Prawdziwe kłamstwa. Baleary #7 - Greta Eden - ebook
NOWOŚĆ

Prawdziwe kłamstwa. Baleary #7 ebook

Greta Eden

4,9

293 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy kłamstwo przestaje być kłamstwem, jeśli wszyscy znają prawdę?

Po wydarzeniach w Moskwie wydaje się, że wszystkie tajemnice ujrzały światło dzienne. To jednak tylko iluzja. Greta Eden ma ostatnią misję do wykonania – ocalić siostrę i dać jej szansę na nowe życie. Będzie jednak potrzebowała odpowiedniego pomocnika.

Aiden Deveraux od lat funkcjonuje w świecie, w którym wszystko można sprowadzić do zer i jedynek. Jest ekspertem od cyberbezpieczeństwa, człowiekiem, który nie ufa przypadkom i nigdy nie działa pod wpływem emocji. Kiedy jednak wyrusza odebrać „polisę” Grety Eden, nie spodziewa się, że stanie twarzą w twarz z legendarną White Rabbit, z którą już kiedyś toczył własną cyfrową wojnę.

Stefania Romanova całe życie była więźniem własnego nazwiska. Wychowana w izolacji mafijna księżniczka uciekła w świat kodów, marząc o wolności, która zawsze była poza jej zasięgiem. Gdy skrupulatnie opracowany plan zaczyna się komplikować, a czas przestaje być sprzymierzeńcem, nie może dłużej liczyć na Gretę. Zmuszona do działania na własną rękę, Stefania ryzykuje wszystko. Każde kłamstwo przybliża ją do celu i jednocześnie do upadku.

Kiedy dwoje hakerów krzyżuje wirtualne miecze, granica między wrogiem a sprzymierzeńcem zaczyna się zacierać. W świecie, gdzie prawda jest najniebezpieczniejszą bronią, a uczucia największą słabością, Stefania i Aiden stają naprzeciw siebie uzbrojeni w sekrety, kłamstwa i… niechciane pragnienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 482

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,9 (128 ocen)
111
15
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aleksandrawitaszek

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna! N
31
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle niezawodna 🤌🏻
31
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Finałowa perełka,którą czyta się z zapartym tchem❕Czytajcie
31
Rebeka36

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham każdą literkę, którą pisze Anja dla mnie. Jej wszystkie książki są najlepsze. Dobrze, że jesteś i umilasz mi czas spędzany z twoimi książkami.
20
Markiza93

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham całą serię. Polecam każdemu z całego serca
20



Co­py­ri­ght © 2026 by Gre­ta Eden

Co­py­ri­ght © 2026 by Pro­jekt B

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

Re­dak­tor pro­wa­dząca: Anna Ma­łec­ka

Re­dak­cja: Ewe­li­na Ga­łdec­ka

Pierw­sza ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Dru­ga ko­rek­ta: Kin­ga Ksel

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki: Ewa Po­pław­ska

Źró­dła ob­ra­zów: ta­wat­cha­i1990, Na­ti­ka, So­hag, pra­thum, Are­li Me­di­na, Aamir­So­ha­il, Gael, Pa­vel (Ado­be­Stock)

ISBN: 978-83-979685-5-4

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

© All ri­ghts re­se­rved

gre­ta.eden.au­or­ka@gma­il.com

Nad­cho­dzi taki mo­ment, kie­dy trze­ba wy­brać mi­ędzy prze­wró­ce­niem stro­ny a za­mkni­ęciem ksi­ążki.

Rozdział 1

Stefania

Po otrzy­ma­niu SMS-a od Gre­ty zro­bi­łam się nie­spo­koj­na. Wie­dzia­łam, że ten dzień na­dej­dzie, ale cze­mu dzi­siaj? Cze­mu aku­rat te­raz, przed okre­sem, kie­dy czu­łam się jak kupa gów­na? Ła­ma­ło mnie w ko­ściach, kom­plet­nie bra­ko­wa­ło mi ener­gii, a do tego od paru dni męczył ka­szel. Jak tak da­lej pój­dzie, umó­wię się do le­ka­rza. Czas mi się dłu­żył mimo hi­per­ak­tyw­no­ści. Mia­łam otwar­te po­nad dwa­dzie­ścia za­kła­dek w prze­glądar­ce in­ter­ne­to­wej, ale na żad­nej nie po­tra­fi­łam się sku­pić. Wci­ąż prze­ska­ki­wa­łam z jed­nej na dru­gą. Nie mo­głam so­bie na­wet zna­le­źć pa­su­jącej mu­zy­ki – bez prze­rwy zmie­nia­łam utwo­ry. Nic mi nie pa­so­wa­ło.

Scho­dzi­łam wła­śnie do kuch­ni po prysz­ni­cu, żeby wzi­ąć ko­lej­ną aspi­ry­nę, kie­dy do­bie­gły mnie gło­sy z po­ko­ju ochro­ny. Sta­nęłam przy drzwiach, kon­cen­tru­jąc się na pod­słu­chi­wa­niu.

– Ja­kiś Por­tu­gal­czyk! – rzu­cił z po­gar­dą je­den z ochro­nia­rzy.

– Kur­wa! – szep­nęłam do sie­bie.

– Weź paru lu­dzi. Spo­tka­nie ma się od­być na Five Po­ints. – Za­skrzy­pia­ły nogi krze­sła prze­su­wa­ne­go przez jed­ne­go z go­ry­li ojca. – Niech to wy­gląda na gang­ster­skie po­ra­chun­ki.

Prze­kra­dłam się do schow­ka sąsia­du­jące­go z ich po­ko­jem. Z ja­kie­goś po­wo­du tu było le­piej sły­chać. Wie­dzia­łam to z do­świad­cze­nia.

– Gdzie dziew­czy­na? – za­py­tał Olaf.

– Bra­ła prysz­nic na gó­rze – od­pa­rł Ju­rij.

– Zaj­rzyj do niej za ja­kiś czas i do­pil­nuj, żeby nie wy­szła.

Po­wo­dze­nia, tu­ma­nie.

Zna­łam co naj­mniej dwie dro­gi uciecz­ki, któ­re da­ły­by mi kil­ka go­dzin prze­wa­gi. Obec­nie jed­nak nie mo­głam sko­rzy­stać z żad­nej z nich, po­nie­waż mu­sia­łam ra­to­wać ty­łek pew­ne­mu por­tu­gal­skie­mu gang­ste­ro­wi. Od Five Po­ints dzie­li­ło nas ja­kieś trzy­dzie­ści mi­nut jaz­dy, chy­ba że ktoś znał nie­le­gal­ny skrót przez park.

Boże, cze­go się nie robi dla wol­no­ści.

Kro­ki obu mężczyzn po­wo­li się od­da­la­ły.

Co by tu zro­bić z Ju­ri­jem? Może nic? Za­kra­dłam się do po­ko­ju ochro­ny. Ma­ry­nar­ka mężczy­zny wi­sia­ła na opar­ciu. Cie­ka­we, czy ma ja­kieś drob­ne na tak­sów­kę? Wy­ci­ągnęłam port­fel, a z nie­go spo­rą licz­bę bank­no­tów. BIN­GO! Usta roz­ci­ągnęły mi się w sze­ro­kim uśmie­chu. Szczęścia­ra ze mnie. Wyj­rza­łam na ko­ry­tarz. Nie było mowy, że­bym wró­ci­ła na górę się prze­brać, bo mu­sia­ła­bym mi­nąć sa­lon, gdzie Olaf wła­śnie włączył te­le­wi­zor. Cud­nie!

Jezu, do­brze, że mój szla­frok z kap­tu­rem oka­zał się jed­nym z tych cie­plut­kich, mi­lu­sich i mi­ęciut­kich. Jesz­cze le­piej, że mo­głam się nim okręcić nie­mal dwa razy. A już za­je­bi­ście, że mia­łam w kie­sze­ni te­le­fon. Go­rzej, że nie było szans na prze­krad­ni­ęcie się po ja­kieś buty. Spoj­rza­łam z ża­lem na bor­do­wy la­kier na pa­znok­ciach stóp.

No trud­no, cze­go się nie robi dla wol­no­ści – po­wtó­rzy­łam so­bie po raz ko­lej­ny w gło­wie.

Ze­szłam do ga­ra­żu i przez bocz­ne drzwi wy­do­sta­łam się na ze­wnątrz. Ta­ry­fa sto­jąca dwa domy da­lej wy­gląda­ła jak dar nie­bios. Wszech­świat wy­jąt­ko­wo stał dzi­siaj po mo­jej stro­nie. Al­le­lu­ja! Uży­łam kodu Ola­fa, żeby otwo­rzyć furt­kę. Na­wet aż tak bar­dzo nie czu­łam chło­du pod sto­pa­mi. Cóż, ad­re­na­li­na ro­bi­ła swo­je. Po­bie­głam w stro­nę tak­sów­ki. Śnieg, któ­ry wczo­raj nie­spo­dzie­wa­nie za­szczy­cił nas swo­ją obec­no­ścią, szczy­pał po­de­szwy, ale sta­ra­łam się to igno­ro­wać.

Niech mi ktoś jesz­cze raz wspo­mni o ocie­ple­niu kli­ma­tu, to go siek­nę! Jest pie­przo­ny kwie­cień! Mam na­dzie­ję, że nie wy­ły­sie­ję od la­ta­nia z mo­kry­mi wło­sa­mi w ze­ro­wej tem­pe­ra­tu­rze.

Wsko­czy­łam do tak­sów­ki.

– Cze­kam na ko­goś – ode­zwał się bur­kli­wie kie­row­ca.

– Ja po­trze­bu­ję trans­por­tu bar­dziej – po­wie­dzia­łam, uśmie­cha­jąc się za­lot­nie, po czym unio­słam bank­no­ty.

Kie­row­ca po­pa­trzył na mnie dziw­nie, ale – jako że kasa prze­ma­wia do wszyst­kich w uni­wer­sal­nym języ­ku po­ro­zu­mie­nia po­nad po­dzia­ła­mi – włączył tak­so­metr, jak­by wi­dok bo­sej ko­bie­ty z mo­kry­mi wło­sa­mi i w szla­fro­ku nie ro­bił na nim wra­że­nia. To w ko­ńcu pie­przo­ne Chi­ca­go, tu wszyst­ko mo­gło się zda­rzyć.

– Do­kąd?

– Do baru Five Po­ints na Stet­son. – Za­trze­po­ta­łam rzęsa­mi. – Je­śli zro­bisz nie­le­gal­ny skrót przez park, za­pła­cę eks­tra… – Prze­li­czy­łam bank­no­ty, któ­re zgar­nęłam z port­fe­la ochro­nia­rza. – Ty­si­ąc pi­ęćset?

Na ustach tak­sów­ka­rza po­ja­wił się chci­wy uśmie­szek.

– Się robi, sze­fo­wo.

– I pod­kręć ogrze­wa­nie – po­pro­si­łam.

– Ja­sne.

Wpa­try­wa­łam się w kra­jo­braz, dy­wa­gu­jąc, co wła­ści­wie po­win­nam zro­bić. We­jść do baru i ka­zać wszyst­kim paść na zie­mię jak w ja­ki­mś ta­nim fil­mie gang­ster­skim kla­sy D? Oznaj­mić: „Cze­ść, Aiden! Je­stem Ste­fa­nia. Lu­dzie mo­je­go ojca za­raz będą usi­ło­wa­li cię za­bić, po­zo­ru­jąc po­ra­chun­ki gan­gów, mimo że to nie­wła­ści­wa dziel­ni­ca…”?

Ale w su­mie ukry­wa­nie cór­ki ma­fij­ne­go cara w ser­cu Fa­mi­glii też nie było stan­dar­do­wym po­su­ni­ęciem. „Pod la­tar­nią naj­ciem­niej”, jak ma­wia się w kra­ju mo­je­go ojca.

Pa­trzy­łam na ze­ga­rek na kon­so­li, usi­łu­jąc osza­co­wać, ile zo­sta­ło mi cza­su. Je­śli eki­pa ude­rze­nio­wa utknie w kor­kach, mia­łam re­al­ną szan­sę ich wy­prze­dzić, je­śli nie… do­ta­rła­bym na styk. Ta ak­cja była chy­ba naj­głup­szą w ca­łym moim do­tych­cza­so­wym dwu­dzie­sto­ośmio­let­nim ży­ciu. A ro­bi­łam już ró­żne idio­ty­zmy. Gdy­by nie to, że Gre­ta skon­tak­to­wa­ła się ze mną wczo­raj, zi­gno­ro­wa­ła­bym tę sy­tu­ację. Nie moje ma­łpy, nie mój cyrk. Swój plan awa­ryj­ny i tak już mia­łam. Jed­nak gdy Ju­rij wspo­mniał o Por­tu­gal­czy­ku, roz­dzwo­ni­ły się wszyst­kie sy­re­ny alar­mo­we w mo­jej gło­wie. Nic nie szło tak, jak po­win­no. Przy­go­to­wa­łam się sta­ran­nie, spa­ko­wa­łam tor­bę na wy­pa­dek „ewa­ku­acji” i… Puff! Plan po­sze­dł z dy­mem, bo Por­tu­gal­czy­cy nie po­tra­fi­li so­bie od­po­wied­nio do­brać in­for­ma­to­ra.

Trud­no. Brnij­my w to da­lej! Cze­mu nie? Gre­ta przy­naj­mniej do­star­czy mi me­ga­ro­zryw­ki! O ile wcze­śniej nie wy­plu­ję płuc przez ten ka­szel.

Aiden

Pier­do­lo­ny dzwo­ne­czek brzęczący przy ka­żdym otwar­ciu drzwi do­pro­wa­dzał mnie do sza­łu. Te­raz ode­zwał się po­now­nie. Wy­bra­łem so­bie miej­sce na ko­ńcu baru, że­by­śmy w ra­zie cze­go mo­gli się na­tych­miast ulot­nić. Cze­ka­łem na kon­takt od Mike’a, któ­ry miał się tu ze mną spo­tkać, a od­gło­sy za­mie­sza­nia spra­wi­ły, że pod­nio­słem wzrok znad nie­tkni­ęte­go piwa. W we­jściu sta­ła bosa ko­bie­ta z mo­kry­mi wło­sa­mi i w szla­fro­ku. Wpa­try­wa­łem się w nią ni­czym w eg­zo­tycz­ne stwo­rze­nie, po­dob­nie zresz­tą jak po­zo­sta­li go­ście i ob­słu­ga baru. Roz­po­zna­nie było ni­czym ku­beł zim­nej wody.

Ste­fa­nia.

– Wszy­scy na zie­mię! – wrza­snęła, rzu­ca­jąc się w moją stro­nę mi­ędzy sto­li­ka­mi.

Wpa­dła na mnie, kie­dy roz­le­gły się pierw­sze strza­ły. Za­miast po­zwo­lić się prze­wró­cić, prze­nio­słem ci­ężar wła­sne­go cia­ła i pod­ci­ąłem jej nogi. Za­sło­ni­łem ją, cho­wa­jąc nas za ba­rem, i po­ci­ągnąłem na podło­gę.

