Riot Baby - Tochi Onyebuchi - ebook
NOWOŚĆ

Riot Baby ebook

Tochi Onyebuchi

3,3

Opis

Policyjna brutalność, rasizm i niesprawiedliwość. Intymna historia rodzinna i dystopijna narracja o Ameryce. Kev chce bronić siostrę przed mocami, które mogą ją zniszczyć. Ale czy kiedy zostanie uwięziony, Ella pozwoli bratu cierpieć? Historia płonie rewolucyjnym ogniem, a jednocześnie niemal szeptem opowiada o miłości, wściekłości i doświadczeniach czarnoskórych Amerykanów. Dzieciństwo Elli i jej brata zostało zdefiniowane i zniszczone przez rasizm. Ale ich przyszłość może zmienić cały świat.

Riot Baby tak bardzo pęka w szwach od ognia, pasji i mocy, że ostatecznie zmienia to, co nazywamy narracją, w coś zupełnie innego”.
Marlon James, autor Krótkiej historii siedmiu zabójstw i Księgi nocnych kobiet

Riot Baby, pierwsza powieść Onyebuchiego dla dorosłych, jest w równym stopniu historią Elli i jej brata Kevina, jak i historią czarnego bólu w Ameryce, rozmiaru i źródeł policyjnej brutalności, rasizmu i niesprawiedliwości w tym kraju. Napisana prozą tak palącą i precyzyjną jak krwawe diamenty”.
„The New York Times”

Tochi Onyebuchi (ur. 1987) – amerykański pisarz pochodzenia nigeryjskiego. Zanim zaczął pisać książki z gatunku science fiction, pracował jako prawnik zajmujący się prawami obywatelskimi osób o takich jak on korzeniach.
Za swój debiut Beasts Made of Night Tochi Onyebuchi otrzymał Nagrodę Nommo, przyznawaną przez The African Speculative Fiction Society. Riot Baby to jego pierwsza książka dla dorosłych czytelników. Podczas jej pisania wykorzystał swoje  doświadczenia z pracy w więziennictwie. Książka Riot Baby otrzymała nagrodę New England Book Award 2020 w kategorii FIKCJA. Jest też finalistką Nebule Award, jednej z najważniejszych na świecie nagród literackich.

Najbardziej oczekiwana książka w 2020 roku według Book Riot; Buzzfeed; Paste; WBUR. Najlepszy wybór w 2020 roku według NPR; Wired; Book Riot; Publishers Weekly; NYPL; The Austen Chronicle; Kobo; Google Play; Powell's Books; Den of Geek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tochi Onyebuchi

Riot Baby

Przekład: Katarzyna Rosłan

Copyright © 2019 by Tochi Onyebuchi

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd.

The moral rights of the author have been asserted.

Copyright for the Polish edition and translation © 2021 by Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

Redakcja: Ewa Pawłowska

Korekta: Kamila Wrzesińska

Kolaż na okładce: Magda Górska

Zdjęcia: Unsplash

Opracowanie graficzne okładki: Joanna Florczak

Skład: Sylwia Budzyńska

ISBN 978-83-66750-74-6

Wydawnictwo Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

Dla mojego brata, Chibuikema

1South Central, Los Angeles

Zanim jeszcze w jej życiu pojawiło się To Coś. Zanim nawet przyszedł na świat Kev. Zanim przeprowadzili się na Harlem. Ella siedzi w szkolnym autobusie, który leniwie toczy się od przecznicy do przecznicy Compton, przez rewir gangu Pirus. Ubrane na niebiesko dzieciaki zajmujące fotele po drugiej stronie przejścia chichoczą i gestykulują do bloodsów siedzących w samochodzie, który właśnie zatrzymuje się obok autobusu – pokazują im rękami znaki swojego gangu. Jakiś chłopaczek, mały poeta, z nisko pochyloną głową, prawie jakby się modlił, pilnie gryzmoli coś w zeszycie w linie. Dwie dziewczyny na miejscach przed Ellą grają w szybką, skomplikowaną wersję łapek, przechylają przy tym głowy to na jedną, to na drugą stronę i szczerzą do siebie zęby.

