Przybłęda - Tomasz Siwiec - ebook

Przybłęda ebook

Tomasz Siwiec

3,7

Opis

Przybłęda”, to historia Jacka Pęgowskiego – bezdomnego alkoholika, który znajduje schronienie na klatce schodowej jednego z bloków mieszkalnych. Tam postanawia po raz kolejny zerwać z nałogiem. Nie jest to łatwe zadanie, ale mieszkańcy zaczynają tolerować obecność "nowego lokatora", a to okazuje się dla niego ogromnym wsparciem.

Wkrótce jednak staje się coś nieoczekiwanego...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tomasz Siwiec

Przybłęda

© Copyright by Tomasz Siwiec 

Korekta: Magdalena Paluch

ISBN 978-83-952022-1-6

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja

WSTĘP

Zapewne część z Was będzie się zastanawiać, czy ta historia wydarzyła się naprawdę?

Zanim odpowiem na to pytanie, pozwolę sobie napisać, dlaczego powstała. Kiedy pisałem tę opowieść, pracowałem w jednym z budżetowych zakładów na terenie miasta Sucha Beskidzka. Zakład ten zajmuje się przyjmowaniem, segregowaniem oraz unieszkodliwianiem odpadów. Większość pracy wykonują sortowacze – ludzie, którzy stoją przy taśmie do segregacji odpadów, a ich zadaniem jest wydzielanie surowców wtórnych. Owa praca nie należy do ciężkiej, ale ze względu na nieprzyjemne zapachy, jak i walory estetyczne, nie każdy się na nią decyduje. Po prostu nie wszyscy potrafią „grzebać” w zużytych pampersach, przegniłym jedzeniu, robactwie, szczurach, medykamentach i masie innych odpadów, których z racji oszczędności papieru nie będę tu wymieniał. Taki rodzaj pracy sprawił, że chętnych do segregacji było niewielu, a większość z tych, którzy jednak się decydowali, posiadali tzw. bagaż doświadczeń. Powtarzam – większość (!)

W ciągu wielu lat przez zakład przewinęły się dziesiątki ludzi, mających problem z uzależnieniem alkoholowym. Jednym udało się pokonać nałóg i do tej pory pracują w sortowni, z kolei inni najzwyczajniej w świecie wybrali życie utopione w procentach. Przez kilkanaście lat obserwowałem zachowania oraz relacje różnych alkoholików. Ci ludzie – napiętnowani przez społeczeństwo, zniewoleni, odrzuceni (często na własne życzenie) – bez wątpienia potrzebowali pomocy. Zarówno tej materialnej, jak i duchowej. Czasami wystarczyła rozmowa, innym razem trzeba było ów delikwentem wstrząsnąć, aby obudził się z alkoholowego letargu i zaczął żyć bez flaszki w tle. Nauczyłem się, że każdy z nas zasługuje na drugą szansę. W końcu wszyscy jesteśmy od czegoś uzależnieni. Dziś już wiem, że pod maską brudu, upodlenia oraz głupoty może się kryć dobre serce oraz pracowite ręce. Wiem także, że pod drogim garniturem i spodniami w kantkę może skrywać się osobowość o wiele gorsza, niż połączenie brudu, głupoty, upodlenia i alkoholu. Nikogo nie osądzam, ale wydaje mi się, że czasami pozory okrutnie mylą.

Wychowywałem się w bloku. Na jednym z osiedli mieszkalnych. Tam bardzo często spotykałem „Przybłędy”. Na klatce schodowej oraz w piwnicach. Wy pewnie też często mijacie ich na ulicy, na poczcie, na basenie czy na ławce w rynku. Czasami przechodzą obok nas bez słowa, innym razem ciężko się od nich uwolnić. Chodzi o to, że bez względu na to, czy ta historia wydarzyła się naprawdę czy nie, powinniśmy pamiętać, że wszyscy żyjemy pod jednym wspólnym dachem. To od nas zależy, czy będzie on przeciekał, czy też będzie pod nim sucho. Co prawda można go naprawiać, ale wówczas potrzebna jest chęć pracy. Nie każdy jednak jest skłonny do naprawiania, a co dopiero do bycia naprawianym. Dlatego z przekory nie odpowiem na zadane na początku tego wstępu pytanie. Za to podzielę się z Wami pewną historią...

