Rouge - Greer Rivers - ebook

Rouge ebook

Greer Rivers

0,0

Opis

Dark romans o miliarderze i sekretnej organizacji.

Garda ceni cztery ideały. Prawdę, którą wypaczamy. Piękno, z którym się obnosimy. Wolność, którą dajemy. Władzę, którą zdobywamy.

Wierzyłem w ich kłamstwa, aż pojawiła się Lacey O’Shea.

Jedyna córka rządzącej Gardą rodziny miała być moja. Jednak jej ojciec mi ją ukradł, by sprzedać innemu.

Więc ją odzyskałem.

Ale wygląda na to, że spisek, który nas rozdzielił, ma drugie dno. Aby odkryć prawdę, musimy ukrywać nasz związek przed Baronem, narzeczonym Lacey.

On chce ją uwięzić, lecz ona jest ptakiem, desperacko pragnącym wyfrunąć z pozłacanej klatki.

Będę walczył z Baronem, Gardą oraz całym światem, żeby uwolnić tę dziewczynę.

 

Rouge to pikantna historia osadzona we współczesnym Las Vegas. Choć stanowi część serii „Tattered Curtain”, można czytać ją oddzielnie. Szczęśliwe zakończenie gwarantowane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 516

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rouge

Seria Tattered Curtain

Greer Rivers

Przełożyła Anna Stańczyk

PROLOG

Miłość mojego życia umiera… i jest to moja wina.

AKT 1

SCENA 1

CZERWONA KAMELIA

Trzy tygodnie wcześniej

Głębokie pchnięcia rozniecają pod moją skórą nieokiełznany ogień, aż muszę wbić palce w uda dziewczyny, by nie upaść pod wpływem rozkoszy. Truskawkowoblond loki rozrzucone są na poduszce, a ich właścicielka spogląda na mnie oczami w kolorze nieba. Wcześniej widziałem je jedynie na ekranie, ale na żywo iskrzą.

To zbyt wspaniałe, żeby działo się naprawdę.

Jej jęki napędzają mnie do zapomnienia o rzeczywistości. W świetle prawa ta dziewczyna jest moja i świadomość, że w końcu ją pochwyciłem, sprawia, iż krew, adrenalina i ekstaza buzują mi w żyłach i spływają aż do kutasa. Jeszcze jedno pchnięcie, a powołam do życia dziedzica McKennonów…

Delikatne wibracje telefonu obok mojej głowy niszczą szansę na szczęśliwe zakończenie, którego pewnie nigdy nie doświadczę za sprawą kobiety marzeń. Ze względu na koszmarny ból głowy nawet spokojny dźwięk atakuje mi uszy.

Ubiegłej nocy poddałem się frustracji i zbyt długo siedziałem z dwójką najlepszych przyjaciół. Merek, oczywiście, wykruszył się wcześniej, bo traktuje poważnie pozycję szefa ochrony McKennonów, co oznacza, że pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Natomiast Tolie nocą rozkwita. Dzięki zleceniom w O’Shea Entertainment, największego pracodawcy w Las Vegas, zna podziemny świat Miasta Grzechu niemal lepiej ode mnie, więc wychodzenie z nim zawsze zwiastuje przygodę.

On i jego koledzy z obsady balowali całą noc w ramach przygotowań do Halloween, które będzie obchodzone w ten weekend. Kiedy już się upewniłem, że Tolie nie spróbuje znowu wyruchać jednego z greckich posągów, zaciągnąłem go z resztą towarzystwa do Rouge – burleski i męskiej rewii w Las Vegas, gdzie tańczyli. Ja poszedłem się przespać w garderobie przyjaciela, podczas gdy oni kontynuowali balangę.

Na szczęście Tolie ma zasadę, która zakazuje mu spania z kolegami z ekipy w łóżku w garderobie. Inaczej musiałbym zaciągnąć dupę do mieszkania. Z drugiej strony może należało to zrobić, bo chociaż nie piłem, to dudniące basy przebijające się przez ścianę aż do szóstej rano sprawiły, że teraz czuję się, jakbym jednak miał kaca.

Wieczór przed występem podczas Nocy Diabła miał być spokojny i – według ich standardów – właśnie taki się okazał. Powinienem był się zmyć w momencie, kiedy otworzyli absynt. Zamiast tego nadal jestem ubrany w czarną koszulę i garniak, śmierdzę fajkami, których nie paliłem, oraz alkoholem, którego nie piłem, i cierpię na przypominającą kaca migrenę, na którą niczym sobie nie zasłużyłem.

Telefon podskakuje lekko na drewnie, więc na ślepo macam stolik nocny, aż w końcu wyczuwam irytujące urządzenie. Leżąca pod nim karta do gry spada na podłogę, kiedy biorę komórkę do ręki.

Przesuwam palcem po ekranie i przyciskam aparat do ucha, nawet nie kłopocząc się otwieraniem oczu. Jeśli w tym miejscu panuje cisza, to oznacza, że jest jeszcze wcześnie, więc może dzwonić wyłącznie jedna osoba. Żaden z bezpośrednich kontaktów biznesowych nie budzi się o tej porze. Tylko on.

– Tato, nie powinieneś do mnie dzwonić przed dwunastą.

Mój głos brzmi, jakbym żarł gruz, a z gardłem nie jest lepiej.

– Jezusie, Mario i Józefie, Kianie. Jest dwunasta jeden, a to cholernie pilna sprawa. Masz szczęście, że dostosowałem się do twojej durnej zasady. A ty nie złamałeś wczoraj innych, co?

Zaciskam zęby, żeby mu nie odszczeknąć, i gryzę się w język, bo w głosie taty pobrzmiewa nuta obawy. Z przyzwyczajenia sięgam po żeton do pokera, który trzymam w kieszeni, i przesuwam palcem po wzorze.

– Oczywiście, że nie – odpowiadam. – Zakonnice piją więcej niż ja ubiegłej nocy.

– To dobrze, bo ta fasada imprezowicza jest już zbyt długo z tobą kojarzona. Kianie… czas się przebudzić.

Serce traci rytm, gdy zmęczony umysł próbuje za nim nadążyć. Adrenalina, którą czułem we śnie, w tej chwili rzeczywiście płynie w żyłach, tłumiąc ból głowy.

– Chodzi o Czerwoną Kamelię?

– Tak. Ubiegłej nocy, kiedy ty odgrywałeś rolę, ja ustaliłem przy pokerze szczegóły. Musisz zrujnować Czerwoną Kamelię.

Natychmiast otwieram szeroko zaspane oczy. Od trzech lat czekałem na ten rozkaz.

W momencie gdy z ust taty pada ostatnie słowo, przełączam go na tryb głośnomówiący, żeby wysłać wiadomość do Toliego, który jest ważną częścią szalonego planu – zresztą sam pomógł mi go ułożyć. Mógłbym pójść i poszukać przyjaciela w pokoju nagrań, gdzie go zostawiłem, ale nie mam ochoty oglądać nagich ludzi wykończonych stosunkiem.

Ja:

Trening. Natychmiast. Wieczór, zielone światło.

Pewnie nadal jest pogrążony w półśnie, choć natychmiast odpisuje – tyle że z błędami.

Tolie:

Upwnie sie że wszyko jest perfectionissimo.

Prycham na widok rzędu emotek następujących po jednym z ulubionych słów Toliego, ale wtedy dociera do mnie to, co powiedział ojciec, i ściągam brwi.

…zrujnować Czerwoną Kamelię.

Choć chciałbym natychmiast zaprotestować, z przyzwyczajenia mówię:

– Jak mam to zrobić?

Zawsze zadaję to samo pytanie w przypadku zleceń od Gardy – sekretnej organizacji, wobec której moja rodzina deklaruje lojalność. Dla tych ludzi jestem kartą o niskim nominale, mimo że niegdyś McKennonowie stali u progu władzy.

To Strażnik, Charlie pierdolony O’Shea, nas zniszczył.

Według kontraktu dotyczącego aranżowanego małżeństwa, który nasi ojcowie podpisali lata temu, miałem poślubić Lacey O’Shea, jego córkę. Obydwaj z tatą sądziliśmy, że facet jest jednym z ostatnich porządnych ludzi w Gardzie, lecz gdy bez wyjaśnień wycofał się z umowy, zostałem czarną owcą społeczności, z kolei on uplasował się na pozycji mojego wroga numer jeden. Fakt, że siedzi teraz za kratkami, a to moja rodzina doświadcza ostracyzmu, ukazuje wszystko, co nie działa w tej organizacji.

Rody muszą wkupywać się w społeczność, a kiedy już do niej dołączą, to samo dzieje się z ich aktywami. Po śmierci rodziców otrzymujemy jedynie połowę spadku. Druga należy nam się dopiero, kiedy wstąpimy w związek małżeński ze spadkobiercą Gardy i narodzi się dziedzic. Jeśli nie spełnimy tych warunków, reszta fortuny pozostaje w rękach organizacji i jest rozdzielana pomiędzy rodami. W ten sposób założyciele upewniają się co do lojalności – ich zasady zdążyły mnie już jednak zniszczyć, więc utracili moją.

Zapracowałem na własne kontakty, pieniądze i interesy bez pomocy Gardy, nie żeby to miało znaczenie. Ponieważ ojciec nadal żyje, nie zgłaszam organizacji bogactwa, którego sam się dorobiłem, w związku z czym sądzą, że nie mam nic. Kiedy Strażnik uznał mnie za niegodnego, większość naszego społeczeństwa przestała ubijać interesy z McKennonami, przez co w ich oczach również stałem się pozbawiony wpływów. W tej chwili żaden z ojców Gardy nie pozwoli swojej córce wziąć ze mną ślubu. Nie żebym pragnął którejś z ich kobiet.

Pragnę tylko mojej.

– W dupie mam jak. – Z każdym pełnym złości słowem irlandzki akcent ojca staje się coraz wyraźniejszy. – Z niewielu szczegółów dotyczących podjętej przez niego decyzji możemy wnioskować, że to jego córka go na to nakierowała. Jeśli musisz, zabij dziewczynę i wrzuć jej ciało do Jeziora Mead albo przeleć ją i zrujnuj, tak żeby już nikt nigdy nie zechciał cennego kwiatuszka O’Shea.

– Mamie nie spodobałoby się, że tak mówisz. – Cmokam zawadiacko, próbując uspokoić tatę.

Matka zmarła na zawał prawie cztery lata temu. Ojciec nie może skończyć tak samo.