Odłam­ki szkła po­sy­pa­ły się z okien se­kun­dy pó­źniej. Kule z bro­ni ma­szy­no­wej wbi­ja­ły się se­ria­mi we wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Z baru spa­da­ły roz­bi­te szklan­ki i kie­lisz­ki. Bu­tel­ki lądo­wa­ły na podło­dze, a al­ko­ho­le mie­sza­ły się w ka­łu­żach. Lu­dzie krzy­cze­li coś nie­skład­nie.

A po­tem za­le­gła ci­sza prze­rwa­na tyl­ko pi­skiem opon od­je­żdża­jących sa­mo­cho­dów. Wy­gląda­ło na to, że na­past­ni­cy nie za­mie­rza­li ani wcho­dzić i spraw­dzać, czy uda­ło im się osi­ągnąć cel – ja­ki­kol­wiek on był – ani po­sy­łać dru­giej se­rii tak a nuż wi­de­lec, żeby się upew­nić. Je­ba­ni ama­to­rzy!

Z ze­wnątrz na­pły­nęła fala mro­źne­go po­wie­trza. Unio­słem się na przed­ra­mio­nach, czu­jąc na swo­im kro­czu dwie drob­ne dło­nie. Zer­k­nąłem w bok. Klien­ci za­czy­na­li się roz­glądać, spraw­dza­jąc, czy nikt nie od­nió­sł ob­ra­żeń. Ktoś miał przy uchu te­le­fon i re­fe­ro­wał wy­da­rze­nia. Pew­nie za­dzwo­nił na nu­mer alar­mo­wy.

Szlag!

Dziew­czy­na po­ru­szy­ła się, wy­su­wa­jąc ręce spo­mi­ędzy mo­ich nóg. Za­ci­snąłem zęby, a ona uśmiech­nęła się sze­ro­ko. Unio­sła ubru­dzo­ny al­ko­ho­lem pa­lec i wsa­dzi­ła go do ust.

– Mniam – mruk­nęła, a krew na­pły­nęła do mo­je­go fiu­ta.

Pa­trzy­łem na nią jak urze­czo­ny, gdy ro­ze­śmia­ła się pe­łną pier­sią. Kur­wa! Mia­ła prze­pi­ęk­ne oczy, z któ­rych te­raz pły­nęły łzy roz­ba­wie­nia. Pod­nio­słem się na ko­la­na.

– Wa­riat­ka – po­wie­dzia­łem bar­dziej do sie­bie niż do niej.

– Ca­łko­wi­ta! – po­twier­dzi­ła mi­ędzy par­sk­ni­ęcia­mi. – A ja­kie są two­je su­per­mo­ce?

– Kie­dyś je mia­łem, ale po­tem po­sze­dłem na te­ra­pię – od­pa­ro­wa­łem, a ona, za­miast się ob­ra­zić, znów się ro­ze­śmia­ła. Jej cia­ło wi­bro­wa­ło pode mną. – Mu­si­my się zbie­rać, je­śli chce­my znik­nąć nie­zau­wa­że­ni.

Pod­nio­słem gło­wę i spoj­rza­łem w ka­me­rę. Oby to było jed­no z tych bar­dzo no­wo­cze­snych urządzeń, do któ­rych da się wła­mać na od­le­gło­ść. Mó­głbym to zro­bić z te­le­fo­nu, ale naj­pierw mu­sia­łem za­jąć się dziew­czy­ną. Po­mo­głem jej wstać. Poły szla­fro­ka roz­chy­li­ły się, eks­po­nu­jąc do­lin­kę mi­ędzy pier­sia­mi i frag­ment kre­mo­we­go uda. Ma­te­riał na­si­ąkł al­ko­ho­lem. Otrze­pa­ła się ze szkła i za­kry­ła de­kolt. Jej wzrok ta­kże po­wędro­wał do ka­me­ry.

Prze­szła przez drzwi do kuch­ni, a mnie nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak pó­jść za nią. Kom­plet­na wa­riat­ka! Zgar­nąłem po dro­dze swo­ją kurt­kę i ja­kiś dam­ski płaszcz. Skręci­ła do po­miesz­cze­nia z pla­kiet­ką: „Biu­ro”. Spoj­rza­ła na lap­to­pa.

– My­ślisz, że mamy pięć mi­nut? – spy­ta­ła, sia­da­jąc do kom­pu­te­ra. Zdu­si­ła ka­szel.

– Re­ak­cja chi­ca­gow­skiej po­li­cji w przy­pad­ku strze­la­ni­ny to sie­dem mi­nut – od­pa­rłem, przy­po­mniaw­szy so­bie sta­ty­sty­ki.

– A więc mamy. – Jej pal­ce za­częły śmi­gać po kla­wia­tu­rze. Bar­dziej jed­nak niż to, ja­kie­go kodu za­mie­rza­ła użyć, żeby wy­czy­ścić dysk, in­te­re­so­wa­ło mnie, co się dzie­je w ba­rze i gdzie są zbi­ry. Wy­jąłem te­le­fon i wy­sła­łem kod alar­mo­wy do Luki. W od­da­li roz­le­gły się sy­re­ny.

– Mu­si­my iść.

Zła­pa­łem ją za ra­mię i pod­nio­słem gwa­łtow­nie z krze­sła.

– Nie, daj mi sko­ńczyć, już pra­wie to roz­gry­złam.

Wy­rwa­łem lap­to­pa ze sta­cji do­ku­jącej, po czym wy­pi­ąłem ba­te­rię z tyłu. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy tech­nicz­nych fa­jer­wer­ków. Ewen­tu­al­ne ko­pie za­pa­so­we w chmu­rze wy­ka­su­je­my zdal­nie. Ob­jąłem dziew­czy­nę ra­mie­niem i wy­pro­wa­dzi­łem na ko­ry­ta­rzyk pro­wa­dzący do kuch­ni. Po­bie­gła za mną z gło­śnym „No ej!”, ale kie­dy wrzu­ci­łem kom­pu­ter do wiel­kiej pa­tel­ni prze­my­sło­wej z wrzącym ole­jem, za­wy­ro­ko­wa­ła:

– Też sku­tecz­nie.

Unio­słem aro­ganc­ko brew. Co ty nie po­wiesz?

Wy­szli­śmy na mro­źne po­wie­trze, więc po­da­łem jej płaszcz. Kie­dy zrzu­ci­ła z sie­bie po­pla­mio­ny al­ko­ho­lem szla­frok, opa­dła mi szczęka. Pod nim była naga, jak ją pan Bóg stwo­rzył. Pier­si ster­czące na bacz­no­ść czer­wo­ny­mi sut­ka­mi. Dłu­gie nogi. Ła­będzia szy­ja. Wąska ta­lia.

KUR­WA! Te­raz będę miał wi­ęk­szo­ść krwi nie w tej gło­wie, co trze­ba!

Si­ęga­jąc po te­le­fon, ro­zej­rza­łem się po par­kin­gu. Na zha­ko­wa­nie któ­re­goś z aut po­trze­bo­wa­łem ja­ki­chś dwóch mi­nut.

Cho­ciaż przy ta­kich roz­pra­sza­czach to pew­nie z dzie­si­ęciu! Szlag by to!

– I co te­raz? – spy­ta­ła, prze­stępu­jąc z nogi na nogę. Ze­bra­ła nie­co śnie­gu i z gło­śnym syk­ni­ęciem usi­ło­wa­ła oczy­ścić le­pi­ącą się od al­ko­ho­lu łyd­kę przed wło­że­niem no­we­go okry­cia.

– Daj mi chwi­lę.

Scho­wa­łem pi­sto­let za pa­sek dżin­sów i, śmi­ga­jąc kciu­kiem po ekra­nie, po­bie­ra­łem kody aut. Kątem oka od­no­to­wa­łem, że u zbie­gu ud mia­ła wy­ta­tu­owa­ną nie­wiel­ką strza­łkę. Mój mózg za­wie­sił się na zie­lo­nym tu­szu.

Ja pier­do­lę! Aiden, skup się! Niech to wszyst­ko ja­sna cho­le­ra!

Wró­ci­łem wzro­kiem do te­le­fo­nu. Kur­wa!

Ste­fa­nia za­czy­na­ła szczękać zęba­mi z zim­na. Przy akom­pa­nia­men­cie wes­tchnień i po­mru­ków wło­ży­ła płaszcz.

Jezu, czy ta­kie same dźwi­ęki wy­da­wa­ła w cza­sie sek­su?

Scho­wa­ła dło­nie do kie­sze­ni. Zer­k­nęła na mnie z cwa­niac­kim uśmie­chem. Je­den z sa­mo­cho­dów za­mi­gał świa­tła­mi awa­ryj­ny­mi.

– Bin­go – skwi­to­wa­ła.

Za­nim zro­bi­ła cho­ćby krok, prze­rzu­ci­łem ją so­bie przez ra­mię. Pi­snęła uro­czo, a po­tem się ro­ze­śmia­ła. Mar­go nie mó­wi­ła, że to wa­riat­ka!

Otwo­rzy­łem drzwi do Ran­ge Ro­ve­ra i po­sa­dzi­łem dziew­czy­nę na sie­dze­niu, po czym sam wsko­czy­łem za kie­row­ni­cę. Wy­je­cha­łem z par­kin­gu se­kun­dy przed tym, nim pierw­szy ra­dio­wóz po­ja­wił się na miej­scu. Za­pi­ąłem pasy, bo wkur­wiał mnie dźwi­ęk, jaki wy­da­wa­ło auto.

– Jak mnie zna­la­złaś?

Pod­kręci­ła ogrze­wa­nie, kie­ru­jąc na­dmuch na sto­py.

– Pod­słu­cha­łam roz­mo­wę ochro­nia­rzy.

– Jak wy­do­sta­łaś się z domu?

Uśmiech­nęła się sze­ro­ko.

– To ta­jem­ni­ca, ale mogę ci zdra­dzić, że fa­cet, któ­ry mnie dzi­siaj pil­no­wał, jest naj­głup­szy z nich wszyst­kich. Pew­nie my­śli, że na­dal bio­rę prysz­nic.

– Bra­łaś prysz­nic?

– Ależ skąd! – za­prze­czy­ła iro­nicz­nie. – Co­dzien­nie bie­gam po mie­ście naga, bosa i mo­kra, ra­tu­jąc ob­cych lu­dzi, kie­dy wo­la­ła­bym le­żeć w łó­żku na­fa­sze­ro­wa­na aspi­ry­ną. – Zaj­rza­ła pod płaszcz. Mi­mo­wol­nie ta­kże usi­ło­wa­łem coś do­strzec. – Ups! Za­po­mnia­łam wło­żyć ko­stiu­mu Won­der Wo­man, kie­dy usły­sza­łam two­je wo­ła­nie o po­moc.

Je­zus, tra­fi­ła mi się kom­plet­na świ­ru­ska!

Zmie­rzy­łem ją ba­daw­czym spoj­rze­niem, po czym sku­pi­łem się na pro­wa­dze­niu auta i na­wi­go­wa­niu w ru­chu ulicz­nym. Na ra­zie nie po­ru­sza­łem się w żad­nym kon­kret­nym kie­run­ku. Cho­dzi­ło o to, żeby od­da­lić się z miej­sca zda­rze­nia. I tak będzie­my się mu­sie­li po­zbyć tego sa­mo­cho­du. I to czym prędzej.

– Li­czę na to, że masz ja­kiś plan, bo ja nie mam nic. Na­wet bu­tów – za­śmia­ła się.

– Mia­łem plan.

Opu­ści­łem obie osło­ny prze­ciw­sło­necz­ne i wje­cha­łem na par­king w cen­trum han­dlo­wym.

– Je­den? Tyle li­ter w al­fa­be­cie, a ty opra­co­wa­łeś tyl­ko plan A?

– Wolę cy­fry. – Zga­si­łem sil­nik.

– Oczy­wi­ście. Są tyl­ko dwa typy lu­dzi: zera i je­dyn­ki.

Od­wró­ci­łem się do niej na sie­dze­niu za­sko­czo­ny, że zna­ła ten żart. Kod bi­nar­ny za­wie­ra tyl­ko zera i je­dyn­ki.

– Na ra­zie mu­si­my cię ubrać.

Wy­sia­dłem z auta. Ona zro­bi­ła to samo i po­bie­gła truch­ci­kiem w stro­nę we­jścia. Cze­ka­ła na mnie tuż za prze­suw­ny­mi drzwia­mi. Chwy­ci­łem ją za rękę i po­ci­ągnąłem za sobą. Lu­dzie dziw­nie się na nas pa­trzy­li. Ste­fa­nia przy­bra­ła minę ob­ra­żo­nej ksi­ężnicz­ki, a na mo­jej twa­rzy nie ma­lo­wa­ły się żad­ne emo­cje – two­rzy­li­śmy duet god­ny fali szep­tów i do­my­słów.

Skie­ro­wa­ła się do jed­ne­go z tych bu­ti­ków, w któ­rych by­łeś w sta­nie ku­pić wszyst­ko, od bie­li­zny po buty i do­dat­ki.

– Co się, na Boga, sta­ło? – za­py­ta­ła za­sko­czo­na eks­pe­dient­ka.

Ste­fa­nia ro­ze­śmia­ła się i ob­ra­żo­nym to­nem opo­wie­dzia­ła hi­sto­ryj­kę, jak to znów ma­ru­dzi­ła przed lu­strem, że nie ma się w co ubrać, więc w przy­pły­wie wście­kło­ści na­rzu­ci­łem na nią płaszcz i za­bra­łem na za­ku­py. Kie­dy prze­cho­dzi­ły obok w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­nich roz­mia­rów, obie zmie­rzy­ły mnie spoj­rze­nia­mi. Sprze­daw­czy­ni za­pew­ne ma­rzy­ła, żeby jej fa­cet cho­ciaż raz ją tak po­trak­to­wał.

– Śpie­szy nam się – rzu­ci­łem od nie­chce­nia, wy­sy­ła­jąc do Luki in­for­ma­cję, co się sta­ło i gdzie obec­nie je­ste­śmy. Po­tem za­jąłem się ka­me­ra­mi w cen­trum han­dlo­wym. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści wszyst­kie, któ­re mi­nęli­śmy i mi­nie­my, za­li­czy­ły awa­rię.

Na szczęście Ste­fa­nia ro­zu­mia­ła ko­niecz­no­ść po­śpie­chu. Zgod­nie ze sło­wa­mi Gre­ty zo­sta­ła do­bro­wol­ną uczest­nicz­ką tej sza­ra­dy i nie trze­ba jej było do ni­cze­go zmu­szać. Kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej wy­sze­dłem z bu­ti­ku z ba­jo­ńskim ra­chun­kiem i ko­bie­tą ubra­ną od­po­wied­nio do po­go­dy. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­ży­łem, że jej wło­sy wca­le nie mia­ły ko­lo­ru ja­sny blond, jak mi się zda­wa­ło, gdy były mo­kre. Oka­za­ły się srebr­ne, miej­sca­mi wpa­da­jące na­wet w de­li­kat­ny od­cień błęki­tu. Urze­ka­jące i fa­scy­nu­jące w po­łącze­niu z nie­bie­ski­mi ocza­mi.

