Rzeczniczka - Aleksandra Żuberek-Śmierzyńska - ebook

Opis

„Rzeczniczka” to powieść obyczajowa z wątkami political-fiction, kryminalnymi i historycznymi. Z pewnością w trakcie lektury nie będziecie się nudzić.

Jej akcja dzieje się we współczesnym Opolu. Autorka ukazuje dziwactwa urzędników, miażdżącą siłę plotek i groźby przełożonych, z którymi musi się zmierzyć bohaterka powieści. Nieświadomie wplątuje się w niebezpieczny wątek z mniejszością narodową w tle. Za sprawą tajemniczej kobiety z obrazu trafia na rodzinne tajemnice sprzed wieku, które miały pozostać w ukryciu. Wszystko to dzieje się w Opolu, z jego pogmatwaną i bolesną historią, która wraca jak bumerang, aby opowiedzieć jej kolejną wersję.

Aleksandra Żuberek-Śmierzyńska - polonistka, ukończyła Uniwersytet Opolski. Chwilę poźniej rozpoczęła pracę w Urzędzie Miasta Opola, gdzie pracuje już 14 lat. Od stanowiska sekretarki wiceprezydenta, przez Biuro Prasowe do działu promocji, gdzie obecnie jest głównym specjalistą. Na co dzień próbuje połączyć proceduralne myślenie typowego urzędnika z kreatywnością marketingowca. Dba o wizerunek miasta, które wybrała podczas studiów i pokochała jak swoje.

Powieści pisała od podstawówki. Najpierw długopisem w zeszytach, a później przepisywała u dziadków na starej maszynie. Za namową znajomych wróciła do rzemiosła. Tym razem już zaopatrzona w laptop i miłość do Opola. Nie wyobraża sobie innego tematu do pisania, niż to miasto - pełne sprzeczności, trudnej historii, od której nie można uciec i wspaniałych miejsc, do których warto wracać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 640

Rok wydania: 2020

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aleksandra Żuberek-Śmierzyńska

Rzeczniczka

Wydawnictwo IGI MEDIA

Opole 2020

© Copyright by Wydawnictwo IGI MEDIA 2020

ul. Technologiczna 4, 45-839 Opole

www.wydawnictwo.igimedia.pl

Wydanie pierwsze, Opole 2020

ISBN: 978-83-948584-4-5

REDAKTOR PROWADZĄCY: Maciej Nowak

KOREKTA: Krzysztof Szymczyk

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Kula

SKŁAD I ŁAMANIE: Piotr Sienkiewicz

ZDJĘCIE AUTORKI: Sławomir Mielnik

DRUK I OPRAWA: WZDZ - Drukarnia „LEGA”

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś prze-strzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępniać nieod-płatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i konieczniezaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to wyłącznie na użytek osobisty.

5

PROLOG

Mężczyzna otworzył okno na pierwszym piętrze redakcji lokalnej ga-zety i mocno nabrał powietrza w płuca. Rześkie, wiosenne powietrze szybko wtargnęło do dużej sali z pustymi biurkami. Było już po dwu-dziestej pierwszej i został sam w redakcji. Skorzystał z tej rzadkiej okazji i wyciągnął z kieszeni na piersi zgniecioną paczkę fajek. O dziwo, wyjął z niej całego papierosa i z cichym westchnieniem zaciągnął się dymem. Normalnie nie mógłby tu tego zrobić, ale o tej porze…

Okno redakcji wychodziło na uliczkę, na której teraz nie było ży-wego ducha. W sali za jego plecami był włączony tylko jeden kom-puter i jedynie jego poświata stanowiła dowód na to, że ktoś tu jeszcze pracuje. Cisza panująca wokół prawie dźwięczała w uszach i kiedy rozległ się krótki pisk komórki leżącej na biurku, mężczy-zna podskoczył zdziwiony. Trzymając papierosa w ustach, sięgnął po telefon i odczytał krótką informację. Przez chwilę wpatrywał się w ciemność za oknem, po czym zamruczał cicho: – Taaa…

Wyrzucił niedopałek na zewnątrz, zatrzasnął okno z impetem i usiadł przy komputerze. Zdecydowanym ruchem myszki otworzył pocztę, wybrał nowe okno wiadomości, po czym szybko napisał krótką wiado-mość: „Jutro prezydent ogłosi wybór nowego rzecznika”. Przez chwilę wpatrywał się w ekran monitora, po czym w oknie adresata wpisał sło-wo: „Gargamel” i nacisnął Wyślij.

6

7

ROZDZIAŁ 1

– Krew, pot i łzy! Czy jest pani na to gotowa? – usłyszała od swo-jego nowego pracodawcy i o mało nie prychnęła śmiechem. Zaledwie trzy tygodnie temu jej przyjaciel określił tę pracę zupełnie inną se-kwencją słów: „Władza, prestiż i sława”, które teraz echem odbiły się w skołatanej głowie. „Co ja tu robię?!” – przemknęło jej przez myśl i poczuła kolejną falę skurczów żołądka.

Kiedy tydzień temu Eliza Modrzejewska odebrała telefon z kadr z zaproszeniem na podpisanie umowy o pracę, nie wierzyła w to, co usłyszała. Teraz była prawie pewna, że to pomyłka, i była gotowa stąd uciec. Niestety drzwi gabinetu były zamknięte, a tuż przy nich stał jak cerber asystent prezydenta. Jasne, wysokie przestrzenie ratusza onie-śmielały, a stare, zabytkowe meble wkomponowane w nowoczesny wy-strój funkcjonalnych urządzeń dopełniały całości. W centralnym punk-cie pokoju stało wielkie biurko, za którym siedział prezydent Opola.

Tomasz Szczygłowski miał czterdzieści pięć lat i na tyle wyglądał. Niektórzy uważali go za przystojnego, co było pewnie wynikiem ciem-nych, przyprószonych siwizną, gładko uczesanych włosów i eleganckie-go, wypielęgnowanego wąsika. Miał wyprostowaną sylwetkę, niezbyt rozbudowaną, którą modelował bardzo dobrze skrojonymi garniturami. Biła od niego pewność siebie i dystans, ale nie odpychający. Spojrzenie miał bystre i przenikliwe. Głos również pewny i dość niski. Kiedy pod-szedł do Lizy, wokół rozszedł się zapach drogiej wody kolońskiej.

– Witam panią pierwszego dnia pracy w ratuszu. Jak wrażenia? Ja-kieś uwagi na początek? Może trzeba przemalować pokój albo zmienić rolety?

Widząc jej pytające spojrzenie, roześmiał się krótko i wyjaśnił: – Pro-szę się nie dziwić. To stała praktyka w urzędzie. Gdy się przychodzi na nowe stanowisko, trzeba dostosować miejsce pracy do swoich potrzeb.

– Nie widziałam jeszcze swojego pokoju, ale nie sądzę, abym chciała coś w nim zmieniać. Chyba że ściany mają różowy kolor. Czuła, że bar-dziej różowe mogą być teraz jej policzki. Prezydent zaśmiał się głośno.

8

– Wypowiedziała pani pierwsze zdanie na nowym stanowisku i już mi się podoba. Wiedziałem, że mam nosa. A muszę przyznać, że niecała komisja była przychylna pani kandydaturze.

Szczygłowski ruszył do stołu po lewej stronie gabinetu i zaprosił ją gestem, aby zrobiła to samo.

– Mojego asystenta, Darka Kowalczyka, już pani poznała. – Asystent lekko skinął głową i pozostał na swoim miejscu. – Resztę moich współ-pracowników pozna pani za chwilę. Chciałem wykorzystać te kilka mi-nut, aby nakreślić swoje oczekiwania. Na pewno zastanawia się pani, co spowodowało, że wybraliśmy właśnie ją. A miała pani mocną konku-rencję. I to, co dla wszystkich wydawało się wadą, dla mnie przedsta-wia się jako ogromna zaleta. Mam na myśli to, że jest pani całkowicie oderwana od opolskiej rzeczywistości. Widzę zdziwienie na twarzy, ale w naszym opolskim piekiełku potrzebny jest powiew świeżości. Gdybym wybrał jednego z tych starych wyjadaczy, którzy znają tutaj każdego, z każdym chodzą na piwko i są niereformowalni, byłby kłopot. Pani nie wie, jakie tu są powiązania, kto kogo lubi, dziennikarze pani nie znają, więc może ich pani sobie ustawić na nowo. Mam nadzieję, że wprowa-dzi tu pani trochę pozytywnego zamieszania i odświeży atmosferę po swoim poprzedniku – to mówiąc, prezydent wstał z krzesła i przeszedł się po obszernym gabinecie, zakładając dłonie z tyłu. – Drugim powo-dem, dla którego panią wybrałem, była odpowiedź na pytanie: jakimi cechami powinien się wyróżniać rzecznik prasowy – zrobił pauzę, jakby przypominał sobie jej słowa. – Otóż wymieniła pani jako pierwsze: lojal-ność i szczerość wobec szefa oraz rzeczowe reprezentowanie go przed opinią publiczną – tu nastąpiła kolejna pauza, podczas której prezydent pozwolił wybrzmieć wypowiedzianym słowom. – Słowa klucze to: lojal-ność i rzeczowość. To sobie najbardziej cenię. I szczerość. Cenię ludzi, którzy mają swoje zdanie i potrafią je wypowiedzieć głośno. Zresztą przekona się pani, że w naszym najbliższym gronie każdy mówi, co my-śli, i się nie kryguje. Mam pełne zaufanie do moich zastępców, któ-rych powołałem od pierwszej kadencji i do tej pory mnie nie zawiedli. Wiem, że to zasługa tego, że to są specjaliści, a nie politycy. Uważam, że w samorządach powinni rządzić ludzie bezpartyjni, i wdrażam to sam. Jak na razie z sukcesem. Oczywiście mam przeciwników w radzie mia-sta i o tym pewnie się pani niedługo przekona. Ale są też kluby, z któ-rymi jest mi po drodze i w większości przypadków udaje się realizować nasze pomysły.

9

Prezydent zamilkł i po chwili dodał:

– No to się rozgadałem! Proszę nie wierzyć, że wszystko nam się wspaniale układa i mamy tu sielankę. Proszę nie tracić czujności i nie ufać ludziom. I samej starać się ich oceniać. Urząd to specyficzny zakład pracy. O szczegółach pani obowiązków opowie sekretarz Dobrowolski, a w pracę rzecznika wdroży panią Darek.

