Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
293 osoby interesują się tą książką
Czy kłamstwo przestaje być kłamstwem, jeśli wszyscy znają prawdę?
Po wydarzeniach w Moskwie wydaje się, że wszystkie tajemnice ujrzały światło dzienne. To jednak tylko iluzja. Greta Eden ma ostatnią misję do wykonania – ocalić siostrę i dać jej szansę na nowe życie. Będzie jednak potrzebowała odpowiedniego pomocnika.
Aiden Deveraux od lat funkcjonuje w świecie, w którym wszystko można sprowadzić do zer i jedynek. Jest ekspertem od cyberbezpieczeństwa, człowiekiem, który nie ufa przypadkom i nigdy nie działa pod wpływem emocji. Kiedy jednak wyrusza odebrać „polisę” Grety Eden, nie spodziewa się, że stanie twarzą w twarz z legendarną White Rabbit, z którą już kiedyś toczył własną cyfrową wojnę.
Stefania Romanova całe życie była więźniem własnego nazwiska. Wychowana w izolacji mafijna księżniczka uciekła w świat kodów, marząc o wolności, która zawsze była poza jej zasięgiem. Gdy skrupulatnie opracowany plan zaczyna się komplikować, a czas przestaje być sprzymierzeńcem, nie może dłużej liczyć na Gretę. Zmuszona do działania na własną rękę, Stefania ryzykuje wszystko. Każde kłamstwo przybliża ją do celu i jednocześnie do upadku.
Kiedy dwoje hakerów krzyżuje wirtualne miecze, granica między wrogiem a sprzymierzeńcem zaczyna się zacierać. W świecie, gdzie prawda jest najniebezpieczniejszą bronią, a uczucia największą słabością, Stefania i Aiden stają naprzeciw siebie uzbrojeni w sekrety, kłamstwa i… niechciane pragnienia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 482
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by Greta Eden
Copyright © 2026 by Projekt B
Wydanie pierwsze, 2026
Redaktor prowadząca: Anna Małecka
Redakcja: Ewelina Gałdecka
Pierwsza korekta: Renata Nowak
Druga korekta: Kinga Ksel
Skład, łamanie i przygotowanie ebooka: Michał Bogdański
Projekt okładki: Ewa Popławska
Źródła obrazów: tawatchai1990, Natika, Sohag, prathum, Areli Medina, AamirSohail, Gael, Pavel (AdobeStock)
ISBN: 978-83-979685-5-4
© Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej fragmenty nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.
© All rights reserved
greta.eden.auorka@gmail.com
Nadchodzi taki moment, kiedy trzeba wybrać między przewróceniem strony a zamknięciem książki.
Po otrzymaniu SMS-a od Grety zrobiłam się niespokojna. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie, ale czemu dzisiaj? Czemu akurat teraz, przed okresem, kiedy czułam się jak kupa gówna? Łamało mnie w kościach, kompletnie brakowało mi energii, a do tego od paru dni męczył kaszel. Jak tak dalej pójdzie, umówię się do lekarza. Czas mi się dłużył mimo hiperaktywności. Miałam otwarte ponad dwadzieścia zakładek w przeglądarce internetowej, ale na żadnej nie potrafiłam się skupić. Wciąż przeskakiwałam z jednej na drugą. Nie mogłam sobie nawet znaleźć pasującej muzyki – bez przerwy zmieniałam utwory. Nic mi nie pasowało.
Schodziłam właśnie do kuchni po prysznicu, żeby wziąć kolejną aspirynę, kiedy dobiegły mnie głosy z pokoju ochrony. Stanęłam przy drzwiach, koncentrując się na podsłuchiwaniu.
– Jakiś Portugalczyk! – rzucił z pogardą jeden z ochroniarzy.
– Kurwa! – szepnęłam do siebie.
– Weź paru ludzi. Spotkanie ma się odbyć na Five Points. – Zaskrzypiały nogi krzesła przesuwanego przez jednego z goryli ojca. – Niech to wygląda na gangsterskie porachunki.
Przekradłam się do schowka sąsiadującego z ich pokojem. Z jakiegoś powodu tu było lepiej słychać. Wiedziałam to z doświadczenia.
– Gdzie dziewczyna? – zapytał Olaf.
– Brała prysznic na górze – odparł Jurij.
– Zajrzyj do niej za jakiś czas i dopilnuj, żeby nie wyszła.
Powodzenia, tumanie.
Znałam co najmniej dwie drogi ucieczki, które dałyby mi kilka godzin przewagi. Obecnie jednak nie mogłam skorzystać z żadnej z nich, ponieważ musiałam ratować tyłek pewnemu portugalskiemu gangsterowi. Od Five Points dzieliło nas jakieś trzydzieści minut jazdy, chyba że ktoś znał nielegalny skrót przez park.
Boże, czego się nie robi dla wolności.
Kroki obu mężczyzn powoli się oddalały.
Co by tu zrobić z Jurijem? Może nic? Zakradłam się do pokoju ochrony. Marynarka mężczyzny wisiała na oparciu. Ciekawe, czy ma jakieś drobne na taksówkę? Wyciągnęłam portfel, a z niego sporą liczbę banknotów. BINGO! Usta rozciągnęły mi się w szerokim uśmiechu. Szczęściara ze mnie. Wyjrzałam na korytarz. Nie było mowy, żebym wróciła na górę się przebrać, bo musiałabym minąć salon, gdzie Olaf właśnie włączył telewizor. Cudnie!
Jezu, dobrze, że mój szlafrok z kapturem okazał się jednym z tych cieplutkich, milusich i mięciutkich. Jeszcze lepiej, że mogłam się nim okręcić niemal dwa razy. A już zajebiście, że miałam w kieszeni telefon. Gorzej, że nie było szans na przekradnięcie się po jakieś buty. Spojrzałam z żalem na bordowy lakier na paznokciach stóp.
No trudno, czego się nie robi dla wolności – powtórzyłam sobie po raz kolejny w głowie.
Zeszłam do garażu i przez boczne drzwi wydostałam się na zewnątrz. Taryfa stojąca dwa domy dalej wyglądała jak dar niebios. Wszechświat wyjątkowo stał dzisiaj po mojej stronie. Alleluja! Użyłam kodu Olafa, żeby otworzyć furtkę. Nawet aż tak bardzo nie czułam chłodu pod stopami. Cóż, adrenalina robiła swoje. Pobiegłam w stronę taksówki. Śnieg, który wczoraj niespodziewanie zaszczycił nas swoją obecnością, szczypał podeszwy, ale starałam się to ignorować.
Niech mi ktoś jeszcze raz wspomni o ociepleniu klimatu, to go sieknę! Jest pieprzony kwiecień! Mam nadzieję, że nie wyłysieję od latania z mokrymi włosami w zerowej temperaturze.
Wskoczyłam do taksówki.
– Czekam na kogoś – odezwał się burkliwie kierowca.
– Ja potrzebuję transportu bardziej – powiedziałam, uśmiechając się zalotnie, po czym uniosłam banknoty.
Kierowca popatrzył na mnie dziwnie, ale – jako że kasa przemawia do wszystkich w uniwersalnym języku porozumienia ponad podziałami – włączył taksometr, jakby widok bosej kobiety z mokrymi włosami i w szlafroku nie robił na nim wrażenia. To w końcu pieprzone Chicago, tu wszystko mogło się zdarzyć.
– Dokąd?
– Do baru Five Points na Stetson. – Zatrzepotałam rzęsami. – Jeśli zrobisz nielegalny skrót przez park, zapłacę ekstra… – Przeliczyłam banknoty, które zgarnęłam z portfela ochroniarza. – Tysiąc pięćset?
Na ustach taksówkarza pojawił się chciwy uśmieszek.
– Się robi, szefowo.
– I podkręć ogrzewanie – poprosiłam.
– Jasne.
Wpatrywałam się w krajobraz, dywagując, co właściwie powinnam zrobić. Wejść do baru i kazać wszystkim paść na ziemię jak w jakimś tanim filmie gangsterskim klasy D? Oznajmić: „Cześć, Aiden! Jestem Stefania. Ludzie mojego ojca zaraz będą usiłowali cię zabić, pozorując porachunki gangów, mimo że to niewłaściwa dzielnica…”?
Ale w sumie ukrywanie córki mafijnego cara w sercu Famiglii też nie było standardowym posunięciem. „Pod latarnią najciemniej”, jak mawia się w kraju mojego ojca.
Patrzyłam na zegarek na konsoli, usiłując oszacować, ile zostało mi czasu. Jeśli ekipa uderzeniowa utknie w korkach, miałam realną szansę ich wyprzedzić, jeśli nie… dotarłabym na styk. Ta akcja była chyba najgłupszą w całym moim dotychczasowym dwudziestoośmioletnim życiu. A robiłam już różne idiotyzmy. Gdyby nie to, że Greta skontaktowała się ze mną wczoraj, zignorowałabym tę sytuację. Nie moje małpy, nie mój cyrk. Swój plan awaryjny i tak już miałam. Jednak gdy Jurij wspomniał o Portugalczyku, rozdzwoniły się wszystkie syreny alarmowe w mojej głowie. Nic nie szło tak, jak powinno. Przygotowałam się starannie, spakowałam torbę na wypadek „ewakuacji” i… Puff! Plan poszedł z dymem, bo Portugalczycy nie potrafili sobie odpowiednio dobrać informatora.
Trudno. Brnijmy w to dalej! Czemu nie? Greta przynajmniej dostarczy mi megarozrywki! O ile wcześniej nie wypluję płuc przez ten kaszel.
Pierdolony dzwoneczek brzęczący przy każdym otwarciu drzwi doprowadzał mnie do szału. Teraz odezwał się ponownie. Wybrałem sobie miejsce na końcu baru, żebyśmy w razie czego mogli się natychmiast ulotnić. Czekałem na kontakt od Mike’a, który miał się tu ze mną spotkać, a odgłosy zamieszania sprawiły, że podniosłem wzrok znad nietkniętego piwa. W wejściu stała bosa kobieta z mokrymi włosami i w szlafroku. Wpatrywałem się w nią niczym w egzotyczne stworzenie, podobnie zresztą jak pozostali goście i obsługa baru. Rozpoznanie było niczym kubeł zimnej wody.
Stefania.
– Wszyscy na ziemię! – wrzasnęła, rzucając się w moją stronę między stolikami.