To ona wskazywała Lacey jako moją przyszłą żonę, twierdząc, że jeśli dwa najsilniejsze rody się połączą, zaniechamy dalszych podziałów w społeczeństwie. Nigdy nie spotkałem osobiście nikogo z rodziny O’Shea. Gdyby zebrać nas wszystkich w jednym pokoju – zwłaszcza dziedziców – mogłoby to doprowadzić do brutalnych walk albo wzajemnej destrukcji. Jednak mama, po tym, jak spotkała osiemnastoletnią Lacey, uznała, że stanowimy idealną parę.

– Ach, ona znała moje wady, a i tak mnie kochała. Ta kobieta była święta. Sama naprawiłaby ten bałagan, gdyby żyła w momencie, kiedy Charlie naruszył kontrakt.

Może i miała szósty zmysł w kwestii tego, z kim powinien się związać jej syn, ale nie wiem, jak mama – będąc kobietą – mogła przekonać Strażnika do czegokolwiek. Garda ceni wyłącznie piękno dam, nic więcej. Brak szacunku dla mojej zmarłej matki i tego, jaką rolę odgrywała w swataniu, tylko wzmocnił gniew odczuwany przez ojca w związku ze zdradą.

Na szczęście McKennonowie ponownie pną się na szczyt. Mamy wsparcie, które pomoże nam odbić to, co nasze, a czas ku temu nie mógłby być lepszy.

– Synu – kontynuuje tata. – Charlie O’Shea może być moim nemezis, lecz nie może dźgać w plecy całej naszej rodziny i oczekiwać, że nie dokonamy odwetu. To bardziej twoja zemsta niż moja. To twoje prawo, by zrobić z jego cennym skarbem, co tylko ci się spodoba. Koniec końców Czerwona Kamelia miała być twoja.

– Masz co do tego cholerną rację – mruczę pod nosem.

Siadam, zgarniam z podłogi złożoną kartę damy karo i otwieram aplikację mediów społecznościowych, która udowadnia mi, że mimo fałszywego profilu zna mnie lepiej niż ja sam, bo magicznie wyświetla się zdjęcie Lacey O’Shea.

Jej niebieskie niczym niebo oczy są puste, pozbawione jakiejkolwiek pasji. Sprawiają wrażenie, jakby dziewczyna nawet o niczym nie myślała. Różnią się zupełnie od tych, które objawiły mi się we śnie. Lacey się nie uśmiecha, pozując wraz z Roxaną Muñoz, najlepszą przyjaciółką. Tysiące innych influencerek nauczyło się tego układu ciała, który wygląda, jakby nie wymagał żadnego wysiłku. Niedobrze mi na ten widok i jestem niemal gotów uwierzyć w całą tę fasadę… gdyby nie fakt, że Lacey pojawia się też na mniej dopracowanym profilu Roxany.

Dziewczyna uwielbia dzielić się całym swoim chaotycznym życiem, więc co rusz wrzuca tam zdjęcia. Przeglądam jej profil w poszukiwaniu jednego z postów, a jednocześnie próbuję dalej angażować się w rozmowę z ojcem.

– W jaki sposób potwierdziłeś, że wezmę w tym udział? Mój kontakt nie chciał przedstawić konkretnej kolejności zdarzeń na ten tydzień. Chyba trochę się obawiają, co zrobię. Dzięki niewyparzonej gębie Monroe wszyscy w mieście wiedzą, że ten przyjechał na weekend na swoje wesele…

– Wiesz, że teraz mówi się do niego Baron – przypomina tata, rechocząc. – Może i jego ojciec zmarł w „tajemniczy” sposób, ale dzięki temu Monroe stanął na czele rodziny, a według naszych zasad to czyni go głową rodu.

– Sram na takie „tajemnicze okoliczności”. Jedynym niejasnym elementem śmierci starego Barona jest to, dlaczego syn nie wykończył go wcześniej.

– Nie wątpię, że brał w tym udział, ponieważ facet nie był jeszcze aż taki stary. Do tego zdrowy jak ryba. Koroner chciał zrobić sekcję zwłok, ale oczywiście Strażnik na to nie pozwolił. Nigdy nie wolno sugerować innego członka Gardy. Zgonami zajmujemy się wewnętrznie.

– A śmiercią w rodzinach nie zajmujemy się wcale. Tak jak za starych czasów.

Garda próbowała odróżnić się od mafii, która działała kiedyś w Stanach Zjednoczonych. Zamiast jawnie wchodzić na drogę przestępstwa, by zaspokoić głód pieniędzy, handlowali sekretami w celu objęcia stanowisk w rządzie i przedsiębiorstwach o dużych wpływach w całym kraju.

Wystarczyły dwa pokolenia moralnych ustępstw, żeby chciwość zapuściła korzenie. Społeczność chełpi się wzniosłymi ideałami, mimo że w rzeczywistości je zdeprawowała: nagina prawdę, afiszuje się fasadą piękna, daje iluzję wolności i zagarnia dla siebie całą władzę, jaką tylko może. W dzisiejszych czasach Garda jest dokładnie taka jak jej mafijny odpowiednik, lecz dzięki infiltracji rządu członkowie mogą korzystać z wpływów, by uniknąć złapania.

W tej chwili lista wrogów jest dłuższa od listy należących do organizacji osób i po raz pierwszy jeden z naszych został oskarżony. Biorąc pod uwagę okoliczności, obecnie tym bardziej wszyscy powinniśmy się trzymać razem, a jednak oni odwrócili się od mojej rodziny.

– Tak to już jest. Garda ma zasady, a on został głową rodu…

– Ten facet to zdrajca, tato. Prędzej sam zetnę mu głowę, niż przyznam ten zaszczyt.

– Będziesz musiał jeszcze przez jakiś czas dobrze się zachowywać, Kianie, jeśli chcesz wygrać tę potyczkę.

Do diabła. On ma rację. Nie zamierzam tego jednak komentować, tylko chrząkam, ciągnąc się z frustracji za włosy.

Ojciec wzdycha znacząco, po czym dodaje:

– Cóż, tak się składa, że Baron, jak sam powiedziałeś, przyjechał do miasta na ślub, więc przekonałem jednego ze starych przyjaciół z Gardy, który nadal jest wierny McKennonom, żeby zaprosił go na naszą stałą partyjkę pokera. Oczywiście, że ta gnida nie oparła się możliwości poplotkowania.

– Ale przecież ty jesteś koszmarny w pokera! – jęczę. – Nie przegrałeś tym razem, co? Ostatnio, kiedy przerąbałeś z Baronem…

– Nie przegrałem! – Śmieje się cierpko. – Uwierz, dostałem nauczkę. Nie gram już o nic innego niż pieniądze.

Prycham, kręcąc przy tym głową. Zduszam w sobie chęć naśmiewania się z tego, jak kilka lat temu postawił w grze z Monroe Baronem Seniorem akt własności hotelu przy Las Vegas Strip. Utrata nieruchomości nie była druzgocącym ciosem, bo nadal mamy w Vegas wiele firm, które są sygnowane naszym nazwiskiem, nie wspominając o moich prywatnych akcjach, więc w tej chwili mogę się z tej sytuacji wyłącznie śmiać.

– Powinieneś był mnie zaprosić. Może odbiłbym twój hotel.

– Nie potrzebujemy go. Wystarczy nam jeden. Poza tym dobrze wiesz, że nie mogłem tego zrobić. Tak czy siak, nie zamierzałem grać, tylko obserwować. Na szczęście ten arogancki idiota był już tak zalany, kiedy do nich dołączyłem, że stałem się dla niego jedynie kolejną twarzą w tłumie.

– Gęba mu się rozwiązuje po alkoholu? Jeśli Baron wie, co dla niego dobre, powinien zostać abstynentem, tak jak wcześniej jego ojciec. Nigdy nie znosili dobrze procentów.

– Uważa, że jest odporny na wszystko, łącznie z zalaniem się w trupa. Upewniałem się, żeby jego szklanka była stale napełniana. Po jakimś czasie wystarczyło słuchać, jak marudzi i jęczy.

Powinno mnie ogarnąć poetyckie poczucie sprawiedliwości, jako że ojcu udało się okantować tego sukinsyna, ale na moment przestaję oddychać, gdy widzę jeden z najnowszych postów Roxany.

Na poprzednim zdjęciu w centrum uwagi znajdowała się Lacey w wystudiowanej, pozbawionej ekspresji pozie. Jednak bez publiczności jej występ się kończy.

Na ujęciu, które oglądam teraz, Roxana wystawia język, a przy policzku unosi środkowy palec. Ma tak przybliżoną twarz, że doskonale widzę miejsca, gdzie przestał działać nałożony na ciemnozłocistą skórę filtr usuwający pory. Dziewczyna zajmuje niemal całe zdjęcie, lecz w tle widać Lacey, zafascynowaną dwójką artystów tańczących na chodniku Vegas Strip.

Jej uśmiech to czysta perfekcja. Jest tak nieskazitelny, że niemal czuję tę samą radość, która sprawia, iż porcelanowa skóra dziewczyny promienieje. Lacey wysuwa kosmyk jasnych włosów zza ucha, jakby chciała się odgrodzić od aparatu i w spokoju cieszyć występem. Przypadkowo podczas tego ruchu promień odbija się od wielkiego, iskrzącego kamyka na palcu serdecznym.

Kurwa.

Kręcę głową i chciałbym wyjść z aplikacji, ale nie potrafię odkleić oczu od diamentu Monroe Barona, który miga mi przed oczami niczym światła awaryjne.

– Monroe zrzędzi i marudzi? – parskam. – Przecież ten jełop nie ma na co narzekać! Córka Charliego O’Shea jest właściwie przyszłą królową Gardy. Kiedy Monroe się z nią ożeni, będzie następny w kolejce do przejęcia roli Strażnika. Potem, gdy wystartuje w wyborach, otrzyma dostęp do wszystkich sekretów organizacji i bez wątpienia wykorzysta to, żeby pewnego dnia zostać prezydentem Ameryki.

A Lacey już na zawsze będzie należała do niego.

Dokuczliwy ból w piersi, który nie chce odejść, ponownie się rozpala. Z biegiem lat staje się coraz gorszy. Czekanie w ukryciu na odpowiedni moment, by dokonać zemsty, niemal mnie zabiło.