Za­pa­rło mi dech, kie­dy opu­ści­ła prze­bie­ral­nię. Nie mia­ła na twa­rzy gra­ma ma­ki­ja­żu, ale i bez nie­go ro­bi­ła tak nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie, że krew spły­nęła mi częścio­wo po­ni­żej pa­ska w spodniach. Wło­sy spi­ęła w wy­so­ki ku­cyk, dżin­sy opi­na­ły zgrab­ny ty­łe­czek, a czar­na ko­szul­ka wy­ra­źnie uno­si­ła się na pier­siach. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że nie jest to za­słu­ga żad­ne­go z tych cho­ler­nych oszu­ka­ńczych sta­ni­ków. Sto pro­cent ko­bie­ty w ko­bie­cie. Na nogi wło­ży­ła czar­ne ko­za­ki na nie­wiel­kim ob­ca­sie. Przy­naj­mniej u niej my­śle­nie nie szwan­ko­wa­ło. Nie po­tra­fi­łem po­jąć, jak So­fia na­wet zimą bie­ga­ła na wy­so­kim ob­ca­sie i nie zła­ma­ła do­tąd kost­ki na lo­dzie czy śnie­gu. Na szczęście Ste­fa­nia mia­ła le­piej po­ukła­da­ne w gło­wie.

Wci­ągnęła na sie­bie swe­ter i si­ęgnęła po kurt­kę z kap­tu­rem, po czym po­pro­wa­dzi­ła mnie w stro­nę ka­wiar­ni.

– Kawa. I ciast­ko – rzu­ci­ła na­gląco. Jej oczy błysz­cza­ły jak u pod­eks­cy­to­wa­ne­go ma­łe­go dziec­ka. Jak u An­to­nii, kie­dy w ko­ńcu ja­kiś fa­cet bie­rze ją na ręce i przy­tu­la do pier­si.

– Nie.

– Tak!

Za­trzy­ma­ła się gwa­łtow­nie, wy­rwa­ła dłoń z mo­jej dło­ni i tup­nęła nogą ni­czym roz­wy­drzo­ny ba­chor. Za­zgrzy­ta­łem zęba­mi. By­łem prze­ko­na­ny, że urządzi sce­nę, więc zmru­ży­łem oczy, przy­go­to­wu­jąc się do wy­nie­sie­nia jej siłą. Ja pier­do­lę, Mar­go w ży­ciu mi się za to nie wy­pła­ci. Zwa­riu­ję z tą la­ską. Czy ona w ogó­le była pe­łno­let­nia? Coś w moim wzro­ku mu­sia­ło jed­nak prze­ko­nać Ste­fa­nię, że nie war­to dla kawy i ciast­ka prze­żyć upo­ko­rze­nia, któ­re mo­głem jej za­ser­wo­wać.

– Pó­źniej? – Za­trze­po­ta­ła ko­kie­te­ryj­nie rzęsa­mi.

Wy­ci­ągnąłem do niej rękę, a ona bez wa­ha­nia po­da­ła mi swo­ją. Luca cze­kał na nas na par­kin­gu. Za­pa­ko­wa­łem Ste­fa­nię na tyl­ne sie­dze­nie i włączy­łem blo­ka­dę ro­dzi­ciel­ską w drzwiach. Dość nie­spo­dzia­nek na dzi­siaj. Z fa­scy­na­cją ob­ser­wo­wa­łem, jak z ro­ze­śmia­nej dziew­czyn­ki zmie­nia się w po­wa­żną ko­bie­tę.

Ile ma oso­bo­wo­ści? I dla­cze­go, do kur­wy, chcia­łbym po­znać je wszyst­kie? Bo lu­dzie to zera i je­dyn­ki! Dla­te­go.

– To jaki mamy plan? – spy­ta­ła do­cie­kli­wie.

– Może na po­czątek nie dać się za­bić? – za­su­ge­ro­wał Luca.

– Wy­bra­ła was ze względu na uro­dę? Bo z pew­no­ścią nie z po­wo­du in­te­lek­tu.

– Wci­ąż ży­jesz, tak? – od­pa­ro­wał.

– Nie dzi­ęki wam! – rzu­ci­ła nie­zbyt uprzej­mym to­nem. – I to ra­czej on – wska­za­ła w moją stro­nę – żyje dzi­ęki mnie, a nie od­wrot­nie. Plan prze­wi­dy­wał chy­ba, że to wy chro­ni­cie mnie, a nie ja was, praw­da?

– Usi­ądź na du­pie i ciesz się prze­ja­żdżką.

– Ojej, prze­pra­szam, że czu­jesz się ura­żo­ny moim zdro­wym roz­sąd­kiem – sark­nęła.

Sta­ra­łem się skon­cen­tro­wać na ta­ble­cie, któ­ry dał mi Luca. Pod­czas gdy on la­wi­ro­wał uli­ca­mi, ja prze­gląda­łem dane, zu­pe­łnie igno­ru­jąc utarcz­kę.

– Czy ona ma przy­cisk wy­ci­sze­nia? – spy­tał po por­tu­gal­sku.

– Te mo­de­le nie wy­cho­dzą z in­struk­cją – od­pa­rłem se­rio, usta­wia­jąc na­wi­ga­cję na cel, jaki ob­ra­łem dla na­szej trój­ki. W za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach pró­ba do­sta­nia się na lot­ni­sko do pry­wat­ne­go od­rzu­tow­ca by­ła­by zbyt ry­zy­kow­na. Le­piej wy­na­jąć ja­kiś czar­ter i spró­bo­wać nim wró­cić do domu.

Włączy­łem ra­dio i usta­wi­łem mu­zy­kę kla­sycz­ną. Dzia­dek do orze­chów nie tyl­ko wy­da­wał się ca­łkiem przy­jem­nym wy­bo­rem, ale też dość szyb­ko uśpił Ste­fa­nię. Nie­ste­ty obu­dzi­ła się, gdy tyl­ko sta­nęli­śmy, by za­tan­ko­wać i zro­bić za­pa­sy je­dze­nia. Po­ta­rła oczy, jak­by mia­ła pięć lat.

– Czy mogę do­stać te­raz moją kawę i ciast­ko? – Jej głos był sek­sow­nie za­spa­ny. Po­da­ła mi kurt­kę z tyl­ne­go sie­dze­nia, za­sła­nia­jąc usta dło­nią, kie­dy za­częła kasz­leć.

– Od daw­na masz ten ka­szel?

– Czy­żbyś się o mnie mar­twił, Ro­meo? – Pu­ści­ła do mnie oczko.

– Sko­rzy­staj z to­a­le­ty – po­ra­dzi­łem, wy­sia­da­jąc.

Po­ki­wa­ła gło­wą. Nie po­do­ba­ły mi się jej sztyw­ne ru­chy ani ten dziw­nie świsz­czący od­dech. Na dwo­rze było wpraw­dzie tyl­ko ze dwa na mi­nu­sie, ale ona w sa­mym szla­fro­ku i na bo­sa­ka prze­szła dość dłu­gą dro­gę. Na­praw­dę wo­la­łem, żeby mi się nie roz­cho­ro­wa­ła. To by moc­no skom­pli­ko­wa­ło na­szą sy­tu­ację.

– W po­rząd­ku?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i skie­ro­wa­ła się do bu­dyn­ku sta­cji ben­zy­no­wej. Zo­sta­wiw­szy Lucę, po­sze­dłem za nią i wy­bra­łem je­dze­nie na naj­bli­ższe kil­ka dni. Za­no­si­ło się na to, że nie będzie­my się odży­wiać zdro­wo. Kie­dy spy­ta­łem o ap­te­kę, fa­cet z ob­słu­gi wska­zał mi li­za­kiem prze­ciw­ną stro­nę uli­cy. Szyld „24/7” wy­da­wał się ze mnie szy­dzić. Ja­kim cu­dem nie za­uwa­ży­łem go, ska­nu­jąc wzro­kiem oto­cze­nie?

Może za dłu­go pa­trzy­łeś na ty­łek Ste­fa­nii?

Zgar­nąłem dwie tor­by, a ona kawy w wy­tłocz­ce i ciast­ka. Po­cze­ka­łem, aż wsi­ądzie do auta, po czym upew­ni­łem się, że drzwi są za­bez­pie­czo­ne.

– Pod­je­dź na­prze­ciw­ko – roz­ka­za­łem Luce, zaj­mu­jąc fo­tel pa­sa­że­ra.

W ap­te­ce spędzi­łem kil­ka­na­ście mi­nut, wy­bie­ra­jąc parę dro­bia­zgów nie tyl­ko lecz­ni­czych. Wrzu­ci­łem wszyst­ko do ba­ga­żni­ka, da­łem znak Luce, że jesz­cze chwi­la, po czym wy­bra­łem nu­mer Mike’a Ol­se­na. Przy­wi­tał mnie sło­wa­mi:

– Za­ło­żę się, że w Chi­ca­go jest i tak cie­plej niż w Mo­skwie.

– A to wa­żne? – spy­ta­łem, zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Taki wstęp, w ra­zie gdy­byś miał ocho­tę na­rze­kać, że wo­la­łbyś być na moim miej­scu.

– Nie za­mie­rzam – za­pew­ni­łem. – Wy­pa­dły nam pew­ne kom­pli­ka­cje.

– Zdąży­li­śmy się już zo­rien­to­wać z lo­kal­nych wia­do­mo­ści oraz śred­nio przy­jem­ne­go te­le­fo­nu od Gio­van­nie­go Vi­tiel­le­go. Strasz­ny cho­le­ryk.

– Na ra­zie przy­cza­imy się w jego dom­ku nad je­zio­rem, ale to mak­sy­mal­nie na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Może czter­dzie­ści osiem – po­pra­wi­łem się. – Chcę być w po­wie­trzu naj­szyb­ciej, jak się da. Opu­bli­ko­wa­li na­sze ry­so­pi­sy albo zdjęcia?

– Nie mają nic, co mo­gło­by do­pro­wa­dzić do was.

– Vi­tiel­li będzie stwa­rzał kło­po­ty?

– Nie, nie będzie – za­pew­ni­ła Mar­go.

– Ro­sja­nie zo­rien­to­wa­li się już, co się sta­ło?

– Z tego, co nam uprzej­mie do­nie­sio­no, tak – włączył się mil­czący do­tąd Mar­co. – Usi­łu­ją was na­mie­rzyć. Nie wiem, czy wpad­ną na po­my­sł spraw­dze­nia pod la­tar­nią, czy­li w domu Vi­tiel­lich, bo to jed­nak spo­ry ka­wa­łek i jest zim­no.

– Za­dzwo­nię pó­źniej – usi­ło­wa­łem za­ko­ńczyć roz­mo­wę.

– Czy wszyst­ko z nią w po­rząd­ku? – do­sze­dł mnie jesz­cze za­nie­po­ko­jo­ny głos Mar­go.

– Fi­zycz­nie tak. Psy­chicz­nie… Mo­głaś mnie uprze­dzić, że to wa­riat­ka – mruk­nąłem z pre­ten­sją. – Czy to nor­mal­ne, że ko­bie­ty w jed­nej se­kun­dzie za­cho­wu­ją się jak roz­wy­drzo­ne pi­ęcio­lat­ki, a w na­stęp­nej usi­łu­ją cię spoj­rze­niem za­mie­nić w ka­mień?

– Tak! – od­par­li zgod­nie Mike i Mar­co.

– Jak się z tym wal­czy?

– Se­rio, Aiden?! – Mar­go się za­śmia­ła. – Daj znać, jak wpad­niesz w ja­kieś praw­dzi­we kło­po­ty! – Po tych sło­wach się roz­łączy­ła.

Jak Mar­co to zno­sił?

Rozdział 2

Aiden

Kur­wa, cho­ciaż raz chcia­łbym się po­my­lić!

Ste­fa­nia za­częła go­rącz­ko­wać jesz­cze w dro­dze, a jej stan po­gar­szał się na tyle szyb­ko, że le­d­wo uda­ło mi się ją zła­pać, gdy nogi ugi­ęły się pod nią na pod­je­ździe dom­ku. Rzu­ci­łem klu­cze Luce i za­nio­słem ją do środ­ka, po czym po­ło­ży­łem na ka­na­pie i z siat­ki z ap­te­ki wy­ci­ągnąłem ter­mo­metr. Pra­wie trzy­dzie­ści dzie­wi­ęć stop­ni.

Dziew­czy­na po­trze­bo­wa­ła cie­pła i wy­po­czyn­ku. Nie­ste­ty ga­zo­wy sys­tem ogrze­wa­nia bu­dyn­ku nie na­le­żał ani do naj­now­szych, ani do naj­spraw­niej­szych. Wie­dzia­łem, że mi­nie spo­ro cza­su, za­nim tem­pe­ra­tu­ra się pod­nie­sie, więc zo­sta­ło nam na­pa­le­nie w ko­min­ku.

– Przy­nieś z sa­mo­cho­du ap­tecz­kę – po­le­ci­łem Luce, a ja wy­jąłem ku­pio­ny w ap­te­ce ibu­pro­fen w pły­nie. Nie miał mak­sy­mal­nej daw­ki, ale po­wi­nien na krót­ką metę zdać eg­za­min. Po­kle­pa­łem dziew­czy­nę de­li­kat­nie po po­licz­ku. – Ste­fa­nia.

– Nie na­zy­waj mnie tak – wy­mru­cza­ła sła­bo.

– Jak tyl­ko we­źmiesz leki, po­zwo­lę ci spać. No już – za­chęci­łem. – Otwie­raj bu­zię.

– Ka­żdej la­sce to pro­po­nu­jesz?

– Tyl­ko tym spe­cjal­nej tro­ski.

Otwo­rzy­ła nie­bie­skie oczy. Na­ci­snąłem kciu­kiem na jej bro­dę. Roz­chy­li­ła usta, więc wla­łem do środ­ka lek. Nie­po­rad­nie zdjęła kurt­kę, a ja si­ęgnąłem po koc, żeby po­móc jej się nim owi­nąć.

– Go­rąco mi – za­pro­te­sto­wa­ła.

– W tej chwi­li tak, ale za pół go­dzi­ny będziesz szczękać zęba­mi – ostrze­głem.

– To wte­dy się przy­kry­ję.

Upar­te stwo­rze­nie. Jak inni dają so­bie z nimi radę?

Po­sze­dłem do anek­su ku­chen­ne­go i wsta­wi­łem wodę, żeby przy­go­to­wać leki na prze­zi­ębie­nie. Luca po­ło­żył ap­tecz­kę na sto­le. Przej­rza­łem jej za­war­to­ść, ale nie zna­la­złem nic przy­dat­ne­go. Po­zo­sta­ło mi to, co sam ku­pi­łem. Krzy­wi­ąc się, odło­ży­łem z po­wro­tem maść z an­ty­bio­ty­kiem.

– Je­śli pseu­do­efe­dry­na nie po­mo­że, będzie­my mu­sie­li prze­ko­nać ap­te­ka­rza, że po­trze­bu­je­my cze­goś eks­tra.

– Chcesz cze­kać do rana? – spy­tał, zer­ka­jąc z nie­po­ko­jem na Ste­fa­nię. – Prze­sta­wi­łem sa­mo­chód za dom, ale pada śnieg, więc ist­nie­je re­al­ne za­gro­że­nie, że mo­że­my się nie wy­grze­bać z zasp.

