Na fali pożądania - Greta Eden - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Na fali pożądania ebook i audiobook

Greta Eden

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

477 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można odnaleźć źródło własnych potrzeb po utracie miłości, która obiecywała tak wiele?

Ela ma za sobą małżeństwo i romans, doświadczenia te zostawiły po sobie poczucie pustki, zdrady i własnej naiwności. Szukając ukojenia, wyrusza w podróż na drugi koniec świata – gdzie ocean spotyka się z nowym początkiem.

Australia staje się dla niej miejscem konfrontacji z przeszłością, ciałem i emocjami, jakich nie da się już ignorować. Poznaje Simona – mężczyznę równie magnetycznego, co niebezpiecznie bliskiego jej ukrytym pragnieniom – który pomaga jej odkryć nieznane dotąd potrzeby.

Simon to właściciel Coral Sea Dreaming – katamaranu dającego przestrzeń, gdzie goście mogą zrzucić maski i pozwolić sobie nawet na najśmielsze fantazje. Egzotyka otoczenia sprzyja odwadze w odkrywaniu własnej zmysłowości.

Ich spotkanie daje początek relacji pełnej napięcia i rosnącej, wymykającej się prostym definicjom fascynacji. Zaczynają wspólną podróż nie tylko przez przepiękne krajobrazy, lecz także przez wewnętrzne pokusy, a to, co miało być chwilowym uniesieniem, powoli przeradza się w doświadczenie zdolne odmienić ich oboje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 538

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Nana KowalskaMakary Różalski

Oceny
4,4 (9 ocen)
7
1
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

O wow to było wzywalajace, Hot Hot ❤️
31
Aleksandra_Paw
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Ajj gorąco🔥polecam🖤
31
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia zabierająca w hot podróż ☀️🛥️☀️🛥️
31
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąca książka 🔥
31
SunaiConte

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam ❤️❤️
20



Prolog

Pal­ca­mi z ust, usta­mi z pal­ców, usta­mi z ust

Wszyst­ko ma swój po­czątek i ko­niec. Czy to smut­ny, czy ra­do­sny, ka­żda rzecz zmie­rza do nie­uchron­ne­go ko­ńca. Mój ro­mans za­czął się pro­za­icz­nie – od oka­za­nia wspar­cia i wy­słu­cha­nia. Mi­łe­go sło­wa, kie­dy bra­ko­wa­ło mi go w nie­szczęśli­wym ma­łże­ństwie. Tak, by­łam żoną, któ­rej mąż ko­chał pra­cę bar­dziej niż mnie.

Po­czątek ro­man­su był nie­win­ny – śmie­chy, po­ga­dan­ki i dwu­znacz­ne żar­ci­ki, któ­re mo­żna by uznać za flirt albo przy­ja­ciel­skie prze­ko­ma­rza­nie. Mo­je­go ży­cia in­tym­ne­go z mężem nie war­to na­wet wspo­mi­nać, poza tym, że w oczach ko­chan­ka ja­wi­łam się jako su­cha gąb­ka, chło­nąca wszyst­ko, więc tak jak­by by­łam sama so­bie win­na. Ły­ka­łam jak pe­li­kan ka­żde ser­wo­wa­ne mi za­pew­nie­nia. Nie­mniej dzi­ęki nie­mu zro­zu­mia­łam, że nie je­stem zim­ną rybą w aspek­cie sek­su­al­no­ści, a zdro­wą ko­bie­tą z po­trze­ba­mi, któ­rą ktoś umie­jęt­ny po­tra­fi­łby roz­bu­dzić.

Kon­tak­ty w pra­cy to jed­no, ale pó­źniej prze­nie­śli­śmy się na pry­wat­ne e-ma­ile, roz­ma­wia­li­śmy o mu­zy­ce, od­le­gło­ści Zie­mi od Sło­ńca, za­in­te­re­so­wa­niach, li­te­ra­tu­rze. Po­ska­rży­łam się w przy­pły­wie od­wa­gi po pi­wie, że mąż mnie nie za­do­wa­la. I chy­ba to oka­za­ło się prze­ło­mem w na­szym „zwi­ąz­ku”. Aż przy­sze­dł dzień, w któ­rym otrzy­ma­łam po­ni­ższe­go ma­ila.

Od: su­ni­sthe­tre­asu­re@gma­il.com

Do: youare­my­tre­asu­re@gma­il.com

Te­mat: 3:18

Po­nad 14 go­dzin pó­źniej wra­że­nia stra­ci­ły odro­bi­nę na ostro­ści. Po­sta­ram się jed­nak wier­nie od­two­rzyć prze­bieg zda­rzeń ;P :*

Obu­dzi­łem się, kie­dy ze­ga­rek w te­le­fo­nie wska­zy­wał 3:18. Stan­dard… – po­my­śla­łem so­bie, te­raz pew­nie do rana nie uda się za­snąć. Po chwi­li jed­nak za­pa­dłem w pó­łsen, pó­łja­wę, zu­pe­łnie świa­do­my miej­sca i cza­su, w któ­rym się znaj­du­ję, a jed­no­cze­śnie… tak nie­re­al­nie.

Do­sta­łem list. Nie pa­mi­ętam do­kład­nie, jaka to była fir­ma, ja­kaś bar­dzo zna­na mar­ka (z czym to ma zwi­ązek, nie py­taj, bo nie wiem). Otwie­ram. Od­czy­tu­ję list na głos, nie mam po­jęcia, czy byli ja­cyś słu­cha­cze, z tre­ści li­stu wy­ni­ka­ło mniej wi­ęcej – „wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się do tej pory, jest ni­czym, nie ma zna­cze­nia… pra­gnę in­nej ko­bie­ty…”.

Po­tem już je­steś tyl­ko Ty i je­stem ja. Bar­dzo bli­sko, zmy­sło­wo, czu­ję za­pach Two­jej skó­ry, wło­sów. Cu­dow­ne cie­pło cia­ła. Nic in­ne­go nie ma zu­pe­łnie zna­cze­nia. Wy­pe­łnia mnie nie­sa­mo­wi­ta ra­do­ść wy­ni­ka­jąca z sa­me­go do­ty­ku, po­ca­łun­ków. Chy­ba nie umiem tego opi­sać na­wet w dzie­si­ęciu pro­cen­tach. Tam w środ­ku… we mnie dzia­ło się coś nie­sa­mo­wi­te­go. Ni­g­dy nie sądzi­łem, że mo­żna coś ta­kie­go czuć. Nie był to tra­dy­cyj­ny seks, je­dy­nie się do­ty­ka­li­śmy, ca­ło­wa­li­śmy, cie­szy­li­śmy się bli­sko­ścią. To było lep­sze niż seks ;P

EU­FO­RIA. Zde­cy­do­wa­nie!

Moje ubo­gie słow­nic­two nie­ste­ty nie od­da­je na­wet cie­nia in­ten­syw­no­ści tego, co się dzia­ło. Na­wet te­raz na wspo­mnie­nie tej bli­sko­ści prze­cho­dzą mnie dresz­cze!

Naj­lep­sze jest to, że to się nie sko­ńczy­ło. Nie było wiel­kie­go fi­na­łu czy też na­głe­go prze­bu­dze­nia. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek, mi­nęła go­dzi­na! Po­wo­li mój or­ga­nizm wra­cał do nor­mal­no­ści, jed­nak na samo wspo­mnie­nie wy­da­rzeń sprzed chwi­li mia­łem na­tych­mia­sto­wą erek­cję ;P I Ty by­łaś tego po­wo­dem. Po ko­lej­nych kil­ku­na­stu mi­nu­tach wy­ci­sze­nia po pro­stu za­snąłem i spa­łem do rana ;) Obu­dzi­ło mnie Sło­necz­ko ;*

PS Wiem, że to nie był sen, to było coś in­ne­go… (mam na­dzie­ję, że nie we­źmiesz mnie za wa­ria­ta ;P). Oba­wiam się, że Ty coś we mnie obu­dzi­łaś. Coś, cze­go nie znam, i nie wiem, cze­go się spo­dzie­wać. A może to tyl­ko moja wy­obra­źnia :) Chy­ba zo­sta­łem wy­le­czo­ny z bez­sen­no­ści ;P Dzi­siaj się oka­że. Tak czy ina­czej ta noc do­star­czy­ła mi nie­sa­mo­wi­tych wra­żeń :*

Dzi­ęku­ję, ży­czę mi­łe­go wy­po­czyn­ku w week­end, mam na­dzie­ję, że ja­koś dasz so­bie radę beze mnie. Ja so­bie ra­dzę, gdyż je­steś obec­na w mo­ich my­ślach nie­ustan­nie :*

My­śli­cie, że pa­dłam mu w ra­mio­na, bo mi ma­ila na­pi­sał? Nie od razu Rzym zbu­do­wa­no. Jesz­cze wte­dy nie mia­łam śmia­ło­ści i na­dal uwa­ża­łam go za przy­ja­cie­la.

Od­pi­sa­łam więc tak:

Od: youare­my­tre­asu­re@gma­il.com

Do: su­ni­sthe­tre­asu­re@gma­il.com

Te­mat: RE: 3:18

Fe­no­men świa­do­me­go snu jest cu­dow­ną rze­czą, co wiem z do­świad­cze­nia.

Wiesz już, co czu­łam po „wan­nie”. Nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie do­ty­ku, za­pa­chu, cie­pła. Nie cho­dzi o sam seks, ale o po­czu­cie bli­sko­ści z in­nym czło­wie­kiem. Po­fi­lo­zo­fu­ję, ale po­wiem, że sny są od­zwier­cie­dle­niem na­szych pra­gnień, bez względu na to, czy ta dru­ga oso­ba jest na­szą/na­szym ślub­nym, czy tez kimś zu­pe­łnie in­nym, a może po pro­stu nie mo­żesz doj­rzeć jej/jego twa­rzy. In­stynk­tow­nie chce­my tego i pra­gnie­my. I to się na­zy­wa świa­do­my sen. Nie mia­łam go już daw­no i bar­dzo ża­łu­ję. Li­czę, że może znów mi się przy­tra­fi. W ta­kich snach mo­żna spe­łnić swo­je ma­rze­nia, fan­ta­zje.

My­ślę, że oboj­gu nam bra­ku­je praw­dzi­wej bli­sko­ści. Po pro­stu przy­tu­le­nia się do tej dru­giej oso­by, by­cia z kimś. Wiem, że brak sek­su dla fa­ce­ta jest dość trud­nym prze­ży­ciem – tzw. „sper­ma wy­le­wa się usza­mi”, a wi­ęk­szo­ść my­śli kon­cen­tru­je się tyl­ko i wy­łącz­nie na jed­nym. A że to by­łam ja? Sądzę, że to aku­rat nie ma zna­cze­nia. Poza tym, że po pro­stu dużo roz­ma­wia­my, otwie­ra­my się dla sie­bie – i to robi swo­je. Wci­ąż je­stem gdzieś bli­sko, a może za bli­sko…?

Po­dob­no naj­sek­sow­niej­szy w mężczy­źnie jest jego umy­sł. Skła­niam się ku tej teo­rii. Je­steś wspa­nia­łym fa­ce­tem! Cie­szę się, że je­steś moim przy­ja­cie­lem.

Nie wiem, czy bu­dzę w To­bie coś no­we­go, nie­zna­ne­go, czy też coś, co już w To­bie było, ale gdzieś na chwi­lę za­gi­nęło, ale je­śli dzi­ęki temu po­tra­fisz prze­spać całą noc i je­steś wy­po­częty, to je­stem za ;) A może po­trze­bu­jesz wy­rzu­ce­nia z sie­bie odro­bi­ny tej czu­ło­ści?

Wiem, że je­steś zmęczo­ny i znie­chęco­ny pró­ba­mi, ale… za­wsze będę Cię na­ma­wiać na bli­sko­ść z Two­ją Anią, bo to wła­śnie ją wy­bra­łeś so­bie na part­ner­kę ży­cio­wą, z tego czy in­ne­go po­wo­du – to ona po­win­na być Sło­necz­kiem Two­je­go ży­cia. Mu­sisz od­na­le­źć swo­ją Anię na nowo. Je­śli będziesz po­trze­bo­wał, dam Ci do tego ener­gię. Od tego są przy­ja­cie­le.

Uwa­żam, że obo­je mu­si­my za­cząć spe­łniać swo­je ma­rze­nia, za­cząć zmie­niać swo­je po­de­jście do zwi­ąz­ków, do tego, cze­go ocze­ku­je­my od swo­ich part­ne­rów. Ina­czej będzie­my się na­kręcać na sie­bie wza­jem­nie.

Sen mu­siał być fa­scy­nu­jący, ale to tyl­ko sen. Dzia­ła­jąca pra­wi­dło­wo wy­obra­źnia – chy­ba…

Przez nie­mal rok mie­li­śmy ro­mans. Głow­nie wir­tu­al­ny, za­pi­sa­ny w ar­chi­wum pro­gra­mu Te­ams, z ogrom­ną licz­bą iko­nek. Ró­żnych iko­nek, po­śród któ­rych prze­wa­ża­ła „:*”, czy­li po­ca­łu­nek. Za­nim Pa­weł po­ca­ło­wał mnie pierw­szy raz, mi­nęło spo­ro cza­su, a i to za­sko­czy­ło nas obo­je. Zo­sta­li­śmy po pra­cy, by sko­ńczyć pro­jekt stro­ny in­ter­ne­to­wej dla klien­ta. Z per­spek­ty­wy cza­su my­ślę, że to ukar­to­wał, ale wte­dy za­dzia­ło się jak w ksi­ążce. Po­chy­li­łam się nad jego ra­mie­niem, by zer­k­nąć na uło­że­nie zdjęć, on od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę, a na­sze war­gi się mu­snęły. MA­GIA. Po­czu­łam to w ka­żdej ko­mór­ce cia­ła. Od tam­tej pory ukrad­ko­wo kra­dli­śmy so­bie po­ca­łun­ki, chwi­le za­po­mnie­nia w swo­ich ra­mio­nach i or­ga­zmy.

