Redamancy - HC Dolores - ebook + książka

Redamancy ebook

HC Dolores

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja mrocznej obsesji, która rozpoczęła się w Limerence!

NOWE MIASTO, NOWE ŻYCIE …I KTOŚ, KTO NIE COFNIE SIĘ PRZED NICZYM.

Dziesięć lat temu Adrian Ellis poprzysiągł, że odnajdzie Poppy i zdobędzie ją niczym trofeum — ale od tamtej pory nie odezwał się do niej ani słowem.

Teraz Poppy mieszka w Nowym Jorku. Ma rozwijającą się karierę artystyczną, współlokatorkę — najlepszą przyjaciółkę, oraz zafascynowanego mężczyznę, który nie zdaje sobie sprawy z mroku, jaki dziewczyna w sobie nosi.

Gdy przygotowuje się do swojej pierwszej wystawy, w mieście pojawia się Adrian Ellis. Mężczyzna przysięga, że nie przyjechał do Nowego Jorku dla niej, chociaż co chwilę na siebie wpadają. Szwy jej starannie poukładanego życia zaczynają się pruć, ale tym razem Poppy ma więcej do stracenia.

Jeśli ma przetrwać tę grę w kotka i myszkę, będzie musiała zanurzyć się w mrok, który jak jej się wydawało, zostawiła w Lionswood.

DOBRZE SIĘ SKŁADA, ŻE NIE ZAMIERZA GRAĆ UCZCIWIE.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 274

Data ważności licencji: 8/14/2030

Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
paulinaw899

Nie oderwiesz się od lektury

Za krótka 😄 ale może właśnie taka miała być.
00


Kolekcje



Tytuł oryginału: Redamancy

Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny

Redakcja: Barbara Milanowska (Lingventa)

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Kozieł-Kulesza, Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

© 2025 by HC Dolores

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency, Warsaw and Ginger Clark Literary, LLC.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Natalia Wiśniewska

ISBN 978-83-287-4157-7

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Dla czytelników, którzy przez całe życie się martwili, że nikt nigdy nie pokocha ich najmroczniejszych stron.

OD AUTORKI

Redamancy1 to druga część Limerence, przedstawiająca mroczny, niespieszny romans między głównymi bohaterami. W niektórych momentach tej powieści możesz zastanawiać się, na jakim etapie pojawi się mrok. Zapewniam cię jednak, że on tu jest. Nie przestawaj więc czytać.

Redamancy zawiera mroczniejsze, bardziej wyraziste treści niż poprzedni tom, a ponadto związek Poppy i Adriana nabiera tu zdecydowanie ciemniejszych barw – obfituje także w toksyczne, niezdrowe zachowania nieakceptowalne w prawdziwym życiu. Czytaj z rozwagą.

Udanej lektury!

10 LAT PÓŹNIEJ

ROZDZIAŁ 1

„Dasz radę”.

Robię głęboki wdech.

„Właśnie dzisiaj dasz radę”.

Zielony sok wirujący w moim plastikowym kubku wygląda mniej apetycznie niż rozdeptane na chodniku frytki, skubane przez gołębie na zewnątrz, ale dotarłam już tak daleko.

„Miej to na uwadze”, myślę, ignorując swoje szalejące wnętrzności, wypijam łyk i… „O Boże. Ile w nim grudek”.

Nie pamiętam dokładnej listy składników uwzględniającej organiczne owoce, warzywa i zioła, ale jestem całkiem pewna, że słomkę zapychają właśnie szparagi.

Żołądek podchodzi mi do gardła. Nie wiem, co gorsze: ta zmiksowana mieszanka mleczy, szparagów i pyłku sosnowego, która jako pierwsza wypełniła dzisiaj mój brzuch, czy fakt, że zapłaciłam za nią piętnaście dolarów.

„Czy to by ich zabiło, gdyby dorzucili do menu coś, co nie zawiera pyłku sosnowego?”

Pobrzękują frontowe drzwi, spoglądam więc w ich stronę, ale kształtna blondynka, która dumnym krokiem wchodzi do Sokowni Zielonej Czakry, nie jest osobą, na którą czekam.