Jak w teatrze na znak reżysera otworzyły się drzwi i do gabinetu zaczęli wchodzić pozostali współpracownicy prezydenta. Liza zastana-wiała się, czy mieli jakiś podsłuch, bo synchronizacja była zadziwiają-ca. Druga myśl, jaka lotem błyskawicy przemknęła przez jej umysł, to stwierdzenie, że wszyscy są mężczyznami! Spódnica do kolan, którą miała na sobie, wydała jej się teraz strojem nie na miejscu i podświado-mie lekko się zgarbiła, aby ukryć piersi. Po raz dwusetny poczuła, że nie powinno jej tu być. Na szczęście prezentacja była krótka i Szczygłowski nie skupiał się zbytnio na jej osobie, przechodząc bardzo płynnie do tematów bieżących.

Pani Krysia, sekretarka prezydenta, rozdzieliła w międzyczasie kawę i herbatę, a przed Lizą położyła dyskretnie kartkę z długopisem. „Se-kretarka z prawdziwego zdarzenia” – pomyślała Liza i jednym uchem słuchała zebranych, obserwując ich jednocześnie z zainteresowaniem.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że towarzystwo jest zgrane, ale i różnorodne. Najbardziej wyróżniał się skarbnik, który wyglądał jak ty-powy ekonom: okrągłe okularki w drucianej oprawie, krótko przystrzy-żony wąsik, krótkie, gładko uczesane włosy z mocno zaakcentowanym przedziałkiem i trzyczęściowy garnitur w prążki. Cechował go również spokój, wręcz całkowite wycofanie, wypowiadał się tylko wtedy, kiedy został o to poproszony. Siedział za stołem w totalnym bezruchu, dło-nie miał złożone na stole i tylko oczy poruszały się, kierowane na ak-tualnego mówcę. Jego skrajnym przeciwieństwem był sekretarz, który w sposobie bycia wyróżniał się nadpobudliwością. Miało się wrażenie, że wszędzie go pełno, ciągle robi coś ważnego i istotnego, a to dzięki laptopowi, przy którym ciągle majstrował. Miał podświadomy zwyczaj notorycznego poprawiania krawata i wygładzania brody. Był niewyso-kim pięćdziesięciolatkiem o przeciętnym wyglądzie i rozbieganym spoj-rzeniu oraz zdolności do wypowiadania się na każdy temat.

Siedząc teraz na odprawie, Liza wspominała rozmowę kwalifikacyj-ną, w której brał udział również sekretarz Dobrowolski. Przypomniała sobie jego rozbiegane, nieprzychylne spojrzenia i pytania, które zada-

10

wał z lekką kpiną w głosie. Z plotek od znajomych słyszała, że to typ, który nie lubi kobiet i najlepiej mu się współpracuje z mężczyznami. „Boże, tutaj są sami mężczyźni! Powietrze jest gęste od testosteronu” – pomyślała i jeszcze bardziej skuliła się w sobie.

Po zakończonej odprawie asystent prezydenta zaopiekował się Lizą, pokazując jej nowy gabinet, który sąsiadował z jego pokojem. Nie był zbyt duży, ale nie był też różowy.

– Niedawno wszystkie pokoje na piętrze prezydenckim były odświe-żane. A twój poprzednik nie zdążył jeszcze zbytnio nabrudzić. Przynaj-mniej w pokoju.

Ostatnie zdanie Darek wypowiedział niby do siebie. Mówił cicho i spokojnie. Spojrzenie miał nieobecne, jakby przebywał w innym świecie.

– Słyszałam od znajomych, że nie odszedł stąd w dobrej sławie – za-gadnęła.

– Tak, trochę narozrabiał… – widać było, że nie ma zamiaru ciągnąć tematu, więc Liza nie drążyła dalej. W zasadzie niezbyt ją to intereso-wało. Nie znała tego człowieka, a i opinie o nim nie były zbyt pochleb-ne. Szok opinii publicznej wywołała jednak tak szybka i niespodziewana decyzja prezydenta, który po wielu latach współpracy nagle zwolnił jed-nego ze swoich zaufanych ludzi.

– Umówiłem na jutro media – kontynuował Darek, zmieniając temat.– Przygotuj się na to, że przez następne dwa tygodnie będziesz nu-merem jeden. Od momentu gdy prezydent odwołał twojego poprzed-nika, dziennikarze nie ustają w domysłach, kto go zastąpi. Gdy gruch-nęła wiadomość, że to kobieta, wszyscy chcieli być tu już dzisiaj. Długo musiałem ich przekonywać, aby dali ci choć jeden dzień na rozkręcenie. Mam ci przekazać tak zwaną politykę medialną urzędu do poczytania, ale nie bierz jej tak bardzo do siebie. Teraz ty tu jesteś specjalistą od piaru i ty dyktujesz warunki. Pamiętaj, nie daj się zapędzić w kozi róg. Każdemu w tym urzędzie wydaje się, że jest ekspertem od wizerunku i współpracy z mediami. I wielu wystawia się przez to na pośmiewisko. Sama się o tym niedługo przekonasz. Twój czas pracy modeluj sobie tak, jak tego wymaga sytuacja. Byle nie zboczyć za bardzo ze ścieżki prawości i rozsądku.

11

Liza roześmiała się, ale widząc poważną minę asystenta, od razu za-milkła. Mówił rzeczowo, płynnie i bez emocji. Nic nie dało się wyczytać z jego twarzy.

- Twoim bezpośrednim szefem jest prezydent Szczygłowski i w każdej chwili możesz się do niego zwrócić z pytaniem lub uwagą. Sama jednak zobaczysz, że to bardzo zapracowany człowiek i zdecydu-jesz, jak bardzo będziesz go angażować w swoją pracę. Jutro otrzymasz telefon służbowy i wtedy dopiero rozpoczniesz pracę. Prezydent polecił mi, abym w najbliższym czasie pomagał ci przy poznawaniu naszego urzędu. Pomyślałem więc, że zwołamy na jutro jeszcze jedno spotkanie, z naczelnikami wydziałów, abyście mogli się poznać. Wysłałem im już maile z zaproszeniem. Co ty na to?

– Bardzo dobry pomysł. Ale ja nikogo nie zapamiętam tak od razu.

– Jasne, ale oni ciebie zapamiętają, a to już krok do przodu. Nie bę-dziesz taka anonimowa i niedostępna. Moja rada: współpracuj z nimi, bo to oni będą dla ciebie źródłem informacji, które będziesz przeka-zywać dziennikarzom. Powoli będę cię wdrażał w specyfikę każdego wydziału, abyś miała ogólne pojęcie, kto czym się zajmuje. Będę się starał opowiedzieć ci jak najwięcej, ale liczę na pytania z twojej strony. Mamy pokoje obok siebie, więc w razie czego będę blisko. A tak przy okazji, gdyby się zdarzyło, że poczujesz się w jakiś sposób zagrożona, to przy biurku masz alarm. O, tutaj. – Darek pochylił się i wskazał ukryty przycisk.

– Czy to konieczne?

– Wierz mi, różnie tu bywa. Czasami lepiej dmuchać na zimne. Są takie pory roku, w których uaktywniają się różni dziwni ludzie. – Darek mówił to tak spokojnie, że raczej powątpiewała w jego słowa. Po chwili spojrzał na zegarek i dodał: – Za chwilę masz spotkanie u Dobrowol-skiego. Lepiej się nie spóźnij, bo mam wrażenie, że już założył sobie specjalny zeszyt, w którym będzie wpisywał ci minusy – w spokojnych i nieprzeniknionych oczach Darka Liza zauważyła błysk.

Gabinety sekretarza i skarbnika znajdowały się w innej części ra-tusza. Tu pokoje miały niższe sufity, a przestrzenie były mniej okaza-łe. Znajdowały się bowiem w południowym skrzydle budynku, który w dawnych czasach był wielokrotnie przebudowywany i jego piętra znajdowały się w połowie poziomów części głównej ratusza. Na popie-

12

latym biurku sekretarza Dobrowolskiego leżało mnóstwo papierów, ale teraz na samym wierzchu spoczywała granatowa teczka z aktami oso-bowymi. Spostrzegawczy obserwator zauważyłby na jej grzbiecie napis: Eliza Modrzejewska. Sekretarz trzymał w jednej ręce list referencyjny poprzedniego pracodawcy Lizy, a w drugiej filiżankę z zimną kawą. Minę miał skrzywioną, nie wiadomo, czy z powodu tego, co miał w lewej czy w prawej dłoni. Od czasu do czasu czytał pod nosem fragmenty listu:

– Samodzielna, zaradna, potrafiąca rozwiązywać problemy… taaa… niekonfliktowa, ciesząca się uznaniem w zespole… – Dobrowol-ski odłożył list i zajrzał do innego dokumentu. – Dziesięć lat pracy w jednej firmie… wiele tego świata nie poznała – skomentował półgło-sem. – Ale… z drugiej strony…

Ciszę w gabinecie przerwał dźwięk telefonu stacjonarnego. Sekre-tarz odłożył dokumenty i podniósł słuchawkę.

– Wpuść ją za minutę – rzekł po chwili do rozmówcy, po czym za-mknął teczkę i schował ją do szuflady w biurku. Rozbieganym ruchem odgarnął zalegające papiery i sięgnął do krawata, jakby sprawdzając, czy jest na swoim miejscu. Po czym rozsiadł się wygodnie w fotelu i czekał, aż drzwi gabinetu się otworzą.

„Czy to możliwe, że on ma sekretarkę płci męskiej?!” – pomyślała Liza, obserwując młodego chłopaka siedzącego za biurkiem w sekre-tariacie Dobrowolskiego. Był ledwo co po studiach i kreował się na typowego urzędnika. Jasna koszula w delikatne paski, czarne spodnie z dzianiny, wyglancowane buty, pokaźny zegarek na ręce i okulary w czarnych grubych oprawach, które miały mu dodać powagi i jedno-cześnie zaszufladkować w ogólnie panującym trendzie.

Poczuła się trochę staro i niemodnie, chociaż miała dopiero trzydzie-ści pięć lat i ubiór raczej dobrej jakości. Jak na złość stała naprzeciw dużego lustra i była zmuszona wpatrywać się w swoje odbicie. Sama nie pokusiłaby się o dobre słowo na temat swojego wyglądu. Obca kobieta z zazdrością spoglądałaby na jej gęste, falowane włosy do ra-mion, czesane z przedziałkiem na środku, w kolorze ciepłego brązu, z lekkimi blond pasemkami. Natomiast obcy mężczyzna zwróciłby uwa-gę na duże zielone oczy i z pewnością na krągłe pośladki i biodra, któ-re mocno podkreślały wąską talię. Liza widziała jednak tylko zbyt małe piersi, zbyt szerokie biodra i zbyt bladą cerę.