Autobus zwalnia i przystaje. Słychać metaliczne postukiwanie w plastikowe drzwi, które otwierają się z szurgotem, by wpuścić do środka ciepłe powietrze wraz z pirusami, którzy w czerwono-czarnych koszulach w kratę zarzuconych na białe podkoszulki i rewolwerami magnum kaliber 9 mm z tupotem wchodzą po stopniach. Jeden z nich podchodzi do prowodyra, tego, co najgorliwiej pokazywał przez szybę znaki gangu, przyciska mu lufę do skroni, odciąga kurek i mówi, żeby lepiej siedział w szkole, a jeśli znowu przyłapie go na pokazywaniu gestów cripsów, odstrzeli mu ten pierdolony łeb – „Czujesz?”. Nie ma przy tym żadnych skrupułów, Ella widzi to w jego oczach, ale teraz to tylko pokazówka, jej celem jest przestraszyć dzieciaka i zniechęcić go do takich żartów, bo gdyby rzeczywiście gangster poczuł się urażony, po prostu zamordowałby gówniarza.

Ella nienawidzi South Central. Jeszcze tego nie wie, ale mgliście przeczuwa, że Harlem, duszne mieszkanie i śnieżna kula nadchodzą, nie są jeszcze na tyle blisko, by dało się ich dotknąć, ale już wystarczająco niedaleko, by je zobaczyć.

Ella nazywa ją babcią, choć to nie mama jej mamy. Robi jednak wszystko, co robią babcie. Zabiera Ellę do kościoła, gdy mama jest w pracy albo jej nie ma, albo leży nieprzytomna na kanapie po tym, co robiła poprzedniej nocy, cokolwiek to było. Zawsze gdy przychodzi pomóc im w domu, przynosi ciągutki Werther’s w pomiętych złotych papierkach. Przepędza gangsterów z litrowymi butelkami Olde English, kiedy kręcą się trochę za blisko domu i ogrodu, których strzeże niczym własnych wnucząt. Teraz Ella jest już na tyle duża, że może siedzieć na ganku, by uciec przed upalnym powietrzem zamkniętym między ścianami domu, przed gorącem, od którego sztuczne obicie kanapy zmienia się w rozgrzaną płytę kuchenną.

Babcia zmiata łuski po nabojach z pustego podjazdu, a Ella żuje drugiego już dziś werther’sa.

Blessing, pitbul sąsiadów, szarpie się na łańcuchu, a Ella kręci głową, jakby chciała powiedzieć: „Wiem, wiem, gorąco ci”, ale psy nie potrafią mówić, a ten w dodatku i tak by jej nie słuchał. Zresztą Ella pamięta, jak mama ostrzegała, żeby nie zaczepiać tego psa, bo pewnego dnia łańcuch wokół jego karku, a także siatka ogrodzeniowa, na którą się rzuca, mogą nie wytrzymać.

Jedna z sąsiadek, LaTonya, przechodzi ulicą z dzieckiem na ręku, a babcia przerywa zamiatanie i się do nich uśmiecha. LaTonya podnosi rączkę synka, Jelaniego, i macha nią do babci, mówiąc pieszczotliwie:

– Przywitaj się, Jelani.

– Ooo, jaki on już duży! – chwali babcia, a LaTonya podchodzi bliżej, wahając się przez chwilę ze względu na pitbula.

– Niedługo będzie go można oddać do żłobka – odpowiada LaTonya, a Ella nawet z ganku widzi błysk w jej oczach.

Babcia szeroko się uśmiecha.

– Jak ty na niego patrzysz…

– Wiem. – Kiedy LaTonya się uśmiecha, odsłania zęby. Lekko podrzuca Jelaniego na rękach. – Nic a nic niepodobny do tatusia, ale ciii, Ty nic o tym nie wie.

Obie chichoczą.

– Wiesz, że Lanie niebawem rusza z firmą, wpadnij któregoś dnia. Obkleja wszystko karteczkami, zbiera na kojec. Rozmawia nawet z biblioteką o książkach dla dzieciaków. Lanie mówi, że w końcu podłączą nam komputer, więc po szkole dzieci będą mogły sobie grać. Choć sama nie wiem, czy chcę, żeby całymi dniami gapiły się w ekran. Z drugiej strony czasem lepiej, żeby nie szwendały się po ulicy.

