Primal Hunter - Zogarth - ebook + audiobook

Primal Hunter audiobook

Zogarth

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

PRIMAL HUNTER – jedna z najpopularniejszych serii LitRPG na świecie – w końcu trafia do Polski! Wkrocz do niesamowitego uniwersum stworzonego przez tajemniczego Zogartha, który uciekł z korpoświata, by poświęcić się pisaniu!

To miał być kolejny zwyczajny dzień w biurze. Nic nie zapowiadało, że to właśnie dziś wydarzy się coś przerażającego…

Wszechświat osiągnął próg, o którego istnieniu ludzkość nie miała pojęcia. Oto nadszedł czas integracji z ogromnym multiwersum. Pieniądze, stanowiska i dotychczasowe zasady – to wszystko traci na znaczeniu. Tu liczy się tylko siła.

Jake, z pozoru niczym niewyróżniający się pracownik biurowy, trafia do tajemniczego lasu pełnego potworów, pułapek i ludzi, którym coraz trudniej zaufać. Rozpoczyna się gra, ale nie z tych wybaczających błędy. Każde spotkanie może skończyć się śmiercią, a każde podjęte ryzyko może okazać się szansą.

Jake powinien się bać. Powinien szukać drogi ucieczki. Tymczasem odkrywa, że w świecie, którym rządzą przemoc, instynkt i obsesja nieustannego rozwoju, odnajduje się lepiej, niż kiedykolwiek przypuszczał.

Może Jake nie został wrzucony do koszmaru.

Może wreszcie trafił tam, gdzie od zawsze było jego miejsce.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 24 min

Lektor: Wojciech Masiak

Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ilo81

Nie oderwiesz się od lektury

Ale to było dobre....nie mogę się doczekać kolejnej części. Lektor pierwsza klasa.
00



The Primal Hunter

Copyright © 2022 by Zogarth

All rights reserved

First published in USA by Aethon Books LLC

aethonbooks.com

Przekład: Łukasz Czarnecki

Redakcja i korekta: Karolina Zelewska

Opieka redakcyjna, skład i przygotowanie do druku: Tomasz Brzozowski

Grafika na okładce: Antti Hakasori

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser,

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68639-33-9

Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

[email protected], insignis.pl

Facebook: @Wydawnictwo.Insignis

X, Instagram, TikTok: @insignis_media

Ta książka jest chroniona prawem autorskim Stanów Zjednoczonych Ameryki. Żadna część tej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie i jakimikolwiek środkami bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Nie może też być rozpowszechniana w oprawie lub okładce innej niż ta, w której została opublikowana, ani bez nałożenia takiego samego warunku na kolejnego nabywcę. Jakiekolwiek kopiowanie lub nieuprawnione wykorzystanie materiałów lub grafik zawartych w niniejszej publikacji jest zabronione bez wyraźnej pisemnej zgody autorów.

Aethon Books wspiera wolność wypowiedzi oraz poszanowanie prawa autorskiego. Celem prawa autorskiego jest zachęcanie pisarzy i artystów do tworzenia dzieł, które wzbogacają naszą kulturę. Skanowanie, przesyłanie i rozpowszechnianie tej książki bez zezwolenia stanowi kradzież własności intelektualnej autora. Jeśli chcesz wykorzystać materiał z książki (poza celami recenzenckimi), skontaktuj się z: [email protected]. Dziękujemy za poszanowanie praw autora.

Ta książka jest dziełem fikcji. Nazwy, postacie, miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autora lub zostały użyte fikcyjnie. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub osób – żyjących bądź zmarłych – jest przypadkowe.

Rozdział 1Kolejny poniedziałkowy poranek

Zaczynał się kolejny z wielu zwykłych poniedziałkowych poranków. Promienie słońca, które nieśmiało przeciskały się przez żaluzje, nie były w stanie wyrwać leżącego na łóżku mężczyzny z głębokiego snu. Ta idylla nie trwała jednak zbyt długo – przeklęty dźwięk budzika, jak co dzień, wyrwał nieszczęsną ofiarę z krainy sennych marzeń. Jake, który jeszcze chwilę wcześniej rozkoszował się słodkimi objęciami kołdry, zerwał się gwałtownie, gorączkowo macając na oślep wszystko wokół, dopóki jego dłoń nie wyczuła kształtu komórki. Mrucząc pod nosem, zwlókł się z łóżka, by poddać się standardowej porannej rutynie, która przygotowywała go na kolejny dzień pracy. Wziął ciepły prysznic, błyskawicznie pochłonął śniadanie, ubrał się, po czym zgarnął potrzebne manatki i wyszedł. Cały poranny rytuał zajął mu nie więcej niż pół godziny. Gdy w drodze do samochodu pokonywał schody, podskórnie czuł, że ten dzień przyniesie ze sobą jakieś nietypowe, ciekawe wydarzenia. Nie umiał wyjaśnić, skąd brało się to przekonanie – jak dotąd wszystko przebiegało zupełnie normalnie – ale również nie potrafił się go pozbyć. „Może ktoś przyniesie do biura pączki?”, przeszło mu przez myśl.

Korki jak zwykle były koszmarne – sytuacja typowa dla wielkiego miasta. Większość czasu spędzał nie tyle na posuwaniu się naprzód, ile na tkwieniu w niekończącym się sznurze aut podczas porannego szczytu. Rozważał kiedyś, by przesiąść się na rower albo zacząć biegać do pracy, tyle że wtedy po dotarciu do biura musiałby jeszcze wziąć prysznic i zmienić ubranie; stanowczo za dużo zawracania głowy.

Gdy wreszcie udało mu się dojechać do celu i zaparkować, wysiadł, zgarnął torbę i wszedł do wnętrza korporacyjnego biurowca – miejsca, w którym od kilku lat zarabiał na życie. Budynek był przytłaczającym szklanym molochem z o wiele za dużą liczbą pięter. W sumie idealnie pasował do tej okolicy – sąsiedztwo składało się właśnie z tego typu potworów. Wewnątrz przywitała go recepcjonistka Joanna. Była to kobieta w średnim wieku, która zawsze nosiła wielkie kolczyki, a jej twarz była pokryta tak grubą warstwą tapety, że całej klasie nastolatek taka ilość kosmetyków starczyłaby do robienia sobie makijażu przez ponad tydzień. Gdyby Jake miał opisać Joannę w kilku słowach, powiedziałby, że to „typowa mamuśka z SUV-a”, trapiona niekończącym się kryzysem wieku średniego.

Recepcja znajdowała się naprzeciw wind, więc wymiana porannych „cześć” stanowiła dla większości pracowników naturalny odruch.

– Dzień dobry, Jake! Weekend udany? – zapytała z entuzjazmem zdecydowanie niepasującym do tak wczesnej godziny.

– Nic specjalnego. A u ciebie? – uprzejmie odbił piłeczkę, chociaż wiedział, jakie będą tego konsekwencje.

– Och, naprawdę super! Wyobraź sobie, że razem z Mikiem spróbowaliśmy… – zaczęła z werwą i zasypała go szczegółami wywołującymi u Jake’a uczucie déjà vu. Opowieść, którą go uraczyła, była bowiem kubek w kubek jak ta sprzed tygodnia.

Po zdecydowanie zbyt długiej rozmowie o niczym wreszcie nadjechał ratunek w postaci windy, oferując ucieczkę na czternaste piętro. Jake wyszedł z niej prosto do spokojnego open space’u.

„Wygląda na to, że dziś jestem jednym z pierwszych”, pomyślał w drodze do swojego biurka.

Odpalił komputer i zaczął przeglądać weekendowe maile. Pracował w firmie już trochę ponad dwa lata. Jego robotę wielu nazwałoby pewnie nudziarstwem, ale on lubił tę rutynę, na którą składało się nurzanie w arkuszach kalkulacyjnych, raportach finansowych i całej reszcie. Pracował w dziale finansowym i mógł powiedzieć, że był w tym całkiem dobry. Zajmował się głównie inwestycjami; oficjalna nazwa jego stanowiska brzmiała: analityk biznesowy. Jake miał naturalną smykałkę do wyłapywania dobrych okazji inwestycyjnych i omijania złych. Intuicja w tych sprawach nigdy go nie zawodziła.

Biuro powoli zapełniali wysypujący się z windy pracownicy. Po zgiełku porannych przywitań i wymian standardowych grzeczności hałas stopniowo przycichł i każdy zajął się tym, co akurat miał do roboty.

„A pączków brak”, odnotował w myślach z wielkim rozczarowaniem.

Siedział, wykańczając najpilniejsze projekty i walcząc z sennością – ewidentnie nie dospał. Na szczęście większość współpracowników już dawno zrozumiała, że nie lubi small talków, więc zwykle dawali mu spokój. Co absolutnie mu pasowało.

Jake był człowiekiem dość wyluzowanym, ostrożnym i nieco wycofanym. Najbardziej lubił własne towarzystwo i starał się dokonywać takich wyborów, by nie musieć wchodzić w interakcje z innymi. Cholera, nawet wtedy gdy ojciec chciał wyciągnąć syna na zewnątrz i zmusił go za dzieciaka do zajęcia się sportem, Jake wybrał łucznictwo – bo mógł robić to całkiem sam.

Ogólnie rzecz biorąc, lubił swoje życie. Miał dobrze płatną pracę, sympatyczną rodzinę, wygodne mieszkanie i świetnych współpracowników, a przyszłość – w jego odczuciu – całkiem obiecującą. Nie był nikim wyjątkowym, ot kolejną szarą twarzą w tłumie przechodniów. I w sumie było mu z tym dobrze. Wyróżnianie się oznaczało ściąganie na siebie nadmiernej uwagi, a tego wolał unikać.

Gdy tak rozmyślał, podszedł do niego przełożony, Jacob. Na twarzy malował mu się szeroki uśmiech.

– Hej, chłopie! Ja i reszta ekipy spadamy na lunch. Zabierasz się?

– Eee… jasne, brzmi dobrze – odparł Jake niepewnie.

Lubił Jacoba. Ludzie mówili, że jest „urodzonym liderem”. Miał spore umiejętności społeczne, talent do czytania ludzi i sprawiania, by czuli się przy nim swobodnie. Należał do tej garstki osób, które Jake nazywał przyjaciółmi.

Jacobowi jak zwykle towarzyszył Bertram. Sprawiał wrażenie ponurego olbrzyma, ale w rzeczywistości miał naturę pluszowego misia. Podobno opiekował się Jacobem, kiedy ten dorastał, i był jakimś lokajem czy kimś tego typu. Jake wiedział tylko tyle, że rodzina Jacoba miała kupę forsy. Szczerze mówiąc, zakrawało na cholerny cud, że Jacob nie wyrósł na rozpieszczonego gnoja, tylko równego gościa.

W biurze Jacob cieszył się popularnością pod każdym względem, zwłaszcza wśród pewnej grupy. Przystojna twarz, wysoki wzrost i ogólny urok zdecydowanie mu pomagały, jeśli chodziło o kontakty z koleżankami z firmy. Włosy zawsze miał ułożone w niemożliwie idealną fryzurę, garnitur leżał na nim perfekcyjnie, a twarz rozświetlał wiecznie wyluzowany uśmiech. Dogadywali się głównie dzięki temu, że Jacob potrafił prowadzić rozmowę dłuższą niż kilka zdań nawet z osobami pokroju Jake’a. To, że Jake nigdy nie był źródłem problemów dla firmy i osiągał dla niej niezłe wyniki, oczywiście sprzyjało tej relacji.

