Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Oparta na prawdziwych zdarzeniach historia o trosce, przemijaniu i niezwykłej więzi między człowiekiem a zwierzęciem.
Urodzone w wykrocie pod powalonym drzewem szczenięta niespodziewanie pojawiają się w życiu trzech kobiet. Iga, jej siostra Emila i ich podupadająca na zdrowiu matka będą musiały podjąć niełatwe decyzje, których konsekwencje na zawsze zmienią ich codzienność.
Ta kameralna opowieść splatająca losy ludzi i psów rozgrywa się równolegle w Polsce i w Belgii. Historia bezbronnych szczeniąt i ich opiekunek pokazuje, że mimo trudności i chwil zwątpienia w doświadczeniu troski można znaleźć siłę i bliskość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026
© Copyright by Izabela Podsiadło, 2026
Redakcja: Barbara Kaszubowska
Korekta: Joanna Dzik
Skład: Klara Perepłyś-Pająk
Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz
Ilustracje na okładce: Krzysztof Ostrzeszewicz (2. i 3. strona okładki), annfinearts/123RF
Zdjęcie autorki: Ahu Siitonen
Redakcja techniczna: Igor Nowaczyk
Producenci wydawniczy:
Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz
Wydawca: Marek Jannasz
Lira Publishing Sp. z o.o.
al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa
www.wydawnictwolira.pl
Wydawnictwa Lira szukaj też na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68817-84-3 (epub), 978-83-68817-85-0 (mobi)
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Teraz, kiedy piszę te słowa, oczy matki spoczywają na mnie.
Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi, Wrocław 2000
Mamie i siostrze
„21.09 – znalezione ślepe
07.10 – zaczynają otwierać oczka
25.10 – pierwsze odrobaczenie”
Wypadł ze stosu dokumentów, które wertowałam, szukając paszportu. Kawałek kartki wyrwanej ze starego kalendarzyka z 2017 roku. Zawsze przed podróżą sprawdzałam datę ważności paszportu, od kiedy na lotnisku przeżyłam nieprzyjemną niespodziankę i nie poleciałam.
OK, ważny. Odetchnęłam z ulgą. Potem znów spojrzałam na zanotowane pospiesznie daty. Dziwne – przemknęło mi przez myśl. Jest pierwsze odrobaczenie, a nie ma daty zabrania całej czwórki do domu.
A przecież ten właśnie dzień najbardziej utkwił mi w pamięci, często przesuwał mi się przed oczami jak nagranie w pętli czasu. Obrazy z lasu, w którym urodziły się szczeniaki, pierwsze chwile w suszarni starego domu, zasłabnięcie u weterynarza. Wielokrotnie, gdy patrzyłam na moją suczkę leżącą z łebkiem wsuniętym pod kanapę, próbowałam wyobrazić sobie, jak wyglądały jej pierwsze tygodnie życia w leśnym wykrocie, co mogło przydarzyć się jej matce.
Teraz też z pamięci wynurzały się jak zatrzymane klatki filmu sceny z pierwszego dnia spotkania ze szczeniakami. Powoli, jedna za drugą.
Moja siostra zadzwoniła do mnie podekscytowana tego samego dnia, w którym znalazła w lesie ślepe jeszcze szczeniaki.
Wrzesień był wtedy niezwykle ciepły i grzyby w lasach aż się prosiły, żeby je zebrać. Emila chodziła ostrożnie pomiędzy niskimi zaroślami i rozglądała się za brunatnymi łebkami, wystającymi wśród wrzosów. Po kilku męczących lekcjach, na których musiała zgrabnie wytłumaczyć znudzonej młodzieży niemieckie czasowniki oddzielnie złożone, takie zajęcie bardzo ją odprężało. Bardziej nawet niż rower albo fitness z Hiszpanem.
Tym razem wybrała się do lasu z Lolem, który ją odwiedzał w weekendy. Znaleźli kilka pięknych grzybów prawie przy samochodzie, ale potem coraz bardziej oddalali się od leśnej drogi. Przy starym, powalonym drzewie rosło mnóstwo podgrzybków. Schylając się po nie, Emila usłyszała nagle ciche skomlenie. Zaczęła się ostrożnie rozglądać, Lolo gdzieś przepadł.
– Nie można na niego nigdy liczyć – zezłościła się głośno.
I wtedy coś dużego, czarnego przemknęło jej tuż przed nosem i z odległości zaczęło ujadać.
Duży pies w środku lasu! Przestraszyła się i znieruchomiała.
Dopiero po chwili zdołała mu się przyjrzeć. Pewnie karmi – pomyślała na widok nabrzmiałych sutków.
Czarna suka ujadała zaciekle i próbowała zwabić Emilę w swoją stronę, odciągnąć ją od wykrotu. Ale Emila zrobiła kilka małych kroków w stronę jamy pod drzewem, z której dochodził pisk. Nie spuszczała oczu ze zjeżonej czarnej suki i z duszą na ramieniu zbliżała się do powalonego drzewa. Ciche skomlenie dochodziło właśnie stamtąd, zza wielkich krzaków jeżyn, było już zupełnie blisko. Zatrzymała się.
– Coś tam się rusza! To niewiarygodne – powiedziała cicho, próbując wyłowić w ciemnym otworze jakieś kształty.
Akurat wtedy pojawił się Lolo.
– Zobacz! Tam! – szepnęła do niego Emila i oboje się pochylili, żeby zajrzeć do wykrotu.
Ułożone ciasno, jeden koło drugiego, w ciemnej jamie tuliły się do siebie czarne, tłuste szczeniaki. Poruszały pyszczkami w poszukiwaniu sutków matki, która dopiero co leżała z nimi w wykrocie.
Gdy tylko się zgłosiłam, Emila bez wstępu opowiedziała mi, że znów wróciła do tego miejsca w lesie, w którym po raz pierwszy usłyszała pisk szczeniaków.
