Rektorski czek. Afera na wiele zer - Joanna Jodełka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Rektorski czek. Afera na wiele zer ebook i audiobook

Joanna Jodełka

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Karolina Rosada, nieśmiała pracownica archiwum uniwersyteckiego w Poznaniu, nigdy nie przypuszczała, że natrafi na tak niezwykłe znaleziska. Stary, stuletni indeks, wspomnienia służącego pierwszego rektora oraz tajemnicze wycinki z kronik kryminalnych – co może je łączyć? Okazuje się, że te dawne, na pozór bezwartościowe dokumenty wciągają kobietę w sam środek afery fałszerskiej, w której stawką są ogromne pieniądze.

Szukając rozwiązania zagadki sprzed lat, Karolina przekona się, że minione czasy też były pełne marzeń i płomiennych miłości, a to, co wydawało się już przesądzone i dane raz na zawsze, wcale nie musi takim pozostać.

„Rektorski czek. Afera na wiele zer” to wciągająca historia kryminalna, której akcja rozgrywa się w Poznaniu. Książka odpowiada na pytanie, do czego człowiek jest w stanie się posunąć dla wielkich pieniędzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 388

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 1 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maria Kozłowska & Marcin Władyniak

Oceny
4,3 (40 ocen)
22
9
7
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bleblata

Całkiem niezła

Żadne łoł ale może być
11
Majusia10

Nie oderwiesz się od lektury

Majstersztyk! Ciekawa fabuła, lekkie pióro. Fantastycznie dobrani lektorzy! Kolejna świetna książka pani Joasi. Natychmiast zabieram się za następną. Bardzo polecam.
00
slawaug

Dobrze spędzony czas

dobra
00
AT_Czlonka

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
toiluzja

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00

Popularność




Ty­tuł: Rek­tor­ski czek. Afera na wiele zer

Fragment

Co­py­ri­ght © Jo­anna Jo­dełka, 2025

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2025

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Anna Po­inc-Chra­bąszcz

Ko­rekta: Ju­styna Ku­kian

ISBN 978-91-8076-891-7

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Gyl­den­dal Astra /Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.pl

„Co­raz bar­dziej w ciągu mo­jego ży­cia prze­cho­dzi­łem do prze­ko­na­nia, że choć du­sza ludzka ob­le­pia się z cią­giem czasu grubą brudną war­stwą, jed­nak w swych głę­biach, w swym wnę­trzu bu­dzi po­dziw, jest czy­sta i schludna. Tak na nią pa­trząc, le­piej i spra­wie­dli­wiej oce­nić ją można”.

He­lio­dor Świę­cicki, 2 paź­dzier­nika 1923, frag­ment te­sta­mentu

„Rek­tor Świę­cicki przez ten cały pa­miętny dzień pro­mie­nio­wał ra­do­ścią. Bę­dąc jego go­ściem, by­łem za­ra­zem przez cały dzień pra­wie nie­od­stęp­nym jego to­wa­rzy­szem. Od­czu­wa­łem ra­dość, która prze­peł­niała jego złote serce. Nie omylę się może, przy­pusz­cza­jąc, że był to naj­pięk­niej­szy dzień w jego ży­ciu”.

Adam Wrzo­sek, Uni­wer­sy­tet Po­znań­ski w pierw­szych la­tach swego ist­nie­nia...

Ma­mie, którakie­dyśpo­wie­działa:stu­diuj,gdziechcesz icochcesz,jacipo­mogę.

Sąd Okrę­gowy Mia­sta Po­zna­nia

Akta sprawy nr 7659/73292/129P/1204

Do­wód: rę­ko­pis, stan za­cho­wa­nia do­bry, 90% tek­stu czy­telne, przy­pusz­czalny czas po­wsta­nia – lata dwu­dzie­ste XX wieku. Do­kładna data po stwier­dze­niu au­ten­tycz­no­ści. Zle­cono eks­per­tyzę tek­stu.

*

Do eks­per­tyzy prze­ka­zano ze­szyt ozna­czony

nu­me­rem 1*

* (nu­me­ra­cja nadana wtór­nie, ory­gi­nał nie ma przy­po­rząd­ko­wa­nych po­dzia­łów).

*

Skan do­ku­mentu do­łą­czony do opi­nii bie­głego

(s. nu­mer 7–9)

Stary je­stem i znie­do­łęż­niały. Nie pi­szę tego, by się ża­lić i uty­ski­wać na lata, które ostat­nimi dzie­siąt­kami w ja­kimś za­mgle­niu prze­byte, jedne od dru­gich od­róż­nić się nie dają.

Nie to jest moim ce­lem. Nie o moją po­stać tu cho­dzi. Nie dla sie­bie wzrok słaby wy­tę­żam. Nie dla sie­bie rękę drę­twie­jącą zmu­szam do tego ostat­niego wy­siłku i mo­dlę się, by Bóg dał mi zre­ali­zo­wać mój za­miar i opi­sać wszystko, co za­mie­rzam. Ufam, że w ob­li­czu tego, co się wy­da­rzyło, nie prze­rwie mnie, grzesz­nemu, w pół słowa. Że po­czeka z we­zwa­niem mnie na sąd osta­teczny i po­zwoli, by ta hi­sto­ria o mi­ło­ści i śmierci wy­brzmiała do końca, wy­sta­wia­jąc świa­dec­two ży­cia wszyst­kim tu przed­sta­wio­nym.

Pro­szę je­dy­nie o wy­ro­zu­mia­łość dla pi­sma star­czego, bo nie­wy­raźne jest i co­raz bar­dziej się chwieje. Od dawna do­strze­gam, jak li­tery przeze mnie pi­sane prze­wra­cają się to na prawo, to na lewo, jakby sztorm jaki po kart­kach hu­lał, jakby kre­ślone były w ka­ju­cie ka­pi­tań­skiej, a nie na pod­da­szu Col­le­gium Me­di­cum, gdzie miesz­kać mi po­zwo­lono. Ale o tym póź­niej. Może jesz­cze zdążę.

Wy­tłu­ma­czyć się jed­nak mu­szę i prze­lać na pa­pier tę drę­czącą mnie nie­pew­ność. Może ist­nieje bo­wiem jesz­cze inna przy­czyna, dla któ­rej li­tery moje drob­nieją i sa­mo­wol­nie suną w górę, wspi­nają się jedna po dru­giej, to znów opa­dają, roz­ła­żąc się po mar­gi­ne­sach? Może daje o so­bie znać ten pa­skudny uraz głowy, który pięt­nem ułom­no­ści na­zna­czył całe moje ży­cie? Wy­po­wie­dzieć się ni­gdy nie po­zwo­lił? Tego już chyba ni­gdy nie bę­dzie mi dane się do­wie­dzieć. Nie ma już obok mnie mo­jego dro­giego dok­tora, który by mi to wy­ja­śnił. Te­raz, gdy się nad tym za­sta­na­wiam, przed mo­imi oczami staje je­dy­nie panna Adela Zy­ber­tówna, jak żywa. Ma spi­cza­sty pod­bró­dek i mę­ski dru­ciany mo­nokl na zmarsz­czo­nym no­sie. Za­mie­ram ze stra­chu, pa­trząc na swoje ko­ślawe pi­smo. Sły­szę wy­raź­nie, jak na­uczy­cielka ude­rza sprę­ży­stą li­nijką w otwartą dłoń, od­li­cza­jąc gło­śno: „raz… i… dwa…, raz… i… dwa…”. Znowu je­stem chu­der­la­wym chłop­cem, który łok­ciami chce przy­sło­nić le­żący przed sobą ze­szyt do ka­li­gra­fii. Cała klasa pi­sze w rytm od­li­cza­nia. Na „raz” cią­gnie grubą kre­skę li­tery, na „i” – tę cienką, i znowu na „dwa” – tę grubą. Kulę się, udaję, że nie sły­szę. Ale ona wie, że nie je­stem głu­chy i tylko mó­wić nie po­tra­fię. Po­dej­rzewa mnie za to o upo­śle­dze­nie umy­słowe, bo choć li­tery sta­wiam krą­głe, to ręce wiecz­nie całe mam upa­prane w atra­men­to­wymi klek­sami. Ćwi­czy mnie li­nijką czę­ściej niż in­nych uczniów. Z przy­zwy­cza­je­nia wy­cią­gam trzę­sącą się dłoń o skó­rze ca­łej po­na­kra­pia­nej star­czymi pla­mami. Już wi­dzę unie­sioną li­nijkę, sły­szę świst, krzy­wię się jak dziecko… ale ból nie przy­cho­dzi. Panna Zy­ber­tówna nie żyje prze­cież z do­bre pół wieku.

Mimo to pa­mię­tam wszystko wy­raź­nie, bar­dzo wy­raź­nie. Wy­da­rze­nia same ci­sną mi się do głowy. Po­tra­fię przy­wo­łać wspo­mnie­nia z tam­tych lat z taką samą ła­two­ścią, jak spi­ry­ty­ści wy­wo­łują du­chy z za­świa­tów. Tyle że ja, w od­róż­nie­niu od nich, na­pa­trzy­łem się na to wszystko, co chcę opi­sać, i wszyst­kich tych lu­dzi po­zna­łem oso­bi­ście. Za­rę­czyć to mogę ca­łym sobą, a świad­kiem mi Bóg, któ­rego ob­li­cze wkrótce dane mi bę­dzie oglą­dać. Przy­rze­kam też uni­kać są­dów wła­snych (z wie­kiem ta obiet­nica przy­cho­dzi mi ła­twiej, bo zro­zu­mia­łem, że sę­dzią nie je­stem). Nie mnie oce­niać in­nych – na­wet tych, któ­rzy na zgubę swoją i in­nych śmierć przy­wo­łali zbyt wcze­śnie. Nie chcę się więc ani kary dla nich do­ma­gać, ani ich roz­grze­szać. Będę prze­zro­czy­sty jak szkło, które świa­tło prawdy prze­pusz­cza. Niech każdy przez nie spoj­rzy.

Rę­ko­pis ukryję, by zna­le­ziony zo­stał, do­piero gdy wo­koło za­pa­nuje spo­kój – naj­pew­niej już po mo­jej śmierci, zwa­żyw­szy na to, co się dzieje za oknem. Dla nie­do­wiar­ków do­łą­czę plik do­wo­dów, na po­twier­dze­nie tego, co na­pi­sa­łem.

Śpie­szyć się mu­szę, gdyż hi­sto­ria jest długa. Za­czyna się dawno temu, w je­de­na­stym roku pa­no­wa­nia Wil­helma II z fran­koń­skiej li­nii Ho­hen­zol­ler­nów ce­sa­rza Rze­szy Nie­miec­kiej, króla pru­skiego, mar­gra­biego Bran­den­bur­gii, bur­gra­biego No­rym­bergi, wiel­kiego księ­cia Ślą­ska, Nad­re­nii i Po­zna­nia… Zresztą ty­tuły nie są istotne w tej opo­wie­ści. Choć sam ce­sarz, a w szcze­gól­no­ści jego za­mek, ode­grają tu­taj wielką rolę.

Na ra­zie wszystko, co ważne, wy­da­rzy się na Pie­ka­rach, na pod­da­szu ka­mie­nicy pod nu­me­rem 3, w pa­miętną noc z 25 na 26 maja 1899 roku. Noc, w którą strasz­liwa bu­rza prze­to­czyła się nad Po­zna­niem. Pio­runy wa­liły je­den za dru­gim. Tak za­ja­dle cięły niebo, że ja­sno było jak za dnia. Wiatr trząsł szy­bami i rzu­cał wszyst­kim, co nie­opatrz­nie zo­sta­wiono na dwo­rze. Deszcz stru­gami lał się z nieba, a uli­cami pły­nęły rwące po­toki, po­ry­wa­jąc ze sobą wszystko to, czego wiatr unieść nie zdo­łał. Pies z ku­lawą nogą nie wy­szedł na ulicę ani żadna inna żywa du­sza przy zdro­wych zmy­słach. Tym bar­dziej dziw­nym i zło­wiesz­czym zdał się stu­kot ko­łatki u drzwi Pa­łacu Dzia­łyń­skich, gdzie za­miesz­ki­wa­łem, bę­dąc w służ­bie u jego ów­cze­snego wła­ści­ciela He­lio­dora von Świę­cic­kiego i jego żony hra­biny He­leny z Dąmb­skich.

Młody by­łem, nie­le­d­wie kilka dni wcze­śniej przy­gar­nięty i do pracy nie­zbyt jesz­cze przy­uczony. Odźwierny do drzwi wej­ścio­wych pod żad­nym po­zo­rem zbli­żać mi się nie po­zwa­lał. Bo i jak niby miał­bym za­anon­so­wać go­ścia, skoro od dzie­ciń­stwa nie po­tra­fi­łem z sie­bie głosu wy­do­być? Nie po­do­bało się sta­remu, że nie­motę przy­jęli do naj­bar­dziej oka­za­łego pa­łacu przy Sta­rym Rynku. Jed­nak nie tyle ani­mo­zje odźwier­nego są w tej opo­wie­ści istotne, ile fakt, że tego wie­czoru go nie było. Bu­rza za­stać go miała, o czym do­wie­dzia­łem się znacz­nie póź­niej, u jed­nej wdowy na Szew­skiej. Wy­my­kał się do niej, gdy na od­wie­dziny w pa­łacu było już za późno. Tym bar­dziej w taką po­godę, gdy nie na­le­żało się spo­dzie­wać go­ści. Wy­le­gi­wał się więc na jej po­tęż­nych pier­siach, pod­czas gdy ja trzą­słem się ze stra­chu przed pio­ru­nami, wzma­ga­nego co­raz bar­dziej na­tar­czy­wym stu­ka­niem do drzwi.