– To daj mi znać, jak już będzie otwarte. Jelani chętnie pobawi się z dziećmi. Prawda, Jello?

Jelani wtula buzię w ramię matki.

– Wstydzi się.

Słońce nagle wydaje się zbyt jaskrawe, w jego świetle wszystko traci kolor. Ella dostaje gwałtownych zawrotów głowy – jakby ktoś jej przyłożył obuchem w głowę. Babcia i LaTonya nadal gadają, a Ella chwiejnie wstaje i idzie do domu, do którego przez kraty w oknach wpadają prostokąty światła. W łazience schyla się nad umywalką i pozwala krwi swobodnie popłynąć z nosa, dopiero po chwili odchyla głowę w tył. Za każdym razem, gdy dostaje krwotoku, ma wrażenie, że coś w niej dudni i łomocze, jakby ziemia się pod nią wypiętrzała, ale kiedy się kończą – te krwotoki – i Ella rozgląda się wokoło, okazuje się, że nikt niczego nie zauważył. Zawroty głowy przenoszą ją w przyszłość. Opiera się o zlew, zaciska powieki i próbuje nie myśleć o tym, co zobaczyła na ulicy: chłopak imieniem Jelani jest już duży, ma dziesięć lat, energicznym krokiem wraca z oddalonej o pięć przecznic szkoły, podskakuje, ma wielkie brązowe oczy, gdy gdzieś w pobliżu z piskiem opon hamuje nisko zawieszony samochód i mężczyzna w niebieskiej bandanie na twarzy wystawia śrutówkę za okno, celując w kogoś, kto stoi w tle za Jelanim. Huk, wszyscy pierzchają, a Jelani zostaje na ziemi i leży, przez ostatnie, najdłuższe dwie minuty swego życia gapiąc się w zbyt jaskrawe słońce.

Ella leży na podłodze, przeciągle, z bólem i świstem wciąga powietrze, i tak przy każdym wdechu. Znajduje ją babcia.

– Jezus! – Nagle jest już przy Elli, przytula głowę dziewczynki do piersi i kołysze nią, mimo że ciało dziecka wiotczeje. – O Jezu, Jezu, Jezu. Oszczędź to dziecko.

Oddech Elli spowalnia i dziewczynka wraca do rzeczywistości.

– Sto dwadzieścia jeden – szepcze.

– Co?

– Sto dwadzieścia dwa.

– Dziecko, co ty wygadujesz?

– Sto dwadzieścia trzy. – Oddech. Normalny, a potem ciężkie westchnienie. – Mama mówi, że jak mam atak paniki, muszę odliczać, aż mi przejdzie.

Babcia wydaje się zdziwiona, że Ella się śmieje.

– Witajcie, młodzi bracia i siostry!

Brat Harvey jest bardzo wysoki i garnitur zawsze na nim wisi. Ma za dużo guzików. Ale nigdy jednak nie spada, ile by Ella, Kiana i Jahnae z niego nie chichotały. Tu, w dolnym kościele, nikt ze służby liturgicznej nie nosi białych rękawiczek, jakich używają osoby posługujące na górze, tam gdzie odbywa się nabożeństwo dla dorosłych, więc czasem Ella widzi tatuaże na ich rękach. Brat Harvey chodzi tam i z powrotem wąską ścieżką kolorowego światła, które wpada przez witraże z wizerunkiem orchidei.

– Kto z was się modli? – pyta swoim, też za dużym, głosem. Brzmi jak sam Pan Bóg.

Ella podnosi rękę.

– Kto z was modli się codziennie?

Ella opuszcza rękę. Jahnae trzyma rękę nadal w górze, ale Ella wie, że koleżanka kłamie.

– Nie modlisz się codziennie – syczy.

Jahnae przez sekundę patrzy na nią z ukosa, ale nie opuszcza ręki.

– Kto z was postępuje źle?