I to był właśnie powód, dla którego Jake zgodził się na lunch. Wiedział, że w towarzystwie Jacoba atmosfera będzie znośna.

Jake, Jacob i Bertram ruszyli do windy, rozmawiając po drodze o pracy i spotkaniu, które zaplanowali po przerwie. W tę samą stronę kierowała się także Joanna i jej mąż Mike. W kabinie szybko zrobiło się ciasno. W środku były już trzy osoby, które jechały właśnie w dół – a wśród nich Caroline.

Caroline pracowała w pionie HR, zajmującym tę samą przestrzeń biurową co dział Jake’a. Była od niego o rok młodsza, miała szczupłą sylwetkę i blond włosy – wszystko to sprawiało, że była kobietą w jego typie. Zdawał sobie sprawę, że pewnie wynikało to z tego, że była jedną z niewielu rówieśniczek, z którymi regularnie miał kontakt. Stanowili po prostu dwójkę osób odmiennej płci przebywających stale w tej samej przestrzeni. Z tego powodu nigdy nie próbował okazywać jej uczuć, które w nim wzbudzała. A także z wielu innych przyczyn.

Nie był typem romantyka, a jeśli chodzi o jego wcześniejsze życie miłosne… cóż, jak do tej pory nie miał szczęścia. To, że dziewczyna zdradziła go z najlepszym kumplem, było na to chyba wystarczającym dowodem.

Dlatego teraz skinął Caroline tylko głową i rzucił ciche „dzień dobry”. Mówiąc te słowa, ledwie panował nad malującym się na jego twarzy zakłopotaniem, ale na szczęście kobieta najwyraźniej nie zwracała na to uwagi.

Jake doskonale wiedział, że dla Caroline pozostaje wyłącznie kolegą z pracy (i to jednym z wielu) i nie może liczyć na zainteresowanie z jej strony. Co innego Jacob… Do niego bez dwóch zdań czuła miętę. I Jake nie miał o to do niej pretensji. Jacob był świetnym facetem, więc choć sytuacja wyglądała absurdalnie, Jake nie potrafił go po prostu nie lubić, mimo że ten – zupełnie tego nieświadomy – stanowił dla niego konkurencję.

Jake zaliczał się pod względem wyglądu do „średniaków”. Ani za gruby, ani za chudy, z krótkimi brązowymi włosami, oczami tej samej barwy i twarzą, której nie dało się opisać jako przystojnej, choć brzydotą też nie grzeszył. Jego jedyny atut stanowiła budząca podziw sylwetka – efekt tego, że w wolnym czasie nadal strzelał z łuku dla przyjemności, a u rodziców miał nawet własnoręcznie zrobioną mini strzelnicę. To, w połączeniu z regularnymi wizytami na siłowni, pozwalało mu utrzymać dobrą formę od czasów, gdy jeszcze marzył o karierze sportowej.

DING!

Dźwięk zamykających się drzwi windy szybko ściągnął go na ziemię. Ruszyli w dół, na parter. Zaczął zastanawiać się nad tym, co by tu zjeść na lunch, gdy nagle coś wytrąciło go z rozmyślań.

DING!

Dźwięk przypominający sygnał windy rozbrzmiał mu w głowie, a jednocześnie przed oczami – lub raczej w umyśle – pojawiły się słowa. Ledwo zdążył je odczytać, nim stracił przytomność.

Inicjacja 93. Wszechświata potwierdzona. Rozpoczynanie sekwencji wprowadzenia i Samouczka.

Rozdział 2Wprowadzenie

Inicjacja 93. Wszechświata potwierdzona. Rozpoczynanie sekwencji wprowadzenia.

Witamy we wprowadzeniu. Przygotowywanie…

Gdy Jake otworzył oczy, znów usłyszał ten głos, witający go we… wprowadzeniu? Wprowadzeniu do czego? Co tu, do cholery, się wyrabiało?

Minęło kilka sekund, a on, choć miał otwarte oczy, widział tylko ciemność. Czuł, że zdrętwiało mu całe ciało, a jedynym bodźcem, jaki naprawdę do niego docierał, był narastający ból głowy. Spróbował otworzyć usta, ale nic z tego nie wyszło, więc zaczęła go ogarniać panika. Porwali go kosmici czy co?

Gdy tak gorączkowo myślał, głos znów się odezwał.

Przygotowania zakończone. Rozpoczynanie wprowadzenia.

W oczy uderzyło go ostre światło i na chwilę oślepiło coś, co wyglądało jak potężny reflektor skierowany prosto na jego twarz. Gdy oczy powoli przyzwyczajały się do jasności, wróciło również czucie w kończynach. Zerknął na swoje nogi i zrozumiał, że siedzi na krześle. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył kogoś siedzącego naprzeciwko, po drugiej stronie stołu.

Sam pokój przypominał Jake’owi salę przesłuchań – dwa krzesła i stół w małej zamkniętej przestrzeni. Brakowało tylko lustra weneckiego. Jednak wszystko tu było idealnie sterylne. Białe ściany i podłoga, biały stół i krzesła, a choć nie mógł dostrzec żadnego źródła światła, całe pomieszczenie i tak w nim tonęło.

– Halo? – zapytał ostrożnie… osobę naprzeciwko.

Na pierwszy rzut oka istota wyglądała jak człowiek, ale nie miała żadnych wyraźnych rysów. Łysa głowa, całkowicie białe oczy bez źrenic i klatka piersiowa, która sprawiała wrażenie zbyt płaskiej i pozbawionej szczegółów, by mogła być dziełem natury. Na ciele tego czegoś nie dało się dostrzec ani jednego włoska, a choć widok zasłaniał Jake’owi blat stołu, miał nieprzyjemne przeczucie, że to coś… nie ma też nic poniżej pasa.

Gdy kończył tę wewnętrzną ocenę, istota otworzyła usta.

– Bądź pozdrowiony, człowieku. Nadzoruję twoje wprowadzenie – mówiła syntetycznym tonem, brzmiącym jak zmiksowane głosy obojga płci. – W tym wprowadzeniu wyjaśnię ci warunki twojej nowej rzeczywistości.

Jake miał już coś odpowiedzieć, ale istota zaczęła mówić dalej.

– Po pierwsze, pozwól, że powitam cię w nowym rozdziale życia. Twój wszechświat wreszcie przekroczył minimalny próg wymagany do dołączenia do multiwersum i tym samym został zainicjowany. A teraz: czy masz jakieś pytania, zanim przejdziemy do tematów dotyczących samouczka?

W głowie Jake’a zapanował chaos. Multiwersum? Jaki próg? I co znaczy „nowy rozdział”? Jednak zamiast zadać któreś z tych sensownych pytań, palnął najbardziej przyziemne z możliwych:

– Kim… nie, czym… ty jesteś? – wyrzucił z siebie, plącząc słowa.

– Jestem bytem odpowiedzialnym za powitanie cię i wprowadzenie w nowy świat oraz w zasady twojej nowej rzeczywistości.

– Jakiej nowej rzeczywistości? – chciał wiedzieć Jake.

– Rzeczywistości, którą pierwsze oświecone rasy nazwały „Systemem”.

– Jak mam zobaczyć ten sys… – ale nie zdążył dokończyć, bo przed oczami nagle wyskoczył mu ekran.

Status

Imię: Jake Thayne

Rasa: [Człowiek (G) – poziom 0]

Klasa: brak

Profesja: brak

Punkty Zdrowia (PZ): 90/90

Punkty Many (PM): 80/80

Wytrzymałość: 70/70

Statystyki

Siła: 7

Zręczność: 8

Kondycja: 7

Witalność: 9

Wytrzymałość: 7

Mądrość: 8

Inteligencja: 8

Percepcja: 10

Siła Woli: 6

Wolne Punkty: 0

Tytuły

Brak

„Okej, no to mam odpowiedź”, pomyślał Jake.

Zaczął analizować cały ten cyrk, który się wokół wyprawiał, i postanowił popłynąć z prądem. Podejrzewał, że śni jakiś szaleńczy świadomy sen, więc równie dobrze mógł w nim trochę się zabawić. W jego przypadku oznaczało to przeanalizowanie statystyk.

Dziewięć różnych statystyk, od sześciu do dziesięciu punktów… Statystyki miał wyrównane, od reszty odstawały tylko Siła Woli i Percepcja. Czy Siła Woli na poziomie 6 świadczyła o tym, że ma słabą wolę? Czy 6 to mało jak na kogoś w jego sytuacji? Rasa: człowiek – to akurat oczywiste, ale co kryło się pod „G”? Był najwyraźniej człowiekiem na poziomie 0. Nie miał ani klasy, ani profesji. Choć sam powiedziałby o sobie, że należy do klasy średniej, a jego profesja to konsultant finansowy. Wątpił jednak, by właśnie o to chodziło Systemowi.

Dodatkowo tytułów brak, a zdrowie i mana na poziomach 90 i 80 sugerowały, że ich podstawą jest któraś ze statystyk pomnożona razy dziesięć. Witalność jako jedyną miał na poziomie 9, co doprowadziło go do wniosku, że to właśnie ona wpływała na zdrowie. Mana była trudniejsza – 80, a Mądrość i Inteligencja po 8, więc to jedna z nich stanowiła w tym przypadku kluczowy czynnik. Wytrzymałość wynosiła 70, co – zgodnie z wcześniejszym rozumowaniem – oznaczało, że jest związana z Siłą albo Kondycją. Skłaniał się raczej ku tej drugiej.

Jake próbował ogarnąć różne elementy na ekranie, niestety bez skutku. Informacje były lakoniczne – po prostu oznajmiały, że Siła to Siła, a klasa to klasa…

Kiedy jednak spróbował skupić się na swojej rasie, przyniosło to następujące rezultaty:

Człowiek (G) – Najniższy poziom ludzi w Systemie. Ten typ występuje wyłącznie w nowo zainicjowanych światach. Rasa ludzka jest znana jako jedna z najbardziej zbalansowanych i najczęściej spotykanych pośród niezliczonych ras multiwersum, zdolna kroczyć wieloma różnymi ścieżkami na drodze do potęgi. Bonusy do statystyk na poziom: +1 do wszystkich statystyk, +1 Wolny Punkt.

„Dzięki za nazwanie mnie najniższym poziomem człowieka?”, pomyślał Jake.

Opis w sumie potwierdzał występowanie innych ras, a także to, że gdzieś w tym, co stwór nazwał multiwersum, istnieli też inni ludzie.

Pogrzebał jeszcze trochę w menu, próbując praktycznie wszystkiego, aż w końcu znów podniósł wzrok na dziwną człekopodobną istotę.

– Hej, a mogę zapytać o te różne statystyki na ekranie statusu? Jakie dają efekty? Na przykład: które staty mają związek z punktami zdrowia albo czy w ogóle istnieje takie powiązanie?

– Nie. Na razie masz dostęp do wszystkich tych informacji, które są ci potrzebne.

– To jak w takim razie mam zdobyć klasę i profesję? Widzę tu informacje o poziomie. Jak właściwie się je zdobywa? Co oznacza „G” po rasie? I w ogóle dlaczego tu jestem? Gdzie są inni?

Pytania wylatywały z niego trochę zbyt natarczywie. Trudno jednak mieć o to pretensje – cała ta sytuacja była bez dwóch zdań najbardziej pokręconą akcją, jakiej kiedykolwiek doświadczył.

