Rzeka pokuszenia - Jarosław Jakubowski - ebook
NOWOŚĆ

Rzeka pokuszenia ebook

Jarosław Jakubowski

0,0

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Tajemnica, która nie powinna zostać odkryta…
Dwie epoki. Jedna tajemnica. Jeden zaginiony skarb.
W średniowiecznym opactwie cystersów w Koronowie zostaje ukryty najcenniejszy ze skarbów chrześcijańskiego świata – Święty Graal. Przez stulecia jego tajemnica wydaje się bezpowrotnie utracona.
Rok 1926. Zabójstwo bydgoskiego antykwariusza uruchamia lawinę wydarzeń, która prowadzi do zapomnianych krypt, dawnych legend i bezwzględnej walki o skarb. Komisarz Leon Gajewski musi zmierzyć się z przeciwnikami gotowymi zabić, by zdobyć to, co od wieków pozostawało ukryte. W cieniu śledztwa rodzi się także uczucie, które okaże się silniejsze od chciwości i żądzy władzy.
Historyczna zagadka, kryminalna intryga oraz lokalny koloryt Bydgoszczy i Koronowa tworzą opowieść, od której trudno się oderwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 419

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



„Bierzcie i pijcie z niego wszyscy:

to jest bowiem kielich krwi Mojej […]”

Jezus Chrystus

„[…] ja i moi towarzysze dotknięci jesteśmy chorobą serca,

którą można leczyć tylko złotem.”

Hernán Cortés

PROLOG

Nie było spokoju w Koronowie, Felix Vallis, czyli Szczęśliwą Doliną zwanym. Nieodległa granica polsko–krzyżacka raz po raz krwią spływała, pożoga biła w ciemne niebo, które nie miało litości nad braciszkami klasztornymi. Ledwie co pod koniec XIII wieku z Byszewa do Koronowa opactwo się sprowadziło, a już musiało stawiać czoła grabieżom i gwałtom. Roku Pańskiego 1380 okoliczne rycerstwo najechało cysterskie dobra w żyznej dolinie Brdy, a klasztor spaliło. Papież Urban VI zagroził ekskomuniką wszystkim, którzy poważą się wykorzystywać okres niepokojów, ciemiężąc klasztor i gnębiąc jego poddanych. Bezkrólewie, które zapanowało w Koronie po śmierci Ludwika Węgierskiego, nie sprzyjało zaprowadzaniu porządków w Szczęśliwej Dolinie, a nowy król Władysław Jagiełło nie na długo uspokoił nastroje. Już bowiem za jego panowania, w ostatniej dekadzie wieku XIV, w koronowskim klasztorze doszło do mordu. Zabity został rycerz Mirosław z Mestwina. Jak zginął i z czyjej ręki – o tym księgi wstydliwie milczą. Wina musiała wszak leżeć po stronie zakonników, skoro klasztor w wyniku rozjemstwa zgodził się zapłacić braciom ukatrupionego 40 grzywien praskich.

Czy klątwa jakaś zawisła nad Szczęśliwą Doliną, że złe czasy trwały tam i trwały, nie chcąc minąć jak zły sen, z którego człowiek budzi się, żeby ujrzeć światło nowego dnia? To, co jeszcze niedawno koszmarem się wydawało, wkrótce przyćmione zostało znacznie gorszymi wypadkami. Okrutnie Koronowo doświadczyła Wielka Wojna Polski z Krzyżakami. Znowu krwią broczyła umęczona ziemia. Już w maju 1410 roku braciszkowie musieli uchodzić z klasztoru, gdy najechali nań czescy i morawscy zaciężni pod przewodem Jana Sokoła z Lamberku. Dnia 10 października Roku Pańskiego 1410 nieopodal cysterskiego opactwa rozegrała się zwycięska dla polskich wojsk bitwa z zaciężnym rycerstwem z Nowej Marchii, idącym na pomoc rozbitym pod Grunwaldem Krzyżakom. Wiktoria nie zapewniła jednakowoż spokoju Koronowu. Co i rusz napadali je Krzyżacy, paląc miasto i plądrując klasztor. Lecz nie tylko okrutny zakon niemiecki Szczęśliwą Dolinę gnębił.

Nadeszło lato Roku Pańskiego ١٤٣٣. Koronowo, spalone i złupione podczas ostatniego najazdu, nie zdążyło jeszcze zaleczyć ran. Sczerniałe kikuty kominów sterczały pośród pogorzelisk. Tu i ówdzie ktoś sklecił naprędce, z byle czego, jakąś chatynkę, szałas właściwie, ot, żeby nocą na głowę nie kapało, żeby od wichru się osłonić. Ludzie byli smutni i osowiali, jak pszczoły, których ule rozniesiono na cztery wiatry. Krążyli błędnie pomiędzy zgliszczami domostw, próbując zdobyć co do jedzenia. Psów bezpańskich pałętało się mnóstwo. Walczyły między sobą o najpodlejszy ochłap, tocząc białą pianę z pysków i świecąc wyleniałą sierścią, pod którą sterczały z daleka widoczne żebra. Ludzie nie byli w wiele lepszym położeniu. Głód panował taki, że każda zgniła jarzyna, każda spleśniała kromka chleba były skarbem droższym niż złoto.

Dymy z ognisk unosiły się nad miastem, które już dawno zapomniało o swym dawnym mianie. Felix Vallis! – żachnął się młody braciszek Jan, patrząc z ogrodu klasztornego na położone nieopodal zniszczone zabudowania miasta. Gdyby nie życiodajna rzeka, już dawno to przeklęte miejsce byłoby puste jak piekło. Na samą myśl o tej herezji przeżegnał się nabożnie. Nie przestawał jednak drążyć tematu: czyż ziemia nie jest wystarczająco piekielnym miejscem? Pomny na regułę świętego Benedykta, opata z Clairvaux, pogrążył się w pokornej modlitwie i pracy, które odpędziły od niego grzeszne myśli.

Kontemplacji sprzyjała sama okolica, nieprzypadkowo wybrana przez cystersów. Clara Vallis, miejsce przestronne, a jednocześnie osłonięte od zachodu wzgórzami, a nade wszystko – położone nad rzeką, tą matką życia. Brda wartko toczyła swe wody w głęboko żłobionej dolinie, lekkim zakolem omijając zabudowania klasztorne. Rzeka obfitowała w ryby, raki, bobry oraz wodne ptactwo. Ziemia w jej pobliżu była czarna i tłusta, dawała więc doskonałe plony. Brat Jan z lubością doglądał zagonów, w których pyszniły się biała i czerwona kapusta oraz marchew, cebula i pasternak, nacie pietruszki i chrzanu, a nadto buraki, groch, rzepa i mak. Praca w ogrodzie napełniała mnicha radością, pozwalała zapomnieć o świecie doczesnym, pełnym przemocy i zła. Ziemia dawała plony, które braciszkowie nie tylko spożywali we własnym gronie, ale także rozdawali najuboższym. Brat Jan znał ich wszystkich. Pomagał bowiem przy wydawaniu porcji w kuchni. Serce mu się krajało, kiedy patrzył na te na wpół dzikie postacie w obdartych łachmanach, nieszczęśników którzy dla suchej kromki żytniego chleba gotowi byli walczyć do ostatniej kropli krwi. Napady i grabieże krzyżackie odcisnęły piętno na tutejszym ludzie. Miast spokoju, nieustanny strach gościł w sercach.

Braciszkowie gorąco modlili się o pokój na ziemi, lecz jak dotąd ich modły nie trafiały na podatny grunt. A może modlili się nie nazbyt gorliwie? „Jak nie ma dwóch takich samych ludzi, tak różni są braciszkowie” – myślał brat Jan odkładając na stertę wyrwane z ziemi chwasty. „Jeden prawdziwie pogrążony w pracy i modlitwie, drugi – myślami wędruje po manowcach, dopuszczając do serca gorycz, zwątpienie i nudę. Oj, nielekko ma z nami nasz kochany opat Gabriel!” – westchnął do swych myśli.

Wtedy usłyszał ostry, metaliczny głos klasztornego dzwonka. Zdziwił się, bo słońce było jeszcze zbyt nisko jak na porę obiadu. Dźwięk jednak nie milknął. Brat Jan poczuł niepokój i tak jak pozostali mnisi, pośpieszył do refektarza.

Tam czekał już na nich opat Gabriel. Twarz jego, pobrużdżona i szara, wyrażała wielkie zatroskanie. Opat powiódł zmęczonymi oczami po obliczach braci, którzy wpatrywali się w niego wyczekująco. Obok Gabriela siedział młody człowiek w zakurzonej i osmalonej opończy, o twarzy poczerniałej od długiego podróżowania. Jego oczy były dzikie i nieobecne.

Panowała cisza, w której słychać było ciężkie oddechy zakonników.