13

Młody asystent sekretarza przyglądał się jej dyskretnie, ale nie za-gadywał. W odpowiednim momencie wstał zza biurka i zaprosił Lizę do gabinetu. Kiedy przekraczała próg, usłyszała trzaśnięcie drzwi sekreta-riatu i mocny, zdecydowany głos kobiecy:

– Hej, Robercik! Jest szef? – po czym na parkiecie zastukały głośno buty na obcasie i w drzwiach gabinetu stanęła wysoka, szczupła kobieta w średnim wieku. Liza zamarła i obserwowała jej wejście ze zdziwie-niem. – O! Dobrze trafiłam! Darek mi mówił, że tu cię znajdę. Anna Ja-worska.

Kobieta wyciągnęła dłoń do Lizy, obserwując ją bacznie przez ele-ganckie okulary. Jej uścisk był chłodny i mocny i Liza momentalnie po-czuła się zdominowana przez tę kobietę. Sekretarz zamarł za swoim biurkiem i gładził tylko swój krawat.

– To co, siadamy. Robercik, przynieś mi sok pomarańczowy – zwróci-ła się do asystenta, który skurczony stał w drzwiach gabinetu, nie wie-dząc, co ze sobą zrobić.

– Panie Robercie, proszę o kawę, bo ta już całkiem wystygła. I proszę, żeby nam nie przeszkadzano – odezwał się wreszcie sekretarz, chyba tylko po to, aby zaznaczyć swoją obecność i terytorium. Nikt nie pomyślał o Lizie, która wyglądała, jakby chciała stąd zniknąć.

– Przejdę od razu do konkretów – rzekł, na co Anna dyskretnie wzniosła oczy do nieba. – Zakres pani obowiązków zawarty na papie-rze nie powala wielkością, ale dopiero w praktyce sama pani oceni, czy tej pracy jest dużo czy mało. Głównie chodzi o bezpośredni kontakt z mediami, reprezentowanie prezydenta i urzędu przed opinią publicz-ną, dbanie o nasz dobry wizerunek, ścisła współpraca z wszystkimi ko-mórkami urzędu i monitoring mediów. Zważywszy na fakt, że to mrów-cza praca, do tej pory było tak, że jedna z sekretarek zajmowała się monitoringiem i dostawała za to dodatek do pensji. Pani sama oceni, czy pozostanie tak nadal, czy będzie to pani robić sama.

– Myślę, że możemy pozostawić to tak, jak do tej pory.

Dobrowolski przygładził nerwowo swoją brodę i lekko prychnął.

– Ehm… domyślałem się, że tak pani powie. Po co dodawać sobie obowiązków, prawda? – ironiczny ton sekretarza w jednej chwili pod-niósł Lizie ciśnienie, zacisnęła dłonie pod stołem i szybko odparowała:

– Akurat nie taki był mój cel. Pomyślałam o tej sekretarce, której prawdopodobnie odjąłby pan dodatek, a to nie byłoby dobre posu-nięcie… wizerunkowe – ostatnie słowo wypowiedziała z naciskiem

14

i grzecznie się uśmiechnęła. Kątem oka zobaczyła lekki uśmiech na twa-rzy Anny, która przyglądała się pęknięciom na suficie. Liza poczuła ulgę i zadowolenie, że udało jej się wbić szpilę w nadętego sekretarza i za-dowolić naczelniczkę.

Gospodarz spotkania po raz kolejny poprawił krawat i brodę, przesu-nął myszkę i podjął przerwany wątek:

– Pani poprzednik bardzo sprawnie radził sobie z naszymi lokalnymi mediami. Będzie pani miała twardy orzech do zgryzienia, bo wszyscy przyzwyczaili się do jego sposobu pracy, wie pani... telefony po godzi-nach, dyspozycyjność nawet w weekendy… Cóż, od pani będzie zale-żało, jak ta współpraca się ułoży. Poprzedni rzecznik pokusił się swego czasu o spisanie krótkiej polityki medialnej miasta Opola, warto, aby zapoznała się pani z tym dokumentem. Zleciłem już Darkowi, żeby to pani wydrukował. Tutaj jest pani umowa na okres próbny sześciu miesięcy. Dajemy sobie tyle czasu, aby sprawdzić pani kompetencje i radzenie sobie z wyzwaniami. A niemało ich tu mamy – znowu wąsik. – Pani Anna jest naczelnikiem wydziału organizacyjnego i wytłumaczy pani wszelkie procedury związane z kadrami i sprawami organizacyjny-mi. Jutro rano dostanie pani telefon służbowy, tak aby podczas briefin-gu mogła podać swój numer dziennikarzom. Ma pani czas do jutra, aby przygotować dla nich swój plan pracy, proszę mi wierzyć, że będą nim żywo zainteresowani – westchnął teatralnie. – Nie wiem, jak pani sobie poradzi, nie znając opolskich realiów, lokalnych mediów i nie mając tu żadnych znajomości. Osobiście nie jestem zadowolony z decyzji prezy-denta, ale... – tu Dobrowolski rozłożył ręce w geście dezaprobaty – to jego decyzja.

– Decyzję podjęła cała komisja, co oznacza, że za kandydaturą pani Modrzejewskiej był nie tylko prezydent – rzekła z naciskiem Anna. – Myślę, że wracanie do tego nikomu w niczym nie pomoże, zajmijmy się więc konkretnymi sprawami. Przygotowałam już dla ciebie potrzebne dokumenty, wnioski i inne urzędowe bzdury. Dochodzi już południe, więc może wrócimy do pracy, co pan na to? – Anna zwróciła się do se-kretarza i jednocześnie podniosła się z krzesła. Nie pozostało mu więc nic innego, jak pożegnać swoich gości.

Eliza była pod wrażeniem jej odwagi i bezpośredniego stosunku do przełożonego. „Czy to możliwe, żeby Dobrowolski dawał się tak trakto-wać kobiecie? Ciekawe” – pomyślała Liza. Obie wyszły na korytarz i gdy zostały same, Anna rzekła:

15

– Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci to, że tak bez zapowiedzi prze-szłam na „ty”. Ale nie lubię takiego urzędowego nadęcia i chciałam, abyś poczuła się od razu jak jedna z nas. Spotkałyśmy się podczas rozmowy kwalifikacyjnej, pamiętasz?

Liza dopiero teraz jak przez mgłę umiejscowiła Annę w pamięci.

– Faktycznie, zupełnie zapomniałam. Ale byłam wtedy bardzo ze-stresowana – usprawiedliwiała się. Teraz nie było lepiej.

– To zrozumiałe. Rzadko zdarzają się nabory na takie stanowisko. Chodźmy do mojego pokoju, załatwimy niezbędną papierologię.

Tak duża i medialnie rozdmuchana sprawa, jak zwolnienie rzecznika prasowego, a następnie powołanie na jego miejsce nowego, musiała wywołać w urzędzie burzę. Głównie dlatego, że zwolnienie nastąpiło nagle i bez podania konkretnej przyczyny. Na krótkim briefingu pre-zydent Szczygłowski oznajmił tylko mediom, że „po wielu latach uda-nej współpracy ich ścieżki się rozeszły i przyszedł czas na zmiany”. Dziennikarze i plotkarze urzędowi mieli swoje teorie, w których głów-nie chodziło o jakieś przekręty Bernackiego i pracę na rzecz opozycji w radzie miasta. Inni dopatrywali się podstępu ze strony prezydenta i chęci zatrudnienia nowego człowieka. Gdy okazało się, że takowego nie ma i prezydent zamierza ogłosić nabór na to stanowisko, opinia pu-bliczna znów zawrzała.

Opole jest miastem kompaktowym, większość ludzi się zna, a wie-lu śledzi postępowanie urzędników, dbając o swoje prawa obywa-telskie i korzystając z nich w dużym stopniu. Oprócz tego urzęd-ników jest ponad pół tysiąca i oni sami generują mnóstwo plotek i opinii. Moment wyboru nowego rzecznika wywołał więc kolejną bu-rzę, gdy okazało się, że jest to: po pierwsze – kobieta, po drugie – młoda i atrakcyjna, a po trzecie – osoba, która nie ma nic wspólnego z Opolem i przyjechała tu z Warszawy!

– Wyobrażacie sobie?! Z Warszawy! – półszeptem wypowiedziała te słowa jedna z urzędniczek pracujących w kadrach.

– Czytałam w jej aktach osobowych, że pracowała przez dziesięć lat w tej wielkiej korporacji, co to ostatnio zbankrutowała – dodała inna.

– To raczej nie powinno przemawiać za jej kandydaturą – prychnęła trzecia, myjąc zamaszystym ruchem kubek po kawie.

16

W kącie pokoju znajdowała się zabudowana umywalka i cztery panie skupiły się tam na pogaduchy.

– Ale podobno studiowała w Opolu – odezwała się cicho czwarta i od razu została obrzucona surowym spojrzeniem starszej koleżanki.

– No i co z tego! To było ponad dziesięć lat temu! Przyjechała tu tylko na studia, więc co ona może wiedzieć o naszym mieście?! Zupeł-nie nie rozumiem decyzji prezydenta. Ale co my tam możemy wiedzieć, szare myszki. Nas nikt nie pyta o zdanie.

Drzwi pokoju otworzyły się z rozmachem i w progu stanęła Anna Jaworska z Lizą. „O wilku mowa” – chciałoby się powiedzieć, ale żadna z kobiet się nie odezwała, spoglądały tylko ze zdziwieniem i ciekawo-ścią na nowa rzeczniczkę i z lekką obawą na swoją szefową.

– A co to za narada bojowa, dziewczyny? Macie jakiś problem?

Przez ułamek sekundy Liza myślała, że wszystkie kobiety z krzykiem uciekną do swoich biurek. Jednak jedna z nich wyciągnęła nie wiadomo skąd kartkę papieru i bez mrugnięcia okiem rzekła:

– Rozmawiałyśmy na temat nadgodzin w wydziale promocji. Przepi-sy nie są tak jednoznaczne i chciałyśmy ustalić, jak mamy ich rozliczać. Wie pani, jak oni pracują. Non stop soboty i niedziele, a potem nie mają kiedy wybrać tych nadgodzin.

Jaworska przez dwie sekundy trawiła w ciszy wypowiedź podwład-nej, po czym rzekła:

– Okej, wrócimy do tego tematu później, teraz mamy coś pilniejsze-go. To jest nowa pani rzecznik, Eliza Modrzejewska. Danusiu – tu Ja-worska zwróciła się do tej odważnej – weź teczkę osobową pani Elizy i uzupełnijcie brakujące dokumenty.

– Teczka jest jeszcze u pana sekretarza.