Wpadła na mnie, kiedy rozległy się pierwsze strzały. Zamiast pozwolić się przewrócić, przeniosłem ciężar własnego ciała i podciąłem jej nogi. Zasłoniłem ją, chowając nas za barem, i pociągnąłem na podłogę.
Odłamki szkła posypały się z okien sekundy później. Kule z broni maszynowej wbijały się seriami we wszystko na swojej drodze. Z baru spadały rozbite szklanki i kieliszki. Butelki lądowały na podłodze, a alkohole mieszały się w kałużach. Ludzie krzyczeli coś nieskładnie.
A potem zaległa cisza przerwana tylko piskiem opon odjeżdżających samochodów. Wyglądało na to, że napastnicy nie zamierzali ani wchodzić i sprawdzać, czy udało im się osiągnąć cel – jakikolwiek on był – ani posyłać drugiej serii tak a nuż widelec, żeby się upewnić. Jebani amatorzy!
Z zewnątrz napłynęła fala mroźnego powietrza. Uniosłem się na przedramionach, czując na swoim kroczu dwie drobne dłonie. Zerknąłem w bok. Klienci zaczynali się rozglądać, sprawdzając, czy nikt nie odniósł obrażeń. Ktoś miał przy uchu telefon i referował wydarzenia. Pewnie zadzwonił na numer alarmowy.
Szlag!
Dziewczyna poruszyła się, wysuwając ręce spomiędzy moich nóg. Zacisnąłem zęby, a ona uśmiechnęła się szeroko. Uniosła ubrudzony alkoholem palec i wsadziła go do ust.
– Mniam – mruknęła, a krew napłynęła do mojego fiuta.
Patrzyłem na nią jak urzeczony, gdy roześmiała się pełną piersią. Kurwa! Miała przepiękne oczy, z których teraz płynęły łzy rozbawienia. Podniosłem się na kolana.
– Wariatka – powiedziałem bardziej do siebie niż do niej.
– Całkowita! – potwierdziła między parsknięciami. – A jakie są twoje supermoce?
– Kiedyś je miałem, ale potem poszedłem na terapię – odparowałem, a ona, zamiast się obrazić, znów się roześmiała. Jej ciało wibrowało pode mną. – Musimy się zbierać, jeśli chcemy zniknąć niezauważeni.
Podniosłem głowę i spojrzałem w kamerę. Oby to było jedno z tych bardzo nowoczesnych urządzeń, do których da się włamać na odległość. Mógłbym to zrobić z telefonu, ale najpierw musiałem zająć się dziewczyną. Pomogłem jej wstać. Poły szlafroka rozchyliły się, eksponując dolinkę między piersiami i fragment kremowego uda. Materiał nasiąkł alkoholem. Otrzepała się ze szkła i zakryła dekolt. Jej wzrok także powędrował do kamery.
Przeszła przez drzwi do kuchni, a mnie nie pozostało nic innego, jak pójść za nią. Kompletna wariatka! Zgarnąłem po drodze swoją kurtkę i jakiś damski płaszcz. Skręciła do pomieszczenia z plakietką: „Biuro”. Spojrzała na laptopa.
– Myślisz, że mamy pięć minut? – spytała, siadając do komputera. Zdusiła kaszel.
– Reakcja chicagowskiej policji w przypadku strzelaniny to siedem minut – odparłem, przypomniawszy sobie statystyki.
– A więc mamy. – Jej palce zaczęły śmigać po klawiaturze. Bardziej jednak niż to, jakiego kodu zamierzała użyć, żeby wyczyścić dysk, interesowało mnie, co się dzieje w barze i gdzie są zbiry. Wyjąłem telefon i wysłałem kod alarmowy do Luki. W oddali rozległy się syreny.
– Musimy iść.
Złapałem ją za ramię i podniosłem gwałtownie z krzesła.
– Nie, daj mi skończyć, już prawie to rozgryzłam.
Wyrwałem laptopa ze stacji dokującej, po czym wypiąłem baterię z tyłu. Nie potrzebowaliśmy technicznych fajerwerków. Ewentualne kopie zapasowe w chmurze wykasujemy zdalnie. Objąłem dziewczynę ramieniem i wyprowadziłem na korytarzyk prowadzący do kuchni. Pobiegła za mną z głośnym „No ej!”, ale kiedy wrzuciłem komputer do wielkiej patelni przemysłowej z wrzącym olejem, zawyrokowała:
– Też skutecznie.
Uniosłem arogancko brew. Co ty nie powiesz?
Wyszliśmy na mroźne powietrze, więc podałem jej płaszcz. Kiedy zrzuciła z siebie poplamiony alkoholem szlafrok, opadła mi szczęka. Pod nim była naga, jak ją pan Bóg stworzył. Piersi sterczące na baczność czerwonymi sutkami. Długie nogi. Łabędzia szyja. Wąska talia.
KURWA! Teraz będę miał większość krwi nie w tej głowie, co trzeba!
Sięgając po telefon, rozejrzałem się po parkingu. Na zhakowanie któregoś z aut potrzebowałem jakichś dwóch minut.
Chociaż przy takich rozpraszaczach to pewnie z dziesięciu! Szlag by to!
– I co teraz? – spytała, przestępując z nogi na nogę. Zebrała nieco śniegu i z głośnym syknięciem usiłowała oczyścić lepiącą się od alkoholu łydkę przed włożeniem nowego okrycia.
– Daj mi chwilę.
Schowałem pistolet za pasek dżinsów i, śmigając kciukiem po ekranie, pobierałem kody aut. Kątem oka odnotowałem, że u zbiegu ud miała wytatuowaną niewielką strzałkę. Mój mózg zawiesił się na zielonym tuszu.
Ja pierdolę! Aiden, skup się! Niech to wszystko jasna cholera!
Wróciłem wzrokiem do telefonu. Kurwa!
Stefania zaczynała szczękać zębami z zimna. Przy akompaniamencie westchnień i pomruków włożyła płaszcz.
Jezu, czy takie same dźwięki wydawała w czasie seksu?
Schowała dłonie do kieszeni. Zerknęła na mnie z cwaniackim uśmiechem. Jeden z samochodów zamigał światłami awaryjnymi.
– Bingo – skwitowała.
Zanim zrobiła choćby krok, przerzuciłem ją sobie przez ramię. Pisnęła uroczo, a potem się roześmiała. Margo nie mówiła, że to wariatka!
Otworzyłem drzwi do Range Rovera i posadziłem dziewczynę na siedzeniu, po czym sam wskoczyłem za kierownicę. Wyjechałem z parkingu sekundy przed tym, nim pierwszy radiowóz pojawił się na miejscu. Zapiąłem pasy, bo wkurwiał mnie dźwięk, jaki wydawało auto.
– Jak mnie znalazłaś?
Podkręciła ogrzewanie, kierując nadmuch na stopy.
– Podsłuchałam rozmowę ochroniarzy.
– Jak wydostałaś się z domu?
Uśmiechnęła się szeroko.
– To tajemnica, ale mogę ci zdradzić, że facet, który mnie dzisiaj pilnował, jest najgłupszy z nich wszystkich. Pewnie myśli, że nadal biorę prysznic.
– Brałaś prysznic?
– Ależ skąd! – zaprzeczyła ironicznie. – Codziennie biegam po mieście naga, bosa i mokra, ratując obcych ludzi, kiedy wolałabym leżeć w łóżku nafaszerowana aspiryną. – Zajrzała pod płaszcz. Mimowolnie także usiłowałem coś dostrzec. – Ups! Zapomniałam włożyć kostiumu Wonder Woman, kiedy usłyszałam twoje wołanie o pomoc.
Jezus, trafiła mi się kompletna świruska!
Zmierzyłem ją badawczym spojrzeniem, po czym skupiłem się na prowadzeniu auta i nawigowaniu w ruchu ulicznym. Na razie nie poruszałem się w żadnym konkretnym kierunku. Chodziło o to, żeby oddalić się z miejsca zdarzenia. I tak będziemy się musieli pozbyć tego samochodu. I to czym prędzej.
– Liczę na to, że masz jakiś plan, bo ja nie mam nic. Nawet butów – zaśmiała się.
– Miałem plan.
Opuściłem obie osłony przeciwsłoneczne i wjechałem na parking w centrum handlowym.
– Jeden? Tyle liter w alfabecie, a ty opracowałeś tylko plan A?
– Wolę cyfry. – Zgasiłem silnik.
– Oczywiście. Są tylko dwa typy ludzi: zera i jedynki.
Odwróciłem się do niej na siedzeniu zaskoczony, że znała ten żart. Kod binarny zawiera tylko zera i jedynki.
– Na razie musimy cię ubrać.
Wysiadłem z auta. Ona zrobiła to samo i pobiegła truchcikiem w stronę wejścia. Czekała na mnie tuż za przesuwnymi drzwiami. Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli. Stefania przybrała minę obrażonej księżniczki, a na mojej twarzy nie malowały się żadne emocje – tworzyliśmy duet godny fali szeptów i domysłów.
Skierowała się do jednego z tych butików, w których byłeś w stanie kupić wszystko, od bielizny po buty i dodatki.
– Co się, na Boga, stało? – zapytała zaskoczona ekspedientka.
Stefania roześmiała się i obrażonym tonem opowiedziała historyjkę, jak to znów marudziła przed lustrem, że nie ma się w co ubrać, więc w przypływie wściekłości narzuciłem na nią płaszcz i zabrałem na zakupy. Kiedy przechodziły obok w poszukiwaniu odpowiednich rozmiarów, obie zmierzyły mnie spojrzeniami. Sprzedawczyni zapewne marzyła, żeby jej facet chociaż raz ją tak potraktował.
– Śpieszy nam się – rzuciłem od niechcenia, wysyłając do Luki informację, co się stało i gdzie obecnie jesteśmy. Potem zająłem się kamerami w centrum handlowym. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie, które minęliśmy i miniemy, zaliczyły awarię.
Na szczęście Stefania rozumiała konieczność pośpiechu. Zgodnie ze słowami Grety została dobrowolną uczestniczką tej szarady i nie trzeba jej było do niczego zmuszać. Kilkanaście minut później wyszedłem z butiku z bajońskim rachunkiem i kobietą ubraną odpowiednio do pogody. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jej włosy wcale nie miały koloru jasny blond, jak mi się zdawało, gdy były mokre. Okazały się srebrne, miejscami wpadające nawet w delikatny odcień błękitu. Urzekające i fascynujące w połączeniu z niebieskimi oczami.