– Groza, braciszkowie kochani, groza… – rzekł opat, a jego broda drżała ze zdenerwowania. – Husyccy odszczepieńcy na nas idą. Ten oto braciszek Jozafat uszedł właśnie z opactwa w Łeknie i w przebraniu przedarł się na północ, żeby nas ostrzec przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. – Czesi pod wodzą Jana Čapka idą na północ. Rżną, palą i grabią wszystko, co na swojej drodze napotkają. Polscy zaciężni do nich dołączyli, licząc na bogactwa, jakie czekają na nich na Pomorzu. Uchodźcie bracia, uchodźcie póki czas – mówił młody zakonnik, a serca słuchających zamarły z niepokoju. Po chwili na zaczerpnięcie łyku wody z glinianego bukłaka wiszącego na rzemieniu, kontynuował:

– Nasz klasztor zrujnowany, splądrowany i złupiony. Sierotki, jak ich nazywają od tego, że pod wodzą Jana Żiżki niegdyś się bili, nienawidzą naszej wiary. Hostie z tabernakulum powyrzucali, ołtarz zbezcześcili! Część moich braci w niewolę się dostała, reszta rozpierzchła się po okolicy. Mnie jednemu udało się konno przedrzeć na północ. Jechałem, póki szkapa nie padła ochwacona. Potem biegłem bez tchu, a za mną unosiły się wciąż dymy pożarów. Mówię wam, bracia, oni są już niedaleko – mężczyzna uniósł twarz i pociągnął kilkakrotnie nosem.

– Czuję ich – powiedział. – Cuchną śmiercią…

Opat Gabriel długo wpatrywał się w strwożoną twarz przybysza. Wreszcie opuścił wzrok i bezgłośnie wypowiedział słowa modlitwy. Dopiero po chwili uniósł głowę i oparłszy dłonie o dębowy stół, powiedział:

– Nie możemy dopuścić, aby diabeł zniszczył to, co tak długo budowaliśmy. Jeszcze dziś uchodzimy z klasztoru.

Szmer niedowierzania przeszedł między zgromadzonymi braćmi.

– Nie może to być, ojcze Gabrielu! Zostać powinniśmy i strzec świętego przybytku, tak jak Reguła nam nakazuje – odezwał się starszy mężczyzna, którego pociągłą twarz jeszcze bardziej wydłużała rzadka, siwa broda.

– Zostać, żeby nas w pień wybili? Nie, bracie Macieju, już wolę na ekskomunikę siebie narazić niż was skazać na śmierć w strasznych mękach. Rozproszymy się po okolicy i jakoś przetrwamy najazd. A gdy najgorsze już minie, wrócimy do klasztoru – odparł Gabriel.

– Przeca husyci razem z naszymi, królewskimi wojskami idą na północ, bić Krzyżaków. Jakże król Władysław miałby pozwolić heretykom łupić swoje ziemie? – zapytał brat Gwalbert, największy szkolarz pośród koronowskich mnichów, w samej Padwie uczony.

– Władysław to dziki Litwin. Chrzest przyjął, ale krew pogańska w nim płynie. Dlatego z heretykami sprzymierzył się przeciw Zakonowi. Nie zapominajcie, że Krzyżacy jak ich tu nazywają, to nasi bracia chrześcijany… – opat zawiesił głos, bo sam już przestawał wierzyć w swoje racje. Lęk nim owładnął, lęk silniejszy niż rozum.

– Ładne mi chrześcijany – odparł szybko Gwalbert. – Wyżynają, rabują i palą z równie albo i większym zapałem, co pogańskie plemiona. Koronowo do dziś podnieść się nie może po ich wizycie.

– Wierzę w to, co mówi ten oto człowiek – Gabriel zwrócił się w stronę milczącego przybysza. W tej samej chwili jakby o czymś sobie przypomniał.

– Bracie Janie, podaj naszemu gościowi jadła i picia, a niczego nie żałuj. Jan natychmiast pognał do kuchni, skąd przyniósł talerz z chlebem, kawałkiem gotowanej kury, a także cynowy kielich i flaszkę wina. Jozafatowi oczy zabłyszczały na ten widok i nie bacząc na ciekawe spojrzenia braci, zabrał się do jedzenia i picia. Tłuszcz ciekł mu po rękach i twarzy, która jednak wciąż wydawała się nieobecna. Gdy nasycił już pierwszy głód, powiódł zmęczonym wzrokiem po cystersach i rzekł, a głos jego brzmiał matowo:

– „Wielu bowiem pojawiło się na świecie zwodzicieli, którzy nie uznają, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele ludzkim. Taki jest zwodzicielem i Antychrystem.”

Powiedziawszy to, rozpłakał się jak dziecko. Siedzący obok bracia jęli pocieszać go słowem i gestem, on jednak zerwał się od stołu, zatrzymał się i wodząc błędnym wzrokiem po zakonnikach, wypowiedział słowa, od których ciarki wszystkim przeszły po plecach:

– Jesteśmy na wieki przeklęci. Antychryst przybył na ziemię i nie masz, nie masz już dla nas ratunku!

Jozafat wybiegł z refektarza na ocieniony wirydarz, a braciszkowie ruszyli za nim. Młody mężczyzna dosiadł konia i pognał ku bramie klasztornej.

– Dokąd, Jozafacie?! – zawołał za nim opat Gabriel.

– Do piekła!!! – odparł tamten i już zniknął za uchylonymi wrotami. Przez chwilę słychać jeszcze było tętent końskich kopyt, po czym zapanowała pełna grozy cisza.

– Oszalał ze strachu, biedaczyna – powiedział cicho brat Jan.

Braciszkowie jak pszczoły wokół matki skupili się ciasno przy opacie. Gabriel ukończywszy kolejną modlitwę serca przeżegnał się i spokojnym głosem rzekł:

– Zacznijcie pakować co najpotrzebniejsze. Jeszcze dziś ruszamy w stronę Cluny. Tam musi być bezpieczniej. Tylko musimy wędrować w rozproszeniu. A ty bracie Janie, chodź ze mną. Chcę z tobą pomówić na osobności.

Udali się obaj do celi opata, która niczym nie wyróżniała się od pozostałych pomieszczeń mieszkalnych. Uwagę Jana zwrócił tylko skórzany, nabity ufnalami bicz wiszący na kołku w ścianie, tuż obok drewnianego krucyfiksu. Na powierzchni bicza można było dostrzec zakrzepłą krew.

Opat usiadł ciężko na prostym stołeczku, potarł dłonią twarz i spojrzał na Jana.

– Ze wszystkich braci ciebie ukochałem najbardziej. To jedna z niezbadanych tajemnic serca – powiedział, jakby czekając na reakcję mniszka. Jan zdziwił się, ale i wzruszył na te słowa.

– Ojcze… kocham cię jak prawdziwego ojca, chociaż nawet go nie pamiętam… Zrobię dla ciebie wszystko – odparł w uniesieniu młodzieniec.

– To dobrze, bo widzisz, biorę na siebie ciężkie jarzmo. Opuszczenie klasztoru to najgorsza rzecz, jaką może zrobić opat, jednak muszę chronić was. Bez braci nie ma zakonu i Reguły. Zostają tylko mury i puste słowa… Ale nic to, Pan Bóg osądzi moje czyny. Usiądź tu, przy mnie, Janie. I słuchaj uważnie.

Braciszek przysiadł na twardym łożu z surowych desek, a Gabriel ściszył głos do ledwie słyszalnego szeptu.

– To, co ci teraz powiem, musi pozostać tylko między nami. Przysięgnij na ten święty krzyż, że nikomu, nawet pod groźbą śmierci, nie wyjawisz tej tajemnicy.

Opat zdjął ze ściany krucyfiks i stojąc nad mniszkiem zbliżył figurę umęczonego Chrystusa do jego twarzy.

– Ale jakiej tajemnicy, ojcze? – spytał zszokowany.

– Najpierw przysięgnij!

– Przysięgam na ten święty krzyż w imię Pana Boga Najwyższego w Trójcy Świętej jedynego…

Gabriel odwiesił z powrotem krucyfiks i znowu usiadł przy młodzieńcu.

– Dobrze, a teraz najważniejsze. Słyszałeś pewnie legendy co krążą między ludem, o skarbie cystersów ukrytym gdzieś pod klasztorem.

– Staram się nie słuchać plotek, ojcze.

– W każdej legendzie jest coś z prawdy. Ci, co byli tu przed nami, powierzyli nam tajemnicę tajemnic. Gdzieś za kryptą, w której wiecznym snem śpią nasi bracia, istnieje zamurowany korytarz. Prowadzi on do miejsca, w którym ukryty jest skarb. Złoto, srebro, szlachetne kamienie, bogactwo przez wieki gromadzone po to, żeby przez następne wieki cystersi mogli tu Słowo Boże szerzyć i dostatek budować. Jednak w głębi ziemi jest jeszcze ukryty skarb prawdziwy, a możemy przyrównać go do bijącego serca naszej doliny, promieniującego łaską i sprawiającego, że ludzka potęga nie zmoże tu Kościoła Chrystusowego.

– Cóż to jest, ojcze? – spytał zaciekawiony brat Jan.

– Święty Graal, kielich z którego Chrystus i Jego uczniowie pili w czas Ostatniej Wieczerzy.

– Ojcze, przecież to… to niemożliwe!

– Naczynie ze szczerego złota, wysadzane brylantami i rubinami niezwykłej wielkości i czystości, na podobieństwo łez i krwi Chrystusa – kontynuował niezrażony opat Gabriel.

– Gdzież ów Święty Graal się znajduje?