Nie zwia­sto­wało ono ni­czego do­brego. Ale w ży­ciu ludz­kim ni­czego nie prze­wi­dzisz… Tej nocy mu­sia­łem pa­trzeć na krew ście­ka­jącą po rę­kach, ale to odźwierny, któ­rego imie­nia już dziś nie pa­mię­tam, po­śli­znął się i skrę­cił kark, spa­da­jąc z mo­stu Chwa­li­szew­skiego, jesz­cze nim ra­nek na­stał.

Zło­rze­czy­łem, sto­jąc pod drzwiami, że na mnie tra­fiła ta nie­spo­dzie­wana wi­zyta. Ba­łem się, że może sam dia­beł stoi za drzwiami i wpusz­czę go do środka, gdy tylko prze­kręcę klucz. Ale jesz­cze bar­dziej mnie prze­ra­żało, że je­śli nie otwo­rzę, to pań­stwo we­zmą mnie za do­ku­ment­nie głu­chego i ni­jak się z tego nie wy­tłu­ma­czę. Ostroż­nie uchy­li­łem więc drzwi. Do­kład­nie w tej sa­mej chwili niebo cięła bły­ska­wica i roz­legł się grom. W zu­peł­nej ja­sno­ści zo­ba­czy­łem męż­czy­znę w czar­nym płasz­czu i cy­lin­drze. Od­sko­czy­łem prze­ra­żony, gdy ten pchnął drzwi i wszedł do środka.

– Ile mam cze­kać?! – wrza­snął od sa­mego progu, otrze­pu­jąc zmok­nięty płaszcz. – Nie znam cię. – Spoj­rzał na mnie spode łba, ścią­ga­jąc cy­lin­der. Miał długą siwą ko­zią bródkę i czoło zmarsz­czone tak, jakby cały czas po­zo­sta­wał w wiel­kim sku­pie­niu lub gnie­wie.

Prze­ra­zi­łem się.

– Dok­tor Grodzki. Pan w domu? – kon­ty­nu­ował.

Kiw­ną­łem głową i wy­cią­gną­łem rękę po mo­kry płaszcz.

– Nie czas! Coś jesz­cze mu­szę spraw­dzić. – Na­chy­lił się i za­czął grze­bać w du­żej skó­rza­nej tor­bie. – Na co cze­kasz?! Ona za­raz umrze! Po­wiedz mu tylko: eklamp­sja. No już! Co tak sto­isz?! Po­wtórz: eklamp­sja…

Ucie­kłem, nie od­wra­ca­jąc się. Na­wet gdy­bym po­tra­fił mó­wić, to nie wiem, czy bym po­wtó­rzył. Zro­zu­mia­łem je­dy­nie, że szkoda tra­cić czas na bu­dze­nie po­ko­jówki, czy też ku­chen­nej, które spały w od­dziel­nym skrzy­dle.

Ru­szy­łem wprost na po­koje, a było ich osiem z rzędu. Bie­głem po omacku jak sza­lony, otwie­ra­jąc ko­lejne drzwi. Naj­pierw bu­du­arek dla go­ści, po­tem biały sa­lon, gdzie po ciemku o mały włos nie prze­wró­ci­łem się o wielki fo­tel, da­lej po­cze­kal­nia z wiecz­nie za­sło­nię­tymi ko­ta­rami, któ­rej ba­łem się jak ognia. I wresz­cie ga­bi­net. Tam go zna­la­złem! Mój pan He­lio­dor sie­dział nad gru­bym bru­lio­nem przy ma­syw­nym biurku. W rę­kach trzy­mał no­życzki i ka­wa­łek ga­zety. Po­pa­trzył na mnie, zdej­mu­jąc z nosa bi­no­kle, po czym z po­wro­tem je za­ło­żył, po­tarł wąsa i po­krę­cił głową z nie­za­do­wo­le­niem.

– Cóż to za wia­do­mość, z którą po­sy­łają do mnie, zdaje mnie się, naj­mniej wy­mowną osobę w tym domu?

Nie po­wi­nie­nem był ru­szać sam na po­szu­ki­wa­nia dok­tora. Nie wie­dzia­łem co zro­bić, pa­dłem więc na ko­lana i zło­ży­łem ręce jak do mo­dli­twy (sporo jesz­cze czasu upły­nie, za­nim pa­niczny strach, któ­rego na­ba­wi­łem się w dzie­ciń­stwie, prze­sta­nie zwa­lać mnie z nóg). Chcia­łem ja­koś prze­pro­sić. Chcia­łem, żeby mnie nie wy­rzu­cili. Nie na tę bu­rzę. Nie w te pio­runy.

– Ja­nie Kanty, wstań! – usły­sza­łem.

Pod­nio­słem głowę i wy­ba­łu­szy­łem oczy z wra­że­nia. Wtedy jesz­cze nie by­łem przy­zwy­cza­jony, by ktoś zwra­cał się do mnie oboj­giem imion.

– Coś waż­nego się wy­da­rzyło? – za­py­tał pan, na­chy­la­jąc się nade mną.

Kiw­ną­łem głową i pod­nio­słem się z ziemi.

– Ktoś przy­szedł?

Po­twier­dzi­łem.

– Kto?

Po­ka­za­łem szybko na le­żącą obok biurka torbę le­kar­ską, a ośmie­lony jego spoj­rze­niem, do­tkną­łem jesz­cze brody i su­ną­łem pal­cami, tak jak­bym gła­dził długi, spi­cza­sty za­rost.

– Dok­tor Grodzki! – wy­krzyk­nął He­lio­dor Świę­cicki, uno­sząc ręce nad oczy­wi­sto­ścią tego od­kry­cia. – O tej po­rze? To w isto­cie musi być coś nie­zwy­kle waż­nego – mó­wił do sie­bie, już wy­cho­dząc z ga­bi­netu. W drzwiach obej­rzał się i kiw­nął na mnie ręką.

Śpiesz­nie ru­szy­łem za nim.

– Rzu­cawka. Stan ko­ma­tyczny – tłu­ma­czył bez zwłoki sto­jący przy drzwiach dok­tor.

– Przy­nie­ście ją tu­taj.

– To nie­moż­liwe. Ma drgawki od kilku go­dzin. Traci przy­tom­ność. Jest przy niej dok­tor Ka­pu­ściń­ski.

– A gdzie jest?

– Nie­da­leko, na Pie­ka­rach.

– Ro­zu­miem. Przy­nieś moją torbę. I skrzynkę, jest obok – po­wie­dział pan He­lio­dor już bez­po­śred­nio do mnie. – Za­bierz też lampę i naftę. Bóg je­den wie, co nas tam spo­tka…

Bóg w isto­cie mu­siał to wie­dzieć, bo sam prze­cież ze­słał bu­rzę nad mia­sto. Za­przę­gane do wyj­ścia ko­nie sta­wały dęba, a gdy w końcu je okieł­znano, za nic nie chciały się ru­szyć. Nie dzi­wi­łem się im – sam wo­lał­bym nie wy­ściu­biać nosa z pa­łacu. Ale na­wet gdy­bym mógł mó­wić, słowa bym nie po­wie­dział. Kar­nie po­dą­ża­łem za dok­to­rami, któ­rzy nie ma­jąc wyj­ścia, ru­szyli pie­szo w tę straszną noc. Nie było da­leko, ale wiatr wiał tak mocno, że w górę ulicy No­wej szli­śmy zgięci wpół. O roz­ło­że­niu pa­ra­sola nie było co ma­rzyć. Trzy­ma­łem go więc pod pa­chą, ra­zem z bu­telką nafty i drew­nianą skrzynką, którą ka­zano mi za­brać. Za­trzy­ma­li­śmy się tylko raz, przed ko­ścio­łem Świę­tego Mar­cina, gdzie dok­tor przy­sta­nął i prze­że­gnał się, szep­cząc. Ja też się po­mo­dli­łem. Nie mia­łem po­ję­cia, o co pro­sił dok­tor, ale ja bła­ga­łem po pro­stu o to, żeby mnie pio­run nie strze­lił. Udało się! Prze­mo­czeni, do­tar­li­śmy na róg Pie­kar i Świę­to­mar­ciń­skiej. W drzwiach ka­mie­nicy nu­mer trzy już ktoś nas wy­pa­try­wał.

– Po­ste­run­kowy Hę­ciak. – Chudy męż­czy­zna przed­sta­wił się nam, nie wy­chy­la­jąc się na­wet z bramy. Miał wąsy mod­nie ufry­zo­wane na Wil­helma II. Pięły ku oczom, jakby chciały się z nimi spo­tkać, co za­pewne wy­ma­gało tony po­mady i spa­nia z bindą, za­cze­pioną o uszy. Mimo sta­rań wąs z le­wej strony nieco opa­dał, więc po­ste­run­kowy dys­kret­nie pró­bo­wał przy­du­sić go ręką.

– Gdzie chora?

– Do sa­mej góry trzeba iść, ale czy to co po­może, to nie wiem. Bo od rana…

Ale mój pan już nie słu­chał. Ra­czej nie­zbyt li­czył się z opi­nią po­lic­maj­stra. Pod­da­sze, na które do­tar­li­śmy, było tak cia­sne, że miej­sca na pod­ło­dze star­czyło je­dy­nie dla trzech dok­to­rów. Ja sam mu­sia­łem się wgra­mo­lić na zbite z de­sek, wą­skie łóżko, chorą zaś za­sta­li­śmy le­żącą na stole po­ży­czo­nym od go­spo­dyni, jak się póź­niej oka­zało – żony po­ste­run­ko­wego. Aż dziw, że po­zwo­liła przy­nieść tu swój me­bel, bo wy­glą­dała na wy­jąt­kowo wredną babę. Miała wielki py­peć na no­sie i po srebr­nym pier­ście­niu na każ­dym z pulch­nych pal­ców. Tyle za­pa­mię­ta­łem, gdy pro­wa­dziła nas na górę, li­cząc na dar­mowy spek­takl.

– Ma ro­dzinę? Męża? – za­py­tał mój dok­tor, wcho­dząc po scho­dach.

– A ja­kiś tam jest, prze­cież brzuch jej na­dmu­chał – za­śmiała się. – Ale czy to mąż… Jak to było w pio­sence? „Taki ci to stryj, co ona jego sio­strze­nicą nie jest”. Gdy­bym wcze­śniej wie­działa… „Taka ci to panna… jak ze mnie… jak ze mnie…”. Jak to szło? – za­py­tała, od­wra­ca­jąc się w kie­runku dok­tora. Uśmiech­nęła się przy tym przy­mil­nie, od­sła­nia­jąc brak kilku przed­nich zę­bów.

Mój pan nie od­po­wie­dział i ku jej nie­za­do­wo­le­niu nie po­zwo­lił też wejść na pod­da­sze. Za­trza­snął ba­bie drzwi przed sa­mym no­sem.

– Po­móc chcia­łam! – wrza­snęła. – Zrób coś na ko­niec! – rzu­ciła w stronę po­ste­run­ko­wego, który w tej chwili do­czła­pał się na górę, wciąż za­jęty przy­gła­dza­niem opa­da­ją­cego wąsa.

– Ale co?

Go­spo­dyni pró­bo­wała jesz­cze do­bi­jać się do cho­rej, ale dok­tor już o niej nie my­ślał. Wi­dzia­łem to po nim. Na co dzień ten czło­wiek o życz­li­wym ob­li­czu wy­ka­zy­wał spo­kój i uprzej­mość w każ­dym mo­men­cie. Ja­sne włosy i zdo­biący twarz wąs czy­niły jego fi­zjo­no­mię jesz­cze przy­jem­niejszą, a dru­ciane bi­no­kle do­da­wały po­wagi temu nie­sta­remu, trzy­dzie­sto­sied­mio­let­niemu męż­czyź­nie. Po­ko­cha­łem go od pierw­szego spo­tka­nia. Ale gdyby tam, na pod­da­szu, spoj­rzał na mnie tym wzro­kiem, jaki zwykł mieć pod­czas pracy… na­tych­miast bym uciekł. W tam­tym mo­men­cie twarz mu stę­żała, czoło miał zmarsz­czone, usta za­ci­śnięte. Jesz­cze zdej­mo­wał płaszcz, a już wpa­try­wał się w le­żącą na stole ko­bietę z mak­sy­mal­nym sku­pie­niem.

– Wi­tam, dok­to­rze Ka­pu­ściń­ski. Jak długo to trwa? – za­py­tał, pod­wi­ja­jąc man­kiety bia­łej ko­szuli.

Na­chy­la­jący się nad pa­cjentką dok­tor pod­niósł głowę. Był mło­dym ciem­no­wło­sym męż­czy­zną, o drob­nej, chło­pię­cej uro­dzie. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łem, że miał przy uchu trąbkę, którą przy­sta­wiał do go­łego brzu­cha brze­mien­nej.

– Kilka go­dzin. Od go­dziny jest nie­przy­tomna. Ma na­wra­ca­jące drgawki.

– A dziecko?

– Cią­gle żyje. Silne, do­brze roz­wi­nięte – oznaj­mił, ocie­ra­jąc man­kie­tem ko­szuli spo­cone czoło.