Ella pamięta, jak skłamała, że wrzuciła swoje rzeczy do prania, a tymczasem wepchała je do szafy, w której miała przykazane się chować, gdy w uliczce za domem zjawią się gangsterzy. Więc podnosi rękę.

– Bóg mówi: – grzmi brat Harvey – „Jeśli zrobisz coś złego i przyjdziesz do mnie, ja ci wybaczę”. – Podchodzi do Kaylena, chłopczyka w szelkach i przyczepianym krawacie, siedzącego trzy ławki przed Ellą. Unosi rękę, jakby chciał go uderzyć. – Gdybym uderzył Kaylena, to co Kaylen ma zrobić?

– Przebaczyć! – krzyczą wszyscy prócz Elli.

– Czyli nie powinien mi oddać, tak?

Ella się zastanawia, co by zrobiła, gdyby brat Harvey rzeczywiście uderzył Kaylena tą swoją za dużą ręką.

– Uwaga, nie mówię, że Kaylen nie powinien się bronić. – Kładzie rękę na głowie chłopca, obejmuje ją dłonią. – Kaylen, powiesz: „Bracie Harvey, najpierw będę się bronił, a potem, gdy przyjdzie właściwy czas, to ci wybaczę. I to, i to uczynię gorliwie”.

W powietrzu daje się wyczuć zmianę, jak za każdym razem, gdy Ella łapie się na rozmyślaniach i marzeniach. I widzi starszego Kaylena, dorosłego, już męskiej postury, pracującego w szpitalu jako salowy, i wszyscy pacjenci są starzy, dużo starsi od niego, i tak dalej, i tak dalej, i ci starsi ludzie, kiedy już ledwie się ruszają i wiedzą, że to długo nie potrwa, proszą, żeby przy nich posiedział. Nie ma strzałów, niebieskich bandan ani kałuż krwi na chodniku. Zamyślona Ella mnie chusteczkę w kieszeni sukienki z falbanką. Siedzi z przodu, krew z nosa tylko wystawiłaby ją na pośmiewisko. Ale krew nie zaczyna lecieć, Ella wypuszcza chusteczkę i wkrótce zaczynają się śpiewy. Brat Harvey odmawia za wszystkich modlitwę, błogosławi ich; potem odsyła do rodziców, dziadków lub ludzi, którzy odgrywają rolę ich rodziców, bo tak muszą.

Ella jest taka drobna, że kiedy panie się wokół niej tłoczą, ich duże kapelusze zachodzą na siebie jak płatki różowego kwiatu i osłaniają ją przed słońcem.

Mama trzyma Ellę za rękę, idą na przystanek. Ella przeskakuje nad szczelinami w chodniku, z których wyrastają chwasty, w kieszeni ma nowy zapas cukierków Werther’s od babci. Jahnae będzie na nie czekać. Podnosi wzrok i widzi, że twarz mamy jest ściągnięta i spokojna. Mama ma ogromny brzuch, z jego powodu każdy krok stawia z namysłem.

– Tak to jest, gdy jesteś w ciąży – dociera do Elli. – Nie można już podskakiwać.

– Mamo?

– Ach – mówi mama, jakby lunatykowała.

– Mamo, dobrze się czujesz?

– Tak, kochanie. Tylko… mam dziś dużo do zrobienia. Szykuję żłobek. – Zapada milczenie.

– W porządku, mamo, ja też mam sny na jawie.

– Teraz?

– Y-y. – Cisza. – Ale jak już je mam, to przeważnie są smutne. Czasem są dobre, jak ten z Kaylenem, ale przeważnie smutne. – Przestaje przeskakiwać nad szczelinami, lecz nadal wyszukuje je wzrokiem. – Widzę złe rzeczy, które przytrafiają się chłopcom. Na przykład, że Jelani zostanie zastrzelony. A kiedy Lesane skończy dziesięć lat, cripsi go spytają, z kim jest, i choć mama go nauczy, by odpowiadał, że nie jest w żadnym gangu, to i tak – auć!

Mama znowu otrząsa się z zamyślenia i przystaje, prawie jakby do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak mocno ściska rękę córki.