– Wezmę odmładzające, bezglutenowe zielone smoothie – wypala, gdy tylko staje wystarczająco blisko lady. – Z tym że bez organicznego klarowanego masła bio, ale za to z probiotycznym szotem, bezsmakowym colostrum i organicznym pyłkiem pszczelim.

Ekspedientka nawet nie mruga okiem. To Upper East Side. Organiczny pyłek pszczeli pewnie jest mniej zaskakującym wyborem niż latte z nieodtłuszczonym krowim mlekiem.

Blondynka zsuwa kurtkę Canada Goose, spod której wyłaniają się ciuchy treningowe tak obcisłe, że równie dobrze mogłyby być zszyte ze skórą.

„Hm… obstawiam spinning rowerowy”.

– Zorientuję się, jeśli wrzucisz mi cukier trzcinowy zamiast stewii – ostrzega kasjerkę. – Właśnie wyszłam z pilatesu, a mam konkretne wymagania co do tego, czym wzmacniam swoje ciało.

„Pilates. Powinnam była się domyślić. Jestem w stanie policzyć wszystkie mięśnie jej brzucha widoczne pod opiętą bluzką”.

Sięga do torebki Prady po portfel Prady, co zapala iskrę zazdrości w moim brzuchu.

„Założę się, że ona nie musi sprawdzać stanu konta, zanim wyda piętnaście dolarów”.

Pilatesowa blondynka odwraca się do mnie, a ja ukrywam się za swoim szkicownikiem w nadziei, że nie wyczuje mojej zazdrości dokładnie w taki sam sposób, w jaki potrafi wyniuchać naturalną słodycz.

Na szczęście jestem jedyną klientką, co oznacza, że zaanektowałam idealny dla siebie stolik. Upchnięty w kącie, ale na tyle widoczny, żeby zobaczył mnie każdy, kto tu wejdzie.

A zatem zobaczy mnie także ona.

„Nie mogę uwierzyć, że to robię”.

Moje zdenerwowanie nieszczególnie dobrze komponuje się z mdłościami i nagle zaczynam żałować, że nie skorzystałam z oferty LuAnne, która dzisiaj rano chciała podzielić się ze mną naszą ostatnią kanapką z zamrażarki.

Bawię się tylko akwarelami, które rozrzuciłam po całym blacie. Zanurzam pędzel w czerwieni, a potem dodaję trochę zielonego i mieszam oba kolory na leżącej przede mną palecie.

W rzeczywistości jednak nie maluję.

Misterny portret wykonany akwarelami, na którym otworzyłam swój szkicownik, ukończyłam w zeszłym tygodniu. Ale nałożyłam na niego wystarczająco dużo warstw farby, żeby wyglądał tak, jakbym dopiero zaczęła.

Jakbym odbyła podróż do tego miejsca, całe czterdzieści pięć minut jazdy metrem z mojego mieszkania, tylko po to, żeby wypić grudkowaty zielony sok, gdy będę malować. Jakbym przez ostatnią godzinę nie siedziała jak na szpilkach, obserwując drzwi.

– Oto odmładzające, bezglutenowe zielone smoothie. – Kasjerka przesuwa po ladzie napój Pilatesowej Blondynki, a ta chwyta go bez słowa, trzymając wysoko uniesioną głowę niczym najważniejsza osoba w lokalu, jeśli nie na świecie.

Może istotnie nią jest.

Nie zaskoczyłoby mnie to. Nowy Jork to takie miejsce, gdzie równie dobrze możesz spotkać kogoś, kto nic nie znaczy – jak ja – oraz celebrytę drugiej kategorii, wyprowadzającego swojego psa na spacer. To także takie miejsce, gdzie po tygodniach planowania, gromadzenia informacji i wręczeniu niewielkiej łapówki możesz namierzyć lokal, w którym raz w tygodniu lubi tankować właścicielka jednej z najsłynniejszych galerii w mieście.

Jak na zawołanie drzwi pobrzękują raz jeszcze. Zerkam w górę i żołądek podchodzi mi do gardła.

„To ona”.