– Jak głosi legenda powtarzana przez braci naszyc, spoczywa on w miejscu ukrytym a jasnym, na klucz zawartym, a dla serc czystych otwartym. Dotarcie do owego skarbu skarbów zbyt jest łatwe i zbyt trudne zarazem. Mawiają, że wiodą do niego wąskie i strome schody, niby do czeluści piekielnych.

– Widział ojciec ów skarb?

– Gdzieżbym śmiał! Wolno to jedynie Ojcu Świętemu i opatowi Cistercium. I wyłącznie oni poza mną wiedzą o miejscu. Mnie uczynili jego strażnikiem.

– Dlaczego więc ojciec mi o tym mówi?

– Idą ciężkie czasy dla naszego opactwa. Nie wiem, czy przeżyję, a musi być ktoś, kto klucz przechowa.

– Klucz, ojcze?

– Do Świętego Graala. Chcę, żebyś go zatrzymał. To jedyny egzemplarz – powiedziawszy to, opat zdjął swój płócienny pas.

– Chcę, żebyś go założył, a swój pas oddał mnie – rzekł napotykając zdumione spojrzenie młodego człowieka.

– Ten pas jest symbolem tajemnicy, a kiedy nie daj Boże te psubraty któregoś z nas schwytają, to na mnie skupią swoją uwagę.

– Więc w tym pasie jest ów klucz?

– Dotknij tutaj – powiedział opat.

Jan dłonią wymacał w pasie niepozorne zgrubienie.

– Tak, to klucz. Przynajmniej tak wygląda – objaśniał Gabriel.

Młody braciszek patrzył płonącym wzrokiem. Opat uśmiechnął się nieznacznie i rzekł:

– Wiem, że ciekawość to potężna siła, ale wystarczyć musi ci tyle, że klucz pasuje tylko do jednego zamka.

– Gdzież ten zamek? – zapytał młodzian.

– Tego nie mogę tobie powiedzieć – odparł łagodnie stary zakonnik. – W tych czasach ciężkich a niepewnych sekret naszego klasztoru musi zostać rozłamany na dwie połowy. W ten sposób sekretem pozostanie – dodał Gabriel, a Jan popatrzył na niego z mieszaniną rozczarowania i niezrozumienia.

– Noszę klucz przy sobie odkąd zostałem opatem w „Clara Vallis”, którąśmy jeszcze nie tak dawno nazywali „Felix Vallis”. Teraz ty musisz tego strzec.

Jan zdjął swój pas i dał opatowi, sam zaś założył jego przepasanie. Podłużny twardy przedmiot wgniótł się w ciało – w dotyku rzeczywiście przypominał kościelny klucz, sporych rozmiarów, z rzeźbioną główką, długim, o średnicy jak mały palec dłoni trzonkiem oraz końcówką, płaską, misternie uformowaną. Wszystko jednak pod grubo tkanym suknem jawiło się niewyraźnie i ledwie w przybliżonym zarysie. Brat Jan mimo to poczuł jakby ukryta w tym kawałku płótna tajemnica paliła jego bok.

– Ale dlaczego ja? – to pytanie samo wyrwało się z ust młodzieńca.

– Po pierwsze jesteś idealnie zwyczajny i nie rzucasz się w oczy. Ja zaś zbyt prędko zwróciłbym uwagę zbójców. Po drugie, choć wiem że wszyscy bracia są równi, to ciebie szczególnie umiłowałem za twoje posłuszeństwo, pokorę i pracowitość. A teraz szykuj się do drogi. Czas na ciebie – jasne oczy opata łagodnie wpatrywały się w twarz Jana, pokrytą słabym, młodzieńczym zarostem.

– Więc nie ruszam z wami? Ojcze, pozwól mi zostać przy tobie – opat usłyszał w głosie mnicha błaganie i żal mu się zrobiło tego synka.

– Odtąd musisz radzić sobie sam. Kieruj się na południe, w stronę Rzymu. Wiem, że to niebezpieczne, ale to nasza jedyna szansa. My pociągniemy na zachód, a kiedy wojna się skończy, spotkamy się znowu w Szczęśliwej Dolinie i sekret nasz złączymy jak klucz z zamkiem. Wszak to nasz dom – powiedział Gabriel, chociaż w duchu nie wierzył w dobre zakończenie. Rejterada z klasztoru mogła dla niego oznaczać tylko jedno: obłożenie ekskomuniką. Jednak postanowił wziąć na siebie to straszliwe brzemię, by ratować braci.

– Ojcze, proszę, będę pilnował klucza jako źrenicy oka, tylko mnie nie odprawiaj – młodzieniec podjął jeszcze jedną próbę, ale w oczach przełożonego dostrzegł zimne zdecydowanie.

– Każę przygotować dla ciebie tobołek podróżny. Pamiętaj, jesteś tylko zwykłym mniszkiem, który uciekł z klasztoru. To powinno cię uwiarygodnić w oczach naszych prześladowców. A teraz idź z Panem Bogiem – rzekł Gabriel i opadłszy na klęcznik, jął modlić się o pokój na świecie i o szczęśliwą drogę dla swojej trzódki. Jan stał jeszcze chwilę.

– No idźże wreszcie! – opat podniósł głos, a wtedy młody mnich ze spuszczoną głową opuścił celę.

– Boże miłosierny, przebacz mi moje grzechy – wyszeptał Gabriel i łzy popłynęły po jego zapadniętych, pokrytych kilkudniowym zarostem policzkach. Po chwili opanował się, zabrał swój brewiarz, gęsie pióro, kałamarz i nóż, i szybkim krokiem skierował się ku kościelnej zakrystii. Zamknął się tam i nie wychodził długo, aż bracia zaczęli dobijać się do drzwi. Kiedy zaś w końcu im otworzył, zapytali, co robił w zamknięciu.

– Modliłem się za nas, kochani moi. I za Corona Mariae, opactwo nasze. Oby nam Bóg powrócić tu kiedyś raczył – powiedział kurczowo ściskając brewiarz. Dłonie miał uwalane inkaustem.

Wkrótce dolina pośród wzgórz pyszniących się zielenią we wszystkich odcieniach wypełniła się echem tętentu ciężkozbrojnej jazdy. Husyci stanęli u wrót Felix Vallis i zachwycili się jej spokojnym pięknem. Od razu wzrok swój skierowali ku ceglanej bryle kościoła, który wznosił się nad połyskliwą wstęgą rzeki. „Tam gnieździ się ta rzymska zaraza, tam też musi być bogactwo” – pomyślał Jan Čapek i władczo wskazał ręką kierunek marszu. Konni ruszyli w dół, ku miasteczku milczącemu w trwodze, na dnie doliny, a powiewał nad nimi dumnie sztandar ze złotym kielichem w cierniowym wieńcu i napisem „Veritas Vincit”.

Od razu skierowali się do wrót świątyni. Były zaryglowane, ale bez trudu otwarli je kilkoma uderzeniami topora. Wnętrze kościoła przywitało ich półmrokiem. Światło gasnącego dnia wpadało ukośnie przez witraże, malując posadzkę i stalle w wielobarwną mozaikę. Zostawiwszy konie na zewnątrz, rycerze zeszli po kamiennych schodkach do głównej nawy i od razu poczuli zimną, wilgotną woń idącą od murów. Podkute buty ciężko stukały w kamienną posadzkę, a echo kroków niosło się wysoko pod łukowate sklepienia.

– Jest tu kto?! – krzyknął w głąb świątyni Jan Čapek. Odpowiedziało mu jego własne echo.

– Uszli tchórze, święty przybytek nam zostawili – ozwał się któryś z rycerzy.

– Rozejrzymy się, czy aby czego nie zostawili braciszkowie… – mruknął wódz i husyci przystąpili do metodycznego plądrowania kościoła. Nie omieszkali zajrzeć do tabernakulum, które jednak zastali puste. Ze złością cięli mieczami rzeźbione stalle i świece, a i obrazu z Matką Bożą nie oszczędzili.

– Tu jest wejście do krypty! – zawołał ktoś. Husyci zgromadzili się wokół pokrywy ze stalowym kółkiem.

– Otworzyć – rozkazał Čapek. Okropna woń podziemi buchnęła w ich nozdrza, przejęła trwogą. – Straszno jak w piekle…

Rycerze rozdzielili się, część świecąc sobie zapalonymi głowniami zlazła do krypty, reszta z samym Čapkiem na czele rozproszyła się po zabudowaniach klasztornych. Nigdzie nie zastali żywego ducha, choć palenisko w kuchni było jeszcze ciepłe. Wróciwszy do świątyni stanęli nad wejściem do krypty czekając na pojawienie się towarzyszy.

– Długo nie wracają – mruknął Čapek, a pozostali zaczęli wołać w czeluść. Głosy ich wpadały w nią głucho, niczym kamienie rzucane w smołę. Wreszcie, po kilku minutach, dłużących się niemiłosiernie, uszu ich dobiegł jakiś jęk, jakby błaganie, a z otworu wyłonił się rycerz. Jego ręce i twarz pokrywały rany, a wzrok wypełniało przerażenie.