– Coś mnie tam ciągnęło – wyznała mi. – Chciałam je jeszcze raz zobaczyć.
– Nie bałaś się suki? Przecież mogła cię pogryźć! – skarciłam ją.
– Tym razem nie było jej przy wykrocie.
Tłumaczyła, że wzięła ze sobą do lasu stare chodniki, trochę mleka i suchej karmy. Musiała sobie przypomnieć, którędy trafiła na tę polanę z powalonym drzewem. Trochę kluczyła, ale wreszcie odnalazła ukrytą za jeżynami jamę. Podeszła ostrożnie i odczekała chwilę. Oprócz szumu liści i leśnych odgłosów na polanie panowała cisza. Emila nalała mleka do plastikowej miseczki i wysypała trochę karmy przy wejściu do wykrotu. Wydawało jej się, że coś tam się poruszyło.
– Odczekałam jeszcze. A potem, rozglądając się ostrożnie wokół, wsunęłam chodniki do wnętrza – opowiadała mi rozgorączkowana.
Chciała chociaż trochę ocieplić ciemną i wilgotną jamę. Pewnie nie zrobiłaby tego, gdyby odkryła w leśnej norze lisięta, jednak widok psich szczeniaków w wykrocie pod drzewem był zupełnie niecodzienny. Przeczytała gdzieś, że w indyjskich wioskach suki często rodzą swoje małe w jamach.
– No ale w świętokrzyskim lesie, koło Małogoszczy? – zdziwiłam się. – To chyba nie jest bezpieczne miejsce, zwłaszcza przy ciągłych robotach przy wycince.
Czarna suka nie pojawiła się w tym czasie. Emila znów trochę odczekała, wciąż nasłuchując, a potem wsadziła do wnętrza jamy rękę. Dotknęła ciepłego, miękkiego grzbietu i odruchowo zacisnęła palce.
– Mam cię!
W garści trzymała podpalanego pieska z zaciśniętymi oczkami. Był jeszcze ślepy i zwisał bezradnie w powietrzu, nawet nie broniąc się przed jej dotykiem. Pewnie nie zdołał uciec w głąb wykrotu.
A może tak wziąć jednego do domu? – pomyślała, przyglądając mu się.
Wieczorem, tuląc go do siebie, zastanawiała się, jakie mu nadać imię. Przyszedł na świat w lesie.
– Forest! Będziesz Forestem, na cześć lasu – zdecydowała.
Zostało ich jeszcze kilka w wykrocie. Emila nie wiedziała dokładnie ile, bo uciekały w głąb i sklejały się w czarną, pulchną kulę w najgłębszym kącie. Nie miała ochoty się tam wczołgiwać.
Potem co pewien czas przyjeżdżała do lasu z jedzeniem i mlekiem dla psiej matki. Kilka razy zastała ją w pobliżu wykrotu, dużą i wychudzoną. Wyglądało na to, że od dawna nikt się nią nie zajmował. Ale z pewnością wracała do swoich małych na noc. Przy niskich temperaturach po zachodzie słońca kilkudniowe szczenięta nie przeżyłyby bez matki, potrzebowały jej ciepła i ochrony.
Teraz Emila musiała malutkiemu Forestowi zastąpić matkę. Karmiła go butelką kilka razy dziennie. Wstawała w nocy, bo popiskiwał. Po karmieniu masowała mu brzuszek, tak jak poleciła młoda pani weterynarz w poradni. No i oczywiście opowiadała mi o wszystkim przez telefon.
– No ale jak ty sobie z tym radzisz? Przecież rano musisz iść do pracy – pytałam z niedowierzaniem.
– No wiesz, w ciągu dnia pomaga mi Lolo, jeśli akurat jest, a w nocy po prostu wstaję, biorę malucha w pieluszkę i przystawiam mu smoczek do pyszczka.
– I szczeniak ssie?
– Jeszcze jak! Kiedyś prawie połknął mi mały palec, bo akurat szybciej go znalazł niż smoczek.
Znalezisko Emili niesamowicie mnie poruszyło. Na zdjęciach, które mi wysłała, widać było czarną dziurę pod potężnymi korzeniami powalonego drzewa. Próbowałam wyobrazić sobie psie maluchy skulone w ciemnym kącie i drapieżniki krążące wokół wykrotu. Wracałam do nich myślami, nie dawało mi to spokoju.
Zawsze chciałam mieć psa, marzyłam o nim od dawna. Pochylałam się nad każdym spotkanym na spacerze szczeniakiem, który radośnie machał ogonem. Dawałam sobie drapać boleśnie łydki ostrymi jak igła pazurkami, ranić ręce szpiczastymi ząbkami. Pytałam właścicieli o wagę, bo przyszły piesek musiał ważyć tyle, żebym go mogła zabrać do samolotu. Francuski buldożek z krzywymi nóżkami i pomarszczonym pyskiem wchodził w rachubę. Trzeba było tylko przekonać Martina, przecież mój brukselki dom był również jego domem. Ale to temat, przy którym często dochodziło między nami do kłótni.
– Ja nie będę się zajmował psem, kiedy ty będziesz ciągle w podróży – powtarzał mi uparcie Martin za każdym razem, kiedy rozpływałam się nad zaletami posiadania czworonoga.
– No ale wiesz, że moja praca wymaga częstych wyjazdów. Są przecież dogsitterki, sąsiedzi – argumentowałam.
– Nie ma mowy, musiałabyś zmienić całe swoje życie.
– Ale jak mam to zrobić?! – krzyczałam rozpaczliwie. – Za nic na świecie nie przeniosę się do biura!
Po znalezisku w lesie znów podjęłam wątek psów.