Roz­wio­dłam się, wie­dząc, że nie dam rady two­rzyć ży­cia z czło­wie­kiem, dla któ­re­go je­stem week­en­do­wym prio­ry­te­tem. Nie zro­bi­łam tego, po­nie­waż uwi­kła­łam się w ro­mans i li­czy­łam na „żyli dłu­go i szczęśli­wie”, ale przez to, że po sied­miu la­tach ma­łże­ństwa nie wi­dzia­łam dla nas przy­szło­ści.

Żad­nej.

Dla eks­męża li­czy­ła się fir­ma, pie­ni­ądze i re­li­gia. Dla mnie po­szu­ki­wa­nie TEGO ulot­ne­go cze­goś, cze­go pra­gnęłam naj­bar­dziej na świe­cie. Bez­in­te­re­sow­ne­go, szcze­re­go i za­pie­ra­jące­go dech w pier­si uczu­cia, o któ­rym roz­pi­sy­wa­no się w ksi­ążkach.

Pra­gnęłam do­świad­czyć praw­dzi­wej mi­ło­ści.

Tak więc trze­cie­go grud­nia pa­mi­ęt­ne­go roku wy­szłam z bu­dyn­ku sądu i ode­tchnęłam pe­łną pier­sią. Od­zy­ska­łam WOL­NO­ŚĆ! Mo­głam pla­no­wać swo­je ży­cie, nie ba­cząc na ocze­ki­wa­nia mat­ki, eks­męża czy na­szych wspól­nych, „nie­zwy­kle re­li­gij­nych” zna­jo­mych. Ko­niec oszu­ki­wa­nia. Po dwu­dzie­stu sied­miu la­tach za­czy­na­łam żyć dla sie­bie. Moje szcze­re oświad­cze­nie mat­ce, że „da­łam jej dwa­dzie­ścia sie­dem lat spe­łnia­nia ocze­ki­wań in­nych i nie wy­szło, jak chcia­ła, a te­raz czas na moje rządy”, nie wy­wo­ła­ło fali łez, a je­dy­nie ci­ężkie wes­tchnie­nie po­go­dze­nia się z sy­tu­acją.

Eu­fo­ria za­chły­śni­ęcia się po­zy­tyw­nym ob­ro­tem zda­rzeń po­trwa­ła do dzie­si­ąte­go grud­nia. Po­tem spra­wa się ry­pła w naj­gor­szy z mo­żli­wych spo­so­bów, gdy żona ko­chan­ka sta­nęła w pro­gu biu­ra, w któ­rym obo­je pra­co­wa­li­śmy. Ser­ce mi się za­trzy­ma­ło, by po­ga­lo­po­wać wście­kle se­kun­dę pó­źniej, gdyż wie­dzia­łam już, pa­trząc na jego twarz, że prze­gra­łam i to nie ja będę trwać u jego boku. W swo­jej na­iw­no­ści wie­rzy­łam, że jak wyj­dzie­my na ze­wnątrz, to wy­słu­cham jej żali i ro­zej­dzie­my się ka­żde w swo­ją stro­nę.

I po­nie­kąd tak się sta­ło. Pa­trzy­łam, jak obo­je od­cho­dzi­li, trzy­ma­jąc się za ręce. Zro­zu­mia­łam, że mimo za­pew­nień o mi­ło­ści, wspól­nym zro­zu­mie­niu, przy­ja­źni i po­łącze­niu dusz, on ni­g­dy od niej nie odej­dzie. Za­wsze usta­wi ją na pie­de­sta­le, po­nad wszyst­ko. Ja­kąkol­wiek rolę ode­gra­łam w tym ukła­dzie, nie za­no­si­ło się, że­by­śmy na­praw­dę stwo­rzy­li wspól­ną przy­szło­ść.

Coś we mnie uma­rło. By­łam głu­pia, bo się za­ko­cha­łam, cho­ciaż zda­wa­łam so­bie spra­wę z kon­se­kwen­cji i z tego, że ra­nię in­nych.

Na drżących no­gach wró­ci­łam do biu­ra i kom­pu­te­ra, czu­jąc na ple­cach cie­kaw­skie spoj­rze­nia wspó­łpra­cow­ni­ków. Okien­ko przy­cho­dzące­go po­wia­do­mie­nia na ko­mu­ni­ka­to­rze dało mi znać, że szef chce mnie wi­dzieć u sie­bie. Za­blo­ko­wa­łam sta­cję ro­bo­czą i po­szłam na dru­gie pi­ętro. Wzi­ęłam parę od­de­chów, nim za­pu­ka­łam do drzwi.

– Za­pra­szam! – Padł gło­śny roz­kaz.

Z ci­ężkim ser­cem i pa­lącą w gar­dle gulą za­mknęłam za sobą drzwi.

– Sia­daj.

Opa­dłam na mi­ęk­ką skó­rza­ną ka­na­pę, pa­trząc wy­cze­ku­jąco na na­sze­go sze­fa – Ro­ber­ta.

– Ostrze­ga­łem cię.

Przy­mknęłam po­wie­ki na se­kun­dę.

– Wiem. – Od­wró­ci­łam wzrok w stro­nę okna.

– Któ­re z was mam zwol­nić?

Ze stra­chem zer­k­nęłam na nie­go, bo taki sce­na­riusz nie przy­sze­dł mi do gło­wy, kie­dy mózg bu­jał w chmu­rach.

– Nie bądź zdzi­wio­na – po­uczył su­cho. – Szcze­rze? Po­trze­bu­ję was pra­cu­jących ra­zem, ale w tej sy­tu­acji to chy­ba nie­re­al­ne?

– Po­tra­fię się za­cho­wać pro­fe­sjo­nal­nie – za­pew­ni­łam.

Jego nie­zwy­kle wy­mow­ne spoj­rze­nie wska­zy­wa­ło, że nie wie­rzy w ani jed­no sło­wo.

– Nie zmu­szaj mnie, że­bym mi­ędzy wami wy­bie­rał.

Cho­ciaż tyle, że nie po­wie­dział, że Pa­weł jest wa­żniej­szy.

– Tak, wiem, je­stem na stra­co­nej po­zy­cji.

Jego nie­bie­skie oczy wręcz prze­wier­ca­ły mnie na wy­lot.

– Po­zwo­le­nie dwoj­gu moim naj­lep­szym lu­dziom na ro­mans było fa­tal­nym po­my­słem. Ty się cho­ciaż ze­bra­łaś do kupy i roz­wio­dłaś, ale on…

Od­gar­nęłam wło­sy ner­wo­wym ge­stem, wpa­da­jąc mu w sło­wo:

– Tak, wiem, zro­zu­mia­łam.

– Nie ży­czę so­bie w biu­rze żad­nych scen. – Padł ko­lej­ny su­chy roz­kaz.

Mimo roz­ża­le­nia spoj­rza­łam na nie­go z iry­ta­cją.

– Jemu to po­wiedz! – wy­ce­dzi­łam. – Nie ja przy­szłam z żoną.

– Z nim też po­roz­ma­wiam – za­pew­nił. – Skąd się do­wie­dzia­ła?

Opa­dłam na sie­dzi­sko, prze­cze­su­jąc wło­sy.

– W so­bo­tę spo­tka­li­śmy się na mie­ście. Od paru dni ła­ził w złym hu­mo­rze, więc chcia­łam go po­cie­szyć i po­ga­dać. Na­le­ga­łam, żeby go od­wie­źć do domu i… za­miast jak zwy­kle po­je­chać pro­sto z Klesz­czo­wej w So­lip­ską do Fa­so­lo­wej, to skręci­łam w Ry­żo­wą. – Ser­ce znów mi ga­lo­po­wa­ło na samo wspo­mnie­nie. – Sta­ła na przy­stan­ku, cze­ka­jąc na nie­go, kie­dy ją mi­ja­li­śmy. A dzi­siaj to…

Ro­bert wy­glądał na za­sko­czo­ne­go. Sie­dział w ci­szy dłu­gą chwi­lę. Zbie­ra­ło mi się na płacz. Za­ci­snęłam dło­nie, któ­re drża­ły co­raz moc­niej. Wręcz dy­go­ta­łam, re­agu­jąc na stres z opó­źnie­niem.

– Ty kre­tyn­ką je­steś – pod­su­mo­wał bez emo­cji. – Na co li­czy­łaś? Od po­cząt­ku mó­wi­łem, że­byś się wzi­ęła w ga­rść, prze­sta­ła ma­zać i za­ko­ńczy­ła ten zwi­ązek.

– Ro­bert – szep­nęłam płacz­li­wie.

– Ostrze­ga­łem, pro­si­łem! – pie­klił się. – A je­dy­nie ża­łu­ję, że nie zro­bi­łem nic, żeby wam oboj­gu wy­bić ten ro­mans z gło­wy. Ale, Elka! Wam się dy­wan pod no­ga­mi pa­lił, wy­star­czy­ło, że na sie­bie po­pa­trzy­li­ście. – Po­ci­ągnęłam no­sem, usi­łu­jąc od­go­nić łzy. – Trzy­maj się od nie­go z da­le­ka, a to, co mu­sisz, prze­ka­zuj przez Te­ams. Zrób, co masz zro­bić, i idź do domu.

Prze­pła­ka­łam parę dni w czte­rech kątach, ale do pra­cy przy­cho­dzi­łam jak gdy­by ni­g­dy nic. Ko­le­żan­ka da­wa­ła mi znać, że w kuch­ni „czy­sto” i mogę so­bie zro­bić kawę. Nie wy­ściu­bia­łam nosa ze swo­je­go po­ko­ju, je­śli nie było to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne, a drzwi po­zo­sta­wa­ły za­mkni­ęte. Usi­ło­wa­łam się od­ci­ąć od wszyst­kie­go, co nie wi­ąza­ło się z pra­cą.

Dwa ty­go­dnie po ca­łej afe­rze ran­kiem spraw­dza­łam ma­ile na pry­wat­nej po­czcie i za­ma­rłam z ręką nad le­wym przy­ci­skiem mysz­ki.

Cze­mu jego żona wy­sła­ła do mnie ma­ila?

Nie wie­dzia­łam.

Cze­mu za­częłam z nią roz­ma­wiać?

Też nie po­tra­fi­łam wy­tłu­ma­czyć.

By­łam pew­na tyl­ko jed­ne­go – nie ja pierw­sza i nie ja ostat­nia. Wy­cho­dzi­ło na to, że miał ro­mans ze mną, a po­tem jesz­cze z ja­kąś ko­bie­tą. Trzy jed­no­cze­śnie. Może opacz­nie ro­zu­miał ideę pary? Miał parę ko­cha­nek jed­no­cze­śnie? Przede mną było ich kil­ka i żona za­wsze mu wy­ba­cza­ła, po­nie­waż, jak sama do mnie pi­sa­ła, „ko­cha się nie «po­nie­waż», ale «po­mi­mo wszyst­ko»”. Wy­szło jed­nak na to, że sy­tu­acja ze mną oka­za­ła się pierw­szą tak po­wa­żną, że mó­wił o roz­wo­dzie.

Roz­ma­wia­ły­śmy ze sobą po­nad ty­dzień, wy­mie­nia­jąc się spo­strze­że­nia­mi, aż w ko­ńcu do­szło do usta­wio­nej kon­fron­ta­cji nas troj­ga i wza­jem­nych oska­rżeń. Oszu­ki­wa­li­śmy się we tro­je, a jak się oka­za­ło, zna­la­zła się jesz­cze ta czwar­ta, do któ­rej się przy­znał, gdy mu w ko­ńcu pu­ści­ły emo­cje. Trza­snął drzwia­mi, wy­sze­dł, a my po krót­kiej roz­mo­wie też się ro­ze­szły­śmy, ka­żda w swo­ją stro­nę.

Do­pie­ro ran­kiem jego żona na­pi­sa­ła do mnie na Te­ams.

Anna: Po­dej­rze­wam, że pew­nie od rana Ci już pi­sze nowe ma­ile, może zno­wu zmie­nił zda­nie?

Ela: Nie. Nie od­zy­wa się do mnie ani sło­wem, na­wet nie zsze­dł na dół do kuch­ni – mu­sia­łby prze­jść obok mo­je­go po­ko­ju, a ja nie za­my­kam już drzwi. Aniu, wiem, że mi nie wie­rzysz, ale nie będzie żad­nych po­wro­tów, tłu­ma­cze­nia, nic a nic. Ja czu­ję się oszu­ka­na i przy­kro mi, że Ci kła­ma­łam. Naj­bar­dziej mi głu­pio z po­wo­du tego, co wczo­raj po­wie­dzia­łam, że uwa­żam, że i tak mu wy­ba­czysz. Żad­ne sło­wa nie od­da­dzą tego, co czu­ję.

Anna: Uwierz, że mnie rów­nież jest przy­kro. To, że wczo­raj nie po­tra­fi­łam uro­nić ani jed­nej łzy, nie ozna­cza, że nie czu­ję pła­czu w środ­ku. Wszyst­ko we mnie po­pęka­ło. Cze­mu Ci głu­pio, że ja i tak mu wy­ba­czę? Skąd w ogó­le to wiesz? Nie wiem, co będzie w tej chwi­li, ju­tro, za ty­dzień czy mie­si­ąc. A on chy­ba i tak nie ma po­jęcia, cze­go chce.