Dok­tor Grodzki pod­szedł do ko­biety, pod­niósł jej rękę i pu­ścił. Opa­dła bez­wład­nie. Chwy­cił ją za nad­gar­stek i przy­trzy­mał, sku­biąc się przy tym drugą dło­nią po bro­dzie i pa­trząc w su­fit. Nie wie­dzia­łem wtedy, co chciał tam wy­pa­trzyć.

– Tętno szyb­kie… ale płyt­kie, le­dwo da się wy­czuć.

– Torba – za­żą­dał mój pan.

Szybko mu ją pod­su­ną­łem, po czym na­dal sto­jąc na łóżku, oświe­tli­łem lampą głowę cię­żar­nej i za­czą­łem się jej przy­glą­dać. Nie umia­łem roz­strzy­gnąć, czy mam przed sobą doj­rzałą ko­bietę, czy też mło­dziutką dziew­czynę. Jej włosy przy­po­mi­nały mo­kre strąki, a opu­chli­zna na jej czer­wo­nej i spo­co­nej twa­rzy cał­kiem wy­pa­czyła jej rysy. Le­żała bez­wład­nie w pod­wi­nię­tej, prze­po­co­nej ko­szuli na stole tak ma­łym, że nie star­czyło już miej­sca na nogi. Pod­gięte, stopy miały uło­żone na opar­ciach dwóch do­ci­śnię­tych do ściany krze­seł. Ktoś je mu­siał przy­nieść ra­zem ze sto­łem, bo na co dzień nie mo­gły tu stać. Cia­snota była tak okrutna, że je­den z dok­to­rów wciąż mu­siał się po­chy­lać. Ja też, po­nie­waż do ni­skich nie na­le­ża­łem, a do tego sta­łem na łóżku, opie­ra­łem się głową o strop i wy­krzy­wia­łem do ta­kiej po­zy­cji, że mo­głem le­żą­cej dziew­czy­nie pa­trzeć wprost w oczy. Miała je otwarte, lecz po­ka­zy­wały się w nich przede wszyst­kim białka.

– Oczo­pląs – wy­ja­śnił mój pan, roz­sze­rza­jąc jej po­wieki pal­cami i wo­dząc wzro­kiem za źre­ni­cami.

Po­tem roz­po­czął ba­da­nie tam, gdzie ja pa­trzeć już nie za­mie­rza­łem.

– Usta ma­ciczne za­mknięte – usły­sza­łem tylko, wpa­tru­jąc się w spły­wa­jący z jej szyi srebrny łań­cu­szek, na któ­rym wi­siał zgrabny, gra­we­ro­wany me­da­lio­nik. Dok­to­rzy kon­ty­nu­owali swoje con­si­lium, a ja za­wzię­cie wpa­try­wa­łem się w ara­be­skowy wzór, pró­bu­jąc ze wszyst­kich sił doj­rzeć wpi­sane weń li­tery.

– Utrzy­mu­jący się stan ko­ma­tyczny. Mamy też zbli­ża­jące się ob­jawy opu­chliny płuc­nej – stwier­dził na ko­niec mój pan, gdy po­łoż­nica za­częła jesz­cze gło­śniej rzę­zić.

Wszy­scy trzej po­pa­trzyli wza­jem na sie­bie. Na chwilę za­pa­no­wała ci­sza. Na­wet char­cze­nie na ten je­den mo­ment ustało. Aż na­gły grom roz­ciął niebo za ma­łym okien­kiem z taką siłą, że na pod­da­szu zro­biło się ja­śniej.

– Pa­no­wie – po­wie­dział po­waż­nym to­nem mój pan, He­lio­dor von Świę­cicki, prze­ry­wa­jąc pełne na­pię­cia mil­cze­nie. – W tej sy­tu­acji nie wi­dzę in­nego wyj­ścia. Stan cho­rej jest groźny. Ry­chło mo­żemy spo­dzie­wać się zej­ścia śmier­tel­nego. Mimo nie­do­god­nych wa­run­ków wska­za­nie do za­biegu ce­sar­skiego cię­cia uwa­żam za wprost nie­pod­wa­żalne.

– Zga­dzam się – przy­tak­nął dok­tor Ka­pu­ściń­ski, od­gar­nia­jąc przy­le­pione do czoła ciemne włosy.

– Ura­tu­jemy cho­ciaż dziecko – do­dał dok­tor Grodzki.

Silna drgawka na uła­mek se­kundy po­de­rwała ciało dziew­czyny.

– Wody – usły­sza­łem i z po­czątku nie zro­zu­mia­łem, że to cho­dzi o mnie. – Przy­nieś dużo go­rą­cej wody – po­wtó­rzył gło­śniej.

Już nie cze­ka­łem. Wy­sze­dłem, nie wie­dząc wszak, gdzie mam się o nią wy­sta­rać. W drzwiach mi­ną­łem go­spo­dy­nię, która przez ten czas wci­snąć zdo­łała nos ra­zem z pyp­ciem w dziurkę od klu­cza i nie za­mie­rzała opusz­czać sta­no­wi­ska.

– I co?! I co?! – do­py­ty­wała się wstrętna baba. Pulch­nymi pal­cami w srebr­nych pier­ścion­kach chwy­ciła mnie za ło­kieć i szar­pała nie­lekko.

– Nie do­py­tasz się. Znam go. To nie­mowa – uświa­do­mił ją po­ste­run­kowy.

– On?

– Tak. Nie wiem, co on u tak wiel­moż­nego pana robi! W mo­jej ro­dzi­nie wielu było słu­żą­cych i mó­wić każ­den je­den po­tra­fił!

– Też jest się czym chwa­lić – huk­nęła na niego żona, sku­pia­jąc na całe szczę­ście całą uwagę na nim.

Gdy tylko mnie pu­ściła, po­czu­łem, że znów ktoś mnie cią­gnie za man­kiet. Była to tym ra­zem sto­jąca za babą chuda ko­bieta. Mu­siała wie­dzieć, o co cho­dzi, bo za­pro­wa­dziła mnie wprost do miesz­ka­nia po­ni­żej.

– Już dwie go­dziny jak w piecu palę – oznaj­miła, wkła­da­jąc mi w jedną rękę wielką pu­stą mied­nicę, a w drugą wy­mbo­rek z go­rącą wodą.

Wró­ci­łem na pod­da­sze, mi­ja­jąc sie­dzą­cego na scho­dach mło­dego czło­wieka z po­tar­ga­nymi dłu­gimi wło­sami pra­wie do ra­mion i w roz­cheł­sta­nym ubra­niu, uszy­tym na za­gra­niczną mo­dłę. Gra­na­towe, ak­sa­mitne, z ja­sną je­dwabną apaszką, owi­niętą kilka razy wo­kół szyi. Nie pa­mię­tam, żeby wcze­śniej tam był.

– Co z nią?! – Pa­ni­czyk za­gro­dził mi drogę po­wrotną, chwy­cił obu­rącz za ko­szulę i szar­pał ją za­wzię­cie. Był blady, choć miał nie­zdrowo za­ru­mie­nione po­liczki i szkli­ste oczy. Z po­czątku po­my­śla­łem, że to z po­wodu afektu. Po cza­sie do­wie­dzia­łem się jed­nak, że śmierć już od dawna stała u jego boku, wy­cze­ku­jąc tylko na od­po­wiedni mo­ment.

– Co z nią?! – po­wtó­rzył.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami. Ani nie wie­dzia­łem, ani nie umia­łem po­wie­dzieć.

– Zo­staw go pan! – ryk­nęła wredna baba i ob­ła­pu­jąc go, od­cią­gnęła na bok. – Wcze­śniej trzeba było po­my­śleć! Le­dwo dy­cha, a się do ko­bity jesz­cze za­biera – wark­nęła, pcha­jąc go całą sobą na ścianę. Oswo­bo­dziła mnie, więc przy­zna­łem w du­chu, że tym ra­zem się przy­dała. Gdy do­tar­łem na pod­da­sze, dok­tor Grodzki prze­cie­rał watą brzuch dziew­czyny, a mój pan wła­śnie od­kła­dał skrzynkę znie­czu­la­jącą wła­snej kon­struk­cji. Mu­siał za­wczasu po­trak­to­wać cię­żarną ga­zem. Wy­cią­gnął nóż i wtedy już wie­dzia­łem, że za chwilę wy­da­rzy się coś, czego do końca ży­cia nie za­po­mnę.

– Świa­tło, jesz­cze jedno – za­ko­men­de­ro­wał.

Trzy­ma­łem więc dwie lampy naf­towe, sto­jąc na łóżku pod­da­sza w ka­mie­nicy nu­mer 3 na Pie­ka­rach, i pa­trzy­łem. Ze­mdlał­bym nie­chyb­nie, gdyby nie to, że czas ja­kiś miesz­ka­łem przy rzeźni, gdzie so­lid­nie obity, pa­trzeć mu­sia­łem, jak się zwie­rzę opra­wia. Te­raz w su­mie wy­glą­dało to po­dob­nie, je­śli się nie pa­trzyło na twarz. A nie chcia­łem już na nią pa­trzeć.

Wi­dzia­łem więc do­kład­nie, jak mój dok­tor pewną ręką kroi na­pięty brzuch. Cien­kim skal­pe­lem roz­ci­nał ciało, po­czy­na­jąc trzy palce pod most­kiem, z omi­nię­ciem pępka, aż pra­wie do sa­mego łona. Try­snęła krew, roz­chy­liły się poły skóry, od­sła­nia­jąc ga­la­re­to­waty tłuszcz. Dok­tor Grodzki wy­cie­rał ser­we­tami try­ska­jącą krew. Sto­jący z prze­ciw­nej strony dok­tor Ka­pu­ściń­ski chwy­cił wy­pły­wa­jące z wnętrz­no­ści dłu­gie, po­skrę­cane je­lita i przy­trzy­my­wał je wy­go­to­wa­nymi ga­zo­wymi ser­we­tami. Prze­sią­kła krew cie­kła mu po rę­kach i man­kie­tach ko­szuli. Nie ina­czej wy­glą­dał dok­tor Świę­cicki. Ten unu­rzał dło­nie w roz­po­ło­wio­nym brzu­chu ko­biety i roz­ci­nał ko­lejne po­włoki dłu­gimi że­la­znymi no­życz­kami. Li­try wód lały się nie tylko na pod­łogę, ale i na spodnie dok­tora, a on zda­wał się tego nie czuć. Po­tem wy­do­był na po­wierzch­nię cię­żarną ma­cicę.

– O! Ło­ży­sko ode­szło sto­sun­kowo ła­two – rzekł w końcu gło­śno. Pierw­sza wy­szła głowa dziecka, po­tem cała sina i sku­lona reszta, za nią cią­gnący się, fio­le­towy, po­skrę­cany frę­dzel, który za­raz prze­ciął dok­tor Grodzki. Kie­dyś wcze­śniej sły­sza­łem, że od­cina się pę­po­winę, ale do głowy mi nie przy­szło, że dzieje się to do­słow­nie. My­śla­łem wtedy, że dziecko za­raz za­cznie krzy­czeć, ale nie. Na­wet nie drgnęło. Po­łoż­nica z roz­cię­tym brzu­chem też le­żała jakby spo­koj­niej, rzę­żąc co­raz ci­szej.

– Spró­buję je do­ce­rać – po­wie­dział Grodzki, od­su­wa­jąc się z dziec­kiem na bok i wy­cie­ra­jąc je z ob­le­pia­ją­cej mazi.

Pa­trzy­łem na mo­jego dok­tora. Na­wle­kał je­dwabne nici na srebrne pół­ko­li­ste igły, nie od­ry­wa­jąc jed­no­cześnie wzroku od roz­war­tego brzu­cha.

– Na spo­sób Frit­scha zszyję – oznaj­mił po­zo­sta­łym dok­to­rom. – I spe­cjal­nie nie będę zwra­cał uwagi na omi­ja­nie błony do­cze­snej, jak to za­leca Sa­en­ger. Z do­brym re­zul­ta­tem zro­bi­łem tak w ze­szłym roku, przy cię­ciu ce­sar­skim z po­wodu guza.

„Boże! To nie pierw­szy raz?!”, prze­bie­gło mi przez głowę i myśl ta prze­ra­ziła mnie tak bar­dzo, że mu­sia­łem ręką prze­trzeć czoło. Po­ru­szy­łem przy tym świa­tłem, ale dok­tor spoj­rzał na mnie i nic nie po­wie­dział.

Prze­nio­słem wzrok na Grodz­kiego, który trzy­mał dziecko. On rów­nież mó­wił do sie­bie.

– Me­toda Pro­chow­nika. No­winka z Ham­burga… może za­działa… – Zła­pał dziecko za nogi, głową w dół i lekko nim bu­jał. Z da­leka zda­wało mi się, że to chyba dziew­czynka. Chcia­łem wy­chy­lić się bar­dziej, ale nie mo­głem.

– Świa­tło – skar­cił mnie znowu dok­tor, tym ra­zem nie pa­trząc w moim kie­runku. – Ma­cica skur­czyła się do­brze – kon­ty­nu­ował. – Bę­dziemy zszy­wać – do­dał, na­wle­ka­jąc ko­lejną pół­okrą­głą igłę, pod­czas gdy Ka­pu­ściń­ski umie­ścił je­lita z po­wro­tem we wnę­trzu brzu­cha. Grodzki tym­cza­sem da­lej bu­jał dziec­kiem, lecz tym ra­zem jedną ręką trzy­mał je za nogi, drugą zaś za głowę, jak w ko­ły­sce.