– Nie wiadomo, jak długo przetrwają w tym wykrocie – zastanawiałam się głośno przy kolacji.
Martin nie okazywał żadnego zainteresowania.
– No wiesz, w lesie pewnie nie ma naturalnych wrogów psa – odezwał się w końcu.
– Czy suka zdoła je obronić i wykarmi, zanim się usamodzielnią?
Nie odpowiadał.
– Będzie coraz zimniej – nie odpuszczałam, ale nie potrafiłam się przebić z moim cichym zamysłem.
Podczas kolejnej rozmowy telefonicznej poprosiłam siostrę, żeby wyciągnęła dla mnie suczkę.
– Naprawdę chcesz? A co na to Martin? – zapytała.
– Na razie nie musi o tym wiedzieć. Szczeniak będzie chwilowo u ciebie, a w odpowiednim momencie przewiozę go do Brukseli.
Minęły dwa tygodnie od wrześniowego znaleziska siostry. Na początku psia matka z małymi reagowała zajadłym szczekaniem na widok ludzi. Chciała ich odpędzić, udawała, że ucieka, żeby odciągnąć intruzów od szczeniąt.
– No chodź, nie bój się – przemawiała do suki za każdym razem moja siostra, napełniając miseczki jedzeniem i mlekiem.
Ta jednak nigdy nie podchodziła, nawet wabiona zapachem jedzenia. Na widok wyciągniętej ręki cofała się i ujadała – ale nie atakowała kobiety, która często pojawiała się przy wykrocie i dawała jej jeść.
A może chce, żeby ludzie jej pomogli – zastanawiała się Emila. Kiedy psiej matki nie było w pobliżu, wyjmowała delikatnie szczeniaki z wykrotu i przytulała je. Nie wiadomo, jak długo ta czwórka przetrwa – myślała ze smutkiem, głaszcząc bezradne maluchy. – Jeżeli zostaną w lesie, zdziczeją i pewnie kiedyś odłowi je hycel. O ile w ogóle przeżyją zimę.
Pewnego dnia wzięła dla mnie malutką czarną suczkę, tak jak ją poprosiłam. Wraz z klasą, w której miała wychowawstwo, zaczęła przeglądać portale obrońców zwierząt. Na facebookowych grupach było pełno rad.
Ja jeszcze z Belgii zaczęłam dzwonić do różnych jednostek komunalnych i schronisk w powiecie jędrzejowskim. Niewiele to dawało, zazwyczaj były przepełnione albo to „nie należało do ich kompetencji terytorialnych”, jak się wyraziła jedna z pracownic. A co należało, dowiedziałam się z rozmowy z inną panią.
Gdy opisałam jej sytuację szczeniaków z lasu, zaatakowała mnie pytaniem:
– A skąd pani wie, że urodziły się w lesie? My tego nie możemy sprawdzić, ale wiele osób chce się pozbyć psów.
– Psy znalazła w leśnym wykrocie moja siostra, pewnie tam przyszły na świat – starałam się spokojnie wytłumaczyć sytuację.
– No to jak pani chce, to może nam pani pokazać to miejsce, wyślemy ekipę.
– A co się potem stanie z psiakami? – chciałam się dowiedzieć.
– No jak to co? Zostaną zabrane do weterynarza i uśpione.
Serce zaczęło mi łomotać, zrobiło mi się słabo. Gdybym mogła, rzuciłabym się na tę paniusię po drugiej stronie linii.
– Uśpione?! Myślałam, że gmina ma schronisko i powinna się opiekować bezpańskimi zwierzętami!
– A wie pani, ile tych psów i kotów bezpańskich jest? Nie nadążylibyśmy. Nie ma na to pieniędzy. Jeśli miot jest jeszcze ślepy, to służby komunalne mogą przyjechać i zawieźć szczeniaki do uśpienia. Ile one mają, te pani szczeniaki?
– To nie są moje szczeniaki, już pani przecież mówiłam, że moja siostra znalazła je w lesie. Poszukam innego rozwiązania. – Zdruzgotana, prawie rzuciłam telefonem.
Urzędnicza bezduszność, ukryta za paragrafami, widziała w tych bezdomnych maluchach kolejny problem, który rozwiązaliby uśpieniem ich. A przecież teoretycznie każdy urząd miasta czy gminy miał obowiązek opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Teoretycznie: na kolorowych stronach internetowych ze zdjęciami puchatych szczeniaczków albo kociaków z równie pulchnymi urzędniczkami.
Okazało się potem, że schronisko, z którym prowadziłam tę rozmowę, było jedną z najgorszych psich umieralni w okolicy. Trafiały tam odłowione przez hycli, błąkające się bezpańskie zwierzęta. Po pewnym czasie za kratami, pełnym koszmaru i udręki, umierały z chorób albo samookaleczenia, wciśnięte do ciasnych, wybetonowanych klatek. Na usypianie ślepego miotu gmina miała umowę podpisaną z gabinetem weterynarii. Zabijanie młodych, zdrowych zwierząt było utartą rutyną.
Przestałam dzwonić do schronisk. Powiadomienie gminy nie wchodziło w rachubę. Polecany przez znajomych mały hotelik dla szczeniąt był przepełniony.
– Proszę się zgłosić za dwa tygodnie, może coś się zwolni. – Usłyszałam. A zaraz potem, przy nieodłożonej słuchawce: – To tuś mi się zlał, ty cholero! – i serię przekleństw.
Może ja też bym nie wytrzymała, ale inaczej sobie wyobrażałam tę aktywistkę, opiewaną na wszystkich internetowych forach. Dwa tygodnie później nie odebrała telefonu.
Muszę te szczeniaki jakoś uratować – powtarzałam sobie uparcie. Czas naglił.