Zaparło mi dech, kiedy opuściła przebieralnię. Nie miała na twarzy grama makijażu, ale i bez niego robiła tak niesamowite wrażenie, że krew spłynęła mi częściowo poniżej paska w spodniach. Włosy spięła w wysoki kucyk, dżinsy opinały zgrabny tyłeczek, a czarna koszulka wyraźnie unosiła się na piersiach. Doskonale wiedziałem, że nie jest to zasługa żadnego z tych cholernych oszukańczych staników. Sto procent kobiety w kobiecie. Na nogi włożyła czarne kozaki na niewielkim obcasie. Przynajmniej u niej myślenie nie szwankowało. Nie potrafiłem pojąć, jak Sofia nawet zimą biegała na wysokim obcasie i nie złamała dotąd kostki na lodzie czy śniegu. Na szczęście Stefania miała lepiej poukładane w głowie.
Wciągnęła na siebie sweter i sięgnęła po kurtkę z kapturem, po czym poprowadziła mnie w stronę kawiarni.
– Kawa. I ciastko – rzuciła nagląco. Jej oczy błyszczały jak u podekscytowanego małego dziecka. Jak u Antonii, kiedy w końcu jakiś facet bierze ją na ręce i przytula do piersi.
– Nie.
– Tak!
Zatrzymała się gwałtownie, wyrwała dłoń z mojej dłoni i tupnęła nogą niczym rozwydrzony bachor. Zazgrzytałem zębami. Byłem przekonany, że urządzi scenę, więc zmrużyłem oczy, przygotowując się do wyniesienia jej siłą. Ja pierdolę, Margo w życiu mi się za to nie wypłaci. Zwariuję z tą laską. Czy ona w ogóle była pełnoletnia? Coś w moim wzroku musiało jednak przekonać Stefanię, że nie warto dla kawy i ciastka przeżyć upokorzenia, które mogłem jej zaserwować.
– Później? – Zatrzepotała kokieteryjnie rzęsami.
Wyciągnąłem do niej rękę, a ona bez wahania podała mi swoją. Luca czekał na nas na parkingu. Zapakowałem Stefanię na tylne siedzenie i włączyłem blokadę rodzicielską w drzwiach. Dość niespodzianek na dzisiaj. Z fascynacją obserwowałem, jak z roześmianej dziewczynki zmienia się w poważną kobietę.
Ile ma osobowości? I dlaczego, do kurwy, chciałbym poznać je wszystkie? Bo ludzie to zera i jedynki! Dlatego.
– To jaki mamy plan? – spytała dociekliwie.
– Może na początek nie dać się zabić? – zasugerował Luca.
– Wybrała was ze względu na urodę? Bo z pewnością nie z powodu intelektu.
– Wciąż żyjesz, tak? – odparował.
– Nie dzięki wam! – rzuciła niezbyt uprzejmym tonem. – I to raczej on – wskazała w moją stronę – żyje dzięki mnie, a nie odwrotnie. Plan przewidywał chyba, że to wy chronicie mnie, a nie ja was, prawda?
– Usiądź na dupie i ciesz się przejażdżką.
– Ojej, przepraszam, że czujesz się urażony moim zdrowym rozsądkiem – sarknęła.
Starałem się skoncentrować na tablecie, który dał mi Luca. Podczas gdy on lawirował ulicami, ja przeglądałem dane, zupełnie ignorując utarczkę.
– Czy ona ma przycisk wyciszenia? – spytał po portugalsku.
– Te modele nie wychodzą z instrukcją – odparłem serio, ustawiając nawigację na cel, jaki obrałem dla naszej trójki. W zaistniałych okolicznościach próba dostania się na lotnisko do prywatnego odrzutowca byłaby zbyt ryzykowna. Lepiej wynająć jakiś czarter i spróbować nim wrócić do domu.
Włączyłem radio i ustawiłem muzykę klasyczną. Dziadek do orzechów nie tylko wydawał się całkiem przyjemnym wyborem, ale też dość szybko uśpił Stefanię. Niestety obudziła się, gdy tylko stanęliśmy, by zatankować i zrobić zapasy jedzenia. Potarła oczy, jakby miała pięć lat.
– Czy mogę dostać teraz moją kawę i ciastko? – Jej głos był seksownie zaspany. Podała mi kurtkę z tylnego siedzenia, zasłaniając usta dłonią, kiedy zaczęła kaszleć.
– Od dawna masz ten kaszel?
– Czyżbyś się o mnie martwił, Romeo? – Puściła do mnie oczko.
– Skorzystaj z toalety – poradziłem, wysiadając.
Pokiwała głową. Nie podobały mi się jej sztywne ruchy ani ten dziwnie świszczący oddech. Na dworze było wprawdzie tylko ze dwa na minusie, ale ona w samym szlafroku i na bosaka przeszła dość długą drogę. Naprawdę wolałem, żeby mi się nie rozchorowała. To by mocno skomplikowało naszą sytuację.
– W porządku?
Wzruszyła ramionami i skierowała się do budynku stacji benzynowej. Zostawiwszy Lucę, poszedłem za nią i wybrałem jedzenie na najbliższe kilka dni. Zanosiło się na to, że nie będziemy się odżywiać zdrowo. Kiedy spytałem o aptekę, facet z obsługi wskazał mi lizakiem przeciwną stronę ulicy. Szyld „24/7” wydawał się ze mnie szydzić. Jakim cudem nie zauważyłem go, skanując wzrokiem otoczenie?
Może za długo patrzyłeś na tyłek Stefanii?
Zgarnąłem dwie torby, a ona kawy w wytłoczce i ciastka. Poczekałem, aż wsiądzie do auta, po czym upewniłem się, że drzwi są zabezpieczone.
– Podjedź naprzeciwko – rozkazałem Luce, zajmując fotel pasażera.
W aptece spędziłem kilkanaście minut, wybierając parę drobiazgów nie tylko leczniczych. Wrzuciłem wszystko do bagażnika, dałem znak Luce, że jeszcze chwila, po czym wybrałem numer Mike’a Olsena. Przywitał mnie słowami:
– Założę się, że w Chicago jest i tak cieplej niż w Moskwie.
– A to ważne? – spytałem, zdezorientowany.
– Taki wstęp, w razie gdybyś miał ochotę narzekać, że wolałbyś być na moim miejscu.
– Nie zamierzam – zapewniłem. – Wypadły nam pewne komplikacje.
– Zdążyliśmy się już zorientować z lokalnych wiadomości oraz średnio przyjemnego telefonu od Giovanniego Vitiellego. Straszny choleryk.
– Na razie przyczaimy się w jego domku nad jeziorem, ale to maksymalnie na dwadzieścia cztery godziny. Może czterdzieści osiem – poprawiłem się. – Chcę być w powietrzu najszybciej, jak się da. Opublikowali nasze rysopisy albo zdjęcia?
– Nie mają nic, co mogłoby doprowadzić do was.
– Vitielli będzie stwarzał kłopoty?
– Nie, nie będzie – zapewniła Margo.
– Rosjanie zorientowali się już, co się stało?
– Z tego, co nam uprzejmie doniesiono, tak – włączył się milczący dotąd Marco. – Usiłują was namierzyć. Nie wiem, czy wpadną na pomysł sprawdzenia pod latarnią, czyli w domu Vitiellich, bo to jednak spory kawałek i jest zimno.
– Zadzwonię później – usiłowałem zakończyć rozmowę.
– Czy wszystko z nią w porządku? – doszedł mnie jeszcze zaniepokojony głos Margo.
– Fizycznie tak. Psychicznie… Mogłaś mnie uprzedzić, że to wariatka – mruknąłem z pretensją. – Czy to normalne, że kobiety w jednej sekundzie zachowują się jak rozwydrzone pięciolatki, a w następnej usiłują cię spojrzeniem zamienić w kamień?
– Tak! – odparli zgodnie Mike i Marco.
– Jak się z tym walczy?
– Serio, Aiden?! – Margo się zaśmiała. – Daj znać, jak wpadniesz w jakieś prawdziwe kłopoty! – Po tych słowach się rozłączyła.
Jak Marco to znosił?
Kurwa, chociaż raz chciałbym się pomylić!
Stefania zaczęła gorączkować jeszcze w drodze, a jej stan pogarszał się na tyle szybko, że ledwo udało mi się ją złapać, gdy nogi ugięły się pod nią na podjeździe domku. Rzuciłem klucze Luce i zaniosłem ją do środka, po czym położyłem na kanapie i z siatki z apteki wyciągnąłem termometr. Prawie trzydzieści dziewięć stopni.
Dziewczyna potrzebowała ciepła i wypoczynku. Niestety gazowy system ogrzewania budynku nie należał ani do najnowszych, ani do najsprawniejszych. Wiedziałem, że minie sporo czasu, zanim temperatura się podniesie, więc zostało nam napalenie w kominku.
– Przynieś z samochodu apteczkę – poleciłem Luce, a ja wyjąłem kupiony w aptece ibuprofen w płynie. Nie miał maksymalnej dawki, ale powinien na krótką metę zdać egzamin. Poklepałem dziewczynę delikatnie po policzku. – Stefania.
– Nie nazywaj mnie tak – wymruczała słabo.
– Jak tylko weźmiesz leki, pozwolę ci spać. No już – zachęciłem. – Otwieraj buzię.
– Każdej lasce to proponujesz?
– Tylko tym specjalnej troski.
Otworzyła niebieskie oczy. Nacisnąłem kciukiem na jej brodę. Rozchyliła usta, więc wlałem do środka lek. Nieporadnie zdjęła kurtkę, a ja sięgnąłem po koc, żeby pomóc jej się nim owinąć.
– Gorąco mi – zaprotestowała.
– W tej chwili tak, ale za pół godziny będziesz szczękać zębami – ostrzegłem.
– To wtedy się przykryję.
Uparte stworzenie. Jak inni dają sobie z nimi radę?
Poszedłem do aneksu kuchennego i wstawiłem wodę, żeby przygotować leki na przeziębienie. Luca położył apteczkę na stole. Przejrzałem jej zawartość, ale nie znalazłem nic przydatnego. Pozostało mi to, co sam kupiłem. Krzywiąc się, odłożyłem z powrotem maść z antybiotykiem.
– Jeśli pseudoefedryna nie pomoże, będziemy musieli przekonać aptekarza, że potrzebujemy czegoś ekstra.
– Chcesz czekać do rana? – spytał, zerkając z niepokojem na Stefanię. – Przestawiłem samochód za dom, ale pada śnieg, więc istnieje realne zagrożenie, że możemy się nie wygrzebać z zasp.