– W ra­zie cze­go zo­sta­je nam zim­ny prysz­nic.

– Ale do­cie­ra do was, po­je­by, że ja wszyst­ko sły­szę? – do­sze­dł nas znie­sma­czo­ny głos Ste­fa­nii.

Luca ze znie­cier­pli­wie­niem spoj­rzał w su­fit, kie­dy roz­kasz­la­ła się na do­bre.

– Zro­bię coś do żar­cia – oznaj­mił, ści­ąga­jąc kurt­kę. – Idź, wręcz kró­lew­nie be­rło, o ile znaj­dziesz ja­kąś szczot­kę do ki­bla w ła­zien­ce.

– Cham i pro­stak! – po­wie­dzia­ła po ro­syj­sku.

Przy­nio­słem z sa­mo­cho­du resz­tę na­szych rze­czy. Całą broń po­roz­kła­da­łem w miej­scach do­god­nych do obro­ny. Usia­dłem do ta­ble­tu i unie­ru­cho­mi­łem chip sil­ni­ka. Z kuch­ni za­czął do­cho­dzić sma­ko­wi­ty za­pach sera. Zer­k­nąłem na Ste­fa­nię, sku­lo­ną na ka­na­pie.

– Zim­no ci?

– Tyl­ko w sto­py – przy­zna­ła.

Kuc­nąłem przed nią. Po­zwo­li­ła so­bie ści­ągnąć buty, ale syk­nęła, kie­dy do­tknąłem za­czer­wie­nio­nej skó­ry. Jej cia­ło było lo­do­wa­te.

– Masz ja­kiś fe­tysz zwi­ąza­ny ze sto­pa­mi i bó­lem? – spy­ta­ła iro­nicz­nie.

– Do­ce­niam two­je po­świ­ęce­nie, ale to było na­praw­dę głu­pie.

Przy­ci­ągnąłem so­bie pod­nó­żek i przy­sia­dłem na nim. Roz­pi­ąłem blu­zę, wy­ci­ągnąłem ko­szul­kę ze spodni i zro­bi­łem coś, cze­go się nie spo­dzie­wa­ła: wsu­nąłem jej sto­py pod ma­te­riał i opa­rłem na swo­im go­rącym brzu­chu, po czym za­blo­ko­wa­łem jej po­ten­cjal­ne ru­chy, obej­mu­jąc łyd­ki. Nie była przy­go­to­wa­na na falę bólu, jaka za tym przy­szła. Jęk­nęła gło­śno i prze­ci­ągle, usi­łu­jąc mnie ode­pchnąć. Nic z tego. Zła­pa­ła mnie za ra­mio­na, a na­sze czo­ła się ze­tknęły. Kie­dy pierw­sza łza spa­dła na moje przed­ra­mię, wsu­nąłem pal­ce pod masę wło­sów, na kark. Moja dłoń wy­da­wa­ła się chłod­na w kon­tak­cie z roz­pa­lo­ną skó­rą. Ste­fa­nia po­ci­ągnęła no­sem.

Jed­na z jej rąk opa­dła na ko­la­na i z za­sko­cze­niem do­strze­głem ta­tu­aż na nad­garst­ku. Nie, że­bym po­czuł się za­alar­mo­wa­ny. Zna­łem wie­lu lu­dzi ma­jących ta­tu­aże. Ten na­wi­ązy­wał chy­ba do Ali­cji w Kra­inie Cza­rów. Lu­stro z od­bi­ja­jącą się w nim kar­tą kró­lo­wej kier. W ob­ra­mo­wa­niu zwier­cia­dła zaś – choć żeby doj­rzeć te de­ta­le, trze­ba się było uwa­żniej przyj­rzeć – syl­wet­ka dziew­czyn­ki na go­dzi­nie szó­stej, ka­pe­lusz i fi­li­żan­ka na trze­ciej, ze­ga­rek kie­szon­ko­wy na dzie­wi­ątej, a w cen­tral­nym miej­scu, na go­dzi­nie dwu­na­stej – mały za­jączek, któ­ry jako je­dy­ny z ele­men­tów nie zo­stał wy­pe­łnio­ny tu­szem.

– W po­rząd­ku? – za­py­ta­łem ci­cho.

Po­ki­wa­ła gło­wą, pod­no­sząc na mnie za­łza­wio­ne oczy.

– Sa­dy­sta!

– Ju­tro będziesz mi dzi­ęko­wać.

– Póki co dzi­siaj będę na­rze­kać.

Luca przy­nió­sł pa­ru­jący ku­bek.

– Pij her­ba­tę. Tyl­ko po­wo­li – ostrze­głem.

Po­ci­ągnęła duży łyk, na chwi­lę znie­ru­cho­mia­ła, a po­tem oczy za­szły jej łza­mi i z gar­dła wy­rwał się ka­szel, któ­ry brzmiał zde­cy­do­wa­nie zbyt mo­kro i ci­ężko. Pry­cha­ła do cza­su, aż al­ko­hol prze­stał dra­żnić wra­żli­wą ślu­zów­kę. Cały czas po­sy­ła­ła mi mor­der­cze spoj­rze­nia.

– Sa­dy­sta – po­wtó­rzy­ła ochry­ple.

Opa­rłem łok­cie o ko­la­na, wpa­tru­jąc się w nią in­ten­syw­nie.

– Prze­cież po­wie­dzia­łem: „po­wo­li”. Na­ucz się słu­chać, co do cie­bie mó­wię.

– Słu­cha­ła­bym, gdy­byś mó­wił w ja­ki­mś zro­zu­mia­łym języ­ku – od­gry­zła się.

Mie­rzy­li­śmy się chwi­lę spoj­rze­nia­mi. Wy­jąłem jej sto­py spod ko­szul­ki i na­ci­ągnąłem na nie skar­pet­ki. Zo­sta­wi­łem ją na chwi­lę, żeby przy­nie­ść do­dat­ko­wy koc i swo­ją gru­bą blu­zę ter­micz­ną.

– Pro­szę – rzu­ci­łem, wręcza­jąc jej rze­czy. – Cho­ciaż uwa­żam, że naj­le­piej by ci zro­bił go­rący prysz­nic.

Ste­fa­nia

Łyp­nęłam na nie­go złow­ro­go znad kub­ka.

Za nic w świe­cie nie wło­żę blu­zy pach­nącej jego per­fu­ma­mi! Boże, ten fa­cet był pod­lej­szy, niż do­tych­czas przy­pusz­cza­łam. Albo nie zda­wał so­bie spra­wy, jak dzia­ła na mnie jego za­pach, albo wręcz prze­ciw­nie i ro­bił to z pre­me­dy­ta­cją, by mnie zde­kon­cen­tro­wać. Wy­so­ka go­rącz­ka wy­star­czy­ła, że­bym le­d­wo pa­no­wa­ła nad języ­kiem.

– By­łeś na ja­ki­mś kur­sie dręcze­nia słab­szych?

Nie­mal się uśmiech­nął.

– Jesz­cze nie, ale wo­la­łbym po­bie­rać lek­cje u mi­strzy­ni. Dro­go li­czysz?

Zmru­ży­łam oczy i przez chwi­lę na se­rio roz­wa­ża­łam, czy nie rzu­cić w nie­go kub­kiem. Po­tem jed­nak do­szłam do wnio­sku, że szko­da go­rącej, roz­grze­wa­jącej od środ­ka her­ba­ty. Stał z unie­sio­ny­mi brwia­mi i cze­kał na ci­ętą ri­po­stę, któ­ra ja­koś nie chcia­ła mi przy­jść do gło­wy. Co wi­ęcej, uzna­łam, że z tym za­wa­diac­kim uśmiesz­kiem wy­glądał ca­łkiem sek­sow­nie.

Sek­sow­nie?! Cho­le­ra!

Z wra­że­nia ob­la­łam się her­ba­tą.

– Chy­ba jed­nak pój­dę pod ten prysz­nic – po­wie­dzia­łam, ście­ra­jąc z bro­dy stru­my­czek.

Z całą god­no­ścią, na jaką było mnie stać, po­ma­sze­ro­wa­łam przed sie­bie, ci­ągnąc za sobą koc ni­czym płaszcz Bat­ma­na. Za­wa­ha­łam się przed ko­ry­ta­rzem. Ta pie­przo­na go­rącz­ka da­wa­ła mi się we zna­ki, bo jak idiot­ka nie wzi­ęłam pod uwa­gę, że na­le­ża­ło za­py­tać, gdzie jest ła­zien­ka.

– Pierw­sze drzwi na lewo – pod­po­wie­dział uprzej­mie. – Zaj­rzę do cie­bie za parę mi­nut.

Prysz­nic oka­zał się nie­bia­ński. Wpraw­dzie tro­chę kręci­ło mi się w gło­wie, ale za to przy­jem­nie się roz­grza­łam. Kto­kol­wiek tu miesz­kał, miał do­sko­na­ły gust, je­śli cho­dzi o ko­sme­ty­ki. Uwiel­bia­łam zie­lo­ne Ô D’Azur Lan­côme. Ten za­pach spra­wiał, że od­ry­wa­łam się od rze­czy­wi­sto­ści, by na chwi­lę za­po­mnieć, gdzie by­łam i co ro­bi­łam.

Swo­ją dro­gą, to cie­ka­we, że mają tu wszyst­kie moje ulu­bio­ne pro­duk­ty… Może to spraw­ka Gre­ty?

Po le­kach za­apli­ko­wa­nych przez Aide­na czu­łam się tro­chę le­piej. Pew­nie na­dal mia­łam go­rącz­kę, ale może nie do­sta­nę za­pa­le­nia oskrze­li. Wró­ci­łam do sa­lo­nu w gru­bym dre­sie, na któ­ry za­ło­ży­łam szla­frok. Ca­ło­ść do­pe­łnia­ły pu­cha­te skar­pe­ty. Bra­ko­wa­ło tyl­ko na­usz­ni­ków, ale za­miast nich mia­łam na gło­wie tur­ban z ręcz­ni­ka. W ręku dzie­rży­łam szczot­kę.

– Spo­dzie­wasz się na­głe­go zlo­do­wa­ce­nia? – za­żar­to­wał Luca.

– Ha, ha, ha – wy­skan­do­wa­łam. – Będziesz mógł mnie po­uczać, jak się sam wy­bie­rzesz na taki spa­cer.

– Dzi­ęki, ale nie. Czy ten tur­ban spra­wi, że In­ter­net będzie szyb­ciej dzia­łał?

– Nie, to ele­ment od­stra­sza­jący.

Przy­sia­dłam na pu­fie przed ko­min­kiem, od­wró­co­na ty­łem do mężczy­zny.

– Bar­dziej an­ty­kon­cep­cyj­ne są te góry ciu­chów, któ­re masz na so­bie – sark­nął, mie­sza­jąc w garn­ku.

– Słu­cham?

– Przy tylu war­stwach ka­żdy zdro­wy fa­cet usnąłby z wra­że­nia, gdy­byś za­częła ro­bić strip­tiz.

Zdjęłam ręcz­nik z gło­wy.

– Czy mężczy­źni za­wsze wszyst­ko spro­wa­dza­ją do sek­su?

– To za­le­ży. – Luca naj­wy­ra­źniej nie mógł się po­wstrzy­mać od pro­wo­ka­cji. – Bo­ha­te­rek Bla­ir Witch ża­den nor­mal­ny gość nie bie­rze pod uwa­gę.

– Obo­je was po­sta­wię do kąta bez de­se­ru! – do­szło mnie wy­ra­źne ostrze­że­nie Aide­na.

Po­trząsnęłam gło­wą i spró­bo­wa­łam roz­cze­sać pierw­sze pa­smo. Nic nie szło tak, jak po­win­no, a fa­cet sie­dzący za mną nie wy­si­lił się na­wet na zda­nie zło­żo­ne.

– Bla­ir Witch? – szep­nęłam nie­pew­nie.

– A prze­glądasz się cza­sem w lu­strze? – za­kpił zło­śli­wie Luca.

– Wy­star­czy! – pa­dła zde­cy­do­wa­na ko­men­da Aide­na.

Za­ma­rłam w re­ak­cji na ten sta­now­czy ton. Tak brzmia­ła wła­dza ab­so­lut­na. Czło­wiek, któ­ry wy­da­wał po­le­ce­nia, a one były wy­ko­ny­wa­ne bez szem­ra­nia. Gre­ta nie wy­sła­ła po mnie byle kogo. Aiden naj­wy­ra­źniej wy­wnio­sko­wał z mo­je­go gło­su, że jego czło­wiek mnie zde­ner­wo­wał. Miał też zresz­tą do­sko­na­ły wi­dok na moje na­pi­ęte ple­cy.

– Jak so­bie ży­czysz, sze­fie! – po­wie­dział Luca w taki spo­sób, jak­by ska­pi­tu­lo­wał, ale spoj­rze­nie su­ge­ro­wa­ło coś in­ne­go. – Jak so­bie ży­czysz!

Kil­ka razy szarp­nęłam nie­cier­pli­wie wło­sy, wy­da­jąc z sie­bie przy tym parę nie­cen­zu­ral­nych po­mru­ków.

– Po­móc ci?

Zi­gno­ro­wa­łam py­ta­nie Aide­na. Nie cze­kał na dal­sze jęki i prze­kle­ństwa, tyl­ko przy­ci­ągnął so­bie fo­tel do pufy, na któ­rej sie­dzia­łam. Wy­jął szczot­kę ze sko­łtu­nio­nych wło­sów i od­su­nął moją rękę.

– Zo­staw – za­pro­te­sto­wa­łam.

Po­ło­żył dłoń na moim kar­ku i ści­snął lek­ko. Ni­g­dy nie sądzi­łam, że cze­sa­nie wło­sów mo­gło­by się oka­zać ero­tycz­nym do­zna­niem. Ożeż ty orzesz­ku! To było pod­nie­ca­jące. Do­brze, że pu­cha­ty dres i szla­frok ide­al­nie ukry­wa­ły stward­nia­łe sut­ki.

Za­sko­czył mnie jesz­cze bar­dziej, gdy za­miast szar­pać się ze szczot­ką, wsu­nął dło­nie w moje wło­sy. Prze­cze­sy­wał je de­li­kat­nie pal­ca­mi, roz­plątu­jąc nie­sfor­ne ko­smy­ki. Przez chwi­lę ma­so­wał skó­rę gło­wy, spra­wia­jąc, że się nie­co roz­lu­źni­łam. Cia­ło re­lak­so­wa­ło się pod za­dzi­wia­jąco de­li­kat­nym do­ty­kiem.

Albo mi się wy­da­wa­ło, albo w po­ko­ju na­tych­miast zro­bi­ło się o kil­ka stop­ni cie­plej. Przy­szło mi do gło­wy, że jak tak da­lej pój­dzie, wró­cę do sie­bie spo­co­na jak szczur albo za­cznę ści­ągać z sie­bie ciu­chy i przy­znam, że Aiden i jego dło­nie roz­grze­wa­ją le­piej niż her­ba­ta z prądem, cie­płe ubra­nia, prysz­nic i ka­lo­ry­fer w jed­nym.