– Klasę wybierasz przy wejściu do samouczka. Ta klasa będzie punktem startowym twojej podróży i pomoże ukierunkować twoją ścieżkę. Profesja staje się dostępna poprzez wykonywanie powiązanych z nią zadań: albo gdy robisz to wystarczająco długo, albo dzięki okazanej w ich trakcie kompetencji. Klasy skupiają się na dążeniu do Siły, podczas gdy profesje są ścieżką kreatywności i rzadko oferują bezpośredni wzrost Siły. Poziomy zdobywa się poprzez różnorodne działania. „G” po rasie określa aktualną rangę twojej rasy. Jesteś tutaj, ponieważ wszedłeś do wprowadzenia. Przez „innych” wnioskuję, że masz na myśli innych Ziemian. Ci inni Ziemianie są teraz w swoich własnych wprowadzeniach.

Wyjaśnienie było zwięzłe i mało szczegółowe, ale przynajmniej dawało Jake’owi lepszy obraz sytuacji. Szczególnie cieszył fakt, że koledzy z pracy byli względnie cali i prawdopodobnie doświadczali właśnie czegoś podobnego co on.

– A teraz: klasy – oświadczyła istota, nie czekając na następne pytanie.

Zanim Jake zdążył cokolwiek powiedzieć, przerwał mu kolejny ekran ze ścianą tekstu. Jake zaczął przeglądać klasy po kolei.

Wojownik (Lekki) – podstawowa klasa startowa. Lekki wojownik specjalizuje się w szybkich atakach, unikach i finezji. Choć jest szybszy niż wariant średni i ciężki, ma obniżoną siłę ataku i przeżywalność. Główne uzbrojenie stanowią: rapier, sztylety, małe toporki i broń miotana. Bonusy do statystyk: +2 do Zręczności, +1 do Kondycji, +1 do Siły, +1 do Witalności, +1 Wolny Punkt.

Pierwsza klasa wyglądała na lekkozbrojnego – kogoś w stylu łotrzyka? Była mowa o sztyletach i broni miotanej. Trochę go to kusiło, ale niezbyt podobała mu się perspektywa walki na bliskim dystansie. Trenował przecież łucznictwo, nie szermierkę.

Wojownik (Średni) – Podstawowa klasa startowa. Średni wojownik skupiony na zbalansowanym podejściu do walki. Znajduje kompromis między szybkością a siłą. Szybszy niż wariant ciężki, wolniejszy niż lekki. Przeżywalność i siła wyższe niż w wariancie lekkim, niższe niż w wariancie ciężkim. Może używać szerokiej gamy broni, zarówno z wariantu ciężkiego, jak i lekkiego. Bonusy do statystyk na poziom: +1 do Zręczności, +1 do Kondycji, +1 do Witalności, +1 do Siły, +1 do Twardości, +1 Wolny Punkt.

Druga klasa wyglądała jak wybór dla kogoś, kto chce być wojownikiem, ale nie ma pojęcia, jakiego rodzaju. Choć możliwe, że gwarantowała elastyczność.

Wojownik (Ciężki) – Podstawowa klasa startowa. Ciężki wojownik skupiony na sile i przeżywalności kosztem szybkości i różnorodności. Jest wolniejszy i mniej wszechstronny niż wariant lekki i średni, ale w zamian zyskuje wielką siłę i przeżywalność. Używa głównie kombinacji broni jednoręcznej i tarczy albo broni dwuręcznej. Zazwyczaj brak solidnych opcji dystansowych. Bonusy do statystyk na poziom: +2 do Siły, +1 do Twardości, +1 do Witalności, +1 do Kondycji, +1 Wolny Punkt.

Opcja „koks” w archetypie wojownika. Wielki i ciężki, w jego wyobraźni zakuty w pełną płytę i z ogromną tarczą. Albo mocno przypakowany, obnażony do pasa, brodaty wiking z morderczym toporem w łapie. Tak czy inaczej, kompletnie nie widział siebie w żadnej z tych ról.

Łucznik – Podstawowa klasa startowa. Klasa skupiona na walce dystansowej, głównie z użyciem łuku i strzał, z lekkimi opcjami do walki wręcz, takimi jak krótkie miecze i sztylety. Klasa jest szybka i elastyczna, stawia na Zręczność bardziej niż na Siłę. Bonusy do statystyk na poziom: +2 do Percepcji, +1 do Zręczności, +1 do Kondycji, +1 do Siły, +1 Wolny Punkt.

No to zaczynamy.

Jak nietrudno zgadnąć, ten wybór wydawał się zdecydowanie najbardziej kuszący. Pomijając lekkie opcje walki wręcz, jeśli miałby walczyć w jakikolwiek sposób – a miał graniczące z pewnością przeczucie, że będzie musiał – to bez dwóch zdań najlepiej poradziłby sobie z łukiem.

Mag – Podstawowa klasa startowa. Mag skupia się na walce magicznej, przedkładając mądrość i wiedzę nad siłę fizyczną i szybkość. Podstawowa klasa jest niezharmonizowana, co oznacza brak specjalizacji w jakimkolwiek żywiole lub typie magii, przez co jest ograniczona w mocy, ale wszechstronna. Magowie władają potężnymi zdolnościami destrukcyjnymi, lecz często brakuje im opcji defensywnych. Klasa używa głównie katalizatorów takich jak laski, idole, relikwie lub różdżki, aby wzmocnić moc magii. Bonusy do statystyk na poziom: +2 do Inteligencji, +1 do Mądrości, +1 do Siły Woli, +1 do Percepcji, +1 Wolny Punkt.

To – jeśli nie wszystkie te wcześniejsze cuda – ostatecznie potwierdzało, że magia jest prawdziwa. I choć wizja przemiany w kozaka miotającego ogniem i piorunami była niezwykle atrakcyjna, to łuk przemawiał do niego bardziej.

Uzdrowiciel – Podstawowa klasa startowa. Uzdrowiciel potrafi leczyć rany, usuwać dolegliwości i wzmacniać moc swoją i/lub swoich towarzyszy. Podstawowa klasa jest niezharmonizowana, co oznacza brak specjalizacji w jakichkolwiek boskich mocach lub typach magii, przez co jest ograniczona w mocy, ale wszechstronna. Klasa jest słaba w walce solo, brakuje jej opcji ofensywnych, ale jest potężna w otoczeniu sojuszników. Bonusy do statystyk na poziom: +2 do Siły Woli, +2 do Mądrości, +1 do Inteligencji, +1 Wolny Punkt.

Ostatnia opcja wyglądała na medyka. Wszystkie klasy były „podstawowymi klasami startowymi”, a więc na początek nie można było wybrać żadnych specjalnych, wszechpotężnych klas. Przynajmniej on nie miał do takich dostępu.

Zauważył też, że wszystkie one dawały łącznie pięć punktów statystyk na poziom i jeden Wolny Punkt. W porównaniu do rasy wydawały się oferować bardziej wyspecjalizowane staty, ale mniej ogólnie – choć może powodem była jego przynależność do rasy ludzkiej.

Klasa uzdrowiciela w ogóle go nie kręciła, ale krótka wzmianka o boskich mocach intrygowała. Czyżby sugerowała istnienie bogów? Może w późniejszym czasie pojawiała się opcja przekwalifikowania na kapłana?

– Hej, możesz powiedzieć coś więcej o tych klasach? – zapytał Jake z nadzieją. – Jakieś rady, wskazówki?

– Twoje przeznaczenie musi zostać odkryte przez ciebie samego. Teraz wybierz klasę, zanim przejdziemy dalej.

Uznając, że i tak zdecyduje się na to, co planował od początku, Jake zdecydował się na klasę Łucznika.

Wybrałeś klasę Łucznik. Potwierdzić?

„Wygląda na to, że nawet potężny System używa okienek potwierdzenia”, przemknęło Jake’owi przez myśl, gdy potwierdzał swoją decyzję.

Otrzymałeś klasę Łucznik.

Gdy tylko te słowa pojawiły się przed jego oczami, poczuł dziwne mrowienie w głowie – ani miłe, ani nieprzyjemne. Równocześnie na stole zmaterializowały się jakieś przedmioty. Zanim zdążył im się przyjrzeć, znów wyskoczyło kilka komunikatów systemowych:

Zdobyto umiejętność: [Podstawowe Łucznictwo (Podrzędne)] – Najlepszym przyjacielem Łucznika jest łuk w jego dłoni i strzała w sercu wroga. Odblokowuje podstawową biegłość w używaniu łuków i kusz oraz dodaje znikomy bonus do wpływu Zręczności i Siły podczas używania broni dystansowej.

Zdobyto umiejętność: [Podstawowa Broń Jednoręczna (Podrzędne)] – Łucznik może nie jest mistrzem w sztukach walki w zwarciu, ale daleko mu do bezbronności. Odblokowuje podstawową biegłość w używaniu większości broni jednoręcznych oraz dodaje znikomy bonus do wpływu Zręczności i Siły podczas używania pasującej broni do walki wręcz.

Zdobyto umiejętność: [Oko Łucznika (Zwykłe)] – Oczy Łucznika są wytrenowane, by śledzić i dostrzegać słabości wrogów. Oko pozwala Łucznikowi łatwiej wypatrywać ofiary. Pasywnie daje niewielki wzrost wpływu Percepcji na narządy wzroku.

Czytając te trzy komunikaty, Jake znów utwierdził się w przekonaniu, że ten nowy system jest ekstremalnie podobny do gier RPG – czy to papierowych, czy w wersji komputerowej. Wszystkie trzy umiejętności wyglądały na dość podstawowe, zwłaszcza te dwie, które dosłownie miały to słowo w nazwie. Obie były niższe rangą, jeśli dobrze zakładał. Ostatnia wydawała się jednak ciekawsza – mniej podstawowa i nawet uznana za umiejętność o randze zwykłej.

Co więcej, instynktownie wiedział, jak działa Oko Łucznika. Skupił się i nagle poczuł, że jego wzrok się wyostrza. Jakby w pięć sekund przeskoczył z niskiej jakości obrazu na pełne HD. Rozejrzał się, zachwycony szczegółowością otoczenia. Gdy wyłączył zdolność i wzrok wrócił do normy, spojrzał na zasoby. Okazało się, że wytrzymałość spadła z 70 do 68, a mana i zdrowie pozostały na maksymalnym poziomie.

Zamknął okno i spojrzał na przedmioty na stole. Zerknął na istotę, która siedziała nieruchomo niczym manekin, i zapytał:

– Zakładam, że to dla mnie?

– Tak – odpowiedziało stworzenie. – To podstawowy ekwipunek startowy przypisany do twojej klasy. A teraz ostatni etap wprowadzenia. Pewne niezbędne umiejętności są przyznawane wszystkim nowym zainicjowanym w Systemie.

I po chwili Jake znów zobaczył ekran.

Zdobyto umiejętność: [Identyfikacja (Podrzędne)] – Podstawowa umiejętność identyfikacji, znana wszystkim poza najmłodszymi dziećmi niezliczonych ras. Pozwala podjąć próbę identyfikacji dowolnego obiektu lub istoty, na których się skupiasz.

Umiejętność, która mogła zapewnić mu choćby okruchy informacji? Coś, czego desperacko potrzebował. Bo całe to wprowadzenie rodziło tylko kolejne pytania, a odpowiedzi dostawał jak na lekarstwo.

– Czas przeznaczony na wprowadzenie dobiegnie końca za dziesięć minut i zostaniesz przeniesiony do samouczka – powiedziało stworzenie. – Zaleca się zabranie przyznanego ekwipunku przed końcem wprowadzenia, w przeciwnym razie przedmioty przepadną.