– W razie czego zostaje nam zimny prysznic.
– Ale dociera do was, pojeby, że ja wszystko słyszę? – doszedł nas zniesmaczony głos Stefanii.
Luca ze zniecierpliwieniem spojrzał w sufit, kiedy rozkaszlała się na dobre.
– Zrobię coś do żarcia – oznajmił, ściągając kurtkę. – Idź, wręcz królewnie berło, o ile znajdziesz jakąś szczotkę do kibla w łazience.
– Cham i prostak! – powiedziała po rosyjsku.
Przyniosłem z samochodu resztę naszych rzeczy. Całą broń porozkładałem w miejscach dogodnych do obrony. Usiadłem do tabletu i unieruchomiłem chip silnika. Z kuchni zaczął dochodzić smakowity zapach sera. Zerknąłem na Stefanię, skuloną na kanapie.
– Zimno ci?
– Tylko w stopy – przyznała.
Kucnąłem przed nią. Pozwoliła sobie ściągnąć buty, ale syknęła, kiedy dotknąłem zaczerwienionej skóry. Jej ciało było lodowate.
– Masz jakiś fetysz związany ze stopami i bólem? – spytała ironicznie.
– Doceniam twoje poświęcenie, ale to było naprawdę głupie.
Przyciągnąłem sobie podnóżek i przysiadłem na nim. Rozpiąłem bluzę, wyciągnąłem koszulkę ze spodni i zrobiłem coś, czego się nie spodziewała: wsunąłem jej stopy pod materiał i oparłem na swoim gorącym brzuchu, po czym zablokowałem jej potencjalne ruchy, obejmując łydki. Nie była przygotowana na falę bólu, jaka za tym przyszła. Jęknęła głośno i przeciągle, usiłując mnie odepchnąć. Nic z tego. Złapała mnie za ramiona, a nasze czoła się zetknęły. Kiedy pierwsza łza spadła na moje przedramię, wsunąłem palce pod masę włosów, na kark. Moja dłoń wydawała się chłodna w kontakcie z rozpaloną skórą. Stefania pociągnęła nosem.
Jedna z jej rąk opadła na kolana i z zaskoczeniem dostrzegłem tatuaż na nadgarstku. Nie, żebym poczuł się zaalarmowany. Znałem wielu ludzi mających tatuaże. Ten nawiązywał chyba do Alicji w Krainie Czarów. Lustro z odbijającą się w nim kartą królowej kier. W obramowaniu zwierciadła zaś – choć żeby dojrzeć te detale, trzeba się było uważniej przyjrzeć – sylwetka dziewczynki na godzinie szóstej, kapelusz i filiżanka na trzeciej, zegarek kieszonkowy na dziewiątej, a w centralnym miejscu, na godzinie dwunastej – mały zajączek, który jako jedyny z elementów nie został wypełniony tuszem.
– W porządku? – zapytałem cicho.
Pokiwała głową, podnosząc na mnie załzawione oczy.
– Sadysta!
– Jutro będziesz mi dziękować.
– Póki co dzisiaj będę narzekać.
Luca przyniósł parujący kubek.
– Pij herbatę. Tylko powoli – ostrzegłem.
Pociągnęła duży łyk, na chwilę znieruchomiała, a potem oczy zaszły jej łzami i z gardła wyrwał się kaszel, który brzmiał zdecydowanie zbyt mokro i ciężko. Prychała do czasu, aż alkohol przestał drażnić wrażliwą śluzówkę. Cały czas posyłała mi mordercze spojrzenia.
– Sadysta – powtórzyła ochryple.
Oparłem łokcie o kolana, wpatrując się w nią intensywnie.
– Przecież powiedziałem: „powoli”. Naucz się słuchać, co do ciebie mówię.
– Słuchałabym, gdybyś mówił w jakimś zrozumiałym języku – odgryzła się.
Mierzyliśmy się chwilę spojrzeniami. Wyjąłem jej stopy spod koszulki i naciągnąłem na nie skarpetki. Zostawiłem ją na chwilę, żeby przynieść dodatkowy koc i swoją grubą bluzę termiczną.
– Proszę – rzuciłem, wręczając jej rzeczy. – Chociaż uważam, że najlepiej by ci zrobił gorący prysznic.
Łypnęłam na niego złowrogo znad kubka.
Za nic w świecie nie włożę bluzy pachnącej jego perfumami! Boże, ten facet był podlejszy, niż dotychczas przypuszczałam. Albo nie zdawał sobie sprawy, jak działa na mnie jego zapach, albo wręcz przeciwnie i robił to z premedytacją, by mnie zdekoncentrować. Wysoka gorączka wystarczyła, żebym ledwo panowała nad językiem.
– Byłeś na jakimś kursie dręczenia słabszych?
Niemal się uśmiechnął.
– Jeszcze nie, ale wolałbym pobierać lekcje u mistrzyni. Drogo liczysz?
Zmrużyłam oczy i przez chwilę na serio rozważałam, czy nie rzucić w niego kubkiem. Potem jednak doszłam do wniosku, że szkoda gorącej, rozgrzewającej od środka herbaty. Stał z uniesionymi brwiami i czekał na ciętą ripostę, która jakoś nie chciała mi przyjść do głowy. Co więcej, uznałam, że z tym zawadiackim uśmieszkiem wyglądał całkiem seksownie.
Seksownie?! Cholera!
Z wrażenia oblałam się herbatą.
– Chyba jednak pójdę pod ten prysznic – powiedziałam, ścierając z brody strumyczek.
Z całą godnością, na jaką było mnie stać, pomaszerowałam przed siebie, ciągnąc za sobą koc niczym płaszcz Batmana. Zawahałam się przed korytarzem. Ta pieprzona gorączka dawała mi się we znaki, bo jak idiotka nie wzięłam pod uwagę, że należało zapytać, gdzie jest łazienka.
– Pierwsze drzwi na lewo – podpowiedział uprzejmie. – Zajrzę do ciebie za parę minut.
Prysznic okazał się niebiański. Wprawdzie trochę kręciło mi się w głowie, ale za to przyjemnie się rozgrzałam. Ktokolwiek tu mieszkał, miał doskonały gust, jeśli chodzi o kosmetyki. Uwielbiałam zielone Ô D’Azur Lancôme. Ten zapach sprawiał, że odrywałam się od rzeczywistości, by na chwilę zapomnieć, gdzie byłam i co robiłam.
Swoją drogą, to ciekawe, że mają tu wszystkie moje ulubione produkty… Może to sprawka Grety?
Po lekach zaaplikowanych przez Aidena czułam się trochę lepiej. Pewnie nadal miałam gorączkę, ale może nie dostanę zapalenia oskrzeli. Wróciłam do salonu w grubym dresie, na który założyłam szlafrok. Całość dopełniały puchate skarpety. Brakowało tylko nauszników, ale zamiast nich miałam na głowie turban z ręcznika. W ręku dzierżyłam szczotkę.
– Spodziewasz się nagłego zlodowacenia? – zażartował Luca.
– Ha, ha, ha – wyskandowałam. – Będziesz mógł mnie pouczać, jak się sam wybierzesz na taki spacer.
– Dzięki, ale nie. Czy ten turban sprawi, że Internet będzie szybciej działał?
– Nie, to element odstraszający.
Przysiadłam na pufie przed kominkiem, odwrócona tyłem do mężczyzny.
– Bardziej antykoncepcyjne są te góry ciuchów, które masz na sobie – sarknął, mieszając w garnku.
– Słucham?
– Przy tylu warstwach każdy zdrowy facet usnąłby z wrażenia, gdybyś zaczęła robić striptiz.
Zdjęłam ręcznik z głowy.
– Czy mężczyźni zawsze wszystko sprowadzają do seksu?
– To zależy. – Luca najwyraźniej nie mógł się powstrzymać od prowokacji. – Bohaterek Blair Witch żaden normalny gość nie bierze pod uwagę.
– Oboje was postawię do kąta bez deseru! – doszło mnie wyraźne ostrzeżenie Aidena.
Potrząsnęłam głową i spróbowałam rozczesać pierwsze pasmo. Nic nie szło tak, jak powinno, a facet siedzący za mną nie wysilił się nawet na zdanie złożone.
– Blair Witch? – szepnęłam niepewnie.
– A przeglądasz się czasem w lustrze? – zakpił złośliwie Luca.
– Wystarczy! – padła zdecydowana komenda Aidena.
Zamarłam w reakcji na ten stanowczy ton. Tak brzmiała władza absolutna. Człowiek, który wydawał polecenia, a one były wykonywane bez szemrania. Greta nie wysłała po mnie byle kogo. Aiden najwyraźniej wywnioskował z mojego głosu, że jego człowiek mnie zdenerwował. Miał też zresztą doskonały widok na moje napięte plecy.
– Jak sobie życzysz, szefie! – powiedział Luca w taki sposób, jakby skapitulował, ale spojrzenie sugerowało coś innego. – Jak sobie życzysz!
Kilka razy szarpnęłam niecierpliwie włosy, wydając z siebie przy tym parę niecenzuralnych pomruków.
– Pomóc ci?
Zignorowałam pytanie Aidena. Nie czekał na dalsze jęki i przekleństwa, tylko przyciągnął sobie fotel do pufy, na której siedziałam. Wyjął szczotkę ze skołtunionych włosów i odsunął moją rękę.
– Zostaw – zaprotestowałam.
Położył dłoń na moim karku i ścisnął lekko. Nigdy nie sądziłam, że czesanie włosów mogłoby się okazać erotycznym doznaniem. Ożeż ty orzeszku! To było podniecające. Dobrze, że puchaty dres i szlafrok idealnie ukrywały stwardniałe sutki.
Zaskoczył mnie jeszcze bardziej, gdy zamiast szarpać się ze szczotką, wsunął dłonie w moje włosy. Przeczesywał je delikatnie palcami, rozplątując niesforne kosmyki. Przez chwilę masował skórę głowy, sprawiając, że się nieco rozluźniłam. Ciało relaksowało się pod zadziwiająco delikatnym dotykiem.
Albo mi się wydawało, albo w pokoju natychmiast zrobiło się o kilka stopni cieplej. Przyszło mi do głowy, że jak tak dalej pójdzie, wrócę do siebie spocona jak szczur albo zacznę ściągać z siebie ciuchy i przyznam, że Aiden i jego dłonie rozgrzewają lepiej niż herbata z prądem, ciepłe ubrania, prysznic i kaloryfer w jednym.
Niedoczekanie! Będę cierpieć w milczeniu!