– Panie, panie… Moc jakowaś piekielna tego miejsca strzeże…

– Jakiego miejsca? Mów, co widziałeś! Gdzie reszta?! – dopytywał Čapek, gdy rycerz wygramolił się wreszcie na powierzchnię. Nogi, nie wiadomo, ze zmęczenia, czy ze strachu, miał tak słabe, że próbując na nich stanąć, opadł jak szmaciana lalka na posadzkę.

– Dajcie mu gorzałki, niech dojdzie do siebie – rozkazał dowódca.

Łyk z podsuniętej baryłki przywrócił tamtemu nieco przytomności.

– Moc jakowaś piekielna, mówię wam, bracia. Ledwiem przed nią uszedł…

Znowu upił trochę i mówił dalej:

– Przetrząsnęliśmy wszystko jak należy, ale same tylko mnisze truchła napotkaliśmy. Jakeśmy tak przetrząsali, to za odwalonymi trumnami otwarło się przejście, chyba do jeszcze jednej, starszej krypty. I wtedy to się stało… Jezu, Jezu…

– Masz, pij i gadajże, co z nimi! – ryknął zniecierpliwiony rycerz Jan.

Gorzałka wreszcie zaczęła działać i przerażenie mężczyzny nieco ustąpiło.

– Jeden po drugim zaczęli tam wchodzić, słyszałem jak mówili, że schody długie i strome jak do piekła tam wiodą. Ja byłem ostatni. Naraz z głębin tej czeluści podniósł się nieludzki wrzask, wycie niby potępionych i poczułem swąd palonych ciał. Jednemu z nich udało się wrócić do wejścia, ale wyzionął ducha, cały spalony, skóra wisiała na jego czaszce jak zetlałe szmaty… Czułem, że to chce i mnie porwać, więc z powrotem zawaliłem otwór i uciekłem… Uciekajmy stąd, panie. To przeklęte miejsce.

Čapek rozejrzał się jakby w poszukiwaniu przyczyn tego przekleństwa. Potem skierował wzrok na wciąż otwarte zejście do krypty, skąd teraz zaczął wydobywać się czarny, cuchnący dym.

– Zawrzeć kryptę! Tamtym już nie pomożemy – rozkazał i kamienna pokrywa na powrót przywaliła wejście. Gdy sadowiła się na kamiennych wspornikach, dało się słyszeć wyraźne westchnienie, jakby oddech czegoś, co kryło się w podziemiach.

– Skoro duchy tego miejsca tak lubią ogień, to damy im dużo ognia. Przygotować siana, chrustu, starych szmat, łuczywa i wszystkiego co da się podłożyć pod ogień. Puścimy z dymem klasztor – oczy rycerza zapłonęły chorym blaskiem, jakby na widok pożaru który już widział w wyobraźni.

– Król Władysław nie będzie zadowolony – odezwał się któryś z rycerzy.

– Nie dbam o jego zadowolenie, tylko o naszą chwałę. Prawda zwycięży! – zawołał dumnie Čapek.

– Prawda zwycięży! – odpowiedzieli mu tubalnym chórem i raźno zabrali się do wykonania rozkazu dowódcy.

Wielki pożar rozświetlił dolinę, a mury opuszczonej przez cystersów świątyni jawiły się w tańcujących jęzorach ognia niczym wyrzut sumienia.

– Ruszamy na północ. Będziemy posuwać się tak aż do zmroku, a skoro świt podążymy dalej – nad Bałtyk! – powiedział stojąc na wzgórzu czeski rycerz, który w swoim życiu nigdy jeszcze nie widział morza.

Młody cysters Jan wędrował na południe, omijając główne gościńce. Szedł z opuszczoną głową i wciąż nie rozumiał, dlaczego opat uparł się nie tylko zostawić klasztor, ale i rozpuścić swoją trzódkę. Ślubowałem posłuszeństwo, więc wola opata jest dla mnie rozkazem – dumał, co i rusz dotykając pasa w miejscu, gdzie spoczywał drogocenny „depozyt”. Wkrótce zaczął napotykać pierwsze ślady najazdu Czechów: trupy ludzi, koni i innych zwierząt gospodarskich, dymiące z oddali zgliszcza domostw, fruwające na wietrze pierze z rozerwanych kołder i rozchodzący się niczym zaraza swąd palonych ciał. Gdy mijał z dala jedną z dotkniętych najazdem osad, drogę zabiegła mu nagle młoda dziewczyna, półnaga, w rozdartej i poplamionej od krwi lnianej koszuli.

– Wody! Dajcie wody! – wołała błagalnie zachrypniętym głosem, dobywającym się z popękanych, zaschniętych ust. Braciszek poczęstował ją wodą z bukłaka, a kobieta upiła jej niemal połowę, nim wyrwał jej naczynie z rąk.

– Mów co się stało! – powiedział do nieszczęśniczki.

– Domy spalili, wodę w studniach zatruli, wszystko co było, zabrali. Ociec mój i matula ubite… jak świniaki…

Nagle jakby dostrzegła coś, co ją śmiertelnie przeraziło i rzuciła się do ucieczki. Spojrzał w stronę, skąd miałoby pochodzić niebezpieczeństwo, ale dostrzegł tylko dopalające się ułomki domostw. Zrobił zamaszysty znak krzyża na piersi błagając Boga o litość dla szalonej.

Wieczór powolnie kładł się na ziemię. Nie zaznał jednak spokoju biedny Jan. Przedzierając się przez las, gdzie miał nadzieję spędzić noc, natknął się na grupkę maruderów. Ci od razu go spostrzegli i otoczyli ciasnym kręgiem.

– Coś ty za jeden, gadaj!

– Biedny włóczęga.

– Jak na włóczęgę, to ty za dobrze wyglądasz, bratku. Pokaż no, co masz w tym tobołku.

Drab nie czekając na reakcję mniszka, jednym szarpnięciem włóczni zerwał z ramienia mężczyzny worek i rozbebeszył go ostrzem. Hultaje ciżbą rzucili się na prowiant i po chwili nie został z niego dosłownie nic.

– Uciekinier z klasztoru, co? – dowódca maruderów zbliżył twarz do twarzy Jana.

– Uciekinier jako i wy – odparł mniszek zdziwiony swą hardością.

– Patrzcie go, jaki mądry. Mniszek jak nic. Z Koronowa pewno idziesz. Tam Czesi przeszli. Ładnie to tak święty przybytek na pastwę heretyków ostawiać? Klasztor w Koronowie skarbami słynący! Nie masz czego jeszcze?

– Tylko to ubogie odzienie. Wszystko co miałem, właśnie spożyliście, dobrzy ludzie.

– Dobrzy ludzie, słyszycie?

Gromki śmiech złoczyńców zatrząsnął ciszą kniei. Dowódca uniósł dłoń i ucichło.

– Dobrzy ludzie to teraz leżą porąbani toporami, widziałeś ich pewnie. My jesteśmy ludzie mądrzy. Niech się tam rżną ile wlezie. Nie nasza to sprawa – wycedził mężczyzna.

– Pozwólcie mi odejść – powiedział Jan, ale herszt bandy jakby nie słysząc go, rozkazał:

– Przeszukać go.

Jeden z drągali jął obmacywać mnicha, który drżał w obawie, że postrada to, co miał ukryte. Maruder jednak nie był zbyt dokładny, bo po chwili powiedział swemu panu, że łapserdak niczego nie ma.

– Puścić cię nie możemy, bo nas wydasz, zabrać ze sobą takoż, bo i tak już za dużo gąb do wykarmienia. Ciesz się, bo za chwilę spotkasz się ze swoim hetmanem w niebie, czy jak mu tam – powiedział z cynicznym uśmieszkiem herszt i odwróciwszy się znacząco przeciągnął dłonią po szyi. Jan dostrzegł ten gest i puścił się pędem w knieje, ale nie ubiegł kilkunastu kroków, gdy ostrze wyrzuconej za nim włóczni ugodziło go w sam środek pleców. Mniszek rozwarł szeroko ramiona i upadł na twarz. Żył jeszcze, gdy herszt bandy podszedł do niego, przydepnął butem i wyszarpnął z jego ciała włócznię, a że młodzian wciąż dychał, to ująwszy jedną ręką pukiel włosów młodzieńca podniósł jego głowę, by poderżnąć mu nożem gardło. Nim to uczynił, Jan wypowiedział jeszcze ciche: „Chryyysteee”. A potem krew wypłynęła z niego i na brunatno zabarwiła mech, na którym leżał.

– Do piekła za to pójdziemy – powiedział jeden z rozbójników, który nie znosił widoku krwi, przez co towarzysze zwali go Jucha.

– Ty się, Jucha, o to nie martw, ino tego tu czymś przykryj, żeby go nikt nie znalazł. Po co mają się jacyś zbrojni za nami ciągnąć.

– Ale… – nie dokończył chłopak, bo już inny drab kułakiem zachęcił go do czynu. Jucha walcząc z nudnościami chwycił martwego cystersa za ramiona i zaciągnął w głąb kniei. Kiedy okrywał go darnią, wyczuł zgrubienie w pasie habitu.