Jake lekko spanikował i zaczął zgarniać rzeczy ze stołu. Były tam łuk i kołczan, brązowy płaszcz z kapturem, nóż oraz mała sakiewka przyczepiona do pasa. Wszystko wyglądało na żywcem wyjęte ze średniowiecza – sam łuk był drewniany. W przeciwieństwie do nowoczesnych łuków bloczkowych, których zwykle używał, a które były wykonane z aluminium i innych współczesnych kompozytów. Cięciwa wyglądała na jedwabną… chyba. Nie potrafił tego stwierdzić.

Płaszcz uszyto z dość szorstkiego materiału przypominającego jutę, ale sprawiał wrażenie wytrzymałego. Kołczan wykonano z drewna oplecionego skórą i wyposażono go w skórzane pasy do noszenia na plecach. Nóż trafił mu się prosty jak konstrukcja cepa: miał stalowe ostrze i drewnianą rękojeść. Całe to wyposażenie było według niego naprawdę solidnie wykonane.

Na koniec sięgnął po sakiewkę, w której znalazł kilka małych buteleczek. Gdy zastanawiał się, czym są, omal nie walnął się w czoło, przypominając sobie o Identyfikacji. Skupił uwagę na jednej, wypełnionej czerwonawym płynem, i po trzech–czterech sekundach pojawił się nowy ekran:

[Mikstura Zdrowia (Podrzędne)] – Przywraca zdrowie po spożyciu.

Czego innego mógł się spodziewać? Oczywista oczywistość. Użył Identyfikacji na reszcie zawartości sakiewki, badając butelki jedną po drugiej i znajdując łącznie trzy mikstury zdrowia oraz trzy mikstury wytrzymałości, które działały dokładnie tak samo jak mikstura zdrowia, tylko na wytrzymałość.

Zamknął sakiewkę i zaczął badać resztę sprzętu. Łuk, nóż i płaszcz nie dały żadnych wyników – system poinformował go tylko, że drewniany łuk to drewniany łuk, a brązowy płaszcz to brązowy płaszcz. Bez większej nadziei sprawdził kołczan, ale tym razem spotkała go pozytywna niespodzianka:

[Zaklęty Kołczan (Pospolite)] – Kołczan obdarzony zdolnością tworzenia strzał o pospolitej rzadkości po wstrzyknięciu many.

„I to jest, kurwa, coś, co może się przydać”, pomyślał.

Gdy kończył inspekcję, znów uprzejmie przypomniano mu o uciekającym czasie.

– Dwie minuty do rozpoczęcia samouczka.

Jake w pośpiechu włożył płaszcz przez głowę, zapiął pas z sakiewką i przewiesił kołczan przez ramię. Na szczęście wypełniały go już dziesiątki strzał. Przy pasie miał małą pochwę, do której od razu wsunął nóż i dopiął skórzaną klamerkę, która miała trzymać sztylet na miejscu.

Na koniec wziął łuk do ręki, bo nie był pewien, gdzie właściwie powinien umieścić tę broń.

Po namyśle przerzucił ją przez ramię i wyprostował się w gotowości na to, co miało nadejść.

– Dziesięć sekund do rozpoczęcia samouczka – przypomniało mu człekopodobne coś.

– Miło było cię poznać, chyba… czymkolwiek właściwie jesteś – powiedział, machając istocie na pożegnanie.

Trochę się bał, ale z drugiej strony czuł, jak ogarnia go ekscytacja.

Sekwencja wprowadzenia zakończona. Transport do samouczka…

Rozdział 3Witamy w Samouczku!

Jake odniósł wrażenie, jakby w okamgnieniu znalazł się nagle zupełnie gdzieś indziej. Nie udzielono mu żadnego ostrzeżenia poza komunikatem Systemu, nie odczuwał też przeskoku przez czas i przestrzeń – po prostu… się przeniósł.

Znalazł się w… pokoju? Tyle że znacznie większym od poprzedniego. Nie, chwileczkę! Nazwanie tego miejsca pokojem było gigantycznym niedopowiedzeniem. Fakt, widział sufit, ale ledwie potrafił dostrzec strukturę podobną do ściany, stojącą hen w oddali, po jednej ze stron. Z sufitu zwisała wielka świetlista sfera wyglądająca jak słońce. Przesuwając wzrok z sufitu na ścianę, dostrzegł, że cała konstrukcja miała kulisty kształt i przypominała gigantyczną kopułę.

Stał na czymś, co można było nazwać filarem – jednym z wielu, rozsianych dookoła we wszystkich kierunkach. Jednak tam, gdzie spodziewałby się podłogi, aż po horyzont rozciągał się rozległy las. Przy czym korona żadnego z drzew nawet nie zbliżała się do szczytu filaru. Bynajmniej nie z powodu ich małych rozmiarów – niektóre mogły się pochwalić pniami strzelającymi w górę na prawie sto metrów – lecz ze względu na absurdalną wręcz wysokość samej kolumny.

Kiedy zaczął się już zastanawiać, czy System aby o nim zapomniał i czego właściwie żąda od niego tym razem, znowu pojawiło się znajome okno wraz z towarzyszącym mu głosem.

Witamy w Samouczku!

Poczuł falę ciepła w całym ciele, gdy usłyszał dźwięk kolejnego powiadomienia.

Zdobyto tytuł: [Pionier Nowego Świata].

„Tytuł? Pewnie dostaje go tutaj każdy”, pomyślał Jake, szybko sprawdzając, co mu się trafiło.

[Pionier Nowego Świata] – Ukończ wprowadzenie i zacznij Samouczek jako Pionier Nowego Świata. +3 do wszystkich statystyk. Nadaje umiejętność: [Nieskończone Języki Niezliczonych Ras (Unikalne)].

Pojawiające się ni z tego, ni z owego +3 do wszystkich statystyk musiało zostać uznane za miły prezent. Pewnie stąd wzięło się to przyjemne ciepełko. Choć nadal nie był pewien, jak bardzo przydatny może się okazać ten upominek.

Umiejętność wyglądała z kolei o wiele bardziej konkretnie.

[Nieskończone Języki Niezliczonych Ras (Unikalne)] – Pozwala ci komunikować się z niezliczonymi rasami w całym multiwersum. Unikalna umiejętność przyznawana za darmo pionierom nowo zainicjowanej rasy.

Umiejętność umożliwiająca dogadanie się z innymi rasami. Ciekawe, czy działała tylko podczas rozmowy, czy też dało się ją wykorzystać, korzystając ze słowa pisanego? Ciągle pojawiały się kolejne znaki zapytania, podczas gdy próby wgryzienia się w opisy umiejętności nie przynosiły żadnych odpowiedzi. By je zdobyć, spróbował nawet zastosować swoją niedawno uzyskaną moc Identyfikacji, ale na tym polu okazała się bezsilna.

Nagle Jake usłyszał za sobą jakiś hałas, podskoczył i błyskawicznie się odwrócił, by zobaczyć, że na tę samą platformę co on trafiła jeszcze jedna osoba. Z dłonią wciąż zaciśniętą na rękojeści noża rozpoznał tożsamość przybysza.

– Jacob? – rzucił retorycznie, patrząc na stojącego przed nim faceta.

Jacob nie miał już na sobie garnituru. Zamiast tego był okryty kolczugą, dłonie chroniły mu rękawice, a poniżej nosił coś, co wyglądało na skórzane spodnie i parę solidnych butów. Całość przypominała strój z magazynu kostiumów na planie historycznego filmu osadzonego w średniowieczu.

Jacob również sprawiał wrażenie mocno skołowanego tą sytuacją. Sekundę czy dwie zajęło mu pozbieranie myśli, nim w końcu dostrzegł Jake’a i zrozumiał, że ten do niego mówi.

– Jake!? Chłopie, jak dobrze cię widzieć! Widziałeś innych? – Jacob mówił z typową dla siebie werwą, a w jego głosie słychać było nadzieję.

– Nie. Zaskoczyło mnie to, że tu jesteś. Po tym, jak weszliśmy do windy… – zaczął Jake, ale nie zdążył wypytać kumpla o jego losy, bo nastąpił kolejny rozbłysk, a po nim następne, jeden za drugim, aż na ich platformie stała już łącznie dziesiątka ludzi.

Jake od razu ich rozpoznał: pięć osób jechało z nimi windą, a kolejnymi czterema okazali się inni pracownicy ich firmy. Z ulgą zauważył wśród nowo przybyłych Caroline – zdawało się, że była w jednym kawałku. Nosiła teraz białą szatę i trzymała przy boku coś, co wyglądało jak niewielka różdżka.

– Co się sta…

– Ej, czemu…

– Widzieliście Mike’a!?

– Gdzie jest…

Wszyscy zaczęli mówić naraz; każdy równie mocno zdezorientowany, choć jedni znosili dziwaczną sytuację lepiej od innych. Jake wolał na razie trzymać się na uboczu – próbował jakoś uporządkować sobie w głowie to wszystko, co ich spotkało, słuchając relacji reszty ekipy.

Kiedy pierwsza fala paniki opadła, towarzystwo nieco ochłonęło i przeszło do analizy swojego położenia. W końcu byli profesjonalistami. Rzecz jasna, owa zmiana nastroju nie miała nic wspólnego z tym, że Jacob tymczasem dwoił się i troił, by ich uspokoić. Ani trochę!

Szybka seria pytań i odpowiedzi ujawniła, że wszyscy zostali przeniesieni do swoich własnych pokoi „przesłuchań” i przeszli mniej więcej tę samą procedurę co Jake. Ten dowiedział się przy okazji, że najwyraźniej zapomniał dopytać o parę spraw, bo pozostali odkryli kilka nieznanych mu szczegółów. Na przykład taki, że nowe umiejętności można było zdobywać, awansując co pięć poziomów wraz z klasą.

Potem podsumowali swoje klasy. Okazało się, że byli wśród nich: jeden lekki wojownik, dwóch średnich i jeden ciężki, dwóch łuczników, trzech magów oraz uzdrowiciel. Zebrała się z tego dość zbalansowana drużyna. Jake podejrzewał, że System maczał palce w jej powstaniu. Albo mieli po prostu farta.

Ich zbroje i stroje też mocno się od siebie różniły. Nie nosili już eleganckich koszul ani wyjściowych ubrań. Lekki wojownik miał na sobie skórzaną zbroję, średnich wojowników – Jacob był jednym z nich – chroniły kolczugi, a ciężki wojownik zakuty był w coś wyglądającego na topornie wykonany żelazny pancerz.

Drugi łucznik, Casper z działu badań i rozwoju, miał na sobie taki sam płaszcz jak Jake, a jego uzbrojenie również stanowił drewniany łuk. Gość był jednym z garstki kolegów z biura, z którymi Jake znajdował wspólny język. Często ze sobą współpracowali ze względu na to, czym się zajmowali – co naturalnie ułatwiło im złapanie kontaktu. Obaj byli introwertykami i dzielili kilka zainteresowań. Jake nie był pewien, czy nazwałby Caspera swoim przyjacielem, ale na pewno bliskim znajomym. A że jeden i drugi byli równie nieporadni w sprawach sercowych, to przynajmniej w tej kwestii bez wątpienia byli dla siebie bratnimi duszami.

Joanna panikowała najbardziej, bo jej męża Mike’a nie było wśród nich. Ona sama zdecydowała się zostać magiem – może dlatego, że klasa ta wyglądała na najmniej wymagającą fizycznie. Choć, jakby się nad tym głębiej zastanowić, kobieta swego czasu wspominała, że zarówno ona, jak i jej dzieci uwielbiały książkę o pewnym chłopcu – czarodzieju z blizną na czole…

Z zasłyszanych rozmów Jake dowiedział się też, że we wprowadzeniu mógł poprosić o inną broń. Może dałoby się wybębnić nowoczesny łuk bloczkowy… choć to chyba było marzenie ściętej głowy, biorąc pod uwagę otaczający ich średniowieczny klimacik.