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W NOWYM DOMU

Właściwie to nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego wybrałem tę klatkę schodową. Najprawdopodobniej byłem w takim stanie, że nie doszedłbym do kolejnej, albo po prostu wszedłem tam w poszukiwaniu schronienia. Nie wiem. Nie pamiętam. Zresztą, to wiele tłumaczy. W taką pogodę człowiek nie może być wybredny. Nie pytajcie mnie o dokładną datę, bo jej też nie potrafię sobie przypomnieć, ale wiem, że była to druga połowa listopada. Cholernie zimna, deszczowa i wietrzna połowa miesiąca. Ledwo przebierałem nogami, moje ubranie przemokło do suchej nitki, a ja byłem tak pijany, że było mi obojętne, gdzie prześpię tamtą noc. W obecnych czasach ciężko jest dostać się na klatkę schodową. Wspólnoty mieszkaniowe dbają o bezpieczeństwo mieszkańców i robią wszystko, aby żaden potencjalny bandyta nie mógł dostać się do środka. Dlatego niemal w każdym bloku zamontowany był domofon. Zresztą, jaki tam ze mnie bandyta. Zwykły pijak jestem, włóczęga i tyle. Poza tym moje zdanie nie ma żadnego znaczenia. Sami wiecie, jaka jest reakcja na bezdomnych pijaków, którzy mijają was na ulicy. Już nie chodzi o to, że większość ludzi zatyka nosy. Prawda jest taka, że pomimo iż omijamy was szerokim łukiem, i tak traktujecie nas bardzo stereotypowo. Właściwie to gardzicie nami i z góry zakładacie, że skoro jesteśmy bezdomni, to na pewno są z nas złodzieje i przestępcy. Cóż, jest w tym trochę prawdy, ale także i wiele kłamstwa. Zadziwiające jest jednak to, że właśnie wśród tych bezdomnych meneli znajdują się ludzie, którzy jeszcze jakiś czas temu mogli mieć wszystko. Byli szczęśliwi, bogaci, pewni siebie, ale nie potrafili dostatecznie docenić tego, co posiadali. To trochę tak, jak ja…

W pewnym momencie życie zmienia tor jazdy i już nie mamy nad nim kontroli. Nie wiem, dlaczego tak trudno jest zauważyć, że stoimy na progu przepaści. Jeden krok i już nas nie ma. Budzimy się z ręką w nocniku, usmarowani gównem po samą szyję, ale prawda jest taka, że z biegiem czasu zaczynamy się do tego smrodu przyzwyczajać. Staje się on naszym naturalnym środowiskiem. Nagle przestaje nam przeszkadzać.

Nazywam się Jacek Pęgowski i mam trzydzieści cztery lata. Urodziłem się i wychowałem w małej miejscowości, znajdującej się na południu Polski –– w Suchej Beskidzkiej. To malownicza mieścina ulokowana pomiędzy kilkoma górskimi wzniesieniami, w której, oprócz setek sklepów i kilku hipermarketów, znajduje się także zabytkowy kościół oraz niewielki zamek królewski, nazywany małym Wawelem. Piękne miasto, ale jak każde inne ma też swoje ciemne strony.

W każdym razie, jakimś cudem tego deszczowego dnia, szarpnąłem za klamkę i –– ku mojemu zdziwieniu –– drzwi stanęły otworem. Nie mam pojęcia jak długo przesuwałem rękami po ścianach, zanim odnalazłem włącznik światła. Wypita przed kilkoma godzinami flaszka taniej wódki i przyjemne ciepło, wydostające się z każdych drzwi na klatce schodowej coraz mocniej tuliły mnie do snu. Jakoś udało mi się dowlec do piwnicy i ułoży w ciemnym kącie. Było mi obojętne kiedy, i czy w ogóle, się obudzę. Zresztą, wówczas wszystko miałem gdzieś. Liczyła się tylko chwila oraz pełne szkło.

Tradycyjnie obudził mnie potworny ból głowy i przenikliwy chłód. Moje ciało zdrętwiało od spania na betonowej podłodze, a niemiłosierny kac brutalnie gwałcił żołądek. To wszystko wina taniego alkoholu. Zresztą, kiedy się przesadzi z piciem, nie ma znaczenia, czy jest tani czy drogi. Swoje trzeba przecierpieć i tyle. Z trudem otworzyłem piekące oczy, ale blade światło wpadające przez małe piwniczne okienko natychmiast poraziło mnie swoim blaskiem. Najgorzej rozruszać te obolałe, chude kości. Boże, co ja bym dał za szklankę wody. Jakimś cudem udało mi się wyprostować nogi i jednym dynamicznym ruchem znalazłem się w pozycji siedzącej. Świat zawirował, jakbym znajdował się na rozpędzonej karuzeli.

– O żesz… – Westchnąłem, rozglądając się wokół siebie.

Pulsujący ból głowy dosłownie rozrywał mi czaszkę. Mój przełyk zamienił się w pustynię. Szorstki, bez czucia i spragniony wody. Pomyślałem, że być może znajdę tutaj jakiś kran w ścianie, albo ukradnę komuś kompot z piwnicy. Przeczesałem dłonią rozczochrane włosy, kiedy nagle usłyszałem ten głos.

– Panie, posuniesz się pan, czy mam zadzwonić na policję?

To oznaczało kłopoty. Zawsze chcą dzwonić na policję. Tak jakby gliniarze nie mieli nic innego do roboty, tylko ganiać za bezdomnymi po piwnicach. Zresztą, to już nie te czasy, gdzie lało się pałą za włóczęgostwo. Teraz przy odrobinie znajomości przepisów mogłeś zgasić policjanta jakimkolwiek paragrafem, bo w naszym państwie prawa nawet taki element, jak ja był przecież ważnym obywatelem. Dopiero po chwili wpatrywania się w gęsty mrok dostrzegłem staruszkę. Na pierwszy rzut oka mogła mieć dobrze ponad osiemdziesiątkę. Stała nade mną, trzymając metalowe wiadro w chudej, pomarszczonej dłoni, zaś w drugiej ściskała potężny pęk kluczy.