– Co za licho… – szepnął chłopak i wyszarpnął twardy przedmiot z zaszytego materiału, stękając z wysiłku. „Zwykły klucz, choć może nie taki zwykły, bo duży z jakimś znaczkiem, literką może, jak wąż, pewnie do tej ich świętej magii” – pomyślał nieco rozczarowany, bo czytać nie umiał, ale i tak uznał, że może szczęście pozwoli mu znaleźć dziurkę od tego klucza, więc skwapliwie schował znalezisko tak głęboko, jak tylko mógł.

– Jucha!!! Bywaj! – wzdrygnął się usłyszawszy ochrypłe głosy towarzyszy i wtedy jakby prąd go przeszył – w jednej sekundzie podjął decyzję. Nie zważając na wołania pobiegł w przeciwnym kierunku, w coraz głębszy i gęstszy las. „Niech się dzieje wola nieba, lepiej z dzikim zwierzem walczyć niż ze zbójcami dalej żyć” – myślał biegnąc co tchu w piersiach.

Ledwie Jucha wychynął z lasu, natknął się na oddział wojsk króla Władysława, pojmany został i badaniu przez sąd doraźny poddany. Gdy znaleziono przy nim żelazny kościelny klucz z literą „S” wpisaną w trójkątną główkę, sędzia po dłuższym zastanowieniu uznał, że jest to dowód, iż zbójca brał udział w niedawnym najeździe na dobra klasztorne Corona Mariae, jako że „S” ani chybi „Sanctus” oznacza. Zresztą, nie miał czasu na łamanie sobie głowy. Na nic tłumaczenia Juchy, na nic zaklęcia, że nie miał nic wspólnego z tym kluczem, poza tym, że go znalazł – wyrok mógł być tylko jeden. Zawisnął chłopak na sznurze przerzuconym przez grubą gałąź jaworu. Piękny miał widok na leśną polanę, gdy duch opuszczał jego ciało. Nie minął tydzień i wisielcem posiliły się wilki, lisy i pomniejsi mieszkańcy lasu.

A klucz rzekomy do skarbu diabli wzięli, bo sędziemu w bojowym ferworze gdzieś się zapodział ów żelazny przedmiot, zresztą zaraza wkrótce padła na cały zbrojny oddział i jeden po drugim, łącznie z tym, co pieczę nad owym czymś miał trzymać, zabrała czarna śmierć. Zwłoki na stosie spalono, ale nie wszystkie ogień pożarł w równym stopniu – oszczędził też klucz, który zmieszany z popiołami i gnilnymi sokami coraz głębiej pogrążał się w trzewiach ziemi, gdzieś w okolicy Koronowa, Szczęśliwą Doliną zwanego w dawnych, tak dawnych, że aż niepamiętnych czasach.

Opat Gabriel tułał się parę lat ze swymi bezdomnymi braciszkami, nim w ١٤٤٠ roku zdjęto z nich ekskomunikę. A potem… potem przepadli w odmętach czasu, i opat Gabriel, i jego trzódka, i brewiarz kryjący drugą połówkę sekretu.

NIEDZIELA, 9 MAJA 1929 ROKU

– Podaj Leoś! No podaj, no! – Zbyniu Richter, mały rudy chłopaczek w pasiastej koszuli dobiegał na wysokość pola karnego lewą stroną boiska, ale nie doczekał się dośrodkowania. Leon Gajewski, widząc że tamten ściągnął na siebie obronę przeciwnika, zdecydował się na indywidualny rajd. Przed nim był już tylko jeden obrońca, wysoki i chudy jak tyka Jachu Piątkowski, na co dzień flegmatyczny ślusarz w zakładach naprawczych taboru kolejowego, ale na boisku zapora nie do przejścia. Gajewski zauważył, że drągal rozstawił szeroko nogi i założył mu „siatkę”, na co Jachu zareagował instynktownie, kosząc napastnika Polonii równo z murawą.

– Karny! – ryknął Leon, plując kawałkami trawy.

– Jaki karny, jaki karny? Sam żeś się wykopyrtnął. Piłka jest nasza – powiedział Piątkowski i już ustawiał futbolówkę na linii pięciu metrów, gdy Leon bezceremonialnie chwycił ją i poszedł z nią w kierunku wapna na jedenastym metrze.

– Te, Gajewski, nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu zabraknie! Dawaj piłę, żadnego faulu nie było – upierał się Jachu, ale Gajewski jakby go nie słyszał.

– Skosiłeś mnie. To jest karny i dobrze o tym wiesz. Za linię, no już… – powiedział spokojnie, ale Jachu i jego koledzy ani myśleli ustąpić.

Po chwili dwie grupki chłopaków w pasiastych koszulkach bydgoskich drużyn kotłowały się w okolicy bramki Gwiazdy.

– Ksiądz powie jak było! – Gajewski zwrócił się do… który stał z boku.

– A bo ja wiem? Akurat byłem odwrócony… – odparł asekuracyjnie ksiądz Jacek Zabłocki.

– I ty przeciwko mnie? Jak Piłat? – półżartem zapytał Leon.

– No przecie mówię, że nie widziałem. Piłat widział i umył ręce.

– A ja mówię, że jest karny i basta!

– Jak dzieci, jak dzieci… Przecież to tylko futbol! – zawołał kapłan, ale kłótnia wciąż narastała.

Bramkarz Polonii, zwany Golemem, splunął i powolnym krokiem ruszył spod swojej bramki w kierunku reszty piłkarzy. Dopiero gdy stanął przy nich, można było przekonać się, że wzrostem przewyższa o głowę nawet Piątkowskiego, a szerokość jego barków można było mierzyć w „Jachach”, na oko miał ich dwa i pół. W milczeniu chwycił piłkę jedną dłonią i położył na białym kółku.

– Te, Golem, co robisz? – Jachu Piątkowski stanął przy nim, a raczej pod nim, ale gdy tylko olbrzym zwrócił się w jego stronę, tamten cały zwiotczał.

– Dobra, niech będzie moja krzywda – powiedział zrezygnowany kapitan drużyny i nakazał kolegom stanąć za linią pola karnego.

Leon Gajewski niemalże z czułością objął szmaciankę, pocałował i położył na murawie, potem jeszcze przeżegnał się i zrobił jeden długi krok w lewo i pięć w tył. Bramkarz Gwiazdy, ksywka Małpa, był drobnym chłopakiem, ale bardzo zwinnym, skocznym. Doskonale bronił jedenastki. Ale karnego w wykonaniu Leona jeszcze nigdy nie udało mu się wyłapać. Gajewski odwrócił się i dostrzegł spojrzenie księdza… który delikatnie skinął głową w swoją lewą stronę. To by znaczyło, że bramkarz rzuci się w prawo czy przeciwnie, w lewo? Ale skąd pewność, że się w ogóle rzuci? Może jednak strzelić w prawy róg? Za dużo myślisz, Leon, jedno jest pewne: jeśli strzelisz, to ta mała z domu towarowego na Gdańskiej będzie twoja. Jeśli nie, będziesz musiał szukać dalej.

Strzelił. Piłka poleciała jakieś pół metra nad ziemią w lewy róg, dokładnie tam, gdzie rzucił się Małpa. Wypiąstkował futbolówkę na aut i utonął w objęciach kumpli.

– Kurwa mać! – zaklął Gajewski, a ksiądz pokręcił głową z wielką dezaprobatą. „I tak się z nią umówię” – pomyślał Leon. Wtedy zauważył, że z samochodu, który zatrzymał się w bramie stadionu Polonii, wysiada Jacyna.

– Szefie! Wszędzie szefa szukamy!

– Co jest?

– Nic. Robota jest.

Chwilę później siedział już w aucie, które ruszyło w stronę ulicy Gdańskiej. Wyraźnie podekscytowany Jacyna, trzymając rozłożony „Dziennik Bydgoski” w stronę okna, czytał sylabizując co trudniejsze nazwiska:

– Trzy ekspedycje podbiegunowe. Norweg Amundsen, Australijczyk Wilkins…

– Łylkyns – poprawił go Gajewski.

– Łylkyns… – powtórzył przodownik. – … i Amerykanin Byrd… – Jacyna spojrzał niepewnie w stronę komisarza, a ten lekko skinął głową. – Czwarta ekspedycja Mac Millana.

– Nie „Macmillana”, tylko „Makmylena” – spokojnie skorygował wymowę Gajewski.

– Dobra, nieważne, słuchajcie dalej.

– Ale trzy ekspedycje czy cztery? – zapytał kierujący autem Krawczyk.

– Czwarta, tego Maka czy jak mu tam, zmierza nie na biegun, tylko do… no, gdzieś na północny zachód Grenlandii. Słuchajcie tego…

– Zamieniamy się w słuch – westchnął Leon.

– Amerykanin Byrd chce polecieć z Grenlandii na aeroplanie Fokkera o trzech motorach do bieguna i z powrotem. Jest atoli rzeczą wątpliwą, czy tej ekspedycji uda się w ogóle zorganizować bazę lotniczą w północnej Grenlandii.

– No, ja myślę – wtrącił Krawczyk.

– Ekspedycję Wilkinsa finansuje Ford. Lot z Point Barrow…

– Daj mi to – nie wytrzymał Gajewski i wyrwał gazetę z rąk Jacyny.