Ojciec uparł się, abym dorastał w Irlandii, z dala od knowań Gardy planującej wbić nam nóż w plecy, ale powiązania mojej rodziny ze światkiem kryminalnym sprawiły, że wplątałem się w środowisko walk. To było brutalne doświadczenie – nie zliczę, ile razy musiałem sam nastawiać sobie nos – lecz nabyte dzięki temu umiejętności nieraz okazywały się użyteczne, kiedy ojciec zlecał mi zadania w celu ochrony naszych interesów. Przez ostatni rok ratowały mi tyłek, ale nie zaznam spokoju, dopóki się nie zemszczę.

Bawię się trzymaną w dłoni kartą damy, gdy do głowy przychodzi mi pewien pomysł i aż otwieram szeroko oczy. Ojcu się to nie spodoba. Nawet jeśli dla rodziny Finneas McKennon jest miły i czuły, to w przypadku odwetu na kimkolwiek przestrzega zasad niemal biblijnie: ukraść, zabić, zniszczyć. Każdy inny rezultat uznałby za porażkę.

Strategia „wszystko albo nic” sprawiła, że został znakomitym biznesmenem, ale nie potrafi grać w pokera. Umie doskonale ocenić to, co widzi, lecz nie daje rady rozszyfrować innych graczy, jest też znany ze stawiania dużych zakładów przy słabych kartach.

A co, jeśli kradzież damy karo da mi zwycięskie rozdanie?

– Baron nie chce, żeby panna O’Shea udała się dziś na swój wieczór panieński do Rouge, zwłaszcza że dziewczyna odmawia towarzystwa ochroniarzy. Wygląda na to, że czuje się bezpiecznie w swoim mieście rodzinnym – kontynuuje ojciec, przekazując mi tym samym potrzebne informacje na temat ochrony Lacey… czy też jej braku. – Uważa również, że pójście na rewię w noc przed ich prawdziwym ślubem jest jak policzek.

– Czyli rzeczywiście mają jutro wziąć ślub? Mój kontakt nie był w stanie tego potwierdzić.

– Według samego Barona spotkają się jutro rano w sądzie, by mieć za sobą prawną część. Powiedział wręcz pannie O’Shea, żeby go wieczorem nie zawstydziła podczas tego „grzesznego” widowiska, bo wszystko odwoła.

– Niech zgadnę. On sam zachował się jak grzeczny chłopiec i po partyjce pokera wrócił samotnie do domu? – drwię, ponieważ doskonale wiem, że Monroe codziennie ma nową kochankę.

– Oczywiście, że nie. Wyszedł, obściskując się z dwiema kelnerkami z kasyna. Baronowie nie są tak lojalni jak McKennonowie. Właśnie to nie działa w Gardzie. Aranżowane małżeństwa nie muszą oznaczać wyłącznie kontraktów biznesowych, zwłaszcza jeśli ludzie zostaną dobrze dobrani. Pomimo różnic między naszymi rodami ty i Lacey świetnie do siebie pasowaliście, zanim została głupiutką lalusią z wyższych sfer. Twoja mama nigdy się nie myliła. Szantaże i władza finansowa mogą być najważniejszymi elementami w organizacji, ale nic nie daje mężczyźnie więcej siły niż ktoś, kogo kocha, u jego boku. Wystarczy, że spojrzysz na mamę i mnie. Popatrzyłem na nią tylko raz i nie widziałem już nikogo innego. Niestety, członkowie Gardy tego nie pojmują. Potrzeba ciebie jako Strażnika, by zmienić wszystko na lepsze, dlatego O’Shea się upewnił, że nim nie zostaniesz.

– Ostrożnie, tato. Nie pozwól, żebyś z wiekiem stał się cholernym romantykiem.

– Och, nie bój się, nadal jestem wystarczająco bezwzględny, by załatwiać, co trzeba. A skoro już o tym mówimy, Baron nie obawiał się wyłącznie o zachowanie nieskazitelnego obrazu panny O’Shea. Jest przekonany, że ta wpadnie w kłopoty, kiedy uda się dziś wieczorem do Rouge.

– Przecież to miejsce należy do jej rodziny. W jakie niby może wpaść kłopoty?

– Zabawne, że pytasz. Mam nadzieję, że planowany przez ciebie na dziś podstęp właśnie do tego doprowadzi. Musisz zrujnować nazwisko O’Shea, Kianie. Jeśli dobrze to rozegrasz, może Garda pójdzie po rozum do głowy i zda sobie sprawę, że jesteś przywódcą i musimy obalić tego pozbawionego kręgosłupa zdrajcę, dopóki siedzi za kratkami. Liczę na ciebie, podobnie jak wszystkie rody, które nas wspierały, gdy zostaliśmy wykluczeni. Tylko w ten sposób za jednym razem odegramy się na Baronie i O’Shea. Zniszcz ich i nie oglądaj się za siebie.

Przesuwam kciukiem po zdjęciu Lacey na ekranie, aż zasłaniam pierścionek z diamentem, a na moje usta wypływa leniwy uśmiech.

– Tak zrobię.

SCENA 2

ZIELONA WRÓŻKA

– Lacey, kochanie, czy nie uważasz, że ta sukienka… nieco za dużo odsłania?

Komentarz przyszłej szwagierki sprawia, że mam ochotę zrobić jej na złość i rozebrać się do naga, ale decyduję się udawać grzeczną „dziewczynkę Gardy” i uśmiecham się do Maeve. Chwytam tiulowy rąbek białego materiału, by go obciągnąć, mimo że drugą dłoń zaciskam w pięść.

Nie przeczę, ten strój jest idiotyczny, ale nawet nie drgnęła mi powieka, kiedy moja najlepsza przyjaciółka Roxy nalegała, żebym go włożyła. To przesadzona, wysadzana diamentami sukienka koktajlowa z koronek w stylu uciekającej panny młodej, do kompletu z tenisówkami. Będzie świetna do tańca, ale połyskująca kreacja i ogromny kwadratowy kamień na palcu serdecznym sprawiają, że wyglądam jak chodząca kula dyskotekowa.

– Spróbuj nie być zazdrosna, Mimi. – Cmoka Roxy, która staje w mojej obronie. Nalewa nam przy tym szoty, ostrożnie, by nie rozlać w limuzynie.

– Tylko mojemu bratu wolno mnie tak nazywać.

– Ale imię Maeve jest takie… sztywne.

– Lacey, spraw, żeby Roxy przestała! Kpi sobie ze mnie, odkąd wsiadłyśmy do samochodu.

Przyjaciółka uśmiecha się szyderczo, co widać jeszcze wyraźniej dzięki krwistoczerwonej szmince. Ciemnobrązowe oczy podkreśliła mocnym cieniem do powiek, a hiperrealistyczne kły sprawiają, że jest nawet bardziej onieśmielająca niż zwykle, nie wspominając o tym, że ma na sobie całkowicie czarny, skórzany kombinezon, który balansuje na granicy między seksowną wampirzycą a dominą.

– Roxy… Maeve… – ostrzegam, bo zależy mi, żeby obie się uspokoiły. – Odkąd się spotkałyśmy, syczycie na siebie jak dwie kocice, a to dopiero początek. Chcę się tylko zabawić.

– Dobra, koniec żartów. Maeve, to są urodziny mojej bestie i jej wieczór panieński. Zasługuje na to, żeby wyglądać zajebiście seksownie, jasne? W sumie jej strój jest dość grzeczny jak na Noc Diabła. Poza tym na Halloween każda ubiera się jak dziwka.

– Po prostu… ta sukienka jest taka krótka, zwłaszcza kiedy ciągle się nią bawisz. No i ma strasznie głęboki dekolt – kontruje Maeve. – Nie wspominając o tym, że mój brat może błędnie odebrać koncept „uciekającej panny młodej”. Na szali jest zbyt wiele, żeby sobie żartować na ten temat.

Nachyla się, by podciągnąć lekko mój dekolt w kształcie litery V, ale odsuwam się do tyłu i otwieram uprzednio zwiniętą w pięść dłoń, ledwie się powstrzymując przed spoliczkowaniem Maeve.

– Mnie się podoba. – Mrużę oczy, po czym pochylam się w jej stronę, tak żeby wyraźnie pijana przyjaciółka niczego nie usłyszała, i szepczę: – Poza tym nie musisz mi przypominać, jak wiele jest do stracenia.

Roxy przerywa nam, podając mi kieliszek wypełniony po brzegi wódką Belvedere. Natychmiast nieco upijam, w razie gdyby kierowca gwałtownie zahamował, aby uniknąć potrącenia pijanego przechodnia. Czysty alkohol powinien wchodzić gładko, a mimo to wzdrygam się przez ten smak.

Maeve wytrzeszcza oczy.

– Panny młode nie powinny pić szotów! To obciach!

Sięga po kieliszek, więc odchylam się i pociągam duży łyk, mimo że trunek pali mnie w przełyk.

Roxy parska.

– Powinnaś była widzieć, jak ta dziewczyna wypiła całe piwo na raz podczas meczu Saintsów w Nowym Orleanie. Przysięgam, kolesie ustawiali się w kolejce, by paść przed nią na kolano. Może i mamy obok siebie czerwony kwiatuszek Strażnika, ale twój brat na pewno nie dostanie szarej myszki.

Aż mnie skręca na dźwięk odniesienia do pretensjonalnego przydomka Gardy, Czerwonej Kamelii. Kiedy byłam dzieckiem, uważałam, że jest uroczy – tata nadał mi go, bo uwielbiałam ten śliczny kwiat. Dopiero przy okazji rozmów dotyczących małżeństwa odkryłam, że członkowie organizacji nazywają tak jedyną córkę Strażnika i że ten piękny kwiat ma zostać zerwany dla przyjemności Gardy.

Żadna z dziewczyn nie zauważa mojego dyskomfortu. Maeve, zbyt przerażona historią opowiedzianą przez Roxy, siedzi z otwartą gębą i nawet nie jest w stanie zrugać mnie za to, że się wiercę. Kiedy przyszła szwagierka zdaje się w końcu opamiętać, gładzi czarną sukienkę służącą jej jako kostium zakonnicy, i odchrząkuje, by następnie posłać mi pełne pogardy spojrzenie.

Po co tak jej zależało, żeby z nami pójść, skoro zamierzała przez cały wieczór mnie krytykować?

– Dorastałaś w Mieście Grzechu, więc może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale powinnaś zostawić takie zachowanie za sobą, kiedy skończyłaś college, tak jak ja. Choć uczęszczanie do szkoły artystycznej w Nowym Orleanie z pewnością obfitowało w pokusy, mam nadzieję, że trzymałaś nogi złączone, a nie tak, jak robisz to teraz. – Tak szybko przyciska jedno moje kolano do drugiego, że nie zdążam jej powstrzymać. – Wiesz, że mój brat oraz Garda mają pewne oczekiwania, choć jestem pewna, że Monroe będzie w stanie cię ujarzmić.