– Tętno? – za­py­tał pan He­lio­dor, wkłu­wa­jąc się w skórę brzu­cha.

– Pełne i na­pięte.

– Do­koń­czy pan? – za­pro­po­no­wał Ka­pu­ściń­skiemu i prze­ka­zał mu igłę, po czym pod­szedł do Grodz­kiego.

– Spró­bujmy może wa­hań Schult­zego.

– Nie znam.

– Czy­ta­łem ostat­nio. Spró­bujmy – po­wtó­rzył, przej­mu­jąc sine dziecko. Ob­ró­cił je głową do góry we wciąż za­krwa­wio­nych rę­kach.

– Nie­któ­rzy mó­wią, że to do­bra me­toda. Je­śli się uda, bę­dzie o tym w ko­lej­nym nu­me­rze „No­win Le­kar­skich”. Zła­pał dziecko pod pa­chy, kciu­kami przy­trzy­mał jego klatkę pier­siową, a głowę ści­snął nad­garst­kami. Pa­trzy­łem jak onie­miały na sto­ją­cego w roz­kroku dok­tora, który huś­tał tak unie­ru­cho­mio­nym dziec­kiem mię­dzy roz­sta­wio­nymi no­gami przez dłuż­szą chwilę. Na­gle tak się za­mach­nął bied­nym nie­mow­lę­ciem, że wy­ko­nało ono nie­mal salto w po­wie­trzu i o mały włos nie ude­rzyło stóp­kami w su­fit, po czym wy­lą­do­wało brzu­chem na jego ra­mie­niu.

– Nie wie­rzę, że to za­działa – wes­tchnął Grodzki.

Nie­zra­żony Świę­cicki da­lej bu­jał dziec­kiem.

– Znane są po­dobno przy­padki, że na­wet i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach dziecko oży­wało z po­zor­nej mar­twicy.

– Skoń­czy­łem – oznaj­mił z boku Ka­pu­ściń­ski. – Ale nie jest do­brze. Obrzęk płuc się zwięk­sza – do­dał i przy­sta­wił ucho do jej ust.

Za­rzę­ziła gło­śniej, a po chwili po po­liczku po­pły­nęła jej krwi­sta piana.

– Zdaje się, że twier­dze­nie dok­tora Hal­bert­smy z Utrechtu, że uwol­nie­nie ma­cicy z płodu za­wsze ko­rzyst­nie wpływa na drgawki, nie do końca jest praw­dziwe – za­uwa­żył Świę­cicki i po­now­nie za­mach­nął się dziec­kiem. Gdy nie­mowlę zna­la­zło się na jego ra­mie­niu, za­stygł. Nie­mowlę bo­wiem ci­cho za­chrzą­kało.

Śmiało mogę po­wie­dzieć, że pierw­szy je usły­sza­łem, a dok­tor mu­siał zo­ba­czyć zdzi­wie­nie w mo­ich oczach, bo od­chy­lił głowę dziecka, ono zaś za­częło char­czeć, po­tem się krztu­sić i w końcu pła­kać.

– To chyba cud akro­ba­cji – wes­tchnął dok­tor Grodzki, mię­to­ląc swoją brodę.

Mój pan po­ki­wał głową, a pod ja­snym jego wą­sem pierw­szy raz po­ja­wił się uśmiech.

Ja z ko­lei za­ci­sną­łem usta z ca­łej siły, żeby nie wy­dać z sie­bie żad­nych dźwię­ków, które w moim wy­ko­na­niu mo­gły być tylko bez­ład­nymi ję­kami. Dziew­czynka za to krzy­czała gło­śno. Pierw­sza na pod­da­sze wpa­dła chuda ko­bieta. Wi­docz­nie miała naj­wię­cej do­świad­cze­nia z dziećmi, bo szybko wzięła małą na ręce i za­wi­nęła w chu­stę. Chwilę po­tem na pod­da­szu zna­lazł się też blady mło­dzie­niec, który od razu pod­szedł do nie­przy­tom­nej. Głowę we­tknęła też baba z pyp­ciem, a za­raz za nią po­ste­run­kowy Hę­ciak z cał­kiem opa­dłym wą­sem i zdało się mnie, że na­wet łzę z oka ob­tarł.

Mi­nęło kilka chwil. Grodzki pod­szedł do dziew­czyny i do­tknął jej brzu­cha.

– Cóż, mo­żemy śmiało po­wie­dzieć, że ma­cica skur­czyła się wspa­niale. Ope­ra­cja prze­bie­gła w do­skonałym cza­sie, zdaje się, że za­jęło to mniej niż pół go­dziny. We­dług mo­ich ob­li­czeń to ósme w Eu­ro­pie ce­sar­skie cię­cie z po­wodu eklamp­sji… Nie­stety, po­stę­pu­jące oedema pul­mo­num…

– Prze­nie­śmy ją na łóżko – za­de­cy­do­wał dok­tor Świę­cicki. Pod­szedł do mi­ski z wodą i umył ręce.

– Prze­żyje? – za­py­tał nie­pew­nym gło­sem mło­dzian.

– Ra­czej nie.

Chło­pak ukląkł przy po­łoż­nicy i przy­ty­ka­jąc swój po­li­czek do bla­dego jej czoła, drżą­cymi pal­cami gła­dził nie­ru­chome ra­mię. Tym­cza­sem dok­tor Ka­pu­ściń­ski, który trzy­mał ją za nad­gar­stek, po­krę­cił głową.

– Prze­cież ona nie żyje! – wy­krzyk­nął młody czło­wiek. Wstał. Oczy jego stały się bar­dziej szkli­ste, skóra bled­sza, na czole zaś per­lił się pot i struż­kami spły­wał po skro­niach. – Zo­staw­cie mnie wszy­scy w spo­koju! W spo­koju! Nic już nie ma! – Roz­cza­pie­rzył chude palce przed sobą i ru­szył w kie­runku wyj­ścia.

– Po­cho­wać ją trzeba! – wrza­snęła za nim baba.

– Pa­piery spi­sać – do­rzu­cił po­ste­run­kowy.

– Niech się pan za­trzyma! – za­żą­dał sta­now­czym to­nem mój dok­tor.

– A, po­cho­wać…? Nie chcę… Zrób­cie to! – od­rzekł mło­dzie­niec już spo­koj­niej, po czym wło­żył rękę do kie­szeni i wy­rzu­cił z niej garść mo­net.

Pie­nią­dze po­ku­lały się po pod­ło­dze. Świa­tła było mało, ale każdy, jak stał, wi­dział, że ozło­ciły drew­nianą pod­łogę. Wszy­scy za­mil­kli­śmy na chwilę, wy­trzesz­cza­jąc oczy. Je­dy­nie mój pan kiw­nął na mnie głową, więc pa­dłem na ko­lana, by po­zbie­rać mo­nety. „Ze trzy ka­mie­nice można by za to ku­pić”, po­my­śla­łem.

– Wszystko nie­ważne! Nic już nie ma! – po­wta­rzał mło­dzie­niec jak obłą­kany.

– Dziecko jest pań­skie. – Mój pan wska­zał na za­wi­niątko, które trzy­mała ko­bieta. – Pań­ska córka.

– A, to… – Chło­pak po­pa­trzył nie­przy­tom­nym wzro­kiem. – Ach tak… – Pod­szedł do chu­dej ko­biety i wziął od niej dziecko, na które na­wet nie spoj­rzał. – Przy­rze­ka­łem jej – burk­nął pod no­sem.

– Do­kąd pan je za­biera?

– Do jej brata.

– Gdzie to?

– Se­dan, chyba.

– Aha, Strze­szyn. A do­kład­nie gdzie?

– Jest le­śni­kiem. Gdzieś pod ol­szyną ma dom...

– Ol­chy, tak? – za­py­tał spo­koj­nie dok­tor, pod­cho­dząc do chło­paka. – Zdrowe drzewa. Niech mi pan ją jesz­cze po­każe – po­pro­sił, wy­cią­ga­jąc ręce po dziecko. – Zdaje się, jedną piękną, zdrową ol­chę już pan tu ma.

Młody czło­wiek pa­trzył na niego bez­ro­zum­nym wzro­kiem.

– Pro­szę mi ją dać. Obie­cuję, ju­tro udo­stęp­nię panu po­wóz. Za­wie­zie pana pod wska­zany ad­res. Te­raz jest noc… Bu­rza nie ode­szła da­leko… – Ła­god­ność w gło­sie za­dzia­łała.

Mło­dzie­niec po­ło­żył za­wi­niątko na ręce mo­jego pana, a ten prze­ka­zał je na­tych­miast ko­bie­cie.

– Trzeba ją na­kar­mić – przy­ka­zał.

Ko­bieta kiw­nęła głową.

– A i pana trzeba by prze­ba­dać…

– Mnie już nic nie po­może – od­rzekł chło­pak i za­czął kasz­leć tak mocno, że w końcu zmę­czony, osu­nął się po ścia­nie.

– Dziś dam panu kro­ple, a ju­tro się pa­nem zajmę. Zgoda?

Mło­dzian sie­dział pod ścianą z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Trząsł się.

Na­za­jutrz dok­tor po­noć go prze­ba­dał. Rów­nież pie­nią­dze po­gu­bione wrę­czył i długo z nim roz­ma­wiał, a po­tem pod­sta­wił obie­cany po­wóz. Ale ja, choć do­sko­nale mło­dzieńca za­pa­mię­ta­łem, ni­gdy wię­cej już go nie zo­ba­czy­łem. Cóż, śmierćła­koma, która dziew­czę jesz­cze młode za­brała, po­chy­lała się też nad nim. Wia­domo, ona za­wsze pa­rami lu­dzi do grobu pę­dzi. Ha! Wy­dar­łaby i nie­mowlę, ale mój pan do ży­cia je przy­wo­łał. I dla­tego dane mi było jesz­cze zo­ba­czyć tę istotę, na­ro­dzoną owej burz­li­wej ma­jo­wej nocy.

– „A Wil­hel­mek my­ślał, że mu bę­dziem słu­żyć…”. A Wil­hel­mek?! Co to jest? – Ka­ro­lina Ro­sada otwo­rzyła za­spane oczy, zdzi­wiona, że nu­ciła przez sen. – Aaa… – ziew­nęła mocno i do­śpie­wała, zwle­ka­jąc się z ma­te­raca roz­ło­żo­nego na pod­ło­dze. –„Pój­dziemy na Ber­lin, pój­dziemy na Ber­lin, aż się bę­dzie ku­rzyć. Ku­rzyć” – do­dała pod no­sem, roz­glą­da­jąc się po po­koju.

Na pod­ło­dze wciąż stały mniej­sze i więk­sze nie­roz­pa­ko­wane kar­tony, które ze­brały cały kurz z cięża­rówki ba­ga­żo­wej i wszyst­kiego in­nego, co spo­tkały na swo­jej dro­dze pod­czas prze­pro­wadzki. Trwała ona kilka dni, wczo­raj do­piero wnie­śli ostat­nie sprzęty. Max zdał stare klu­cze i tym sa­mym osta­tecz­nie wpro­wa­dzili się na trze­cie pię­tro ka­mie­nicy przy Mic­kie­wi­cza. Prze­piękne, prze­stronne miesz­ka­nie. Cztery duże po­koje, je­den więk­szy od dru­giego, wszyst­kie wy­so­kie, w sa­lo­nie okna od ziemi pra­wie do su­fitu, za nimi po­tężne drzewa. Nie my­ślała, że bę­dzie ich stać na wy­na­jem cze­goś ta­kiego przez na­stęp­nych dzie­sięć lat, co naj­mniej! A tu taka nie­spo­dzianka. Mąż Max spi­sał się do­sko­nale, co zdą­żył pod­kre­ślić już mi­ni­mum ze sto razy.

– Wo­jenko, wo­jenko – nu­ciło się jej da­lej, bo też wszystko do­okoła rze­czy­wi­ście wy­glą­dało jak kra­jo­braz po bi­twie. Ale na do­brze wy­sprzą­ta­nym polu bi­tew­nym! Mu­siała to przy­znać. Kurz może jesz­cze się uno­sił, ale tylko ze świeżo wnie­sio­nych rze­czy. W sa­mych wnę­trzach za­stała od­ma­lo­wane ściany i wy­cy­kli­no­waną pod­łogę. Tego też się nie spo­dzie­wała. Max miał ten­den­cję do sprzą­ta­nia je­dy­nie ry­neczku, na­pra­wia­nia rze­czy wi­docz­nych i ma­lo­wa­nia ścian wo­kół re­gału, bez od­su­wa­nia me­bli, je­śli go nie pil­no­wała. A nie pil­no­wała, po­nie­waż na­wet nie wie­działa, że będą się prze­pro­wa­dzać. Gnieź­dzili się wcze­śniej w cia­snej klitce, ale i tak za­miana miesz­ka­nia na lep­sze po­zo­sta­wała w sfe­rze ma­rzeń. Max za­jął się re­mon­tem gdzieś na zle­ce­nie i po­in­for­mo­wał ją na­wet, że za­mie­rza się re­mon­tami za­jąć na po­waż­nie. Ale nie za­in­te­re­so­wała się tym zbyt­nio, bo w jego przy­padku po­ważne plany na­le­żało oce­niać na ja­kieś góra trzy, cztery mie­siące. Poza tym miała to być spółka z Wik­to­rem. Wik­tora lu­biła, ale on rów­nież nie był ty­ta­nem pracy. Tak czy ina­czej, po­chwa­liła zdaw­kowo ich plany i nie za­mie­rzała się wtrą­cać. Tym bar­dziej że z po­czątku Max wra­cał do domu po­de­ner­wo­wany. Jak twier­dził, wy­ma­ga­nia zle­ce­nio­daw­ców były duże, ter­miny na­pięte, a nowy sa­mo­chód Wik­tora, czyli stare BMW, co drugi dzień trzeba było ho­lo­wać. Z cza­sem jed­nak mu­siało iść mu co­raz le­piej, bo przy­cho­dził we­sel­szy i ze szcze­gó­łami opo­wia­dał o cy­kli­no­wa­niu. Słu­chała go jed­nym uchem i przy­ta­ki­wała.