Luca postawił na stoliku obok parującą miskę.
– Porzuciłeś program „dręczymy słabszych”? – zaatakowałam.
– Wymyślam nowe zniewagi – odparł spokojnie.
– Nigdy nie zostaniesz mistrzem, jeśli potrzebujesz na to tyle czasu.
Syknęłam, kiedy Aiden szarpnął niesforne skołtunione pasemko.
– Świat nie wytrzymałby z dwojgiem takich mistrzów jak wy – wtrącił swoim aksamitnym głosem.
– Ciebie i mnie dzielą lata świetlne – odparowałam bezmyślnie.
– W edukacji seksualnej na pewno.
Zmarszczyłam brwi z niedowierzaniem, a potem uderzyłam go łokciem w piszczel, który akurat miałam w zasięgu.
– Czemu znów sprowadzasz rozmowę do seksu? Niewyżyty jakiś jesteś, czy co?
– Nie, ale ciebie to wkurza, więc nie mogę sobie odmówić przyjemności.
Aiden złapał mnie za przedramiona, osadzając w miejscu, żebym się nie kręciła. Mimo kilku warstw ubrań wyraźnie czułam, że palcami opierał się o boki moich piersi. Gorąco uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą, biegło od stóp i zatrzymało się dopiero na policzkach. Teraz czułam się jak w ogniu piekielnym. Kusiło mnie, by zdjąć szlafrok i zostać w samym dresie, ale pod nim nie miałam nic. Wyglądało na to, że o bieliźnie moi wybawcy zapomnieli. Najgorsze było jednak to, że sutki stały mi na baczność!
Nawet nie zauważyłam, że szczotka przesuwa się teraz płynnie po pasmach moich włosów.
– Dziękuję. – Pochyliłam się w stronę miski, uwalniając spod jego rąk w naiwnym przeświadczeniu, że moje ciało wróci do normalności i zapomni o podniecającym dotyku. Powąchałam zawartość. – Co to?
– Makaron z serem – odpowiedział Aiden, wkładając łyżkę do swojej porcji. – Podobnie jak Luca uważam, że gotowanie godzinami tylko po to, żeby zjeść w dziesięć minut, to największa bzdura świata.
– Mam nadzieję, że nie zamierzacie mnie po tym wszystkim po prostu otruć? – zażartowałam.
Ich spojrzenia były wymowne. Musiałam przyznać, zjadłam z apetytem. Zgłodniałam jednak tak bardzo, że pewnie smakowałby mi nawet gorący asfalt podany z kocim żwirkiem. Po skończeniu jedzenia zrobiłam się senna.
– Powinnaś się położyć – zaproponował Aiden, poprawiając koc na moich nogach. – Wyglądasz na zmęczoną. Masz worki pod oczami.
– To torebki Prady – odparowałam.
Mój komentarz wywołał zmarszczenie brwi u Aidena i parsknięcie śmiechu u Luki.
Ktoś tu mógł się poszczycić poczuciem humoru kłody drewna. Ale za to ten magiczny dotyk… Cóż, nie można mieć wszystkiego!
– Coś mi się wydaje, że czeka nas razem kupa dobrej zabawy.
– Z przewagą kupy? – zasugerowałam słodko, idąc do swojej sypialni.
Skoro i tak nie mieliśmy nic innego do roboty, dopóki Margo i Marco nie dadzą znać, że możemy lecieć na Baleary, usiadłem z laptopem przy wysłużonym stole, żeby sprawdzić dla Patricka kilka nowych zabezpieczeń do kasyna w Palermo i dopisać swoje uwagi. Stefania niespokojnie przespała noc, a dziś znów gorączkowała. Słyszałem, jak kicha i kaszle, więc bacznie ją obserwowałem.
Zapach jej perfum uderzył mi do głowy, jeszcze zanim usłyszałem kroki. Zdekoncentrowałem się lekko i zawahałem nad kolejną linią kodu napisaną przez AI. Palce zawisły mi nad klawiaturą.
– Eee… Można to zrobić inaczej – usłyszałem za sobą niepewne słowa.
Zerknąłem na nią kątem oka, a ona pochyliła się nad moim ramieniem, piersiami przywierając do barku. Dobrze, kurwa, że siedziałem. Moje przyrodzenie drgnęło. Zarejestrowałem, że odstawiła parujący kubek, który wcześniej trzymała w dłoni. Palcem wskazała dwie linie kodu na ekranie.
– Ta komenda daje ci milisekundowe opóźnienie. I to jest w sumie okej, ale… – Przesunęła kursorem parę linii do góry. Pasemka włosów, które wydostały się z upięcia, drażniły skórę mojego policzka. Teraz miałem już regularny wzwód! – Jeśli tworzysz sekwencję i masz więcej par niż dziesięć, zostawiasz furtkę hakerom. Wystarczy zrobić pętlę, banalnie prostą, każdy amator wie jak, i zablokują ci system w try miga. Chyba że dasz jakiś bezpiecznik. – Wróciła do ostatniej linii, po czym śmignęła palcami po klawiaturze, dostawiając znaki. – Na przykład ja bym zrobiła tak.
Zapach perfum, dotyk włosów, gorący kobiecy oddech na policzku i biust rozpłaszczony na moich plecach okazały się w przypadku Stefanii mieszanką wysoce rozpraszającą. Na chwilę zapomniałem o kodowaniu i cieszyłem się doznaniem. Wystarczyłoby odwrócić głowę i nasze usta znalazłyby się milimetry od siebie. Czy zaprotestowałaby, gdybym ją pocałował? Poczułem lekkie mrowienie warg na samą myśl.
– Tak tylko mówię – wymamrotała pod nosem, odsuwając się w końcu.
Zmrużyłem oczy, bo dopiero teraz dotarło do mnie, co powiedziała o kodzie. Miała rację, sam właśnie tak zamierzałem poprawić propozycję AI. Problem w tym, że to nie była wiedza powszechna.
Zanim odeszła, złapałem dziewczynę za dłoń. Na tyle ostrożnie, żeby nie wylała na siebie zawartości kubka, ale na tyle stanowczo, by nie mogła się oddalić.
– Tę sztuczkę zna może z dziesięć osób na świecie.
– To tylko taka sugestia. – Chociaż lekko się uśmiechnęła, widziałem w jej oczach narastający strach. Próbowała uwolnić rękę, ale nie puściłem.
– Skąd znasz ten kod?
– Greta mi pokazała – odpowiedziała natychmiast.
Za szybko – usłyszałem w głowie głos Marca. A to sugerowało tylko jedno. Kłamała. Doskonale znała ten kod i kiedy została przyłapana na gorącym uczynku, usiłowała zepchnąć odpowiedzialność na kogoś innego.
Zaczynało we mnie narastać niemiłe podejrzenie. Odwróciłem jej nadgarstek. Widniejący na nim tatuaż nagle nabrał sensu. Lustro, sylwetka dziewczynki, kapelusz, filiżanka, zegarek kieszonkowy, karta królowej kier oraz – w centralnym miejscu – nie zając, a królik. To nie przypadek, że wypełnione tuszem zostały wszystkie elementy poza nim.
Doznałem, kurwa, olśnienia!
– Ty jesteś White Rabbit.
Jej oczy rozszerzyły się ledwie na ułamek sekundy. Gdybym się w nią nie wpatrywał, przegapiłbym ten moment. Miałem rację! Stefania to pierdolona White Rabbit, która zajebała nam dwa miliony! Chociaż ze względu na włosy powinna raczej zmienić ksywkę na Silver Rabbit.
– Nie wiem, o czym mówisz – powiedziała z udawanym znudzeniem. Kaszlnęła w rękaw. – Po prostu lubię Alicję w Krainie Czarów. Chyba wszyscy lubią! – dodała defensywnie, grając obrażoną księżniczkę, choć jej oczy zdradzały przerażenie. – Możesz mnie puścić? – Poruszyła nadgarstkiem, który nadal trzymałem. – Chyba mi odciąłeś cyrkulację krwi.
Podniosłem się i poluźniłem uchwyt, ale nie na tyle, żeby mogła się uwolnić. Górowałem nad nią, więc stanąłem najbliżej, jak się dało, żeby poczuła się niekomfortowo.
– Jesteśmy ja, Greta, Patron, Dante, BlackHat, Solo, Eclipse, Homeless, Swordfish i White Rabbit. – Zmrużyłem oczy. – Wybierz swój nick, Stefanio!
Jej oczy otworzyły się szeroko.
– To by oznaczało, że jesteś… – urwała i rozchyliła usta, jakbym ją totalnie zaskoczył.
– Cerberem? – podrzucił Luca za mną.
– Jaja sobie robisz?! – wydusiła z siebie, zszokowana.
Odebrałem jej z rąk kubek, który niebezpiecznie przechylił się na bok, tak że parę kropel herbaty spadło na drewnianą podłogę. Odstawiłem go na blat. Nadal trzymałem dziewczynę za nadgarstek, a ona stała bezradnie z rozdziawionymi ustami.
– Ty jesteś Cerberem? – Najwyraźniej nie potrafiła w to uwierzyć.
– Chyba ma jakieś problemy na łączach neuronowych – zadrwił Luca.
Znałem banalnie prosty sposób, żeby ją przekonać, z kim ma do czynienia. Przyciągnąłem ją do siebie i posadziłem na krześle. Wpisałem hasło, wywołałem folder ze skryptami i odwróciwszy laptopa do niej, zaprezentowałem linijki kodów. Stałem nad nią ze skrzyżowanymi ramionami, a ona siedziała w milczeniu, nadal nie dowierzając.
Nagle zerwała się z siedziska i zaczęła mnie na oślep okładać pięściami.
– Ty chory pojebie! – wrzasnęła, kopiąc mnie w piszczel. Zabolało jak sukinsyn. O co jej, do chuja, chodziło?! – Czy ty wiesz, co zrobiłeś tym swoim wirusem? – Nie przestawała mnie bić, więc złapałem najpierw jeden jej nadgarstek, a potem drugi. – Zniszczyłeś moją pracę dyplomową i wszystkie kopie zapasowe. – Szarpała się ze mną, żeby się uwolnić. W jej oczach migotały iskry gniewu, policzki się zaróżowiły. Kurwa, jaka ona była śliczna, kiedy się wściekała. – Ty debilu! Przez ciebie już myślałam, że będę powtarzać rok na uczelni!