Ocean Winton jest wyższa, niż wydaje się na zdjęciach. Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że mierzy około stu osiemdziesięciu centymetrów. Nie ma obcasów, a jedynie rzymianki na płaskich podeszwach, które powinny wyglądać niedorzecznie w środku lutego, ale jej to jakoś pasuje. Może to zasługa turkusowej, rozkloszowanej spódnicy i dżinsowej kurtki, z którymi je zestawiła…

Ale zaskakuje mnie jedynie jej wzrost. Cała reszta prezentuje się dokładnie tak, jak się spodziewałam po przestudiowaniu jej kont w mediach społecznościowych. Oczy w kolorze butelkowej zieleni i piegi pokrywające jej twarz od linii włosów aż po podbródek. Lśniące, miedziane sprężynki, które, jak donosi Instagram, przestała prostować po „przełomowym” wyjeździe do Peru przed trzema laty, gdzie medytowała i ćwiczyła jogę.

Zmuszam się, żeby dalej mieszać farbę, jakbym tylko po to tutaj przyszła, podczas gdy ona podchodzi do lady, pobrzękując bransoletami na nadgarstkach.

– To co zwykle, Ocean? – pyta ekspedientka.

– Poproszę – odpowiada. Nawet jej głos brzmi dźwięcznie. Jak dzwonki wietrzne. – Średni wiśniowy eliksir…

„…smoothie z dodatkiem kolagenu, pitai i ekstraktu ze świerzbca”.

Także i za tę ciekawostkę podziękowania należą się Instagramowi. Ocean nie pije kofeiny, ale w każdy wtorek, zanim uda się do galerii, rozpieszcza się „energetyzującym eliksirem”. Tylko na tym etapie dnia, a w zasadzie życia, nie oblegają jej asystenci, kolekcjonerzy sztuki, kuratorzy, dyrektorzy i artyści rywalizujący między sobą o przeprowadzenie z nią rozmowy.

„I to moja jedyna szansa, żeby zwrócić na siebie jej uwagę”.

Gdybym wspomniała komukolwiek poza LuAnne, że szpiegowałam w sieci właścicielkę galerii sztuki i przekupiłam parę osób, aby uzyskać informacje na temat jej grafiku i dzięki nim upozorować „przypadkowe” spotkanie w jej ulubionym barze z sokami na Upper East Side, trafiłabym do psychiatry.

Ale to nie szaleństwo pchnęło mnie do podjęcia tej decyzji, lecz dane. I całe mnóstwo desperacji.

Galeria Ocean prowadzi trzy listy oczekujących na rozmowę z jednym z jej dyrektorów artystycznych. Jeśli podczas takiego spotkania zaskarbisz sobie wystarczająco dużo sympatii, musisz czekać kolejny rok, aby stanąć przed obliczem Ocean, która rzadko bywa na tak. Bo Ocean nie lubi artystów z dopieszczonymi portfoliami i gotowymi odpowiedziami.

Ona lubi ich odkrywać.

Na Niko Coastasa natknęła się na targach rzemiosła, gdzie sprzedawał swoje rzeźby. Jedno z graffiti Asii Bower zobaczyła na ławce w parku. Obrazy Jaxsona Valentine’a znalazła na ścianach maleńkiej kawiarni w Queens, wystawione po dziesięć dolców za sztukę.

Wszyscy oni, podobnie zresztą jak każdy artysta, którego prace Ocean pokazała w Ars Astrum, odnieśli międzynarodowy sukces. Sprzedali swoje dzieła kolekcjonerom z Paryża i Londynu. Namalowali murale na Times Square za setki tysięcy dolarów. Pozyskali patronat skandynawskich miliarderów, którzy pragną mieć własnych artystów na wynajem.

„Proszę wszechświat, żeby zesłał mi talent jeden na milion, a Matka Ziemia daje znaki”, powiedziała Ocean podczas ostatniego wywiadu dla ARTnews.

Nie mogę odpowiadać za Matkę Ziemię, ale jeśli to znak, którego szuka Ocean Winton, z radością jej go dostarczę.

– Zaraz dostaniesz swoje zamówienie, Ocean.