Ela: Ta­kie mia­łam wra­że­nie, gdy roz­ma­wia­ły­śmy, że wy­ba­czysz – może myl­ne, sama już też nie wiem, co my­śleć. Pó­łpraw­dy, nie­do­po­wie­dze­nia, aż nie do uwie­rze­nia. Na­wet to z wczo­raj, że pod­jął de­cy­zję, ale nie umie po­wie­dzieć jaką. Za­sta­na­wiam się, czy jed­nak nie wzi­ąć urlo­pu i nie wy­je­chać gdzieś sama ze sobą, prze­stać na chwi­lę my­śleć i ana­li­zo­wać, bo gło­wa mnie już boli od tego.

Anna: Nie wiem, co mam sądzić o tym wszyst­kim. A z tym urlo­pem – po­my­śla­łam do­kład­nie to samo… Nie wiem, czy jest ktoś inny, nie za­sta­na­wiam się już. Za­ska­ku­jące jest to, że nie czu­ję do Cie­bie zło­ści, gnie­wu, nie­na­wi­ści. W za­sa­dzie nic poza ża­lem i smut­kiem. Może to wła­śnie jest moja na­iw­no­ść? Po­tra­fię Cię zro­zu­mieć, sie­bie. Ale czy jego? Może w ko­ńcu będzie tak, że ka­żde z nas zo­sta­nie samo… Czy któ­re­kol­wiek będzie­my szczęśli­we?

Na tym sko­ńczy­ły­śmy na­sze roz­mo­wy – na za­wsze. Z odro­bi­nę lżej­szą du­szą, ale na­dal z po­czu­ciem by­cia na­iw­ną gęsią, tak zde­spe­ro­wa­ną po­trze­bą czu­ło­ści i mi­ło­ści, że po­zwo­li­łam sobą ma­ni­pu­lo­wać sło­wa­mi „mamy to pod kon­tro­lą”. Gów­no mie­li­śmy pod kon­tro­lą! On miał plan, jak mnie zła­mać, jak na­kręcić, bym sama do nie­go przy­szła. Uwió­dł mnie mo­imi wła­sny­mi sło­wa­mi. Może i za­częło się nie­win­nie od roz­mo­wy o pro­ble­mach, ale dzi­ęki temu wie­dział do­kład­nie, cze­go po­trze­bu­ję i pra­gnę.

Ale seks… tego nie dało się uda­wać. Czu­ły, na­mi­ęt­ny, spon­ta­nicz­ny. Taki, o ja­kim pi­szą w ksi­ążkach, an­ga­żu­jący cia­ło, umy­sł i du­szę. Gdy po­zwo­lisz so­bie na to, by się ca­łko­wi­cie otwo­rzyć przed dru­gą oso­bą, dzie­je się… MA­GIA. W tym wy­pad­ku – czar­na ma­gia, ma­ni­pu­la­cja.

Od sło­wa do sło­wa ro­mans się sko­ńczył i zo­sta­ły tyl­ko zim­ne, słu­żbo­we sto­sun­ki, a roz­mo­wy nie wy­kra­cza­ły poza te­ma­ty pro­jek­tów dla klien­tów. Ode­szła­bym z fir­my, gdy­bym mo­gła, gdy­bym wte­dy ro­zu­mia­ła, że gdzieś tam cze­ka na mnie coś lep­sze­go.

Wy­trzy­ma­łam dzie­si­ęć mie­si­ęcy, któ­re wy­da­wa­ły się wiecz­no­ścią. Ro­bert przy­jął moje wy­po­wie­dze­nie bez sło­wa ko­men­ta­rza i oznaj­mił mi, że mam po­nad sze­śćdzie­si­ąt dni urlo­pu do wy­ko­rzy­sta­nia i trzy mie­si­ące wy­po­wie­dze­nia. Ła­ska­wie się zgo­dził, bym nie mu­sia­ła pra­co­wać w tym cza­sie i za­pła­ci mi jak za urlop. Jego obo­jęt­no­ść po sied­miu la­tach wspól­nej pra­cy roz­wa­li­ła mnie na ato­my.

Wy­ża­li­łam się przez te­le­fon cio­ci, któ­ra od dwu­dzie­stu lat miesz­ka­ła w Au­stra­lii, a zwrot­nie usły­sza­łam:

– Wsia­daj w sa­mo­lot!

Po przej­rze­niu sta­nu po­sia­da­nych po roz­wo­dzie oszczęd­no­ści do­szłam do wnio­sku, że w su­mie dla­cze­go nie?

Au­stra­lio , przy­by­wam!

Rozdział 1

Ni­g­dy, prze­nig­dy nie ża­łuj, że co­kol­wiek zro­bi­łaś, je­śli ro­bi­ąc to, by­łaś szczęśli­wa

Ela

Dwa­dzie­ścia sie­dem go­dzin.

Dwa­dzie­ścia sie­dem go­dzin!

Lot do Syd­ney z prze­siad­ką w Du­ba­ju trwał dwa­dzie­ścia sie­dem go­dzin.

Nie wiem, czy w je­dze­niu po­da­wa­li ja­kieś leki na uspo­ko­je­nie, czy co, ale po po­si­łku za­chcia­ło mi się spać. I co dziw­ne, obu­dzi­łam się krót­ko przed lądo­wa­niem w por­cie prze­siad­ko­wym. Niby mia­łam czte­ry go­dzi­ny na zła­pa­nie ko­lej­ne­go sa­mo­lo­tu, ale drża­łam we­wnątrz jak osi­ka, że nie zdążę i od­le­ci beze mnie. Strasz­nie głu­pie, bio­rąc pod uwa­gę fakt, że wie­lo­krot­nie na­wo­ły­wa­no pa­sa­że­rów do bra­mek, za któ­ry­mi upy­cha­no wszyst­kich do ma­szyn.

Wy­star­czy­ło mi na­wet cza­su na ku­pie­nie so­bie dwóch ma­gne­sów i bu­tel­ki wody, któ­ra oka­za­ła się naj­dro­ższą, jaką kie­dy­kol­wiek wy­pi­łam. Nie­mniej uga­si­ła pra­gnie­nie, tak samo jak zro­bi­ła­by to kra­nów­ka. Nie po­zwo­li­li mi jej jed­nak za­brać na po­kład sa­mo­lo­tu do Syd­ney. In­nym też za­bra­li, a to ka­nap­ki, a to pi­cie, mimo że ku­pio­ne w Du­ba­ju. Po­noć taka pro­ce­du­ra.

Po go­dzi­nie od star­tu po­da­no nam po­si­łek. I jak po­przed­nio zro­bi­łam się śpi­ąca. Coś na bank do­sy­py­wa­li do je­dze­nia, bo to wy­da­wa­ło się aż nie­re­al­ne, że na­gle wszyst­kich zmo­rzy­ło do snu. Do tego wy­ga­szo­no świa­tła, a su­fit imi­to­wał te­raz nie­bo pe­łne gwiazd. Od­pa­dłam, na­wet nie wie­dząc kie­dy. Obu­dzi­łam się nie­ca­łe dwie go­dzi­ny przed lądo­wa­niem.

Co dziw­ne, tym ra­zem nikt nie wstał i nie bie­gł do wy­jścia. Cud ja­kiś czy co? Wszy­scy mie­li dość po czter­na­stu go­dzi­nach w fo­te­lu. Ca­łkiem wy­god­nym, ale na­dal. Sa­mo­lot opusz­cza­li­śmy spo­koj­nie, po­grąże­ni we wła­snych my­ślach. Żad­nej bie­ga­ni­ny i prze­py­cha­nia, kto szyb­ciej. Ko­lej­ka do kon­tro­li gra­nicz­nej za­bra­ła mi po­nad go­dzi­nę i tak zro­bi­ła się nie­mal dwu­dzie­sta, gdy wy­szłam do hali przy­lo­tów.

Zmęczo­na, spo­co­na i wy­gląda­jąca jak nie­szczęście, roz­gląda­łam się za cio­cią, któ­rej ni­g­dzie nie do­strze­ga­łam. W chwi­lo­wej pa­ni­ce zer­k­nęłam na te­le­fon, ale on, jak na zło­ść, nie ła­pał żad­nej sie­ci. Żeby nie stać na środ­ku jak kre­tyn­ka, prze­szłam do krze­se­łek i klap­nęłam na jed­no z nich, by zre­star­to­wać urządze­nie. Ko­lej­ne mi­nu­ty za­jęło mi podłącze­nie do bez­płat­nej sie­ci Wi-Fi lot­ni­ska. Do­pie­ro wte­dy do­sta­łam kil­ka wia­do­mo­ści.

Cio­cia: Ko­cha­nie, bar­dzo boli mnie bio­dro. Po­pro­si­łam Ju­sti­na, żeby Cię ode­brał.

Ju­stin ? Jaki Ju­stin? Nic mi nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, aż do­zna­łam olśnie­nia. Jej sąsiad! Bu­dow­la­niec Ju­stin. Tyl­ko jak wy­gląda Ju­stin?

Ja: Nie wiem na­wet, jak on wy­gląda!

Cio­cia: Przej­dź do stre­fy od­bio­ru go­ści. Jak tam do­trzesz, daj znać, a on pod­je­dzie.

Ja: Do­brze.

Ro­zej­rza­łam się po pod­wie­szo­nych ta­bli­cach z na­pi­sa­mi i podąży­łam za wska­zów­ka­mi, mi­ja­jąc po dro­dze ko­lej­kę do tak­só­wek. Po­świ­ęci­łam na to kil­ka mi­nut, ale sta­nęłam na ze­wnątrz stre­fy „pu­blic pick-up”. Roz­gląda­łam się za ja­ki­mś sa­mo­cho­dem, do któ­re­go nikt nie pod­cho­dzi, bo to by ozna­cza­ło, że być może jest w nim ta­jem­ni­czy Ju­stin. Da­łam znać cio­ci, że cze­kam, na­wet wy­sła­łam jej sel­fi­ka z naj­bar­dziej nie­win­ną miną, jaką zdo­ła­łam przy­brać, żeby fa­cet wie­dział, kogo szu­kać, ale na­stąpi­ła ci­sza w ete­rze.

Za­ci­ągnęłam się wy­czu­wal­nym w po­wie­trzu słod­kim za­pa­chem eu­ka­lip­tu­sa, chcąc opa­no­wać ner­wy. W de­spe­ra­cji chcia­łam za­dzwo­nić do cio­ci, ale znie­nac­ka wy­ró­sł przede mną mo­kry sen o Chri­sie Hem­swor­cie. Gdy­by tyl­ko no­sił ogrod­nicz­ki upa­pra­ne far­bą w ró­żnych ko­lo­rach i ro­bo­cze, za­ku­rzo­ne buty… Do tego dło­nie ze śla­da­mi ja­kie­goś bru­du.

– Je­steś sio­strze­ni­cą Cri­sti­ny?

Od­jęło mi mowę, za to roz­sze­rzy­łam sze­ro­ko oczy ze zdu­mie­nia, sły­sząc ten cie­pły i głębo­ki głos z dziw­nym ak­cen­tem. Fa­cet wzi­ął się pod boki, a po­tem si­ęgnął do kie­sze­ni po te­le­fon. Za­mru­ga­łam, uświa­da­mia­jąc so­bie, jak idio­tycz­nie się za­cho­wu­ję.

– Ty je­steś Ju­stin? – Jego brew się unio­sła. – Prze­pra­szam, cio­cia nie dała mi znać… – ge­sty­ku­lo­wa­łam nad­mier­nie, de­ner­wu­jąc się – jak wy­glądasz… no i nie znam cię.

Od­wró­cił ko­mór­kę w moją stro­nę, po­ka­zu­jąc zrzut ekra­nu roz­mo­wy z cio­cią i sel­fi­ka. Chwy­cił za rącz­kę od wa­liz­ki i po­ci­ągnął ba­gaż w stro­nę wiel­kiej pó­łci­ęża­rów­ki z krat­ką z przo­du. Ale cóż – ogrom­ny fa­cet i ogrom­ne auto. Wrzu­cił ją nie­dba­le na pakę, jak­by nie wa­ży­ła trzy­dzie­stu dwóch ki­lo­gra­mów, tyl­ko z pięć, gdy ja się si­ło­wa­łam z pod­ręcz­ną wa­liz­ką o wa­dze dzie­si­ęciu.

Nie by­łam bez­rad­ną bia­ło­gło­wą, a po pro­stu zmęczo­ną dłu­gim lo­tem ko­bie­tą i mu­sia­łam chwi­lę po­dy­wa­go­wać, jak wsi­ąść do tej me­ta­lo­wej be­stii. Czy naj­pierw ja, a po­tem wa­liz­ka, czy naj­pierw wa­liz­ka, a po­tem ja. Był sto­pień, ale mia­łam ze sobą ba­gaż, któ­re­go za Chi­ny Lu­do­we nie pod­nio­sła­bym tak wy­so­ko na pakę.

Pi­snęłam, gdy Ju­stin zła­pał mnie w pa­sie i pod­sa­dził. Nim za­trza­snął drzwi, zdąży­łam do­strzec, że ba­gaż pod­ręcz­ny wy­lądo­wał na pace, tak samo jak duża wa­liz­ka. Jęk­nęłam w du­chu, mar­twi­ąc się o le­ci­we­go lap­to­pa.

W to­tal­nej ci­szy wy­je­cha­li­śmy za­wi­ły­mi ulicz­ka­mi z lot­ni­ska. W ciem­no­ści nie dało się zbyt wie­le zo­ba­czyć poza zna­ka­mi dro­go­wy­mi z in­for­ma­cja­mi, do­kąd pro­wa­dzą ró­żne zjaz­dy. Ochrzci­łam swo­je­go kie­row­cę przy­dom­kiem „gbur”. Na­wet nie za­py­tał, czy mia­łam przy­jem­ną pod­róż. Od razu wy­brał nu­mer i za­czął na­wi­jać przez te­le­fon w ta­kim tem­pie, że zwąt­pi­łam w to, czy w ogó­le ro­zu­miem język an­giel­ski. Nie­mniej jed­nak słu­cha­ło się go z przy­jem­no­ścią, a pa­trzy­ło na nie­go jesz­cze le­piej!