– W takim razie uzupełnijcie to, co najważniejsze, a jak coś pominie-cie, to potem się dołączy. Zostawiam cię w rękach Danusi, będzie twoją kadrową – zwróciła się do Lizy. – Ja muszę zaraz lecieć na spotkanie z informatykami.

Wszystkie kadrowe siedziały już za swoimi biurkami i spoglądały zza monitorów na nową rzeczniczkę. Wokół dało się wyczuć napiętą atmosferęi nieokiełznaną ciekawość. Inicjatywę przejęła pani Danusia, która posadziła Lizę przy stoliku w rogu pokoju i podawała kolejne doku-menty do podpisania. Trochę to trwało, bo Liza nie podpisywała niczego w ciemno. Czytała każdy papier, co pani Danusia kwitowała nerwowym spojrzeniem w ekran komputera. W międzyczasie przewinęło się przez

17

kadry kilkanaście osób i za każdym razem czuła na sobie ciekawskie spojrzenia urzędników. Nikt jednak nie odważył się do niej podejść i zagadać, czuła wokół siebie emocjonalny mur. „Nie jestem jedną z nich” – przemknęło jej przez myśl, kiedy składała kolejny podpis.

– Sporo tego – odważyła się skomentować, kiedy kadrowa składała wszystkie dokumenty w jedną kupkę.

– Witamy w urzędzie. Papiery to nasza praca. Nie ma papieru – nie ma pracy.

– Wydawało mi się, że urząd funkcjonuje już na elektronicznej plat-formie usług.

Pani Danusia prychnęła:

– Dobrze się pani wydawało. Ale jesteśmy w okresie przejściowym, w którym pracujemy w elektronicznym obiegu dokumentów i papiero-wym jednocześnie.

– To podwójna robota.

– Wiemy. Proszę to powiedzieć naszym przełożonym, tym na górze – kadrowa znacząco uniosła palec.

– A długo to potrwa?

– Na pewno długo. Nie wyobrażam sobie pracy bez papieru.

– A gdzie wy to wszystko składujecie?

– Jak to gdzie? – pani Danusia zmierzyła Lizę pouczającym spojrze-niem. – W archiwum. Przez dwa lata dokumenty są tutaj w teczkach, a potem się je archiwizuje i tyle.

– W ratuszu?

– A gdzie tam. W archiwum zakładowym. Ratusz ma stare piwnice, które kiedyś były schronami, ale nie są przystosowane do przechowy-wania dokumentów. Ale pani nie musi się tym przejmować. Rzecznik prasowy nie produkuje papierów.

Równo o 15.30 korytarze opolskiego ratusza ożyły. Kamienne po-sadzki rozbrzmiewały stukotem kilkuset nóg zasiedziałych urzędni-ków, którzy spieszyli do swoich domów. Słychać było powtarzane jak mantra słowa pożegnań, trzaskanie drzwiami i dźwięki kluczy przekrę-canych w zamkach. W jednym momencie ta chmara wypłynęła z ratu-sza, opanowując pobliskie sklepy, autobusy i przedszkola. Liza słucha-ła tych odgłosów, siedząc za swoim nowym biurkiem i wpatrując się w otwarty laptop. Była zmęczona, chociaż tak naprawdę nic dzisiaj kon-

18

struktywnego nie zrobiła. Cały dzień odsyłano ją od jednego pokoju do drugiego i wykonywała kolejne polecenia. Czuła się zagubiona i obca w tym urzędniczym świecie. Niby wszyscy się uśmiechali i byli mili, ale czuła bijący od nich dystans i była coraz bardziej świadoma tego, że nie jest jedną z nich. Bo tak naprawdę nie znała tego świata. Do tej pory udawało jej się unikać kontaktów z wszelkimi urzędami. Raz złożyła wniosek o nowy dowód osobisty po zawarciu związku małżeńskiego, drugi raz o prawo jazdy i to by było na tyle. Sprawy związane z po-datkami, opłatami miejskimi czy innego rodzaju urzędowymi papierami załatwiał jej mąż, który poruszał się w tej materii doskonale.

Z rozmyślań wyrwała ją cisza. Nie zauważyła, kiedy kroki ucichły i ra-tusz oniemiał. Poczuła się jeszcze bardziej obco. Wstała cicho z fotela i podeszła prawie na palcach do dużego okna. Odsunęła pionowe role-ty, otworzyła jedno skrzydło i wyjrzała na zewnątrz. Znajdowała się po wschodniej stronie Rynku, gdzie biegła Aleja Gwiazd Polskiej Piosenki. W kostkę brukową wmontowano już prawie pięćdziesiąt gwiazd odla-nych z brązu, które jedna po drugiej biegły wzdłuż deptaka i ławeczek. Na każdej gwieździe znajdowało się nazwisko artysty lub zespołu mu-zycznego, ludzi, którzy zaistnieli na deskach amfiteatru podczas Kra-jowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. „Kiedy tu studiowałam, o takiej alei nikt nawet nie myślał” – przemknęło jej przez głowę.

Wtedy Opole wyglądało zupełnie inaczej. Nie było takiej biblioteki, która pełniła centrum życia kulturalnego w mieście, w której nie tylko można z przyjemnością poszukać książki, posiedzieć w przytulnej czy-telni, napić się gorącej czekolady w kawiarence czy wypożyczyć dobry film lub audiobook w mediatece. „Wtedy trzeba było wybrać się na pół dnia do ciemnej czytelni na uniwerku, wydobyć z przepastnych piwnic egzemplarz zalanej w powodzi książki i robić notatki w niewygodnych ławkach z ołówkiem w dłoni. Ale wtedy się naprawdę studiowało!” – przyznała sama przed sobą z rozrzewnieniem. Nawet akademiki zmie-niły swój standard. Czyste i wyremontowane przestrzenie, nowe meble i wszędzie dostępne wi-fi. A wtedy? Jedna koleżanka ze studiów przy-wiozła pożyczony od brata stary komputer z ogromnym monitorem, aby wszystkie dziewczyny z grupy mogły napisać swoje prace magisterskie. „I ten Word, w którym jeden dokument zapisywał się przez pięć mi-nut” – wspomniała z uśmiechem. Teraz każdy ma notebooka lub tablet i zdalny dostęp do internetu. „To niby tylko dziesięć lat, a tak wiele się zmieniło. Ja też…”.

19

Dalszy bieg myśli przerwało jej pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł asystent prezydenta.

– Tak myślałem, że jeszcze będziesz. Jak wrażenia po pierwszym dniu? – twarz mężczyzny była jak maska, nie wyrażała żadnych emocji, więc Liza potraktowała jego pytanie jako czysto grzecznościowe. Z dru-giej strony, to był najbliższy współpracownik szefa i nie wiedziała, ja-kie są jego intencje. Może ma monitorować prezydentowi jej działania? Postanowiła być ostrożna. Zresztą zawsze była.

– Jestem trochę zmęczona, ale to z powodu nowych informacji, jakie do mnie dziś docierały. Dużo ludzi, dużo danych… Ale ogólnie w porządku – wzruszyła ramionami.

– Urząd to duży zakład pracy, wszystko się tu kotłuje, spraw jest ty-siące, setki problemów do rozwiązania, a ludzie różni. Trzeba mieć duży dystans do wszystkiego i jednocześnie starać się rozwiązywać proble-my obiektywnie.

Darek oparł się o szeroki parapet przy oknie, Liza musiała zrobić krok w tył, aby widzieć jego twarz, bo przerastał ją o głowę. Przez chwi-lę oboje milczeli, aż wzrok Lizy padł na grupkę ludzi za oknem. Wy-glądali na emerytów, którzy wybrali się na wycieczkę. Stali akurat przy drogowskazie na początku Alei Gwiazd i rozglądali się wkoło, jak się okazało – w poszukiwaniu swojego przewodnika. Darek podążył za jej spojrzeniem i westchnął.

– Niemieccy emeryci. Przyjechali obejrzeć swoje Oppeln.

– Skąd wiesz, że to niemieccy turyści?

– Bo nasi emeryci tak nie wyglądają. Niemieccy zawsze przyjeżdża-ją w zorganizowanych grupach, z przewodnikiem mówiącym po nie-miecku. Mają specyficzne stroje, aparaty fotograficzne na szyi. – Darek przyłożył palec do ust, nakazując jej ciszę, i mocniej się wychylił. Liza zrobiła to samo. Po chwili do jej uszu doszedł tubalny głos przewod-nika. Faktycznie mówił po niemiecku. Liza spojrzała na Darka z lekkim podziwem.

– Widać, że nie jesteś z Opola. Dla nas to codzienny widok. Jedni nie zwracają na nich uwagi, ale są tacy, którzy mierzą ich każdorazowo morderczym spojrzeniem. Takie to nasze miasto – wzruszył ramionami i podszedł do drzwi. – Pamiętasz o jutrzejszym spotkaniu z mediami?

20

Przygotuj się psychicznie. Jeśli masz jakąś strategię, to ją sobie odśwież. Do zobaczenia.

Liza prawie jęknęła na głos i poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. „Co ja tu robię?!” – pomyślała po raz setny.

21

ROZDZIAŁ 2

To pytanie zadawała sobie już od ponad dwóch miesięcy, od mo-mentu kiedy któregoś wieczoru wysiadła na dworcu w Opolu z pociągu jadącego z Warszawy. Tamte wspomnienia miały kolor czarno-biały, jak w starym filmie. Gdyby Darek zobaczył ją wtedy, pewnie by jej nie po-znał. Jej przyjaciel Maks również jej nie poznał. Czekał na nią na peronie i dopiero gdy stanęła przed nim twarzą w twarz, rozpoznał w niej swoją przyjaciółkę z dawnych lat. Ostatni raz widzieli się pięć lat temu i od tamtej pory utrzymywali kontakt mailowy lub telefoniczny.

– Dziewczyno, jak ty wyglądasz! – zawołał na jej widok. Kilkoro lu-dzi obejrzało się za nimi z ciekawością i Liza jeszcze bardziej skuliła się w sobie. Twarz miała szarą i wychudzoną, włosy matowe i poskręcane bez ładu, sylwetkę przygarbioną. Negatywnego wizerunku dopełniał czarny dres i szary, ocieplany bezrękawnik.

– Tylko mi nie mów, że w tym stroju paradowałaś po Warszawie.

Ton Maksa wyrażał szczere niedowierzanie. Nie czekając na odpo-wiedź, ciągnął:

– Ja rozumiem, depresja i te sprawy, ale TAKI dres! Masz szczęście, że przyjechałaś do Opola. Tu takie rzeczy jeszcze przejdą. Dobrze, że jest wieczór – Maks wzniósł oczy do nieba i poprowadził przyjaciół-kę do samochodu. Normalnie Liza weszłaby z nim w polemikę i byłoby z tego dużo śmiechu, teraz jednak milczała. Była mu jednak wdzięczna, że zachowuje się naturalnie i nie użala nad nią.