– Już, kochana pani, się odsuwam – wybełkotałem z charakterystyczną, pijacką chrypką i czym prędzej przesunąłem się na bok.

Kobieta przez chwilę mierzyła mnie podejrzliwym spojrzeniem, a kiedy odsunąłem się na bezpieczną odległość, zabrała się za otwieranie kłódki. Robiła to dość nieporadnie. Jej chude, pomarszczone dłonie drżały i za żadne skarby nie potrafiły trafić kluczem do dziurki. Przez chwilę przyglądałem się jej zmaganiom i nawet przyszło mi do głowy, aby zapytać, czy mogę jej pomóc, ale wiecie jakby to mogło wyglądać? Ciemna piwnica, schorowana babcia i podejrzany bezdomny. Wolałem siedzieć cicho.

– Może pomógłby mi pan otworzyć tę przeklętą kłódkę? – zapytała, wyraźnie zrezygnowana. – Ślepa jestem, ręce mi się trzęsą, a na dodatek zostawiłam mleko na gazie.

Ku mojemu zdziwieniu, podsunęła mi pod nos pęk kluczy. Bardzo się zdziwiłem tym pytaniem i jej bezpośredniością. Przecież mnie nie znała. Zrobiło mi się jej żal. Wyglądała na poczciwą i wesołą kobiecinę. Nawet trochę z wyglądu była podobna do mojej mamy. Przypomniałem sobie, że już dawno nie byłem na jej grobie. Minęło prawie kilkanaście lat odkąd odeszła, ale tęsknota za matką prawdopodobnie nie mija nigdy.

Natychmiast podniosłem swój brudny tyłek z podłogi i jednym ruchem otworzyłem kłódkę.

– Proszę bardzo. – Pokornie zwróciłem jej własność i z wymuszonym uśmiechem zacząłem szukać wyjścia z piwnicy. Musiałem natychmiast poszukać czegoś do picia,bo miałem wrażenie, że zaraz będę ziać żywym ogniem.

– Hej, hej, młodzieńcze, a dokąd to?

Stanąłem jak wryty. Po pierwsze, już od kilkunastu lat nikt nie nazwał mnie młodzieńcem. To było na swój sposób bardzo miłe. Pomyślałem, że ona faktycznie musiała bardzo słabo widzieć. Po drugie, spodziewałem się kłopotów.

– A kto mi pomoże zamknąć ten cały bajzel? – zapytała.

Przez chwilę patrzyłem jak z ogromnym trudem nabiera na łopatę okruchy węgla i stara się je wrzucać do wiadra. Miałem ochotę rzucić się na pomoc, ale wiem jak ludzie reagują na pomocną dłoń bezdomnego. Myślą sobie „Oho! Już kombinuje, jak tu wyłudzić parę groszy albo, co gorsza, okraść.” Dlatego zazwyczaj nie rwałem się zbytnio do proponowania pomocy. Tym razem jednak uległem. Zresztą, co miałem do stracenia?

– Może pomogę pani ładować?…

– Już myślałam, że się pan nie zapytasz. – Przerwała, od razu wręczając mi łopatę. – Przecież mówiłam, że jestem stara. Kości mnie bolą i słabo widzę. Czasami muszę prosić innych o pomoc.

Załadowałem wiadro po same brzegi, a wrzucając ostatnie kruchy zastanawiałem się, jak ona ma zamiar ten ciężar wynieść po schodach.

– Teraz, dobry człowieku, pomóż mi zamknąć tę kłódkę. Może jakoś dam radę wytargać to wiadro. – Wymruczała pod nosem.

Trzęsącymi dłońmi zatrząsnąłem kłódkę i wręczyłem jej pęk kluczy. Babcia spojrzała na mnie i przez chwilę przyglądała mi się z ciekawością.

– Wyglądasz na czterdziestoletniego faceta, a trzęsą ci się ręce gorzej niż osiemdziesięcioletniej babci. To wszystko przez wódkę?

Skinąłem twierdząco głową.

– Tak sobie właśnie pomyślałam – powiedziała. – Kiedy mój mąż, Władek, jeszcze żył, też lubił zaglądać do kieliszka. Właściwie to chyba gorzała go wykończyła. Umarł na zawał serca, ale najbardziej pamiętam te jego trzęsące się dłonie.

Babcia przez moment się zamyśliła. Wydawało mi się, że próbuje sobie przypomnieć chwile spędzone z mężem. Jej oczy znieruchomiały, wpatrzone w podłogę zrobiły się jakieś takie bardziej smutne.

– Eh – westchnęła, kręcąc głową. – Może i się trzęsły, ale co ja bym dała, żeby jeszcze choć raz móc go za nie potrzymać. Nie zawsze doceniamy to, co dla nas najważniejsze. Dopiero kiedy stracimy nasz skarb, zdajemy sobie sprawę, że stało się coś strasznego. Jakaś taka dziwna natura ludzi, że na wszystko reagujemy z opóźnieniem.