– Ach, tak – mruk­nęła też bez głęb­szego za­sta­no­wie­nia, gdy za­ko­mu­ni­ko­wał jej ra­do­śnie, że wła­śnie wy­re­mon­to­wał im więk­sze i ład­niej­sze gniazdko.

– Nie cie­szysz się? – za­py­tał pod­ła­many.

Już chwilę póź­niej ska­kała z ra­do­ści, gdy się oka­zało, że ro­bota Maxa na tyle spodo­bała się wła­ści­cie­lom miesz­ka­nia, że pierw­szemu za­pro­po­no­wali mu wy­na­jem.

– Max, czyli wszystko na maksa! – wy­krzy­czał jej, dumny z sie­bie, wpro­wa­dza­jąc ją na po­koje.

Roz­glą­dała się przez do­brą go­dzinę, nie mo­gąc w to wszystko uwie­rzyć. Za cenę, którą usta­lili, na mie­ście mo­gli mieć co naj­wy­żej po­łowę tego me­trażu. Albo wy­na­jąć lo­kum nie wia­domo gdzie. A nie w cen­trum, na Je­ży­cach! A poza tym ściany były po­ma­lo­wane od góry do dołu, a pod­łoga czy­sta i świeżo wy­cy­kli­no­wana. Ka­ro­lina wciąż wy­czu­wała ten che­miczny za­pach, który trudno było wy­wie­trzyć.

– Wo­jenko, wo­jenko – nu­ciła więc pod no­sem, przy­my­ka­jąc piękne drew­niane okno. Już jej nie dzi­wiło, że jest, gdzie jest, i że jest taka za­do­wo­lona. Ani też to, że wstała z po­wstań­czą pio­senką na ustach.

Przy­po­mniała so­bie. Próba chóru skoń­czyła się wy­jąt­kowo późno. Z po­wodu tej prze­pro­wadzki nie po­winna w ogóle na nią iść, ale li­sto­pad miał się lada mo­ment za­cząć, a wraz z nim huczne ob­chody stu­leci prze­róż­nych. Stu­le­cie od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, stu­le­cie po­wsta­nia wiel­ko­pol­skiego, wkrótce stu­le­cie uczelni i nie wia­domo czego jesz­cze. Chór uni­wer­sy­tecki miał uświet­niać to wszystko ra­zem i z osobna, więc prób było wię­cej i prze­cią­gały się do późna.

Max od dawna mó­wił, żeby dała so­bie z tym spo­kój. Stu­dia prze­cież skoń­czyła już parę lat temu. Ale co z tego! Cią­gle jesz­cze nie mo­gła się z tym chó­rem roz­stać, za dużo wspo­mnień, za do­bry czas. Do tego rok był szcze­gólny. Poza tym pra­co­wała w uni­wer­sy­tec­kim ar­chi­wum, więc wciąż była zwią­zana z uczel­nią, choć te­raz nie było to już tak za­bawne jak daw­niej.

– …có­żeś ty za pani… – śpie­wała da­lej w dro­dze do ła­zienki. Po mał­żonku zo­stał tylko mo­kry ręcz­nik, no i od­bite ze ściany płytki, bo tego nie zdą­żył po­pra­wić. Tak samo jak wnęki na końcu ko­ry­ta­rza, za­bu­do­wa­nej do po­łowy. Osta­tecz­nie po­sta­no­wił jej nie koń­czyć, tylko za­dzia­łać w swoim stylu i za­mó­wić szafę, która bę­dzie tam ide­al­nie pa­so­wała. Szaf ni­gdy nie za wiele, więc Ka­ro­li­nie było to na rękę. Go­rzej z gla­zurą w ła­zience, za­le­ga­jącą w pacz­kach na pod­ło­dze. „Tak. Te­raz już się nie do­cze­kam”, wie­działa, że w przy­padku jej męża rzecz raz odło­żona na po­tem da­lej już od­kłada się sama.

W domu już go nie było. Mu­siał wyjść znacz­nie wcze­śniej. Kie­dyś spał do późna, ale te­raz Wik­tor sku­tecz­nie zmu­szał go do wcze­snego wsta­wa­nia. Tak po­dej­rze­wała i tym ra­zem. Miała ra­cję. Na ku­chen­nym bla­cie le­żała spora kartka z dość zgrab­nym ry­sun­kiem ma­łego auta, wiel­kim zna­kiem do­da­wa­nia i pę­katą sa­kiewką ozna­czoną do­la­rem. Po­wy­żej wid­niało kilka ser­du­szek. Ręczny do­pi­sek gło­sił: „Ko­cha­nie, po­je­cha­łem za­ra­biać”.

– Przy­szło nowe – skwi­to­wała pod no­sem, pa­trząc na sza­rugę za oknem. Mia­rowo ko­ły­sały się gołe ga­łę­zie drzewa, z któ­rego ostat­nie li­ście opa­dały na czarny, ele­gancki sa­mo­chód za­par­ko­wany na chod­niku. – Te­raz tak za­cznę to śpie­wać: „For­tuno, for­tuno có­żeś ty za pani, że za tobą lecą, że za tobą lecą chłopcy ma­lo­wani…”. No tak, te­raz będę miała to w gło­wie przez cały dzień – stwier­dziła, wy­cią­ga­jąc z kar­tonu naj­mniej po­gnie­cione ubra­nia.

Nie my­liła się. Jesz­cze gdy za­my­kała drzwi do miesz­ka­nia, nu­ciła ko­lejną zwrotkę, prze­ro­bioną na wła­sny uży­tek.

– „For­tuno, for­tuno, co za moc jest w to­bie? Kogo ty po­ko­chasz, kogo ty po­ko­chasz, w zim­nym leży gro­bie”. – Rany, co ja śpie­wam! – Stuk­nęła się pal­cem w głowę i za­trzy­mała na pół­pię­trze.

Jej uwagę przy­kuły wiel­kie, drew­niane, ob­dra­pane drzwi. Były nie­do­mknięte. Scho­dziła da­lej, ale co­raz wol­niej, mocno wy­krę­ca­jąc głowę. W końcu się za­trzy­mała.

Miesz­kali tu od wczo­raj, ni­kogo jesz­cze nie spo­tkała. Od praw­ni­ków z kan­ce­la­rii na dole, któ­rzy za­rzą­dzali tą nie­ru­cho­mo­ścią, wie­działa tylko tyle, że pod nimi mieszka przy­głu­cha bab­cia. Naj­waż­niej­szą in­for­ma­cją było więc to, że nie mu­sieli się za­cho­wy­wać prze­sad­nie ci­cho. Co było im na rękę, bo na swoje dru­gie pię­tro wtar­gali pia­nino. Max cie­szył się też jak dziecko, że bę­dzie grał na swo­jej uko­cha­nej gi­ta­rze aku­stycz­nej, a za chwilę kupi so­bie jesz­cze elek­tryczną i dwa piece. Jed­nym sło­wem mo­gli ha­ła­so­wać, a ko­bie­cina z dołu miała nic nie sły­szeć. Jak na iro­nię wła­śnie to te­raz sta­no­wiło pro­blem, bo Ka­ro­lina nie wie­działa, co zro­bić. Pa­trzyła i pa­trzyła, a drzwi po­zo­stawały nie­do­mknięte. Nie wie­działa, czy ma krzyk­nąć coś z progu, czy od razu wejść.

Po­de­szła bli­żej i nad­sta­wiła ucha. Ci­sza. Za­pu­kała gło­śno. Ci­sza. Spe­szona, ze­szła kilka scho­dów, ale wró­ciła. Oparta o fu­trynę, za­sta­na­wiała się, czy nie naj­pro­ściej by­łoby je po pro­stu do­mknąć i odejść. Ale je­śli ktoś po­trze­bo­wał po­mocy?

– Dzień do­bry! – krzyk­nęła przez szparę. Tak jak się spo­dzie­wała, nikt nie od­po­wie­dział. Przez taką wą­ską szcze­linę sama mo­głaby nie do­sły­szeć. Lekko więc pchnęła drzwi. Cięż­kie za­wiasy za­skrzy­piały tak, że sama się prze­stra­szyła

– Halo! Dzień do­bry! – po­no­wiła próbę po chwili. Po­tem jesz­cze raz. Ci­sza. – Daj so­bie spo­kój – burk­nęła pod no­sem – ktoś w końcu za­re­aguje. – Za­częła scho­dzić na dół. – A je­śli nikt? – We­szła z po­wro­tem i za­pu­kała naj­gło­śniej, jak się da. – Halo! Ma pani nie­za­mknięte drzwi! – krzy­czała wręcz, wcho­dząc do środka. – Jest tu kto?

Nikt jej nie od­po­wie­dział. Zo­sta­wiła za sobą sze­roko otwarte wej­ście. Wą­skim ko­ry­ta­rzem prze­szła do środka. W po­koju pa­no­wały za­duch i pół­mrok. Nie z po­wodu mar­nej je­sien­nej po­gody, ale gru­bych we­lu­ro­wych ko­tar, szczel­nie za­sła­nia­ją­cych wy­so­kie okna. Ka­ro­lina stą­pała po­woli po skrzy­pią­cej pod­ło­dze i miała wra­że­nie, że od­dy­cha ku­rzem na­nie­sio­nym tu przez po­przed­nie po­ko­le­nia.

– Halo – po­wta­rzała, roz­glą­da­jąc się.

Na­tra­fiła na stare za­śnie­działe lu­stro i szybko przy­gła­dziła po­wy­krę­cane we wszyst­kie strony krót­kie brą­zowe włosy. Zro­biła to od­ru­chowo, jakby chciała wy­glą­dać grzecz­niej, skoro już we­szła nie­pro­szona do cu­dzego miesz­ka­nia.

– Dzień do­bry! – krzyk­nęła, prze­cho­dząc do sa­lonu. – A to co? – za­py­tała na­gle sama sie­bie.

Pa­trzyła na wiel­kie drew­niane śmi­gło. Wi­siało na ścia­nie mię­dzy pół­kami, na któ­rych stały lor­netki i le­żały ja­kieś go­gle i inne sta­ro­cia. Po­de­szłaby bli­żej, ale w sa­lo­nie nie było ni­kogo. Nie chciała więc po nim cho­dzić. Je­dyne, co sto­jąc w progu, mo­gła wy­raź­nie zo­ba­czyć, to duże, opra­wione w ramy, czarno-białe zdję­cia. Na jed­nym z naj­więk­szych na tle dwu­pła­towca stała ko­bieta w stroju lot­nika.

– Ach tak – po­wie­działa do sie­bie Ka­ro­lina, jakby coś od­ga­dła, choć nie do końca wie­działa co. – Jest tu kto?! – za­wo­łała znowu, za­glą­da­jąc do kuchni. Ni­kogo nie było ani tam, ani w są­sia­du­ją­cej z kuch­nią ma­łej sy­pialni z wą­skim łóż­kiem i wielką koł­drą. Chwy­ciła ją w dwa palce z lek­kim obrzy­dze­niem i od­chy­liła po­woli. Bar­dzo nie chciała tam ni­czego zna­leźć. Na szczę­ście pod pier­na­tami ni­kogo nie było. Ode­tchnęła, ale co­fa­jąc się, za­cze­piła stopą o bam­bosz z żół­tym pom­po­nem. Prze­stra­szyła się i od­sko­czyła, pisz­cząc i ma­cha­jąc rę­kami.

– Rany, nie! Wy­cho­dzę – po­sta­no­wiła.

I pra­wie by wy­szła, gdyby w ostat­niej chwili nie do­strze­gła jesz­cze jed­nych drzwi w ko­ry­ta­rzu. Otwo­rzyła je. W ciem­no­ści wi­dać było tylko że­liwną wannę. Za­pa­liła świa­tło. Naj­pierw na ran­cie wanny zo­ba­czyła ja­kieś bru­natne plamy, ale gdy zro­biła krok, uj­rzała… ją. Krzyk­nęła i znie­ru­cho­miała. Na po­sadzce mię­dzy wanną a se­de­sem le­żała sta­ruszka. Nie­dziwne, że Ka­ro­lina nie doj­rzała jej od razu. Ko­bieta le­żała bez ru­chu na wie­ko­wej nie­bie­skiej te­ra­ko­cie i wy­glą­dała jak po­marsz­czone chu­chro. Jak dziecko, które za szybko prze­nio­sło się w cza­sie. Cią­gle miało na so­bie za duże włócz­kowe skar­pety i za sze­roką fla­ne­lową ko­szulę. I bar­dzo nie­wiele wło­sów na gło­wie. Do­piero gdy Ka­ro­lina na­chy­liła się nad star­szą pa­nią, do­strze­gła, że na czole miała ona roz­ciętą skórę, wo­kół któ­rej za­krze­pła już krew.