Jeśli chodzi o przedstawicieli pozostałych klas, to w skład drużyny weszło jeszcze dwóch magów, odzianych w brązowe szaty nieco podobne do tych, które on miał na sobie. Zdawały się jednak o wiele wygodniejsze, a materiał, z którego je uszyto, przypominał jedwab. Wszyscy czarodzieje dzierżyli długie drewniane pręty, Jake uznał, że muszą to być różdżki. No i na koniec została jeszcze jedyna uzdrowicielka drużyny – Caroline – okryta jedwabistą szatą barwy śniegu, z drobną białą różdżką w dłoni.

Naturalnie wypłynął też temat umiejętności. Tak jak Jake się spodziewał, wszyscy dostali Identyfikację i umiejętność tłumaczenia zawartą w tytule przyznawanym po rozpoczęciu tego tak zwanego samouczka. Ale umiejętności przypisane poszczególnym klasom to była już zupełnie inna historia…

Lekcy wojownicy otrzymali: umiejętność walki za pomocą dwóch broni naraz, która daje im bonus przy jednoczesnym używaniu dwóch broni, zdolność korzystania z broni miotanej oraz umiejętność rangi zwykłej – odpowiednik Oka Łucznika – nazywaną Szybkim Krokiem i teoretycznie pozwalającą przebywać niewielkie odległości z nadnaturalną prędkością. W praktyce jednak rzecz sprowadzała się tylko do stawiania kroków nieco szybciej niż normalnie, co było mocno rozczarowujące.

Średni wojownik dysponował piątką umiejętności, tyle że wszystkie były podrzędnej rangi. Jedna dotyczyła broni jednoręcznej, druga dwuręcznej, inne pozwalały walczyć za pomocą miecza i tarczy, posługiwać się bronią miotaną, a Zbalansowane Podejście dawało mały bonus do wszystkich statystyk podczas używania dowolnej broni. Bonus był tak nieznaczny, że żaden z dwóch średnich wojowników nie potrafił nawet określić, czym się przejawia.

Ciężki wojownik też miał zdolność do walki mieczem i tarczą, umiejętność użycia broni dwuręcznej oraz moc o nazwie Zahartowanie, która pozwalała tymczasowo zwiększyć wpływ Twardości. Tu też obeszło się bez fajerwerków – uaktywniona nie dawała nawet żadnego efektu wizualnego. A gdy ją testowali, Bertram stwierdził, że dźgnięcie, zadane mu na próbę przez Jacoba, i tak zabolało, więc również skuteczność owej umiejętności pozostawała dyskusyjna.

Możliwości łucznika Jake oczywiście już znał.

Magom też przypadły trzy umiejętności: biegłość w korzystaniu z artefaktów, pozwalająca używać różdżek i innych magicznych przedmiotów, ofensywny Pocisk Many oraz defensywna Bariera Many. Bariera też okazała się picem na wodę – była tak słaba, że zwykłe machnięcie mieczem obracało ją w drzazgi – ale Pocisk Many sprawiał wrażenie całkiem potężnej broni. Trzema umiejętnościami obdarzona została także klasa uzdrowiciela: Leczeniem, które – no kto by pomyślał! – pozwalało leczyć, mocą Regeneracji, czyli pasywną aurą przyspieszającą odnawianie się zdrowia u sojuszników, oraz tą samą biegłością w artefaktach co magowie. Spośród tego wachlarza umiejętności Jake był najbardziej zainteresowany aurą – i tym, jak właściwie odróżnia ona sojuszników od wrogów.

Oprócz tego ustalili coś jeszcze – umiejętność Identyfikacji nie działała na ludziach. Próby jej wykorzystywania na nich nie aktywowały nawet podstawowego komunikatu. Nic – cisza. Wyglądało na to, że albo rzadkość tej umiejętności była za niska, albo z jakiegoś powodu taki sposób jej użycia został z góry zablokowany.

Jake spojrzał w stronę Caroline i postanowił zapytać o aurę, ale nie dane mu było nawet otworzyć ust.

– Ludzie, spójrzcie na pozostałe platformy – powiedział ciężki wojownik, Bertram, przyciągając uwagę drużyny. – Tam chyba są inni ludzie.

Gdy Jake zerknął na najbliższą platformę, jego wzmocniony wzrok okazał się przydatny – umożliwił mu dostrzeżenie szczegółów. Na szczycie sąsiedniej kolumny też stało dziesięć osób, a kiedy rozejrzał się dookoła, dotarło do niego, że zaludnionych platform było więcej. Na kilku wciąż dochodziło do kolejnych rozbłysków, ale po minucie czy dwóch zapanował spokój i wtedy dopiero samouczek wystartował na poważnie.

Rozpoczęcie Samouczka

[Panel Samouczka]

Czas trwania: 63 dni i 21:47:11

Typ Samouczka: Przetrwanie

Kryterium ukończenia: Przetrwaj do końca trwania Samouczka.

Zasady Samouczka: Zbieraj Punkty Samouczka (PS).

Informacje o Samouczku: Wielki Las poniżej pełen jest niebezpieczeństw i okazji dla nowo zainicjowanych. Przemierzają go bestie polujące na zdobycz. Zabijaj je, by zdobywać PS i rosnąć w siłę. Być może nadarzy się nawet szansa na łowy na Władców Bestii…

Zasady Punktów Samouczka: Zyskujesz PS za zabijanie bestii, dzielone pomiędzy uczestników. Za zabicie innego zainicjowanego połowa jego PS zostanie podzielona pomiędzy uczestników.

Nagrody końcowe zależą od PS i liczby ocalałych.

Łączna liczba ocalałych: 1200/1200

Zebrane PS: 0

Kiedy Jake czytał te informacje, poczuł, jak filar pod nim zaczął lekko wibrować, a potem powoli opadać. Szybko się otrząsnął i sprawdził, czy cały jego ekwipunek jest na swoim miejscu. Przy okazji zaczął się zastanawiać, jak to możliwe, że pozostawał tak niewzruszony mimo całej tej sytuacji. Zauważył jednak, że reszta też zachowywała się podejrzanie spokojnie, choć u każdego wyglądało to trochę inaczej. Być może zjawisko to łączyło się z Siłą Woli, ale bardziej prawdopodobne wydawało się to, że jego fundament stanowiła konkretna osoba.

Przez całą ich naradę Jacob kierował jej przebiegiem. Pilnował, by mówiła tylko jedna osoba naraz, dzięki czemu byli w stanie wyciągać użyteczne informacje z kolejnych relacji, a każdy miał szansę się wypowiedzieć. Niepisana zasada uczyniła go liderem grupy. Jake, oczywiście, nie odczuwał najmniejszej pokusy podważania tego stanu rzeczy.

Gdy platforma opadała, na spokojnie omawiali plan działania, a Jacob znów przejął stery. Uzgodnili, że skupią się na pierwszym aspekcie zadania: mieli po prostu przetrwać. Wszyscy posiadali broń i mikstury; wojownicy i łucznicy po trzy mikstury zdrowia oraz wytrzymałości, a magowie i Caroline po trzy mikstury zdrowia i many. Poza tym cały ich ekwipunek składał się ze strojów, które mieli na sobie.

Reszta dyskusji dotyczyła głównie dziwacznych szczegółów samouczka, jak choćby pozornie losowy czas jego trwania. Uzgodnili, że polowanie na bestie to konieczność. Nikogo nie zachwycała ta perspektywa, ale musieli przecież coś jeść. Z zasad samouczka wynikało, że bez przemocy się nie objedzie. Postanowili jednak nie prowokować innych uczestników gry, chyba że zostaliby przyparci do muru.

Jake’owi nie widziała się część tych ustaleń, ale nie ciągnęło go do zabawy w adwokata diabła czy inicjatora niepotrzebnych kłótni. Od dawna wiedział, że nieco odstaje od reszty. Nie rozumiał ich niechęci do polowania. Już sama myśl o łowach go kręciła.

– Po pierwsze, musimy znaleźć wodę, jedzenie i schronienie – wyliczył Jacob. – Roślinność nie wygląda tu jak ziemska, więc nie możemy ufać naszej obecnej wiedzy o tym, co jest jadalne, a co trujące. Trzeba sprawdzić, czy umiejętność Identyfikacji pomaga odróżniać rośliny jadalne od trujących. System wspominał też o bestiach, więc polowanie pewnie będzie opcją, jeśli nie koniecznością, aby zapewnić sobie źródło pożywienia. Ale musimy również uważać na innych ocalałych. Nie bądźmy agresywni, ale też nie dajmy sobą pomiatać. Możliwe, że będziemy musieli polować na te leśne potwory, jak zapowiadał System, żeby się wzmocnić i przetrwać. Wierzę, że jeśli tylko będziemy trzymać się razem i damy z siebie wszystko, to w komplecie wrócimy bezpiecznie do domu.

Spokojnie obyliby się bez tej krótkiej mowy motywacyjnej – w końcu już wcześniej omówili wszystkie te kwestie – ale najwyraźniej przemówienie pomogło drużynie się zgrać. Jake po raz kolejny przypomniał sobie, dlaczego Jacob został najmłodszym szefem działu w historii firmy. Wdrapał się na to stanowisko wyłącznie dzięki swoim kompetencjom i charyzmie… no i odrobinie nepotyzmu, ale w końcu tak właśnie urządzony jest świat. Albo raczej – był, bo otaczająca ich teraz rzeczywistość miała zgoła odmienne kształty.

Jedyną rzeczą, która zirytowała Jake’a, był widok Caroline wpatrującej się w Jacoba błyszczącymi oczami. Tyle że to nie była ani chwila, ani miejsce na zajmowanie się takimi sprawami.

Filar zbliżał się coraz bardziej do ziemi. Gdy w końcu znaleźli się poniżej koron drzew, Jake dostrzegł wśród gałęzi kilka ptakopodobnych stworzeń. Nie potrafił jednak rozróżnić szczegółów.

„Dwa miesiące… Musiał przetrwać dwa miesiące w tym lesie”.

Kiedy do gruntu zostało już tylko kilka metrów, Jake przygotowywał się mentalnie na to, co miało nadejść. Kolumna w końcu dotknęła powierzchni, a oni znaleźli się na polanie. Co dziwne, filar jakby zapadł się pod ziemię – nie było po nim nawet śladu – a pod ich stopami pojawiła się trawa.

Jake nabrał głęboki haust świeżego powietrza i zacisnął pięść na łuku. Poczuł lekkie zdenerwowanie. Ale gdzieś głęboko w nim zaczęło narastać inne, bardzo dziwne uczucie – ekscytacja. Nudna codzienność zniknęła, a on nie miał zamiaru pozwolić, aby ten cholerny las stał się jego grobem.

Rozdział 4Pierwsze starcie

Grupa zawczasu rozważyła, czym zająć się zaraz po dotarciu na ziemię; priorytetem było znalezienie bezpiecznego miejsca na obóz. Odkąd tutaj przybyli, sztuczne słońce zdążyło już pokonać pewien dystans po nieboskłonie. Świadczyło to o występowaniu cyklu dnia i nocy. Bertram wysnuł logiczny wniosek, że po zmroku będzie tu o wiele bardziej niebezpiecznie. Skoro puszczę zamieszkiwały bestie, część z nich musiała polować nocą. Nie dało się też zignorować zagrożenia czyhającego ze strony innych ludzi, którzy mogliby działać pod osłoną nocy.