Za­trzy­mał auto przed trzy­kon­dy­gna­cyj­nym bu­dyn­kiem. Leki prze­ciw­bó­lo­we po­wo­li prze­sta­wa­ły dzia­łać, a ból bio­dra na­ra­stał do tego stop­nia, że per­spek­ty­wa wy­sia­da­nia z auta przy­pra­wia­ła mnie o ścisk żo­łąd­ka. Wie­dzia­łam, że to do­pie­ro ko­la­no z ar­tre­ty­zmem do­pro­wa­dzi mnie do mdło­ści. Otwo­rzy­łam drzwi i nie­zwy­kle uwa­żnie zsu­nęłam się na be­ton, sy­cząc z dys­kom­for­tu. Mu­sia­łam się przy­trzy­mać boku auta, bo rwa­nie w no­dze wy­ci­ska­ło mi łzy z oczu.

– W po­rząd­ku?

Dzi­ęki za tro­skę, gbu­rze!

– Tak – za­pew­ni­łam.

Wy­pro­sto­wa­łam się z tru­dem, mru­ga­jąc, by od­go­nić łzy. Dam radę. To tyl­ko ból!

Ski­nął mi gło­wą, sta­wia­jąc wa­liz­ki obok. Zo­sta­wił mnie bez sło­wa. Do­brze, że cho­ciaż pod do­brym ad­re­sem. Ku­le­jąc, po­de­szłam do pierw­szej klat­ki. Nad jej drzwia­mi ozna­czo­no nu­me­ry od dzie­wi­ęt­na­ście do dwa­dzie­ścia czte­ry. Po­trze­bo­wa­łam czwór­ki. Po­ku­śty­ka­łam da­lej i zna­la­złam od­po­wied­nie drzwi. Może i cio­cia miesz­ka­ła w miej­skiej czyn­szów­ce, ale było tu schlud­nie i czy­sto. O dzi­wo miesz­ka­nia znaj­do­wa­ły się na pó­łpi­ętrach, co da­wa­ło lo­ka­to­rom odro­bi­nę pry­wat­no­ści.

Wtasz­czy­łam wa­li­zy na górę, wal­cząc z nie­ustan­nym bó­lem. Zła­pa­łam parę od­de­chów, nim za­dzwo­ni­łam do drzwi, któ­re otwo­rzy­ły się nie­mal na­tych­miast. Ser­ce mi się ści­snęło na wi­dok ży­we­go ob­ra­zu wła­snej mat­ki.

– Cze­ść, ko­cha­nie!

Przy­tu­li­ła mnie do sie­bie, jak­bym była jej wła­snym dziec­kiem. Po­ca­ło­wa­ła w oba po­licz­ki i znów przy­tu­li­ła. Cały stres i iry­ta­cja dłu­gim lo­tem znik­nęły w se­kun­dę. Za­to­nęłam w cie­płych ra­mio­nach cio­ci, cie­sząc się jak dziec­ko. Łzy ze­bra­ły się pod po­wie­ka­mi.

– Jak do­brze cię zo­ba­czyć – wy­szep­ta­ła mi do ucha. Sły­sza­łam wzru­sze­nie w jej gło­sie.

Wci­ągnęłam wa­liz­kę do środ­ka i za­mknęłam za sobą drzwi. Skrzy­wi­łam się bo­le­śnie, okręca­jąc na pi­ęcie do­skwie­ra­jącej nogi.

– Boli cię? – spy­ta­ła z tro­ską.

– Tyl­ko tro­chę – skła­ma­łam, bo ból ude­rzał fa­la­mi od gło­wy po sto­py. Usi­ło­wa­łam w otępie­niu przy­po­mnieć so­bie, gdzie mam leki.

– Wi­dzę, że cię skręca, ko­cha­nie – od­pa­rła, idąc w stro­nę du­żych sza­rych drzwi. Otwo­rzy­ła je i na­szym oczom uka­za­ła się spi­żar­ka. Parę se­kund za­jęło jej zlo­ka­li­zo­wa­nie tego, cze­go szu­ka­ła. Wró­ci­ła do ma­le­ńkiej ku­chen­ki od­gro­dzo­nej od sto­łu z krze­sła­mi wy­spą. Po­da­ła mi ta­blet­kę i szklan­kę z so­kiem. – Chcesz usi­ąść?

– Nie – za­prze­czy­łam, ły­ka­jąc pi­gu­łkę. – Mu­szę się roz­ci­ągnąć.

– To ści­ągaj te ciu­chy, na­łóż coś wy­god­ne­go i po­ga­da­my, gdy będziesz ćwi­czyć.

Chcia­ła chwy­cić za wa­liz­kę, ale po­kręci­łam prze­cząco gło­wą. Jesz­cze cze­go! Ona w wie­ku sie­dem­dzie­si­ęciu lat mia­ła­by dźwi­gać moją tor­bę? Mi­nęły­śmy mały po­ko­ik, w któ­rym były tyl­ko me­ta­lo­we łó­żko, biur­ko i nie­wiel­ka ko­mo­da. W dru­gim, znacz­nie wi­ęk­szym, sta­ły roz­ło­żo­na wer­sal­ka, biur­ko i dwa re­ga­ły za­pe­łnio­ne ksi­ążka­mi. We wnęce znaj­do­wa­ła się sza­fa. Dwa za­siat­ko­wa­ne okna nie mia­ły za­sło­nek, a je­dy­nie bam­bu­so­we ro­le­ty.

– Nie wie­dzia­łam, czy chcesz ko­łdrę, czy koc.

– Jesz­cze nie wiem, ale osiem­na­ście stop­ni nocą wska­zu­je ra­czej na koc.

Z tru­dem po­ło­ży­łam ba­gaż na łó­żku, wy­ci­ągnęłam z nie­go ko­sme­tycz­kę, ręcz­nik i ubra­nia na zmia­nę – ha­rem­ki i ko­szul­kę na ra­mi­ącz­kach.

– Nie masz nic prze­ciw­ko, że we­zmę prysz­nic?

– Czuj się jak w domu, ko­cha­nie – za­pew­ni­ła z czu­ło­ścią.

– Dzi­ęki, cio­ciu.

– Chcesz coś zje­ść?

– Nie, na ra­zie nie.

Kąpiel oka­za­ła się zba­wie­niem. Chłod­na woda ko­iła roz­grza­ne cia­ło, a dzi­ęki le­kom ból bio­dra sta­wał się wspo­mnie­niem.

– Le­piej? – spy­ta­ła z uśmie­chem, gdy wy­nu­rzy­łam się odświe­żo­na.

– Zde­cy­do­wa­nie!

– Pi­cie, je­dze­nie?

– Nie, nie, za­dba­li o nas w sa­mo­lo­cie. Ile mo­żna.

– Do­brze na­kar­mi­li?

– Po­dej­rza­nie. – Za­śmia­łam się. – Wszy­scy po­tem po­szli spać.

– O masz! – Roz­ło­ży­ła ra­mio­na.

– Ale tak z pew­no­ścią le­piej się pra­co­wa­ło ste­war­de­som.

Uklękłam przed fo­te­lem, na któ­rym sie­dzia­ła cio­cia i przy­sia­dłam na pi­ętach, a ko­la­na roz­su­nęłam. Ta po­zy­cja za­wsze przy­no­si­ła ulgę w bólu, tak samo jak roz­ci­ąga­nie i po­zy­cje Vi­ra­bha­dra­sa­na w jo­dze.

– Masz za sobą dłu­gi lot.

– Ale ca­łkiem spo­koj­ny. Na­wet dzie­ci tak bar­dzo nie pła­ka­ły, za­cho­wy­wa­ły się na­praw­dę po­praw­nie i ci­cho.

– Będziesz mia­ła swo­je, to zo­ba­czysz, jak to jest.

– Z pew­no­ścią nie za­bie­ra­ła­bym ich w taką pod­róż – oświad­czy­łam spo­koj­nie, zmie­nia­jąc po­zy­cję. – Dwu­let­ni ma­luch nic nie za­pa­mi­ęta z ta­kiej wy­pra­wy, po­dob­nie jak tego, że ro­dzi­ce zo­sta­wi­li go w domu z nia­nią lub dziad­ka­mi.

– Te dziad­ki to nie­kie­dy nie mają siły do ga­nia­nia za ru­chli­wym dwu­lat­kiem, więc wy­ko­rzy­sty­wa­nie te­ściów czy ro­dzi­ców cza­sem nie ma sen­su. Sama wiesz, jak scho­ro­wa­na była mama.

– Wiem – przy­zna­łam z wes­tchnie­niem.

– Nie da­ła­by rady ga­niać za wnu­ka­mi.

– Więc do­brze, że się ich nie do­ro­bi­łam.

– Nie chcesz?

– Nie to, że nie chcę, ale ja­koś tak… – Zro­bi­łam nie­okre­ślo­ny gest ręką. – Wiesz, lu­bię swo­je spo­koj­ne po­ran­ki i chy­ba jesz­cze nie doj­rza­łam do tego, by za­mie­nić je na pła­czące dziec­ko.

– A ze­gar tyka – za­żar­to­wa­ła.

Skrzy­wi­łam się, ca­łkiem tra­cąc hu­mor.

– Nie wiem, jak mo­gła­bym te­raz za­ufać ja­kie­muś fa­ce­to­wi, kie­dy ten ro­mans fun­da­men­tal­nie wstrząsnął po­sa­da­mi mo­je­go świa­ta. Cio­ciu… – Wes­tchnęłam. – Czu­ję się oszu­ka­na, ale jak czy­tam te na­sze ma­ile, to… Sama je­stem so­bie win­na. Za­częło się pro­za­icz­nie od wy­mia­ny uwag o wła­snych ma­łże­ństwach i co­raz śmie­lej dzie­li­li­śmy się se­kre­ta­mi, po­wta­rza­jąc w gło­wach, że prze­cież je­ste­śmy w zwi­ąz­kach, że nic się nie dzie­je, że to po pro­stu taka „te­ra­pia”. Wy­ga­da­nie się dru­giej oso­bie ma­jącej po­dob­ne pro­ble­my. A to była pu­łap­ka! – do­da­łam z roz­ża­le­niem. – Że­bym sama go na­kie­ro­wa­ła na to, cze­go mi po­trze­ba. Czu­ło­ści, de­li­kat­no­ści, za­in­te­re­so­wa­nia, uwie­dze­nia mo­je­go mó­zgu, bym nie mo­gła się do­cze­kać do­ty­ku i fi­zycz­nej bli­sko­ści.

– Nie wszyst­ko zło­to, co się świe­ci – pod­su­mo­wa­ła.

– I nie ka­żdy chłop z wi­dła­mi to Po­sej­don!

Za­śmia­ła się dwu­znacz­nie.

– Czy­li coś na za­sa­dzie obie­can­ki ca­can­ki, a głu­pie­mu ra­do­ść, gdy po­li­ty­cy nam coś wci­ska­ją. „Obie­ca­łem wam dro­gi! Dro­gi chleb, dro­gi prąd, dro­gie ma­sło!”

– Nikt ci tyle nie da, ile nasz rząd ci na­obie­cu­je – skwi­to­wa­łam gorz­ko, pod­chwy­tu­jąc żart. – Tu chy­ba i tak jest le­piej niż w Pol­sce, co?

– Czy ja wiem, ko­cha­nie? – Mach­nęła ręką. – Ka­żdy kraj ma swo­je do­bre i złe stro­ny, a rządy i po­li­ty­cy w ka­żdym to to samo ba­gno.

Zer­k­nęła po raz ko­lej­ny na drzwi.

– Cze­kasz na ko­goś?

– My­śla­łam, że Ju­stin przyj­dzie ode­brać na­gro­dę za przy­słu­gę.

– A… mo­głam po­wie­dzieć wcze­śniej, że wy­sa­dził mnie przed wjaz­dem, zrzu­cił wa­liz­kę z paki i od­je­chał bez po­że­gna­nia. W dro­dze na­wi­jał przez te­le­fon do upa­dłe­go. Nie wiem, o czym, i za­czy­nam wąt­pić w swo­ją zna­jo­mo­ść an­giel­skie­go. – Usia­dłam pro­sto. – Ob­ser­wo­wa­łam oko­li­cę.

– I jak pierw­sze wra­że­nie? – spy­ta­ła z bły­skiem w oku.

Oj, cio­ciu, nic z tego swa­ta­nia nie będzie !

– Że ten fa­cet to to­tal­ny gbur. Do­brze wy­gląda­jący, ni­czym Chris Hem­sworth, ale na­dal gbur.

– Na­praw­dę to do nie­go nie­po­dob­ne. To bar­dzo otwar­ty, uro­czy chło­pak. Za­wsze uśmiech­ni­ęty. Ju­tro za­dzwo­nię za­py­tać, co się sta­ło, albo jak zaj­rzy, to po­ga­dam so­bie z ga­gat­kiem. – Po­gro­zi­ła pal­cem w po­wie­trzu.

– Ojej, nie trze­ba. Przy­wió­zł, je­stem cała!

– Po­je­cha­ła­bym sama. – Im dłu­żej na nią pa­trzy­łam, tym szyb­ciej do­cho­dzi­łam do wnio­sku, że może le­piej, że się nie ru­sza­ła z miej­sca. – Tak mnie bo­la­ły sta­wy, że nie by­łam w sta­nie ze­jść dzi­siaj po scho­dach. Na­wet leki nie po­ma­ga­ły.