– Ożeż! Co ja te­raz mam zro­bić? Prze­wró­ciła się, biedna. Pro­szę pani? – Lekko dźgnęła ją pal­cem.

„A je­śli do­ty­kam trupa?”, po­my­ślała i od­sko­czyła.

„A je­śli jest tru­pem, to jak zo­sta­wiła otwarte drzwi?”. Zmar­twiała. „Może wcze­śniej? Za­nim się prze­wró­ciła”, po­cie­szała się, roz­glą­da­jąc do­okoła. „Mu­szę za­dzwo­nić po po­go­to­wie. Ale co po­wiem? Żyje? Nie żyje?”. Jej wzrok padł na umy­walkę i le­żące na niej małe pod­ręczne lu­sterko. Gdzieś na fil­mie zo­ba­czyła, że po­winno za­pa­ro­wać od cie­pła od­de­chu, przy­ło­żyła je więc do na wpół otwar­tych ust sta­ruszki. Od­cze­kała, ale nic na nim nie zo­ba­czyła. Przy­sta­wiła bli­żej. Nic. Wy­jęła z kie­szeni ko­mórkę i trzę­są­cymi się pal­cami wy­brała nu­mer. Gdy tylko usły­szała sy­gnał ocze­ki­wa­nia na po­łą­cze­nie, na ziemi przed nią roz­legł się coś jakby char­kot.

– Po­go­to­wie ra­tun­kowe, słu­cham.

– Ona się ru­sza! – wrza­snęła do słu­chawki na cały głos.

A po­tem zo­ba­czyła, jak le­żąca na ziemi stara, pra­wie łysa ko­bieta otwiera jedno oko.

– Nie wie­rzę! Prze­nio­słaś ją na łóżko? Sama? – Ma­xy­mi­lian Ro­sada z uzna­niem po­ki­wał głową. – Szkoda, że pia­nina nie wnio­słaś. Że o tych pu­dłach nie wspo­mnę. – Po­ka­zał na roz­sta­wione po ca­łej kuchni kar­tony, któ­rych nie opła­cało się roz­pa­ko­wy­wać, bo szafki nie były jesz­cze po­przy­krę­cane. – Po­pro­siła cię?

– Prze­cież ona wa­żyła ze trzy­dzie­ści kilo, nie wię­cej – tłu­ma­czyła mu żona, na­kła­da­jąc pie­rogi na pla­sti­kowy ta­lerz. – I nie po­pro­siła, tylko za­żądała – do­dała, za­pa­la­jąc świeczkę, bo ża­rówka, wi­sząca smęt­nie na dru­cie do­kład­nie nad sto­łem, wła­śnie się prze­pa­liła.

– Jak za­żą­dała?

– Jesz­cze ka­zała mi po­dać ubra­nie z szafy. Po­dobno nie wia­domo, kogo się spo­tka w dro­dze do szpi­tala.

– Coś po­dob­nego! A ile ona ma lat?

– Ze sto chyba. Nie wiem, nie zdą­ży­łam za­py­tać. Znowu ze­mdlała albo za­snęła, za­nim przy­je­chało po­go­to­wie. Sa­ni­ta­riusz po­wie­dział, że mo­gła cał­kiem mocno ude­rzyć się w głowę, skoro ją so­bie roz­cięła. Wiesz, że chyba była pi­lo­tem?

– Co ty nie po­wiesz?

– A na pewno w sza­fie ma czapkę pi­lotkę, jesz­cze sprzed wojny.

– Cie­kawe któ­rej… – za­żar­to­wał Max.

– Ju­tro się do­wiem.

– A skąd?

– Pójdę do tego szpi­tala i od­dam jej klucz.

– Jaki klucz? – za­py­tał, ob­li­zu­jąc się po skoń­czo­nym po­siłku.

– Wzię­łam z jej miesz­ka­nia, za­mknę­łam drzwi… Co mia­łam zro­bić? Ona była pra­wie nie­przy­tomna. Zo­sta­wię kartkę w drzwiach. Może przy­cho­dzi ktoś z ro­dziny albo cho­ciaż z opieki. Ktoś, kto robi jej za­kupy – gdy­bała. – Może zna jej ro­dzinę?

– Zda­jesz so­bie sprawę, że jej wnuki mo­gły już dawno umrzeć ze sta­ro­ści. A Ka­cho­niów z par­teru py­ta­łaś, tych ad­wo­ka­tów? Prze­cież oni będą wie­dzieć.

Ka­ro­lina zda­wała so­bie sprawę, że do nich pierw­szych po­winna zajść. To oni jako kan­ce­la­ria prawna w imie­niu ja­kie­goś wła­ści­ciela, do któ­rego na­le­żało kilka ka­mie­nic, zle­cili Ma­xowi re­mont, a po­tem pod­pi­sali umowę wy­najmu. Mu­sieli wszyst­kich znać. Tego była pewna, ale w prze­ci­wień­stwie do męża ja­koś nie za­pa­łała do nich sym­pa­tią. Szcze­gól­nie do ko­biety, która wy­dała się jej prze­sad­nie za­sad­ni­cza i pa­trzyła na nią z góry. Tak czy ina­czej, po pracy na­wet przy­sta­nęła przy ich drzwiach, przy­ło­żyła pa­lec do dzwonka, ale nie za­dzwo­niła.

– Chyba ich nie było – skła­mała.

– To po­dejdę do nich ju­tro. A te­raz… – za­wie­sił głos i wrzu­cił pla­sti­kowe tacki do ku­bła ze śmie­ciami sto­ją­cego na środku kuchni – chodźmy zo­ba­czyć, co tam u babci są za skarby.

– Chyba zwa­rio­wa­łeś!

– No, chodź! Prze­cież nic nie weź­miemy. Za­po­znamy się… Zo­ba­czymy, gdzie są piony i jak usta­wić łóżko w sy­pialni, żeby jej nie bu­dzić.

– Jest przy­głu­cha. – Ka­ro­lina się wzdry­gnęła. – A poza tym śpimy na ma­te­racu! Le­żą­cym na ziemi!

– Nie pa­ni­kuj. Jak się bo­isz, to sam pójdę. Spraw­dzę, jak idą in­sta­la­cje, i tyle. Sama mó­wi­łaś, żeby prze­nieść zlew.

– Ale na ra­zie nie chcę – wy­co­fała się szybko z po­my­słu.

Ka­ro­lina nie pa­ni­ko­wała, ale też nie miała za­ufa­nia do po­my­słów męża. Po­ślu­biła go nie­dawno, lecz znała już do­brych dzie­sięć lat. Miał w so­bie ty­leż na­iw­no­ści, co szczę­ścia, które nie raz już ra­to­wało go opre­sji i po­zwa­lało mu pa­trzeć na ży­cie bez lęku. W prze­ci­wień­stwie do niej. Ona trak­to­wała świat i lu­dzi ze znacz­nie więk­szą po­wagą i dy­stan­sem. To mię­dzy in­nymi dla­tego Max urzekł ją za­równo chło­pię­cym wy­glą­dem, jak i ze­sta­wem ko­szu­lek z bo­ha­te­rami Mup­pet Show. Po tro­sze też en­tu­zja­zmem, któ­rego jej bra­ko­wało, i par­ciem do przodu, któ­rego nie miała w ogóle. Za­wsze usta­wiała się nieco z boku. W końcu śpie­wała al­tem, a nie so­pra­nem.

– Tylko piony, gdzie woda idzie i ta­kie tam – tłu­ma­czył Max, prze­wią­zu­jąc gumką ja­sne włosy, się­ga­jące mu do ra­mion. – To ważne, że­bym się gdzieś przy­pad­kiem nie prze­bił. No, chodź! – za­chę­cał radośnie, ki­wa­jąc ręką już w otwar­tych drzwiach.

Ka­ro­lina wstała z wielką nie­chę­cią. Mo­głaby się bro­nić dłu­żej, ale nie miała siły. Za­raz usły­sza­łaby całą ty­radę na te­mat sto­sunku do świata, któ­rego nie na­leży brać tak se­rio. Do­brej ener­gii i pro­jek­to­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Max mógł o tym mó­wić go­dzi­nami. Wła­śnie udało mu się w ciągu dwóch mie­sięcy ku­pić, wy­re­mon­to­wać i sprze­dać z zy­skiem pewne małe miesz­ka­nie. Ona była prze­ciwna temu za­ku­powi, mno­żyła trud­no­ści, ale jak się oka­zało, nie miała ra­cji. Te­raz od rana do wie­czora sły­szała o re­mon­tach, eki­pach i szyb­kich trans­ak­cjach. To się na­zywa „flip”, jak się do­wie­działa. Dla­tego mo­gli wy­na­jąć to miesz­ka­nie. Trzeba było w nim wiele zro­bić. Max zro­bił to wszystko, ona na­wet nie chciała wie­dzieć co… i dzięki temu mają nie­wielki czynsz.

– A jak ktoś nas zo­ba­czy? – Wstrzy­mała się przed wło­że­niem dłu­giego klu­cza w stary za­mek.

– A kto by nas miał zo­ba­czyć? Wi­dzisz tu ko­goś? – Na klatce w tym miej­scu nie było okna.

Wes­tchnęła i prze­wra­ca­jąc oczami, prze­krę­ciła klucz. Max od razu wpa­ro­wał do środka. Po chwili był już w sa­lo­nie.

– Nie pal tych świa­teł! – Ka­ro­lina prze­stra­szyła się nie na żarty, wi­dząc, jak mąż włą­cza wszyst­kie na­raz. Ona bała się na­wet skrzy­pią­cej pod­łogi. Sta­rała się iść tak, żeby nie po­ru­szać kle­pek. – A jak ktoś nas usły­szy?

– Mó­wi­łaś, że praw­ni­ków nie ma. Nie pa­ni­kuj, za­raz wy­cho­dzimy. Ale czad! Szkoda, że Wik­tora tu nie ma. Jak mu ju­tro opo­wiem… – Pod­szedł do półki i ścią­gnął z niej lot­ni­cze go­gle. Po se­kun­dzie miał je na no­sie. Roz­ło­żył ręce i krę­cił się w kółko po po­koju, uda­jąc sa­mo­lot. – A może po­każę! Na­graj mnie.

– Wy­klu­czone! Odłóż to w tej chwili! – krzyk­nęła zroz­pa­czona. – Piony ja­kieś mia­łeś spraw­dzać.

– Już lą­duję… My­ślisz, że to ona? – za­py­tał, wska­zu­jąc na zdję­cie ko­biety przy dwu­pła­towcu.

– Nie wiem. – Ka­ro­lina ścią­gnęła mu go­gle z nosa nie­mal w lo­cie. – Wy­cho­dzimy! – Za­de­cy­do­wała, od­kła­da­jąc je na półkę.

Ale Max dla od­miany chwy­cił le­żącą obok starą lor­netkę. Uniósł nad głowę, jed­nak Ka­ro­lina szybko mu ją wy­szar­pała. Nie­stety tak się przy tym za­mach­nęła, że strą­ciła stare bla­szane pu­dełko po her­bat­ni­kach. Puszka po­le­ciała na zie­mię, a okrą­głe wieczko z le­dwo już wi­doczną parką amor­ków po­tur­lało się pod łóżko. Na zie­mię wy­sy­pało się kilka sta­rych kar­tek.

– Te­raz już na­prawdę wy­cho­dzimy! – bła­gała wy­stra­szona dziew­czyna, drżą­cymi rę­kami pod­no­sząc z pod­łogi po­żół­kłe ar­ku­sze. Uło­żyła je w sto­sik i już chciała wpa­ko­wać do puszki, gdy na jej dnie spo­strze­gła stary in­deks. – Nie do wiary! To jest nie do wiary! – szep­nęła pod no­sem.

– Wiem, wiem – jęk­nął Max. – Za­raz mi po­wiesz, że za­cho­wuję się jak gów­niarz. Bla, bla, bla. Wiel­kie mi halo!

– Patrz! – Żona po­ka­zała mu do­ku­ment.

– A ty to mo­żesz ru­szać! – żach­nął się. – Stary in­deks i co? – Wzru­szył ra­mio­nami. – Prze­cież u was w ar­chi­wum pew­nie pełno tego jest.

– Ale tego aku­rat nie mamy! Nic nie ro­zu­miesz.

– Ja­sne…

– Zo­bacz, jaka fajna. – Po­ka­zała mu dziew­czynę na zdję­ciu.

Nie mo­gła ode­rwać od niej wzroku. Dziew­czyna miała drobną, de­li­katną twarz, sze­roko otwarte, we­sołe oczy i mały, za­darty, pie­go­waty nos. Z upię­cia wło­sów przy skro­niach i szyi wy­pa­dło kilka locz­ków. Sama fo­to­gra­fia była do­sko­nała. Wy­raźna, mocno skon­tra­sto­wana, na pa­pie­rze, który się pra­wie nie po­sta­rzał. Zdję­cie por­tre­towe. Roz­myte kon­tury, le­d­wie ry­su­jąca się biała bluzka z koł­nie­rzy­kiem.

– Anioł – po­wie­działa do sie­bie.

– Dla mnie za grzeczna. Wolę tro­chę ostrzej­sze. – Max po­ki­wał głową.

– To co ty ze mną ro­bisz?