Przyleciałam wtedy z Brukseli na imieniny mamy. Koniec października był dosyć ciepły, trochę mżyło. Zupełnie inaczej pamiętałam ten okres z dzieciństwa. Niekiedy już około połowy października zaczynał padać śnieg. Odarte z liści gałęzie zapowiadały zimę, przechodnie nosili grube kurtki i jesienne płaszcze. Cięte kwiaty o tej porze roku nie wabiły bogactwem form i kolorów. Miodowe, pełne chryzantemy, które wcale nie pachniały, albo chuderlawe goździki – taki był wtedy wybór. Nie wiem, co było bardziej melancholijne – pomyślałam.
Mama obruszała się regularnie na każdy bukiet chryzantem, które dostawała w dniu imienin.
– Są takie cmentarne – mówiła, zmieniając im wodę na drugi dzień.
Zapraszała na przyjęcie mnóstwo gości, znajomych z chóru, w którym była solistką, i tych z brydża, na którego chodziła wbrew protestom taty.
– Ty karciaro. To prawdziwy nałóg, zapominasz wtedy nawet o dzieciach. – Słyszałam często, jak ją upominał, mimo że z nami, dziećmi, zostawała w domu babcia.
Przyjaciółki i znajome mamy nosiły wtedy przypięte do swetrów śmieszne broszki z plastikowymi jeżynami albo kasztanami i miały utapirowane włosy. Panowie na powitanie całowali mamę w rękę. Przy długim stole nakrytym białymi obrusami piętrzyły się półmiski z wędlinami i nóżkami w galarecie, za którymi goście przepadali. Przyglądałam się zafascynowana temu imieninowemu teatrzykowi zza niedomkniętych drzwi pokoju.
Teraz, co prawda, nie było słońca, ale w powietrzu wyczuwało się jeszcze odchodzące powoli lato. Gdyby nie moje wewnętrzne poruszenie, pewnie bym się tym ciepłem i słońcem mogła cieszyć.
Jak zwykle samolot przyleciał z opóźnieniem i nie zdążyłam na pociąg z lotniska do dworca, na którym musiałam się przesiąść. Ciągle się spóźniają – złościłam się w duchu, zniecierpliwiona. Kiedy wreszcie dojechałam do dworca, na przesiadkę było za późno. Musiałam przeczekać prawie dwie godziny w budynku pełnym rozgardiaszu. Na szczęście miałam ze sobą najnowszy kryminał o moim ulubionym komisarzu w Neapolu w czasach Mussoliniego.
Cudownie, że Unia nam to sfinansowała – pomyślałam, przyglądając się olbrzymiej, nowej konstrukcji dworca. Przyjeżdżałam do Polski regularnie od czasu mojego „wielkiego” wyjazdu pod koniec lat 80., ostatnio bardzo często ze względu na mamę. Niekiedy nie nadążałam za tempem i rozmachem zmian, mimo że na pewno nie tęskniłam za trudnymi czasami PRL-u.
W nowoczesnym gmachu nie było problemu ze znalezieniem miejsca do siedzenia, jak to bywało w starej krakowskiej hali dworcowej za moich studenckich czasów. Mnogość kafejek i restauracji oszałamiała. Kiedy wreszcie wybrałam stolik w ustronnym miejscu w znanej sieciowej kawiarni, młoda kelnerka z nienaturalnie długimi rzęsami i trochę znudzonym uśmiechem zarzuciła mnie obszerną listą napojów, które tam serwowano. Musiałam prawie że bronić zamówienia zwykłego espresso, które najbardziej lubiłam, i staroświeckiej rurki z bitą śmietaną. Uśmiechnęłam się lekko na zachwalane przez nią latte z jakimś wydumanym syropem specjalnie z okazji Halloween.
– A wie pani, że kiedy studiowałam we Włoszech, latte macchiato było napojem dla biednych, których nie stać było na porządne espresso? Było dużo tańsze, bo do podgrzanego i spienionego mleka dodawano trochę kawy z poprzednio przygotowanej w ekspresie barowym porcji – nie wytrzymałam. – Za espresso płaciło się wtedy dwieście lirów, za latte macchiato tylko sto.
Spojrzała na mnie obrażona. Moje espresso, na które trochę czekałam, przyniosła mi jej koleżanka.
Do małego miasteczka, w którym się urodziłam, dotarłam dosyć późno. Wbrew wszelkiej logice połączeń kolejowych było teraz mniej i musiałam wsiąść do regionalnego, który się zatrzymywał na wszystkich stacjach, nawet na tych w szczerym polu. Usiadłam dopiero po kilkunastu minutach od wyjazdu z Krakowa. Wcześniej ścisk był taki jak przed ósmą rano w czerwonych, okrągłych autobusach, którymi dojeżdżałam z Grochowa na Krakowskie Przedmieście. Chyba ze sto lat temu.
Skąd takie bajeczne nazwy? – zastanawiałam się, gdy pociąg przejeżdżał przez Goszczę, Niedźwiedź, Pstroszyce.
Nie przestawałam myśleć o tym, co zastaniemy w leśnym wykrocie. Właściwie chciałam tam pojechać zaraz po przyjeździe, ale było zdecydowanie za późno. Pod koniec października ściemniało się dosyć szybko.
Emila czekała na mnie na peronie tuż przy przejściu przez tory. Musiałam powoli ciągnąć wypchaną walizkę po wyszczerbionych płytach chodnikowych pamiętających moje wyjazdy na studia do Warszawy.
Nie mogliby wreszcie odnowić całego peronu? – klęłam w duchu, gdy kółeczka ciągle wpadały w dziury. Po zmodernizowanym w ostatnich latach Krakowie moje miasteczko witało mnie tak, jakby tu się nic nie zmieniło.
Razem pojechałyśmy do rodzinnego domu, teraz zbyt wielkiego dla samotnie mieszkającej w nim mamy.