Opuścili miejsce, w którym ziemia pochłonęła filar, i zagłębili się w las. W tej o wiele ciaśniejszej przestrzeni wśród członków drużyny zaczęło narastać nerwowe napięcie. Przede wszystkim musieli zlokalizować źródło wody i rozbić obóz w jego sąsiedztwie. Gęste korony drzew zasłaniały im wcześniej widok z góry, więc teraz przedzierali się przez głuszę po omacku.

Kiedy tak wędrowali, rozglądając się dookoła, Jake czuł dziwny spokój. Choć miał świadomość, że wśród drzew kryją się różne stworzenia, intuicja podpowiadała mu, że nic ich nie zaatakuje. Oczywiście wytężał słuch w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń – a wcale nie było to łatwe, bo las nie należał do cichych. Ptaki śpiewały swoje trele, z oddali raz za razem dobiegały porykiwania bestii, a szelest liści z poruszanych podmuchami wiatru gałęzi wydawał mu się głośniejszy niż kiedykolwiek dotąd. Pewnie miało to związek z jego podwyższoną Percepcją.

Gdy ciężki wojownik ich drużyny, maszerujący w awangardzie Bertram, wspiął się na niewielkie wzniesienie, stanął nagle jak słup soli. Jacob szybko do niego dołączył. Jake szedł na samym końcu, ale i tak słyszał ich rozmowę.

– Co to za stwory? – zapytał Bertram, spoglądając na kolejną polanę rozciągającą się u stóp zbocza.

Jake podszedł do nich. Zerknął w dół na grupę czegoś, co uznał za owe osławione bestie.

– Wyglądają mi na przerośnięte borsuki – stwierdził Jacob i odwrócił się ku reszcie drużyny. – Chociaż sądząc po tym jeleniopodobnym czymś, co wcinają, chyba postawiły na urozmaiconą dietę. Uzgodniliśmy, że będziemy polować. Te zwierzaki nie wydają się szczególnie groźne, więc powinniśmy dać im radę. Jakieś pomysły?

Jake przyjrzał się wielkim borsukom. Cztery bydlaki, każdy wielkości owczarka niemieckiego. Patrząc, jak pożerały to coś, rozrywając mięso na strzępy, bez wątpienia posiadały ostre kły i pazury. Jednak jeśli chodzi o spostrzegawczość… nie była ona zbyt imponująca. Żaden z nich jeszcze nie zauważył Jake’a ani reszty drużyny, mimo że dzieliło ich zaledwie trzydzieści metrów.

Właściwie te stwory nie wyglądały na zbytnio niebezpieczne. Jake zakładał, że uporanie się z nimi pójdzie jak z płatka.

Przerywając tok jego myśli, drugi łucznik, Casper, rzucił:

– Jestem za polowaniem. Te odległe ryki świadczą, że po okolicy kręcą się o wiele gorsze stwory, a te przyjemniaczki mogą nam posłużyć za dzisiejszy obiad. Wyglądają na bestie niskopoziomowe.

Jacob skinął głową. Słysząc słowo „poziom”, Jake wymierzył sobie w wyobraźni kolejny tego dnia policzek, zachodząc w głowę, czemu jeszcze nie wpadł na to, by skorzystać z Identyfikacji.

„Do tego w końcu służy ta pieprzona umiejętność”, pomyślał.

Skupił się na bestiach, jedna po drugiej, odcinając się od gwaru toczonej obok rozmowy, i dostał to, na co liczył – mniej więcej.

[??? – poziom 3]

[??? – poziom 4]

[??? – poziom 3]

[??? – poziom 3]

– … Ja tylko mówię, że to są bardziej fretki niż borsuki!

– Nie twierdzę, że nie przypominają fretek, tylko że mylisz fretki z łasicami!

Jake wrócił do rzeczywistości, słysząc Dennisa – lekkiego wojownika ich małej drużyny – i należącą do magów Linę, wykłócających się o jakąś pierdołę. Nic dziwnego. Byli kuzynami i wiecznie odgrywali niekończący się kabaret bezsensownych dyskusji. Niektóre z nich ciągnęły się całymi dniami, jeśli nie tygodniami. Kończyły się one zwykle zgodą adwersarzy co do tego, iż „się ze sobą nie zgadzają”.

Jake musiał przyznać, że nie dostrzegał w stworach podobieństwa do żadnego z wymienionych zwierząt… ale z drugiej strony i tak nie wiedział, na czym właściwie polegała różnica. Jedno było dla niego oczywiste: jeśli strzała trafi prosto w serce albo w łeb, zabije na amen zarówno fretkę, jak i łasicę.

Drugi średni wojownik, Theodore, najwyraźniej doszedł do tych samych wniosków, bo wtrącił się, przerywając idiotyczną sprzeczkę kuzynostwa.

– Ludziska, właśnie spróbowałem użyć Identyfikacji na jednym z tych potworków i miał poziom 3. Nazwy nie dostrzegłem.

– O, co za super inicjatywa! Czemu ja na to nie wpadłem! – Jacob ucieszył się i klepnął Theodore’a po plecach. Potem zwrócił się do Jake’a: – Ej, Jake, jakieś pomysły, co dalej robimy?

– Nie, ale też poddałem je Identyfikacji. Trzy mają poziom 3, a jeden 4.

Jake nigdy nie radził sobie w dużych grupach, a zwłaszcza teraz, gdy cała dziewiątka towarzyszy się w niego wpatrywała. Naprawdę miał nadzieję, że wreszcie skończą z tą gadaniną i zaczną walczyć. Dziesięcioro przeciwko czwórce. Z zaskoczenia. Wszystkie elementy przewagi były po ich stronie, więc to prężenie muskułów wydawało się bez sensu.

– Dobra, czyli walczymy. Teraz podejście taktyczne…

Kilka minut upłynęło jeszcze na rozpisywaniu planu starcia i ustalaniu, jak dokładnie zaatakować bestie. Po wcześniejszej dyskusji wycofali się za wzniesienie, żeby stwory ich nie zauważyły. Zerkali co jakiś czas ponad pagórkiem, ale te borsuko-łasico-fretkowate przyjemniaczki nie wyglądały na takie, co spieszą się z jedzeniem.

Plan był prosty: mieli rozpocząć atakami dystansowymi, próbując zranić albo zabić jedną lub dwie bestie. Bertramowi przypadła szarża naprzód z tarczą w dłoni i ściągnięcie na siebie uwagi przeciwnika, podczas gdy Jacob i Theodore mieli oskrzydlać go, ubezpieczając flanki. Taktyka zakładała, że stwory są głupawe i zareagują na ten atak agresją.

Ustalanie takiej masy szczegółów, gdy za wroga mieli przerośnięte borsuki, mogło zdawać się lekką przesadą, ale woleli nie ryzykować. Co Jake rozumiał, choć nie podzielał tych obaw. Walka bez ryzyka byłaby przecież nieco… nudna, co nie?

Jedyny problem z planem polegał na tym, że pociski miotane przez magów miały rzekomo tylko jakieś dziesięć metrów zasięgu – po tym dystansie po prostu „gasły”, według tego, co Ahmed – ostatni z magów w ich drużynie – usłyszał podczas wprowadzenia. Szybko zrezygnowali też z usług Dennisa, który rzucał sztyletami, ponieważ nie wierzyli, by był w stanie trafić w cel z odległości trzydziestu metrów ani nawet z dziesięciu, zakładając, że w ogóle dorzuciłby ostrzami tak daleko.

Zostali tylko Jake i Casper. Tyle że ten drugi wraz z ekwipunkiem klasy Łucznika pierwszy raz w życiu dostał łuk do rąk…

– To co, Jake, jesteś pewny, że stąd trafisz? – zapytał Jacob, najwyraźniej samemu nie wierząc w powodzenie planu, którego sklecenie zajęło im ostatnie dziesięć minut.

Jake zgadzał się, że całe to planowanie było stratą czasu. Gdyby to zależało od niego, bestie już dawno leżałyby trupem.

– Oczywiście – odpowiedział, czując się odrobinę mniej niezręcznie niż wcześniej, mimo że wszyscy się na niego gapili. Jego dobrze maskowana frustracja wobec pasywności drużyny coraz skuteczniej zagłuszała lęk społeczny Jake’a.

Wyciągnął strzałę z kołczanu na plecach i obejrzał ją. Miała drewniany drzewiec, stalowy grot, a lotki z jakiegoś pióra, którego nie rozpoznawał. Ciężar był dobry, wyważenie też, grot ostry. Strzała wyglądała na porządnie wykonaną.

– Dobra, ruszamy, kiedy będziesz gotów – powiedział Jacob, szykując się wraz z resztą.

Miny członków drużyny zdradzały, że nie bardzo wierzą w powodzenie misji. Nie byli wszak żołnierzami. Jedynie Bertram sprawiał wrażenie kogoś, kto przeszedł jakieś przeszkolenie wojskowe.

Jake wspiął się na grzbiet wzniesienia, a reszta podążyła jego śladem. Obrzucił potworki spojrzeniem i nałożył strzałę. Uniósł łuk, wytężając zmysły.

Jego wzrok natychmiast uległ wyostrzeniu – instynktownie wiedział, że Oko Łucznika się aktywowało. Czas jakby nieco zwolnił, gdy Jake naciągnął cięciwę. Po raz pierwszy tego dnia to, co się działo, było… właściwe. Poranna rutyna, praca, wprowadzenie i cała reszta – wszystko to po prostu… nie czuł się z tym dobrze. Ale w tej jednej chwili, gdy trzymał łuk, wszystko wydawało się wreszcie na swoim miejscu.

Uśmiechnął się, wycelował i wypuścił strzałę.

Zanim w ogóle zobaczył rezultat, już wyciągał kolejną, przygotowując się do następnego strzału w jednym płynnym ruchu. Pierwszy pocisk wymierzył w szyję najsilniejszej bestii, tej z poziomem 4. Przez moment rozważał serce albo głowę, ale nie znał się na fizjologii tych stworzeń. Serce mogło bić gdzie indziej, niż zakładał, a grubości czaszki nie sposób było ocenić.

Strzała poleciała po prostej, z większą prędkością, mocą i celnością niż którakolwiek z wystrzelonych w ciągu całego życia.

Pocisk przeszył gardło stwora, gdy ten podniósł łeb znad padliny. Zwalił się do tyłu, a zanim do pozostałych borsuków dotarło, co się wyrabia, nadleciała druga strzała, uderzając stojącego najbardziej na lewo osobnika w klatkę piersiową i wbijając się w nią głęboko.

Pozostałe dwa stwory spojrzały na wzniesienie i z kopyta zaszarżowały na Jake’a, nie dbając o własne życie. Nie zdążyły przebiec nawet pięciu metrów, a już doleciała do nich kolejna salwa. Tym razem były przygotowane i uniknęły śmiercionośnego trafienia. Jedynie ten z prawej został lekko draśnięty, gdy uskakiwał na bok.

Jake zdążył wystrzelić jeszcze dwukrotnie, nim stwory dopadły do drużyny – obie strzały zadały drobne obrażenia jednemu osobnikowi.

Zanim bestie zdążyły chwycić łucznika kłami, ogromna sylwetka uzbrojona w wielką tarczę i krótki miecz stanęła im na drodze, a zaraz za nią wyrośli Theodore z Jacobem, po jednym z każdej strony. Jake obszedł ich bokiem, wciąż chowając się za trójką wojowników i poszukując odpowiedniego kąta do oddania kolejnego strzału.