Planowana na dwa tygodnie wizyta przedłużyła się do dwóch mie-sięcy i już nie była wizytą. Liza tymczasowo zamieszkała w Opolu. Pierwsze dwa tygodnie w zasadzie nie wychodziła z mieszkania Mak-sa, a każdy wieczór kończył się zawsze tak samo: morzem wylanych łez, opróżnioną butelką wina i snem. Maks dzielnie służył jej swoim rękawem i pilnował, żeby jedna butelka wina nie przerodziła się w bu-telkę wódki. Jakiś czas później Liza zdecydowała się wyjść z domu i odwiedzić miejsca, które pamiętała z czasów studenckich. Maks był jednak jedyną osobą, z którą przebywała. Dopiero po sześciu tygodniach od jej przyjazdu zdecydowała się na spotkanie z jego

22

znajomymi ze stowarzyszenia. W zasadzie nie miała wyjścia, bo to oni wpadli pewnego dnia do domu Maksa.

Na co dzień przyjaciel prowadził własną księgarnię, ale od kilku lat współpracował ze stowarzyszeniem kulturalnym, które zajmowało się głównie szerzeniem czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży z Opola. W stowarzyszeniu działali ludzie o różnych zawodach i zainteresowa-niach. Jego prezesem był doktor historii z Uniwersytetu Opolskiego, ale działali tam również: bibliotekarka, prawnik, urzędnik, pracownik ser-wisu samochodowego i florystka. Wszystkich łączyła miłość do książek i chęć zaszczepienia wśród dzieci miłości do języka ojczystego. Liza, tak jak Maks, studiowała polonistykę, więc od razu znalazła wspólny język z jego znajomymi. Dzięki spotkaniom z tymi ludźmi zajęła czymś umysł i zaczęła w miarę normalnie funkcjonować.

Podczas jednego z takich spotkań jeden z członków stowarzysze-nia – pracownik wydziału organizacji pozarządowych – poinformował, że właśnie został zwolniony rzecznik prasowy w urzędzie i prezydent Szczygłowski zamierza ogłosić nabór na to stanowisko. I to Maks wpadł na genialny pomysł, aby Liza wzięła udział w konkursie. Tak długo wier-cił jej dziurę w brzuchu, aż w końcu z jego pomocą przygotowała do-kumenty i złożyła w urzędzie. Oczywiście podeszła do tego totalnie na luzie i z przekonaniem, że to tylko formalność, która ostudzi zapędy Maksa. Kiedy otrzymała telefon z zaproszeniem na rozmowę kwalifika-cyjną, straciła rezon i zaczęła panikować. Przyjaciel miał jeszcze trud-niejsze zadanie – musiał ją przekonać do tego, aby poszła na tę rozmo-wę. Wchodził jej na ambicję, chwalił jej doświadczenie, w końcu zaczął grozić. Nie mogła przecież zrezygnować z takiej okazji! W końcu dopiął swego, lecz Liza nie wiedziała do końca, na co się decyduje, gdy szła na rozmowę.

Po pierwszym dniu pracy Maks zaproponował obiad w Rynku, więc Liza nie miała daleko. Okrążyła okazały budynek ratusza i weszła do re-stauracji. Maks wybrał miejsce przy oknie i gdy podeszła do niego, rzekł z uśmiechem:

– Żebyś miała widok na swój nowy zakład pracy – wskazał głową w stronę ratusza.

23

– Dziękuję ci, miło, że się o mnie troszczysz – odparła z przekąsem i otworzyła menu na stronie z alkoholami.

– Widzę, że zaczynasz od dupy strony. Może najpierw jakaś przy-stawka? – Maks ironizował, próbując sprowokować Lizę.

– No właśnie wybieram przystawkę.

– Tak bez żenady, pod ratuszem? Może kup sobie od razu tanie wino w gazecie i usiądź na schodach przy wejściu głównym.

Maks miał poważną minę, ale oczy mu iskrzyły. Liza nie dawała się jednak sprowokować i dalej przeglądała kartę.

– Wiesz co? – odłożyła menu na stolik i spojrzała na niego. – Chodzi mi taka myśl po głowie. Chyba jutro wydrukuję twoje zdjęcie i nakleję je na drzwiach wejściowych do urzędu z dopiskiem: „Tego petenta nie obsługujemy”. Co o tym myślisz?

– Hmm, skoro taką masz potrzebę, to przynajmniej zadbaj, żeby to było jakieś atrakcyjne zdjęcie. Możesz na przykład wydrukować profilo-we z Facebooka.

Przez chwilę oboje mierzyli się spojrzeniami, aż w końcu wybuchnęli śmiechem. Przy Maksie Liza czuła się jak w domu. Wystarczyła jego krótka obecność i napięcie mijało.

Poznali się podczas studiów, na które Liza przyjechała za swoim ów-czesnym chłopakiem, Markiem. Maks mieszkał w Opolu od urodzenia i od zawsze wiedział, że swoje życie poświęci temu miastu. Bardzo czę-sto rozmawiali na ten temat, bo Liza chciała zrozumieć to zamiłowa-nie do Opola. „Miasto jak miasto” – mawiała, przekomarzając się z nim. Wtedy postrzegała je tylko w kilku szczegółach, a nie wielowymiarowo. Ważne były dla niej miejsca, w których można było poczytać książki, wypożyczyć książki, spotkać się z Markiem i znajomymi. Reszta to nie-istotny dodatek.

Poznali się więc podczas studiów. Eliza próbowała wiele razy przy-pomnieć sobie to pierwsze spotkanie, ale nie potrafiła. Ich przyjaźń była tak oczywista, że od początku miała poczucie, jakby znali się od urodzenia. Maks był jedynym mężczyzną na roku i jednocześnie ma-skotką połowy grupy, bo druga część go nie tolerowała. Jako „zagorzały gej” był idealnym przyjacielem i towarzyszem dla dziewczyn. Czuł się w ich towarzystwie wyśmienicie, potrafił czytać w ich myślach, rozumiał ich problemy i rozterki, potrafił słuchać i wskazywać dobre rozwiąza-nia. A jednocześnie był nieszkodliwy w mniemaniu innych mężczyzn. Gdy ci orientowali się, że ich dziewczyny spędzają wolny czas z gejem,

24

natychmiast się uspokajali i przestawali poświęcać mu swoją uwagę. Oczywiście zdarzali się i tacy, którzy nie odpuszczali i wtedy robiło się nieprzyjemnie.

Marek, wtedy chłopak Elizy, obecnie mąż, należał do tej pierwszej grupy. Miała więc ten komfort, że mogła spotykać się z nimi dwoma. Maks zawsze pozostawał dla niej tylko przyjacielem, ale często pozwa-lał sobie na delikatne przekraczanie granic, jakby drażniąc się w ten spo-sób z otoczeniem, Lizą i samym sobą. Ją to bawiło, bo odpowiadał jej charakter Maksa w każdym calu. Przy nim czuła się bezpieczna i pewna siebie, jej mózg sprawniej działał. Po prostu Maks potrafił wyciągać z lu-dzi to, co najlepsze, jeśli ci otaczali go zaufaniem. Był w nim ogrom em-patii, której musiał się systematycznie pozbywać, żeby normalnie funk-cjonować. Przyciągał do siebie dobrych i pozytywnych ludzi, z którymi pracował nad rozwojem kulturalnym swojej, jak to określał, lokalnej społeczności. Już podczas studiów był autorem kilku projektów, w któ-re angażował również Elizę. Nigdy jednak nie wywołał w niej takiego entuzjazmu, jakim sam dysponował. Liza pomagała mu we wskazanych obszarach, podejmowała się wyznaczonych zadań, nigdy jednak nie wy-kazała się czymś więcej. Wtedy zależało jej głównie na Marku, skończe-niu studiów i podjęciu jakiejś porządnej pracy, która umożliwiłaby jej życie na dobrym poziomie. Idee i czyny spychała na boczny tor.

– Jestem przerażona! Powinnam po raz setny cię udusić za ten po-mysł z rzecznikiem prasowym! Nie dam rady!

– A po czym to wnioskujesz? – zapytał tym razem na serio Maks.

– Po pierwsze ten urząd jest taki… – Liza szukała odpowiedniego słowa – …wielki!

– No i?

– Nie jestem w stanie tego wszystkiego ogarnąć! Słyszałeś, że urząd mieści się w siedmiu budynkach?!

– I co, powiedzieli ci, że masz je obejść w jeden dzień?

– Przestań, wiesz o co mi chodzi…

– Podchodzisz do sprawy zbyt ambicjonalnie…

– Nie prosiłam cię o psychoanalizę. Daj mi się wygadać!

Maks znacząco rozejrzał się po sali. Liza ściszyła głos i ciągnęła:

– Po drugie – ja tu przyjechałam, żeby odpocząć… od ludzi… rozmów. A tu dziennikarze! Jutro mam z nimi spotkanie. Zjedzą mnie na śniadanie.

– Jasne, usmażą cię na bekonie.

25

– Nikogo nie znam, nie wiem, czego się po nich spodziewać. Pewnie będą mnie pytać o sprawy bieżące, a ja jestem zielona. Nic nie wiem. Kilka tygodni temu dowiedziałam się, jak się nazywa prezydent Opola! Wyśmieją mnie i tyle.

– Sorry, Lizka, ale zaczynasz być już śmieszna. A teraz posłuchaj mnie uważnie. Czy zadałaś sobie pytanie, dlaczego komisja wybrała ciebie?

Liza spuściła wzrok i przez chwilę milczała.

– Szczygłowski mi dziś powiedział, że to z powodu tego, że nie je-stem z Opola, że nikogo nie znam ze środowiska mediów, nie mam z nimi prywatnych powiązań.

– No proszę, nie uważasz, że ma rację? A więc wybrał cię świadomie. Uznał za zaletę twoją niewiedzę, a raczej twoje nieskalanie tutejszym środowiskiem. Nie możesz tego traktować jako wadę. Odwróć sposób myślenia, dziewczyno! Wykorzystaj to jako swego rodzaju przewagę. Nie jesteś tutaj z nikim związana, nie musisz nikogo słuchać, nikt nie może na ciebie naciskać, wykorzystywać znajomości z tobą. Sama za-decydujesz, z kim i w jaki sposób rozmawiać. Możesz na nowo zbu-dować relacje urzędu z dziennikarzami. Bernacki był dobrym rzeczni-kiem, ale od lat nic nowego nie zrobił, tkwił w jednym miejscu i tylko gasił ewentualne pożary. Myślę, że prezydent wykorzystał ten moment z odejściem Bernackiego i postanowił zainwestować w nową krew. Coś jeszcze ci powiedział?