– Takie jest życie – wyparowałem bez sensu. Chciałem cokolwiek powiedzieć, żeby nie myślała, że ją ignoruję. – Może pomóc pani wynieść to wiaderko pod drzwi?

– Skoro załadowałeś, to teraz już musisz wynieść – stwierdziła, ruszając po schodach. Bardziej zabrzmiało to jak rozkaz, ale było wypowiedziane miłym tonem.

Wlokłem się za nią wysłuchując o dokuczających jej bólach reumatycznych, ostrych atakach zgagi i powikłaniach po złamaniu obojczyka.

– Kilka lat temu ten zarozumiały właściciel wspólnoty mieszkaniowej, Gawicki, tnąc oszczędności ograniczył w zimie posypywanie chodników, prowadzących do klatek schodowych. Panie, jak żem wywinęła kozła w powietrzu, to zobaczyłam przed oczami wszystkie gwiazdy. Dwa miesiące spędziłam w gipsie, przykuta do szpitalnego łóżka. Moje stare kości nie chciały się goić, ale w końcu udało mi się stanąć na nogi. Myślałam nawet, żeby draniowi wytoczyć sprawę w sądzie, ale to już było za dużo na moje nerwy. Głupia jestem, bo jeszcze wieczorem zmówiłam za niego dziesiątkę różańca.

Staruszka co chwilę odpoczywała zasapana, a kiedy ponownie ruszała dalej, robiła to tak wolno, że sam poczułem zmęczenie i ból ramion pod wpływem ciężaru wiadra. Moja kondycja była równa zeru. Dotarło do mnie wreszcie, że jestem tak samo silny jak ta babcia.

Kiedy dotarliśmy na drugie piętro, odstawiłem wiadro tuż pod drzwi i dysząc jak parowóz, skinąłem głową na pożegnanie. Pić…

– Hola, hola! –– zawołała, schylając się po klucz, który znajdował się pod wycieraczką. –– Za pomoc jestem panu bardzo wdzięczna, ale tą moją wdzięcznością się pan nie naje. Proszę zaczekać chwilę, przyniosę kilka złotych na…

Tutaj nastąpiła chwila niezręcznej ciszy. Najwidoczniej zastanawiała się jak skończyć rozpoczęte zdanie. W końcu nic się nie odezwała, tylko zniknęła za uchylonymi drzwiami. Od razu poczułem zapach przypalonego mleka. Słyszałem jak babcia siarczyście przeklina, tłukąc garnkami, i rozbawiło mnie to niesamowicie. Po chwili wyszła na zewnątrz i trzęsącymi dłońmi wręczyła mi pięciozłotową monetę.

– Jeszcze raz panu dziękuję – powiedziała, mrużąc oczy. – Przydałby się tutaj ktoś taki jak pan. Najlepiej codziennie – dodała, zamykając na sobą drzwi. –– Do widzenia.

Przez chwilę stałem wpatrzony w odrapane drzwi. Są w życiu człowieka takie momenty, nad którymi musi się dłużej zastanowić. Coś jak tknięcie najczulszego miejsca w naszym mózgu. Znacie to? To była właśnie taka chwila. Jej ostatnie słowa dały mi do myślenia. Odwróciłem się na pięcie i powoli zacząłem schodzić w dół. A gdyby tak spróbować zacząć wszystko od początku? Zastanawiałem się, czy w moim wieku i po takich doświadczeniach mam jeszcze szansę na zmiany? Ściskając w ręce pięć złotych nacisnąłem na klamkę. Zimne, jesienne powietrze uderzyło mnie w twarz. Już nie było tak przyjemnie. Chyba właśnie wówczas po raz pierwszy pomyślałem, że chciałbym tutaj zostać. Zamieszkać „w cieniu jakiejś pajęczyny” i od czasu do czasu czuć się potrzebny. Tak jak tej babci. Komukolwiek. Kurde, nawet nie zapytałem jak miała na imię. Miałem nadzieję, że będzie jeszcze ku temu okazja. Być może były to jedynie mrzonki zwykłego menela, który zaczyna trzeźwieć i coś się mu pierdzieli po głowie, ale jednak czułem się inaczej. Po prostu bałem się, że kiedy kupię alkohol, to już nie będzie dla mnie odwrotu. Puściłem klamkę i patrzyłem jak zatrzaskują się drzwi. Być może nie powinienem kupować tej cholernej gorzały. Skoro zamierzałem coś zmienić, wódka nie była najlepszą opcją. Wiedziałem o tym, ale jednocześnie strasznie chciało mi się pić. Trząsłem się jak galareta, bolała mnie głowa, a nogi miałem jak z waty. Cholerny kac!