– Nie znajdziemy tego miejsca po ciemku – powiedziała mi siostra, gdy ruszyłyśmy. – Poza tym, żeby tam dotrzeć, trzeba zaparkować samochód w miejscu, gdzie zaczyna się wycinka, a potem przez jakieś dziesięć minut przedzierać się przez młode krzewy.
– Przecież doskonale znasz to miejsce.
– To naprawdę nie do zrobienia o zmroku – powtarzała mi siostra, gdy nalegałam. – Chodzenie z latarką po lesie, nawet jeśli go znamy z dzieciństwa, nie jest dobrym pomysłem. Nie bądź takim bulterierem.
Wyobraziłam sobie bulteriera szarpiącego czyjąś łydkę. Trochę się obraziłam i ustąpiłam. Moja siostra często dawała mi do zrozumienia, że jestem strasznie uparta. Mama ujmowała to łagodniej:
– Zawsze osiągasz to, co sobie zaplanowałaś – mówiła mi i zachęcała do jeszcze większych wysiłków.
Nie zawsze wiedziałam, czy to, co planowałam w moim życiu, osiągałam dla mnie czy dla niej. Mama była bardzo zdolna, ale maturę zrobiła dopiero po wojnie, kiedy cała nasza trójka już była na świecie. Chciała potem studiować i pracować, ale nie przebiła się z tym przez opór mojego taty. Może więc dla niej zbierałam te wszystkie piątki?
W każdym razie rzeczywiście trudno mi było odpuścić, bez względu na cenę.
Przy kolacji spróbowałyśmy poruszyć temat szczeniaków.
– Jak wy to sobie wszytko wyobrażacie? – Mama wyraźnie się podenerwowała, kiedy tylko pojawił się temat piesków znalezionych w leśnym wykrocie.
Siedziałyśmy przy stole z talerzami pełnymi pierogów z serem i ziemniakami w cieniutkim, niemal przezroczystym cieście – jednym z jej dań popisowych.
– Żadne inne pierogi nie dorównują twoim – pochwaliłam ją. – Nigdzie indziej nie mają tak misternie zlepionych brzegów i wspaniałego, aromatycznego nadzienia. Nawet wykwintne pierogarnie w Warszawie nie mogą z tobą konkurować. Jak ty robisz to ciasto?
– Nauczę cię kiedyś – mruknęła szybko, nie odrywając oczu od Milionerów, ale uśmiechnęła się, zadowolona.
Mimo prawie osiemdziesięciu ośmiu lat odpowiadała bezbłędnie na zadawane uczestnikom teleturnieju pytania. Nawet chciała podpowiadać, kiedy przy zupełnie jej zdaniem łatwych pytaniach kandydaci zbyt długo wahali się z odpowiedzią.
– Na pewno nie możemy pozwolić, żeby zginęły – wróciłam do tematu piesków.
Mama nie zareagowała.
– Przecież ty kochasz zwierzęta. Od kiedy pamiętam, zawsze mieliśmy psy. Funię, Kubusia, Merę...
– Przestańcie mi przeszkadzać – przerwała mi.
– Poza tym są takie psie hoteliki, jakoś damy sobie radę – dodałam jeszcze, chyba bardziej do siebie i do Emili, bo mama właśnie odpowiadała za wyjątkowo „tępego”, jak go określiła, uczestnika.
Gdy teleturniej wreszcie dobiegł końca i na ekranie telewizora pojawiła się twarz znanego polityka, bohatera kolejnego skandalu korupcyjnego, siostra, patrząc na mamę, zaproponowała:
– Możemy je umieścić w budynku gospodarczym.
Ale mama nawet się nie odwróciła, śledziła teraz z uwagą informacje dnia, z niedowierzaniem kręciła głową. Odpuściłam więc i przeskoczyłam na niezwykle wdzięczny temat wałkowanego akurat w mediach skandalu.
Mimo zaawansowanego wieku mama chodziła na wszystkie wybory. Śledziła zmiany u sterów władzy, znała nazwiska polityków różnych opcji. Kiedy jeszcze żył nasz tata, oboje mieli zwyczaj głośnego komentowania telewizyjnych wiadomości, zżymali się na niegodziwości, które co rusz wychodziły na jaw. Teraz też mama często się oburzała i żywiołowo reagowała na kolejne doniesienia o nikczemnych działaniach znanych polityków. Po traumatycznym dzieciństwie, naznaczonym wojną i ucieczkami, młodość przyszło jej spędzać w Polsce Ludowej. Miała świetną pamięć, ale nie była pamiętliwa. Wierzyła, że wszyscy teraz powinni iść zgodnie w jednym kierunku. Jakimś dziwnym sposobem łączyła głosowanie na lewicę z coniedzielną mszą.
Może jutro, jak zobaczy szczenięta, rozmowa będzie łatwiejsza – pomyślałam zrezygnowana, kiedy podczas kolejnej próby podjęcia psiego wątku tylko machnęła ręką.
– Zobacz, co ci przywiozłam – znów zmieniłam temat i wyciągnęłam moherowy sweterek z golfem.
– A nie było innych kolorów? – zapytała trochę rozczarowana.
– Przymierz, proszę, będzie ci pasował do koloru włosów.
Mama jeszcze farbowała włosy, już nie na ostry mahoń jak kiedyś, ale na ciemny kasztan. Przyciemniła jaskrawy odcień, który pamiętałam sprzed kilku lat.
– Na razie nie mogę sobie wyobrazić siebie z siwymi – rzucała, kiedy ją pytałam, dlaczego jeszcze farbuje. – Siwe bardzo postarzają – dodawała, chociaż kończyła akurat osiemdziesiąt osiem lat.
A teraz mnie zbyła, mówiąc:
– Jutro, jutro, teraz tylko wezmę leki i idę spać.