Zro­bi­ło mi się przy­kro, że po­nie­kąd sta­nę się dla niej ci­ęża­rem. Cio­cia nie­dłu­go mia­ła ob­cho­dzić sie­dem­dzie­si­ąte uro­dzi­ny. Pi­ęk­ny wiek! Tyl­ko scho­ro­wa­ny. Do­sko­na­le to ro­zu­mia­łam, od­kąd i ja w wie­ku trzy­dzie­stu do­ro­bi­łam się ar­tre­ty­zmu, a gdzie mi tam do jej po­de­szłych lat.

– Nic się nie sta­ło – zba­ga­te­li­zo­wa­łam. – Może miał zły dzień czy coś. Cie­szę się, że mi po­mó­gł, bo po­zo­sta­ło­by mi wzi­ęcie ta­ry­fy.

– A tak­sów­ki są tu dro­gie. Z lot­ni­ska wy­da­ła­byś pew­nie ze sto dwa­dzie­ścia do­la­rów.

Nie­mal zła­pa­łam się za gło­wę, prze­li­cza­jąc na zło­tów­ki.

– Po­nad trzy­sta zło­tych? To z domu w War­sza­wie na lot­ni­sko jest ja­kieś sie­dem­dzie­si­ąt zło­tych Ube­rem.

– Ube­rem to pew­nie na­wet i ta­niej by wy­szło, ale im to wol­no do stre­fy od­bio­ru wje­chać tyl­ko raz dzien­nie. Ale za to mo­żna po­je­chać po­ci­ągiem. Co praw­da opła­ta za prze­jście przez bram­ki na tej sta­cji to osiem­na­ście do­la­rów, a nie zwy­cza­jo­we trzy czy czte­ry, ale da się do­je­chać. Ju­tro mu­si­my ci ku­pić kar­tę Opal.

– A co to ta­kie­go?

– Kar­ta miej­ska, któ­rą się do­ła­do­wu­je. Do cen­trum naj­le­piej stąd po­ci­ągiem lub ze sta­cji Mer­ry­lands albo Par­ra­mat­ta. Je­ste­śmy gdzieś po­środ­ku.

Po­czu­łam eks­cy­ta­cję na myśl o po­zna­niu cze­goś no­we­go.

– A do po­ci­ągu?

– Mo­żna się prze­jść lub pod­je­chać kil­ka przy­stan­ków au­to­bu­sem. Pa­mi­ętaj, żeby dać kie­row­cy znać i na­ci­snąć przy­cisk „stop”, by wy­si­ąść przed przy­stan­kiem. Przy sta­cji po­ci­ągów to się za­wsze za­trzy­mu­je. O! I jesz­cze jak wsia­dasz, to za­wsze przed­ni­mi drzwia­mi, bo środ­ko­we lub z tyłu są do wy­sia­da­nia tyl­ko. Aha! I jak wsia­dasz, do­tknij kar­tą ka­sow­ni­ka, i przy wy­jściu też.

– A w po­ci­ągu? – Pod­nio­słam się z podło­gi.

– Przy we­jściu na pe­ron są ka­sow­ni­ki, zbli­żasz kar­tę, roz­po­czy­na­jąc pod­róż, a w cen­trum masz bram­ki, jak wy­cho­dzisz.

– Nie brzmi ja­koś su­per skom­pli­ko­wa­nie.

– I nie jest.

Ziew­nęłam po­tężnie.

– Niby się wy­spa­łam, ale wci­ąż czu­ję się zmęczo­na. Mó­wię ci, coś jest w tym je­dze­niu! – za­żar­to­wa­łam.

– Ju­tro po­czy­tam w in­ter­ne­cie.

Za­śni­ęcie za­jęło mi może mi­nu­tę, po pro­stu od­pa­dłam.

Prze­ci­ągnęłam się le­ni­wie w po­czu­ciu wol­no­ści. Nie mu­sia­łam wsta­wać, by pędzić do ro­bo­ty, o bra­ku bu­dzi­ka już nie wspom­nę, bo tę ra­do­ść zna ka­żdy, kto do­stępu­je mo­żli­wo­ści wy­jaz­du na urlop. Zwle­kłam się z łó­żka, gdyż mat­ka na­tu­ra ci­snęła mi na pęcherz. Zer­k­nęłam w lu­stro i nie mo­głam uwie­rzyć, że wy­glądam tak nor­mal­nie na ze­wnątrz, kie­dy w środ­ku pa­no­wa­ło na­dal kom­plet­ne po­bo­jo­wi­sko po prze­jściach sprzed pra­wie roku. Po­wo­li zbie­ra­łam się do kupy, ale na­cisk po­win­no się tu po­ło­żyć na sło­wo „po­wo­li”.

Za­anon­so­wa­łam się w kuch­ni z ra­do­ścią, któ­ra nie si­ęga­ła oczu.

– Dzień do­bry, ko­cha­na! – Cio­cia w skow­ron­kach sie­dzia­ła przy sto­le, a przed nią stał lap­top.

– Do­bry, do­bry.

Ro­zej­rza­łam się nie­przy­tom­nie po mi­nia­tu­ro­wym wnętrzu. Pod oknem zlew, na dru­giej ścia­nie ku­chen­ka i szaf­ka, a od stro­ny sa­lo­nu wy­so­ka lo­dów­ka w za­bu­do­wie i ko­lej­na szaf­ka.

– Zro­bić ci kawę? – za­pro­po­no­wa­ła.

– Po­ra­nek bez kawy jest jak łąka bez tra­wy – za­śpie­wa­łam, fa­łszu­jąc i wy­wo­łu­jąc tym na jej ustach uśmiech. – Po­wiedz mi tyl­ko, gdzie co jest.

– Mam je­dy­nie roz­pusz­czal­ną, ale pó­źniej po­je­dzie­my do Mar­ry­lands, to so­bie wy­bie­rzesz ja­kąś, je­śli ci ta nie za­sma­ku­je. Mle­ko w lo­dów­ce.

– A kawa gdzie?

– Na pra­wo w szaf­ce. Wy­bierz so­bie szklan­kę.

Otwo­rzy­łam drzwicz­ki i moje oczy tra­fi­ły na uro­czy ku­bek z ko­tem. I to była myśl! Na­sy­pa­łam so­bie dwie ły­żki roz­pusz­czal­nej i po­cze­ka­łam na za­go­to­wa­nie się wody.

– Zjesz ja­kieś śnia­da­nie? Spe­cjal­nie dla cie­bie ku­pi­łam owo­ce. Man­go, ba­na­ny i me­lo­na, na­wet dzi­kie­go ogór­ka uda­ło się upo­lo­wać. Jak wo­lisz pol­skie po­tra­wy, to sko­czy­my dzi­siaj do de­li­ka­te­sów Po­lo­nez na Che­ster Hill. – Wi­dać było, że za­pa­la się do tego po­my­słu. – Ta­kie miłe ma­łże­ństwo je pro­wa­dzi. I swo­je ki­szon­ki ro­bią! I pie­ro­gi. A! I do tego mają ro­dzi­nę w Pie­szy­cach. Uwie­rzysz?

– W su­mie nie­zły zbieg oko­licz­no­ści. – Za­la­łam pro­szek wrząt­kiem. – Czy to Drążczy­ko­wie miesz­ka­ją w Pie­szy­cach?

Do­da­łam mle­ka i upi­łam ostro­żnie łyk. Kawa była obrzy­dli­wa. Gorz­ka i cierp­ka, a mle­ko nic nie da­wa­ło. Na­wet po­dwój­na ilo­ść cu­kru nie po­mo­gła.

– Nie sma­ku­je?

Ści­ągnęłam usta. Dam radę! Po dru­gim łyku nie po­tra­fi­łam się nie krzy­wić.

– Chy­ba się nie po­lu­bi­my.

– To kawa dla sta­rych lu­dzi. – Za­śmia­ła się, wsta­jąc. – Cze­kaj, do­sta­łam kie­dyś od Ju­sti­na sma­ko­wą, ale dla mnie za słod­ka. Może ci pod­pa­su­je?

Zro­bi­łam jej miej­sce i opa­rłam się o ścian­kę. Po­grze­ba­ła tro­chę w od­mętach sza­fek i za­pro­si­ła mnie ge­stem.

– Cho­dź, ko­tek, ty wy­ższa je­steś. O, tam­te pusz­ki ści­ągnij. – Wska­za­ła pal­cem na dwie.

Bez pro­ble­mu zdjęłam obie i po­sta­wi­łam na bla­cie. Na­pis na fio­le­to­wym owa­lu gło­sił „Jar­rah”, a smak okre­ślo­no na „Caf­fe Lat­te”, a dru­gi jako „French Va­nil­la”. Uzna­łam, że wszyst­ko będzie lep­sze niż „Bu­shells”, któ­re­go spró­bo­wa­łam na po­cząt­ku.

Nie mu­sia­łam sło­dzić ani do­le­wać mle­ka, kawa po za­la­niu była go­to­wa do wy­pi­cia. Tyl­ko za go­rąca. Upi­łam ma­le­ńki ły­czek, by nie po­pa­rzyć języ­ka, i za­ko­cha­łam się w sma­ku. Wa­ni­lia, o ja­kiej za­wsze ma­rzy­łam, a je­dy­nie mo­głam po­wąchać. Nie­bo w gębie. Spe­łnie­nie ma­rzeń. Stwier­dze­nie „or­gazm w ustach” na­bie­ra­ło no­we­go sen­su.

Przy­sia­dłam na krze­śle, ty­łek mi się nie­co za­pa­dł, a nogi pod­je­cha­ły do góry. Cie­ka­we, w któ­rym roku zro­bio­no te krze­sła? Ty­si­ąc dzie­wi­ęćset czter­na­stym? Zresz­tą, cio­cia miesz­ka­ła sama, więc nie po­trze­bo­wa­ła luk­su­so­we­go sto­łu z krze­sła­mi. Mu­sia­ła coś za­uwa­żyć, bo pod­nio­sła się ze swo­je­go miej­sca.

– Cho­dź tu­taj, a ja klap­nę na fo­te­lu. To jaki masz plan na dzi­siaj?

Do­bre py­ta­nie, na któ­re nie mia­łam od­po­wie­dzi.

– Nie wiem, może po­ja­dę do cen­trum? Po­cho­dzić tro­chę? Zła­pać sło­ńca?

– Nie łap sło­ńca, tyl­ko po­sma­ruj się wy­so­kim SPF. Niby jest ko­ńców­ka pa­ździer­ni­ka, u nas wio­sna, ale wie­je chłod­ny wiatr, a to w po­łącze­niu ze sło­ńcem sta­je się zdra­dli­we.

Kawa z ka­żdym ły­kiem była co­raz smacz­niej­sza. Go­rąca i słod­ka.

– Do­brze, cio­ciu.

– Jak twój an­giel­ski?

– Nie zgi­nęłam do tej pory, to dam radę i tu­taj. Zwłasz­cza że z in­ter­ne­tu mogę ko­rzy­stać tak samo jak w Pol­sce.

Mój mózg za­czy­nał wkra­czać na wy­so­kie ob­ro­ty, po­bu­dzo­ny cie­płym na­po­jem.

– Pa­kiet nie sko­ńczy ci się za szyb­ko?

– Mam dwa­dzie­ścia pięć giga na mie­si­ąc, a w domu nie prze­kra­czam na­wet jed­ne­go mie­si­ęcz­nie. Po­win­no być do­brze.

– Dro­ga do sta­cji jest pro­sta. Jak wyj­dziesz na głów­ną – wska­za­ła pal­cem na okno – idziesz do sa­miut­kie­go ko­ńca i przy­sta­nek jest po le­wej, tam gdzie bu­do­wa.

– Tyl­ko kar­tę mu­szę ku­pić – przy­po­mnia­łam.

– To już na sa­mej sta­cji. Taki kiosk jest, to ci od razu do­ła­du­ją.

– A ty nie idziesz ze mną? – spy­ta­łam za­sko­czo­na.

– A gdzie ja tam z tobą?! Jak ja cho­dzić nie mogę. – Po­ma­so­wa­ła się po ko­la­nie z prze­pra­sza­jącą miną.

Szko­da, bo li­czy­łam cho­ciaż na ja­kiś spa­cer.

– To jak ja sama… – Urwa­łam, uświa­da­mia­jąc so­bie, że mam pra­wie trzy­dzie­ści lat i chy­ba czas być sa­mo­dziel­ną.

– Nor­mal­nie. Po­ci­ągiem. – Spoj­rza­ła na mnie cie­pło. – Tyl­ko patrz na ta­bli­cę, żeby był po­spiesz­ny, a nie zwy­kły, bo za­miast je­chać czter­dzie­ści mi­nut, spędzisz w po­ci­ągu po­nad go­dzi­nę.

– Na ja­kiej sta­cji wy­si­ąść?

– Cir­cu­lar Quay, bo jest przy sa­mej ope­rze, a stam­tąd to jak cię nogi po­nio­są, do par­ku czy do cen­trum. Co tam du­sza po­trze­bu­je. Tyl­ko weź bu­tel­kę wody. Masz ple­cak czy to­reb­kę?

– Ple­cak.

– Do­brze, to wy­god­nie. Za­pa­kuj so­bie swe­ter z dłu­gim ręka­wem.

Spoj­rza­łam na sło­ńce za oknem i błękit­ne nie­bo bez ani jed­nej chmur­ki.

Ten swe­ter to po to , że­bym się spo­ci­ła?

– Ugo­tu­ję się w ubra­niu.

– Po­pa­rzysz się, jak we­źmiesz prom z Cir­cu­lar na Man­ly.

– Szyb­ciej się zrzy­gam, bo mam cho­ro­bę mor­ską.

– A te­raz jest taki nowy prom na kar­tę Opal – po­chwa­li­ła się – co leci tyl­ko dwa­dzie­ścia mi­nut, ale na wo­dzie to za­wsze chłod­no.