– Ojej, ale szef wyrywny…

Leon zaczął czytać zgodnie z zasadami angielskiej fonetyki:

– Lot z Point Barrow ponad 80–ty stopień może doprowadzić do sensacyjnych odkryć. Wilkins zamierza w środku maja przelecieć przez biegun północny do Spitzbergen. Trzecia ekspedycja Amundsena ma bazę swą w Kingsbay na Spitzbergen i podejmuje swój lot na aerostatku kapitana włoskiego Nobile. Amundsen zamierza nie tylko dotrzeć do bieguna północnego. Statek Amundsena „Norge” musi przebyć obecnie drogę z Leningradu do Spitzbergen 2200 kilometrów długości. Do bieguna wyruszy „Norge” z załogą ١٦ ludzi. Jest możliwym, że Amundsen nie napotkawszy pomiędzy Spitzbergen a biegunem na ląd, wróci z bieguna zaraz z powrotem, umieściwszy na lodach odwiecznych bieguna flagę Norwegii… A co mnie to obchodzi! – Gajewski cisnął gazetę na tył samochodu.

– Jak to co? Historia dzieje się na naszych oczach! – odparł Jacyna i doczytał resztę:

– W czerwcu w każdym razie już będą wiadomości pewne o powodzeniu czterech ekspedycyj ciekawych.

Utknęli na chwilę, bo wóz konny załadowany beczkami piwa zablokował przejazd próbując zmieścić się w wąskiej bramie przy ulicy Promenada.

– Zakład, kto pierwszy dotrze na biegun? – odezwał się nagle Krawczyk.

– Wiadomo, że Amundsen – odparł spokojnie Jacyna.

– Racja, Amundsen to stary lis polarny – zgodził się Gajewski.

– No właśnie, stary. A ten Byrd, czy jak mu tam, młody, to i sił ma więcej – odbił piłeczkę Krawczyk.

– Skąd wiesz, że młody? – zaciekawił się Jacyna.

– Nie wiem, ale tam myślę. Ten Australijczyk też pewnie młody.

– Łylkyns.

– Właśnie.

– Ja myślę, że tak ci się widzi, Krawczyk, bo z młodych są krajów – stwierdził komisarz.

– E, ja i tak stawiam na Amundsena – powiedział Jacyna.

– Ja albo na Byrda, albo tego… – zawahał się Krawczyk.

– Łylkynsa.

– Właśnie.

– Ale musisz wybrać jednego.

– No to Byrda. W końcu co Yankee, to Yankee. A ty, Leon?

– A ja na to: bierzcie się do roboty! – odparł widząc, że dotarli na miejsce.

Spojrzeli po sobie niepocieszeni. Krawczyk zaparkował przed antykwariatem Levinsohna przy Gdańskiej, przed którym stał już jakiś młody posterunkowy.

– To o co się zakładamy? – zapytał cicho Jacyna.

– O stówę – odparł równi cicho Krawczyk.

– Skąd ja ci stówę wezmę?

– O mniej się nie zakładam.

– Jak stówa, to stówa, przecinam! – zakończył spór Gajewski. Jego pomagierzy podali sobie dłonie, a on symbolicznie przypieczętował zakład.

– Wiecie, co to znaczy? – posłał im znaczące spojrzenie, po czym wysiadł z auta. Oni jeszcze popatrzyli na siebie, zaskoczeni obrotem sprawy, i dołączyli do szefa.

– Panie komisarzu, posterunkowy Nowakowski! Melduję, że ujawniłem zwłoki!

– Ciszej, Nowakowski, cała ulica cię słyszy – odparł spokojnie Gajewski i wszedł do pogrążonego w półmroku wnętrza. Doktor Zdzisław Hoffmann trzaskał zdjęcia, a Krawczyk zbierał ślady.

Denat leżał na brzuchu, w wąskim przejściu między wysokimi regałami z książkami, z rękami wyciągniętymi w stronę wyjścia. Twarz była niewidoczna. Za nim, na długości dobrych trzech metrów, widniała rozmazana plama krwi. Po jej ilości widać było, że miała tu miejsce regularna rzeź.

– Odwróćcie go – rozkazał komisarz.

Jacyna z Krawczykiem chwycili trupa i położyli na plecach.

– Jezu… – szepnęli jak na zawołanie.

Oczy mężczyzny były wyłupione To znaczy nie było ich, a z oczodołów wyciekała zastygająca ciecz będąca mieszaniną krwi i płynu z gałek ocznych.

– Wygląda to tak, jakby ktoś wbił mu ostre narzędzie w oczy, a następnie je rozbełtał jak jajka na miękko – stwierdził doktor Hoffmann.

– Bardzo obrazowe. Jest też rana na piersi, na wysokości serca – zauważył Gajewski.

– Istotnie – zgodził się doktor.

– Przeszukajcie go. Trzeba ustalić, kim jest, a raczej był ten biedak – zakomenderował komisarz. Po chwili było jasne. Według dokumentów znalezionych przy denacie był to 55-letni właściciel antykwariatu, Izaak Levinsohn.

– Żyd – stwierdził Jacyna.

– No i co, że Żyd? – żachnął się Krawczyk.

– Było ostatnio trochę akcji z Żydami – odparł Jacyna. – Szczególnie w Śródmieściu, bo tu ich najwięcej.

– Akcji z Żydami? Zwykłe chuligańskie wybryki. Ktoś napluł w twarz kobiecie, Polce, która szła Dworcową z narzeczonym, Żydem. Kto inny wytłukł szyby w żydowskim sklepie. Ktoś tam jeszcze nasmarował kredą gwiazdę Dawida na drzwiach mieszkania jakiegoś kupca. Ludzie naczytają się „Szabes Kuriera” i zaczyna im odbijać – Krawczyk zapalił się, co zauważył Gajewski.

– Jesteś znawcą tematyki żydowskiej, Krawczyk – powiedział Gajewski. – Lepiej rozpytajcie sąsiadów, co to za jeden, ten Izaak Levinsohn.

Sam rozejrzał się po antykwariacie. Wypełniały go po brzegi bogaty księgozbiór, a także dzieła sztuki, na ogół XIX-wieczne obrazy, ryciny i rzeźby, a także liczne drobne bibeloty. Że też nigdy wcześniej tu nie zajrzał, Gajewski zdziwił się sam sobie. Ojciec wprawdzie brał sobie do serca apele jego ulubionego „Dziennika Bydgoskiego”, żeby nie kupować u Żyda i czasem sprzeczał się o to z matką, ale dla Leona ten problem nie istniał. Po prostu tak się złożyło, że nigdy wcześniej nie odwiedził antykwariatu Levinsohna. Może dlatego, że nie był molem książkowym, tak jak świętej pamięci brat Zygmunt.

Leon był niemal na sto procent pewien, że doszło tu do napadu rabunkowego, a wyłupienie oczu było swego rodzaju „naddatkiem”, impulsem chwili, kaprysem sprawcy albo… próbą odwrócenia uwagi od rabunkowego charakteru zbrodni. Wystarczyło ustalić, co zginęło. Takie cymelia zwykle wypływają po jakimś czasie u paserów. W grę wchodził też motyw narodowościowy. Żydów w Bydgoszczy było niewielu, ale należeli raczej do ludzi majętnych i byli zniemczeni niekiedy bardziej niż rdzenne szkopy. Ten też, sądząc po papierach, jakie zostały na biurku, posługiwał się nienaganną niemczyzną.

Jedna z szuflad była zamknięta na klucz. Gajewski obszukał denata i w kieszonce kamizelki znalazł kluczyk, który pasował do szuflady. Znajdowała się w niej księga, w której Levinsohn najwyraźniej zapisywał wszystkie wystawione na sprzedaż przedmioty, a także kiedy, za ile i komu zostały sprzedane.

– Pedancik… – mruknął Gajewski.

Chłopaki, kiedy wrócili z rozpytania, mieli ciekawe wieści.

– Dozorczyni mówi, że mieszkał sam. Nad antykwariatem. Gosposia ze Szwederowa, Polka, przychodziła mu gotować i sprzątać. Mam jej adres – zameldował Jacyna.

A Krawczyk dodał swoje:

– Kawaler, ale prowadził dość ożywione życie towarzyskie. Z panami.

– Znaczy szwul, tak? – dopytał dla pewności Gajewski.

– Szwul, sodomita czy jak mu tam. Z chłopami się zadawał, tu wszyscy o tym wiedzą.

„Więc przybył jeszcze jeden możliwy motyw” – pomyślał Gajewski.

– No to czeka nas dużo pracy – powiedział. – Cieszycie się, co?

– Jasne, szefie – odparł Jacyna.

– To świetnie. Zaczniecie od ustalenia, czy coś stąd zginęło. Tu macie katalog, wystarczy porównać. Na wszystkim są nalepki z numerami. No, powodzenia, chłopcy – Gajewski wyszedł na ulicę odprowadzony pełnymi rozpaczy spojrzeniami policjantów.

– A komisarz co? – zawołał Krawczyk.

– Komisarz najpierw musi se zapalić…

Zaciągnął się głęboko papierosem, a jego ciało poczuło przypływ dobrej energii.

– Biorę go na sekcję – powiedział wychodząc do niego doktor Hofmann.