Ruszyłem w stronę osiedlowego sklepu. Nie jest łatwo po tylu latach pijaństwa nagle zrezygnować z alkoholu. Owszem, mam na swoim koncie kilkanaście prób zerwania z nałogiem. Jeden raz nawet wytrzymałem bez picia cały tydzień, ale w końcu i tak lądowałem na dnie. Każda kolejna porażka uświadamiała mi, jakim jestem marnym człowiekiem. Słabym i pozbawionym silnej woli. Im częściej przegrywałem, tym bardziej docierało do mnie, że walka z nałogiem już nie ma sensu. Z góry byłem skazany na klęskę. Przerażała mnie perspektywa powolnego zapijania się na śmierć, ale im bardziej byłem pijany, tym bardziej było mi wszystko jedno. Tak jak teraz. Gadam sam do siebie o zmianie, wyobrażam sobie jakiś pozytywny scenariusz, a korci mnie żeby kupić kolejną butelkę. Pięć złotych to niewiele, ale na zwykłego „szpaczka” powinno wystarczyć. Czy to wszystko w ogóle ma sens? To myślenie o zmianie życia. Może byłoby lepiej zamiast na klatkę, wrócić do kolejowego wagonu, w którym dotychczas sypiałem? Stare, nieczynne wagony znajdujące się na obrzeżach miasta służyły takim jak ja za schronisko. To takie miejsca naszego przytułku oraz upadku. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz. Już nie wiem czy z pragnienia, czy ze wstrętu i strachu. Działy się tam rzeczy, o których wolałbym nie pamiętać, ale niestety pamięć to swego rodzaju śmietnik, w którym wszystko się magazynuje. Każda rzecz i wydarzenie odbija się echem i nigdy nie pozwala o sobie zapomnieć. Nie ma lekko. Być może motorem napędowym do otrząśnięcia się z pijackiego letargu są właśnie te wspomnienia? Te najgorsze. Z drugiej zaś strony, co ja sobie wyobrażam? Że nagle odstawię alkohol, a świat i ludzie wyciągną do mnie pomocną dłoń? Że tym razem wszystko się uda? Idiota! Pijaństwo to jedno, ale kiedy wpadłeś w bagno po uszy, to sam się z niego nie wydostaniesz. Pozostają więc dwa wyjścia. Albo spokojnie idziesz na dno, albo do ostatniej chwili czekasz na pomoc, która prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie.

Ekspedientka zmierzyła mnie wrogim spojrzeniem, jakbym wpadł jedynie po to, aby coś ukraść. W sumie, zważywszy na mój wygląd, wcale się jej nie dziwiłem. Brudne, potargane i cuchnące ubranie nie dodawało mi uroku. Chciałem się stąd jak najszybciej wydostać. Zabrać to, po co przyszedłem i odejść. Wypić to, co miałem do wypicia i po prostu zapomnieć o wszystkim. Chwilę spoglądałem na półkę z alkoholem i dostrzegłem „szpaczka” Wyborowej za cztery złote i dziewięćdziesiąt groszy. Szybkim ruchem włożyłem buteleczkę do koszyka i udałem się do kasy. Znudzona kasjerka obsłużyła mnie bez słowa, a klienta, który stał za mną, powitała z szerokim uśmiechem. Spoko. Przyzwyczaiłem się. Nie miało to dla mnie znaczenia.

Opuściłem sklep najszybciej jak to było możliwe. Wyborową włożyłem w tylną kieszeń spodni i ruszyłem w stronę bloku ze znaną mi już klatką schodową. Miałem nadzieję, że znowu będzie otwarta. Jakiś tajemniczy impuls lub przeczucie sprawiało, że coś przyciągało mnie w jej stronę. Zmarzłem. Temperatura na zewnątrz spadła gdzieś w okolice zera, a mnie nie chronił już przed nią podziurawiony sweter, który znalazłem w pojemniku na odzież PCK kilka dni wcześniej. Sam nie wiem, czy było mi bardziej zimno od pogody, czy od skacowanego organizmu, który z każdą chwilą domagał się wódki. Pomyślałem, że jeszcze chwila i napiję się w przyjemnym cieple klatki schodowej. Szarpnąłem za klamkę, ale okazało się, że drzwi są zamknięte. W jednej chwili poczułem zarówno złość, jak i rozczarowanie. Sięgnąłem do tylnej kieszeni i wyjąłem małą butelkę. Najprawdopodobniej oznaczało to, że będę zmuszony wrócić na noc do wagonów. Wcześniej zamierzałem się jednak napić. Na poprawę nastroju oraz żeby się trochę rozgrzać. Szczękałem zębami, przemarznięty do szpiku kości i mamrotałem pod nosem wszystkie znane mi przekleństwa. Miałem właśnie odkręcić flaszkę, kiedy za moimi plecami rozległ się dźwięk domofonu, zwalniający blokadę drzwi.Może jakieś dziecko bawiło się urządzeniem? Korzystając z okazji natychmiast szarpnąłem za klamkę i drzwi stanęły przede mną otworem. Uradowany wpadłem do środka. Postanowiłem, że wódki napiję się trochę później. Zwinnym ruchem podciągnąłem spodnie, które zwisały mi z tyłka, a „szpaczka” schowałem do tylnej kieszeni.