Pokręciła się po kuchni, pogasiła wszystkie światła. Wreszcie wzięła telefon komórkowy do koszyczka na święconkę i skierowała się w stronę sypialni na górze, ciągnąc lekko nogę z powodu bolącego biodra. Najwyraźniej była zmęczona albo chciała uniknąć wiszącej na włosku kłótni.
Emila ucałowała ją w czoło, a do mnie rzuciła na odchodne, ale tak, żeby mama usłyszała:
– No to jutro pojedziemy pochodzić po lesie, a przy okazji zobaczysz te pieski, jak tak bardzo chcesz.
– Super! Pa! – odkrzyknęłam i powędrowałam za mamą na górę do mojego starego pokoju.
Zazwyczaj źle spałam po podróży. Do tego bardzo wcześnie rano obudziły mnie wyładowane wszelkim towarem ciężarówki pędzące z łoskotem w stronę wschodniej granicy. Okna mojego starego pokoju wychodziły na drogę wylotową z miasta, na której od kilkunastu lat po transformacji panował nieustanny ruch. Kiedy rodzice wybudowali tu ponad czterdzieści lat temu duży, piętrowy dom, ta sama droga wydawała się bardzo spokojna. Właściwie mieszkaliśmy prawie za miastem. Jechało się stąd dziesięć minut do pobliskiego lasu na maślaki i kurki. Albo na pikniki, na których mama serwowała nam rosół z cienkimi kluseczkami z szerokiego żółtego termosu.
Spojrzałam jednym okiem na budzik z podświetlaną tarczą. Szósta rano! Za wcześnie, żeby zapomnieć o całym dniu spędzonym kolejno w autobusie, samolocie i dwóch pociągach. Wstałam z trudem. Byłam niewyspana i obolała. Trudno mi się było na czymkolwiek skupić, drżały mi ręce.
Czy szczeniaki jeszcze tam będą? – zadawałam sobie ciągle to samo pytanie.
Znów odezwał się uporczywy ból głowy. Czułam, że cały kark sztywnieje mi z napięcia. Dobrze, że jestem umówiona około południa na terapię manualną w Busku-Zdroju – pocieszyłam się.
Mama jeszcze spała. Na szczęście – pomyślałam i zrobiłam sobie mocną kawę w ulubionej kawiarce o fantastycznie nowoczesnej formie rakiety kosmicznej. Nie bardzo mogłam cokolwiek przełknąć. Pospiesznie zjadłam kawałek ciasta mamy, które oczywiście dla mnie upiekła, i zapakowałam do samochodu stare ręczniki, spore kartonowe pudełka, jakąś skrzynkę po warzywach i oczywiście trochę jedzenia dla suki. Zadzwoniłam do siostry i zaraz pojechałam do niej, a potem dwoma samochodami wyruszyłyśmy do lasu. Wybrał się też z nami Lolo – partner Emili od jakiegoś roku – bo nie chciałyśmy chodzić tam same. Wyskoczyłam z samochodu, gdy tylko zaparkowałyśmy przy leśnej drodze. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do wykrotu.
To miejsce nie znajdowało się daleko od domu Emili, położonego tuż za miastem. Kiedyś wydawało się odludziem, teraz można było szybko dojechać obwodnicą, a potem kilka kilometrów asfaltową szosą. Nawet leśna droga była dobrze ubita i szeroka. Pamiętałam, jak kiedyś mama zakopała się tu starym Trabantem, gdy próbowała objechać wielką dziurę po deszczu. W październiku jeździła z nami do lasu na zieleniatki. Trzeba było mieć ze sobą nożyk, bo kapelusze tych grzybów tylko trochę wystawały z piasku. Właściwie wcale ich nie było widać i dopiero, kiedy wsadzało się nożyk do podejrzanie popękanego kopczyka, wyskakiwały jak na sprężynie.
Ruszyłam szybkim krokiem w stronę wycinki. Emila ledwie za mną nadążała. Za to Lolo najspokojniej w świecie, z wielkim wiklinowym koszykiem w ręku, zataczał coraz większe kręgi, żeby dotrzeć do miejsc, gdzie jeszcze przed kilkoma dniami znalazł mnóstwo zdrowiutkich podgrzybków. Dosyć szybko zniknął nam z oczu.
Nie zwracałam na niego uwagi. Potwornie się bałam, że na miejscu, które Emila odkryła ponad miesiąc temu, zastaniemy tylko jakieś szczątki.
– Przecież w ciągu tych kilku dni, od kiedy zaniosłaś suce jedzenie, mogło się tyle wydarzyć – powiedziałam niespokojnie. – Mogły je pożreć jakieś drapieżniki. Lisy, kuny...
Rozejrzałam się wokoło. Mogły je zmiażdżyć zwały ziemi osuwające się pod grubymi kołami harwestera, którym robotnicy ścinali drzewa. Już przy wyboistej drodze zauważyłyśmy spustoszenie, które pozostawiły po sobie kombajny leśne. Na pooranej głębokimi koleinami ściółce leżały odrąbane gałęzie świerków. Walały się szyszki i czubki młodych drzew, kawałki kory.
Zrobiło mi się słabo, las zatańczył przede mną. Przystanęłam na chwilę. Emila spojrzała na mnie zaniepokojona, zaczęła się rozglądać wokół. Głośno zawołała:
– Lolo! Lolo?!
Nie usłyszałyśmy odpowiedzi, poszłyśmy dalej. Wykrot pod korzeniami powalonego wielkiego dębu musiał przecież być blisko.
– To powinno być gdzieś tu – powiedziała Emila, rozglądając się bezradnie.
Cała polana była nie do poznania. Wszędzie leżały, ułożone równo obok siebie, ścięte pnie, pozbawione już gałęzi, niektóre odarte z kory. Podeptane, wgniecione w czarną ziemię igły i liście dopełniały obrazu lasu poranionego przejściem ciężkich maszyn. Ta polana przestała już żyć, zamilkła – pomyślałam.