Ze­bra­łam się do kupy i przed dzie­si­ątą, z klu­cza­mi scho­wa­ny­mi bez­piecz­nie w ma­łej kie­szon­ce, ru­szy­łam z te­le­fo­nem w ręku w stro­nę sta­cji. Cała przy­go­da rze­czy­wi­ście za­jęła mi dwa­dzie­ścia mi­nut, a in­struk­cje oka­za­ły się nie­zwy­kle do­kład­ne. Ku­pi­łam kar­tę , któ­rą do­ła­do­wa­łam za sto do­la­rów, prze­li­cza­jąc w gło­wie, że to ba­jo­ńskie dwie­ście sie­dem­dzie­si­ąt zło­tych. Ale w ko­ńcu w Au­stra­lii było się raz w ży­ciu i nie war­to oszczędzać. W Pol­sce też mu­sia­ła­bym ku­pić bi­let mie­si­ęcz­ny.

Za­pa­mi­ęta­łam, w jaki po­ci­ąg mu­szę wsi­ąść, aby wró­cić. T2 – żó­łta li­nia. Zro­bi­łam so­bie zdjęcie, ale po­tem zo­ba­czy­łam, że ka­żda mi­ja­na sta­cja ma roz­pi­ski z po­łącze­nia­mi.

W po­ci­ągu za­fa­scy­no­wa­ły mnie wi­do­ki za oknem i prze­sta­wia­ne opar­cia sie­dzeń. Mo­żna było je­chać albo zgod­nie z kie­run­kiem jaz­dy, albo ty­łem. Za oknem zaś mo­men­ta­mi ja­wił mi się nie­mal dzi­ki za­chód jak z we­ster­nów. Ja­sne dom­ki z pła­ski­mi da­cha­mi, naj­częściej z re­kla­ma­mi usług lub pro­duk­tów ofe­ro­wa­nych w da­nym miej­scu.

Bli­żej cen­trum pod­miej­ski kra­jo­braz za­stępo­wa­ły mie­ni­ące się w sło­ńcu biu­row­ce ze sta­li i szkła. Z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi wpa­try­wa­łam się w ogrom­ny wy­ciecz­ko­wiec za­cu­mo­wa­ny przy Cir­cu­lar Quay. A po­tem w ope­rę wi­docz­ną po pra­wej stro­nie. Uśmiech­nęłam się sama do sie­bie, w ko­ńcu wie­rząc, że się uda­ło.

Je­stem w Au­stra­lii!

Hura!

Opa­no­wa­łam się, żeby nie pod­sko­czyć i nie wy­ko­nać ta­ńca zwy­ci­ęstwa oraz ra­do­ści, ale we­wnątrz sza­la­łam ze szczęścia, że mogę zo­ba­czyć to, co dla wie­lu jest nie­do­stęp­ne.

Zro­bi­łam parę zdjęć i wy­sła­łam ko­le­żan­ce z biu­ra. A niech za­zdro­ści!

Za­fa­scy­no­wa­na roz­gląda­łam się po ter­mi­na­lu prze­siad­ko­wym. Je­den prom przy­pły­wał, inny od­pły­wał. Tłu­my tu­ry­stów prze­le­wa­ły się na chod­ni­ku, prze­miesz­cza­jąc się w pa­lącym sło­ńcu. Pa­li­ło do mo­men­tu, kie­dy nie po­wiał wiatr znad za­to­ki, wte­dy chcia­ło się na­ło­żyć swe­ter. A już na trzy­sta pro­cent chust­kę na szy­ję.

Ceny w oko­licz­nych lo­dziar­niach i ba­rach po­wa­la­ły na ko­la­na. Za bu­tel­kę wody żąda­no sze­ściu do­la­rów, czy­li pi­ęt­na­stu zło­tych. To dro­żej niż na lot­ni­sku. Nie za­ra­bia­łam mało, ale tu­taj czu­łam się jak bie­dak.

Po obe­jściu par­ku bo­ta­nicz­ne­go wró­ci­łam na przy­stań i skie­ro­wa­łam zmęczo­ne nogi na The Rocks. Na szczęście zna­la­złam tu małą pie­kar­nię z roz­sąd­ny­mi ce­na­mi, gdzie za sze­ść do­la­rów zja­dłam pysz­ną dro­żdżów­kę i wy­pi­łam kawę. I świat od razu znów na­brał ko­lo­rów, aż chcia­ło się za­śpie­wać „Więc cho­dź, po­ma­luj mój świat, na żó­łto i na nie­bie­sko”1. Błękit nie­ba już mia­łam, tak samo jak żó­łte sło­ńce!

Pa­nie przy sto­li­ku obok roz­pra­wia­ły o ce­nach nie­ru­cho­mo­ści w oko­li­cy. Aż spraw­dzi­łam, ile kosz­to­wał apar­ta­ment z wi­do­kiem na za­to­kę, i pra­wie za­dła­wi­łam się kęsem. O Je­zu­sic­ku! Nie­wy­obra­żal­ne kwo­ty, ale jak spoj­rza­ło się w okna, to wszyst­kie lo­ka­le wy­da­wa­ły się za­miesz­ka­łe.

Po­ko­ny­wa­łam ko­lej­ne ki­lo­me­try, chło­nąc kli­mat mia­sta pre­zen­tu­jący po­łącze­nie sta­rej, ni­skiej za­bu­do­wy z dra­pa­cza­mi chmur. I o dzi­wo, po­dob­nie jak w Lon­dy­nie, wszyst­ko ide­al­nie do sie­bie pa­so­wa­ło. Zo­rien­to­wa­łam się, że zro­bi­ło się pó­źno, do­pie­ro gdy cio­cia za­py­ta­ła na What­sAp­pie, na któ­rą szy­ko­wać ko­la­cję, bo już omi­nął mnie obiad.

Ze­gar wska­zy­wał osiem­na­stą.

W po­ci­ągu uda­ło mi się zła­pać wol­ne miej­sce na po­dwój­nym sie­dze­niu przy oknie. Mimo że po­jazd wy­pe­łnił się po brze­gi, nikt nie usia­dł koło mnie. Dziw­ny kraj! Ale na po­trój­nym sie­dze­niu w rzędzie obok pa­sa­że­ro­wie też sie­dzie­li co dru­gie sie­dze­nie. Może to ja­kiś zwy­czaj?

Nogi, któ­rym da­łam od­po­cząć, za­częły nie­mi­ło­sier­nie rwać, a mi nie zo­sta­ło już ani kro­pel­ki wody w bu­tel­ce, by po­pić ta­blet­kę prze­ciw­bó­lo­wą. No nic, trze­ba cier­pieć w ci­szy. Wle­kłam się po Pitt Stre­et, zu­pe­łnie za­po­mi­na­jąc, że je­żdżą tu au­to­bu­sy. Wo­la­łam jed­nak oszczędzać kar­tę miej­ską, mimo że po­win­nam oszczędzać nogi.

Bio­dro nie­mi­ło­sier­nie do­ku­cza­ło z ka­żdym kro­kiem i na­wet sta­bi­li­za­tor nie po­ma­gał. Z tru­dem wci­ągnęłam go na sta­cji, pra­wie pła­cząc z bólu, po­nie­waż schy­le­nie się gra­ni­czy­ło z cu­dem, ale ja­ki­mś spo­so­bem się uda­ło. Do­szłam tyl­ko do par­ku, gdy za­trąbił na mnie sa­mo­chód. Ktoś gło­śno za­gwiz­dał, a po­tem za­wo­łał:

– Ej, mała!

Bu­cik ci się roz­pier­da­la – od­po­wie­dzia­łam w my­ślach. Po­wo­li , po­wo­li i to­bie się roz­pier­do­li!

Do tego głos brzmiał nie­zwy­kle zna­jo­mo. Od­wró­ci­łam gło­wę, źle sta­nęłam i w re­zul­ta­cie łzy na­pły­nęły mi do oczu pod wpły­wem fali bólu. Wy­mam­ro­ta­łam parę prze­kle­ństw, mru­ga­jąc, by od­zy­skać ostro­ść wi­dze­nia, ale do­strze­głam kie­row­cę.

Gbur!

Jego auto roz­po­zna­ła­bym wszędzie. Nie wiem, na co li­czył, ale mach­nęłam ręką, żeby so­bie po­je­chał. I tak by­łam po złej stro­nie uli­cy, a za­nim do­ku­śty­ka­ła­bym do nie­go, mi­nąłby rok.

Chy­ba nie zro­zu­miał tego ge­stu, bo wrzu­cił kie­run­kow­skaz i za­wró­cił, po czym wje­chał w ulicz­kę, któ­rą wła­śnie mi­nęłam czte­ry kro­ki temu.

– Hej, wska­kuj, pod­rzu­cę cię.

– Nie, dzi­ęki. Przej­dę się.

Nie wy­co­fał, wy­sia­dł z szo­fer­ki i tym ra­zem znów za­bra­kło mi tchu. Za­miast brud­ne­go kom­bi­ne­zo­nu miał na so­bie szor­ty i ko­szul­kę polo. Nor­mal­nie jak z fan­ta­zji o sek­sow­nym drwa­lu, któ­ry przy­pie­ra cię do ka­ro­se­rii i młó­ci go­dzi­na­mi, da­jąc dzie­si­ąt­ki obez­wład­nia­jących or­ga­zmów.

– To jesz­cze pra­wie ki­lo­metr. – Opa­rł się swo­bod­nie o ma­skę. – Wiesz o tym, praw­da? – Uśmiech­nął się, pre­zen­tu­jąc rów­niut­kie, bia­łe ząb­ki.

Mu­szę za­pa­mi­ętać, żeby nie szcze­rzyć mo­ich krzy­wych tró­jek przy­po­mi­na­jących kły wil­ko­ła­ka.

Nie­pew­nie spoj­rza­łam na tra­sę w górę uli­cy. Przy­gry­złam war­gę. Fa­cet wy­da­wał się wy­ba­wie­niem, ale czy na pew­no?

– Cze­mu nie po­pro­si­łaś Cri­sti­ny, żeby cię ode­bra­ła ze sta­cji?

– Nie chcia­łam jej ro­bić pro­ble­mu.

Scho­wał dło­nie do kie­sze­ni, przy­gląda­jąc mi się z uwa­gą.

– Wska­kuj! – za­chęcił po­now­nie.

Zro­bi­łam nie­pew­ny krok, sy­cząc.

– Co ci jest?

– Nogi mnie bolą.

Ko­lej­ny krok oku­pio­ny za­ci­śni­ęty­mi war­ga­mi, żeby nie jęczeć.

– Nie­wy­god­ne buty?

Po­kręci­łam prze­cząco gło­wą. Otwo­rzył drzwi pa­sa­że­ra, wy­ko­nu­jąc za­pra­sza­jący gest. Zbla­dłam, wi­dząc scho­dek.

– Po­mo­gę ci, nie bój się.

Pod­sze­dł w dwóch kro­kach, znów gó­ru­jąc nade mną. Ależ ten fa­cet był wy­so­ki! Sil­ne dło­nie zła­pa­ły mnie w ta­lii i bez wy­si­łku prze­nio­sły do auta. Opa­dłam ty­łkiem na sie­dzi­sko, jęcząc z bólu.

– Uszko­dzi­łaś ko­la­no czy sta­bi­li­za­tor no­sisz dla ozdo­by?

Drża­łam w środ­ku, wal­cząc z falą mdło­ści, gdy prze­su­nęłam nogi do wnętrza ka­bi­ny. Wsia­dł za kie­row­ni­cę i po­chy­lił się do mnie, si­ęga­jąc po pas bez­pie­cze­ństwa, któ­ry spraw­nie za­pi­ął. Głos uwi­ązł mi w gar­dle, gdy po­czu­łam ko­rzen­ne, męskie per­fu­my. Zwa­lę to na ból!

– Mam ar­tre­tyzm – wy­du­si­łam.

Uru­cho­mił sil­nik i pod­je­chał nie­co, by wy­kręcić.

– Nie je­steś za mło­da na ar­tre­tyzm?

– Naj­wi­docz­niej wy­star­cza­jąco sta­ra – za­żar­to­wa­łam.

– Nie wy­glądasz.

– Ko­biet nie pyta się o wiek – po­uczy­łam go.

Zer­k­nął na mnie prze­lot­nie, gdy szu­kał luki, by włączyć się do ru­chu.

– A o imię?

Cie­ka­we, czy po­ła­mie so­bie język?

– Elżbie­ta – wy­pa­li­łam po pol­sku. – Ela w skró­cie.

– A masz ja­kiś an­giel­ski od­po­wied­nik?

– Eli­sa­beth.

– Jak au­striac­ka ce­sa­rzo­wa – za­uwa­żył traf­nie. – Eli­sa­beth Ama­lie Eu­ge­nie von Wit­tels­bach. Ba­war­ska ksi­ężnicz­ka.

– Tak, ale nie mów do mnie pe­łnym imie­niem – po­pro­si­łam. – Brzmi strasz­nie for­mal­nie, jak na dwo­rze kró­lew­skim w An­glii. A ze mnie żad­na ksi­ężnicz­ka.

Uśmiech­nął się, pa­trząc na mnie z roz­ba­wie­niem.

– Do­brze, Sisi. – Przy­śpie­szył gwa­łtow­nie, po­ko­nał spraw­nie trzy pasy i po­je­cha­li­śmy w stro­nę domu. – Za dużo cho­dzi­łaś?

– Nie czu­łam zmęcze­nia, do­pó­ki nie usia­dłam w po­ci­ągu.

– Jak ci się po­do­ba mia­sto?

– Zo­ba­czy­łam tyl­ko ope­rę, ogród bo­ta­nicz­ny i The Rocks, więc trud­no tu mó­wić o wy­ra­bia­niu so­bie opi­nii.

– Coś tam już li­znęłaś.