Natychmiast poczułem przyjemne ciepło. Zupełnie jakby ktoś położył mi na policzkach gorące dłonie. O Boże, ale tutaj było przytulnie. Nie chcąc zwracać niczyjej uwagi, skierowałem się schodami do piwnicy. Liczyłem, że tamte drzwi również będą otwarte. Niestety, przeliczyłem się. Cóż, dobra i klatka schodowa. Przy odrobinie szczęścia być może nikt nie zadzwoni po straż miejską.

Na zewnątrz powoli zapadał zmrok. Godzina była dość wczesna, ale o tej porze roku już około siedemnastej robiło się ciemno. Przez chwilę wpatrywałem się w obraz zza szyby drzwi wejściowych i zastanawiałem się, kiedy spadnie pierwszy śnieg. Dokładnie w tym samym momencie zauważyłem leniwie opadający biały płatek. Mimowolnie uśmiechnąłem się do siebie, jednocześnie zauważając w szybie swoje odbicie. Byłem nieogolonym, bezdomnym pijakiem. Rozczochrana burza siwych i brudnych włosów, przypominała wysuszoną kępę trawy, a mocno podkrążone oczy świadczyły o nagannym trybie życia. Widząc swoje odbicie w szybie, poczułem bezgraniczną rozpacz. Byłem zbyt twardy, aby płakać, ale bywały takie chwile, kiedy miałem ochotę rozbeczeć się jak dziecko. Czasami nie potrafiłem rozpoznać człowieka, który spoglądał na mnie z drugiej strony lustra. To była zupełnie obca osoba. Boże, co ja ze sobą zrobiłem?…

Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy mi umknęło. Rodzina, zdrowie, pieniądze i godność. Wspomnienie tych wszystkich wartości jest wyraźnie namacalne w momencie, kiedy sięgasz, aby się napić. Pijak lubi rozpamiętywać swoją niedolę i zazwyczaj obarcza winą za swoje niepowodzenie wszystkich wokół. Ze mną było inaczej. Sam na to zapracowałem. A może lepiej zabrzmi, jeżeli stwierdzę, że właśnie nie pracowałem nad sobą? To inni pracowali, abym się nie stoczył, ale byłem głuchy na ich prośby i nawoływania. Ślepy na prawdę i głupi jak but. Dziś, patrząc na mnie trudno sobie wyobrazić, że jeszcze kilka lat temu miałem żonę i cudowną córkę, z którymi chciałem spędzać wszystkie wolne chwile. Praca na pełny etat w pobliskim zakładzie komunalnym może nie była najlepiej opłacanym zajęciem, ale gwarantowała przynajmniej ubezpieczenie, stałe dochody i względną stabilizację. Żyłem w zupełnie innej rzeczywistości. Otaczałem się przyjaznymi i kochającymi ludźmi. Nie doceniałem szczęścia, które wówczas mnie otaczało. Niestety wszystko przepadło, kiedy pojawił się alkohol. Wydawało mi się, że potrafię po prostu wypić sobie czasami piwo czy dwa, a potem spokojnie wrócić do normalności. Tak jak inni. Mnóstwo osób sięga po alkohol okazjonalnie. Też tak chciałem, ale nałóg pochłonął mnie bez reszty.