Nie­do­cze­ka­nie! Będę cier­pieć w mil­cze­niu!

Luca po­sta­wił na sto­li­ku obok pa­ru­jącą mi­skę.

– Po­rzu­ci­łeś pro­gram „dręczy­my słab­szych”? – za­ata­ko­wa­łam.

– Wy­my­ślam nowe znie­wa­gi – od­pa­rł spo­koj­nie.

– Ni­g­dy nie zo­sta­niesz mi­strzem, je­śli po­trze­bu­jesz na to tyle cza­su.

Syk­nęłam, kie­dy Aiden szarp­nął nie­sfor­ne sko­łtu­nio­ne pa­sem­ko.

– Świat nie wy­trzy­ma­łby z dwoj­giem ta­kich mi­strzów jak wy – wtrącił swo­im ak­sa­mit­nym gło­sem.

– Cie­bie i mnie dzie­lą lata świetl­ne – od­pa­ro­wa­łam bez­my­śl­nie.

– W edu­ka­cji sek­su­al­nej na pew­no.

Zmarsz­czy­łam brwi z nie­do­wie­rza­niem, a po­tem ude­rzy­łam go łok­ciem w pisz­czel, któ­ry aku­rat mia­łam w za­si­ęgu.

– Cze­mu znów spro­wa­dzasz roz­mo­wę do sek­su? Nie­wy­ży­ty ja­kiś je­steś, czy co?

– Nie, ale cie­bie to wku­rza, więc nie mogę so­bie od­mó­wić przy­jem­no­ści.

Aiden zła­pał mnie za przed­ra­mio­na, osa­dza­jąc w miej­scu, że­bym się nie kręci­ła. Mimo kil­ku warstw ubrań wy­ra­źnie czu­łam, że pal­ca­mi opie­rał się o boki mo­ich pier­si. Go­rąco ude­rzy­ło we mnie ze zdwo­jo­ną siłą, bie­gło od stóp i za­trzy­ma­ło się do­pie­ro na po­licz­kach. Te­raz czu­łam się jak w ogniu pie­kiel­nym. Ku­si­ło mnie, by zdjąć szla­frok i zo­stać w sa­mym dre­sie, ale pod nim nie mia­łam nic. Wy­gląda­ło na to, że o bie­li­źnie moi wy­baw­cy za­po­mnie­li. Naj­gor­sze było jed­nak to, że sut­ki sta­ły mi na bacz­no­ść!

Na­wet nie za­uwa­ży­łam, że szczot­ka prze­su­wa się te­raz płyn­nie po pa­smach mo­ich wło­sów.

– Dzi­ęku­ję. – Po­chy­li­łam się w stro­nę mi­ski, uwal­nia­jąc spod jego rąk w na­iw­nym prze­świad­cze­niu, że moje cia­ło wró­ci do nor­mal­no­ści i za­po­mni o pod­nie­ca­jącym do­ty­ku. Po­wącha­łam za­war­to­ść. – Co to?

– Ma­ka­ron z se­rem – od­po­wie­dział Aiden, wkła­da­jąc ły­żkę do swo­jej por­cji. – Po­dob­nie jak Luca uwa­żam, że go­to­wa­nie go­dzi­na­mi tyl­ko po to, żeby zje­ść w dzie­si­ęć mi­nut, to naj­wi­ęk­sza bzdu­ra świa­ta.

– Mam na­dzie­ję, że nie za­mier­za­cie mnie po tym wszyst­kim po pro­stu otruć? – za­żar­to­wa­łam.

Ich spoj­rze­nia były wy­mow­ne. Mu­sia­łam przy­znać, zja­dłam z ape­ty­tem. Zgłod­nia­łam jed­nak tak bar­dzo, że pew­nie sma­ko­wa­łby mi na­wet go­rący as­falt po­da­ny z ko­cim żwir­kiem. Po sko­ńcze­niu je­dze­nia zro­bi­łam się sen­na.

– Po­win­naś się po­ło­żyć – za­pro­po­no­wał Aiden, po­pra­wia­jąc koc na mo­ich no­gach. – Wy­glądasz na zmęczo­ną. Masz wor­ki pod ocza­mi.

– To to­reb­ki Pra­dy – od­pa­ro­wa­łam.

Mój ko­men­tarz wy­wo­łał zmarsz­cze­nie brwi u Aide­na i par­sk­ni­ęcie śmie­chu u Luki.

Ktoś tu mógł się po­szczy­cić po­czu­ciem hu­mo­ru kło­dy drew­na. Ale za to ten ma­gicz­ny do­tyk… Cóż, nie mo­żna mieć wszyst­kie­go!

– Coś mi się wy­da­je, że cze­ka nas ra­zem kupa do­brej za­ba­wy.

– Z prze­wa­gą kupy? – za­su­ge­ro­wa­łam słod­ko, idąc do swo­jej sy­pial­ni.

Rozdział 3

Aiden

Sko­ro i tak nie mie­li­śmy nic in­ne­go do ro­bo­ty, do­pó­ki Mar­go i Mar­co nie da­dzą znać, że mo­że­my le­cieć na Ba­le­ary, usia­dłem z lap­to­pem przy wy­słu­żo­nym sto­le, żeby spraw­dzić dla Pa­tric­ka kil­ka no­wych za­bez­pie­czeń do ka­sy­na w Pa­ler­mo i do­pi­sać swo­je uwa­gi. Ste­fa­nia nie­spo­koj­nie prze­spa­ła noc, a dziś znów go­rącz­ko­wa­ła. Sły­sza­łem, jak ki­cha i kasz­le, więc bacz­nie ją ob­ser­wo­wa­łem.

Za­pach jej per­fum ude­rzył mi do gło­wy, jesz­cze za­nim usły­sza­łem kro­ki. Zde­kon­cen­tro­wa­łem się lek­ko i za­wa­ha­łem nad ko­lej­ną li­nią kodu na­pi­sa­ną przez AI. Pal­ce za­wi­sły mi nad kla­wia­tu­rą.

– Eee… Mo­żna to zro­bić ina­czej – usły­sza­łem za sobą nie­pew­ne sło­wa.

Zer­k­nąłem na nią kątem oka, a ona po­chy­li­ła się nad moim ra­mie­niem, pier­sia­mi przy­wie­ra­jąc do bar­ku. Do­brze, kur­wa, że sie­dzia­łem. Moje przy­ro­dze­nie drgnęło. Za­re­je­stro­wa­łem, że od­sta­wi­ła pa­ru­jący ku­bek, któ­ry wcze­śniej trzy­ma­ła w dło­ni. Pal­cem wska­za­ła dwie li­nie kodu na ekra­nie.

– Ta ko­men­da daje ci mi­li­se­kun­do­we opó­źnie­nie. I to jest w su­mie okej, ale… – Prze­su­nęła kur­so­rem parę li­nii do góry. Pa­sem­ka wło­sów, któ­re wy­do­sta­ły się z upi­ęcia, dra­żni­ły skó­rę mo­je­go po­licz­ka. Te­raz mia­łem już re­gu­lar­ny wzwód! – Je­śli two­rzysz se­kwen­cję i masz wi­ęcej par niż dzie­si­ęć, zo­sta­wiasz furt­kę ha­ke­rom. Wy­star­czy zro­bić pętlę, ba­nal­nie pro­stą, ka­żdy ama­tor wie jak, i za­blo­ku­ją ci sys­tem w try miga. Chy­ba że dasz ja­kiś bez­piecz­nik. – Wró­ci­ła do ostat­niej li­nii, po czym śmi­gnęła pal­ca­mi po kla­wia­tu­rze, do­sta­wia­jąc zna­ki. – Na przy­kład ja bym zro­bi­ła tak.

Za­pach per­fum, do­tyk wło­sów, go­rący ko­bie­cy od­dech na po­licz­ku i biust roz­płasz­czo­ny na mo­ich ple­cach oka­za­ły się w przy­pad­ku Ste­fa­nii mie­szan­ką wy­so­ce roz­pra­sza­jącą. Na chwi­lę za­po­mnia­łem o ko­do­wa­niu i cie­szy­łem się do­zna­niem. Wy­star­czy­ło­by od­wró­cić gło­wę i na­sze usta zna­la­zły­by się mi­li­me­try od sie­bie. Czy za­pro­te­sto­wa­ła­by, gdy­bym ją po­ca­ło­wał? Po­czu­łem lek­kie mro­wie­nie warg na samą myśl.

– Tak tyl­ko mó­wię – wy­mam­ro­ta­ła pod no­sem, od­su­wa­jąc się w ko­ńcu.

Zmru­ży­łem oczy, bo do­pie­ro te­raz do­ta­rło do mnie, co po­wie­dzia­ła o ko­dzie. Mia­ła ra­cję, sam wła­śnie tak za­mie­rza­łem po­pra­wić pro­po­zy­cję AI. Pro­blem w tym, że to nie była wie­dza po­wszech­na.

Za­nim ode­szła, zła­pa­łem dziew­czy­nę za dłoń. Na tyle ostro­żnie, żeby nie wy­la­ła na sie­bie za­war­to­ści kub­ka, ale na tyle sta­now­czo, by nie mo­gła się od­da­lić.

– Tę sztucz­kę zna może z dzie­si­ęć osób na świe­cie.

– To tyl­ko taka su­ge­stia. – Cho­ciaż lek­ko się uśmiech­nęła, wi­dzia­łem w jej oczach na­ra­sta­jący strach. Pró­bo­wa­ła uwol­nić rękę, ale nie pu­ści­łem.

– Skąd znasz ten kod?

– Gre­ta mi po­ka­za­ła – od­po­wie­dzia­ła na­tych­miast.

Za szyb­ko – usły­sza­łem w gło­wie głos Mar­ca. A to su­ge­ro­wa­ło tyl­ko jed­no. Kła­ma­ła. Do­sko­na­le zna­ła ten kod i kie­dy zo­sta­ła przy­ła­pa­na na go­rącym uczyn­ku, usi­ło­wa­ła ze­pchnąć od­po­wie­dzial­no­ść na ko­goś in­ne­go.

Za­czy­na­ło we mnie na­ra­stać nie­mi­łe po­dej­rze­nie. Od­wró­ci­łem jej nad­gar­stek. Wid­nie­jący na nim ta­tu­aż na­gle na­brał sen­su. Lu­stro, syl­wet­ka dziew­czyn­ki, ka­pe­lusz, fi­li­żan­ka, ze­ga­rek kie­szon­ko­wy, kar­ta kró­lo­wej kier oraz – w cen­tral­nym miej­scu – nie za­jąc, a kró­lik. To nie przy­pa­dek, że wy­pe­łnio­ne tu­szem zo­sta­ły wszyst­kie ele­men­ty poza nim.

Do­zna­łem, kur­wa, olśnie­nia!

– Ty je­steś Whi­te Rab­bit.

Jej oczy roz­sze­rzy­ły się le­d­wie na uła­mek se­kun­dy. Gdy­bym się w nią nie wpa­try­wał, prze­ga­pi­łbym ten mo­ment. Mia­łem ra­cję! Ste­fa­nia to pier­do­lo­na Whi­te Rab­bit, któ­ra za­je­ba­ła nam dwa mi­lio­ny! Cho­ciaż ze względu na wło­sy po­win­na ra­czej zmie­nić ksyw­kę na Si­lver Rab­bit.

– Nie wiem, o czym mó­wisz – po­wie­dzia­ła z uda­wa­nym znu­dze­niem. Kaszl­nęła w rękaw. – Po pro­stu lu­bię Ali­cję w Kra­inie Cza­rów. Chy­ba wszy­scy lu­bią! – do­da­ła de­fen­syw­nie, gra­jąc ob­ra­żo­ną ksi­ężnicz­kę, choć jej oczy zdra­dza­ły prze­ra­że­nie. – Mo­żesz mnie pu­ścić? – Po­ru­szy­ła nad­garst­kiem, któ­ry na­dal trzy­ma­łem. – Chy­ba mi od­ci­ąłeś cyr­ku­la­cję krwi.

Pod­nio­słem się i po­lu­źni­łem uchwyt, ale nie na tyle, żeby mo­gła się uwol­nić. Gó­ro­wa­łem nad nią, więc sta­nąłem naj­bli­żej, jak się dało, żeby po­czu­ła się nie­kom­for­to­wo.

– Je­ste­śmy ja, Gre­ta, Pa­tron, Dan­te, Blac­kHat, Solo, Ec­lip­se, Ho­me­less, Sword­fish i Whi­te Rab­bit. – Zmru­ży­łem oczy. – Wy­bierz swój nick, Ste­fa­nio!

Jej oczy otwo­rzy­ły się sze­ro­ko.

– To by ozna­cza­ło, że je­steś… – urwa­ła i roz­chy­li­ła usta, jak­bym ją to­tal­nie za­sko­czył.

– Cer­be­rem? – pod­rzu­cił Luca za mną.

– Jaja so­bie ro­bisz?! – wy­du­si­ła z sie­bie, zszo­ko­wa­na.

Ode­bra­łem jej z rąk ku­bek, któ­ry nie­bez­piecz­nie prze­chy­lił się na bok, tak że parę kro­pel her­ba­ty spa­dło na drew­nia­ną podło­gę. Od­sta­wi­łem go na blat. Na­dal trzy­ma­łem dziew­czy­nę za nad­gar­stek, a ona sta­ła bez­rad­nie z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi.

– Ty je­steś Cer­be­rem? – Naj­wy­ra­źniej nie po­tra­fi­ła w to uwie­rzyć.

– Chy­ba ma ja­kieś pro­ble­my na łączach neu­ro­no­wych – za­drwił Luca.

Zna­łem ba­nal­nie pro­sty spo­sób, żeby ją prze­ko­nać, z kim ma do czy­nie­nia. Przy­ci­ągnąłem ją do sie­bie i po­sa­dzi­łem na krze­śle. Wpi­sa­łem ha­sło, wy­wo­ła­łem fol­der ze skryp­ta­mi i od­wró­ciw­szy lap­to­pa do niej, za­pre­zen­to­wa­łem li­nij­ki ko­dów. Sta­łem nad nią ze skrzy­żo­wa­ny­mi ra­mio­na­mi, a ona sie­dzia­ła w mil­cze­niu, na­dal nie do­wie­rza­jąc.

Na­gle ze­rwa­ła się z sie­dzi­ska i za­częła mnie na oślep okła­dać pi­ęścia­mi.

– Ty cho­ry po­je­bie! – wrza­snęła, ko­pi­ąc mnie w pisz­czel. Za­bo­la­ło jak su­kin­syn. O co jej, do chu­ja, cho­dzi­ło?! – Czy ty wiesz, co zro­bi­łeś tym swo­im wi­ru­sem? – Nie prze­sta­wa­ła mnie bić, więc zła­pa­łem naj­pierw je­den jej nad­gar­stek, a po­tem dru­gi. – Znisz­czy­łeś moją pra­cę dy­plo­mo­wą i wszyst­kie ko­pie za­pa­so­we. – Szar­pa­ła się ze mną, żeby się uwol­nić. W jej oczach mi­go­ta­ły iskry gnie­wu, po­licz­ki się za­ró­żo­wi­ły. Kur­wa, jaka ona była ślicz­na, kie­dy się wście­ka­ła. – Ty de­bi­lu! Przez cie­bie już my­śla­łam, że będę po­wta­rzać rok na uczel­ni!