Znów usiłowała mnie kopnąć, więc okręciłem ją w swoich ramionach, żeby zablokować te ruchy. Bezskutecznie próbowała się uwolnić. Czy ojciec nigdy nie zmuszał jej do nauki samoobrony? Mafijna księżniczka, która nie potrafiła walczyć? Paradoks. Luca patrzył na nas z rozbawieniem.
– Albo się uspokoisz, albo skończysz przywiązana do krzesła – zagroziłem.
– Rajcowałoby cię to, co nie?!
– Nie bardzo – odparłem, jeszcze bardziej ograniczając możliwość ruchu tej małej wścieklizny. – Wolę w łóżku chętne kobiety!
– Szczerze i solennie cię nienawidzę! – wycedziła, zadzierając głowę. Błękitne oczy płonęły wściekłością.
Do diabła! Ależ była śliczna!
– Na chuj włamałaś się do mojego laptopa? – spytałem. – Musiałaś wiedzieć, że jest chroniony i pewnie wpuszczę ci jakiegoś niezwykle złośliwego wirusa.
– To gówno było prostackie, a nie niezwykłe!
– Ale zadziałało! – przypomniałem. – Po co włamałaś się do mojego laptopa? – powtórzyłem pytanie.
– Żeby znaleźć jakieś dobre porno – fuknęła jak rozwścieczona kocica.
Luca roześmiał się pełną piersią.
– Nie trzymam porno na laptopie. Niczego na nim nie trzymam – dodałem, słysząc gniewne sapnięcie.
Nadal usiłowała się uwolnić. Szalona kobieta. Była pewnie o połowę lżejsza ode mnie i nie wyglądało na to, że ojciec nauczył ją, jak się bronić. Zablokowałem cios w genitalia i uniosłem ją, udaremniając podobne zapędy.
– Albo się uspokoisz, albo ja cię uspokoję – powiedziałem stanowczo, jakbym rozkazywał swoim ludziom, co sprawiło, że zastygła w bezruchu.
– Puść mnie – zażądała.
Uwolniłem ją i cofnąłem się o krok. W samą porę, gdyż szczupłe kolano wystrzeliło do góry w półobrocie. Popchnąłem ją na ścianę i przyszpiliłem własnym ciałem.
– Jesteś podłym, egoistycznym…
Zatkałem jej usta dłonią. Małpiszon mnie ugryzł, ale na szczęście niezbyt mocno. Moje ciało jednak zareagowało na bliskość seksownej kobiety. Niebieskie oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy to poczuła. Zamarła momentalnie.
Każdy sposób jest dobry, by ją uciszyć. Byle skutecznie.
– Bez względu na to, co o mnie myślisz – powiedziałem, siląc się na spokój – zjawiliśmy się tutaj, żeby uratować twój tyłek. Nie ma znaczenia, kto jest lepszy czy gorszy.
– Chcesz się sprawdzić, Cerberze? – rzuciła mi wyzwanie.
W jej zachowaniu było niesamowicie dużo agresji i złości. Absolutnie nie pojmowałem, skąd to się bierze. Kobiety wprowadzały chaos do życia facetów. Jak Fabianowi udawało się pogodzić uporządkowane zera i jedynki z nieprzewidywalnymi humorami mojej siostry? Jak radził sobie z tym Patrick? Przecież Anja to chodząca furia.
– Nie. Chcę jedynie, żebyś się czymś zajęła i dała mi spokojnie popracować – powiedziałem krótko. – Potrafisz to zrobić?
Zostawiłem ją opartą o ścianę i wróciłem do laptopa. Zaczęła wędrować mi za plecami, jakby usiłowała wydeptać ścieżkę. Co chwilę słyszałem za sobą gniewne pomrukiwania, jakim to jestem pajacem i egoistą i jak popsułem jej pracę. Starałem się je ignorować. W końcu stanęła za mną i zaczęła komentować moją pracę.
– Czy to portugalski?
– Tak.
Łudziłem się, że jednosylabowe odpowiedzi ją zniechęcą.
– Dlaczego?
– Z tego samego powodu, dla którego ty używasz rosyjskiego: żeby bardziej skomplikować skrypt.
– Nie ja koduję w rosyjskim, tylko Greta. Nie dała rady tylko raz, ty megalomanie od Hioba. – Usłyszałem przyganę w tym słodkim głosie.
Położyła dłoń na oparciu mojego krzesła. Ciepły oddech owionął mi ucho. Kurwa! Będę tu siedział z bolesnym wzwodem, jeśli nie przestanie. To gorsze niż tortura. Znosiłem jej obecność parę minut, aż w końcu odwróciłem głowę. Zapach perfum zrobił się intensywniejszy, moje usta znalazły się bardzo blisko ponętnych różowych warg.
– Przeszkadzam ci? – spytała niewinnie. – Przecież to proste zadanie.
Teraz na oparciu krzesła wylądowała również jej druga dłoń. Niby od niechcenia przebierała palcami, drażniąc przy tym skórę na moim karku. Zaczynałem w głowie przeklinać na czym świat stoi. Przebiegła bestyjka.
Podniosłem się gwałtownie. Nie dając jej szansy na ucieczkę, posadziłem ją przed laptopem.
– Proszę bardzo! Skoro to takie łatwe, dokończ! – rozkazałem, po czym ruszyłem w stronę łazienki.
Ja pierdolę! Muszę się pozbyć tego zapachu z głowy! I zrobić sobie dobrze. Nie będę biegał po domu z bolesnym wzwodem!
Zamykałem drzwi do sypialni, kiedy usłyszałem, jak kichnęła. Znów.
Wybrałem numer do Margo.
– Czemu mi nie powiedziałaś?
– Nie sądziłam, że ma to znaczenie.
– Gówno prawda! – warknąłem.
Westchnęła.
– Tak było bardziej interesująco.
– Jesteś nienormalna!
– I kto to mówi – zakpiła. – Facet, który szczerze wierzy, że świat to zera i jedynki? Bardziej ruszyło cię, że jest hakerką, niż to, że jest mafijną dziedziczką? Czy może boli cię, bo okazało się, że dostałeś dwa w jednym? Śliczna i inteligentna?
– Mam w dupie, kto jest jej ojcem.
– Och, Aiden… Trafiony zatopiony. – Zacmokała do słuchawki, a potem się rozłączyła.
Pieprzona manipulatorka! Doskonale wiedziała, co zrobiła.
Wziąłem lodowaty prysznic, a potem jak gdyby nigdy nic przygotowałem śniadanie. Na początku Stefania stukała w klawisze bez opamiętania, jakby ten biedny laptop był winien wszystkich problemów w jej życiu. Zakwalifikowałem to jako niezły wyczyn, ponieważ lubiłem miękkie klawiatury, z których niełatwo wydobyć głośniejszy dźwięk. Po jakimś czasie poziom agresji zaczął spadać. Zapewne w miarę jak napotykała kolejne problemy.
Luca przyszedł do kuchni, ale zamiast mi pomóc, stał oparty o blat i pił kawę.
– Chcesz coś powiedzieć? – spytałem, robiąc kolejną kanapkę. Skrzywił się i potrząsnął głową, uparcie milcząc. Stefania znów zaniosła się mokrym kaszlem. Rumieniec na policzkach zwiastował gorączkę. – Niepokoi mnie jej stan…
– Mam skoczyć do apteki?
Wzdrygnęła się, jakby dreszcz przeszedł jej po plecach. Odłożyłem nóż i zdjąłem bluzę, którą oddała mi wczoraj wieczorem. Kiedy dotknąłem delikatnie karku dziewczyny, pochyliła się lekko, dzięki czemu mogłem narzucić na jej ramiona ciepły materiał. Wyobraźnia podsunęła mi wizję, jak wypina tyłek, kładąc głowę w pościeli.
– Dziękuję.
Wsunęła ręce w rękawy i wzięła głęboki oddech, przymykając lekko oczy.
Czy ona się zaciągała zapachem moich perfum?
– Zimno ci?
Zamiast odpowiedzieć, kichnęła, a potem pociągnęła nosem.
– Trochę – przyznała w końcu.
Przyniosłem karton chusteczek ze stolika i postawiłem obok. Sprawdziłem dłonią czoło, wydawało się rozgrzane. No i coraz bardziej dokuczał jej katar.
– Załatwimy ci jakieś lepsze leki.
Zjedliśmy w ciszy, po czym Stefania poszła się zdrzemnąć, a Luca pojechał do miasta po antybiotyki i inhalator. Skupiony na pracy, wyłączyłem się zupełnie z rzeczywistości i zanurzyłem w wirtualnym świecie. Podniosłem wzrok znad klawiatury dopiero wtedy, kiedy włoski na karku zjeżyły mi się ostrzegawczo. Cisza zdawała się nienaturalna. Złowroga. Automatycznie sięgnąłem po broń ukrytą w zasięgu ręki pod blatem stołu. Doszło mnie kolejne pociągnięcie nosem. Tym razem nieco inne, prawie płaczliwe?
– Aiden? – W głosie Stefanii pobrzmiewał strach.
Wyjąłem pistolet i odwróciłem się gwałtownie. Postawny blondyn trzymał dziewczynę za włosy i mierzył do niej z Siga. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Wycelowałem między oczy tego kmiota z zamiarem pociągnięcia za spust, gdy tylko będę miał pewność, że nie zranię Stef. Mój Glock nie miał manualnego zabezpieczenia.
Za plecami usłyszałem kroki.
– Rzuć broń, bo ją zastrzelę – odezwał się z ciężkim rosyjskim akcentem nasz drugi gość, łysol w typie bramkarza w wiejskiej dyskotece.
– Szczerze wątpię – zakpiłem. – Romanow odjebie was wszystkich, jeśli spadnie jej z głowy choć jeden włos. Chociaż coś mi się zdaje, że wasze dni i tak są policzone, skoro wykiwała was kobieta.
– Może tak, może nie – odparł. – Jeśli ją uszkodzę, powiem, że w takim stanie była, gdy tu dotarliśmy.
Oho! Czyli nie pałali do swojej podopiecznej szczególną sympatią. Jakoś mnie to nie dziwiło.
– Tobie zależy bardziej – wtrącił się ten pierwszy.
– Może tak, może nie – powtórzyłem jego słowa z lekceważeniem. – Jestem tylko posłańcem. Miałem ją dostarczyć. Instrukcja nie mówiła, czy żywą, czy martwą.
Napastnik pociągnął mocniej włosy Stefanii, sprawiając, że jęknęła z bólu. Musiałbym zaryzykować jej postrzelenie, żeby gnojek ją puścił, a tego nie chciałem.