Słyszę ryk blendera i oddalające się ciche kroki. Ręka mi drży, kiedy mieszam farbę.

„Czy mnie widzi?”

Oczy uciekają mi w górę, ale ona tylko przygląda się ulotce na tablicy ogłoszeń.

„Musiała mnie zobaczyć. Jestem jedyną klientką”.

Robię głęboki wdech i próbuję zapanować nad ręką. Blender milknie.

„Może do mnie nie podejdzie. Może nie wyglądam jak znak od wszechświata. Może wyglądam jak pretensjonalna artystka zajmująca miejsce w barze z sokami. Może…”

– Ciekawa technika.

Podskakuję, przez co omal nie zalewam swojej kompozycji zielonym napojem wartym piętnaście dolarów.

– Przepraszam. Nie chciałam cię przestraszyć – mówi Ocean, unosząc obie szczupłe, blade dłonie w geście poddania. – Ale zauważyłam, że malujesz, i nie potrafiłam poskromić ciekawości. Czasem także ze mnie wychodzi artystka. – Jej oczy w kolorze butelkowej zieleni wędrują w dół na mój szkicownik. – Mogę?

– Hm… – W minionym miesiącu tysiące razy wyobrażałam sobie dokładnie ten scenariusz, a mimo to jest tak, jakby mój mózg miał zwarcie. Straciłam zdolność formułowania słów.

Ale najwyraźniej Ocean zrzuca moje milczenie na karb dyskomfortu.

– Oczywiście nie chcę cię niepokoić. – Robi krok w tył. – Pozwolę ci wrócić do twojej…

– Nie! – Brzmię ostrzej, niż zamierzałam, a ona szeroko otwiera oczy.

„Kurwa. Wyluzuj”.

Chrząkam.

– Znaczy nie. Nie niepokoisz mnie. Proszę bardzo. Jestem Poppy. – Podaję jej swój szkicownik, a Ocean bierze go z gracją. – Ale to nic wyszukanego. Zwykłe ćwiczenie.

„Co oznacza długie godziny malowania”.

– Piękne – komentuje po chwili. – Gdybym miała wskazać jedno medium, do którego mam słabość, postawiłabym na akwarele.

„Wiem. Wspomniałaś o tym trzy lata temu podczas wywiadu dla magazynu cyfrowego”.

– Korzystasz z techniki mokro na mokro – mruczy, a ja nie mam pewności, czy mówi do mnie, czy do siebie. Potem jednak spogląda na mnie wymownie.

– Zgadza się. – Kiwam głową.

– Większość artystów malujących akwarelami wybiera technikę mokro na sucho. Tak jest łatwiej. Bardziej precyzyjnie. – Nadal przygląda się mojemu obrazowi, a ja żałuję, że nie czytam jej w myślach. – Technika mokro na mokro stanowi większe wyzwanie, zwłaszcza gdy tworzysz taki portret jak ten.

– Istotnie – odpowiadam. – Ale dzięki temu można uzyskać łagodniejsze krawędzie i lepszą gradację kolorów.

Potakuje, jakby już to wiedziała, po czym pyta:

– Pratt?

Szczerze zaskoczona szeroko otwieram oczy.

– No… tak. Skąd wiesz?

Ocean uśmiecha się do mnie, jakby spodziewała się i tego pytania.

– Bo to także technika Pratta. Uczą się jej wszyscy studenci tej akademii – wyjaśnia. – To jeden z moich licznych zarzutów pod adresem programów szkół artystycznych. Nieważne, ile was uczą, wpajają wam również, że istnieje dobry i zły sposób tworzenia. Lepsza technika. Widziałam, jak to zabija indywidualizm artystów, więcej razy, niż zdołam zliczyć.

„Cholera. No cóż… pewnie nie wywarłam wielkiego wrażenia, jeśli uważa, że szkoła artystyczna zabiła mój indywidualizm”.

– Mam nadzieję, że nie poczułaś się urażona – dodaje. – Ale tak właśnie jest. Kiedy spędzasz w świecie sztuki tak wiele czasu jak ja, widzisz to cały czas. Artystów kończących w pudełkach, z których nie potrafią się wydostać.