Znów usi­ło­wa­ła mnie kop­nąć, więc okręci­łem ją w swo­ich ra­mio­nach, żeby za­blo­ko­wać te ru­chy. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła się uwol­nić. Czy oj­ciec ni­g­dy nie zmu­szał jej do na­uki sa­mo­obro­ny? Ma­fij­na ksi­ężnicz­ka, któ­ra nie po­tra­fi­ła wal­czyć? Pa­ra­doks. Luca pa­trzył na nas z roz­ba­wie­niem.

– Albo się uspo­ko­isz, albo sko­ńczysz przy­wi­ąza­na do krze­sła – za­gro­zi­łem.

– Raj­co­wa­ło­by cię to, co nie?!

– Nie bar­dzo – od­pa­rłem, jesz­cze bar­dziej ogra­ni­cza­jąc mo­żli­wo­ść ru­chu tej ma­łej wście­kli­zny. – Wolę w łó­żku chęt­ne ko­bie­ty!

– Szcze­rze i so­len­nie cię nie­na­wi­dzę! – wy­ce­dzi­ła, za­dzie­ra­jąc gło­wę. Błękit­ne oczy pło­nęły wście­kło­ścią.

Do dia­bła! Ależ była ślicz­na!

– Na chuj wła­ma­łaś się do mo­je­go lap­to­pa? – spy­ta­łem. – Mu­sia­łaś wie­dzieć, że jest chro­nio­ny i pew­nie wpusz­czę ci ja­kie­goś nie­zwy­kle zło­śli­we­go wi­ru­sa.

– To gów­no było pro­stac­kie, a nie nie­zwy­kłe!

– Ale za­dzia­ła­ło! – przy­po­mnia­łem. – Po co wła­ma­łaś się do mo­je­go lap­to­pa? – po­wtó­rzy­łem py­ta­nie.

– Żeby zna­le­źć ja­kieś do­bre por­no – fuk­nęła jak roz­wście­czo­na ko­ci­ca.

Luca ro­ze­śmiał się pe­łną pier­sią.

– Nie trzy­mam por­no na lap­to­pie. Ni­cze­go na nim nie trzy­mam – do­da­łem, sły­sząc gniew­ne sap­ni­ęcie.

Na­dal usi­ło­wa­ła się uwol­nić. Sza­lo­na ko­bie­ta. Była pew­nie o po­ło­wę lżej­sza ode mnie i nie wy­gląda­ło na to, że oj­ciec na­uczył ją, jak się bro­nić. Za­blo­ko­wa­łem cios w ge­ni­ta­lia i unio­słem ją, uda­rem­nia­jąc po­dob­ne za­pędy.

– Albo się uspo­ko­isz, albo ja cię uspo­ko­ję – po­wie­dzia­łem sta­now­czo, jak­bym roz­ka­zy­wał swo­im lu­dziom, co spra­wi­ło, że za­sty­gła w bez­ru­chu.

– Puść mnie – za­żąda­ła.

Uwol­ni­łem ją i cof­nąłem się o krok. W samą porę, gdyż szczu­płe ko­la­no wy­strze­li­ło do góry w pó­ło­bro­cie. Po­pchnąłem ją na ścia­nę i przy­szpi­li­łem wła­snym cia­łem.

– Je­steś podłym, ego­istycz­nym…

Za­tka­łem jej usta dło­nią. Ma­łpi­szon mnie ugry­zł, ale na szczęście nie­zbyt moc­no. Moje cia­ło jed­nak za­re­ago­wa­ło na bli­sko­ść sek­sow­nej ko­bie­ty. Nie­bie­skie oczy roz­sze­rzy­ły się nie­znacz­nie, kie­dy to po­czu­ła. Za­ma­rła mo­men­tal­nie.

Ka­żdy spo­sób jest do­bry, by ją uci­szyć. Byle sku­tecz­nie.

– Bez względu na to, co o mnie my­ślisz – po­wie­dzia­łem, si­ląc się na spo­kój – zja­wi­li­śmy się tu­taj, żeby ura­to­wać twój ty­łek. Nie ma zna­cze­nia, kto jest lep­szy czy gor­szy.

– Chcesz się spraw­dzić, Cer­be­rze? – rzu­ci­ła mi wy­zwa­nie.

W jej za­cho­wa­niu było nie­sa­mo­wi­cie dużo agre­sji i zło­ści. Ab­so­lut­nie nie poj­mo­wa­łem, skąd to się bie­rze. Ko­bie­ty wpro­wa­dza­ły cha­os do ży­cia fa­ce­tów. Jak Fa­bia­no­wi uda­wa­ło się po­go­dzić upo­rząd­ko­wa­ne zera i je­dyn­ki z nie­prze­wi­dy­wal­ny­mi hu­mo­ra­mi mo­jej sio­stry? Jak ra­dził so­bie z tym Pa­trick? Prze­cież Anja to cho­dząca fu­ria.

– Nie. Chcę je­dy­nie, że­byś się czy­mś za­jęła i dała mi spo­koj­nie po­pra­co­wać – po­wie­dzia­łem krót­ko. – Po­tra­fisz to zro­bić?

Zo­sta­wi­łem ją opar­tą o ścia­nę i wró­ci­łem do lap­to­pa. Za­częła wędro­wać mi za ple­ca­mi, jak­by usi­ło­wa­ła wy­dep­tać ście­żkę. Co chwi­lę sły­sza­łem za sobą gniew­ne po­mru­ki­wa­nia, ja­kim to je­stem pa­ja­cem i ego­istą i jak po­psu­łem jej pra­cę. Sta­ra­łem się je igno­ro­wać. W ko­ńcu sta­nęła za mną i za­częła ko­men­to­wać moją pra­cę.

– Czy to por­tu­gal­ski?

– Tak.

Łu­dzi­łem się, że jed­no­sy­la­bo­we od­po­wie­dzi ją znie­chęcą.

– Dla­cze­go?

– Z tego sa­me­go po­wo­du, dla któ­re­go ty uży­wasz ro­syj­skie­go: żeby bar­dziej skom­pli­ko­wać skrypt.

– Nie ja ko­du­ję w ro­syj­skim, tyl­ko Gre­ta. Nie dała rady tyl­ko raz, ty me­ga­lo­ma­nie od Hio­ba. – Usły­sza­łem przy­ga­nę w tym słod­kim gło­sie.

Po­ło­ży­ła dłoń na opar­ciu mo­je­go krze­sła. Cie­pły od­dech owio­nął mi ucho. Kur­wa! Będę tu sie­dział z bo­le­snym wzwo­dem, je­śli nie prze­sta­nie. To gor­sze niż tor­tu­ra. Zno­si­łem jej obec­no­ść parę mi­nut, aż w ko­ńcu od­wró­ci­łem gło­wę. Za­pach per­fum zro­bił się in­ten­syw­niej­szy, moje usta zna­la­zły się bar­dzo bli­sko po­nęt­nych ró­żo­wych warg.

– Prze­szka­dzam ci? – spy­ta­ła nie­win­nie. – Prze­cież to pro­ste za­da­nie.

Te­raz na opar­ciu krze­sła wy­lądo­wa­ła rów­nież jej dru­ga dłoń. Niby od nie­chce­nia prze­bie­ra­ła pal­ca­mi, dra­żni­ąc przy tym skó­rę na moim kar­ku. Za­czy­na­łem w gło­wie prze­kli­nać na czym świat stoi. Prze­bie­gła be­styj­ka.

Pod­nio­słem się gwa­łtow­nie. Nie da­jąc jej szan­sy na uciecz­kę, po­sa­dzi­łem ją przed lap­to­pem.

– Pro­szę bar­dzo! Sko­ro to ta­kie ła­twe, do­ko­ńcz! – roz­ka­za­łem, po czym ru­szy­łem w stro­nę ła­zien­ki.

Ja pier­do­lę! Mu­szę się po­zbyć tego za­pa­chu z gło­wy! I zro­bić so­bie do­brze. Nie będę bie­gał po domu z bo­le­snym wzwo­dem!

Za­my­ka­łem drzwi do sy­pial­ni, kie­dy usły­sza­łem, jak kich­nęła. Znów.

Wy­bra­łem nu­mer do Mar­go.

– Cze­mu mi nie po­wie­dzia­łaś?

– Nie sądzi­łam, że ma to zna­cze­nie.

– Gów­no praw­da! – wark­nąłem.

Wes­tchnęła.

– Tak było bar­dziej in­te­re­su­jąco.

– Je­steś nie­nor­mal­na!

– I kto to mówi – za­kpi­ła. – Fa­cet, któ­ry szcze­rze wie­rzy, że świat to zera i je­dyn­ki? Bar­dziej ru­szy­ło cię, że jest ha­ker­ką, niż to, że jest ma­fij­ną dzie­dzicz­ką? Czy może boli cię, bo oka­za­ło się, że do­sta­łeś dwa w jed­nym? Ślicz­na i in­te­li­gent­na?

– Mam w du­pie, kto jest jej oj­cem.

– Och, Aiden… Tra­fio­ny za­to­pio­ny. – Za­cmo­ka­ła do słu­chaw­ki, a po­tem się roz­łączy­ła.

Pie­przo­na ma­ni­pu­la­tor­ka! Do­sko­na­le wie­dzia­ła, co zro­bi­ła.

Wzi­ąłem lo­do­wa­ty prysz­nic, a po­tem jak gdy­by ni­g­dy nic przy­go­to­wa­łem śnia­da­nie. Na po­cząt­ku Ste­fa­nia stu­ka­ła w kla­wi­sze bez opa­mi­ęta­nia, jak­by ten bied­ny lap­top był wi­nien wszyst­kich pro­ble­mów w jej ży­ciu. Za­kwa­li­fi­ko­wa­łem to jako nie­zły wy­czyn, po­nie­waż lu­bi­łem mi­ęk­kie kla­wia­tu­ry, z któ­rych nie­ła­two wy­do­być gło­śniej­szy dźwi­ęk. Po ja­ki­mś cza­sie po­ziom agre­sji za­czął spa­dać. Za­pew­ne w mia­rę jak na­po­ty­ka­ła ko­lej­ne pro­ble­my.

Luca przy­sze­dł do kuch­ni, ale za­miast mi po­móc, stał opar­ty o blat i pił kawę.

– Chcesz coś po­wie­dzieć? – spy­ta­łem, ro­bi­ąc ko­lej­ną ka­nap­kę. Skrzy­wił się i po­trząsnął gło­wą, upar­cie mil­cząc. Ste­fa­nia znów za­nio­sła się mo­krym kasz­lem. Ru­mie­niec na po­licz­kach zwia­sto­wał go­rącz­kę. – Nie­po­koi mnie jej stan…

– Mam sko­czyć do ap­te­ki?

Wzdry­gnęła się, jak­by dreszcz prze­sze­dł jej po ple­cach. Odło­ży­łem nóż i zdjąłem blu­zę, któ­rą od­da­ła mi wczo­raj wie­czo­rem. Kie­dy do­tknąłem de­li­kat­nie kar­ku dziew­czy­ny, po­chy­li­ła się lek­ko, dzi­ęki cze­mu mo­głem na­rzu­cić na jej ra­mio­na cie­pły ma­te­riał. Wy­obra­źnia pod­su­nęła mi wi­zję, jak wy­pi­na ty­łek, kła­dąc gło­wę w po­ście­li.

– Dzi­ęku­ję.

Wsu­nęła ręce w ręka­wy i wzi­ęła głębo­ki od­dech, przy­my­ka­jąc lek­ko oczy.

Czy ona się za­ci­ąga­ła za­pa­chem mo­ich per­fum?

– Zim­no ci?

Za­miast od­po­wie­dzieć, kich­nęła, a po­tem po­ci­ągnęła no­sem.

– Tro­chę – przy­zna­ła w ko­ńcu.

Przy­nio­słem kar­ton chu­s­te­czek ze sto­li­ka i po­sta­wi­łem obok. Spraw­dzi­łem dło­nią czo­ło, wy­da­wa­ło się roz­grza­ne. No i co­raz bar­dziej do­ku­czał jej ka­tar.

– Za­ła­twi­my ci ja­kieś lep­sze leki.

Zje­dli­śmy w ci­szy, po czym Ste­fa­nia po­szła się zdrzem­nąć, a Luca po­je­chał do mia­sta po an­ty­bio­ty­ki i in­ha­la­tor. Sku­pio­ny na pra­cy, wy­łączy­łem się zu­pe­łnie z rze­czy­wi­sto­ści i za­nu­rzy­łem w wir­tu­al­nym świe­cie. Pod­nio­słem wzrok znad kla­wia­tu­ry do­pie­ro wte­dy, kie­dy wło­ski na kar­ku zje­ży­ły mi się ostrze­gaw­czo. Ci­sza zda­wa­ła się nie­na­tu­ral­na. Złow­ro­ga. Au­to­ma­tycz­nie si­ęgnąłem po broń ukry­tą w za­si­ęgu ręki pod bla­tem sto­łu. Do­szło mnie ko­lej­ne po­ci­ągni­ęcie no­sem. Tym ra­zem nie­co inne, pra­wie płacz­li­we?

– Aiden? – W gło­sie Ste­fa­nii po­brzmie­wał strach.

Wy­jąłem pi­sto­let i od­wró­ci­łem się gwa­łtow­nie. Po­staw­ny blon­dyn trzy­mał dziew­czy­nę za wło­sy i mie­rzył do niej z Siga. Na­sze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Wy­ce­lo­wa­łem mi­ędzy oczy tego kmio­ta z za­mia­rem po­ci­ągni­ęcia za spust, gdy tyl­ko będę miał pew­no­ść, że nie zra­nię Stef. Mój Glock nie miał ma­nu­al­ne­go za­bez­pie­cze­nia.

Za ple­ca­mi usły­sza­łem kro­ki.

– Rzuć broń, bo ją za­strze­lę – ode­zwał się z ci­ężkim ro­syj­skim ak­cen­tem nasz dru­gi gość, ły­sol w ty­pie bram­ka­rza w wiej­skiej dys­ko­te­ce.

– Szcze­rze wąt­pię – za­kpi­łem. – Ro­ma­now od­je­bie was wszyst­kich, je­śli spad­nie jej z gło­wy choć je­den włos. Cho­ciaż coś mi się zda­je, że wa­sze dni i tak są po­li­czo­ne, sko­ro wy­ki­wa­ła was ko­bie­ta.

– Może tak, może nie – od­pa­rł. – Je­śli ją uszko­dzę, po­wiem, że w ta­kim sta­nie była, gdy tu do­tar­li­śmy.

Oho! Czy­li nie pa­ła­li do swo­jej pod­opiecz­nej szcze­gól­ną sym­pa­tią. Ja­koś mnie to nie dzi­wi­ło.

– To­bie za­le­ży bar­dziej – wtrącił się ten pierw­szy.

– Może tak, może nie – po­wtó­rzy­łem jego sło­wa z lek­ce­wa­że­niem. – Je­stem tyl­ko po­sła­ńcem. Mia­łem ją do­star­czyć. In­struk­cja nie mó­wi­ła, czy żywą, czy mar­twą.