Poczułam niepokój. A może leśni robotnicy dotarli do wykrotu, w którym urodziły się szczeniaki? Nie chciałam sobie wyobrażać, co zastaniemy, kiedy wreszcie uda nam się odnaleźć norę pod wielkim drzewem. Serce mi łomotało. Poszłyśmy jeszcze kilka kroków dalej i nagle Emila się zatrzymała i wskazała palcem przed siebie. Koło powalonego drzewa zauważyłyśmy kilka plastikowych, pustych miseczek.
– To tu.
Na szczęście robotnicy leśni zatrzymali się kilka metrów przed wykrotem. Wielkie koła harwestera wyorały głębokie koleiny w miękkiej ziemi zupełnie niedaleko.
– Może tu jeszcze są – wyszeptała Emila.
– Co zrobimy, jeśli czarna suka też będzie w wykrocie? – zapytałam.
Była przecież półdzika. Każda matka broni zaciekle potomstwa, więc zupełnie nie wiadomo, jak się zachowa. A psia matka może dotkliwie poranić. Jeszcze przed wyjazdem rozmawiałyśmy naiwnie o tym, że trzeba uratować pozostałe szczeniaki i o ile to będzie możliwe, z matką. Nie miałyśmy żadnego planu awaryjnego. Musi się dla nich znaleźć jakieś miejsce – pocieszałam wtedy siebie i Emilę.
Teraz przemknęło mi przez myśl, że jeśli w nocy było zimno, kilkutygodniowe szczeniaki pewnie nie przeżyły.
Zaczęłyśmy bardzo powoli iść w stronę pustych miseczek.
– Może jednak nie wyniosła szczeniaków z jamy – powiedziała Emila. – Przecież znajduje tu ciągle coś do jedzenia.
Podeszłyśmy cicho. Byłoby nam raźniej z Lolem, ale teraz nie mogłyśmy go zawołać.
Ani śladu czarnej suki, w wykrocie pod drzewem było ciemno. I cicho. Postawiłyśmy na ziemi pudełka i torbę z jedzeniem. Przełknęłam nerwowo ślinę. Za późno – pomyślałam ze smutkiem.
Ale gdy jeszcze bardziej się zbliżyłyśmy, z nory zaczęły wychylać się małe główki z jakby doklejonymi uszkami. Jeden ze szczeniaków nawet z rozpędu wyskoczył na nas i zaczął dzielnie szczekać. Tak mu się pewnie wydawało, był przecież jeszcze grubym kluchem, ledwie umiejącym biegać. Kołysał się z boku na bok i piskliwie naśladował głos matki. Po nim zaczęły gramolić się pozostałe szczeniaki. Stałam nieruchomo i nie mogłam oderwać oczu od tego zaczarowanego widoku. Wychylały się powoli jeden po drugim z wykrotu i zaczynały gorączkowo czegoś szukać. Cztery szczeniaki, trzy czarne i jeden podpalany, ten odważnie szczekający.
– Są! Żyją! – wykrzyknęłam.
Wyciągnęłam przygotowane dla czarnej suki jedzenie, nalałyśmy mleka do miseczek. Kilkutygodniowe szczeniaki powinny właściwie odżywiać się jedynie pokarmem matki. Ale te leśne znajdy chyba były niesamowicie wygłodzone. Rzuciły się na wypełnione miseczki, przepychając nieporadnie między sobą.
Nawet teraz, po tylu latach, kiedy wsypuję do miski mojej suczki jakieś okruchy, Mela natychmiast przybiega i zaczyna mnie odpychać, żeby jak najszybciej dorwać się do jedzenia. A kiedy z jabłkiem w ręce wychodzę z kuchni, wybiega za mną i zagradza mi u szczytu schodów drogę. Siada, tarasując przejście, i wpatruje się uporczywie w jedzenie.
Mimowolnie wracam wówczas myślami do naszego pierwszego spotkania.
Wraz z innymi dopadła wtedy do jedzenia. Odczekałyśmy z Emilą, przyglądając się pałaszującej gromadce, a kiedy miseczki zostały opróżnione, zaczęłyśmy sięgać po szczeniaki, żeby nie zdążyły nam uciec. Chwyciłam pod brzuch pierwszego z brzegu, czarnego, i podniosłam. Suczka zawisła w powietrzu i szukała rozpaczliwie oparcia, przebierając łapkami. Wsadziłam ją delikatnie do skrzynki i szybko sięgnęłam po następnego czarnego.
– Musimy się pospieszyć, żeby nie zastała nas tu ich matka – powiedziałam do siostry, która właśnie wyciągała rękę po podpalanego samczyka.
Do samochodów właściwie biegłyśmy, co chwilę się oglądając, czy nie goni nas czarna suka. Miałam wrażenie, że uciekałyśmy z tej polany jak dwie złodziejki. Szczeniaki nie mogły się utrzymać na sztywnej, gładkiej powierzchni skrzynki, pazurki im się ślizgały, a w dodatku maluchy nieporadnie próbowały się wydostać.
Dotarłyśmy wreszcie do samochodów i akurat w ostatniej chwili przed odjazdem pojawił się Lolo. W pośpiechu wsadziłyśmy skrzynki do bagażnika. Psy skuliły się ze strachu, kiedy z hukiem zamykałam klapę.
Kiedy już pod domem otworzyłam bagażnik, siedziały przyklejone do siebie. W suszarni na podłodze wciąż nie mogły się poruszyć ze strachu. Przywarły do podłoża w ciemnym, chłodnym pomieszczeniu, do którego je zaniosłam. Potem zaczęły węszyć naokoło, włażąc we wszelkie możliwe zakamarki. Któryś zaczął nagle żałośnie piszczeć, a reszta natychmiast do niego dołączyła. Musiałam je tak zostawić, bo przecież miałam wizytę u fizjoterapeuty.