I wtedy to widzę: błysk znudzenia w jej oczach, gdy przygląda się moim akwarelom. Kotłuje mi się w żołądku.

„Przypnie mi łatkę kolejnej studentki szkoły artystycznej, która utknęła w pudełku”.

– Pełna zgoda – wypalam.

Unosi brwi.

– Tak?

Waham się, niepewna, jak pociągnąć ten temat. Mogłabym skłamać, powiedzieć, że moja nauka w Pratcie była stratą czasu i że więcej nauczyłabym się o sztuce, wędrując po Górach Wilhelminy. Mogłabym trzymać się faktów i oznajmić, że nie żałuję ani chwili spędzonej w Pratcie, w nadziei, że moje przekonanie wywrze na niej wrażenie. Albo mogłabym postawić na szczerość.

– Pod pewnymi względami Pratt był nieoceniony. Umiejętności techniczne, które zdobyłam, to, jak przesuwałam granice własnej kreatywności… – Bawię się pędzlem. – Tylko że jednocześnie mnie dusił. Utrudniał mi oddzielenie mojego głosu od pozostałych.

Świdruje mnie tym zielonym spojrzeniem.

– Udało ci się?

– Co takiego?

– Oddzielić swój głos od pozostałych?

Przełykam ślinę.

– Lubię myśleć, że tak.

„I chcę, żebyś ty też tak pomyślała”.

Mina Ocean pozostaje frustrująco nieodgadniona, kiedy oddaje mi mój szkicownik. Potem jednak…

– Masz więcej takich prac, Poppy?

W ostatnim „The New York Times” pojawił się artykuł, w którym okrzyknięto Ars Astrum nową MOMA. I kiedy tak patrzę na lśniące betonowe podłogi, zamontowane pod kątem świetliki i otwartą przestrzeń ekspozycyjną, rozumiem dlaczego.

Aktualnie na ścianach nic nie wisi – jak zawsze między wystawami – a na samą myśl o tym, że mogłaby ozdobić je moja sztuka, dostaję kopa większego niż po Red Bullu.

– Tędy, Poppy. – Kiedy Ocean prowadzi mnie szerokimi korytarzami, kilku asystentów walczy o jej uwagę. Opędza się od nich. – Jestem teraz z artystką.

Nikt z nią nie dyskutuje. Pewnie wszyscy przywykli, że Ocean przywleka tutaj malarzy jak podniesione z chodnika kamienie, które planuje szlifować tak długo, aż powstaną z nich klejnoty.

„No dobrze, mnie nie zgodziła się jeszcze wyszlifować. Jeszcze nie”.

Choć Ocean może się wydawać, że wszechświat zsyła jej artystyczne talenty za pośrednictwem ławek w parku i barów z organicznymi sokami, nie jest głupia. Nie bez powodu każdy twórca, którego nazwisko znalazło się na tabliczce przy drzwiach frontowych, odniósł spektakularny sukces.

Ocean naprawdę ma oko do talentów i chociaż akwarelowy portret z sokowni zwrócił jej uwagę, chce zobaczyć wszystko. Całe moje portfolio, które właśnie niosę pod pachą.

– Siadaj, gdzie chcesz.

Nie jestem pewna, czy ręcznie tkany dywan do medytacji pokrywający większość podłogi i pufy upchnięte w jednym kącie należy uznać za miejsca do siedzenia, ale kiedy ona rusza w stronę pufów, idę jej śladem.

Rośliny o długich, wijących się łodygach zwisają z sufitu, z nawilżacza powietrza na parapecie wydobywa się aromat lawendowego olejku eterycznego, a pojedyncza półka zawalona jest najróżniejszymi książkami. Przeglądam tytuły, kiedy ona majstruje w rogu przy zdobionym miedzianym czajniczku na herbatę. Przewodnik do odblokowania mediumicznych zdolności trzecim okiem, Siedem czakr, objaśnienie, Interpretowanie aur i energii u innych, Manifestowanie świata snów, Odkryj swoje ziemskie wibracje w pięciu prostych krokach.