Niemal w tej samej chwili pod antykwariat zajechał karawan i dwóch rosłych mężczyzn zabrało denata na noszach. Spod szarego koca wysunęła się biała dłoń ze srebrnym sygnetem na małym palcu.

– Dziwne, że zostawili sygnet – powiedział, ni do Hoffmanna, ni do siebie, komisarz.

– Świat jest dziwny, komisarzu! Ledwieśmy wykaraskali się spod zaborów i sami skaczemy sobie do gardeł – odparł patolog, patrząc jak poważni pracownicy kostnicy miejskiej umieszczają nosze ze zwłokami wewnątrz czarnego pojazdu.

– Mówi pan o przesileniu rządowym w Warszawie? A co nas to?

– Co nas to? Z tego może być rozlew krwi, ot co – oburzył się lekarz.

– Nic nie będzie, niech się pan nie martwi na zapas. Które to już przesilenie? Straciłem rachubę.

– Optymista z pana, komisarzu.

– Realista. Kto u nas pójdzie za Piłsudskim? Cała dzielnica zachodnia będzie przeciw niemu.

– Ale zawsze ktoś opowie się za. I może być z tego wojna domowa.

– Niech pan wypluje to słowo!

– Tfu! – jakby dla pewności teatralnie splunął Hoffmann.

Obaj wiedzieli dobrze, co to wojna, na której Polak strzela do Polaka, nawet jeśli noszą inne mundury. A wojna domowa? To nie mieściło się w głowie. Przecież niecałe dwa tygodnie temu miasto, tak jak cała Polska, ta nowa Polska, świętowało Trzeci Maja. Wszędzie biało-czerwone flagi. Podniosłe słowa i zapewnienia, że jesteśmy nareszcie we własnym domu, który sami musimy urządzić. Może ten dom wciąż koślawy i z przeciekającym dachem, ale nasz, do cholery! Nie od razu Rzym zbudowano. Kraków też.

Doktor, nagle jakoś zasępiony, odjechał karawanem wraz z trupem antykwariusza Levinsohna. Gajewski rzucił peta w rynsztok, splunął i skoczył do pobliskiej kolonialki po jakiś prowiant dla chłopaków.

Jacyna z Krawczykiem męczyli się niemiłosiernie z katalogiem Levinsohna. Gdy Gajewski wszedł do antykwariatu, zastał Jacynę drzemiącego z nogami na biurku denata, a Krawczyka bezmyślnie bawiącego się w trafianie palcem w przypadkowe miejsca ogromnego globusa.

– Dahomej…

– Te, Dahomej, kto powiedział że macie fajrant? – Leon zaskoczył go, gdy właśnie znowu wprawiał globus w ruch obrotowy.

– Szefie, to jest robota na tydzień, a nie na dzień – płaczliwie powiedział Jacyna.

– Jacyna ma rację, bez posiłków nie damy rady szybciej – wtórował mu Krawczyk.

– Posiłki wam przyniosłem – powiedział Leon stawiając na biurku papierowe zawiniątko.

– Bułki i kiełbasa! W to mi graj! – ucieszył się Jacyna.

– Piwa nie było? – zapytał Krawczyk, zagryzając kiełbasę chrupiącym pieczywem.

– Piwo na służbie? – Leon starał się udać oburzenie, po czym wyciągnął z obu kieszeni spodni po butelce „Bydgoskiego” i postawił na biurku. Trzecią butelkę wyjął z kieszeni marynarki. Chłopakom aż oczy zabłysły. We trójkę, popijając chłodnego lagera zabrali się do pracy. Co jakiś czas zmieniali się przy katalogu, żeby dać odpocząć oczom. Robiło się już ciemno, gdy uwagę Gajewskiego przykuł jeden zapisek.

– Tabula Coronoviensis Abbatia – powiedział głośno. – Obok jest dopisane czerwonym tuszem „H.G.”

– Co to jest? – zapytał Jacyna.

– No właśnie. Wszystkie artefakty są opisane, a to nie. I nie ma daty sprzedaży. Czyli to powinno być na miejscu.

– Tylko co to jest? – zaskoczony Krawczyk wychylił się zza regału.

– Łaciny się nie uczyłeś? – odparł Gajewski.

– Uczyłem. Ale się nie nauczyłem.

– Tu pisze… – zaczął Jacyna.

– Jest napisane – poprawił go komisarz.

– Mapa koronowskiego opactwa…

– Dobry jesteś, Jacyna – pochwalił go Gajewski. – Tego właśnie szukamy. H.G. to pewnie czyjeś inicjały. Tego też szukamy. Tak w ogóle szukajmy czegokolwiek, a może znajdziemy.

Nie znaleźli. Dziwne było również to, że ani w biurku, ani w żadnym innym miejscu antykwariatu nie natrafili na żadne pamiątki osobiste, nic. Również mieszkanie Levinsohna na piętrze sprawiało wrażenie wyczyszczonego z takich przedmiotów. Zupełnie jakby antykwariusz był przybyszem z innej planety.

Wyszli z antykwariatu grubo po północy. Gdy Gajewski dotarł do domu przy Jasnej, uderzył go dawno niespotykany zapach wiosny, życia, płynącej opodal rzeki, szlamu, tego wszystkiego co w tę majową, czarowną noc roztaczało swoje wonie. Leon zaciągnął się głęboko i nie wiedzieć skąd, przypłynęło do niego wspomnienie Klary. Może Brda je przyniosła, szemrząca gdzieś pod mostem kolejowym, w ciemności, w której kończyła się perspektywa ulicy? Może po prostu wciąż nie otrząsnął się z tej miłości? Cicho stąpając wszedł po schodach i wśliznął się do mieszkania. Naraz stanął jak oparzony, bo w kuchni, na tle okna lekko rozjaśnionego poświatą ulicznej latarni, ujrzał czarny zarys siedzącego nieruchomo ojca.

– Późno wracasz – odezwał się Józef Gajewski.

– Ano, późno. Dlaczego siedzisz po ciemku?

– Na mieście niespokojnie. Wolałem poczekać, aż wrócisz.

– Nie jest tak źle. Nad wszystkim panujemy.

– Co ty mówisz? Tu nikt nad niczym nie panuje. Siadaj na chwilę. Mało ostatnio gadamy ze sobą.

Ojciec włączył małą lampkę. Leon zobaczył, że na stole leżą „Dzienniki Bydgoskie” z ostatnich dni. Józef Gajewski był wiernym prenumeratorem tego chadeckiego pisma.

– Jestem zmęczony, mam ciężką sprawę… – Leon niechętnie zajął miejsce naprzeciwko starego.

– Od sześciu lat masz ciężkie sprawy. Myślisz kiedy o sobie?

– Co znaczy o sobie?

– Dobrze wiesz. O przyszłości. Czy ja jeszcze doczekam wnuka?

– Przecież Teresa ma dwójkę dzieci.

– Z Niemcem. Nawet po polsku nie gadają. Martwię się, Leoś…

– O co?

– Nie wiem, tak ogólnie się martwię.

– Niech tata idzie spać. Nic złego się nie dzieje. A to… za parę dni wszystko wróci w stare koleiny.

– Właśnie. Koński Łeb rzuci kilka gromów i znowu się schowa w swoim Sulejówku.

„Końskim Łbem” nazywał ojciec marszałka Piłsudskiego.

– Tata, to jest wielka polityka. Nie ma sensu z jej powodu zarywać nocy. Idę spać.

– Idź, idź... ja jeszcze chwilę posiedzę… – mruknął ojciec.

WTOREK, 11 MAJA 1926 ROKU

Jak zawsze podczas odprawy, komendant miejskiej policji w Bydgoszczy Franciszek Dolatowski stał i palił przy uchylonym oknie, podczas gdy Leon Gajewski referował sprawę Levinsohna. Stary policjant z zasępioną miną słuchał meldunku komisarza.

– Tylko tego nam brakowało. Nie dość, że w kraju niespokojnie, to jeszcze mamy tu morderstwo Żyda, homoseksualisty i właściciela czegoś, co najpewniej bardzo zainteresowało mordercę... No nic, chłopcy, robimy swoje. Odmaszerować – zakończył tak, jak to miał w zwyczaju.

Nie wiedział, że tego dnia czekają go dwie osobliwe i niespodziewane wizyty. Zapamiętał je na długo. Pierwszym gościem, którego zaanonsowano rankiem, był doktor Efraim Sonnenschein, rabin gminy żydowskiej w Bydgoszczy.

– Nie był umówiony. Wpuścić, panie komendancie? – zapytała konfidencjonalnie sekretarka Krysia Putkówna.

– Czy wpuścić? Oczywista, że wpuścić – odparł zaskoczony Dolatowski.

Policjant wstał, obciągnął mundur, podkręcił wąsa i po chwili już witał w swoim gabinecie trzydziestosześcioletniego mężczyznę w czarnym ubraniu i kapeluszu, spod którego wypływały ciemne pejsy.

– Cóż to sprowadza w moje progi szanownego rabina? – zagaił Dolatowski i wskazał gościowi jeden z foteli przewidzianych na służbowe, choć mniej oficjalne spotkania.

– Panie oficerze, jak pan wiesz, członek naszej gminy, Izaak Levinsohn, został zamordowany. I jak pan pewnie też wiesz, miał on zamiłowanie do pań… i panów.