Skowyczały tam długo, co powiedziała mi po moim powrocie zdenerwowana całą sytuacją mama. Ale potem pewnie usnęły, zbite w ciasną kulę w kącie pomieszczenia, gdzie je kilka godzin później znalazłam. Wróciłam do nich jeszcze bardziej roztrzęsiona niż rano w lesie. Nałożyłam im karmę do miseczek, nalałam koziego mleka, a one znów ruszyły do nich, przepychając się bezlitośnie i wylewając wszystko na podłogę. Zapach jedzenia był potężniejszy niż strach. Silniejszy pewnie od wszystkich innych instynktów.
Pierwszą noc szczeniaki spędziły w suszarni. Nie przestawały skomleć, więc w końcu musiałam wyjść i zamknąć drzwi na piętro. Czułam się jak w potrzasku. Dopiero teraz zaczynałam sobie uświadamiać, co się tego dnia wydarzyło.
– Co ja z tymi szczeniakami zrobię? – powtarzałam sobie bezwiednie.
Byłam wykończona po tym niesamowitym dniu, który miał wywrócić do góry nogami moje całe dotychczasowe życie.
– Miały przecież zamieszkać w budynku gospodarczym – mówiłam do siebie.
Ale pomysł Emili okazał się nierealistyczny. Nie mogłyśmy sobie wyobrazić, że maluchy zostaną same w pustym, nieogrzewanym budynku. Umieściłyśmy je więc w suszarni. Obok pralni, w której za czasów naszego dzieciństwa jesienią kiszono kapustę. Uśmiechnęłam się na myśl o jednej z ciotek w białych kalesonach i białych gumowcach. Chodziła w kółko w wielkiej beczce wypchanej poszatkowaną kapustą i gniotła ją, podnosząc śmiesznie nogi.
Chyba z tysiąc lat temu – pomyślałam.
Czwórce szczeniąt powinno być w suszarni ciepło. Sądziłam, że po jedzeniu po prostu usną, ale one wcale nie poszły spać. Skomlały, łaziły po całym pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś, sikały.
Pewnie szukają ciepła, mleka, jedzenia – uznałam. Urządziłam im tam coś w rodzaju sztucznego wykrotu ze starych skrzyń i chodników.
Dostały jedzenie, może nawet trochę za dużo, ale przecież wtedy nie miałam zielonego pojęcia, co i ile takim szczeniakom się daje. Potrzebowały pewnie ciepła matki, której z nimi tu nie było. Trochę się bałam, że przegryzą w nocy kabel grzejnika, ale mimo to podłączyłam go na noc.
Następnego dnia rano, kiedy weszłam do suszarni, niemal poślizgnęłam się na poroznoszonych wszędzie odchodach. Szczeniaki zjadły za dużo, no i to nie było mleko matki, lecz karma z puszki. Gdy tylko mnie zobaczyły, zaczęły piszczeć żałośnie i ruszyły chybotliwie w moją stronę.
Chyba będę musiała im zastąpić matkę – pomyślałam z przerażeniem. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, co oznaczało wzięcie do domu, w którym właściwie od dawna byłam już tylko gościem, czterech kilkutygodniowych szczeniaków z lasu. Bez matki.
Jeszcze w Brukseli przeszukiwałam internet, żeby zrozumieć, co można zrobić w takiej sytuacji. Z tego, co znalazłam, wynikało, że co najmniej do ósmego tygodnia życia powinny były zostać przy matce. A te szczeniaki mogły mieć zaledwie pięć tygodni. Nie wiadomo było, kiedy dokładnie się urodziły. Jakieś dwa tygodnie po odkryciu wykrotu podpalany szczeniak, którego Emila wyciągnęła z nory i postanowiła przygarnąć, zaczął otwierać oczka. Następna była czarna suczka, którą chciałam wziąć do Brukseli. Nazwałam ją po włosku Buccia (Skórka), bo kiedyś spotkałam we Włoszech przymilną buldożkę o takim imieniu. Na razie Emila karmiła oba szczeniaki kozim mlekiem z butelki.
– Ustawiłam im wielkie pudełko blisko kominka, żeby miały ciepło. Rosną, ale i tak wydają się mizerne – dziwiła się, opowiadając mi o wszystkim przed moim przylotem.
Mimo wychudzenia bezdomna suka zdołała dobrze wykarmić szczeniaki. Były pełne życia. Skomlały wniebogłosy. Łaziły, podskakiwały, baraszkowały, zaglądały do najciemniejszych kątów w suszarni. Oczywiście tylko po to, by tam natychmiast nasikać albo zrobić kupę.
Miałam wrażenie, że cała suszarnia się rusza i ten ruch nie odbywa się w jakimś ustalonym porządku. Szczeniaki mnie dopadły i zaczęły jeszcze przeraźliwiej piszczeć. Podpalany samczyk próbował wspiąć się na moje łydki. Czułam jego ostre pazurki przez materiał dżinsów. Pewnie były głodne, przerażone, bo przecież suszarnia zupełnie nie przypominała ich wykrotu w lesie.
– No dobrze, zaraz was poniańczę, ale najpierw muszę zebrać te kupy, umyć podłogę, jakoś to wszystko doprowadzić do porządku – powiedziałam w ich stronę, ale raczej do siebie.
Musiałam się pospieszyć, zanim wstanie mama, która mimo podeszłego wieku nie traciła wigoru. Lubiła porządek. Ostatnio udało mi się ją wreszcie namówić na pomoc domową. Niektórych rzeczy po prostu nie mogła już robić, chociaż nie chciała się do tego przyznać.