Liza wróciła myślami do porannej rozmowy.

– Tak… – stukała nerwowo palcami po blacie stolika. Nie lubiła roz-mawiać na swój temat – …wspominał o cechach rzecznika, jakie poda-łam na rozmowie kwalifikacyjnej. Lojalność, rzeczowość i szczerość.

– No i?

– No i co?

– Masz takie cechy?

– Liza prychnęła.

– No chyba nie mówiłabym o nich, gdybym ich nie posiadała.

– A widzisz. No to czym się przejmujesz? – Maks sięgnął po widelec i z zadowoleniem zabrał się za sałatkę.

– Nie wiem… to po prostu nie dla mnie… Znasz mnie, Maks, nie je-stem z tych, co rzucają się na przód, umieją znaleźć celną ripostę i wal-czyć jak lew o swoje zdanie…

Liza patrzyła smętnie w okna ratusza, co wreszcie zirytowało przyja-ciela. Odezwał się ponownie, tym razem patrząc jej poważnie w oczy:

26

– Lizka, nie jesteś tchórzem. Każdy w twojej sytuacji miałby wątpli-wości. Ale pomyśl o tym jak o nowym wyzwaniu. O nowym zadaniu do wykonania. Masz dwie ręce, dwie nogi, nawet zgrabną pupę… dobra, dobra, nie patrz tak na mnie. Masz też mózg. Już nie mówię o sercu, bo to jeszcze musi trochę odpocząć. Ale w tej pracy akurat nie musisz go nadwerężać. Chodzi mi o to, że jesteś właśnie w zwrotnym punkcie swojego życia. Zdecydowałaś się, przy mojej małej pomocy, podjąć to wyzwanie, zostać tu na dłużej i spróbować na nowo ułożyć sobie życie. Ta praca daje ci taką możliwość, poznasz nowych ludzi, nowe środowi-sko zawodowe, nowe miejsca. Nikt ci nie każe wyskakiwać przed szereg i błyszczeć w każdym temacie. Daj im siebie poznać taką, jaka jesteś. Jak cię nie zaakceptują, to trudno, znaczy, że się nie znają. A poza tym sama przyznałaś, że pobyt w Opolu ukoił twoje nerwy, to miasto podziała-ło na ciebie uspokajająco, jesteś weselsza, bardziej rozluźniona. To nie tylko moja zasługa – zaśmiał się Maks.

Mimo wszystko Liza również się uśmiechnęła.

– Mam propozycję. Zjemy teraz zajebiście pyszny obiad, potem po-jedziemy do Karolinki i kupimy ci wreszcie parę ciuchów, bo nie mogę patrzeć na twoją garderobę. Skoro masz dbać o wizerunek prezydenta Opola, to najpierw zadbaj o swój.

– Po co mam kupować, skoro takie ciuchy mam w domu.

– Chodzi ci o twoje mieszkanie w Warszawie, tak? – spytał z nutą ironii. – No cóż, skoro jesteś w stanie je dostarczyć tu do jutra rana… Chyba jednak nie, więc jak już wspomniałem, idziemy dziś na zakupy, czyli będziemy robić to, co każda dziewczynka lubi robić, a potem usią-dziemy przy winku i obgadamy twoją strategię medialną. Co ty na to?

Po raz kolejny Liza podziękowała w myślach losowi, że postawił na jej drodze Maksymiliana Wodnickiego.

W pokoju panowała ciemność. Jej twarz rozjaśniało światło z ekranu smartfona. Na wyświetlaczu była 23.30, miała więc jeszcze pół godziny, żeby zdążyć z życzeniami urodzinowymi dla swojego ojca. Cały dzień podświadomie zwlekała z telefonem do niego, aż w końcu nie miała wyboru i mogła mu tylko wysłać SMS. Był prosty i standardowy, ale nie wiedziała, co jeszcze mogłaby napisać. Ostatni raz rozmawiali przez te-lefon w dniu, w którym ogłoszono upadłość firmy, w której pracowała. Dowiedział się oczywiście z telewizji, a nie od niej. Zadzwonił z zapyta-

27

niem: „I co teraz?”. Ją pytał?! To ona powinna przyjść do niego i zadać mu to pytanie. Ale wiedziała, że nie jest w stanie jej pomóc, więc nawet nie próbowała. „To dobry moment na wysłanie esemesa, bo już pewnie go dziś nie odczyta, a jutro zapomni oddzwonić” – pomyślała i nacisnęła „Wyślij”. Telefon zabuczał po chwili, informując, że spełnił jej polecenie, i Liza wyłączyła go szybko.

W jej nowym gabinecie lustro było powieszone po wewnętrznej stronie drzwi szafy ubraniowej. Stała teraz przed nim i oceniała swój dzisiejszy wygląd. Zakupy okazały się udane i musiała przyznać sama przed sobą, że prezentowała się dobrze. Zdecydowanie różniła się od tej Lizy sprzed dwóch miesięcy, która wysiadła z pociągu z Warszawy. Włosy znowu lśniły, szczególnie te jaśniejsze pasemka, i układały się falami wokół jej twarzy. Cera nie była już tak ziemista, choć nadal blada, bo taką miała urodę. Po raz kolejny zdziwiła się na widok swojego moc-nego makijażu. Kiedy pracowała w poprzedniej firmie, malowała się, bo tego wymagało jej stanowisko. Przez ostatnie kilka miesięcy zaniedba-ła całkowicie tę czynność i naturalny był powrót do tej praktyki wraz z nową pracą. Jednak ją samą zaskoczyła siła makijażu, na jaki decydo-wała się od dwóch dni. Krwistoczerwona szminka odcinała się ostro od bladej cery, a czarny eyeliner dodawał ciężkości powiekom. Miała wrażenie, że patrzy na obcą kobietę. To była zbroja.

Lodowatymi ze zdenerwowania dłońmi zamknęła szafę i usiadła przed laptopem. Jej skrzynka mailowa była jeszcze świeża i pusta. Przejrzała już strony wszystkich mediów w Opolu, zajrzała na swój pro-fil na Facebooku, który od dawna był martwy. Swego czasu to konto społecznościowe było jej odskocznią od rzeczywistości. Któregoś dnia upiekła ciasto z wiśniami według przepisu znalezionego w starej książ-ce kucharskiej i jak zwykle nie było komu go zjeść. Zamieściła zdjęcie na Facebooku i liczni znajomi zaczęli to lajkować. Kilka koleżanek po-prosiło o przepis i tak rozpoczęła swoją kulinarną przygodę ze stary-mi przepisami. Zyskała grono znajomych, którzy komentowali jej wpisy i rywalizowali w kulinarnych potyczkach. Jednak od kilku miesięcy na jej koncie panowała cisza.

28

W drzwiach pokoju stanął Darek Kowalczyk.

– Witaj. Gotowa na pierwsze starcie? – choć próbował, w jego głosie nie było wielkiego zainteresowania. Pytanie było raczej grzecznościo-we. Dlatego Liza nie starała się o rozwiniętą wypowiedź.

– W porządku.

– Pokażę ci salę konferencyjną, a potem przed briefingiem prezydent prosił o pięć minut.

Na korytarzu prawie zderzyli się z… bóstwem! Liza nie mogła ode-rwać oczu od młodej kobiety, która uśmiechnęła się nieśmiało na ich widok, powiedziała „Dzień dobry” i ulotniła się niczym… „nimfa wodna! Tak pewnie wyglądały, jeśli baśnie nie kłamią” – pomyślała Liza i obej-rzała się za nią jeszcze raz. Miała płomiennorude długie, falowane wło-sy, porcelanową cerę bez skazy i piękne zielone oczy otoczone długimi rzęsami. Naprawdę wyglądała jak rusałka. Gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami pokoju, Liza spytała Darka, kim jest ta zjawa.

– To sekretarka wiceprezydenta Pszona. Poznam was później, bo to ona robi dla ciebie monitoring mediów. Powinnyście więc nawią-zać współpracę.

Liza już nie mogła się doczekać tego spotkania.

Sala konferencyjna znajdowała się tuż za pokojem Lizy, a jej jedy-nym wyposażeniem był duży owalny stół. Wysoki sufit i duże okna jak zawsze robiły wrażenie. Darek przedstawił jej możliwości techniczne, łącznie z tą, że można było się stąd dostać bezpośrednio do sekretariatu prezydenta przez duże dwuskrzydłowe drzwi. Minęli panią Krysię i we-szli do gabinetu Szczygłowskiego. Siedział za biurkiem, odchylony w fo-telu i rozmawiał przez komórkę. Liza usiadła cicho za stołem, natomiast Darek podszedł bez skrępowania do biurka szefa, wziął z niego poranną gazetę i rozłożył ją przed prezydentem, po czym wskazał mu jakiś ar-tykuł. Szczygłowski jednocześnie rozmawiał przez telefon i przeglądał prasę, po czym postukał palcem w zegarek i w gazetę, dając tym samym wskazówki asystentowi. Darek widać zrozumiał bez słów przekaz swo-jego szefa, bo usiadł za stołem i zaczął pisać SMS na komórce.

– Witam panią rzecznik! I jak po pierwszym dniu pracy? Ktoś pani na-depnął na odcisk? A może pani komuś nadepnęła? – prezydent podszedł zdecydowanym krokiem i przywitał się z Lizą mocnym uściskiem dłoni.

29

– Nic o tym nie wiem. Ale zobaczymy, co przyniesie dzień – odparła, wyłamując sobie palce pod stołem.

– Tak, proszę się już nastawić na to, że będzie pani numerem jeden w dzisiejszej i jutrzejszej prasie. Te hieny nie odpuszczą takich łowów. Ale za chwilę odciągniemy ich uwagę. Właśnie miałem ciekawą roz-mowę z marszałkiem – tu prezydent zwrócił się także do Darka. – Za kilka dni urząd marszałkowski uwolni sporą kasę do wydania w projek-tach unijnych na poprawę infrastruktury w sporcie i kulturze. To dla nas szansa na remont Teatru Lalki i Aktora albo Galerii Sztuki Współczesnej. Pomyślałem, żeby to mieszkańcy zadecydowali w głosowaniu, który obiekt pierwszy wyremontować, i wtedy napiszemy wniosek o dofinan-sowanie. Proszę skontaktować się z naczelnikiem wydziału promocji – tu zwrócił się bezpośrednio do Lizy – i ustalić formę oraz czas głosowa-nia. Trzeba to odpowiednio nagłośnić, oni już wiedzą jak. Mamy mało czasu, bo marszałek za kilka dni ogłosi konkurs na projekty i musimy już wiedzieć, co będziemy remontować.