Wpatrując się w coraz liczniej opadające płatki białego puchu, czułem jak do oczu napływają mi łzy. Wspomnienia zawsze wyciskają te słone kropelki zadumy. Obraz zrobił się lekko zamazany, ale w tym momencie mi to nie przeszkadzało. Oblizałem spierzchnięte usta i sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni. Czułem, że już naprawdę muszę się napić. Natychmiast. Rozpamiętywanie przeszłości zawsze wzmaga chęć na jednego. Zaświeciłem światło, aby lepiej przyjrzeć się butelce. Cholerna wyborowa. Z jednej strony czułem, że dłużej nie wytrzymam, bo ostre pragnienie zaspokojenia nałogu coraz mocniej dawało się we znaki, a potwornie roztrzęsione ręce i zimne dreszcze nie pozwalały zapomnieć, kim jestem. Z drugiej zaś strony, na samą myśl o kolejnym łyku robiło mi się niedobrze. Pomyślałem, że gdybym tylko miał taką możliwość, to napiłbym się po prostu gorącej herbaty. Najlepiej ze sokiem malinowym. Mogłaby być nawet gorzka, ale jak sobie pomyślę o tym soku, to byłbym skłonny nawet zamienić na nią tę butelkę. Niestety nie miałem takiej możliwości. Sięgnąłem do nakrętki i jeszcze raz wyjrzałem przez szybę. Śnieg zasypał już trawniki, malując je na biały kolor. Równocześnie zaczął wzmaga się wiatr, ponieważ wirujące płatki tańczyły na wszystkie strony, uderzając także o drzwi klatki schodowej. Złapałem się na tym, że przeciągam otwarcie butelki. Już dłuższy czas trzymałem zakrętkę pomiędzy palcami. Tylko ją ściskałem. Wystarczyło przekręcić. Jeden drobny ruch i od razu poczuję się lepiej. Taka pijacka magia. Wszystko teraz zależało od tego drobnego szczegółu. Być może od niego zależała moja przyszłość. Ile to już czasu minęło od ostatniego łyka? Zaledwie kilkanaście godzin. W perspektywie całego życia to bardzo niewiele, ale w perspektywie kolejnej próby wyjścia z bagna alkoholizmu, to była wieczność. Zastanawiałem się, czy aby nie przesądzam swoich możliwości. Nie chciałem w tym momencie rozmyślać o wszystkich poprzednich nieudanych próbach zachowania trzeźwości, ale te myśli same pchały mi się do głowy. Daruj sobie słabeuszu, szeptał jakiś głos w głowie. Skończy się jak zwykle. Szkoda nerwów. Zdałem sobie sprawę, że jeżeli chciałem coś ze sobą zrobić, zmuszony byłem walczyć. Czułem, że właśnie teraz jest najbardziej odpowiedni moment na bitwę z własnymi demonami. Nie wiedziałem, czy komukolwiek podobnemu do mnie udała się taka zmiana bez pomocy specjalisty. Być może było to nierozsądne, tak samemu stawać twarzą w twarz z najcięższymi grzechami, ale co miałem do stracenia? W deszczu pytań pojawiło się jeszcze jedno, które zaprzątało mą głowę: czy na tym etapie zaprzepaszczenia swojego życia, miałem jeszcze coś do odzyskania? Czy było jeszcze coś, co mogłem odbudować? Coś, o co mogłem walczyć? Przez chwilę wydawało mi się, że tak. Schronienie przed światem zewnętrznym, jakie oferowała mi ta klatka schodowa, było mocnym bodźcem stymulującym do tego, abym schował butelkę do kieszeni. Tak też zrobiłem. Być może, skoro już powziąłem decyzję, powinienem pozbyć się „szpaczka”, wyrzucając cholerstwo jak najdalej stąd. Coś jednak powstrzymywało mnie przed tak drastycznym posunięciem. Teraz wygrałem, ale co, jeżeli za niedługi czas dorwie mnie strzyga zwana trzeźwieniem? Czy będę wiedział jak się przed nią obronić? W każdym razie, wziąłem głęboki oddech i po prostu się przeżegnałem. Nie byłem typem wzorowego katolika i miałem wrażenie, że Bóg jedynie cierpi, patrząc na takie wywłoki jak ja, ale nie traciłem nadziei. Wszedłem na półpiętro, bo od drzwi zaczynało ciągnąć zimno po nogach, i usiadłem na marmurkowych schodach. Te drzwi były granicą między dwoma światami. Na zewnątrz panował chłód, ciemność i właśnie tam zostały wszystkie moje kłopoty. Z kolei tutaj, po ich wewnętrznej stronie znajdowała się biała, czysta, niezapisana kartka. Tylko ode mnie zależało, jakie znaki pojawią się w jej wąskich linijkach. Jedno pozostawało pewne. Skoro nie musiałem się już zmagać ze światem, który został za drzwiami, moje problemy nie powinny istnieć także tutaj. A skoro ich nie było, to do czego potrzebna była mi wódka? Tutaj znajdował się dach, ciepło i cisza. Mój nowy, inny świat. Marzenia oraz rozmyślania pijaka. Tyle tylko, że nawet pijakowi nikt nie mógł ich zabronić.

Nie wiem jak to się stało, ale przespałem na klatce całą noc. Zerwałem się dopiero wówczas, kiedy ktoś z piętra wyżej trzasnął drzwiami. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ale na zewnątrz było już widno. Jak to możliwe, że nie obudziłem się ani razu? Być może wyczerpanie oraz zmęczenie zrobiło swoje. Trudno teraz było mi to zweryfikować, ale nagle poczułem się jak młody bóg. Naprężyłem ciało, zastane kości zatrzeszczały głośno i podniosłem swój zadek z ziemi. Ktoś schodził z góry. Echo kroków rozbrzmiewało po całym korytarzu. Zauważyłem również, że przez noc napadało około trzydziestu centymetrów śniegu. Nieźle. Zima na całego. Chwilę potem dostrzegłem na piętrze atrakcyjną kobietę, trzymającą za rękę małą dziewczynkę. Obie ubrane były w płaszcze w kolorze krwistej czerwieni. Dziewczynka miała na sobie zielone kalosze z wystającym, białym futerkiem, natomiast jej mama: długie, sięgające za kolano kozaki. Spojrzały na mnie z góry i przyśpieszyły kroku. Najwyraźniej chciały jak najszybciej ominąć przybłędę. Uśmiechnąłem się do nich i lekko skinąłem głową, ale chyba nie chciały tego zauważyć. Starałem się być uprzejmy, jednak to nic nie dało. Mój wygląd był koszmarny. Na dodatek, kiedy mała przechodziła obok, zatkała nos i skrzywiła buzię. Jej mama potrząsnęła ręką, dając do zrozumienia, że to było niegrzeczne. Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie miałem do niej pretensji. Przecież dzieci to najbardziej prawdomówne istoty tej ziemi. One zazwyczaj nie kłamią. Kiedy wychodziły na zewnątrz, dziewczynka zaniosła się silnym kaszlem. Najwyraźniej była chora. Pewnie idą do lekarza, pomyślałem. Ciekawe, jak mała ma na imię? Nagle przypomniała mi się moja córeczka, Ania. Była nawet podobna to dziewczynki, która mijała mnie przed momentem. Moja Ania również miała jasnobłękitne oczy i bladą cerę. Najprawdopodobniej odziedziczyła ją po mamie. Ania…