Cała się jeżę, gdy lekceważąco lustruje moją sukienkę z góry do dołu.

– Nie jestem zwierzęciem, które można ujarzmiać. Ale nie martw się, wiem, czego się ode mnie oczekuje.

Wypijam resztę alkoholu z kieliszka, bez czekania na to, czy Roxy wzniesie toast.

Może i Garda ma kontrolę nad moim życiem, ciałem i przyszłością, lecz dzięki tym krótkim chwilom buntu jestem w stanie przetrwać różne beznadziejne momenty.

– Hej! Powinnyśmy przynajmniej powiedzieć „na zdrowie” czy coś – bełkocze Roxy, więc podaję jej pusty kieliszek.

– To polej.

Będę potrzebowała tyle odwagi w płynie, ile uda mi się zmieścić, jeśli zamierzam przetrwać ostatni akt rebelii w sposób, w jaki zaplanowałam. W czasie pokazu burleski będzie miała miejsce część dla amatorów. Mój przyjaciel Tolie pracuje w naszej rodzinnej firmie rozrywkowej i zaplanował numer, w którym jeden z tancerzy wybiera mnie do udziału w występie. Minęło dużo czasu, odkąd po raz ostatni pojawiłam się na scenie, i nie mogę się już doczekać.

Roxy wzrusza ramionami i napełnia kieliszek, po czym nalewa jeszcze do dwóch.

– Proszę, Maeve, kochana, może się trochę zabawisz? Zapowiada się długa noc.

Krwistoczerwony uśmiech przyjaciółki ocieka słodyczą, gdy podaje szota Maeve, której blada cera jest niemal przezroczysta w ledowych światłach limuzyny. Przechylając się nade mną, żeby odebrać szkło, nie ukrywa grymasu.

– No już, bądź grzeczna. – Roxy wydyma pełną dolną wargę. Jeszcze w szkole podstawowej opanowała ten ruch do perfekcji i używa go zawsze, gdy czegoś chce. – Jestem jej druhną, a Lacey nalegała, żebym cię zaprosiła, mimo że siostry panów młodych to zawsze kapusie na wieczorach panieńskich. Dasz się ponieść i zabawisz z nami, by mi udowodnić, że się mylę?

Unosi pytająco wystylizowaną czarną brew, przez co Maeve rumieni się do tego stopnia, że jej policzki przybierają niemal fioletowy odcień.

– Nie jestem kapusiem. – Podniosła kieliszek. – Za pannę młodą, najpiękniejszy kwiat Gardy. Niech Bóg cię błogosławi wieloma dziećmi Baronów.

Krzywię się, ale ona nie widzi mojej miny, bo się odchyla, wypija wódkę jednym haustem i z impetem odkłada naczynie na podłokietnik.

– Dziewczyny, przestańcie kraść mi show! – jęczy Roxy. – To ja powinnam wznosić toasty. Musicie wypić jeszcze raz.

W odpowiedzi Maeve kaszle i wpatruje się w nią zmrużonymi jasnobrązowymi oczami, a jej krzywa mina jest niemal zabawna. Mimo że przez cały wieczór zachowuje się wyniośle, mam ochotę nieco odpuścić.

– Maeve, nie musisz nic pić. Ona się tylko z tobą droczy.

Przyszła szwagierka przenosi na mnie pogardliwe spojrzenie. Z tymi swoimi brudnoblond prostymi włosami, zaczesanymi do tyłu za pomocą designerskiej opaski, oraz wypisanym na twarzy rozczarowaniem wygląda kropka w kropkę jak mój narzeczony. Brakuje jej tylko koziej bródki.

– Nie pozwolę się nazywać kapusiem. Garda szczyci się dotrzymywaniem tajemnic i ja też swoich dochowuję.

Marszczę czoło pod wpływem jej ostrego spojrzenia. Nie mam pojęcia, o czym ona, do diabła, gada. Czyżby wiedziała, że razem z Roxy szalałyśmy w Nowym Orleanie na Bourbon Street i Frenchmen Street? Chyba nie? Skąd by się miała o tym dowiedzieć? Uważałyśmy, żeby nie dać się złapać.

Zanim zdążę poprosić o rozwinięcie tematu, przyjaciółka znowu polewa i wciska Maeve szota do ręki.

– Udowodnij to. Pij.

Roxy wpatruje się w nią beznamiętnie, a ja ściągam nieco brwi za krawędzią kieliszka. One coś knują, ale wątpię, by znały wzajemnie swoje plany. O cokolwiek chodzi, niech same się tym zajmą, jestem zbyt podenerwowana, żeby osobiście radzić sobie z protekcjonalizmem Maeve. Miło mieć przyjaciółkę, która mnie broni, nawet jeśli ona także przejawia pewne toksyczne skłonności.

– Nie, najpierw ty i Lacey. Ja dopiero co wypiłam, a wy nie skończyłyście!

– Jezu, Maeve, przecież nie wciskam ci na siłę wódki ani Dom Pérignon. Zamierzałam wznieść toast, a ty ściągnęłaś na siebie całą uwagę. Dlatego teraz musisz wypić karniaka, żebym w końcu mogła powiedzieć to, co chciałam, i żebyśmy nie miały pecha.

Przyszła szwagierka wykrzywia usta, ale zaskakuje mnie, biorąc od Roxy kieliszek. Nie wiem, co planuje. Ja też sądziłam – tak jak przyjaciółka – że chciała tutaj przyjść tylko dlatego, iż brat kazał jej mnie szpiegować. Nie podoba mu się, że w dniu poprzedzającym podpisanie dokumentu, na mocy którego zostanę oddana w ręce Gardy, spędzam czas na własnym wieczorze panieńskim, nie wspominając już o udziale w występie burleski.

To dla taty.

Ta myśl mnie uspokaja. To on jest powodem, dla którego w ogóle zdecydowałam się na ten układ, więc przyklejam na twarz fałszywy uśmiech i próbuję wyciągnąć z tego, co najlepsze.

– Wypiję tyle, ile będziesz chciała, Roxy.

– To lubię!

– Nie, nie, nie. Nie chcemy, żeby panna młoda upiła się w swój wieczór panieński!

– Mów za siebie – prycha przyjaciółka. – Z niecierpliwością czekam, aż moja dziewczyna będzie wstawiona.

– Ona żartuje, Maeve. Nie zamierzam się upić, przysięgam.

Nie mogę, jeśli chcę dzisiaj tańczyć. Tyle że przyszła szwagierka nie wie, co zaplanowałam.

– Dobrze. – Kiwa głową. – Jutro masz ważny dzień.

– Dlaczego? Co będzie się działo jutro? – pyta Roxy, a moje serce traci rytm. – Masz już wydepilowaną papaję, jej matka zajmuje się próbną kolacją i planowaniem ceremonii, a samo wydarzenie odbędzie się w sobotę. Myślałam, że jutro masz wolne?

Maeve może nie jest kapusiem, ale na pewno nie potrafi dochować tajemnicy tak dobrze, jak twierdzi. Tylko nasze rody są świadome, że Monroe i ja podpisujemy rano akt ślubu. Nie chcemy, żeby ktokolwiek mieszał się w formalności związane z samym zawarciem małżeństwa, a wielka wizja Barona dotycząca wystawnej kolacji przedślubnej i zaskakującego, ekstrawaganckiego wesela – przy którego organizacji moja mama niemal wyrwała sobie włosy, próbując doprowadzić wszystko do perfekcji – jest wyraźnym znakiem ostrzegawczym dla każdego, kto mógłby chcieć pokrzyżować nam plany, by zyskać przewagę w naszej społeczności.

– Przepraszam, chodziło mi o sobotę… – bredzi dalej Maeve, rzucając kolejnymi tajemnicami jak przez sitko. – Sobota jest ważna. O ile do tego czasu Lacey nie wprawi mojej rodziny w zażenowanie, jedyne, czym w najbliższej przyszłości będzie się musiała martwić, to stworzenie dziedzica.

Jej słowa uderzają mnie obuchem w pierś i lądują między nami niczym cegła.

Nie jest tajemnicą, jak Garda traktuje kobiety: przed ślubem to są ozdóbki, a potem klacze rozpłodowe. Jednak fakt, że inna kobieta potrafi przyjąć to z takim spokojem, sprawia, że zaczynam się obawiać o przyszłość tej organizacji.

– Wiesz co, nie zamierzam siedzieć bezczynnie, kiedy mój mąż będzie rządził. Nie musimy być tylko żonami na pokaz, jeśli tego nie chcemy. Wystarczy, że spojrzysz na moją mamę. W czasie gdy ojciec siedział w więzieniu, ona bez problemu zarządzała jego interesami.

Maeve prycha.

– Tylko tymi, co do których rząd nie wszczął śledztwa. Dobrze, że mój brat uratuje sytuację.

Uważam, by nie zareagować w sposób, przez który przyjaciółka mogłaby zauważyć, że Maeve w dalszym ciągu zdradza tajemnice podczas swoich pijackich wyznań w limuzynie. Kocham Roxy, ale jest lojalna wobec własnej rodziny, a w zeszłym roku Muñoz byli nieprzewidywalni w podejmowanych działaniach. Ludzie z Gardy, tacy jak jej ojciec, chętnie handlują – a nawet zabijają – dla władzy, kiedy tylko wyczują czyjąś słabość. Monroe z kolei jest jednym z managerów finansowych mojego taty, więc zeznania chłopaka będą kluczowe, aby udowodnić jego niewinność. Nasze rody utrzymywały w tajemnicy fakt, że ma wystąpić przed sądem, bo nie chcemy, by inne rodziny, takie jak Muñoz, dowiedziały się, jak ważny jest Monroe w kwestii wolności ojca.

Po pierwszym aresztowaniu taty nagły brak pochlebstw i lizania po dupach był ogromną zmianą w porównaniu do tego, do czego byłam przyzwyczajona. Dwa lata później ojca znowu zatrzymano, tym razem z innych powodów, a sędzia odesłał go do więzienia, gdzie jest zmuszony siedzieć aż do rozprawy – która się odbędzie nie wiadomo kiedy, przez cholernie powolny system sądowniczy.

Gdy zniknął, zrodziło się pytanie, czy Garda zdecyduje się go obalić, co dla mamy i mnie mogłoby oznaczać, że nawet nie dożyjemy rozprawy. Jeśli patriarcha umiera, nie pozostawiwszy po sobie syna lub brata, który zająłby jego pozycję, niedługo potem reszta jego krewnych umiera w „tajemniczych okolicznościach”, a fortuna zostaje przekazana Gardzie i rozprowadzona pośród pozostałych rodów.