Zmie­nił pas, by­śmy mo­gli skręcić w Ra­il­way Stre­et.

– Jest pi­ęk­nie.

Unió­sł tyl­ko brew na to la­ko­nicz­ne stwier­dze­nie.

– Prze­pra­szam, ale mój an­giel­ski jest tro­chę ogra­ni­czo­ny, je­śli cho­dzi o słow­nik i swo­bo­dę mowy. Pi­ęk­ny, cu­dow­ny, wspa­nia­ły, za­ska­ku­jący, fan­ta­stycz­ny.

Za­śmiał się, wrzu­ca­jąc kie­ru­nek, i zwol­nił na świa­tłach.

– Jaki plan na ju­tro?

– Pew­nie wy­god­ny fo­tel i puf pod nogę. Nie dam rady cho­dzić. Mu­szę od­po­cząć.

– Na dłu­go przy­je­cha­łaś?

Ale wy­wiad! Co mi szko­dzi po­wie­dzieć praw­dę?

– Trzy mie­si­ące. Wra­cam po no­wym roku.

– Dali ci tyle wol­ne­go w pra­cy?

– Gar­den le­ave2.

– Po­sta­no­wi­łaś od­wie­dzić Cri­sti­nę?

Spraw­nie wje­chał mi­ędzy bu­dyn­ka­mi na par­king, cho­ciaż mi się wy­da­wa­ło, że za­ha­czy­my o su­fit.

– Cio­cię mam tyl­ko jed­ną. Jest dla mnie jak dru­ga mama.

– A co się sta­ło z pierw­szą?

Ob­li­za­łam usta i prze­łk­nęłam.

– Uma­rła.

Zwin­nie usta­wił auto tak, żeby stać przo­dem do wy­jaz­du.

– Przy­kro mi. – Zga­sił sil­nik. – Prze­pra­szam, że za­py­ta­łem.

– W po­rząd­ku, to było kil­ka lat temu.

Si­ęgnęłam do klam­ki.

– Cze­kaj, po­mo­gę ci.

Za­brał z kon­sol­ki te­le­fon i port­fel, ale gdy do­sze­dł do mnie, miał pu­ste dło­nie. Za­miast po­móc mi ze­jść, wzi­ął na ręce.

– Nie – za­pro­te­sto­wa­łam sła­bo.

– Trzy­maj się. Będziesz otwie­rać drzwi.

Nic z tego, bo oka­za­ły się otwar­te. Bez wy­si­łku wcho­dził po scho­dach na pi­ętro.

– Klucz mam w ple­ca­ku.

– Cri­sti­na jest w domu, może nam otwo­rzyć.

Za­dzwo­nił dzwon­kiem do drzwi, po czym otwo­rzył te pierw­sze, siat­ko­we, uchy­la­jące się do ze­wnątrz.

– Mo­żesz mnie już po­sta­wić – po­pro­si­łam za­czer­wie­nio­na.

Roz­lu­źnił chwyt, a ja od­ru­cho­wo za­ci­snęłam ręce na jego szyi. Nie za­uwa­ży­łam na­wet, że cio­cia sta­nęła w pro­gu.

– Si­mon! – przy­wi­ta­ła się z ra­do­ścią wy­ma­lo­wa­ną w ciem­nych oczach.

Czy­li gbur to Si­mon, a nie Ju­stin? Jak to? Może to bli­źni­ęta czy coś?

– Zna­la­złem two­ją zgu­bę – oświad­czył lek­ko. – Tro­chę się za­ga­lo­po­wa­ła z cho­dze­niem i przy­da­ła­by jej się ta­blet­ka prze­ciw­bó­lo­wa.

Po­sa­dził mnie na mi­ęk­kim na­ro­żni­ku.

– Dzi­ęki. – Spoj­rza­łam na nie­go.

– Zo­sta­niesz na le­mo­nia­dę? – za­pro­po­no­wa­ła.

Po­wiedz „nie”. Po­wiedz „nie ”.

– Nie, po­trze­bu­ję po­ga­dać z Ju­sti­nem, a wi­dzę, że jego auto już stoi. Po­tem jesz­cze mu­szę gdzieś pod­je­chać.

Bez­wied­nie za­częłam ma­so­wać ko­la­no.

– Ci­ągle w bie­gu. – Cio­cia po­kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą.

– Obie­cu­ję ci wie­czor­ne­go gril­la, bo za­po­wia­da­ją upa­ły. – Po­ca­ło­wał ją w czo­ło. – Czy to ukoi two­je ser­dusz­ko?

– Może – od­pa­rła, jak­by się bo­czy­ła. – Je­śli do­trzy­masz sło­wa.

Ha! Ciot­ka zna go chy­ba le­piej niż on sam sie­bie.

– To w przy­szły week­end? Albo pi­ątek?

– A zo­sta­niesz w pi­ątek na dłu­żej niż go­dzi­nę?

Uśmiech­nął się pod no­sem.

– Na­wet na dwie, ale po­tem w so­bo­tę jest ja­kiś event cha­ry­ta­tyw­ny, na któ­rym mu­szę się po­ka­zać.

W oczach cio­ci do­strze­głam nie­bez­piecz­ny błysk.

– To może za­bierz Elę do mia­sta po gril­lu – za­pro­po­no­wa­ła. – Zo­ba­czy Syd­ney nocą, ty po­ba­lu­jesz, a po­tem będziesz miał wy­god­ną wy­mów­kę, żeby ze­rwać się z im­prez­ki?

O nie, nie, nie.

Ona będzie pró­bo­wa­ła na­ra­jać mi fa­ce­tów, wie­dząc , że wła­śnie prze­szłam roz­wód i nie­mi­le za­ko­ńczo­ny ro­mans.

– Cio­ciu, dwa ty­go­dnie to od­le­gła przy­szło­ść – rzu­ci­łam z roz­ba­wie­niem, któ­re­go nie było w mo­ich oczach. – Ja nie my­ślę na­wet o ju­trze.

Si­mon ob­rzu­cił mnie szyb­kim spoj­rze­niem i po­gła­skał cio­cię po po­licz­ku czu­łym ge­stem.

– Po­my­śli­my, Cri­sti­na, tym­cza­sem sio­strze­ni­ca po­trze­bu­je ta­blet­ki i od­po­czyn­ku. Daj znać, jak­bym mógł po­móc. – Cmok­nął ją w czu­bek si­wej gło­wy i przy­tu­lił. – Pa, Sisi.

Za­mknął za sobą, nim cio­cia zgło­si­ła ko­lej­ny pro­test. Do­szły do nas dźwi­ęki stuk­ni­ęcia siat­ko­wych drzwi ze­wnętrz­nych i kro­ków na scho­dach.

– Sisi?

– Jak ce­sa­rzo­wa…

– Tak, tak, wiem. – Mach­nęła ręką. – Jak ci się po­do­ba Si­mon?

– My­śla­łam, że gbur ma na imię Ju­stin, a tu pro­szę, to­tal­ne za­sko­cze­nie. Si­mon. Też ład­nie. To ja­kaś ro­dzi­na? Kum­ple?

Przy­nio­sła mi szklan­kę wody.

– To star­szy brat Ju­sti­na.

Po­pi­łam ta­blet­kę z płon­ną na­dzie­ją, że za­cznie ma­gicz­nie dzia­łać od pierw­szej se­kun­dy.

– To on ode­brał mnie z lot­ni­ska.

– Na­praw­dę? To Ju­sti­no­wi na­le­ży się przty­czek w nos.

– Ja się cie­szę, że kto­kol­wiek mnie za­brał. – Mach­nęłam lek­ce­wa­żąco ręką. – A któ­ry z nich, to już od­dziel­na hi­sto­ria, bez zna­cze­nia. Wa­żne, że bez­piecz­nie do­ta­rłam na miej­sce.

– Opo­wia­daj, jak było dzi­siaj – po­pro­si­ła.

– Prze­do­brzy­łam – przy­zna­łam, si­ęga­jąc po te­le­fon.

Spędzi­ły­śmy jesz­cze do­brą go­dzi­nę na ogląda­niu nie­mal trzy­stu fo­to­gra­fii, ja­kie zro­bi­łam. Po­tem znów pa­dłam na łó­żko i dzi­ęki le­kom spo­koj­nie się wy­spa­łam.

Na­stęp­ny ty­dzień mi­nął jak z bi­cza trza­snął. Gdy nie trze­ba co­dzien­nie wsta­wać do pra­cy i wlec się na dru­gi ko­niec mia­sta, by za­ra­biać pie­ni­ądze, świat wy­da­je się pi­ęk­niej­szy. Mo­gła­bym się przy­zwy­cza­ić. Chwi­la­mi trud­no przy­cho­dzi­ło mi uwie­rzyć, że by­łam w Au­stra­lii już po­nad dwa ty­go­dnie. Czas prze­la­ty­wał mi przez pal­ce.

Zo­ba­czy­łam już spo­ro, wli­cza­jąc w to so­bot­ni Pad­dy’s Mar­ket, Par­ra­mat­tę, ob­jaz­do­wy au­to­bus po naj­lep­szych atrak­cjach, oce­ana­rium z mu­zeum fi­gur wo­sko­wych oraz wie­żę te­le­wi­zyj­ną. W lo­kal­nym cen­trum han­dlo­wym na Mar­ry­lands zna­la­złam nie­wiel­ką pie­kar­nię, w któ­rej ser­wo­wa­no smacz­ne dro­żdżów­ki z orze­cha­mi i cy­na­mo­nem. Do tego buły, któ­re swo­ją wiel­ko­ścią na­kar­mi­ły­by ze dwie oso­by. Ko­lej­nym od­kry­ciem sta­ła się ja­śmi­no­wa her­ba­ta, od któ­rej się uza­le­żni­łam.

Sta­ra­łam się w tym wszyst­kim za­cho­wać umiar i pła­cić za za­ku­py na zmia­nę z cio­cią. W ko­ńcu za­ra­bia­łam. Może nie tyle, ile ona do­sta­wa­ła w prze­li­cze­niu eme­ry­tu­ry, ale za­wsze coś.

Noga, je­śli trak­to­wa­na ła­god­nie, nie da­wa­ła się we zna­ki. Wy­star­czy­ło ogra­ni­czyć nie­co „zu­ży­cie dzien­ne” i ja­koś to szło. Za­miast pi­ęciu atrak­cji wy­bie­ra­łam jed­ną dzien­nie, dba­łam o od­po­wied­ni od­po­czy­nek i sie­dze­nie, by od­ci­ążyć bio­dro i kręgo­słup. Ba­łam się przed przy­lo­tem o po­ziom wil­go­ci w po­wie­trzu, ale w po­łącze­niu ze sło­ńcem nie oka­za­ło się to żad­nym pro­ble­mem.

Tego dnia w pla­nach mia­łam od­po­czy­nek. Pu­ka­nie do drzwi wy­rwa­ło mnie z transu czy­ta­nia ksi­ążki na ta­ble­cie. Nim zdąży­łam się pod­nie­ść, cio­cia po­drep­ta­ła do we­jścia. Nie zer­k­nęła na­wet przez wi­zjer i otwo­rzy­ła sze­ro­ko drzwi.

– Cri­sti­na, o pi­ęk­na Cri­sti­na! – Do­szły mnie śpiew­ne sło­wa.

Blon­dyn po­ci­ągnął drzwi siat­ko­we i po od­blo­ko­wa­niu zam­ka wsze­dł jak do sie­bie. Za­kręcił cio­cię ta­necz­nie i przy­tu­lił, pro­wa­dząc w ta­ńcu do wy­ima­gi­no­wa­nej me­lo­dii gra­jącej mu w gło­wie. Na­wet gips na nad­garst­ku nie po­wstrzy­my­wał go od ener­gicz­nych kro­ków.

Z fa­scy­na­cją pa­trzy­łam na jego ro­ze­śmia­ne usta. Było co po­dzi­wiać, zresz­tą jak u Si­mo­na. Ewi­dent­nie bra­cia. Ju­stin wy­glądał na młod­sze­go, z ła­god­niej­szy­mi ry­sa­mi twa­rzy. Wy­so­ki, po­staw­ny – no mio­dzio! W kra­ju tacy fa­ce­ci to tyl­ko siat­ka­rze albo ko­szy­ka­rze. A tu pro­szę, dwóch miesz­ka­ło pi­ętro wy­żej.

Przy­pa­dek? No nie sądzę.

– Po­trze­bu­ję two­jej cu­dow­nej mocy spraw­czej – oznaj­mił po ko­lej­nym ob­ro­cie.

– Ju­stin, wy­star­czy. – Ro­ze­śmia­ła się.

Uca­ło­wał ją kur­tu­azyj­nie w dłoń.

– Moja pi­ęk­na!

– I be­stia! – do­da­łam ze swe­go miej­sca.

Zer­k­nął na mnie z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Ty mu­sisz być Sisi – za­uwa­żył po­god­nie.

– Ela – spro­sto­wa­łam.

Za­baw­nie prze­chy­lił gło­wę w lewo.

– Si­mon ma ra­cję, Sisi pa­su­je ci bar­dziej.

O, pro­szę! Pa­no­wie też plot­ko­wa­li.

– Co tam po­trze­ba? – wtrąci­ła się cio­cia.

Unió­sł rękę z gip­sem.

– Po­trze­bu­ję po­mo­cy Zoe. – Zer­k­nął na mnie. – Prze­pra­szam, że nie ode­bra­łem cię z lot­ni­ska. Spa­dłem z dra­bi­ny i zła­ma­łem nad­gar­stek.

– To lek­ki gips, więc pew­nie jest tyl­ko… pęk­ni­ęty?

– Nie­spraw­ny. – Zro­bił smut­ną minę.