– Z tobą się oże­ni­łem.

– Aaaha.

– To co, idziemy?

– Za­raz, za­raz – wstrzy­my­wała go. – Prze­cież wiesz, że ro­bię wy­stawę w ar­chi­wum. „Stu­dentki uni­wer­sy­tetu”…

– Wiem tylko tyle, że to­bie wolno grze­bać, a mi nie!

– Patrz, ja­kie dziwne imię, Ol­cha. Ol­cha Ja­wor­ska – prze­czy­tała za­ma­szy­sty pod­pis pod zdję­ciem, z prze­pięk­nie za­wi­niętą li­terą „J” o dwóch pę­tel­kach, więk­szą na gó­rze i mniej­szą na za­koń­cze­nie. Prze­wró­ciła stronę. – O, jest karta wpi­sowa. Uro­dzona 26 maja 1891 roku. Strze­szyn. Re­li­gia rzym­sko-ka­to­licka. Oj­ciec Leon, le­śni­czy. Matka Anna. Miesz­ka­nie wpi­su­ją­cego się… Max, zo­bacz! Tu miesz­kała na stu­diach, do­kład­nie tu… Ale hi­sto­ria! Nie­praw­do­po­dobne! – wy­krzy­ki­wała.

Od­wró­ciła się i za­uwa­żyła, że Max wy­szedł do przed­po­koju, a ona mówi sama do sie­bie. Po­krę­ciła ze zło­ścią głową.

Szybko prze­kart­ko­wała in­deks i spo­strze­gła pie­czątkę. „Wpi­sowe: pięć­dzie­siąt zło­tych. Cze­sne: czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, udział w se­mi­na­riach: sto pięć­dzie­siąt, ko­rzy­sta­nie z bi­blio­teki: sześć­dzie­siąt, ćwi­cze­nia z che­mii: zwol­niona”.

– Do­bre i to – mruk­nęła.

„Opła­cono ósmego stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego pierw­szego”. Z in­deksu wy­sta­wała po­żół­kła kar­teczka w kratkę. „Stu­dentce Ol­sze Ja­wor­skiej uchwa­lono po­życzkę zwrotną na za­kup płasz­cza”.

– Nie prze­le­wało się – pod­su­mo­wała i z ża­lem włożyła in­deks do sta­rej puszki.

Była tam jesz­cze jedna luźna kartka za­pi­sana z obu stron drob­nym, rów­nym, choć pły­wa­ją­cym pi­smem. Wy­glą­dała na starą. Trzeba by było dłuż­szej chwili, żeby ją od­cy­fro­wać.

– Może by po­ro­bić zdję­cia – po­my­ślała. – Max, masz te­le­fon przy so­bie? – za­py­tała, pod­no­sząc wzrok.

Stał nad nią w sta­rej skó­rza­nej pi­lotce.

– Ty zło­dziejko! – Ka­ro­lina od­sko­czyła od szpi­tal­nego łóżka o do­bre dwa kroki. – Jak śmia­łaś grze­bać w mo­ich rze­czach! Jak śmia­łaś! Kto ci po­zwo­lił?! Kraść po­szłaś?! Po­li­cję we­zwę!

Po tym, jak we­szła do sali szpi­tal­nej i zo­ba­czyła bab­cię, po­my­ślała, że mimo pra­wie ły­sej głowy wy­gląda cał­kiem spo­koj­nie, na­wet po­god­nie. Te­raz zmie­niła zda­nie. Stała jak wryta i pa­trzyła na roz­sier­dzoną sta­ru­chę, która cała się trzę­sła, ma­cha­jąc głową i wy­gra­ża­jąc ko­ści­stym, za­krzy­wio­nym pal­cem.

Źle to ro­ze­grała. Przez całą drogę do szpi­tala za­sta­na­wiała się, jak za­py­tać bab­cię o in­deks, a w dal­szej ko­lej­no­ści na­kło­nić, by prze­ka­zała go do ar­chi­wum. Tak wiele do­ku­men­tów za­gi­nęło w cza­sie wojny, a każdy nowo od­na­le­ziony był na wagę złota. Przy­naj­mniej dla niej. Oczy­wi­ście, przede wszyst­kim mu­siała się naj­pierw ja­koś wy­tłu­ma­czyć z tego, że go w ogóle wi­działa. Prze­cież nie le­żał na wierz­chu. Wy­my­ślała różne hi­sto­rie, mniej lub bar­dziej praw­do­po­dobne, żadna jed­nak nie wy­dała się jej wia­ry­godna. W końcu, wziąw­szy głę­boki od­dech, wy­znała wprost, że puszka spa­dła nie­chcący. Sta­ruszka pa­trzyła na nią bez słowa przez chwilę. A po­tem się za­częło!

Ka­ro­lina nie była w sta­nie nic od­po­wie­dzieć. Stała za­wsty­dzona i prze­ra­żona tym, że jest wy­zy­wana. Ale też tym, że za mo­ment ta ko­bieta umrze, i to z jej po­wodu. Cała się trzę­sła. Naj­bar­dziej trząsł się wy­mie­rzony w nią spi­cza­sty pa­lec, od­dziel­nie zaś trzę­sła się zwi­sa­jąca z ra­mie­nia skóra. La­tała też dolna szczęka.

– Bar­dzo pa­nią prze­pra­szam, nie chcia­łam…

– Co ta­kiego?! Nie chcia­łaś gme­rać po cu­dzych do­mach?

– Bar­dzo pa­nią prze­pra­szam, pra­cuję w uni­wer­sy­tec­kim ar­chi­wum…

– Tam cię kraść na­uczono?

– Nie, chcia­łam tylko…

– Pro­szę o spo­kój – zwró­ciła się do obu pań kor­pu­lentna pie­lę­gniarka, która w tej chwili we­szła do sali. Zo­sta­wiła ta­bletki w szkla­nym po­jem­niku i po­pra­wiła po­duszki.

– A dla­cze­góż to?! – wrza­snęła bab­cia.

– Bo złość pięk­no­ści szko­dzi.

– Two­jej szko­dzą pączki. I czy ja w ogóle coś mó­wię?

Pie­lę­gniarka wznio­sła oczy do nieba, po­tem spoj­rzała wy­mow­nie w stronę Ka­ro­liny i wes­tchnęła. Gdy wy­cho­dziła, po­de­szła do na­dal wy­stra­szo­nej dziew­czyny i zni­żyła głos.

– Niech się pani nie de­ner­wuje. Sta­rzy lu­dzie tak mają. Im się cią­gle wy­daje, że ktoś ich okrada. Wszę­dzie wie­trzą spi­sek. Po­dro­żeją cze­re­śnie, to od razu twier­dzą, że to zmowa świa­towa!

– Że co mi się wy­daje? – syk­nęła sta­ruszka, która jak się wła­śnie oka­zało, na słuch jed­nak na­rze­kać nie mo­gła. – Może to, że sama na głowę upa­dłam? – Po­ka­zała na czoło. – Samo się to stało?

– Może au­re­ola uwie­rała? – Pie­lę­gniarka wzru­szyła ra­mio­nami, od­wró­ciła się na pię­cie i po­szła do dru­giej pa­cjentki w dru­gim końcu sali.

– Ty też tak my­ślisz? Że sama się prze­wró­ci­łam? – Sta­ruszka spoj­rzała na Ka­ro­linę.

Ka­ro­lina nic nie my­ślała. Za­mie­rzała tylko sko­rzy­stać z za­mie­sza­nia i szybko się ulot­nić. Po­ło­żyła długi klucz na szafce obok łóżka babci i za­częła ty­łem się wy­co­fy­wać.

– Wróć! – usły­szała, gdy była już pra­wie w drzwiach.

Po­tul­nie sta­nęła z po­wro­tem przy łóżku.

– Cie­kawe, czy na sta­rość też się bę­dzie jej wy­da­wało. Tej pie­lę­gniarce. Ra­czej nie, za gruba jest, nie do­żyje – ko­men­to­wała zgryź­li­wie sta­ru­cha. – Czyj in­deks wi­dzia­łaś? – za­py­tała te­raz Ka­ro­linę. – W róż­nych miej­scach cho­wam. Żeby ci, któ­rzy mi cią­gle grze­bią, wszyst­kiego do­grze­bać się nie mo­gli! Spo­wia­daj się te­raz.

– Jesz­cze raz pa­nią…

– Nie jęcz! To nic nie da. Trzeba było nie grze­bać. Czyj?

– Dziew­czyny o na­zwi­sku Ja­wor­ska, Ol­cha Ja­wor­ska – od­po­wie­działa Ka­ro­lina, a sta­ruszka oparła głowę o po­duszkę i przy­mknęła oczy. Trwało to długo i zda­wało się, że ko­bieta za­snęła. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak się ode­zwała.

– Uro­cza… szkoda, że tak źle skoń­czyła – wes­tchnęła głę­boko, po czym długo ki­wała głową.

– A co się stało? – za­in­te­re­so­wała się Ka­ro­lina, ośmie­lona zmianą tonu.

– Ktoś ją otruł – po­in­for­mo­wała ją bab­cia, mru­żąc oczy.

– Na­prawdę?!

– Nie masz po­ję­cia, jak czę­sto się to zda­rza! Je­śli uwa­żasz, że pro­fe­sor, który nade mną miesz­kał, tak sam z sie­bie umarł… to się mocno… moja pani… nowa… mysz­ku­jąca są­siadko, my­lisz! – oświad­czyła, ce­dząc po­je­dyn­cze słowa.

– Ale jak? Jaki? Kto tam umarł? – Ka­ro­lina za­sty­gła z otwar­tymi ustami.

– My­ślisz, że to pię­tro dla cie­bie spe­cjal­nie wy­bu­do­wano? – za­py­tała wy­cze­ku­jąco.

Ka­ro­lina po­krę­ciła głową, ale słowa z sie­bie wy­du­sić nie mo­gła.

– Pro­fe­sor tam miesz­kał. I mó­wię ci, sam tak z tego świata nie zszedł. Ktoś mu po­mógł! Młody jesz­cze był. Le­dwo po osiem­dzie­siątce. Do tego dwa ty­go­dnie sam tam le­żał i się roz­kła­dał. A upał był nie­mi­ło­sierny. Pa­mię­tasz? Do­brze, że mi przez su­fit nie prze­siąkł. Bie­da­czyna… – do­dała i za­mknęła oczy.

Ka­ro­lina sie­działa wpa­trzona w nią i cze­kała na co­kol­wiek. Ale je­dyne, czego się do­cze­kała, to mia­rowy, lekko chra­pliwy od­dech. Długo jesz­cze nie mo­gła ru­szyć się z miej­sca. A gdy już wstała, plą­tały jej się nogi.

Pol­skie To­wa­rzy­stwo Kry­mi­na­li­styczne

Ana­liza fi­zy­ko­che­miczna do­star­czo­nych pró­bek pa­pieru

Punkt 4

2/124 – po­je­dyn­cza kartka, zgięta i za­pi­sana dwu­stron­nie, wy­raź­nie ode­rwana od więk­szej ca­ło­ści, ślady szy­cia pa­pieru na zgię­ciach.

Ode­rwa­nie na­stą­piło współ­cze­śnie. Wi­doczne w ba­da­niu mi­kro­sko­po­wym strzępki ce­lu­lozy są po­szar­pane. W wy­padku uszko­dze­nia bar­dziej od­le­głego w cza­sie ule­głyby wy­gła­dze­niu. Do­kładne usta­le­nie, kiedy na­stą­piło przed­mio­towe uszko­dze­nie, nie jest moż­liwe. Sza­cun­kowy prze­dział cza­sowy może obej­mo­wać okres od kilku mie­sięcy do kilku lat wstecz. Osza­co­wa­nie do­kład­nej daty za­leżne jest od wielu nie­po­sia­da­nych przez nas da­nych, m.in. od wa­run­ków prze­cho­wy­wa­nia do­ku­mentu.

Punkt 5

Po­rów­na­nie pró­bek o nu­me­rze 2/1-14 z po­bra­nym ma­te­ria­łem ozna­czo­nym nu­me­rem 2/124 wska­zuje jed­no­znacz­nie, że za­ob­ser­wo­wane róż­nice do­ty­czą wy­łącz­nie ja­ko­ści i ga­tunku uży­tego pa­pieru (skład i ana­liza pa­pieru w od­dziel­nym do­ku­men­cie).

Ba­da­nia wieku względ­nego do­ku­men­tów wska­zują, że wszyst­kie do­star­czone za­pi­ski po­wstały w po­dob­nym cza­sie. W przy­padku tak sta­rego do­ku­mentu nie spo­sób stwier­dzić, w ja­kiej ko­lej­no­ści atra­ment zo­stał na­ło­żony na pa­pie­rowe pod­łoże ani po­rów­nać chro­no­lo­gii przed­ło­żo­nych do ba­dań pod­pi­sów.

Stwier­dzić na­to­miast można, że oba rę­ko­pisy mimo róż­nicy ga­tun­ko­wej pa­pieru zo­stały wy­ko­nane przez tę samą osobę na pa­pie­rze po­cho­dzą­cym w przy­bli­że­niu z tego sa­mego okresu.