– Przepraszam, skarbie – mówi, przyklękając, ale Ella płacze i ociera twarz wierzchem dłoni.

– Mamo, to bolało!

– Wiem. Przepraszam, słonko. – Przytula Ellę do sterczącego brzucha. – Naprawdę przepraszam – szepcze w jej warkoczyki.

– Nienawidzę tu mieszkać.

Mama mruga.

– Nienawidzę. Wszystko tutaj jest takie – Ella szuka słowa, które wyjaśni mamie, że tu jest tak wiele przemocy dokoła, i jak bardzo nienawidzi uciekać do szafy ze strachu przed gangsterami, jak nienawidzi tego, że już musi wiedzieć, co znaczy mieszkać w rewirze hooversów, że ciągle wyobraża sobie okropieństwa, które spotykają tu chłopców, i że już nie potrafi wyobrażać sobie niczego innego. Szuka słowa, które opisze ciężar, jaki cały czas leży jej na sercu, i te groźne pomruki ziemi pod stopami za każdym razem, gdy krew leci jej z nosa, jakby ziemia chciała otworzyć paszczę i to wszystko pochłonąć. – Tu jest tak okropnie – kończy piskliwie.

– Och, skarbie. – Przez twarz mamy przemyka uczucie bezradności, a potem rozpaczy, ale oba szybko mijają, a Ella już wie: to dlatego, że mama zdaje sobie sprawę, że nie może dać po sobie poznać bezradności, i dziewczynka nienawidzi tego, że to rozumie. – Kochanie, to tylko szatańskie sprawki. A ty dobrze wiesz, że istnieje coś potężniejszego od Szatana.

– Ale to wszystko jest sprawką Szatana!

– Szatan ma tu mnóstwo do roboty. – Mama wygładza ubranie Elli, zsuwa dłonie po jej rękawach. – Gangi, narkotyki, to całe zło, które ludzie sobie wyrządzają. Czasem nawet policja. To wszystko szatańska robota. Ale ty musisz się modlić, dobrze, Ellu?

Ella kiwa głową.

– Od razu, słonko. Pomódlmy się od razu.

– Muszę klękać?

Mama się śmieje.

– Nie, skarbie, tylko stańmy. Po prostu schyl głowę i zamknij oczy.

Ella posłusznie robi to, o co prosi mama. Głos mamy jest ściszony, a zarazem silny.

– Nasz błogosławiony Odkupicielu. Proszę, strzeż mojego dziecka, Elli, w tych trudnych czasach. Proszę, bądź jej opoką. Proszę, pobłogosław nas jedzeniem i pracą, byśmy były zdrowe i mogły wypełniać Twoją wolę. Proszę Cię, Panie, wyrzuć stąd Szatana, przygotuj dla nas bezpieczne schronienie i bądź dla nas miłosierny podczas naszej podróży. Modlę się, Boże, za chłopców, którzy dorastają w tym świecie, za to, byś ich ochraniał i prowadził swoimi ścieżkami, byś uczynił z nich potężne narzędzia Swojego dzieła. A dokądkolwiek nas zaprowadzisz, wyprostuj ścieżkę przed naszymi stopami. Panie, pobłogosław moją Ellę. Niech będzie silna. Niech będzie mądra. Niech będzie mocna. Jesteś mężem wdów i ojcem sierot. A kiedy już zakończysz nasz pobyt na tym świecie, kiedy położysz kres temu światu, wiemy, że przygotowałeś dla nas lepszy. Wysłuchaj nas, Panie. Amen.

– Amen.

Ella się uśmiecha. Chce powiedzieć, że kiedy mama się modliła, ona odmawiała własną modlitwę. Myśli, że mama byłaby z tego dumna. Ale dość, są już na rogu ulicy, gdzie czeka Jahnae. Mama puszcza rękę Elli.

– Uważaj na siebie, skarbie! – krzyczy mama, gdy autobus się zatrzymuje. – Babcia cię dziś odbierze!

Jahnae wsiada pierwsza i zajmują miejsca, Jahnae przy oknie, a Ella obok, patrząc za znikającą w oddali mamą.