– Powiemy, że najpierw ty zabiłeś ją, a potem my ciebie.
Wdanie się w bójkę z tymi typami było naprawdę złym pomysłem, ale nie miałem lepszego. Kątem oka dostrzegłem trzeciego gościa. Przez chwilę obserwowaliśmy się wszyscy w ciszy. Każdy z nich trzymał broń w ręku, a sposób, w jaki stawiali kroki, zdradzał, że mają na sobie dodatkowe uzbrojenie. Pewnie noże. Dwóm może dałbym radę, ale trzymając Stefanię na muszce, zapewniali sobie przewagę.
Łysol zmusił płaczącą dziewczynę do uklęknięcia i przystawił jej pistolet do skroni.
Czas na plan B.
Uniosłem ręce w geście kapitulacji. To, co zrobili potem, było kurewsko nieostrożne. Aż się prosiło, żeby wykorzystać okazję. Zaatakowałem gościa, który wyjmował broń z mojej dłoni. Wymieniliśmy kilka ciosów. Kątem oka widziałem, jak Stef uderzyła pięścią w krocze kolesia, który do niej mierzył. Zawył jak ranne zwierzę, ściągając na siebie uwagę tego, który walczył ze mną. To mi dało sekundę przewagi. W następnej uderzona z lewego sierpowego dziewczyna osunęła się bezwładnie na podłogę.
Kurwa mać! Nie o to mi chodziło. Pogruchotanemu będzie mi się ciężej uwolnić, a o pomocy Stefanii mogłem zapomnieć.
Wymieniłem z nimi jeszcze parę ciosów, tak dla zasady i podpuchy. Może i bym wygrał, ale jakim kosztem? Każdy z nich w dowolnej chwili mógł albo ją zastrzelić – choć szczerze wątpiłem, by się do tego posunęli – albo mi tym zagrozić. Udałem, że mnie pokonali, i dałem się obezwładnić. Zarobiłem kilka dobrych ciosów w twarz i brzuch. Musiałem przyznać, że goście mieli parę w łapach. Chociaż częściowo chroniły mnie mięśnie, i tak bolało jak skurwysyn!
Pozostało tylko jedno pytanie: gdzie, do kurwy, jest Luca?!
Kiedy odzyskałam przytomność, zdałam sobie sprawę, że zostałam przywiązana do krzesła. Moje policzki paliły żywym ogniem. Czułam suchość skóry po wcześniejszym płaczu, pulsowało mi w skroniach i miałam trudności z oddychaniem przez zapchany nos. Knebel nie pomagał. Z niedotlenienia zaczęło mi się kręcić w głowie.
Jak szybko się uduszę?
– Wy, Portugalczycy, jesteście tacy nieostrożni – powiedział ktoś z mocnym rosyjskim akcentem.
– Zdejmij tę szmatę z jej twarzy, bo ją udusisz – rozkazał Aiden.
Jego głos dochodził gdzieś z boku i wydawał się leciutko spowolniony, jakby mówienie sprawiało mu trudność. Jurij obejrzał się na mnie z kwaśną miną. Podszedł jednak i wyciągnął knebel. Spazmatycznie wciągnęłam powietrze, starając się nadrobić braki tlenu.
– Powoli, głębokie wdechy nosem i wydechy ustami – instruował Aiden. – O ile jesteś w stanie.
– Martw się o siebie! – warknął Olaf, uderzając go w żebra.
Zaczął go okładać. Każdy cios w szczękę sprawiał, że żołądek mi się zaciskał. Każdy cios w brzuch owocował nieprzyjemnym dreszczem spływającym mi po kręgosłupie.
To wszystko moja wina! To ja chciałam się uwolnić od ojca mafioza. Niby z deszczu pod rynnę, z jednej mafii do drugiej, ale Alvarez-Talavera przemawiał do mnie bardziej niż tatuś megaloman i psychopata.
– Zamknij oczy – rzucił Aiden twardo, ale jego komenda zakończyła się jękiem.
Posłuchałam. Nadal go bili, a ja nie mogłam na to patrzeć. Płakałam bezgłośnie.
W końcu wszyscy napastnicy wyszli, zostawiając nas samych. Aiden podniósł głowę i zlizał krew z rozciętej wargi. Spływająca po policzku strużka kapała na białą koszulkę.
– Krwawisz – wyszeptałam.
– Rany głowy zawsze obficie krwawią. To nie znaczy, że są poważne – uspokajał mnie. Wiedziałam o tym, a mimo wszystko nie czułam się przekonana. Wiedzieć a widzieć to dwie różne sprawy. – Ile twój ojciec płaci tym debilom?
– Debilom? – Siorbnęłam nosem.
– Tylko debil używa plastikowych zacisków.
Manewrując ciałem, przysunął biodra do przykutej do poręczy ręki i rozpiął pasek w spodniach. Zahaczył go o opaskę, za pomocą której była przywiązana jego kostka, i szarpnął kilkakrotnie. Za trzecim razem puściła. To dało mi jako taką nadzieję, że może wyjdziemy z tego żywi. Oblizałam suche usta, pociągając nosem.
– Ilu ich jest? Policzyłaś?
– Trzech.
Drugiej opaski pozbył się, zanim zdążyłam doliczyć do dwudziestu.
– Jak są uzbrojeni? – dopytywał. Milczałam, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowana. Nie mogłam się skupić na tym, co mówił, bo całkowicie pochłonęło mnie to, co robił. Przesuwał pasek pod zaciskiem krępującym jego dłoń. – Skup się, Stef.
– Nie wiem – szepnęłam.
Uwolnił jedną rękę i przez chwilę mocował się z drugą.
– Mieli pistolety? Noże? Kurwa, skup się! – powtórzył nagląco.
Nigdy się tym nie interesowałam. Zajmowałam się zgłębianiem świata zer i jedynek, nie było mi po drodze z bronią białą, palną czy jakąkolwiek inną. Ojciec nie nalegał, żebym się nauczyła bronić. Twierdził, że to zadanie dla ochrony, a nie dla delikatnej panienki. Za to potrafiłabym, z małą pomocą na przykład takiego Cerbera, włamać się do Pentagonu czy Interpolu. Ale o tym mój tatuś mafiozo nie wiedział.
– Nie wiem. Nie znam się, więc nie zwracam uwagi na takie detale – przyznałam, zawstydzona.
– Ja pierdolę – zaklął pod nosem. – Co za, kurwa, ironia. Księżniczka Bratwy nie ma pojęcia o broni – zakpił.
– Jakoś nie było mi to potrzebne w życiu – odparowałam z pretensją. – Wolę wiedzieć, jak się robi aglio e olio z cytryną albo brioszkę.
W końcu się wyswobodził, podszedł do stolika i wziął nóż, który jeden z nieostrożnych ogrów tam zostawił. Po chwili i ja byłam wolna.
– I co teraz? – spytałam, wstając. Zaraz jednak zakręciło mi się w głowie, więc klapnęłam z powrotem.
Może za szybko się poderwałam? A może miałam gorączkę, pusty żołądek i się odwodniłam?
Położył mi dłoń na rozgrzanym czole, po czym ściągnął bluzę i narzucił na moje ramiona. Facet miał nierówno pod sufitem. Więziło nas trzech uzbrojonych ludzi, a on się przejmował moją chorobą? Przecież zaraz mogliśmy oboje zginąć?! Serio?! Ktoś tu powinien przemyśleć swoje priorytety!
– Jak się stąd wydostaniemy? – naciskałam.
– Drzwiami.
Orzeł intelektu!
Nie wyglądał na supermana, a ludzie ojca to ogromne byki. Nie wiem, czym ich karmili za młodu, że wyrośli tacy wielcy. „Wysoki do nieba i głupi jak trzeba”, mawiała o takich nasza polska gosposia. To absurdalne, że akurat teraz przyszło mi do głowy jej powiedzonko, ale pasowało jak ulał. Nawet przewodzący zespołowi Olaf nie grzeszył rozumem.
– Spróbujemy się ich pozbyć jednego po drugim, nie alarmując pozostałych.
– Niby jak?
Chwilę siłował się z nogą od krzesła, ale udało mu się ją wyrwać.
– Zawołaj po pomoc.
Wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem, kiedy ustawiał się przy drzwiach.
– Oszalałeś?
– Jak tylko wejdzie, zamknij oczy – poradził.
– Co?!
– Nie chcesz tego widzieć.
Odetchnęłam. Może miał rację, nie potrzebowałam pod powiekami krajobrazów wojny, krwi i śmierci. Wolałam linie tekstu! Albo małe kotki i pieski.
– Pomocy! – zawołałam nieco stłumionym głosem, jakbym się dusiła.
Do pomieszczenia wpadł jeden z nieznanych mi ludzi ojca. Był posturą podobny do Aidena, ale nieco niższy. Trafiony nogą od krzesła pod kolanem zdążył tylko odchylić głowę, zanim Cerber zręcznie skręcił mu kark. Nie pozwolił, by ciało opadło na ziemię, tylko przytrzymał je i ułożył pod ścianą. Zebrało mi się na wymioty. Upiorne chrupnięcie. Boże, ten dźwięk będzie mnie prześladował! Nigdy więcej nie zjem chipsów!
– Powiedziałem: „nie patrz” – przypomniał z pretensją, kiedy przyłożyłam rękę do ust i włożyłam głowę między kolana.
Obszukał martwe ciało. Wziął broń, przeładował magazynek i sprawdził, czy nabój jest w komorze. Przykucnąwszy z nożem w ręku przy wejściu, spojrzał na mnie znacząco.
– Jeszcze raz. I tym razem naprawdę nie patrz, bo będzie dużo krwi.
Przełknęłam ciężko.
– Pomocy! – zawołałam głośniej.
Ledwo Wania postawił nogę za progiem, Aiden wyrzucił dłoń do góry w kierunku wewnętrznej strony jego uda. Dźgnął kilkakrotnie. Za drugim razem z rany polała się spora ilość krwi, jakby ktoś przeciął rurę doprowadzającą wodę. Aiden wciągnął go do pokoju i zamknął drzwi.
– Powinieneś przemyśleć strategię. – Ochroniarz sięgnął po broń, ale zachwiał się lekko, więc mój bohater z łatwością mu ją odebrał.
– Strategia jest idealna. – Głos Aidena brzmiał spokojnie. Krew Wani ściekała po dżinsach w zatrważającym tempie, tworząc kałużę u jego stóp. Zamrugał i potknął się o własne nogi.