Jednak zgodnie z precedensem jedyny sposób, by rola Strażnika przeszła na kogoś innego, to śmierć pełniącej ją osoby. Więc mimo że ojciec siedzi za kratkami, nadal ma całkowitą kontrolę nad Gardą. Funkcjonariusze odwracają głowy, gdy używa przeszmuglowanego telefonu, aby negocjować sojusze, a tajemnice, których wciąż dochowuje, jednocześnie zabezpieczają mnie i mamę. Nasza społeczność świetnie prosperuje pod jego ręką.

Do tej pory jedyny problem stanowili McKennonowie, ale ich nic nie potrafi utrzymać w ryzach.

Pomimo tego, że nigdy nie spotkałam członków tej rodziny, kiedyś pojawił się pomysł, bym poślubiła ich dziedzica. Zaniepokoił mnie ten układ, jednak po tym, jak lata temu poznałam matkę chłopaka – słodką kobietę – nawet się ucieszyłam, że wezmę z nim ślub. Gdy zerwał kontrakt, byłam zdruzgotana… na początku. Niedługo potem dowiedziałam się, że jest taki sam jak inni w naszym światku. Wszyscy uważają, że to moja rodzina wycofała się z umowy, lecz ojciec wyjawił mi prawdę.

Kian McKennon mnie nie chciał. Pragnął władzy. A to sprawiło, że poczułam wściekłość.

Nie obeszło go, że mojego ojca wrobiono, a kiedy zostałam odrzucona, w końcu zrozumiałam, dlaczego mój ród zawsze nienawidził McKennonów.

Na szczęście Monroe Baron stanął na wysokości zadania i poprosił mnie o rękę. Garda nie jest świadoma, że mężczyzna wierzy w niewinność taty, więc uważają go za świętego, bo poniża się dla mnie – córki domniemanego przestępcy.

Tak jednak sądzi organizacja, tymczasem Maeve zna prawdę, dlatego jej długi język doprowadza mnie do wrzenia.

– Nie zrobiłam nic, czym mogłabym zawstydzić twoją rodzinę.

– Nie ma znaczenia, czy to ty przynosisz wstyd, czy twój ojciec. Kiedy mój brat zostanie Strażnikiem, wszyscy zapomną o zhańbionym rodzie O’Shea, tak jak się to stało w przypadku McKennonów.

– O’Shea zostaną zapomniani? – Roxy otwiera oczy tak szeroko, że przypominają piłeczki golfowe. – Może jesteś siostrą następnego Strażnika, ale Lacey to nadal przyszła królowa Gardy.

– Nie, nie, nie o to mi chodziło. – Maeve kręci szybko głową. – Mówię, że zapomni się o hańbie rodu O’Shea.

– Przecież powiedziałaś „o zhańbionym rodzie O’Shea” – przypominam.

– Och, nie, źle mnie usłyszałyście, głupiutkie. Nie powiedziałabym czegoś takiego. – Zbywa tę myśl machnięciem ręki, jakbym to ja popełniła błąd.

Kiedy razem z przyjaciółką nadal patrzymy na nią srogo, Maeve śmieje się podenerwowana i zaczyna grzebać w torebce, z której wyciąga buteleczkę leków bez etykiety.

– Co ty robisz? – pyta Roxy. – Czy to jest Valium?

– To tylko tabletka na ukojenie nerwów. – Dziewczyna wyuczonym ruchem ręki podważa nakrętkę.

– Zaczekaj – wtrącam. – Piałaś alkohol. To na pewno dobry pomysł?

– Nic mi nie będzie. Już tak robiłam.

– To nie do końca taka sama sytuacja…

Jednak ona mnie ignoruje i odchyla głowę, tak jak wcześniej, gdy piła wódkę. Widzimy, jak tabletki się zsuwają w plastikowym, pomarańczowym, opakowaniu. Moment później Maeve bierze kilka łyków alkoholu i połyka wszystko naraz.

Nie jestem w stanie określić, ile wzięła, ale po chwili chowa buteleczkę z powrotem do luksusowej torebki i uśmiecha się do mnie, jakby wcale nie obraziła mojej rodziny, nie połknęła tabletek niewiadomego pochodzenia i nie popiła ich drogą wódką, i to w tak krótkim czasie.

Roxy dochodzi do siebie szybciej niż ja i powoli unosi trzy kolejne kieliszki, czym niweczy możliwość dalszego przepytywania przyszłej szwagierki.

– Tak więc w tej nieprzyjemnej sytuacji… za jednego kutasa na resztę życia! I za miliony dolarów, które, miejmy nadzieję, pozwolą ci zapomnieć o tej części z jednym kutasem. Na zdrowie!

Przyjaciółka stuka wszystkimi kieliszkami, ja chichoczę, a Maeve wygląda na głęboko zbulwersowaną, co nie przeszkadza jej w wypiciu wódki niczym profesjonalistka.

W momencie gdy napój prześlizguje się po kubkach smakowych, zaciskam oczy i potrząsam głową w reakcji na nieprzyjemne pieczenie.

– Jezu, to dociera prosto do jajników – mamroczę, ignorując nieustępliwy wyraz dezaprobaty na twarzy Maeve.

– Och, zapomniałam! – Roxy grzebie w torebce, z której po chwili wyjmuje niewielki plik karteczek wielkości wizytówek połączonych srebrnym kółkiem i mi go podaje. – To dla ciebie.

Marszczę brwi, lecz wtedy dostrzegam na wierzchu pismo przyjaciółki. Różowe litery i ozdobione wieloma zawijasami słowa. „Porwanie suczki wieczoru”. „Depilowanie papai i pedicure”. Na kolejnych karteczkach widzę: „Głupia komedia romantyczna, wybrana przez pannę młodą”, „Wieczór zalanych w sztok jajników” oraz „Chciałabym nadal być singielką”. Po nich następuje jeszcze wiele, wiele innych.

– Sama to dla mnie zrobiłaś?

Czuję ucisk w piersi, kiedy widzę, ile serca włożyła w ten prezent.

Roxy wzrusza ramionami, starając się zachować najbardziej nonszalancką minę osoby należącej do Gardy.

– Wspominałaś o swoich obawach, że nie będziesz w stanie się ze mną spotykać. Za każdym razem, kiedy zechcesz użyć jednej z karteczek, wyślij mi zdjęcie, a ja, nie zadając zbędnych pytań, przybędę, by cię porwać.

– Roxy… – Oczy wypełniają mi się łzami. – To przeurocze…

Maeve wyrywa mi kartki z ręki i odrywa jedną z nich.

– „Chciałabym nadal być singielką”? Serio? Tej raczej nie będziesz potrzebować. Nigdy.

Przyjaciółka szybko odbiera jej kupony i wciska je pod ciasny kombinezon, by następnie zamachać porwaną kartką w powietrzu.

– Wiesz co, Maeve? Uważam, że ta będzie świetnie pasować do dzisiejszego babskiego wyjścia. W końcu nie ma to jak wieczór panieński, podczas którego czujesz, że chcesz znowu być singielką.

– Nie. Dni singielstwa Lacey skończyły się, gdy mój brat zaaranżował ich małżeństwo i długo czekał, zanim jej rodzina zgodzi się przyjąć ofertę. Nie powinna chcieć mieć kaca ani robić niczego głupiego tak blisko ślubu.

Chciałabym się z nią pokłócić z czystej złośliwości, ale niestety ma rację. Minęło dużo czasu, a właściwie to lat, lecz właśnie tak działa Garda. Nie powinniśmy wchodzić w związek małżeński do czasu urodzin wypadających po ukończeniu college’u. Ani dnia wcześniej.

Jedna noc. Tyle mi zostało z życia singielki.

W naszym świecie czekanie na ślub uważa się za dar z niebios, który ofiaruje nam odrobinę wolności przed tym, jak odpowiedzialność założy nam łańcuchy. Świadomość, że mam porzucić swoją pasję i stanąć u boku mężczyzny, który realizuje własną, rozrywa mi duszę. Monroe nie omieszkał podkreślić, że chce mnie wyłącznie ze względu na nazwisko ojca i zajmowaną przez niego pozycję. W momencie gdy powiję dziedzica Baronów, odziedziczy spadek i zapewni sobie wsparcie społeczeństwa w ambicjach politycznych.

Kobiety w Gardzie są przekazywane z rąk do rąk w zamian za władzę, niczym karty do gry, aby podtrzymać dynastie i fortuny. Bez uznanej przez organizację żony oraz potomka połowa spadku Monroe przeszłaby na Maeve – o ile ona sama wzięłaby ślub i urodziła dziecko – lub została oddana Gardzie. System „płać, by grać” to bezlitosna i przestarzała praktyka, ale tak można podsumować całą naszą organizację. Jako bezwzględną i archaiczną.

A ja nic nie mogę z tym zrobić.

Jeszcze.

Ta myśl prześlizguje mi się przez głowę, jednak szybko ją od siebie odpycham. Taniec to jedno, lecz bunt przypominający zamach stanu nie jest najmądrzejszą rzeczą, o której powinno się myśleć podczas picia alkoholu w towarzystwie spiętej przyszłej szwagierki.

Limuzyna zwalnia, a moment później staje, co sprawia, że Roxy z podekscytowania wierci się na siedzeniu. Gdyby robił to ktokolwiek inny, wyglądałby zabawnie, ale dziewczyna była jedną z najlepszych tancerek w Konserwatorium Bordeaux – szkole artystycznej, do której uczęszczałyśmy w Nowym Orleanie. Każdy wykonywany przez nią ruch zawsze jest idealny i płynny, choćby nie wiadomo co.

– Jesteśmy na miejscu! – fałszuje i wypija duszkiem trunek prosto z butelki. Zasysa powietrze i prycha, po czym podaje alkohol Maeve.

– Pij, Mimi. Trzeba ci wyciągnąć ten kij z tyłka.

Dziewczyna marszczy czoło, ale pociąga łyk. Lata treningów, żeby kobiety robiły to, co się im mówi, sprawiły, że większość z nich jest uległa. Biorąc pod uwagę to, jak bardzo Baron nalegał na kontrolowanie mojego życia jeszcze przed małżeństwem, nie zdziwiłabym się, gdyby Maeve wyskoczyła przez szklaną ścianę pobliskiego baru na dachu, jeśli kazałby jej to zrobić ktoś bogatszy od niej.