– Jak twoja siostra się urodzi – mówi Jahnae – to będzie ci zabierać ciuchy. Uważaj.

– To nie będzie siostra.

– Skąd wiesz?

„Stąd, skąd wiem, że synek LaTonyi, gdy urośnie, zostanie zastrzelony z przejeżdżającego samochodu. I stąd, skąd wiem, że Kaylen będzie pracował w szpitalu i będzie dobry dla starych białych ludzi. I że niebawem wydarzy się coś potwornego” – chce powiedzieć przyjaciółce Ella.

– Babcia się wygadała – mówi zamiast tego.

– Dzień dobry! – krzyczy kilkoro dzieciaków z jej klasy, szybko mijając babcię i łącząc się w grupki, żeby wracać do domu. Babcia macha do nich nieznacznymi ruchami ręki i ciepło się uśmiecha.

– Gotowa? – pyta.

Ella kiwa głową i wychodzą w ciszę, która zapada w całej dzielnicy, gdy dzieci wysypią się już ze szkół. Paru nauczycieli stoi przed szkołą, mają zmartwione miny i szepczą. O jakimś tam Kingu lub Kingu coś tam.

– Babciu? – Ella kopie kamień, który leci najpierw w bok, a potem w drugą stronę, podskakując na nierównym chodniku.

– Hm?

– Czemu wszyscy zawsze są przeciwko sobie?

– Co masz na myśli?

Ella wzrusza ramionami. Nie za bardzo wie, jak ubrać w słowa obrazy, które ciągle siedzą jej w głowie, to, co zawsze zdarza się bezpośrednio przed krwotokiem z nosa i tuż po nim.

– Mam na myśli wojny gangów. Dlaczego tak jest, że wszyscy ciągle giną? Zawsze są tacy… źli.

Babcine buty na płaskim obcasie szurają po betonie.

– Mama mówi, że to sprawka Szatana. Że diabeł sprawia, że wszyscy są tacy źli.

Babcia marszczy czoło. Ella nie wie, czy o niej zapomniała, bo ma taką nieobecną minę jak czasem mama, kiedy się zapatrzy w dal, kiedy tak naprawdę na nic konkretnego nie patrzy, ale widzi coś, czego nie widzi Ella.

– Oni nie są na siebie źli – mówi w końcu. – Tak naprawdę nie są.

– To w takim razie na co są źli? – Ella zaciska pięści jak wtedy, gdy już prawie, prawie wie, gdzie jest to miejsce w tabliczce mnożenia, o które jej chodzi, ale nie wie tego jeszcze na pewno. – To ma coś wspólnego z Rodneyem Kingiem?

Babcia się potyka, lecz szybko odzyskuje równowagę.

– A co ty wiesz o Rodneyu Kingu?

– Widziałam, jak paru nauczycieli oglądało film. O tym, jak policja go bije.

Babcia milczy.

Ella ciągnie ją za rękaw.

– Babciu, stanie się coś złego.

– Nie stanie się nic prócz woli Bożej.

Wychodzą zza rogu i na Florence, przed sklepem Pay-Less Liquor, widzą grupę chłopaków. Z wnętrza dobiegają krzyki i brzęk tłuczonego szkła, i zanim Ella ma czas dobrze się przypatrzeć, czy ktoś nosi barwy gangów, babcia ciągnie ją w drugą stronę.

– Ale babciu, tamtędy się idzie do domu.

– Tu jest niebezpiecznie – odpowiada babcia na wstrzymanym oddechu i zmusza Ellę do szybszego marszu.

Ella słyszy, jak drzwi do sklepu z alkoholem się tłuką, i wyprzedza babcię.

Idą dalej przez Florence Avenue i po chwili przystają. Nagle robi się bardzo gorąco. Tak jakby ten wyczuwalny wcześniej spokój był jak cisza przed burzą. Ella czuje ciężar w brzuchu. Ziemia się wypiętrzy i nas pochłonie – dociera do niej. I oto zaraz na rogu Florence i Halldale kilkudziesięciu policjantów wpycha chłopaka do części bagażowej furgonetki, a spora grupa gapiów ciągnie w tamtą stronę ze szmerem niezadowolenia.