Prezydent wstał od stołu, poprawił krawat i rzekł:

– Powiem kilka słów wprowadzenia o tym, dlaczego panią wy-braliśmy, i oddam pani głos. Najważniejsze i tak będą pytania dzien-nikarzy – to mówiąc, otworzył drzwi gabinetu i ruszył w stronę sali konferencyjnej.

Kiedy tam weszli, oczy wszystkich dziennikarzy zwróciły się na-tychmiast na nią, rozmowy ucichły, słychać było jedynie migawki apa-ratów. Błyski fleszy prawie ją oślepiły, więc podświadomie zmrużyła oczy i spuściła głowę. „Nie dam rady!” – pomyślała, ale nie miała już gdzie uciec. W kącie sali operator kamery właśnie rozkładał sprzęt, nie-którzy dziennikarze mieli swoje małe, podręczne kamerki, które teraz skierowali w jej stronę. Cała trójka usiadła za stołem przy kilkunastu mikrofonach. Liza bała się spojrzeć na siedzących po przeciwnej stronie dziennikarzy, więc patrzyła najczęściej w bok lub ponad ich głowami. Prezydent odezwał się pierwszy:

– No i doczekali się państwo! Po krótkim bezkrólewiu w naszym urzędzie znowu mamy rzecznika prasowego. I to we wdzięcznej osobie pani Elizy Modrzejewskiej. Zanim oddam ją w wasze ręce, w paru sło-wach uzasadnię swój wybór. Raz na jakiś czas konieczne są zmiany. Mo-bilizują nas do rozwoju, samodoskonalenia i poprawy tego, co można poprawić. Oczekuję, że pani Eliza wprowadzi w ten skostniały mecha-nizm urzędniczy powiew świeżości i coś nowego. Praca przed nią nie

30

lada, zwłaszcza że moi wszyscy współpracownicy to mężczyźni – na sali rozległ się krótki rechot. – Ale wierzę w jej umiejętności. Doświadczenia nabrała w dalekiej Warszawie, więc spojrzy na nas, opolan, z dystansem. I mam nadzieję, że z korzyścią dla nas. Daję pani Elizie dużo swobody w realizacji zadań. Sama ułoży sobie system pracy, dla mnie ważny jest efekt końcowy. Jeśli będziecie o nas dobrze mówić i pisać, to znaczy, że jej się udało i może liczyć na podwyżkę – na sali znowu rechot. Prezy-dent spojrzał jej prosto w oczy i przez chwilę widziała w nich figlarne iskierki. – Tak więc z wielką przyjemnością oddaję pani głos i władzę na tej sali. Mam nadzieję, że będziemy się z państwem często widywać.

Las rąk zaczął przestawiać mikrofony na stole, po czym Liza odparła:

– Dziękuję, panie prezydencie. Dobrze wiedzieć, że mam realne szanse na podwyżkę. Jeśli ktoś z państwa jest gotowy na współpracę, to zapraszam, podzielę się częścią zysków... Oczywiście to był żart. Proszę zadawać pytania, bo nie wiem, czego chcieliby państwo się dowiedzieć.

Minęło kilka sekund i usłyszała z sali pierwsze pytanie:

– Pan prezydent wspomniał, że pracowała pani w Warszawie. Proszę opowiedzieć coś na ten temat.

– Prawie dziesięć lat pracowałam w firmie Modern Electric w dziale marketingu i PR. Zdobyłam tam solidne doświadczenie. Nie wiem, czy uda mi się je tutaj wykorzystać w pełni, bo tamta praca miała jednak inny charakter, była nastawiona na konkretne zyski. Urząd to trochę inny rodzaj działalności.

– Tamta firma upadła – drążył młody dziennikarz.

– Tak, ale nie za sprawą źle zarządzanego marketingu. Nasz dział cieszył się najlepszymi wynikami w całej korporacji. Przyczyna leżała gdzieś indziej, ale to nie jest temat na tę konferencję. – Liza zaciskała mocno pięści, ale na twarzy starała się zachować spokój i opanowanie.

– Jakie ma pani pomysły na współpracę z mediami? – zadała pytanie młoda dziennikarka.

– Przede mną trudne zadanie, bo wszyscy przywykli do pracy moje-go poprzednika. W tej chwili nie mam jeszcze konkretnie zaplanowanej strategii. Będę obserwowała otoczenie, państwa pracę i wsłuchiwała się w wasze oczekiwania. Chcę być dostępna, bo rzecznik to pierw-sza osoba do kontaktu, która w razie potrzeby może kierować dalej lub odpowiedzieć samodzielnie na pytania. Będę chciała też poznać oczekiwania współpracowników prezydenta i naczelników wydziałów.

31

Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych tygodni poznają państwo styl mojej pracy.

– Ma pani konto na Facebooku. Czy będzie pani korzystać z nowo-czesnych metod komunikacji?

– Jak najbardziej. Myślę, że rano będę śledziła media i powinnam być wtedy dostępna online na Facebooku. Ale telefonicznie i mailowo również.

– Czy to oznacza, że możemy liczyć na ciekawe przepisy na śniada-nie? – zaczepił ją jeden z dziennikarzy. Przez salę przeszła fala śmiechu.

– Jeśli to miałoby nasycić państwa głód wiedzy na cały dzień, to cze-mu nie. Będzie mniej pracy dla mnie – ucięła. „To ja powiedziałam?!” – przeszło jej przez głowę.

– A konferencje prasowe?

– Oczywiście nie zrezygnujemy z nich. To najlepsze narzędzie do ko-munikacji. Ale ważne są dla mnie również pojedyncze spotkania.

Gdy to mówiła, Darek wstał od stołu i zaczął rozdawać wizytówki Lizy.

– Czy uważa pani, że należy zmienić wizerunek tego urzędu? – pyta-nie znów zadał pierwszy, dociekliwy dziennikarz.

– To pytanie powinno zostać skierowane raczej do klientów, którzy na co dzień korzystają z usług urzędników. Dopiero po uzyskaniu takich informacji mogłabym coś powiedzieć i ewentualnie zrobić.

– Takie badanie opinii było organizowane już kilka razy. Za każdym razem analizujemy głosy mieszkańców i wdrażamy nowe rozwiązania tak, aby zadowolić naszych klientów – wtrącił prezydent Szczygłowski.

– To ja proponuję testowy miesiąc i po nim wyślę do państwa taką ankietę, w której będziecie mogli wypowiedzieć się na temat mojej pra-cy – dodała Liza.

– Świetny pomysł, pani rzecznik. Czy macie jeszcze państwo jakieś pytania? Pewnie milion, ale ja proponuję, abyśmy zakończyli tę oficjalną część, bo i tak każdy z was będzie chciał przeprowadzić z panią Elizą indywidualną rozmowę. Dziękuję za spotkanie.

Prezydent wstał, bez słowa podał rękę Lizie i zdecydowanym kro-kiem opuścił salę. Liza poczuła się osamotniona, na szczęście Darek był w pobliżu. Podszedł do niej i szepnął cicho, tak aby tylko ona usłyszała:

– Dobrze ci poszło. Panowałaś nad sytuacją.

Liza niepewnie się uśmiechnęła. W ich stronę zmierzał młody, wścibski dziennikarz.

32

– Robert Pawłowski, „Nowa Trybuna Opolska” – przedstawił się. – Proszę mi powiedzieć, dlaczego właśnie Opole?

– Tutaj studiowałam filologię polską na uniwersytecie i mam tu kilku znajomych. To do nich przyjechałam, gdy skończyłam pracę w Warszawie.

– Razem z rodziną?

– Jeśli pyta pan o to, czy mam męża i dzieci, odpowiedź brzmi: nie. Ale to chyba nie ma znaczenia dla pracy rzecznika?

– Tylko tyle, że jest pani dyspozycyjna – uśmiechnął się z kpiną Paw-łowski. – A co pani sądzi o Opolu?

W międzyczasie podeszli do nich inni dziennikarze z mikrofonami i przysłuchiwali się wymianie zdań.

– Opole to spokojne i zielone miasto. Po warszawskiej wrzawie to wspaniałe miejsce do wypoczynku i regeneracji. Wszystko tutaj jest: wspaniała biblioteka, Odra i Młynówka z miejscami do rekreacji, zabyt-ki... To miasto można lubić.

Jeszcze przez kilka minut dziennikarze zadawali pytania, a Darek stał cały czas przy Lizie i słuchał. Mimo jego dystansu czuła się przy nim pewnie i żołądek już tak bardzo nie bolał. Adrenalina powoli z niej scho-dziła, widziała wszystko ostrzej i wyraźniej. Aż w końcu Darek podjął decyzję o zakończeniu konferencji, tłumacząc się kolejnym spotkaniem.

„Jesteś przepiękna!” – chciała wykrzyczeć Liza, stojąc przed fili-granową rusałką. Zamiast tego uścisnęła delikatnie jej dłoń i patrzyła jak urzeczona.

– Poznaj Martę Bogacką, jak już wspomniałem, to ona pomagała Bernackiemu w monitoringu mediów. Marta, pokażesz pani rzecznik swoje teczki i opiszesz w kilku słowach, co robisz, okej? Myślę, że się dogadacie – to mówiąc, Darek pożegnał się i wyszedł.

– Proszę usiąść.

Marta wskazała puste krzesło koło swojego biurka i podeszła do jed-nej z szaf. Liza miała wrażenie, że dziewczyna nie chodzi, tylko płynie nad ziemią. Włosy falowały cały czas i iskrzyły się, kiedy wpadały w nie promienie słońca.

– W tej szafie mam dokumenty z ostatnich dwóch lat. Reszta jest w archiwum. Monitoring robię zawsze z rana na podstawie prasy pa-pierowej i tego, co dzieje się w internecie – mówiła cicho i spokojnie.

33

– Pan Bernacki prosił mnie o przygotowywanie miesięcznych raportów, czasami szukał jakiejś informacji w tych teczkach.

Marta spojrzała na Lizę z pytaniem w oczach i jakby… obawą?

– Monitoring bardzo się przydaje, szczególnie przy trudnych spra-wach, jakichś sporach, sytuacjach kryzysowych… to żmudna praca, ale… lubię ją, więc… – urwała i usiadła na krześle. Patrzyła na Lizę tymi zie-lonymi oczami i na coś czekała. Dopiero po chwili Liza zrozumiała, co ta do niej mówi.

– Ależ proszę się nie martwić. Mówiłam już panu sekretarzowi, że nie zamierzam zabierać pani tej pracy. Ja również uznaję jej wagę i z przy-jemnością ją pani zostawię.