– Trzymaj. – Ocean podaje mi małą porcelanową filiżankę z parującym, gorącym naparem. Głęboko nabieram powietrza w płuca. Pachnie świeżo skoszoną trawą. – To moja osobista mieszanka ziołowa. Z gryką i korzeniem lukrecji.

Nie potrafię sobie wyobrazić nic gorszego dla mojego pustego, kotłującego się żołądka niż gryka i korzeń lukrecji, ale dziękuję jej, jakby wręczyła mi studolarowy banknot. Siedzi po turecku na pufie naprzeciwko mnie.

– Przez lata dopracowywałam recepturę, ale osiągnęłam cel podczas trzech najbardziej oświecających tygodni mojego życia w…

„…górach tybetańskich osiem lat temu. To już wiem”.

Zgodnie z tym, co pojawiło się na starym blogu WordPress, którego już nie prowadzi, właśnie wtedy zaczęła się duchowa podróż Ocean. Po powrocie do Stanów rzuciła studia i cały swój fundusz powierniczy zainwestowała w Ars Astrum.

– Smakuje ci? – pyta, wbijając wzrok w filiżankę.

– Och, jest…

Wypijam łyk i ledwo powstrzymuję się przed odkaszlnięciem, kiedy gorczyca drapie mnie w gardło niczym papier ścierny.

„Okropna”.

– …pyszna.

– Cieszę się. – Uśmiecha się promiennie i przez kolejnych pięć minut opowiada o eksperymentach oraz udrękach swojej duchowej podróży, podczas gdy ja ze wszystkich sił staram się nie uwalniać swojego nerwowego ducha.

„Nie mogę uwierzyć, że się udało. Naprawdę tu jestem”.

I gdybym zdołała otrząsnąć się z szoku, pewnie ogromnie zaniepokoiłby mnie fakt, że zielony sok, za który przepłaciłam, wystrzelił mnie o całe lata świetlne dalej niż cztery lata nauki na akademii sztuk pięknych, katorżniczy staż w Smithsonian i jeszcze bardziej katorżnicza praca za minimalną stawkę w galerii sztuki po drugiej stronie ulicy.

– No dobrze. – Ocean chrząka, odstawia pustą filiżankę i chwyta moje portfolio. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam papierowe portfolio – oznajmia, otwierając segregator. – Ostatnio wszyscy mają wyłącznie strony na Squarespace.

– Też to rozważałam – odpowiadam. – Ale nic nie może równać się z…

– Patrzeniem na prawdziwy tusz na papierze – kończy, a jej oczy skrzą się aprobatą. – Pełna zgoda.

„Najwyraźniej to, że nie stać mnie na subskrypcję na Squarespace, zadziałało na moją korzyść”.

Ocean nie zadaje żadnych pytań, kiedy przerzuca kolejne strony portfolio z moimi pracami. Opieram się pokusie, żeby skubać palce. Nie wiem, jak zinterpretować jej milczenie. Chciałabym móc wyczytać coś z jej twarzy, ale jest frustrująco bezbarwna, a ze swojego miejsca nie jestem nawet w stanie stwierdzić, którą pracę aktualnie ogląda.

„Gdyby jej się nie podobało, chyba dałaby już sobie spokój…”

– Czy kiedykolwiek wystawiałaś swoje obrazy? – pyta w końcu, wciąż wpatrzona w portfolio.

– Parę razy – odpowiadam. – Uczestniczyłam w kilku wystawach zbiorowych w Pratcie oraz w mniejszych galeriach tutaj w Chelsea… ale nigdy solo. – Trochę nerwowo dodaję: – Ale sprzedałam wszystko, co kiedykolwiek pokazałam światu.

„Chociaż niczego nie wyceniłam drożej niż na sto dolarów. Nawet wszystkie te rysunki ziarna kawy, które przygotowałam dla kawiarni w Bronksie”.

Nuci coś, przerzucając kartkę.

– A czy wystawiałaś już tę kolekcję?

– Nie – mówię zgodnie z prawdą. – Ta kolekcja… no cóż, pracuję nad nią od dłuższego czasu. – Chrząkam. – Jak widzisz, używam różnych materiałów. Nazwałam to „W mrok”. To moja podróż w ciemność…

„W głąb siebie”.