Na­past­nik po­ci­ągnął moc­niej wło­sy Ste­fa­nii, spra­wia­jąc, że jęk­nęła z bólu. Mu­sia­łbym za­ry­zy­ko­wać jej po­strze­le­nie, żeby gno­jek ją pu­ścił, a tego nie chcia­łem.

– Po­wie­my, że naj­pierw ty za­bi­łeś ją, a po­tem my cie­bie.

Wda­nie się w bój­kę z tymi ty­pa­mi było na­praw­dę złym po­my­słem, ale nie mia­łem lep­sze­go. Kątem oka do­strze­głem trze­cie­go go­ścia. Przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­li­śmy się wszy­scy w ci­szy. Ka­żdy z nich trzy­mał broń w ręku, a spo­sób, w jaki sta­wia­li kro­ki, zdra­dzał, że mają na so­bie do­dat­ko­we uzbro­je­nie. Pew­nie noże. Dwóm może da­łbym radę, ale trzy­ma­jąc Ste­fa­nię na musz­ce, za­pew­nia­li so­bie prze­wa­gę.

Ły­sol zmu­sił pła­czącą dziew­czy­nę do uklęk­ni­ęcia i przy­sta­wił jej pi­sto­let do skro­ni.

Czas na plan B.

Unio­słem ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. To, co zro­bi­li po­tem, było ku­rew­sko nie­ostro­żne. Aż się pro­si­ło, żeby wy­ko­rzy­stać oka­zję. Za­ata­ko­wa­łem go­ścia, któ­ry wyj­mo­wał broń z mo­jej dło­ni. Wy­mie­ni­li­śmy kil­ka cio­sów. Kątem oka wi­dzia­łem, jak Stef ude­rzy­ła pi­ęścią w kro­cze ko­le­sia, któ­ry do niej mie­rzył. Za­wył jak ran­ne zwie­rzę, ści­ąga­jąc na sie­bie uwa­gę tego, któ­ry wal­czył ze mną. To mi dało se­kun­dę prze­wa­gi. W na­stęp­nej ude­rzo­na z le­we­go sier­po­we­go dziew­czy­na osu­nęła się bez­wład­nie na podło­gę.

Kur­wa mać! Nie o to mi cho­dzi­ło. Po­gru­cho­ta­ne­mu będzie mi się ci­ężej uwol­nić, a o po­mo­cy Ste­fa­nii mo­głem za­po­mnieć.

Wy­mie­ni­łem z nimi jesz­cze parę cio­sów, tak dla za­sa­dy i pod­pu­chy. Może i bym wy­grał, ale ja­kim kosz­tem? Ka­żdy z nich w do­wol­nej chwi­li mógł albo ją za­strze­lić – choć szcze­rze wąt­pi­łem, by się do tego po­su­nęli – albo mi tym za­gro­zić. Uda­łem, że mnie po­ko­na­li, i da­łem się obez­wład­nić. Za­ro­bi­łem kil­ka do­brych cio­sów w twarz i brzuch. Mu­sia­łem przy­znać, że go­ście mie­li parę w ła­pach. Cho­ciaż częścio­wo chro­ni­ły mnie mi­ęśnie, i tak bo­la­ło jak skur­wy­syn!

Po­zo­sta­ło tyl­ko jed­no py­ta­nie: gdzie, do kur­wy, jest Luca?!

Rozdział 4

Stefania

Kie­dy od­zy­ska­łam przy­tom­no­ść, zda­łam so­bie spra­wę, że zo­sta­łam przy­wi­ąza­na do krze­sła. Moje po­licz­ki pa­li­ły ży­wym ogniem. Czu­łam su­cho­ść skó­ry po wcze­śniej­szym pła­czu, pul­so­wa­ło mi w skro­niach i mia­łam trud­no­ści z od­dy­cha­niem przez za­pcha­ny nos. Kne­bel nie po­ma­gał. Z nie­do­tle­nie­nia za­częło mi się kręcić w gło­wie.

Jak szyb­ko się udu­szę?

– Wy, Por­tu­gal­czy­cy, je­ste­ście tacy nie­ostro­żni – po­wie­dział ktoś z moc­nym ro­syj­skim ak­cen­tem.

– Zdej­mij tę szma­tę z jej twa­rzy, bo ją udu­sisz – roz­ka­zał Aiden.

Jego głos do­cho­dził gdzieś z boku i wy­da­wał się le­ciut­ko spo­wol­nio­ny, jak­by mó­wie­nie spra­wia­ło mu trud­no­ść. Ju­rij obej­rzał się na mnie z kwa­śną miną. Pod­sze­dł jed­nak i wy­ci­ągnął kne­bel. Spa­zma­tycz­nie wci­ągnęłam po­wie­trze, sta­ra­jąc się nad­ro­bić bra­ki tle­nu.

– Po­wo­li, głębo­kie wde­chy no­sem i wy­de­chy usta­mi – in­stru­ował Aiden. – O ile je­steś w sta­nie.

– Martw się o sie­bie! – wark­nął Olaf, ude­rza­jąc go w że­bra.

Za­czął go okła­dać. Ka­żdy cios w szczękę spra­wiał, że żo­łądek mi się za­ci­skał. Ka­żdy cios w brzuch owo­co­wał nie­przy­jem­nym dresz­czem spły­wa­jącym mi po kręgo­słu­pie.

To wszyst­ko moja wina! To ja chcia­łam się uwol­nić od ojca ma­fio­za. Niby z desz­czu pod ryn­nę, z jed­nej ma­fii do dru­giej, ale Alva­rez-Ta­la­ve­ra prze­ma­wiał do mnie bar­dziej niż ta­tuś me­ga­lo­man i psy­cho­pa­ta.

– Za­mknij oczy – rzu­cił Aiden twar­do, ale jego ko­men­da za­ko­ńczy­ła się jękiem.

Po­słu­cha­łam. Na­dal go bili, a ja nie mo­głam na to pa­trzeć. Pła­ka­łam bez­gło­śnie.

W ko­ńcu wszy­scy na­past­ni­cy wy­szli, zo­sta­wia­jąc nas sa­mych. Aiden pod­nió­sł gło­wę i zli­zał krew z roz­ci­ętej war­gi. Spły­wa­jąca po po­licz­ku stru­żka ka­pa­ła na bia­łą ko­szul­kę.

– Krwa­wisz – wy­szep­ta­łam.

– Rany gło­wy za­wsze ob­fi­cie krwa­wią. To nie zna­czy, że są po­wa­żne – uspo­ka­jał mnie. Wie­dzia­łam o tym, a mimo wszyst­ko nie czu­łam się prze­ko­na­na. Wie­dzieć a wi­dzieć to dwie ró­żne spra­wy. – Ile twój oj­ciec pła­ci tym de­bi­lom?

– De­bi­lom? – Siorb­nęłam no­sem.

– Tyl­ko de­bil uży­wa pla­sti­ko­wych za­ci­sków.

Ma­new­ru­jąc cia­łem, przy­su­nął bio­dra do przy­ku­tej do po­ręczy ręki i roz­pi­ął pa­sek w spodniach. Za­ha­czył go o opa­skę, za po­mo­cą któ­rej była przy­wi­ąza­na jego kost­ka, i szarp­nął kil­ka­krot­nie. Za trze­cim ra­zem pu­ści­ła. To dało mi jako taką na­dzie­ję, że może wyj­dzie­my z tego żywi. Ob­li­za­łam su­che usta, po­ci­ąga­jąc no­sem.

– Ilu ich jest? Po­li­czy­łaś?

– Trzech.

Dru­giej opa­ski po­zbył się, za­nim zdąży­łam do­li­czyć do dwu­dzie­stu.

– Jak są uzbro­je­ni? – do­py­ty­wał. Mil­cza­łam, wpa­tru­jąc się w nie­go jak za­hip­no­ty­zo­wa­na. Nie mo­głam się sku­pić na tym, co mó­wił, bo ca­łko­wi­cie po­chło­nęło mnie to, co ro­bił. Prze­su­wał pa­sek pod za­ci­skiem krępu­jącym jego dłoń. – Skup się, Stef.

– Nie wiem – szep­nęłam.

Uwol­nił jed­ną rękę i przez chwi­lę mo­co­wał się z dru­gą.

– Mie­li pi­sto­le­ty? Noże? Kur­wa, skup się! – po­wtó­rzył na­gląco.

Ni­g­dy się tym nie in­te­re­so­wa­łam. Zaj­mo­wa­łam się zgłębia­niem świa­ta zer i je­dy­nek, nie było mi po dro­dze z bro­nią bia­łą, pal­ną czy ja­kąkol­wiek inną. Oj­ciec nie na­le­gał, że­bym się na­uczy­ła bro­nić. Twier­dził, że to za­da­nie dla ochro­ny, a nie dla de­li­kat­nej pa­nien­ki. Za to po­tra­fi­ła­bym, z małą po­mo­cą na przy­kład ta­kie­go Cer­be­ra, wła­mać się do Pen­ta­go­nu czy In­ter­po­lu. Ale o tym mój ta­tuś ma­fio­zo nie wie­dział.

– Nie wiem. Nie znam się, więc nie zwra­cam uwa­gi na ta­kie de­ta­le – przy­zna­łam, za­wsty­dzo­na.

– Ja pier­do­lę – za­klął pod no­sem. – Co za, kur­wa, iro­nia. Ksi­ężnicz­ka Bra­twy nie ma po­jęcia o bro­ni – za­kpił.

– Ja­koś nie było mi to po­trzeb­ne w ży­ciu – od­pa­ro­wa­łam z pre­ten­sją. – Wolę wie­dzieć, jak się robi aglio e olio z cy­try­ną albo briosz­kę.

W ko­ńcu się wy­swo­bo­dził, pod­sze­dł do sto­li­ka i wzi­ął nóż, któ­ry je­den z nie­ostro­żnych ogrów tam zo­sta­wił. Po chwi­li i ja by­łam wol­na.

– I co te­raz? – spy­ta­łam, wsta­jąc. Za­raz jed­nak za­kręci­ło mi się w gło­wie, więc klap­nęłam z po­wro­tem.

Może za szyb­ko się po­de­rwa­łam? A może mia­łam go­rącz­kę, pu­sty żo­łądek i się od­wod­ni­łam?

Po­ło­żył mi dłoń na roz­grza­nym czo­le, po czym ści­ągnął blu­zę i na­rzu­cił na moje ra­mio­na. Fa­cet miał nie­rów­no pod su­fi­tem. Wi­ęzi­ło nas trzech uzbro­jo­nych lu­dzi, a on się przej­mo­wał moją cho­ro­bą? Prze­cież za­raz mo­gli­śmy obo­je zgi­nąć?! Se­rio?! Ktoś tu po­wi­nien prze­my­śleć swo­je prio­ry­te­ty!

– Jak się stąd wy­do­sta­nie­my? – na­ci­ska­łam.

– Drzwia­mi.

Orzeł in­te­lek­tu!

Nie wy­glądał na su­per­ma­na, a lu­dzie ojca to ogrom­ne byki. Nie wiem, czym ich kar­mi­li za mło­du, że wy­ro­śli tacy wiel­cy. „Wy­so­ki do nie­ba i głu­pi jak trze­ba”, ma­wia­ła o ta­kich na­sza pol­ska go­spo­sia. To ab­sur­dal­ne, że aku­rat te­raz przy­szło mi do gło­wy jej po­wie­dzon­ko, ale pa­so­wa­ło jak ulał. Na­wet prze­wo­dzący ze­spo­ło­wi Olaf nie grze­szył ro­zu­mem.

– Spró­bu­je­my się ich po­zbyć jed­ne­go po dru­gim, nie alar­mu­jąc po­zo­sta­łych.

– Niby jak?

Chwi­lę si­ło­wał się z nogą od krze­sła, ale uda­ło mu się ją wy­rwać.

– Za­wo­łaj po po­moc.

Wpa­try­wa­łam się w nie­go z nie­do­wie­rza­niem, kie­dy usta­wiał się przy drzwiach.

– Osza­la­łeś?

– Jak tyl­ko wej­dzie, za­mknij oczy – po­ra­dził.

– Co?!

– Nie chcesz tego wi­dzieć.

Ode­tchnęłam. Może miał ra­cję, nie po­trze­bo­wa­łam pod po­wie­ka­mi kra­jo­bra­zów woj­ny, krwi i śmier­ci. Wo­la­łam li­nie tek­stu! Albo małe kot­ki i pie­ski.

– Po­mo­cy! – za­wo­ła­łam nie­co stłu­mio­nym gło­sem, jak­bym się du­si­ła.

Do po­miesz­cze­nia wpa­dł je­den z nie­zna­nych mi lu­dzi ojca. Był po­stu­rą po­dob­ny do Aide­na, ale nie­co ni­ższy. Tra­fio­ny nogą od krze­sła pod ko­la­nem zdążył tyl­ko od­chy­lić gło­wę, za­nim Cer­ber zręcz­nie skręcił mu kark. Nie po­zwo­lił, by cia­ło opa­dło na zie­mię, tyl­ko przy­trzy­mał je i uło­żył pod ścia­ną. Ze­bra­ło mi się na wy­mio­ty. Upior­ne chrup­ni­ęcie. Boże, ten dźwi­ęk będzie mnie prze­śla­do­wał! Ni­g­dy wi­ęcej nie zjem chip­sów!

– Po­wie­dzia­łem: „nie patrz” – przy­po­mniał z pre­ten­sją, kie­dy przy­ło­ży­łam rękę do ust i wło­ży­łam gło­wę mi­ędzy ko­la­na.

Ob­szu­kał mar­twe cia­ło. Wzi­ął broń, prze­ła­do­wał ma­ga­zy­nek i spraw­dził, czy na­bój jest w ko­mo­rze. Przy­kuc­nąw­szy z no­żem w ręku przy we­jściu, spoj­rzał na mnie zna­cząco.

– Jesz­cze raz. I tym ra­zem na­praw­dę nie patrz, bo będzie dużo krwi.

Prze­łk­nęłam ci­ężko.

– Po­mo­cy! – za­wo­ła­łam gło­śniej.

Le­d­wo Wa­nia po­sta­wił nogę za pro­giem, Aiden wy­rzu­cił dłoń do góry w kie­run­ku we­wnętrz­nej stro­ny jego uda. Dźgnął kil­ka­krot­nie. Za dru­gim ra­zem z rany po­la­ła się spo­ra ilo­ść krwi, jak­by ktoś prze­ci­ął rurę do­pro­wa­dza­jącą wodę. Aiden wci­ągnął go do po­ko­ju i za­mknął drzwi.

– Po­wi­nie­neś prze­my­śleć stra­te­gię. – Ochro­niarz si­ęgnął po broń, ale za­chwiał się lek­ko, więc mój bo­ha­ter z ła­two­ścią mu ją ode­brał.

– Stra­te­gia jest ide­al­na. – Głos Aide­na brzmiał spo­koj­nie. Krew Wani ście­ka­ła po dżin­sach w za­trwa­ża­jącym tem­pie, two­rząc ka­łu­żę u jego stóp. Za­mru­gał i po­tknął się o wła­sne nogi.