Na twarzy Marty ujrzała dużą ulgę i jeszcze bardziej polubiła tę nie-zwykłą dziewczynę. Decyzja, którą właśnie podjęła, normalnie nie mia-łaby racji bytu ze względu na jej charakter, ale w tym wypadku Liza była zdecydowana. Sama nie wierzyła w to, co zamierzała właśnie powiedzieć:

– Będzie mi bardzo miło, jeśli zaczniemy mówić sobie po imieniu. Mam wrażenie, że będziemy blisko współpracować – rzekła z uśmiechem.

Przestronny pokój do masażu wypełniała woń olejków eterycznych. Z ukrytych głośników płynęła cicho relaksacyjna muzyka, a mrok rozja-śniało kilkadziesiąt świec. I ekran tabletu, który przeglądał mężczyzna siedzący w fotelu nieopodal. Na środku pomieszczenia stał stół, na któ-rym leżała ciemnowłosa kobieta o nienagannych kształtach i z rozkoszą poddawała się masażowi.

Nikt się nie odzywał do momentu, aż mężczyzna w fotelu zamruczał pod nosem.

– Co się stało? – spytała kobieta, podnosząc głowę z ciekawością.

– A czemu pytasz?

– To twoje mruczenie oznacza, że coś cię bardzo zainteresowało. Co takiego przeczytałeś?

Blask z ekranu iPada w taki sposób oświetlał twarz mężczyzny, że wyglądał wręcz demonicznie. Uśmiechnął się szelmowsko do swej czuj-nej towarzyszki i rzekł cicho:

– Prezydent ma nowego rzecznika. Właśnie dziś go przedstawił. A raczej ją.

34

Kobieta znów podniosła głowę i spojrzała na mężczyznę, który wpa-trywał się intensywnie w fotografię Elizy Modrzejewskiej. Masażysta przestał masować, a w pokoju zapadła głucha cisza.

– Hmm – zamruczał. – Bardzo chętnie poznam nową panią rzecznik. Co ty na to? Pora zawiązać nowe znajomości.

– Będziesz miał okazję już w ten czwartek – odparła bez emocji ko-bieta i dała znak masażyście, aby podjął przerwaną pracę.

35

ROZDZIAŁ 3

Była wiosna, więc pogoda uzbroiła przechodniów w parasole. Krótko po godzinie ósmej rano bruk na opolskim Rynku lśnił od deszczu. Jej kroki, wymierzane umiejętnie i z uwagą, tak aby nie wpaść obcasem po-między kostkę brukową, brzmiały donośnie między cichymi kamienica-mi. Urzędnicy zdążyli już czmychnąć do swoich ciepłych i suchych biur, a wokół panowała pustka. Tylko jakiś desperat przemykał bez parasola. Gdy skręciła w jedną z bocznych uliczek, poczuła mrowienie w karku. Jakoś tak cicho i pusto tu było, że przez chwilę poczuła się jak jedyny człowiek na planecie. Gdyby oderwała wzrok od niebezpiecznej kostki brukowej i odchyliła parasol, pewnie zwróciłaby uwagę na malowni-czość tej uliczki, która wspinała się w górę pomiędzy starymi kamieni-cami i dochodziła do wzgórza, na którego szczycie bielił się w deszczu kościół. Aby do niego dotrzeć, należało się wspiąć najpierw po kilku-dziesięciu schodach. Uliczka nosiła miano Świętego Wojciecha, patrona tego miasta, a kościół nazywany był przez tubylców „na górce”. Jako studentka szła tędy wiele razy, więc nie zwracała już uwagi na jej walo-ry, a  i pogoda nie sprzyjała wycieczkom. Skręciła więc w kolejny zaułek i zniknęła w budynku, w którym mieściły się biura urzędników. Wydział promocji znajdował się na drugim piętrze.

Zapukała cicho i weszła do gabinetu naczelnika. Siedział za biurkiem wpatrzony w monitor komputera, a obok niego stała młoda blondynka i pochylając się, pokazywała coś na ekranie. Oboje jednocześnie pod-nieśli głowy, z tym że naczelnik uśmiechnął się promiennie, a jego pra-cownica spuściła wzrok i powoli się wyprostowała.

– Jest nasza gwiazda! – zawołał głośno i wstał zza biurka. Spłoszona blondynka ruszyła do wyjścia. – Asiu, zrób nam, proszę, kawę – zwrócił się do pracownicy, która bez słowa zamknęła za sobą drzwi.

– Od rana nic innego nie robię, tylko wszędzie oglądam twoją twarz. Jeszcze parę dni i będziesz wyskakiwać z lodówki! Usiądź, proszę. – Na-czelnik wskazał Lizie zgrabny, ciemnobrązowy fotel, a sam usiadł w dru-gim, naprzeciw. Liza nie przypominała sobie, aby przechodziła z nim

36

na „ty”, ale widać było, że to dla niego żaden problem. Nie oponowała jednak, bo zależało jej na tym, aby stać się jedną z nich – urzędników.

Grzegorz Kremer wyglądał na pewnego siebie i bezpośredniego męż-czyznę. Była w nim również pewna nonszalancja i elegancja. Świadczył o tym nienaganny strój, drogi garnitur, buty w idealnym stanie, jakby za-łożył je właśnie po raz pierwszy. No i… był przystojny. Niestety musiała to przyznać w duchu. Mogła mu się lepiej przyjrzeć, bo blondynka Asia właśnie przyniosła kawę i jakieś dokumenty do podpisania. Kremer był tylko kilka centymetrów wyższy od Lizy, miał ciemne włosy, przystrzy-żone krótko po bokach i wycieniowane u góry, duże niebieskie oczy, wydatne, kształtne usta oraz delikatną opaleniznę. Figurę miał dosko-nałą, było to widać nawet w garniturze.

Pomieszczenie wypełnił wspaniały aromat i Liza z chęcią sięgnęła po filiżankę, jednocześnie chowając nogi za stolikiem kawowym, bo za-uważyła lustrujące spojrzenie mężczyzny.

– Wybrałaś odpowiedni strój. Idealnie wkomponowałaś się w wy-strój mojego pokoju – zauważył Grzegorz. Liza rozejrzała się po gabi-necie. Faktycznie dominowały tu beż i brąz. Jej garsonka idealnie paso-wała do fotela, w którym właśnie siedziała. „Facet ma niezłego bzika na punkcie wyglądu” – skwitowała w myślach.

– No, teraz będziemy mieć trochę spokoju – rzekł, gdy blondynka za-mknęła za sobą drzwi. Usiadł w fotelu i sięgnął po swoją filiżankę. Jego nonszalancja i pewność siebie była widoczna w każdym ruchu i geście. Liza nerwowo wygładziła spódnicę.

– Dostałam już na początek zadanie do wykonania i dlatego…

– Ciiiii... – Grzegorz przerwał jej w pół zdania. – Ty już o pracy! Spo-kojnie, praca nie zając, nie ucieknie. Szczygłowski może poczekać! – zaśmiał się. – Powinniśmy się trochę poznać, przecież będziemy ściśle współpracować. Jestem ciekaw nowej pani rzecznik. Nie twierdzę, że z Bernackim źle mi się współpracowało, ale taki rzecznik… – tu Kremer wskazał z uznaniem na Lizę – to zupełnie inna bajka. Aż chce się przy-chodzić do pracy. Od rana czytam portale i gazety i twoja wizyta jest ukoronowaniem mojej ciekawości. Mam nadzieję, że nie przejmujesz się tymi pismakami.

– Jeszcze nic nie czytałam – przyznała cicho.

– No co ty!

Grzegorz sprawnym ruchem sięgnął po tablet i podał jej urządze-nie. Sam stanął tuż za nią, pochylił się i pokazał jedno z internetowych

37

wydań gazety lokalnej. Liza nie potrafiła się skupić na artykule, bo Grzegorz stał zbyt blisko, jego krawat spoczywał na jej ramieniu i czuła zapach jego perfum.

– Tu jest kolejny – naczelnik wskazał palcem inny artykuł, potem na-stępny, aż w końcu podziękowała i stwierdziła, że później poczyta. Kre-mer wrócił na swoje miejsce, nie spuszczając z niej wzroku. Uśmiechał się przy tym lekko i mrużył delikatnie oczy. Zauważyła, że ma długie, piękne rzęsy. Ponownie sięgnęła po filiżankę z kawą i w następnej chwi-li usłyszała zatroskany głos naczelnika:

– Co ci się stało w rękę?! Wygląda, jakbyś się pocięła.

Liza zbyt późno się zorientowała, że rękaw bluzki odchylił się do góry i ukazał po wewnętrznej stronie nadgarstka różową szramę ciągnącą się od wnętrza dłoni w górę. Szybkim ruchem naciągnęła materiał i odpar-ła cicho:

– Nic takiego. Dawne dzieje. Pomówmy jednak o pracy. Nie chciała-bym na początku dać plamy.

– Nie martw się. Już wszystko załatwione. Wice Pszon mówił mi o pomyśle na wybór jednej z dwóch inwestycji i przygotowaliśmy już sondę do głosowania. Zamieściliśmy też informację na stronie interne-towej i kilku dziennikarzy już się ze mną kontaktowało. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe. Pomyślałem sobie, że nie będziesz miała czasu, żeby zwoływać konferencję i zająłem się tą sprawą.

Liza nie wiedziała, co powiedzieć. Właśnie planowała briefing, a te-raz nie było już takiej potrzeby. Poczuła się jak nieprzydatny przedmiot, ale przybrała maskę uprzejmości i odparła:

– To miło, że mnie wyręczyłeś. Faktycznie pierwsze dni w nowej pra-cy są trudne, ale…

– Tak też sobie właśnie pomyślałem. Cieszę się, że mogłem pomóc. Gdybyś potrzebowała czegokolwiek, to dawaj znać. Będziemy współ-pracować i to już za chwilę. Zbliża się festiwal, zawsze pracowaliśmy przy nim z Bernackim. Przyznam, że trochę obawiam się tego, że nie znasz nikogo z TVP, ale myślę, że w ciągu najbliższych tygodni będzie okazja, aby ich poznać. Prezydent planuje niedługo wybrać się do War-szawy. Będziesz miała możliwość wrócić na stare śmieci – zaśmiał się.

Liza nie widziała w tym nic wesołego. Nie miała zamiaru wybierać się do stolicy. Jeszcze nie teraz. Zirytował ją jednak ton Kremera, gdy mówił o braku znajomości w telewizji.

38

– Nie jest tak źle, jeśli chodzi o moje kontakty. Gdy pracowałam w Modern Electric, odpowiadałam za kontakty z mediami, głównie z TVP, TVN i innymi. Mam tam wielu znajomych, więc może się okazać, że