Świetnie się tutaj siedziało, ale poczułem, że muszę skorzystać z toalety. Na dodatek burczało mi w brzuchu. Praktycznie nic nie jadłem od dwóch dni. A może dłużej? Nie pamiętam. W każdym razie byłem potwornie głodny. Westchnąłem głośno, zdając sobie sprawę, że czegoś do jedzenia będę musiał poszukać w kubłach na śmieci. Na szczęście w Suchej Beskidzkiej znajdowało się kilka różnych hipermarketów. Albo supermarketów. Nigdy nie wiedziałem, na czym polega różnica. To z kolei oznaczało, że tuż obok tych wiecznie przepełnionych gmachów znajdują się kontenery. Niektórzy właściciele sklepów zabezpieczali się, zakładając blokady lub kłódki na klapy, aby tacy jak ja nie wyżerali im i tak zepsutego żarcia. Dziwne, ale prawdziwe. Pomyślałem, że będę musiał wykombinować także jakąś kurtkę i być może cieplejsze spodnie. Pojemniki na używaną odzież również znajdowały się w różnych częściach miasta. Coś będę musiał z nich wygrzebać. Z tego, co widziałem za oknem, zapowiadała się sroga zima.

Na klatce schodowej zrobiło się nieco bardziej hałaśliwie. Najwyraźniej mieszkańcy budzili się do życia. Słychać było popędzanie dzieciaków, aby się szybciej ubierały, ktoś wrzeszczał, że w łazience skończył się papier toaletowy, zaś miły damski głos informował, że będzie zmuszony dzisiaj zostać dłużej w pracy.

Leniwie zwlokłem się na parter i zauważyłem, że tuż pod daszkiem znajdującym się nad wejściem do klatki schodowej, znajduje się stary, ale najwidoczniej wciąż działający termometr. Był lekko oprószony śniegiem, jednak bez trudu odczytałem temperaturę, która wynosiła obecnie dwa stopnie poniżej zera. Szczękając zębami wyszedłem na zewnątrz. Na niebie kotłowały się gęste bałwany z chmur, zwiastując kolejne opady śniegu. Wyglądało na to, że zima zaczęła się dużo wcześniej niż przypuszczano. To najbardziej perfidna ze wszystkich pór roku, jeżeli chodzi o warunki przetrwania. Kilkoro moich znajomych przypłaciło życiem rozgrzewanie się tanim winem na mrozie. Do dzisiaj pamiętam słowa Antka Karolaka, któremu amputowano odmrożone palce u stóp zaraz po tym, jak przespał mroźną noc na miejskim przystanku autobusowym. Nie czuł zimna. Tylko senność. Odmarzały mu nogi, ale jemu się wydawało, że trzyma je w misce z gorącą wodą. Właśnie tak to wygląda. Organizm robi cię w konia. Dopiero kiedy zaczyna się robić ciepło, należy na siebie uważać. To tylko złudzenie. Taki oddech śmierci.

Stanąłem w swoich dziurawych trampkach po kolana w śniegu i właśnie w tym momencie przyszedł mi do głowy ciekawy pomysł. Mianowicie chciałem się jakby przypodobać mieszkańcom klatki schodowej, do której zamierzałem wrócić z powrotem. Może przypodobać się to nie było najlepsze słowo, ale po prostu chciałem coś zrobić, aby mnie zaakceptowali. Przynajmniej na jakiś czas. Podziękować za to, że nikt nie wywalił mnie w nocy na zewnątrz. Ta klatka dawała mi nadzieję. To dzięki niej już prawie udało mi się wytrzeźwieć. Musiałem coś zrobić, aby nie traktowano mnie jedynie jako zawalidrogę. Postanowiłem, że odśnieżę chodnik prowadzący do wejścia. Rozejrzałem się i zauważyłem, że obok sąsiedniego bloku stoi łopata. Zwykła śniegówka. Leżała oparta o ławkę i najwyraźniej w tej chwili nikomu nie była potrzebna. Zdecydowałem, że muszę ją komuś podprowadzić. W końcu nie było mowy o pożyczeniu, bo prawda jest taka, że i tak nikt by mi jej nie dał. Oczywiście zamierzałem ją zaraz po robocie oddać. Miałem nadzieję, że dodatkowo trochę się rozgrzeję, bo zaczynały marznąć mi nie tylko stopy, ale także ręce i reszta ciała. W pierwszej jednak kolejności musiałem się gdzieś załatwić.

„Pożyczenie” łopaty okazało się wyjątkowo łatwym zadaniem. Najzwyczajniej