– Ty… – wy­szep­tał.

– Ostat­nia lek­cja bio­lo­gii – mruk­nął Aiden. – Cia­ło czło­wie­ka za­wie­ra od pi­ęciu do sied­miu li­trów krwi. Aor­ta pom­pu­je w ci­ągu mi­nu­ty pięć do sze­ściu li­trów. Po prze­ci­ęciu tęt­ni­cy udo­wej czło­wiek umie­ra z po­wo­du wy­krwa­wie­nia w mniej wi­ęcej trzy­dzie­ści se­kund.

Wpa­try­wa­łam się w pły­nącą po no­dze po­so­kę z fa­scy­na­cją i ro­snącą gulą w żo­łąd­ku. Zim­ny dreszcz prze­bie­gł mi po ple­cach. W ko­ńcu Wa­nia zwa­lił się na podło­gę, a Aiden prze­ła­do­wał ma­ga­zy­nek ode­bra­ne­go mu pi­sto­le­tu.

– Wiesz, co się z tym robi? – spy­tał, po­da­jąc mi broń.

– Teo­re­tycz­nie tak, ale…

– W osta­tecz­no­ści, je­śli ja nie dam rady, za­bij go.

Nie zdąży­łam od­po­wie­dzieć, jak idio­tycz­ny to po­my­sł, po­nie­waż Ju­rij wsze­dł do środ­ka z gna­tem w dło­ni.

– Co do kur­wy?! – wy­mam­ro­tał na wi­dok krwi na podło­dze.

Aiden za­sło­nił mnie sobą i za­czął strze­lać. Na­li­czy­łam pięć strza­łów, ale nie mia­łam pew­no­ści, czy to wła­śnie on od­dał je wszyst­kie. Jego cia­ło spo­czy­wa­ło na mnie ci­ężko. Boże, nie po­zwól, by go za­bi­li. Z dwoj­ga złe­go wo­la­łam już Aide­na niż Ju­ri­ja.

Nie mia­łam szczęścia.

Cia­ło Aide­na zo­sta­ło ze mnie bru­tal­nie ści­ągni­ęte. Na jego ko­szul­ce wy­kwi­tła szka­rłat­na pla­ma, ale jęk bólu zdra­dził mi, że mężczy­zna jesz­cze żyje. Ju­rij ude­rzył mnie pi­ęścią w twarz. Przed ocza­mi za­ta­ńczy­ły mi mrocz­ki. Fa­cet wie­dział, jak lać ko­bie­ty. Czy oni uczą ich tego w szko­łach? Są ja­kieś tre­nin­gi dla dam­skich bok­se­rów? Czasz­kę roz­sa­dzał mi pul­su­jący ból.

Wi­dzia­łam, jak Aiden zma­ga się z Ju­ri­jem, któ­ry wa­żył chy­ba po­ło­wę wi­ęcej niż on. Do­sze­dł mnie dźwi­ęk ła­ma­nej ko­ści i prze­ci­ągły wrzask. Czyj? Nie mia­łam po­jęcia. Może jed­nak nie by­łam taką szczęścia­rą, jaką chcia­łam uda­wać?

Świat wo­kół mnie się roz­ma­zał, a ja za­nu­rzy­łam się w bia­łym, ja­snym świe­tle. Wi­dzia­łam kon­tu­ry pod­cho­dzące­go do mnie mężczy­zny, ale nie po­tra­fi­łam do­strzec, kto będzie da­lej ko­wa­lem mo­je­go losu. Za­nim zdąży­łam się o tym prze­ko­nać, po­chło­nęła mnie ciem­no­ść.

Aiden

Te po­li­węgla­no­we włók­na, któ­re mia­ły być wy­trzy­mal­sze od ke­vla­ru, da­ły­by radę, gdy­by nie to, że strzał padł z tak bli­skiej od­le­gło­ści. Na­ucz­ka na przy­szło­ść. Nie dość, że zo­sta­łem ran­ny, przez co mnie za­mro­czy­ło, to jesz­cze chuj­ko­wi uda­ło się ude­rzyć Ste­fa­nię. Do­kład­nie w to samo miej­sce co po­przed­nio. Stra­ci­ła przy­tom­no­ść i spa­dła z krze­sła.

Pod­ci­ąłem ku­ta­so­wi nogi, a ten zwa­lił się częścio­wo na mnie. Ależ był ci­ężki. W sku­pie żyw­ca do­sta­łbym pew­nie for­tu­nę. Sza­mo­ta­łem się z nim chwi­lę, w ko­ńcu jed­nak uda­ło mi się go unie­ru­cho­mić, a po­tem zła­mać mu kość udo­wą. Dwa ci­ęcia no­żem pó­źniej sie­dzia­łem na krwa­wi­ących zwło­kach.

Od bo­ha­te­ra do zera – za­kpi­łem, prze­ci­ąga­jąc Ste­fa­nię za ręce z dala od krwi. Zwa­li­łem się na podło­gę obok niej. Ja pier­do­lę, ból nie­mal mnie pa­ra­li­żo­wał. Sko­ro jed­nak na­dal od­dy­cha­łem, po­cisk nie uszko­dził ni­cze­go wa­żne­go. Po dłu­giej chwi­li pod­nio­słem się z tru­dem, przy­ci­ska­jąc dłoń do boku. Za­bra­łem broń z podło­gi i, spraw­dza­jąc ma­ga­zy­nek, po­wlo­kłem się do drzwi głów­nych. Bez za­da­wa­nia py­tań za­je­bię ka­żde­go, kto prze­kro­czy próg, a kogo nie roz­po­znam w pierw­szej se­kun­dzie.

Mia­łem na­praw­dę złe prze­czu­cia! Gdzie, do kur­wy, był Luca? Może go przy­dy­ba­li w mia­stecz­ku i za­bi­li? Ja bym tak zro­bił. Żad­nych świad­ków. Po­zby­wa­nie się żo­łnie­rzy prze­ciw­ni­ka to świet­na tak­ty­ka ope­ra­cyj­na. Szko­da mi było mło­de­go, miał za­dat­ki na na­praw­dę do­bre­go spe­cja­li­stę od bro­ni. Dwa lata pra­co­wał z Da­riu­sem, i te­raz przy­szła moja ko­lej na szko­le­nie.

Ale naj­pierw prio­ry­te­ty.

Upew­nie­nie się, czy na­past­ni­ków nie było wi­ęcej, oraz opa­trze­nie rany, po­tem Ste­fa­nia, a na ko­ńcu prze­gru­po­wa­nie i ze­bra­nie in­for­ma­cji o tym, co tu się, kur­wa, dzie­je. Nikt nie wie­dział, gdzie je­ste­śmy. Wy­ciek mu­siał się zda­rzyć po stro­nie Mar­go i Ol­se­na. Wbrew temu, co po­wie­dzia­łem, nie by­li­śmy w domu Vi­tiel­lich, tyl­ko po dru­giej stro­nie tego pier­do­lo­ne­go je­zio­ra.

Czy Ste­fa­nia mia­ła na so­bie albo w so­bie na­daj­nik?

Przej­rza­łem wszyst­kie rze­czy, któ­re ru­scy mie­li ze sobą w au­cie. Spo­ro bro­ni, ale też ma­te­ria­ły opa­trun­ko­we. I to ca­łkiem nie­złej kla­sy. Na­wet woj­sko­wy Ce­lox do ta­mo­wa­nia krwo­to­ków. Na­pier­da­la­ło mnie tak, że mia­łem im ocho­tę po­dzi­ęko­wać. Tyle że wszy­scy już nie żyli. Za­bra­łem ap­tecz­kę z sa­mo­cho­du do domu i za­kle­iłem ranę, ale ewi­dent­nie po­trze­bo­wa­łem, żeby obej­rzał ją le­karz. Nie mia­łem rany wy­lo­to­wej, więc po­cisk na­dal tkwił w środ­ku. Za żad­ne skar­by nie po­grze­bię so­bie sam w be­be­chach. Ja­ki­mś cu­dem wśród le­ków zna­la­złem mor­fi­nę. Skru­pu­lat­nie ob­li­czy­łem daw­kę, żeby się nie znie­czu­lić na amen.

Nie­na­wi­dzę igieł! Kur­wa jego mać!

Już po mi­nu­cie po­czu­łem się znów jak mło­dy bóg. Może tro­chę spo­nie­wie­ra­ny mło­dy bóg, ale za­wsze coś. Taki Loki po roz­gryw­ce z Hul­kiem.

– Puny god – wy­mam­ro­ta­łem pod no­sem, przy­wo­łu­jąc fra­zę z Aven­ger­sów.

Wró­ci­łem do miej­sca ka­źni i wy­nio­słem stam­tąd Ste­fa­nię. Nie było mowy, że­by­śmy tu zo­sta­li, więc zo­sta­wi­łem ją na ka­na­pie, a sam spa­ko­wa­łem naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Kie­dy ją ocu­ci­łem, jęk­nęła z bólu. Ob­ma­ca­łem jej szczękę. Na szczęście nie wy­gląda­ło na to, żeby Ju­rij ją zła­mał.

– W po­rząd­ku, Stef, kość jest cała. Będziesz mieć tyl­ko po­tężne­go si­ńca.

Za­mru­ga­ła i spoj­rza­ła na mnie.

– Co z tobą? – spy­ta­ła szep­tem pe­łnym bólu. Usia­dła pro­sto, od­gar­nia­jąc z twa­rzy wło­sy. Nie­zdro­wy ru­mie­niec za­bar­wił jej po­licz­ki.

Ści­ągnąłem z jej nad­garst­ka gum­kę i zwi­ąza­łem srebr­ne pa­sma na kar­ku, żeby nie prze­szka­dza­ły.

– Nic mi nie będzie – za­pew­ni­łem, ale nie wy­da­wa­ła się prze­ko­na­na.

Zmarsz­czy­ła brwi, przy­gląda­jąc się moim ubra­niom. Do­bra, wy­gląda­łem kosz­mar­nie. Bia­ła ko­szul­ka prze­si­ąkła krwią, ale nie mie­li­śmy cza­su na prysz­nic i prze­bie­ra­nie się.

– Czy oni…? – Wzdry­gnęła się lek­ko.

– Tak.

Si­ęgnąłem po ta­blet i wy­wo­ła­łem trac­ke­ry sa­mo­cho­du i Luki. Ten z auta wska­zy­wał lo­ka­li­za­cję przed ap­te­ką, jego oso­bi­sty – na te­re­nie szpi­ta­la. A więc jed­nak do­pa­dli mło­de­go. Ste­fa­nia w kuch­ni zmy­wa­ła ręcz­ni­kiem krew z twa­rzy. Po­wi­nie­nem zro­bić to samo, ina­czej na­stra­szę lu­dzi na od­dzia­le ra­tun­ko­wym. Pod­sze­dłem do niej, od­kręci­łem moc­niej wodę i opłu­ka­łem się na tyle, na ile to było mo­żli­we.

– Dzi­ęki – po­wie­dzia­ła sła­bo, si­ęga­jąc po chu­s­tecz­ki, żeby wy­smar­kać nos.

– Za co?

– Za ura­to­wa­nie mi ży­cia. – Sta­ła przede mną jak dziec­ko nie­szczęścia wal­czące ze łza­mi.

– No to po je­den, kró­li­ku – rzu­ci­łem żar­to­bli­wie, na­wi­ązu­jąc do na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia.

Za­chwia­ła się lek­ko, więc od­su­nąłem krze­sło i po­sa­dzi­łem na nim jej dupę. Jak będę mu­siał ją znów no­sić, ta rana ni­g­dy się nie za­goi. Nie przy­tu­li­łem jej, bo nie mia­łem ocho­ty mar­no­wać cza­su na bab­ską hi­ste­rię i łzy. Ogar­nę ją emo­cjo­nal­nie, gdy już prze­sta­nie nam gro­zić nie­bez­pie­cze­ństwo. Chy­ba do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła dziu­rę w moim T-shir­cie, a se­kun­dy pó­źniej do­ta­rło do mnie, skąd się wzi­ęła. Ści­ągnąłem go przez gło­wę i rzu­ci­łem na stół.

– Jezu, Aiden…

Spodnie też mia­łem całe we krwi. Ten prysz­nic chy­ba nie by­łby ta­kim złym po­my­słem. Nie mie­li­śmy jed­nak cza­su. Wy­ta­rłem się z grub­sza mo­krym ręcz­ni­kiem, ostro­żnie omi­ja­jąc że­lo­wy ko­rek z Ce­lo­xu.

– Nic się nie sta­ło – ba­ga­te­li­zo­wa­łem. – Mu­si­my po­je­chać do szpi­ta­la.

– Wi­dzę.

– Przede wszyst­kim ze względu na Lucę i cie­bie – za­zna­czy­łem. – Naj­praw­do­po­dob­niej na­sze do­mo­we spo­so­by na prze­zi­ębie­nie nie za­dzia­ła­ły i po­trze­bu­jesz an­ty­bio­ty­ku.

– Je­steś ran­ny – od­pa­rła nie­co zbyt wy­so­kim to­nem, za­no­sząc się mo­krym kasz­lem.

Wy­jąłem z tor­by czy­stą ko­szul­kę.

– Bez hi­ste­rii, Ste­fa­nia! – ostrze­głem, na­ci­ąga­jąc ma­te­riał przez gło­wę. Przy­nio­słem jej buty i kurt­kę. – Ubie­raj się.

Za­dzwo­ni­łem do Mar­go do­pie­ro w dro­dze do szpi­ta­la.

– Po­trze­bu­ję eki­py sprząta­jącej – rzu­ci­łem za­miast po­wi­ta­nia. – Trzech lu­dzi od Ro­ma­no­va na­mie­rzy­ło nas w gó­rach.

– W jaki spo­sób?

– Jesz­cze nie wiem.

– Może od tego trze­ba za­cząć?

Obec­no­ść baby w ze­spo­le nie­sa­mo­wi­cie mnie wkur­wia­ła. One za­da­ją zbyt wie­le py­tań. Sko­ro mó­wię, że nie wiem, to dla­te­go, że coś prze­szko­dzi­ło mi w do­wie­dze­niu się tego, a nie dla­te­go, że się opier­da­lam. Dla ka­żde­go fa­ce­ta by­ło­by to oczy­wi­ste. My­śla­łem, że Mar­go jest inna, ale wi­dać stwo­rzy­łem so­bie zbyt wy­gó­ro­wa­ne wy­obra­że­nie o Gre­cie Eden.

– Ste­fa­nia ma ja­kąś chu­jo­wą, ostrą in­fek­cję, a ja ranę po­strza­ło­wą za­le­pio­ną Ce­lo­xem. Luca jest w szpi­ta­lu. Sko­ro nie dzwo­nił, to za­pew­ne w złym sta­nie lub kry­tycz­nym, więc sko­ńcz przy­pier­dol­kę.

– Masz ze sobą ha­ker­kę – przy­po­mnia­ła. – Na­fa­sze­ruj ją le­ka­mi i daj lap­ka do ręki.

– Ona ma go­rącz­kę! Pew­nie coś pod trzy­dzie­ści dzie­wi­ęć stop­ni.