– Ty… – wyszeptał.
– Ostatnia lekcja biologii – mruknął Aiden. – Ciało człowieka zawiera od pięciu do siedmiu litrów krwi. Aorta pompuje w ciągu minuty pięć do sześciu litrów. Po przecięciu tętnicy udowej człowiek umiera z powodu wykrwawienia w mniej więcej trzydzieści sekund.
Wpatrywałam się w płynącą po nodze posokę z fascynacją i rosnącą gulą w żołądku. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. W końcu Wania zwalił się na podłogę, a Aiden przeładował magazynek odebranego mu pistoletu.
– Wiesz, co się z tym robi? – spytał, podając mi broń.
– Teoretycznie tak, ale…
– W ostateczności, jeśli ja nie dam rady, zabij go.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, jak idiotyczny to pomysł, ponieważ Jurij wszedł do środka z gnatem w dłoni.
– Co do kurwy?! – wymamrotał na widok krwi na podłodze.
Aiden zasłonił mnie sobą i zaczął strzelać. Naliczyłam pięć strzałów, ale nie miałam pewności, czy to właśnie on oddał je wszystkie. Jego ciało spoczywało na mnie ciężko. Boże, nie pozwól, by go zabili. Z dwojga złego wolałam już Aidena niż Jurija.
Nie miałam szczęścia.
Ciało Aidena zostało ze mnie brutalnie ściągnięte. Na jego koszulce wykwitła szkarłatna plama, ale jęk bólu zdradził mi, że mężczyzna jeszcze żyje. Jurij uderzył mnie pięścią w twarz. Przed oczami zatańczyły mi mroczki. Facet wiedział, jak lać kobiety. Czy oni uczą ich tego w szkołach? Są jakieś treningi dla damskich bokserów? Czaszkę rozsadzał mi pulsujący ból.
Widziałam, jak Aiden zmaga się z Jurijem, który ważył chyba połowę więcej niż on. Doszedł mnie dźwięk łamanej kości i przeciągły wrzask. Czyj? Nie miałam pojęcia. Może jednak nie byłam taką szczęściarą, jaką chciałam udawać?
Świat wokół mnie się rozmazał, a ja zanurzyłam się w białym, jasnym świetle. Widziałam kontury podchodzącego do mnie mężczyzny, ale nie potrafiłam dostrzec, kto będzie dalej kowalem mojego losu. Zanim zdążyłam się o tym przekonać, pochłonęła mnie ciemność.
Te poliwęglanowe włókna, które miały być wytrzymalsze od kevlaru, dałyby radę, gdyby nie to, że strzał padł z tak bliskiej odległości. Nauczka na przyszłość. Nie dość, że zostałem ranny, przez co mnie zamroczyło, to jeszcze chujkowi udało się uderzyć Stefanię. Dokładnie w to samo miejsce co poprzednio. Straciła przytomność i spadła z krzesła.
Podciąłem kutasowi nogi, a ten zwalił się częściowo na mnie. Ależ był ciężki. W skupie żywca dostałbym pewnie fortunę. Szamotałem się z nim chwilę, w końcu jednak udało mi się go unieruchomić, a potem złamać mu kość udową. Dwa cięcia nożem później siedziałem na krwawiących zwłokach.
Od bohatera do zera – zakpiłem, przeciągając Stefanię za ręce z dala od krwi. Zwaliłem się na podłogę obok niej. Ja pierdolę, ból niemal mnie paraliżował. Skoro jednak nadal oddychałem, pocisk nie uszkodził niczego ważnego. Po długiej chwili podniosłem się z trudem, przyciskając dłoń do boku. Zabrałem broń z podłogi i, sprawdzając magazynek, powlokłem się do drzwi głównych. Bez zadawania pytań zajebię każdego, kto przekroczy próg, a kogo nie rozpoznam w pierwszej sekundzie.
Miałem naprawdę złe przeczucia! Gdzie, do kurwy, był Luca? Może go przydybali w miasteczku i zabili? Ja bym tak zrobił. Żadnych świadków. Pozbywanie się żołnierzy przeciwnika to świetna taktyka operacyjna. Szkoda mi było młodego, miał zadatki na naprawdę dobrego specjalistę od broni. Dwa lata pracował z Dariusem, i teraz przyszła moja kolej na szkolenie.
Ale najpierw priorytety.
Upewnienie się, czy napastników nie było więcej, oraz opatrzenie rany, potem Stefania, a na końcu przegrupowanie i zebranie informacji o tym, co tu się, kurwa, dzieje. Nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy. Wyciek musiał się zdarzyć po stronie Margo i Olsena. Wbrew temu, co powiedziałem, nie byliśmy w domu Vitiellich, tylko po drugiej stronie tego pierdolonego jeziora.
Czy Stefania miała na sobie albo w sobie nadajnik?
Przejrzałem wszystkie rzeczy, które ruscy mieli ze sobą w aucie. Sporo broni, ale też materiały opatrunkowe. I to całkiem niezłej klasy. Nawet wojskowy Celox do tamowania krwotoków. Napierdalało mnie tak, że miałem im ochotę podziękować. Tyle że wszyscy już nie żyli. Zabrałem apteczkę z samochodu do domu i zakleiłem ranę, ale ewidentnie potrzebowałem, żeby obejrzał ją lekarz. Nie miałem rany wylotowej, więc pocisk nadal tkwił w środku. Za żadne skarby nie pogrzebię sobie sam w bebechach. Jakimś cudem wśród leków znalazłem morfinę. Skrupulatnie obliczyłem dawkę, żeby się nie znieczulić na amen.
Nienawidzę igieł! Kurwa jego mać!
Już po minucie poczułem się znów jak młody bóg. Może trochę sponiewierany młody bóg, ale zawsze coś. Taki Loki po rozgrywce z Hulkiem.
– Puny god – wymamrotałem pod nosem, przywołując frazę z Avengersów.
Wróciłem do miejsca kaźni i wyniosłem stamtąd Stefanię. Nie było mowy, żebyśmy tu zostali, więc zostawiłem ją na kanapie, a sam spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy. Kiedy ją ocuciłem, jęknęła z bólu. Obmacałem jej szczękę. Na szczęście nie wyglądało na to, żeby Jurij ją złamał.
– W porządku, Stef, kość jest cała. Będziesz mieć tylko potężnego sińca.
Zamrugała i spojrzała na mnie.
– Co z tobą? – spytała szeptem pełnym bólu. Usiadła prosto, odgarniając z twarzy włosy. Niezdrowy rumieniec zabarwił jej policzki.
Ściągnąłem z jej nadgarstka gumkę i związałem srebrne pasma na karku, żeby nie przeszkadzały.
– Nic mi nie będzie – zapewniłem, ale nie wydawała się przekonana.
Zmarszczyła brwi, przyglądając się moim ubraniom. Dobra, wyglądałem koszmarnie. Biała koszulka przesiąkła krwią, ale nie mieliśmy czasu na prysznic i przebieranie się.
– Czy oni…? – Wzdrygnęła się lekko.
– Tak.
Sięgnąłem po tablet i wywołałem trackery samochodu i Luki. Ten z auta wskazywał lokalizację przed apteką, jego osobisty – na terenie szpitala. A więc jednak dopadli młodego. Stefania w kuchni zmywała ręcznikiem krew z twarzy. Powinienem zrobić to samo, inaczej nastraszę ludzi na oddziale ratunkowym. Podszedłem do niej, odkręciłem mocniej wodę i opłukałem się na tyle, na ile to było możliwe.
– Dzięki – powiedziała słabo, sięgając po chusteczki, żeby wysmarkać nos.
– Za co?
– Za uratowanie mi życia. – Stała przede mną jak dziecko nieszczęścia walczące ze łzami.
– No to po jeden, króliku – rzuciłem żartobliwie, nawiązując do naszego pierwszego spotkania.
Zachwiała się lekko, więc odsunąłem krzesło i posadziłem na nim jej dupę. Jak będę musiał ją znów nosić, ta rana nigdy się nie zagoi. Nie przytuliłem jej, bo nie miałem ochoty marnować czasu na babską histerię i łzy. Ogarnę ją emocjonalnie, gdy już przestanie nam grozić niebezpieczeństwo. Chyba dopiero teraz zauważyła dziurę w moim T-shircie, a sekundy później dotarło do mnie, skąd się wzięła. Ściągnąłem go przez głowę i rzuciłem na stół.
– Jezu, Aiden…
Spodnie też miałem całe we krwi. Ten prysznic chyba nie byłby takim złym pomysłem. Nie mieliśmy jednak czasu. Wytarłem się z grubsza mokrym ręcznikiem, ostrożnie omijając żelowy korek z Celoxu.
– Nic się nie stało – bagatelizowałem. – Musimy pojechać do szpitala.
– Widzę.
– Przede wszystkim ze względu na Lucę i ciebie – zaznaczyłem. – Najprawdopodobniej nasze domowe sposoby na przeziębienie nie zadziałały i potrzebujesz antybiotyku.
– Jesteś ranny – odparła nieco zbyt wysokim tonem, zanosząc się mokrym kaszlem.
Wyjąłem z torby czystą koszulkę.
– Bez histerii, Stefania! – ostrzegłem, naciągając materiał przez głowę. Przyniosłem jej buty i kurtkę. – Ubieraj się.
Zadzwoniłem do Margo dopiero w drodze do szpitala.
– Potrzebuję ekipy sprzątającej – rzuciłem zamiast powitania. – Trzech ludzi od Romanova namierzyło nas w górach.
– W jaki sposób?
– Jeszcze nie wiem.
– Może od tego trzeba zacząć?
Obecność baby w zespole niesamowicie mnie wkurwiała. One zadają zbyt wiele pytań. Skoro mówię, że nie wiem, to dlatego, że coś przeszkodziło mi w dowiedzeniu się tego, a nie dlatego, że się opierdalam. Dla każdego faceta byłoby to oczywiste. Myślałem, że Margo jest inna, ale widać stworzyłem sobie zbyt wygórowane wyobrażenie o Grecie Eden.
– Stefania ma jakąś chujową, ostrą infekcję, a ja ranę postrzałową zalepioną Celoxem. Luca jest w szpitalu. Skoro nie dzwonił, to zapewne w złym stanie lub krytycznym, więc skończ przypierdolkę.
– Masz ze sobą hakerkę – przypomniała. – Nafaszeruj ją lekami i daj lapka do ręki.
– Ona ma gorączkę! Pewnie coś pod trzydzieści dziewięć stopni.