– Proszę wybaczyć, rabinie Sonnenschein, ale to są tajemnice śledztwa…

– Ja wiem, ja wiem, panie policjancie, ale ja bym chciał prosić, żeby to zostało tajemnicą. Po co gazety mają pisać? Po co ludzie mają gadać? Po co Żydzi mają cierpieć za nieswoje winy?

– Panie rabinie, zapewniam pana, że nie szukamy taniej sensacji, tylko mordercy pana Levinsohna. A jeśli ma pan wiadomości o denacie… o jego „paniach i panach”, to będziemy za nie bardzo wdzięczni. Nie muszę przypominać, że ma pan obowiązek współpracować z organami policyjnymi.

– Czy to przesłuchanie?

– Nie, przyjacielska rozmowa.

– Ależ oczywiście, oczywiście. Panie oficerze, ale ode mnie pan tego nie wie, dobrze?

– Czego nie wiem?

– Że Izaak Levinsohn sprowadzał sobie chłopców ze wsi, parobków, woźniców, żołnierzy. I dziewuchy, rzecz jasna dziewuchy też, niczym nie pogardził.

– Jak ich sprowadzał?

– Chodził na dworzec kolei żelaznej, do… uhm… ustępów publicznych też. Wypatrywał, podchodził, zapraszał… a potem… wiadomo. Czasem brał panienki z ogłoszeń, niby że do służby. No i kabarety…

– Chodził do kabaretów i tam poznawał nowych… hm… przyjaciół?

– Z ust mi pan to wyjąłeś, panie oficerze!

– Jakie kabarety?

– No, kabarety, z girlsami, skeczami, ale najbardziej lubił ten… no… nie mogę sobie przypomnieć… na Bahnofstrasse…

– Dworcowej.

– Nie, to nie jest Bahnhofstrasse, tylko der weg nach Schwetz.

– Bi–Ba–Bo na Pomorskiej?

– O, to pan oficer też tam bywa?

Dolatowski chrząknął ze zniecierpliwienia.

– Nie bywam w takich miejscach, ale muszę je znać. A pan, panie Sonnenschein, skąd pan o tym wszystkim wie?

– Jestem rabinem, panie oficerze. Pan Levinsohn mi się z tego zwierzał. Wy to nazywacie spowiedzią. Prosił o pomoc. Ale jak sam sobie nie umiał pomóc, to co ja mogłem zrobić? No co ja mogłem, panie oficerze?

– Miał kogoś na stałe? Jakiegoś, nazwijmy to, narzeczonego… czy tam narzeczoną?

– Nie, bo uznał, że to by zanadto zwróciło uwagę. Poza tym lubił rozmaitości. Sam tak mówił. Rozmaitości.

– Tak, każdy ma jakieś hobby… – mruknął pod nosem Dolatowski.

– Nie dosłyszałem, panie oficerze – rabin patrzył na niego badawczo.

– Rodzina. Czy denat miał jakąś rodzinę? Kogoś, kto go pochowa.

– A nie, nie. Był sam jak chora owca w stadzie, ale my go pochowamy… pochowamy…

Mężczyzna nagle stropił się. Pokiwał głową jakby w geście niedowierzania.

– Kto mógł zrobić taka straszna rzecz? – zapytał, nie wiadomo – komendanta czy Boga na wysokościach.

– Ktokolwiek to zrobił, zapłaci za to – odparł urzędowo Dolatowski. Nagle przypomniał sobie o czymś.

– Skoro pan już tu jest… Czy Levinsohn posiadał coś, co szczególnie mogło interesować mordercę?

– Panie oficerze, on miał różne różności.

– Rozmaitości.

– Właśnie. Nieraz coś mu podwędzili jeden chłopek z drugim, ale machał na to ręką. To dobry Żyd był, chociaż pogubiony. A czy miał coś szczególnego? Kiedyś wspomniał o jakiejś mapie, co to wskazuje drogę do skarbu, ale chyba sam nie brał tego poważnie.

– Jakiej mapie? Jakiego skarbu? – Dolatowski znowu poczuł się jak wtedy, gdy sam węszył za zbrodniarzami w ciemnych zaułkach tego miasta.

– Nic więcej nie wiem, panie oficerze! – rabin rozłożył bezradnie ręce i zamilkł wpatrując się dobrotliwie w komendanta.

– Dobrze… – mruknął Dolatowski. – Gdzie pana szukać w razie czego?

– W synagodze na Hofstrasse, panie oficerze.

– Nie ma już Hofstrasse. Jest Jana Kazimierza, panie rabinie. I na przyszłość proszę się do mnie zwracać „panie komendancie” – odparł stary policjant. Żyd uśmiechnął się i rzekł:

– Jak pan sobie życzysz, panie ofice… pardon, panie komendancie!

Gdy bydgoski rabin opuszczał gabinet, Dolatowski jeszcze nie wiedział, że to dopiero początek wrażeń tego dnia. Zabierał się właśnie do obiadu, który przyniosła mu sekretarka z pobliskiej restauracji Pod Złotym Łososiem: potrawki z gotowanej kury, gdy zaanonsowano mu, że koniecznie chce się z nim spotkać ktoś przedstawiający się jako wysłannik kurii gnieźnieńskiej.

– Najpierw rabin, teraz biskup, może sam papież do nas zjedzie?! – mruczał Dolatowski, tęsknie patrząc na nietkniętą potrawkę. – Czy to nie może poczekać?

– Ksiądz mówi, że sprawa jest niecierpiąca zwłoki – powiedziała sekretarka.

– Sprawą niecierpiącą zwłoki jest moja potrawka. Niech poczeka – odparł komendant i zabrał się do jedzenia. Ale myśli nie dawały mu spokojnie delektować się obiadem, więc zły jak diabli przerwał posiłek, schował go na później, wytarł usta chustką i głośno poprosił panią Krysię, aby wpuściła gościa.

Do gabinetu wszedł, a raczej wśliznął się, średniego wzrostu, szczupły i krótko ostrzyżony mężczyzna o dość smagłej, starannie wygolonej twarzy. Miał na sobie czarny garnitur i lśniące czystością buty. W prawej dłoni trzymał, w doskonale wyuczonym geście, czarny zamszowy kapelusz. Na tle ogólnej czerni wyraźnie odcinała się biel koloratki pod ruchliwą grdyką. Błysnęły szkła okrągłych okularów, które zsunęły się nieco z nosa przybysza. Poprawił je dużym palcem i rzekł:

– Proszę wybaczyć tak nagłe najście, panie komendancie. Mam nadzieję, że gdy wyłuszczę przyczynę mojej wizyty, zrozumie pan ten pośpiech. Nazywam się Badeni, ksiądz doktor Włodzimierz Badeni…

– Z tych Badenich? – spytał Dolatowski, wskazując gościowi miejsce zajmowane wcześniej przez rabina, choć sam nie wiedział, „których” dokładnie Badenich ma na myśli.

– Z tych, o których najmniej wiadomo – duchowny uśmiechnął się i szybko przeszedł do rzeczy.

– Przybywam z poufną misją z Kurii Archidiecezjalnej Gnieźnieńskiej. Posiadam specjalne pełnomocnictwo wystawione przez jego eminencję kardynała Edmunda Dalbora, świeć Panie nad jego duszą. Oto ono.

Ksiądz położył przed komendantem papier opatrzony pieczęcią Arcybiskupstwa Gnieźnieńskiego z odręcznym podpisem kardynała Dalbora, jego błogosławieństwem, a nade wszystko – z usilną prośbą, aby wszelkie władze państwowe okazywały należyte zrozumienie i wsparcie dla księdza Badeniego w „jego czynnościach”.

– Świętej pamięci eminencja podpisał ten dokument na krótko przed śmiercią, nie stracił on jednak swej mocy – wyjaśnił duchowny starannie składając list i chowając go do skórzanego pugilaresu z wytłoczonym herbem arcybiskupim.

– Czego tyczą się księdza „czynności”? O, przepraszam, nie zapytałem, czy napije się ksiądz czegoś?

– Szklankę zimnej wody poproszę – odparł Badeni.

Dolatowski nalał do naczynia z rżniętego szkła wody z karafki. Ksiądz ujął w dłoń naczynie odchylając mały palec, na którym lśnił srebrny sygnet z czarnym oczkiem.

– Otóż – przełknął wodę – otóż moje czynności wynikają z pragnienia Kościoła Świętego, aby skarb skrywany w podziemiach byłego opactwa cystersów w Koronowie był bezpieczny. Niestety, śmierć pana Levinsohna i okoliczności z nią związane każą sądzić, że skarb ów znalazł się w wielkim, wielkim niebezpieczeństwie. To jest nie tylko wyścig z mordercą, ale i z czasem, drogi panie komendancie.

Dolatowskiego aż rozbolała głowa, gdy tego wszystkiego słuchał.

– Rozumiem pańskie zaskoczenie. Zastanawia się pan z pewnością, skąd wiem o okolicznościach śmierci pana Levinsohna. Ów nieszczęśnik od dawna był w kręgu naszego zainteresowania. Prowadzona była zatem intensywna, choć wysoce poufna inwestygacja z naszej strony…