Pierwszy borsuk, który do nich dotarł, nie odniósł żadnych obrażeń. Rzucił się na tarczę Bertrama i – jak można było przewidzieć – odbiwszy się od niej, przekoziołkował w tył. Tuż za nim gnał ten ranny, trochę ostrożniejszy. Jacob próbował trzymać go na dystans, celując w niego mieczem, którym wywijał groźne młyńce.

Gdy Jake spokojnie ustawiał się do strzału, bestia, która walnęła w tarczę, została dźgnięta przez Theodore’a – jakimś cudem trafił ją w tylne nogi. Kiedy stwór został unieruchomiony, obaj zbrojni raz dwa go zasiekli.

Jacob wciąż usiłował trzymać na dystans rannego borsuka, wymachując mieczem w tę i we w tę, a bestia skakała wokół, próbując go dopaść, unikając jednocześnie ostrza. Wojownik miał już kilka zadrapań na rękach, ale zwierzak też wyglądał na takiego, co parę razy oberwał.

Jake uniósł łuk i w chwili gdy bydlak ponownie uniknął cięcia, wypuścił strzałę, trafiając drania w bok. Zanim stwór zdążył dojść do siebie, miecz Jacoba opadł, rozcinając mu łeb i kończąc jego żywot.

Bertram i Theodore mniej więcej w tym samym czasie dobili swojego borsuka.

Jake spojrzał na dwa pierwsze ustrzelone przez siebie okazy – oba też były martwe. Ten trafiony w gardło padł od razu, a drugi zdołał przebiec jeszcze kilka metrów w ich kierunku, zanim pokonał go krwotok z ran. Sądząc po ilości posoki, Jake trafił w jakiś ważny organ – być może nawet w samo serce.

– O kurwa, udało się! – wrzasnął Theodore, wymachując skąpanym we krwi ostrzem.

Caroline podbiegła do Jacoba. Wymamrotała jakieś słowa, a wokół jej dłoni pojawiło się białe światło; skaleczenia i siniaki na rękach mężczyzny zaczęły się powoli goić. Jacob podziękował jej i spojrzał na Jake’a z dziwnym błyskiem w oczach.

Jake nie miał jednak ochoty na żadne pogaduszki. Gdy adrenalina zaczęła opadać, spojrzał na komunikaty Systemu, które przegapił w trakcie walki.

Zabiłeś [Borsuczy Miot – poziom 4] – Przyznano bonusowe doświadczenie za zabicie wroga powyżej twojego poziomu. Zdobyto 8 PS.

DING! Klasa: [Łucznik] osiągnęła poziom 1 – Przydzielono PS, +1 Wolny Punkt.

Zabiłeś [Borsuczy Miot – poziom 3] – Przyznano bonusowe doświadczenie za zabicie wroga powyżej twojego poziomu. Zdobyto 4 PS.

Zabiłeś [Borsuczy Miot – poziom 3] – Przyznano bonusowe doświadczenie za zabicie wroga powyżej twojego poziomu. Zdobyto 2 PS.

DING! Klasa: [Łucznik] osiągnęła poziom 2 – Przydzielono PS, +1 Wolny Punkt.

DING! Rasa: [Człowiek (G)] osiągnęła poziom 1 – Przydzielono PS, +1 Wolny Punkt.

Zabiłeś [Borsuczy Miot – poziom 3] – Przyznano bonusowe doświadczenie za zabicie wroga powyżej twojego poziomu. Zdobyto 2 PS.

„No proszę. Było tego trochę więcej, niż się spodziewałem”, pomyślał Jake.

Czuł się dobrze. Jakby znalazł dla siebie właściwe miejsce. Ciepły blask z podbitych statystyk na pewno pomagał, ale było w tym coś więcej. Wygrał. To była łatwa potyczka, ale i tak dała mu cholerną satysfakcję. To uczucie, które mu towarzyszyło, gdy trafiał każdego borsuka, wciąż buzowało w jego głowie – wraz z satysfakcją, jaką przynosiła mu każda kolejna śmierć zadana własnoręcznie.

Chciał polować dalej.

Rozdział 5Ogromny odyniec

Jake, wciąż pławiąc się w rozkosznym uczuciu towarzyszącym osiągnięciu wyższego levelu i euforii po walce, otworzył okno statusu. Pełne podziwu spojrzenia towarzyszy miał gdzieś; owszem, cieszył się ze zwycięstwa, ale nie uważał go za jakąś niesłychaną wiktorię. Za przeciwników mieli przecież przerośnięte gryzonie… Borsuki to chyba gryzonie, prawda? A może i nie. Kogo to obchodzi?

Status

Imię: Jake Thayne

Rasa: [Człowiek (G) – poziom 1]

Klasa: [Łucznik – poziom 2]

Profesja: brak

Punkty Zdrowia (PZ): 130/130

Punkty Many (PM): 120/120

Wytrzymałość: 111/130

Statystyki

Siła: 13

Zręczność: 14

Kondycja: 13

Witalność: 13

Twardość: 11

Mądrość: 12

Inteligencja: 12

Percepcja: 18

Siła Woli: 10

Wolne Punkty: 3

Tytuły

[Pionier Nowego Świata]

O ile pamiętał, nie otwierał tego okna od czasu wprowadzenia. Nawet po to, żeby sprawdzić klasę czy tytuł. Tymczasem jego statystyki znacznie wzrosły. Sama Zręczność prawie się podwoiła dzięki zsumowaniu tytułu oraz poziomów razem wziętych – z 8 do 14. A Percepcja, normalnie zwiększająca się o 2 punkty na każdy poziom Łucznika, wzrosła o całe 8 punktów.

I czuł to. Dźwięki słyszał wyraźniej, a wzrok miał ostrzejszy niż kiedykolwiek – poza tymi momentami, gdy używał Oka Łucznika. Może działo się tak tylko w jego wyobraźni, ale odnosił wrażenie, że kiedy tak stał i łapał oddech, jego Percepcja wciąż rosła. Albo nowe punkty statystyk ładowały się stopniowo, albo po prostu potrzeba było czasu, żeby się przyzwyczaić.

„Muszę to przetestować”, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.

Statystyki działały naprawdę dziwacznie. W trakcie walki poruszał się szybciej i był silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej – co najmniej niczym profesjonalny sportowiec w szczytowej formie. A jednak wszystko to działo się tak naturalnie, że nawet przez sekundę nie czuł zaskoczenia. To było niemal przerażające, z jaką łatwością dostosowywał się do ogromnych zmian zachodzących w jego ciele.

Zrzucając to na „magię Systemu”, zamknął okno statusu i dopiero wtedy zauważył, że wszyscy wlepiają oczy albo w niego samego, albo w truchła borsuków.

– Dzięki, Caroline – powiedział Jacob, delikatnie odsuwając od siebie oblaną rumieńcem kobietę. Potem zwrócił się do reszty drużyny z krótką mową pochwalną: – Dobra robota, ludzie. A zwłaszcza ty, Jake.

Jacob wyglądał już normalnie – ten sam spokojny uśmiech na twarzy i błysk w oczach co zawsze. Bitewne napięcie zdążyło już ze wszystkich opaść.

Swoją drogą, Jake kompletnie zrujnował całą misterną taktykę, kładąc trupem połowę bestii, zanim walka w ogóle się rozpoczęła; jedyną częścią planu, która nadal pozostawała aktualna, było wykorzystanie ciał martwych przeciwników. Potrzebowali jedzenia, więc… mieli teraz borsucze mięso. Hura?

Transport borsuków okazał się udręką, bo nikt nie chciał brać do rąk martwych, zakrwawionych zwierząt. Zwłaszcza tego, którego zabili Bertram z Theodorem – truchło stwora zostało przez nich kompletnie rozbebeszone i ziało w nim pełno dziur. W końcu zabrali tylko dwa zwierzaki, ustrzelone przez Jake’a w pierwszych chwilach starcia, bo były najbardziej „kompletne”.

Rolę tragarzy wzięli na siebie Ahmed, zawstydzony tym, że nie wniósł wkładu w walkę, oraz Dennis, bo ten po prostu wyglądał, jakby palił się do pomocy. Nikt nawet nie zaproponował Jake’owi, żeby coś niósł. Co wcale go nie zmartwiło.

Gdy ruszyli dalej, wciąż wypatrując wody, sprawdził zawartość kołczanu. Zostały już tylko pięćdziesiąt cztery strzały – w trakcie walki zużył sześć. Skupił się na kołczanie i znów użył Identyfikacji.

[Zaklęty Kołczan (Pospolite)] – Kołczan obdarzony zdolnością tworzenia strzał pospolitej rzadkości po wstrzyknięciu many.

„Teraz tylko muszę ogarnąć, jak wstrzyknąć w to coś manę”, mruknął do siebie… Cztery sekundy później odkrył, że rzecz jest dużo łatwiejsza, niż się spodziewał. Wystarczyło trzymać przedmiot w dłoniach i naprawdę mocno myśleć o tym, żeby to zrobić. Cały proces przebiegał niemal instynktownie.

Gdy mana powoli z niego odpływała, miał dziwne, acz nie do końca nieprzyjemne uczucie. Zobaczył, jak strzały powoli pojawiały się wewnątrz kołczanu, jakby wyrastając z jego boków. Nie minęło więcej niż pół minuty, a znów miał ich sześćdziesiąt. Próba wpompowania większej ilości many nie przyniosła jednak żadnego rezultatu. Zbadał poziom swej many: spadła do 102/120.

„Czyli jedna strzała kosztowała 3 punkty many. Jasne. Cholera, swego czasu by się to przydało”, pomyślał i wpatrując się z zachwytem w magiczny kołczan, dodał: „Albo i nie, bo wtedy nie miałem many…”.

Rozważał pozbieranie strzał, ale znalazł kilka powodów, by sobie darować. Po pierwsze, musiałby je jakoś wyczyścić przed ponownym użyciem. Po drugie, ich siła przebicia byłaby mniejsza, skoro już raz zostały wykorzystane – choćby minimalnie. Po trzecie… właściwie po co, skoro kolejne mógł po prostu wyczarować. A gdyby zaczęło mu brakować many, to mógł poprosić któregoś z wojowników, by ten „podładował” mu kołczan, skoro oni i tak nie potrzebowali magicznej energii.

Za koronny argument całego tego rozumowania posłużyła świadomość, jak czasochłonne jest zbieranie strzał, podczas gdy wyczarowanie nowych zajmuje sekundy.

W trakcie marszu Jake szybko wysforował się na czoło grupy, idąc obok Bertrama. Ten wyglądał, jakby dręczyła go jakaś myśl, aż w końcu obrócił ją w słowa.

– Jake… ty służyłeś kiedyś w wojsku czy coś? Albo polowałeś od czasu do czasu?

Jake’a zdziwiło to pytanie.

– Ani jedno, ani drugie. Ale jak byłem młodszy, dużo strzelałem z łuku i nadal to robię, kiedy odwiedzam rodziców. A czemu pytasz?

Czuł się zdezorientowany. Jeśli miałby ocenić sam siebie, to w trakcie starcia poszło mu całkiem nieźle, no ale bez przesady.

– Po prostu… dobrze sobie poradziłeś, nic więcej – uciął Bertram, nie drążąc dalej tematu, choć nie wyglądał na usatysfakcjonowanego otrzymaną odpowiedzią.