– …w ludzi. W ludzkość w ujęciu ogólnym, jak sądzę. W nasze mroczne, odrażające części, których nie chcemy pokazywać innym. – Skubię brzeg swojej bluzy.

– Co skłoniło cię ku temu tematowi?

– No cóż, każdy ma w sobie mrok – tłumaczę. – Niektórzy więcej niż inni, ale nikt się do tego nie przyznaje. Nosimy maski i udajemy, że on nie istnieje.

Ocean nuci.

– Więc chodzi o wydobycie mroku na światło?

– Tak i nie. Wydobycie mroku na światło sugeruje, że pozbywasz się ciemności. A to bardziej kwestia… – Milknę, szukając właściwych słów. Ćwiczyłam tę kwestię tylko setki razy. – Wciągnięcia oglądającego w mrok. – Robię głęboki wdech. – Zaakceptowania naszej…

„Mojej…”

– Wewnętrznej ciemności.

– Rozumiem. – Ocean milknie, a ja się martwię, że potwornie ją nudzę. Wtedy jednak chrząka. – Będę z tobą szczera, Poppy.

Uginają się pode mną kolana.

– Ta kolekcja… – Przewraca kartkę, a ja szykuję się na miażdżący cios. – Jest niewiarygodna.

Zamiera mi serce.

– Słucham? – To bardziej okrzyk niż słowo.

Ona kiwa głową.

– To jest szczere. Nie ty pierwsza próbujesz przedstawić wewnętrzną ciemność i traumę za pośrednictwem sztuki, ale ten twój mrok jest prawdziwy. – Przechyla segregator, a ja widzę, na co patrzy.

Mocno zacieniony szkic ołówkiem mający przypominać jeden z tych starych filmów noir. Widać na nim chodnik, gdzie spoczywa zarys martwego ciała, poturbowanego i krwawiącego.

– Odważne – dodaje.

Spogląda na kolejną stronę z surrealistycznym obrazem olejnym prezentującym mnie topiącą się w basenie. Potem jest bardziej abstrakcyjna praca przedstawiająca pozbawioną twarzy, nieprzytomną dziewczynę, której z ust niczym krew cieknie sok pomarańczowy.

– To ogromnie niepokojące – mruczy. – Wspaniałe. Niesamowite, co potrafi stworzyć ludzka wyobraźnia.

„No cóż, większość z tych prac nie wymagała użycia wyobraźni”.

Może to makabryczne, ale nikt nie wpadnie na pomysł, że narysowane kształty należą do Mickeya Mabela. Albo nieprzytomnej dziewczyny, którą tak jakby podtrułam, żeby podstępem dostać się do Lionswood Prep.

Ocean dociera do ostatniej pracy, zakrwawionego klucza leżącego na podłodze garażu, po czym zamyka segregator.

– No cóż. – W końcu na mnie spogląda. – Twoja kolekcja, Poppy, jest cudownie surowa. Mroczna. Dokładnie w takim stylu, jaki uwielbiamy pokazywać w Ars Astrum.

Serce tłucze mi w piersi.

„To się dzieje. Zaraz zaproponuje mi solową wystawę”.

Wydyma usta.

– Ale…

„Ale? Czy to zdanie nie powinno mieć ciągu logicznego?”

– Tak? – wyduszam.

– Nie jestem pewna, czy zgadzam się z twoją tezą – kończy. – Powiedziałaś, że tej kolekcji chodzi o wciągnięcie oglądającego w mrok, czy też w twoją wersję mroku, oraz o zaakceptowanie tej ciemności.

Nie poruszam się ani o milimetr.

– Zgadza się.

– Tylko że ja nie czuję w tym akceptacji – kontynuuje Ocean, ściągając brwi. – Każda z tych prac to oddzielne wydarzenie. Są mroczne i wyraźnie tworzą część większej historii, ale brakuje jakiegoś powiązania. – Spogląda na mnie tymi dużymi, zielonymi oczami, a ja przez moment obawiam się, że naprawdę potrafi czytać w myślach. – Jakbyś zostawiła dla siebie jakiś fragment układanki.

