pewnie wyglądam okropnie…
Mulista, żółta rzeka Flint płynęła leniwie, głęboko, poniżej skarpy porośniętej sosnami. Scarlett spojrzała w dół. Nabrała pełną garść igieł i wrzuciła je do wody. Popłynęły, wirując na powierzchni, niesione prądem.
– Płyną do przodu – mruknęła. – Zupełnie jak ja. Pamiętaj, nie oglądaj się za siebie. Co się stało, to się nie odstanie. Byle dalej.
Spojrzała w jasne niebo. Białe, nadmuchane wiatrem chmury przecinały błękit nieba. Robi się chłodno, pomyślała. Na pogrzeb powinnam ubrać się w coś ciepłego. Ruszyła w kierunku domu. Zbocze, na którym rozciągało się pastwisko, było bardziej strome, niż miała to w pamięci. To teraz nie ma znaczenia. Musiała wrócić do domu i trochę się ogarnąć. Powinna wyglądać schludnie. Mammy zawsze bardzo się złościła, gdy widziała Scarlett zaniedbaną.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta redakcyjna
Spis treści
Część pierwsza. Zagubiona w ciemności
Rozdział 1
Rozdział 2
Okładka
Strona redakcyjna
Spis treści
Rozdział 1