– Ty też, przyszła Pani Kij W Dupie.

Roxy puszcza mi oczko, wyjmując z chłodziarki jeszcze jedną butelkę Dom Pérignon, którą następnie wyciąga w moją stronę.

Odbieram ją i chichocząc, unoszę do ust. Nie mogę się doczekać, aż słodki napój ukoi nerwy, ale wtedy w kieszeni sukienki rozlega się dźwięk telefonu.

– Szlag.

Przekazuję szampana Roxy, czym przeszkadzam jej w droczeniu się z Maeve. Mogłabym przysiąc, że specjalnie próbuje ją upić, a jako że przyjaciółka często pije tak długo, aż urwie jej się film, z kolei Maeve wcześniej zażyła Valium, nie będę zdziwiona, jeśli się okaże, że muszę się zająć nimi obiema podczas własnego wieczoru panieńskiego.

Wyjmuję komórkę z kieszeni i zerkam szybko na ekran przed przyłożeniem jej do ucha.

– Monroe? Zaraz wejdziemy do klubu. Mogę do ciebie zadzwonić później?

Narzeczony prycha. Od początku, kiedy Roxy i Tolie to wymyślili, był wkurzony, że wybieram się na męską rewię. Ponieważ jego siostra popatruje na mnie zamglonym alkoholem, lecz pełnym zainteresowania wzrokiem, powstrzymuję się od przewrócenia oczami. Pewnie nie będzie niczego pamiętała z tej nocy, ale lepiej się zabezpieczyć, niż później paść ofiarą szantażu.

Roxy wygląda na zadowoloną z siebie, więc dociera do mnie, że rzeczywiście próbuje ją upić. Może chce się w ten sposób upewnić, że nie wygada bratu o moim tańcu? Liczyłam na sytuację pod tytułem „najpierw ślub, potem błaganie o wybaczenie”, ale gdyby Maeve niczego nie zapamiętała z tego wieczoru, byłoby jeszcze lepiej.

– Nie rozumiem, po co w ogóle musisz iść na to idiotyczne przedstawienie. Na litość boską, przecież to znany klub ze striptizem! To żenujące, że moja przyszła żona się do niego wybiera.

– A niby gdzie ma się odbyć twój wieczór kawalerski, co? W klasztorze?

Monroe sapie z rozdrażnieniem.

– Oczywiście, że nie, ale mężczyźni to co innego. Nie powinnaś włóczyć się po mieście w takiej sukience.

Spoglądam w dół.

– Skąd wiesz, co mam na sobie?

Kiedy podnoszę wzrok, widzę, że Maeve patrzy wszędzie, byle nie w moją stronę.

Oczywiście, że mnie przed nim wsypała. Pewnie wysłała mu wspólne zdjęcie naszej trójki zaraz po tym, jak je zrobiłyśmy. Nie powinnam się po niej spodziewać niczego innego, ale szczerze mówiąc, nie sądziłam, że zrobi to tak szybko.

– Tylko sobie zapamiętaj, że nie mam problemu, żeby przesunąć ten ślub w ramach kary. Może nawet… aż na termin po rozprawie twojego ojca? Co by się wtedy stało? Dużo trudniej jest uzyskać oczyszczenie z zarzutów niż werdykt o niewinności. Nie przynieś mi dzisiaj wstydu, Lacey.

Od jego chłodnej groźby oddech zamarza mi w płucach. Część mnie pochodząca z rodu O’Shea ma ochotę się sprzeciwić Monroe – jak on śmie próbować zastraszania i używać do tego wolności ojca?

Niestety, sytuacja, w jakiej się znajduję, każe mi nałożyć błyszczącą maskę zarezerwowaną dla świata, który chce patrzeć wyłącznie na ładne rzeczy. Świata, w którym jestem widziana, ale nie słyszana. Ta część mojej osobowości ma ochotę schować się gdzieś w kącie.

Niewyparzona gęba decyduje się posłuchać obu stron i zanim logika zaczyna działać, mówię:

– Monroe, to mój wieczór panieński. Zamierzam dobrze się bawić. Rouge należy do Gardy. Do rodu O’Shea. Nie napadną mnie tam paparazzi. Ludzie ojca są mu lojalni i obiecuję, że po wszystkim do ciebie zadzwonię. Tak, jak ustaliliśmy.

Mężczyzna złorzeczy, ale nie mogę dojść do tego, co mówi. Kiedy w końcu wypowiada słowa wyraźniej, cała się jeżę na jego ton.

– Kurwa, Lacey, nawet się nie kłopocz. Próbowałem cię ostrzec. Szkoda by było, gdyby wszystko się rozpadło przez to, że upijesz się jak jakaś dziwka z baru. Co zrobi twój ojciec w więzieniu, jeśli nie będzie mógł cię użyć jako karty przetargowej? Lojalność Gardy nie trwa wiecznie.

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale się rozłącza. Serce łomocze mi w piersi, więc oglądam się na Roxy, gotowa błagać, aby zabrała mnie do domu i żebyśmy zakończyły wcześniej tę noc.

– Może zamiast tego obejrzymy jakąś komedię romantyczną czy coś…

– Nie. Masz. – Podaje mi kieliszek z zielonym płynem. – Wypij to. Prezent od Toliego.

Przyglądam się z podejrzliwością napojowi. Jeszcze zanim go powącham, wyczuwam lukrecję.

– O rany, co to jest?

Roxy prycha.

– Zielona wróżka. Poczujesz się po niej świetnie, skarbie. O nic się dzisiaj nie martw. Tolie i ja wszystkim się zajmiemy. – Wskazuje głową czkającą Maeve, czym potwierdza moje podejrzenia. – Co się dzieje w Rouge, zostaje w Rouge.

Puszcza mi oczko, a ja odnoszę wrażenie, jakby kamień, który przygniatał klatkę piersiową, został uniesiony. Uśmiecham się nieśmiało i wypijam zawartość kieliszka. Natychmiast czuję pieczenie i jeszcze nawet przed przełknięciem ostry smak lukrecji. Drżę i walczę, żeby nie zwrócić płynu.

– Uff! To było mocne.

Przyjaciółka chichocze.

– Robi robotę. A teraz chodźmy porzucać absurdalną ilością pieniędzy w zachwycających półnagich ludzi.

Jak na zawołanie jeden z ochroniarzy Roxy otwiera drzwi limuzyny. Zgiełk Fremont Street rozbrzmiewa echem po obu stronach podziemnego parkingu, odbija się od ścian i wysokiego, betonowego sufitu. Znajdujemy się w samym centrum Las Vegas, w Hotelu i Kasynie Montmartre – które należą do mojej rodziny – a biegnące wzdłuż sufitu jasnoczerwone LED-y są jedynym źródłem światła.

Minęły wieki, odkąd ostatnim razem odwiedziłam tę część miasta. Tak długo siedziałam w Nowym Orleanie, że niemal zapomniałam, jak to tutaj wygląda.

Zaraz po opuszczeniu samochodu krzyżuję wzrok z przedstawionym w formie ogromnego, trójwymiarowego murala diabłem – a raczej jego głową – rozciągającym się na ścianie od podłogi aż do sufitu. Trzyma obracające się łopaty zrujnowanego czerwonego wiatraka, jakby właśnie był w trakcie dziesiątkowania ludności zamieszkującej idylliczną francuską wieś namalowaną za nim. Obraz składa hołd zarówno światowi przestępczemu, jak i oryginalnemu kabaretowi Moulin Rouge w Paryżu. Drzwi do klubu znajdują się w ogromnej, szeroko otwartej paszczy diabła, z której, niczym język, rozwija się długi, czerwony dywan. W lokalu dudni muzyka, a mnie przechodzi dreszcz ekscytacji.

– Nie martw się – szepcze Roxy po tym, jak również wysiada z limuzyny. – Upewnię się, że ta karta zostanie odpowiednio wykorzystana.

Bierze mnie pod ramię i z szerokim uśmiechem wskazuje czerwony, neonowy znak nad powoli obracającymi się łopatami wiatraka.

– Witaj w Rouge, Lacey.

SCENA 3

DIRTY DANCING

– Witajcie w Rouge!

Głęboki głos Toliego niesie się ponad ryczącą z głośników muzyką, co tworzy iluzję, że chłopak znajduje się w każdym miejscu przestronnego lokalu.

Drzwi otwierają się na urządzone w stylu kabaretowym pomieszczenie, gdzie ludzie siedzą w grupkach przy stolikach przed sceną. Kiedy akurat nie trwa Halloween, to miejsce jest pięknie udekorowane w barwach czerwieni i srebra, łącznie z zasłonami i zastawą stołową. Luksusowy wygląd idealnie pasuje do mojej rodziny, ale również do Gardy, gdy ta organizuje imprezy charytatywne i bale. Dzisiaj jednak wystrój pomieszczenia został zmieniony tak, by sprawiać wrażenie, że ogień i siarka buchają z podziemia, a widoku dopełnia znajdująca się po prawej stronie sceny szeroko otwarta paszcza prowadząca do piekła.

Przybyłyśmy w połowie pierwszego aktu. Ustawione w linii kobiety tańczą powolną, erotyczną wersję kankana – kolejny hołd złożony oryginalnemu kabaretowi Moulin Rouge, który znany był z żywiołowego tańca w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku. W czarne skrzydła, przypominające stylem Victoria’s Secret, powplatano krzykliwe, kolorowe pióra – kobiety są przebrane za upadłe anioły. Spódnice w kolorze nieba o północy powiewają przy talii w momencie, gdy tancerki unoszą w powietrze okryte do ud nogi, wykonując zmysłową wersję port d’armes.

Ten ruch taneczny wymaga, by artystki, stojąc na jednej nodze, obróciły się na niej, z drugą wyprostowaną do sufitu. Wygląda to idealnie, nawet kiedy się wyginają, żeby przejechać dłońmi od zakrytych butami na obcasie kostek aż do ud. Mięśnie brzucha tancerek muszą być twarde jak skała, bo do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fakt, że utrzymują tę pozycję przez cały czas, gdy bramkarz prowadzi nas do stolika.

Nasze miejsca znajdują się na samym przodzie, dokładnie pośrodku. Kiedy przechodzimy przez widownię, widać wyraźnie, że nie jesteśmy jedynymi dziewczynami biorącymi udział w wieczorze panieńskim, które mają na sobie stroje na Halloween. Łatwo jest rozpoznać panny młode, ponieważ każdą z nas – na tle przebranych w kostiumy kobiet – wyróżnia biel. Oczywiście nasze małe przyjęcie – uciekająca panna młoda, wampirzyca i dziewczyna w zwykłej czarnej sukience robiącej za kostium zakonnicy – nie umywa się do reszty. Od początku to wyjście trudno było nazwać imprezą, ale miejmy nadzieję, że rozkręcimy się dzięki występowi.