– Och. – Zasycha mi w gardle, więc wypijam łyk zimnej już gorczycowej herbaty. Nie pomaga. – Znaczy nie wiem, dlaczego… Nie brakuje żadnego fragmentu.

– Jesteś pewna? – Marszczy czoło. – Bo ta niekompletność jest wyczuwalna.

– Niczego nie brakuje – kłamię.

Serce wali mi młotem i jest tak, jakby ona potrafiła wejrzeć głęboko we mnie.

„Skąd, do kurwy nędzy, ona to wie?”

Odstawiam filiżankę z resztką herbaty, grając na zwłokę.

„Właściwie brakuje w tym mojego byłego chłopaka – omal nie wyznaję. – Jest mocno uwikłany w większość z tych wydarzeń, ale nie lubię wspominać Adriana Ellisa, a tym bardziej go rysować. Cholera, poblokowałam jego nazwisko na większości mediów społecznościowych, wliczając w to Google, żeby nie musieć o nim myśleć. W zasadzie jedyne, co lubię robić z Adrianem Ellisem, to trzymać go zamkniętego w zakurzonym pudle w odmętach swojej pamięci. I na samą myśl o otwarciu tego pudła dostaję większych mdłości niż od tej herbaty”.

Ocean delikatnie ściska mnie za kolano.

– Nie chcę być wścibska – mówi. – Nie powinnaś opowiadać żadnej historii, której nie chcesz, ale ja mam nosa do takich spraw, Poppy. Chociaż jestem ogromnie zainteresowana, nie mogę zaprezentować niekompletnej opowieści.

Nie mówi tego wprost, ale jest dla mnie jasne, że odprawia mnie z kwitkiem.

– Jeśli kiedyś zmienisz zdanie… – dodaje z łagodnym uśmiechem. – Albo jeśli stworzysz nową kolekcję, którą będziesz chciała zaprezentować, zawsze możesz wpisać się na naszą listę oczekujących i sprawdzić, czy…

Słyszę dudnienie własnego serca.

„Jasne. Lista oczekujących. Trzy lata w kolejce”.

Czuję, jak przyszłość, na którą harowałam latami, wyślizguje mi się z rąk. Nie zyskam więcej takiej szansy. Nawet połowy tej szansy… Wrócę do stażów i fuch w roli asystentki galerii bez gwarancji ubezpieczenia zdrowotnego. Wrócę do wystaw zbiorowych, podczas których spychają mnie do kąta i…

„Pieprzyć to. Dotarłam tak daleko”.

– Właściwie – mówię, pełna nadziei, że nie dostrzeże przerażenia wyzierającego z moich oczu. – Jest coś jeszcze. Praca, której nie dołączyłam. A nawet kilka prac.

– Naprawdę? I dzięki temu wszystko się ze sobą łączy?

„Niestety”.

Kiwam głową.

– Mogę wszystko dołączyć.

Ocean się waha.

– Jak już wspomniałam, Poppy, nie musisz opowiadać historii, której nie chcesz. Nigdy nie naciskałabym…

– Nic podobnego – kłamię. – Chcę opowiedzieć tę historię.

„W rzeczywistości niczego nie pragnę mniej”.

Przygląda mi się w milczeniu.

„Za długo się wahałam?”

– No cóż – odzywa się po chwili. – Mam wolne miejsce w przyszłym miesiącu, ale zdaje się, że to odrobinę za szybko…

„Zdecydowanie, kurwa, za szybko”.

– Ani trochę – przerywam jej. – Wcale.

Marszczy czoło.

– Na pewno?

Nie na pewno, ale dopuszczam do głosu tę samą urojoną pewność siebie, która umożliwiła mi tę rozmowę.

– Tak.

Ocean klaszcze w dłonie, a ja próbuję nie myśleć o tym, co właśnie zgodziłam się pokazać światu.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

PRZYPISY

1.Redamancy to w języku angielskim poetyckie określenie oznaczające odwzajemnioną miłość. Pochodzi od łacińskiego redamare – ‘kochać z wzajemnością’, ‘kochać w zamian’. (Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).