*

Za­łącz­nik: Skan do­ku­mentu ozna­czo­nego nu­me­rem 2/124

Oj, ciężko! Bar­dzo ciężko wspo­mi­nać mi tamte chwile. Żyję długo i był czas się na­pa­trzyć na rze­czy złe i jesz­cze gor­sze. Wi­dzia­łem krzywdy ludz­kie roz­dzie­ra­jące serce i nie­go­dzi­wo­ści wsze­la­kie. Ale tamto wspo­mnie­nie przy­wo­łuję z wiel­kim smut­kiem. I ból ten z nie­zmienną siłą prze­nika mnie na wskroś po dziś dzień. By opi­sać to, co się wtedy stało i skąd mnie się udało za­czerp­nąć wiedzę, która zwy­kłym śmier­tel­ni­kom nie jest dana, opo­wie­dzieć tu mu­szę o cza­sach, kiedy to już na­sza wszech­nica ist­nieć za­częła, a mnie za­szczyt wielki spo­tkał, gdy z pro­tek­cji mego pana He­lio­dora von Świę­cic­kiego w roku ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dru­gim zo­sta­łem słu­żą­cym Wy­działu Le­kar­skiego na Uni­wer­sy­te­cie Po­znań­skim. Wy­tłu­ma­czyć się przy tym mu­szę, że je­dy­nie z sza­cunku i przy­zwy­cza­je­nia przed na­zwi­skiem pana He­lio­dora do­pi­suję von, które pod­kre­śla jego szla­chec­kie uro­dze­nie i waż­ność rodu. On sam bo­wiem jesz­cze we wcze­snej mło­do­ści za­nie­chał uży­wa­nia tego na­leż­nego mu ty­tułu. Od­rzu­cił go, jesz­cze za­nim Pol­ska uzy­skała nie­pod­le­głość, po­zby­wa­jąc się tego, co z nie­miec­kim pa­no­wa­niem nie­od­par­cie się ko­ja­rzyło. Choć nie­je­den ro­dak za taki ty­tuł go­tów był za­pła­cić, i to nie­mało. Ja, który z tam­tych cza­sów po­cho­dzę, mu­szę się tu przy­znać, że cza­sem z wła­snej próż­no­ści owo von wsta­wię, jakby to na mnie część jego splen­doru miała spły­nąć, abym mimo mej ułom­no­ści po­śród słu­żą­cych stał się waż­niej­szym. Ot, taka sła­bostka, za co o wy­ba­cze­nie pro­szę.

Wra­ca­jąc do spraw, któ­rych opi­sa­nie, jak się zdaje, pod­świa­do­mie od­wle­kam w cza­sie. Z po­czątku zo­sta­łem słu­żą­cym or­ga­ni­za­tora i pierw­szego dzie­kana Wy­działu Le­kar­skiego. Dok­tor Adam Wrzo­sek przy­był do nas z Kra­kowa. Wiel­kim cie­szył się tam po­wa­ża­niem i sym­pa­tią mo­jego pana, z któ­rym po­zo­sta­wał w ogrom­nej za­ży­ło­ści aż do końca jego dni. Spo­tkaw­szy go pierw­szy raz w stycz­niu ty­siąc dzie­więć­set dzie­więt­na­stego, mimo że już doj­rzały by­łem w la­tach, tro­chę się go prze­stra­szy­łem. I rzecz nie była w mo­jej nie­mo­cie, bo ro­zu­mieć zda­wał się mnie do­sko­nale i nie­zbyt mu ona prze­szka­dzała, a ra­czej w jego wy­glą­dzie. Za­po­mnieć go bo­wiem było nie spo­sób. Ze swoim prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, czar­nymi jak wę­giel brwiami, zmarsz­czo­nym czo­łem i kom­plet­nie łysą głową wy­glą­dał bar­dziej na cu­dzo­ziem­skiego ma­gika, men­ta­li­stę czy pre­sti­di­gi­ta­tora niż le­ka­rza i na­ukowca. Wspo­mi­na­jąc go wszakże, stwier­dzić mu­szę, że do mało kogo bar­dziej pa­so­wał cy­lin­der i aż żal było, że wy­cho­dzi on z mody, a Wrzo­sek, tak jak wszy­scy, no­sić go za­prze­stał.

Dok­tor ten w samą porę się u nas w Po­zna­niu po­ja­wił: i żeby urzą­dzić wy­dział le­kar­ski po­dług no­wo­cze­snej wie­dzy, i żeby wy­ja­śnić za­gad­kową sprawę, o czym przyj­dzie mi jesz­cze na­pi­sać. Te­raz tylko wspo­mnę, że w kry­tycz­nym mo­men­cie mój pan roz­ka­zał mnie, swo­jemu słu­żą­cemu, po­dą­żać dok­to­rowi z po­mocą i naj­pil­niej wy­ko­ny­wać wszel­kie po­le­cone mi za­da­nia. Bez roz­ka­zów i pro­sze­nia także zro­bił­bym to wszystko, bo śmier­tel­nie by­łem prze­ra­żony. Zda­wało mi się przy tym, że w moim wieku nie­wiele jesz­cze może mnie za­sko­czyć, ale do­staw­szy pierw­sze za­da­nie, wy­ba­łu­szy­łem tylko oczy, bo ni­czego bar­dziej cu­dacz­nego nikt ode mnie wcze­śniej nie wy­ma­gał.

Mia­łem mia­no­wi­cie do­star­czyć dok­to­rowi Wrzo­skowi bez­po­śred­nio do pra­cowni: dwa małe koty, kilka my­szy i coś może w ro­dzaju świnki mor­skiej. Po­le­ce­nie wy­ko­na­łem zna­ko­mi­cie. Za­ku­pi­łem cały ten to­war pod ogro­dem na Zwie­rzy­niec­kiej od jed­nego han­dla­rza, któ­remu wy­star­czyło pal­cem po­ka­zać, bo chyba wszyst­kie stwory świata miał w klat­kach. A jak nie miał, to zor­ga­ni­zo­wał. Ru­szy­łem z tym zwie­rzyń­cem do Col­le­gium Mi­nus. Koty mia­łem w worku na ple­cach, myszki w kie­szeni, a rudo-białą świnkę trzy­ma­łem w ręku.

Tak do­sze­dłem na pod­da­sze by­łej ce­sar­skiej Kró­lew­skiej Aka­de­mii Nauk, gdzie z sa­mego po­czątku umiesz­czono pra­cow­nie che­miczne. O tym, że ja­kieś eks­pe­ry­menta tam się robi, czuć było dwa pię­tra ni­żej. Z tego też po­wodu schody na pod­da­sze z rzadka za­mia­tano – sprzą­taczki na górę bały się cho­dzić. Mó­wiły, że samo pie­kło się pod da­chem po­sa­do­wiło. I że kie­dyś „te dok­tory” pusz­czą wszystko z dy­mem. Gwoli prawdy trzeba przy­znać, że choć nie­uczone i prze­sądne były to ko­bie­ciny, nie po­my­liły się zbyt­nio. Ja­kiś czas póź­niej w isto­cie wy­buchł tam po­żar, spło­nęły pra­cow­nie i dach. La­bo­ra­to­ria prze­nie­siono więc do pralni w pod­zie­miach zamku, ale tam też bano się tych do­świad­czal­nych po­pi­sów i pew­nie dla­tego od­dzielny gmach Col­le­gium Che­mi­cum przy Grun­waldz­kiej po­wstał w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Idąc po krę­tych scho­dach Mi­nusa, i ja minę mia­łem nie­tęgą. Za­pach siarki na ko­ry­ta­rzach był tam tak do­mi­nu­jący, że na­wet koty w worku na ple­cach za­częły się bar­dziej wier­cić. Dok­tor Adam Wrzo­sek usa­do­wił się ze swoją pra­cow­nią w sa­mym środku tego ba­ła­ganu na pod­da­szu. Po ca­łym jego po­koju po­roz­sta­wiane były słoje z od­czyn­ni­kami i kon­struk­cje ze szkla­nymi rur­kami, kol­bami, chłod­ni­cami. Jesz­cze za cza­sów Aka­de­mii za­wsze coś w nich bul­go­tało, prze­le­wało się i skra­plało.

Dok­tor kiw­nął na mnie ręką i po­ka­zał są­sied­nie po­miesz­cze­nie, gdzie pod oknem, obok biurka pełno było mniej­szych lub więk­szych kla­tek. Naj­pierw po­da­łem mu świnkę, po­tem wy­cią­gną­łem my­szy z kie­szeni. Gdy je po­za­my­kał w od­dziel­nych ko­mór­kach, zdją­łem z ple­ców wo­rek. Wi­docz­nie był słabo za­wią­zany, bo mały bury kot wy­sko­czył z niego jak opa­rzony i za­czął od­bi­jać się od ścian. Za­nim go zła­pa­li­śmy, zdą­żył po­strą­cać z pó­łek wiele przed­mio­tów. Na ziemi wy­lą­do­wała mię­dzy in­nymi puszka po her­ba­cie. Wieczko z niej spa­dło, więc my­śla­łem, że z po­jem­nika wy­sy­pie się susz. A tym­cza­sem po pod­ło­dze po­tur­lało się kil­ka­na­ście na­boi, chyba ka­ra­bi­no­wych, które przy mo­jej po­mocy dok­tor Wrzo­sek wy­zbie­rał co do jed­nego, nie­które z wiel­kim po­świę­ce­niem.

– Wożę je ze sobą wszę­dzie. To moje pa­miątki po ope­ra­cjach w szpi­ta­lach po­lo­wych. Wszyst­kie oso­bi­ście wy­ją­łem z ran­nych żoł­nie­rzy – tłu­ma­czył, wy­dłu­bu­jąc ostatni na­bój ze szpary mię­dzy de­skami.

Zmar­twia­łem. Ale dok­tor się tym nie prze­jął.

– Zbie­ram tylko te wy­jęte wła­sno­ręcz­nie – za­ko­mu­ni­ko­wał, za­my­ka­jąc puszkę. – A te­raz zaj­mijmy się zwie­rzę­tami. Po­cze­kaj do końca ba­da­nia. My­ślę, że uzy­skamy pew­ność. We­dług mnie nie­które trzeba bę­dzie wy­nieść z po­wro­tem.

Nie by­łem tym za­chwy­cony, bo han­dla­rza ze Zwie­rzy­niec­kiej na pewno już nie było, a do pa­łacu z my­szami nie było co iść.

– Mamy tu ważną rzecz do zba­da­nia. Śmier­telną, jak przy­pusz­czam – do­dał, marsz­cząc czarne brwi, po czym po­wkła­dał do kla­tek uprzed­nio na­są­czone wa­ciki.

Po pół­go­dzi­nie pierw­sza mysz do­stała drga­wek. Trzę­sła się, mio­tała, aż w końcu opa­dła z sił. Dok­tor ją wy­jął, stuk­nął mło­tecz­kiem w głowę i po­brał od niej krew. Po­nie­waż by­łem pod ręką, po­da­wał mi na głos wy­niki, a ja je za­pi­sy­wa­łem.

– Liczba czer­wo­nych krwi­nek… przed ba­da­niem dwa­na­ście ty­sięcy dwie­ście, po ba­da­niu… dzie­więć ty­sięcy dwie­ście.

W tym cza­sie z ko­tem też za­częły dziać się rze­czy nie­miłe. Naj­pierw in­ten­syw­nie się śli­nił. Ślina spły­wała mu z mordki opusz­czo­nej pra­wie do sa­mej ziemi. Po­tem za­czął się sła­niać i przy­my­kać oczy, krę­cił przy tym głową na boki. W końcu zro­bił się senny i padł. Dok­tor zba­dał go po­śmiert­nie. Po­tem po­dyk­to­wał mi ko­lejne wy­li­cze­nia i ob­ser­wa­cje.

Te­raz jesz­cze, po la­tach, cią­gle wy­obra­żam so­bie Ol­chę, która tak nie­spo­dzie­wa­nie wkro­czyła w ży­cie pro­fe­sora Świę­cic­kiego i moje. Wi­dzę ją pod za­mknię­tymi po­wie­kami. Wy­gląda tak jak ten mały bury kot. Ska­zana na męki. Le­dwo stoi, nie wie­dząc, co się z nią dzieje, a po­tem sła­nia­jąc się, idzie do łóżka. Do­ciera i pod­nieść się już z niego nie może. Przy­krywa się więc płasz­czem… Si­nieją jej usta, a białka żół­cią za­cho­dzą…

Pa­mię­tam wszystko, na­wet za­pach tej pra­cowni.

– To ja już wiem, dla­czego tak che­mią je­dzie! – de­ner­wo­wała się Ka­ro­lina, cho­dząc w kółko po miesz­ka­niu. – My­śla­łam, że to po cy­kli­no­wa­niu! – Za­sło­niła ręką usta i nos.

– A co?! Może nie było cy­kli­no­wa­nia? – od­ci­nał się Max. – Każdą klepkę pod­nio­słem i przy­kle­iłem z po­wro­tem. Ty­dzień w pyle za­su­wa­łem. Ostu­ka­łem każdy kąt. Ściany oskro­ba­łem na gładko. Nie prze­sa­dzaj! – wark­nął na ko­niec.

Od go­dziny sie­dział w ką­cie i od­po­wia­dał mniej wię­cej na co szó­ste py­ta­nie, stu­ka­jąc bez prze­rwy w te­le­fon. Był zły i ob­ra­żony. Mimo to od czasu do czasu się od­zy­wał, choć roz­mowa wciąż krę­ciła się wo­kół tego sa­mego: zwłok, które po­dobno le­żały tu gdzieś na pod­ło­dze.

– Ale gdzie le­żały?