Kiedy tancerki kończą pokaz, zza szarych, poszarpanych zasłon w kącie sceny, z kłębu dymu nagle wyłania się Tolie. Wystylizowane tak, by przypominać kolce, fioletowe włosy tworzą wyraźny kontrast z czarnym smokingiem, a wizerunek mistrza ceremonii podkreśla akcent kolorystyczny – pomarańczowe, pierzaste boa, które chłopak owinął wokół szyi. Gdy Tolie się uśmiecha, teatralny, sztuczny wąs podwija mu się na oliwkowych policzkach.

– Choć zdaje się, że siedzimy w piekle, nie lękajcie się! W Rouge zawsze są obecni niebiańscy mężczyźni! A w Noc Diabła przygotujcie się na spotkanie z… – Rozkłada ręce w powitalnym geście, kiedy kurtyny rozsuwają się z trzepotem. – …demonami!

Wokół mnie wybuchają dzikie, piskliwe krzyki, więc klaszczę razem z innymi, gdy na scenie pojawia się sześciu ogromnych mężczyzn w pelerynach z kapturem, które zakrywają ich od stóp do głów. Muzyka nagle cichnie, a wraz z nią milkną kobiety, próbując zebrać się w sobie po tym, jak oszalały na widok ubranych facetów. Wtedy jednak rozpoczyna się nowy utwór i wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Ekscytujący hip-hopowy bit sprawia, że wiercę się w miejscu, bo chcę tańczyć, więc zaciskam dłonie w pięści i kładę je na kolanach, żeby się powstrzymać, rozluźnić i cieszyć występem do czasu, aż przyjdzie kolej na mnie.

Mężczyźni poruszają się równocześnie. Ślizgają się po scenie do samej krawędzi, gdzie czekają na uderzenie basu. W tym momencie podnoszą głowy w czarnych maskach i wszyscy razem zdejmują peleryny, ukazując muskularne klatki piersiowe, pokryte olejkiem mięśnie brzucha i nabrzmiałe ramiona. Z pelerynami w rękach wykonują akrobacje – salta, przewroty w tył oraz piruety w powietrzu – dzięki czemu materiał powiewa za każdym z nich, aż w końcu ląduje w pobliżu zasuniętych zasłon.

Podczas gdy tancerze występują z przodu sceny i ściągają na siebie wzrok widowni, moje spojrzenie wędruje ku ruchowi z tyłu, gdzie technicy wbiegają z krzesłami, które zaczynają ustawiać w równą linię. Kiedy ostatni z nich znika z pola widzenia, wszyscy faceci kierują się w tamtą stronę – niektórzy idą do tyłu na kolanach, wprawiając przy tym ciało w falujący ruch, z kolei inni wypychają biodra w kierunku tłumu.

Gdy każdy zajmuje swoje miejsce, sześciu mężczyzn rozpoczyna zmysłowy striptiz. Ich oczy, mimo że schowane za maskami demonów, z łatwością absorbują uwagę widowni, a w uszach aż mi dzwoni od wygłodniałych dźwięków wydawanych przez ludzi.

– Podniecające, co?! – wrzeszczy pijanym głosem Roxy, ponad głośną muzyką i piszczącymi kobietami, a ja kiwam z aprobatą głową.

– Trochę jestem na siebie zła, że nigdy wcześniej nie widziałam takiego występu!

– Oczywiście, że nie widziałaś! Cenny kwiatuszek Strażnika na męskiej rewii? Toż to skandal! – Wciąga powietrze z udawanym przerażeniem, by następnie wybuchnąć śmiechem. – Musimy poużywać życia, zanim utkniesz, wychowując dzieciaka, i będziesz się nudzić na śmierć aż do końca swoich dni.

Przyjaciółka unosi kieliszek w toaście, uśmiechając się niesfornie i nie zdając sobie sprawy, że przez ostatnie słowa żołądek skręcił mi się w supeł. Ta dziewczyna jest duszą towarzystwa, którą ciągnie do klubów nocnych jak ćmę do światła, ale pić to ona nie umie. Fakt, że zamówiła kolejkę szotów, nie wróży dobrze, zwłaszcza że przesiedziałyśmy tutaj dopiero połowę piosenki. Kątem oka dostrzegam, że głowa Maeve opada na pierś. Te dwie mogą odpłynąć, jeszcze zanim wyjdę na scenę.

A niby to ja miałam się dzisiaj najbardziej upić.

Cieszę się, że się nie napiłam już w trakcie przygotowań, w przeciwieństwie do Roxy. Co prawda czuję działanie alkoholu, ale na razie wyłącznie krąży mi w organizmie i dodaje odwagi, by wystąpić po raz pierwszy, odkąd skończyłam szkołę.

Przyjaciółka wychyla kieliszek beze mnie i stuka nim o stół. Ściąga z tacy kolejny i wpycha mi do ręki.

– Ciesz się tym, dopóki możesz, lassska. Jeśśśli plotki o Baronie są jednak prawdziwie, to może być twój ossstatni wieczór.

Ledwie potrafię zrozumieć pijackie słowa, ale ostrzeżenie wybrzmiewa jasno. Krew odpływa mi z twarzy, aż dostaję zawrotów głowy, więc wypijam kieliszek za jednym razem. Choć owocowy napój nie jest tak silny jak ten, którym raczyłyśmy się w limuzynie, robi swoje. Kiedy odkładam kieliszek w taki sam sposób jak Roxy, jej uśmiech znika.

– Szkoda, że to wszystko nie potoszyło się inaczej. – Słowa spływają powoli, jak gdyby próbowała je odnaleźć na języku. – Z Kianem mogło wyjść lepiej.

– Tiaaa, ale chyba nie bardzo mam na to wpływ, co nie?

Nawet gdyby mnie chciał – gdybym to ja chciała jego – to było już bez znaczenia. On nie dałby rady uratować ojca.

Akurat tego nie mówię Roxy. Omijam następną kolejkę i popijam szampana. Nie planowałam zalać się dzisiaj w trupa, jednak nie wiadomo, co będzie dalej, jeżeli przyjaciółka nie przestanie tak gadać.

– Co prawda, to prawda. Jednak dzisiaj rządzisz tyyyyy! I któssz to wie? Jeśli dobrze to rozegrasz, mosze kogoś zaliczysz?

Przenoszę szybko wzrok na Maeve, żeby sprawdzić, czy usłyszała te słowa, lecz ona nadal nie podnosi podbródka z piersi, a oczy ma zamknięte. Dzięki Bogu, chyba jestem bezpieczna.

W Gardzie panuje mizoginistyczna zasada, że kobiety aż do nocy poślubnej muszą pozostać „czyste”, tak abyśmy nie „zrujnowały swego piękna i wartości”. Dokładnie tak określiła to matka, kiedy ostrzegała mnie przed chłopcami, gdy miałam dwanaście lat. To obrzydliwe podwójne standardy ustalone przez mężczyzn, którzy zarabiają miliony na klubach ze striptizem i nie mają zielonego pojęcia, że nawet zwykły tampon może „pozbawić nas dziewictwa”, niekoniecznie kutas. Zbuntowałam się, kiedy tylko wyjechałam do college’u.

Tamtej pierwszej nocy Roxy kryła mnie przed naszymi ochroniarzami, podczas gdy ja zaprowadziłam do łazienki najseksowniejszego turystę, jakiego udało mi się znaleźć. Do dziś jest to najlepszy uprawiany przeze mnie seks, i to nie dlatego, że było romantycznie – wręcz przeciwnie, nawet nie było też dobrze – tylko dlatego, że to JA podjęłam tę decyzję. Moje pierwsze duże „pierdol się” wymierzone w Gardę. Gdyby Baron odkrył, że sypiałam z innymi, wszystko mogłoby się zepsuć, ale na szczęście sekretny plan Roxy wypalił i Maeve odpłynęła w sekundę.

Ucisk w piersi słabnie, choć nerwy napinają się jak postronki, kiedy przypominam sobie, że rzeczywiście wystąpię dzisiaj po raz ostatni. Na szczęście pełne podniecenia krzyki przyjaciółki mnie napędzają. Odwracam się i widzę, jak rozrzuca dookoła jednodolarówki – choć, jakimś cudem, żadna nie trafia w mężczyzn.

Niedługo potem szczerzę się od ucha do ucha i odpuszczam. Obserwuję, jak faceci na scenie tańczą i wirują. To nie do końca tancerze erotyczni, bardziej akrobaci – wręcz czuję, jakbym oglądała jedno ze swoich ulubionych widowisk Cirque du Soleil. Nie jestem tym jednak wcale zaskoczona.

Artyści w Las Vegas są najlepsi z najlepszych – muszą tacy być ze względu na wyścig szczurów. Łapię się na tym, że zamiast podziwiać ich muskulaturę, analizuję ruchy. Oczywiście do czasu, kiedy zdzierają z siebie resztę demonicznych kostiumów i pozostają w samych czarnych slipach.

W tym momencie tłum zaczyna szaleć tak, że zagłusza muzykę. Gdy ludzie nieco się uspokajają, rytm ulega zmianie. Mężczyźni ustawiają się w kolejce i zamierają, przygotowani. Ich sylwetki zasłaniają widok na to, co znajduje się za kurtyną, która nagle się rozsuwa. Dudniący, głęboki bas nabiera złowieszczego tonu, od którego mój puls przyspiesza.

– A teraz… – Kiedy z głośników płynie głos Toliego, krew zaczyna mi wrzeć w żyłach. Dociera do mnie, że to niemal moja kolej. – Diabeł we własnej osobie!

Demony klękają jednocześnie, ukazując ogromnego mężczyznę w czerwonej pelerynie. Diabeł, o którym mowa, w odpowiedzi na oklaski unosi czerwone berło, żeby zaraz z powrotem je opuścić. Ponieważ górną połowę twarzy zasłania mu maska z rogami, jedyne, co go wyróżnia, to krótkie, zmierzwione brązowe włosy, ostro zarysowany podbródek pokryty kilkudniowym zarostem i usta zaciśnięte w poważnym grymasie. Kiedy podnosi głowę, spojrzenie jego ciemnych oczu – okryte blaskiem reflektora – jest skupione. To myśliwy polujący na zwierzynę.