– Seandel! – krzyczy ktoś w napierającym tłumie, który przesuwa się w stronę gliniarzy jak fala. – Seandel! – Serce Elli przeszywa potworny strach. Ktoś z ciżby wyciąga kamerę wideo, garbi plecy i zaczyna filmować.

Ella znowu ogląda się przez ramię, biegnie razem z babcią, widzi tsunami czarnych kłębiące się wokół policjantów i najbardziej na świecie marzy o tym, żeby być już w domu.

Piszczą opony, czuć zapach palonej gumy, a z otwartego okna samochodu dobiega znajomy głos:

– Ella! Pani Jones!

Brat Harvey. Na jego skroni perli się pot, kołnierzyk koszuli jest ciemny od wilgoci, szelki są poluzowane, a rękawy koszuli – podwinięte, ale na widok Elli i odprowadzającej jej do domu starszej pani pastor stara się opanować emocje.

– Wsiadajcie!

Wszystko dzieje się szybko, nie wiedzieć kiedy. Babcia błyskawicznie porywa Ellę, drzwi samochodu otwierają się z rozmachem, potem zamykają i brat Harvey przyspiesza z Ellą siedzącą z tyłu, a babcią – na przednim siedzeniu.

– Musimy jechać do szpitala. Chodzi o Lanie.

– O, nie, Steven. Błagam, powiedz, że się w to nie wpakowała. – Głos babci traci równy ton, staje się trochę piskliwy.

– Nie, ma skurcze. Zaczęła rodzić.

Ella chce coś powiedzieć z tylnego siedzenia, ale jest skulona jak płód w brzuchu mamy, skóra ją pali, w głowie jej dudni, a z bólu ledwie może się odezwać, ledwie słyszy. Brzęk tłuczonych butelek, strzały, huk płomieni, klaksony, okrzyki radości, lamenty – to wszystko do niej dociera, ale jest stłumione przez ból, niczym wata wypełniający jej uszy.

Dzieje się to coś złego, coś, co miało się zdarzyć. To się dzieje, bo mama urodzi chłopca, i urodzi go tutaj, a kiedy Ella zaczyna płakać i babcia sięga do tyłu, by ją pocieszyć, pęta ją gniew, chce strząsnąć z siebie rękę babci i powiedzieć jej, że nie płacze dlatego, że się boi, tylko dlatego, że jest zła.

– Steven, co się stało? O co chodzi?

Brat Harvey długo milczy. Ból, który żelaznym imadłem miażdży skronie Elli, troszkę słabnie – tyle tylko, by dziewczynka mogła usłyszeć jego odpowiedź: „Wypuścili tych gliniarzy. Nie będą siedzieć za to, co zrobili” i szept babci: „Boże Święty”.

Ella liczy sekundy, z trudem dochodzi do „sto dwadzieścia cztery”, ale do stu dwudziestu sześciu już nie dociera.

Traci przytomność i nie budzi się aż do chwili, gdy wnoszą ją do sali mamy w Centinela Hospital w Inglewood.

W końcu wychodzą ze szpitala w poniedziałek, a wraz z nimi inni, zranieni lub okaleczeni w wyniku tego, co się stało, by odkryć to, o czym mają się przekonać Ella, mama, brat Harvey, babcia i teraz jeszcze Kev. Że wszystko zostało spalone.

2Harlem, Nowy Jork

Duszę się, brak mi powietrza. Mimo że okna są otwarte, pot się ze mnie leje, zbiera w kałużę, przesiąka przez pościel aż do materaca, na którym zostają plamy, i Ella powie, że znów zlałem się w łóżko. Przemyka szczur. KEEEV! KEVIN DUQUAN RAY PIERDOLONY JACKSON – jak budzik. A ja poruszam się na drugim końcu pokoju, mój zbiegły duży palec stopy łaskocze Ellę w ucho, Ella mnie odpędza i to ją budzi, to, a nie mama. Szczur atakuje i biega. Otwieram oczy, zerkam na niego i krzyczę.

– Ella! – szepczę. – Szczur!