Jake skinął głową i znów spojrzał przed siebie, skanując zarośla. Jedno zauważył od razu: kompletny brak owadów, larw czy właściwie jakichkolwiek mniejszych zwierząt. Były ptaki na drzewach, ale nawet te najmniejsze miały rozmiar gołębi.

Brak owadów był akurat pozytywną rzeczą. Normalne zwierzęta wyglądały, jakby uległy mutacji – albo stały się czymś zupełnie innym. Wyobrażając sobie zmutowane komary, kleszcze czy pająki, przed oczami Jake’a pojawiła się scena, w której cała drużyna ginie, nawet nie wiedząc, co ich zabija.

Puszcza była niesamowicie gęsta, pełna pagórków, powalonych drzew oraz rozrośniętych krzaków, przez co rozpoznanie tego, co znajdowało się dziesięć metrów przed nimi, stanowiło nie lada wyzwanie. Ze względu na trudny teren szli zatem dość wolno, ledwo utrzymując spacerowe tempo.

Po kolejnych kilku minutach marszu Jake dostrzegł coś po lewej stronie. Natychmiast szturchnął Bertrama w bok; ciężkozbrojny podążył za nim wzrokiem i również zauważył, że w krzakach coś się rusza. Uniósł rękę, dając reszcie drużyny znak, aby się zatrzymać.

Jake zrzucił łuk z ramienia, wyciągnął strzałę z kołczanu i nałożył ją na cięciwę. Był gotów na spotkanie z czymkolwiek, co siedziało w gąszczu.

Po chwili krzak przestał się ruszać i znów zapadła cisza. Sekundy mijały, a napięcie powoli z nich opadało. Ze wszystkich oprócz Jake’a. Intuicja mówiła mu, że coś tam nadal się czai.

Skupił się i użył Oka Łucznika, obserwując krzak bardzo uważnie. Dostrzegł pomiędzy liśćmi błysk światła i bez wahania wypuścił strzałę.

Do ich uszu dobiegł przeszywający pisk, a z gąszczu wytoczył się mały dzik, sięgający do kolan. Przeszedł chwiejnie kilka kroków, po czym padł martwy na ziemię, ze strzałą wystającą z lewego oka.

Zabiłeś [Dzikobestia – poziom 1] – Zdobyto doświadczenie. Zdobyto 1 PS.

Znów zapadła cisza. Wszyscy gapili się na prosiaka. Jacob otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale przerwał mu straszliwy hałas. Ogłuszający kwik rozdarł powietrze, a zaraz potem rozległ się tętent tak silny, że aż wprawił grunt w lekkie wibracje.

– W NOGI!

Jake nie miał pojęcia, kto tak wrzeszczał, ale nie miał najmniejszych wątpliwości co do zasadności komendy. Pędem wpadł za pień jednego z większych drzew. Bez chwili wahania wyciągnął nóż i kolejną strzałę z kołczanu, po czym wbił je w pień – weszły jak w masło. Rozpoczął wspinaczkę, przy okazji dostrzegając, że pozostali członkowie drużyny również się rozbiegli, szukając schronienia za drzewami.

Tylko Bertram pozostał na otwartej przestrzeni, osłaniając tyły. Trzymał tarczę, kierując ją w stronę, skąd nadbiegał narastający stukot.

Gdy Jake szybko piął się w górę, krzak, z którego wcześniej wyszedł prosiak, został obrócony w perzynę. Wypadł z niego ogromny odyniec, przerastający nawet Bertrama – a ten był najwyższym członkiem drużyny. Knur kompletnie zignorował ciężkozbrojnego i resztę jego towarzyszy, przypuszczając szarżę wprost na drzewo, po którym wspinał się Jake.

Zarył kłami w pień z mocą, od której drzewo zatrzęsło się jak osika. Siła uderzenia oderwała dłoń Jake’a od strzały, ale utrzymał uchwyt na rękojeści noża, unikając upadku oznaczającego pewną śmierć.

Gdy odzyskał równowagę, wyciągnął kolejną strzałę i wbił ją w korę, podczas gdy reszta drużyny tkwiła niczym słupy soli przy innym drzewie, wgapiając się w wielgachnego wieprza. W końcu Jacobowi wrócił rozsądek i rozkazał magom oraz Casperowi walić w bydlę wszystkim, co mieli na podorędziu.

Bestia, kompletnie ignorując dziewiątkę ludzi szykujących się do walki, dalej trącała łbem o pień, kwicząc donośnie. Z perspektywy tego, co nastąpiło chwilę później, postępowała wyjątkowo nierozsądnie, bo dzięki temu drużyna zyskała czas na atak.

Trzy Pociski Many, a potem samotna strzała, która ugodziła wieprza w bok, w końcu przyciągnęły jego uwagę. Pociski Many eksplodowały po uderzeniu, pozostawiając niewielkie dziury i przypalając skórę, podczas gdy strzała nawet nie zdołała przebić grubego futra.

Ogromny odyniec, mając teraz nowe, dużo łatwiejsze cele, zaszarżował w kierunku drużyny. Nikt – nawet Bertram – nie chciał sprawdzić, jak zakończy się zderzenie czołowe z dzikiem. Wszyscy rzucili się do ucieczki między drzewa, uniemożliwiając tym samym bydlakowi bezpośrednią szarżę i wzięcie kogoś na kły. Nieustannie uskakiwali za pnie, korzystając z tego, że w gąszczu odyniec nie potrafił sprawnie skręcać ani manewrować. Zabawą w kotka i myszkę kupowali Jake’owi czas potrzebny do wdrapania się na gałąź i złapania na niej równowagi.

Po zajęciu nowej pozycji Jake zaczął strzelać. W przeciwieństwie do pocisków Caspera jego strzały przebijały grubą skórę i wbijały się w cielsko bestii. Odyniec znów spróbował zaszarżować na łucznika, ale tylko kolejny raz bezsensownie przywalił w drzewo, krzywdząc raczej siebie samego niż któregoś ze swych nieprzyjaciół.

Kolejny etap starć zdawał się ciągnąć w nieskończoność: Jake strzelał do knura raz za razem, magowie zaś bombardowali wieprza Pociskami Many, kiedy tylko mieli ku temu okazję. Tymczasem wojownicy rozpraszali potwora, robiąc hałas i wywijając rękami oraz mieczami.

Wszystko szło całkiem gładko do momentu, gdy usłyszeli przeraźliwy pisk. Jake zobaczył, że Joanna potknęła się o coś i leżała na ziemi, zaledwie kilka metrów od knura. Wyglądała na kompletnie zamroczoną i nawet nie próbowała wstać.

Odyniec był durnowaty, bez dwóch zdań, ale miał jeszcze na tyle oleju we łbie, by rozpoznać bezbronną ofiarę, więc natychmiast skupił na niej całą uwagę. Bertram bez wahania ruszył z odsieczą, ale znajdował się za daleko i był zbyt powolny, by pokrzyżować bestii plany. Tymczasem zwierzę przypuściło atak na Joannę. Nawet nie próbowało wziąć jej na kły – po prostu po niej przegalopowało.

Gdy masywne racice wieprza wdeptywały Joannę w ziemię, rozległ się głośny trzask, a potem magiczka zaczęła wrzeszczeć z bólu.

Zanim knur zdążył zawrócić i stratować ją ponownie, Bertram w końcu dopadł bydlaka i wbił miecz w jego bok, zagłębiając go w cielsku odyńca na prawie jedną trzecią długości ostrza. Cios sprawił, że wieprz natychmiast przerzucił uwagę na nowego wroga, zapominając o wrzeszczącej ofierze.

Szybkim ruchem łba odyniec uderzył kłami ciężkozbrojnego, posyłając go w powietrze. Mężczyzna z głośnym łoskotem walnął prosto w pień drzewa, jednakże miecz pozostał w boku bestii.

Całe to zamieszanie pozwoliło Dennisowi dotrzeć do Joanny. Mężczyzna zaczął ciągnąć ją za drzewo.

Szyjący raz za razem w wielgachnego wieprza Jake dokładnie widział to wszystko ze swojej gałęzi.

„Nic z tym nie zrobię”, pomyślał, nie przerywając ostrzału. Uznał, że przynajmniej wykorzysta okazję, stworzoną przez nieudolność kobiety.

Tymczasem bestia wskutek sterczących z cielska strzał przypominała już jeżozwierza. Dodatkowo trafiające odyńca co jakiś czas Pociski Many przypalały ją żywcem. Tego wszystkiego było chyba za dużo, bo wieprz zaczął wyraźnie słabnąć. Dyszał głośno, wlepiając czerwone ślepia w Dennisa, upapranego od stóp do głowy krwią Joanny.

Zanim bestia zdążyła ruszyć do kolejnej bezmyślnej szarży, Jake trafił ją w oko. Sięgając po następną strzałę, zauważył, że kołczan jest już pusty, a odyniec znowu naciera na drzewo, schronienie łucznika.

Runo leśne spływało strumieniami posoki, a sam knur wyglądał jak skąpany w czerwonej farbie. Kolejne dwa Pociski Many uderzyły w zad bestii, a Casper strzelał dalej, choć udało mu się zaledwie drasnąć bydlaka.

Wieprz gonił już resztką sił, a wojownicy nareszcie ośmielili się przejść do bezpośredniego starcia. Wszyscy zaczęli dźgać odyńca, z wyjątkiem Bertrama, pokiereszowanego uderzeniem w drzewo. Zachował przytomność, ale wciąż jeszcze z trudem usiłował stanąć na nogi.

Po kilku kolejnych pchnięciach mieczami i sporej utracie krwi odyniec w końcu padł.

Zabiłeś [Odyniec o Żelaznych Kłach – poziom 10] – Przyznano bonusowe doświadczenie za zabicie wroga powyżej twojego poziomu. Doświadczenie podzielone z resztą twojej drużyny. Zdobyto 302 PS.

DING! Klasa: [Łucznik] osiągnęła poziom 3 – Przydzielono PS, +1 Wolny Punkt.

Jake poczuł ciepło towarzyszące awansowi na wyższy poziom, ale uznał, że powiadomienia mogą poczekać. Zeskoczył z drzewa i pobiegł do miejsca, gdzie leżała Joanna. Caroline już przy niej była i używała magii leczenia.

Gdy podszedł bliżej, najpierw poczuł ulgę, że Joanna żyje – dopóki nie zobaczył jej dolnej części ciała. Jedna noga była kompletnie zmasakrowana, a drugą ciężar ogromnego odyńca oderwał od kolana w dół.

– Użyjcie na niej mikstur leczenia! – krzyknął Ahmed, wyciągając jedną i podając Dennisowi, trzymającemu w dłoniach głowę kobiety.

Dennis szybko odetkał butelkę i wlał czerwony płyn do ust Joanny. Efekt był natychmiastowy: zmiażdżona noga zaczęła się błyskawicznie regenerować, zaś Theodore szybko ją złapał i nastawił, ignorując wrzaski byłej recepcjonistki.

Kończyna wróciła do normy, ale kwestia drugiej, tej urwanej, wyglądała o wiele gorzej. Rana co prawda uległa zasklepieniu, jednak ciało nie odrosło.

Bertram podszedł powoli, trzymając w ręku pustą flaszeczkę. Sądząc po tym, że było z nim już lepiej, również musiał łyknąć leczniczej mikstury. Joanna straciła przytomność – pewnie z bólu – a nastrój zrobił się jeszcze bardziej ponury niż wcześniej. Tym razem nie było mowy o żadnym świętowaniu zwycięstwa.

– Musimy iść dalej – powiedział Ahmed z westchnieniem. – Tyle krwi na pewno coś przyciągnie.