Kroczy powoli na przód sceny, dopasowując ruch do hipnotyzującego rytmu płynącej z głośników piosenki – Play with Fire Sama Tinnesza. Tłum szaleje w gorączce, a diabeł uśmiecha się szeroko, jakby nie mógł nic na to poradzić. Biorąc pod uwagę, jak kobiety go zagrzewają, wystarczą proste ruchy, by je podniecić.

Tolie ostrzegał, że nowy facet potrzebuje więcej doświadczenia, zanim zostanie dołączony do prawdziwego numeru, i to jeden z powodów, dla których przyjaciel pozwala mi wziąć udział w amatorskim występie. Nowy nabędzie doświadczenia scenicznego bez presji uczenia się choreografii, a ludzie najwyraźniej kochają momenty, kiedy siedząca wśród widowni osoba okazuje się utalentowana i zaskakuje, przejmując fragment show. Mężczyzna będzie musiał tylko stać i ładnie wyglądać, podczas gdy ja będę się nim zabawiać.

– Diabeł nie czeka na nikogo… ani na mężczyznę, ani na kobietę – ogłasza Tolie. – Jednakże! W Noc Diabła, jak i każdą noc w Rouge, panie zawsze mają pierwszeństwo. A tego wieczoru wybierze jedną z was!

Kobiety piszczą z wyczekiwania, diabeł zaś unosi berło, by wydać rozkaz. Wszyscy w pomieszczeniu natychmiast się skupiają, a ja przesuwam na brzeg krzesła i wstrzymuję oddech. Mężczyzna przechodzi przez scenę. Jego ciało, choć silne, porusza się z gracją. Mimo że taniec to dla niego nowość, ruchy, które wykonuje, sprawiają, że się zastanawiam, czy nie ćwiczył czegoś innego. Może trenował sztuki walki? W ich przypadku uczy się lekkiego jak piórko sposobu poruszania. Tak czy siak, facet jest obiecujący i ciekawie będzie obserwować jego reakcje.

Z głośników znów rozlega się głos Toliego, lecz nie widzę przyjaciela na podium, więc pewnie mówi zza kulis.

– Wszyscy wiedzą, że diabeł jest zły, ale czy wiedzieliście… że zawsze lubił grzeczne dziewczynki?

Obie z Roxy chichoczemy. Mogłabym przysiąc, że mężczyzna w czerwonej pelerynie się krzywi, jednak wygląda na to, że tłum chłonie każde słowo, bo w pomieszczeniu słychać ochy i achy.

– Przemierzał królestwa, by odnaleźć tę jedyną, która ugasi jego nienasyconą żądzę. Tę, której będzie mógł… sprawiać przyjemność, w tym życiu i kolejnym. Jakie to szczęście, że ma przed sobą tak znakomity wybór, czyż nie, moje panie? A teraz! Która z was, pięknych dam, zostanie wybranką?

Otaczające mnie kobiety ponownie odchodzą od zmysłów, łącznie z Roxy.

– Cisza! – Głęboki głos diabła, wzmocniony przez mikrofon, wysyła błyskawicę prosto do mojej łechtaczki.

Cholera jasna.

Mężczyzna oddala się od miejsca, w którym siedzę, i za pomocą czerwonego berła wskazuje po kolei na każdy stolik. Serce mi zamiera, bo zaczynam się obawiać, że Tolie zapomniał przekazać mu plan. Zanim jednak zdążę stracić nadzieję, zatrzymuje się tuż przed prowadzącą do piekła paszczą po prawej stronie estrady, obraca się na pięcie i skrada w moją stronę.

Z każdym przybliżającym go krokiem czuję, jak mięśnie przejmują panowanie nad ciałem – tak bardzo chcę wskoczyć na scenę i dołączyć do tego mężczyzny. Spodziewam się, że porozmawia z tłumem, tak jak robił to Tolie, lecz on milczy, a nerwowa atmosfera sprawia, że ludzie na widowni trajkoczą.

Kiedy diabeł w końcu dociera na środek i znajduje się kilka kroków ode mnie, ku mojemu zaskoczeniu robi salto w przód, a peleryna powiewa za nim podczas lądowania. Ten ruch wywołuje zachwycone piski przy otaczających nas stolikach – bez wątpienia każdy ma nadzieję, że zostanie wybrany. Jednak kiedy mężczyzna się prostuje i ściąga łopatki – dając nam zerknąć na wyrzeźbiony, opalony kaloryfer – unosi berło i wskazuje. Na mnie.

Nareszcie.

– Ty – mówi rozkazującym tonem. – To ciebie wybieram. Należysz do mnie.

Żołądek wywija mi koziołka na dźwięk tych słów skrywających mroczną obietnicę.

– Ja? – Wiem, że wszystko zostało zaplanowane, a jednak czuję się jak we śnie.

– Tak, ty.

Ledwie rejestruję pełne rozczarowania jęki oraz dopingujące wiwaty. Roxy wstaje i klaszcze w ramach zachęty. Nawet Maeve się budzi. Rzuca się do przodu, żeby złapać za moją rękę, ale w tym samym czasie sięga po mnie diabeł i…

W momencie kiedy czuję jego dotyk, odnoszę wrażenie, jakbym została porażona prądem. Wciągam gwałtownie powietrze, instynktownie łapiąc za pokrytą odciskami dłoń.

Mężczyzna odsuwa mikrofon od ust i się nachyla, tak żebym tylko ja go usłyszała.

– Trochę się zabawimy.

W jego diabelskim uśmiechu jest coś… niemal złowieszczego, ale zanim zdążę się nad tym zastanowić, alkohol i nerwy przejmują dowodzenie, przypominając, że muszę wystąpić po raz ostatni.

Jutro założę maskę, którą Garda przygotowała dla kobiet takich jak ja. Tę, która uśmiecha się i kiwa głową, by wspierać znienawidzonego mężczyznę, gdy on spełnia wszystkie swoje marzenia kosztem moich. Do końca życia będę nosić w sobie gorzką akceptację swojego losu i nigdy nie zdołam się jej pozbyć. Dziś jednak mogę odegrać rolę, która zależy wyłącznie ode mnie.

Świadomość, że robi się coś, co się kocha, po raz ostatni, jest darem i zamierzam wykorzystać to do cna.

Przyciskam dłoń do szalejącego serca, żeby się uspokoić. Diabeł ogarnia mnie całą wzrokiem, po czym podnosi go na moją twarz. Wymiana spojrzeń trwa dłużej, niż można by się spodziewać przy tego typu układzie, ale nie da się ukryć, że ta przerwa jeszcze bardziej podsyca głód tłumu – a na pewno robi to z moim, bo skóra mi płonie pod dotykiem mężczyzny w pelerynie.

Serce traci rytm, ponieważ diabeł patrzy na mnie, jakby potrafił dostrzec duszę. W świetle reflektorów jego włosy przybierają czerwonawy odcień, a niemal znajome orzechowe oczy błyszczą. Wzmacnia uścisk, co sprawia, że czuję, jakbyśmy byli sami w pomieszczeniu…

– Lejszi!!! – bełkocze pijana Maeve, ciągnąc mnie za tiulową spódnicę. – Nie możesz! Co z moim bratem?

Odkąd weszłyśmy do budynku, była pogrążona w półśnie, więc tylko ja mogę mieć takie szczęście, że ocknęła się akurat teraz. Alkohol zaczął na mnie oddziaływać w najlepszy możliwy sposób, niszcząc wszelkie zahamowania, lecz myśl o występie powoduje, że nieco trzeźwieję. Nieużywane mięśnie budzą się do życia, więc muszę robić, co w mojej mocy, by nie odepchnąć ręki kobiety i nie wskoczyć na scenę.

Roxy z dramatyzmem przewraca oczami i odrywa ode mnie dłoń Maeve.

– To jesssst jej wieczór paaanieński! Daj jej się zabafić. Prześśpij się jak niee chcessz paczeć.

Maeve wykrzywia usta w grymasie i wyciąga z kieszeni komórkę, żeby napisać SMS-a, ale wtedy diabeł warczy do mikrofonu:

– Czyżbyśmy zapomnieli wspomnieć, że należy schować telefony?

Roxy zabiera urządzenie i wrzuca je do torebki.

– Ej!

– Diabeł mi kazał. – Przyjaciółka uśmiecha się półgębkiem, kiedy Maeve krzyżuje ramiona na piersi i siada zgarbiona na krześle.

Odwraca się w moją stronę i wskazuje rękami scenę.

– IDŹ! SSabaw się dopóki moszesz!

Wytrzeszczam oczy, gdy wszystko do mnie dociera. To może być moja ostatnia noc wolności. Jutro podpiszę akt małżeństwa, a wraz z nim oddam życie i ciało. Jeśli dzisiejszy wieczór jest ostatnim, który mogę przeżyć tak, jak chcę, zamierzam to wykorzystać.

– Wejdź na scenę! Wejdź na scenę! – zachęca tłum. Nie żebym potrzebowała motywacji.

– Słyszałaś ich. Czy odważysz się im sprzeciwić? – Głos diabła jest ciepły jak aksamit. – Czy odważysz się sprzeciwić mnie?

Jego intensywne spojrzenie sprawia, że w podbrzuszu rozlewa mi się ciepło. Niemal czuję, jak alkohol wyparowuje z organizmu i zostaje zastąpiony pożądaniem i adrenaliną. Część mnie zdaje sobie sprawę, że nie powinnam tego robić, ale inna wie, że jeśli nie zatańczę swojego ostatniego tańca, będę żałować do końca życia.

Jeszcze raz zerkam za siebie. Roxy macha dłonią, jakby się wachlowała, i puszcza mi oczko. Maeve walczy ze snem i znów przegrywa – Valium i alkohol poszły w tango, kończąc występ zasługujący na medal.

Puls mi się uspokaja, skoro kapuś Barona śpi, i postanawiam oddać się chwili.

Ponownie staję twarzą do diabła. Charyzma sceniczna, którą wypracowałam w Bordeaux, stapia się ze mną, więc zatrzymuję usta kilka centymetrów od warg mężczyzny, tak żeby przemówić do mikrofonu:

– Nie, Diable. Nie ośmieliłabym ci się sprzeciwić.

Jego orzechowe oczy rozszerzają się, zanim ich odcień tonie w ciemnej, zmysłowej głębi. Mężczyzna rozciąga usta w ponętnym uśmiechu, od którego drżę z pożądania.

– Zatem chodź, panno młoda.

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.