– Zoe ma pe­łne obło­że­nie, prze­cież wiesz – przy­po­mnia­ła cio­cia, sia­da­jąc na fo­te­lu, gdy Ju­stin usia­dł po prze­ciw­nej stro­nie na­ro­żni­ka.

– Ale ja na­praw­dę po­trze­bu­ję po­mo­cy. – Po­now­nie wska­zał na rękę. – Po­dwój­na staw­ka.

Cio­cia si­ęgnęła po te­le­fon i od razu prze­łączy­ła na tryb gło­śno­mó­wi­ący.

– Cze­ść, Cri­sti­na, będę u cie­bie ju­tro. – Za­pew­nił dam­ski, ła­god­ny głos.

– Cze­ść, Zoe, tak się spo­dzie­wam. Ale słu­chaj, jest spra­wa. Sąsiad z góry zła­mał nad­gar­stek i po­trze­bu­je po­mo­cy. Pew­nie ja­kieś czte­ry go­dzi­ny na ca­ło­ść. – Spoj­rza­ła na nie­chluj­ną ko­szul­kę go­ścia. – Może odro­bin­kę pra­so­wa­nia.

– Nic z tego, ko­cha­na. Z ża­lem od­ma­wiam. – Wes­tchnęła. – Mam pe­łen gra­fik i chcę mieć ży­cie po pra­cy, a nie żyć pra­cą.

– Za­pła­ci po­dwój­nie – za­pro­po­no­wa­ła cio­cia.

– Nie, nie­ste­ty.

Ju­stin unió­sł trzy pal­ce.

– Stów­ka? – pa­dła ko­lej­na ofer­ta. – To jak dniów­ka.

– Nie, ale wy­ślę ci na­miar na ko­le­żan­kę, któ­ra też pra­cu­je w tym re­gio­nie. Może się zgo­dzi po­sprzątać awa­ryj­nie. Mu­szę ucie­kać. Do ju­tra.

Cio­cia roz­łączy­ła się i roz­ło­ży­ła ręce.

– Pró­bo­wa­łam.

– To może ja ci po­mo­gę? – za­pro­po­no­wa­łam spon­ta­nicz­nie, bo w su­mie co mi szko­dzi­ło.

– Ela… – Cio­cia usi­ło­wa­ła po­wstrzy­mać moje za­pędy. – Ty je­steś tu­taj na wa­ka­cjach.

– To tyl­ko sąsiedz­ka przy­słu­ga i ra­czej da­ro­wi­zna, a nie nie­le­gal­na pra­ca za­rob­ko­wa – za­żar­to­wa­łam.

– Tak, ale to­bie jest go­rąco na­wet z kli­ma­ty­za­cją, pod któ­rą te­raz sie­dzisz, a co do­pie­ro przy wy­si­łku fi­zycz­nym. Nie chcę, że­byś po­czu­ła się zo­bli­go­wa­na, po­nie­waż Si­mon ode­brał cię z lot­ni­ska.

Ciot­ka chy­ba tro­chę prze­sa­dza­ła z tą na­do­pie­ku­ńczo­ścią.

– Sprząta­nie jest pra­wie jak joga.

Ju­stin ob­ser­wo­wał na­szą wy­mia­nę zdań i wska­zał na nogę z opa­ską uci­sko­wą.

– Czy ty nie je­steś kon­tu­zjo­wa­na?

– Nie. – Odło­ży­łam ta­blet. – Mam ar­tre­tyzm jak cio­cia.

Przy­mru­żył oczy.

– Pi­ęćdzie­si­ąt.

Unio­słam brwi. Co za skne­ra!

– A chwi­lę temu chcia­łeś za­pła­cić stów­kę.

Unió­sł pa­lec, by za­zna­czyć coś wa­żne­go, nim po­wie­dział:

– Pro­fe­sjo­na­li­st­ce.

Prych­nęłam.

– Je­stem Po­lką! My sprząta­nie mamy w ge­nach wy­ssa­nych z mle­kiem mat­ki. Poza tym to nie ja je­stem w po­trze­bie.

Zmru­żył oczy.

– To wy­mu­sze­nie.

– Pra­wo ryn­ku. Jest po­pyt, jest po­daż i cena ro­śnie w mia­rę de­spe­ra­cji ku­pu­jące­go. Spró­buj lewą ręką – po­ra­dzi­łam, si­ęga­jąc po ta­blet.

– Lewą rękę to ja mam od cze­go in­ne­go – za­żar­to­wał.

Zmru­ży­łam oczy.

– Cu­dow­nie, że w skraj­nych przy­pad­kach je­steś sa­mo­wy­star­czal­ny… w wie­lu te­ma­tach, ale ta­kich usług nie świad­czę.

– Nie o ta­kie pro­szę – skon­tro­wał z roz­ba­wie­niem. – No weź.

– Stów­ka i masz po­sprząta­ne cho­ćby dzi­siaj.

– Do­bra, ale upra­su­jesz mi ko­szu­lę na ju­trzej­szy ban­kiet – za­strze­gł.

– Nie zno­szę pra­so­wa­nia ko­szul – burk­nęłam.

– Mam pa­row­ni­cę.

Roz­ło­ży­łam ręce.

– No niech będzie to pra­so­wa­nie eks­tra.

Wstał, po­da­jąc mi dłoń.

– Za­pra­szam.

Wy­ga­si­łam ta­blet i odło­ży­łam go na sie­dzi­sko. Przez parę se­kund dy­wa­go­wa­łam, czy po­win­nam się prze­brać, ale uzna­łam, że spor­to­wy sta­nik i lu­źna ba­we­łnia­na ko­szul­ka po­win­ny być w po­rząd­ku. Naj­wy­żej ją so­bie zwi­ążę pod biu­stem. Ju­stin miesz­kał nad nami, ale mi­nęli­śmy drzwi, wcho­dząc jesz­cze wy­żej. Oka­za­ło się, że ostat­nie pi­ętro sta­no­wi jed­no miesz­ka­nie. Może nie luk­su­so­wo wy­po­sa­żo­ne, ale wi­dać było rękę pro­jek­tan­ta. Ro­zej­rza­łam się, chcąc oce­nić, ile cza­su zaj­mie sprząta­nie.

– Po­win­nam za­żądać trzy razy wi­ęcej? – za­żar­to­wa­łam, spo­gląda­jąc na brud­ne na­czy­nia w zle­wie i ko­lej­ne wa­la­jące się po bla­tach. Kuch­nia tu­taj była wie­lo­krot­nie wi­ęk­sza niż u cio­ci, ale kto bo­ga­te­mu za­bro­ni.

– Staw­ka to stów­ka – przy­po­mniał.

– Zmy­wa­nie to co naj­mniej go­dzi­na.

– Jest zmy­war­ka, ale naj­pierw trze­ba ją roz­pa­ko­wać.

Gło­śno wy­pu­ści­łam po­wie­trze. Nie taki syf w ży­ciu wi­dzia­łam, gdy sprząta­łam jako asy­stent­ka w biu­rze. Wy­star­czy­ło we­jść na miej­sce za­baw nie­któ­rych klien­tów po even­tach, by na za­wsze zmie­nić po­gląd na to, co jest lub nie jest pier­dol­ni­kiem. Tu jesz­cze nie wy­gląda­ło tak źle, chy­ba że pod sto­łem zna­la­zła­bym za­schni­ęte rzy­gi albo zu­ży­te kon­do­my.

– Do­bra, gdzie trzy­masz środ­ki czy­sto­ści?

W po­miesz­cze­niu go­spo­dar­czym pa­no­wał względ­ny po­rządek. Zdjęłam pie­rścio­nek, odło­ży­łam go na pó­łkę, no­tu­jąc w gło­wie, żeby go po­tem za­brać. Na­ło­ży­łam wiel­kie, ko­ńczące się przy łok­ciach gu­mo­we ręka­wi­ce. Ju­stin wy­ci­ągnął z lo­dów­ki dwie bu­tel­ki Ca­lyp­so cy­try­no­we­go, któ­re uwiel­bia­łam. Si­ło­wał się z kap­slem, nie mo­gąc od­kręcić, więc otwo­rzy­łam bie­da­ko­wi.

– Dru­ga dla cie­bie.

Opa­rł się non­sza­lanc­ko o blat, a ja si­ęgnęłam do zmy­war­ki, by zo­ba­czyć, co tam się dzie­je.

– Będziesz mi pa­trzył na ręce?

– Lu­bię ob­ser­wo­wać pro­ces sprząta­nia, ale sam nie lu­bię tego ro­bić.

Wy­kręci­łam filtr z urządze­nia, by oce­nić, jak bar­dzo jest za­pusz­czo­ny. O dzi­wo oka­zał się czy­ściut­ki.

– Czy to dla­te­go Zoe nie chcia­ła się zgo­dzić?

Ro­ze­śmiał się ci­cho.

– Nie! Jest inny po­wód. A dla­cze­go ty się zgo­dzi­łaś?

– Kurs do­la­ra au­stra­lij­skie­go do zło­tów­ki to dwa i pół. – Za­częłam pa­ko­wać ta­le­rze do dol­ne­go ko­szy­ka, od­kła­da­jąc na bok sztu­ćce. – Za­ra­biam nie­źle. Tak przy­naj­mniej my­śla­łam, za­nim tu przy­le­cia­łam. Zo­ba­czy­łam oka­zję, żeby so­bie do­ro­bić, cze­mu by za­tem z tego nie sko­rzy­stać?

– Ra­cja.

Ju­stin wy­sze­dł na chwi­lę i wró­cił do po­miesz­cze­nia z pi­lo­tem. Klik­nął coś na nim i kli­ma­ty­za­cja, któ­rą mia­łam za ple­ca­mi, pik­nęła ci­cho, a chłod­ny po­wiew mu­snął mi ple­cy.

– Skie­ruj na su­fit, chy­ba że chcesz, że­bym do­sta­ła… – Zu­pe­łnie nie wie­dzia­łam, jak po­wie­dzieć po an­giel­sku „ko­rzon­ki”. Wska­za­łam pal­cem na dół ple­ców.

– Za­pa­le­nia ner­wu kul­szo­we­go?

– O to, to! – Za­śmia­łam się, usta­wia­jąc szklan­ki. – Mój an­giel­ski jest tro­chę ogra­ni­czo­ny, ale uczę się co­raz wi­ęcej. Wy­bacz, je­śli od cza­su do cza­su za­miast na­zwy przed­mio­tu usły­szysz to lub tam­to.

– Spo­ko, nie prze­szka­dza mi to. Sły­sza­łem gor­sze rze­czy.

– Na­praw­dę?

Si­ęgnęłam po ta­blet­kę do zmy­war­ki, któ­rą zna­la­złam pod zle­wem.

– Si­mon i ja mamy fir­mę bu­dow­la­ną. Za­trud­nia­my lu­dzi z ca­łe­go świa­ta. Ró­żne języ­ki, ak­cen­ty i po­zio­my zna­jo­mo­ści an­giel­skie­go.

– To wy­ja­śnia, dla­cze­go ode­brał mnie w ro­bo­czym stro­ju. – Spoj­rza­łam na Ju­sti­na, nie wie­dząc, co przy­ci­snąć, żeby zmy­war­ka ru­szy­ła. – Jaki pro­gram wy­brać?

– Duży bia­ły gu­zik z na­pi­sem „start”. Mimo po­sia­da­nia wie­lu ró­żnych ba­je­ranc­kich usta­wień za­wsze ko­rzy­stam z jed­ne­go.

Osten­ta­cyj­nie przy­ci­snęłam go i za­mknęłam drzwicz­ki. Po­zo­sta­łe na­czy­nia usta­wi­łam w zle­wie, a sztu­ćce rzu­ci­łam na su­szar­kę. Kuch­nię pla­no­wa­łam zro­bić jako ostat­nią.

– Zo­rien­to­wa­łem się w szpi­ta­lu, że nie zdążę cię ode­brać, i po­pro­si­łem bra­ta, ale wy­rwa­łem go z bu­do­wy.

– Nie był zbyt­nio za­do­wo­lo­ny.

– Po­wiedz­my, że ta kon­kret­na bu­do­wa jest ja­kaś prze­klęta i wiecz­nie coś tam idzie nie tak. A to maj­ster ogląda pla­ny do góry no­ga­mi, ktoś inny – wska­zał na sie­bie – spa­da z dra­bi­ny. Za­mó­wio­ne ma­te­ria­ły przy­je­żdża­ją nie ta­kie, jak po­trze­ba. Ko­me­dia.

Podążył za mną do po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go.

– Chcesz, że­bym ci naj­pierw od­ku­rzy­ła czy sprząt­nęła ła­zien­ki?

– Ach, ła­zie­een­ki… – prze­ci­ągnął gło­ski, od­sta­wia­jąc bu­tel­kę na blat.

Ca­ło­ść miesz­ka­nia zo­sta­ła nie­co prze­ro­bio­na, a ścia­ny po­prze­sta­wia­ne. Za­miast dwóch po­koi był je­den z pry­wat­ną ła­zien­ką oraz do­dat­ko­wa dla go­ści. Ciem­ne drew­no w sy­pial­ni i ogrom­ne łó­żko tro­chę mnie zde­pry­mo­wa­ły. Może źle od­czy­ta­łam sy­gna­ły i cho­dzi­ło mu o coś in­ne­go?

W ła­zien­ce pa­no­wał cha­os. Wa­la­jące się po podło­dze ręcz­ni­ki, pi­ętrzące się przed ko­szem i na ko­szu ubra­nia. Po­nie­wie­ra­jące się skar­pet­ki.

– Ale z cie­bie ba­ła­ga­niarz – rzu­ci­łam żar­to­bli­wie.

– Mam inne za­le­ty – wy­szep­tał mi do ucha.

– Mam na­dzie­ję, bo żad­na ko­bie­ta nie będzie sprzątać baj­zlu.

– Nie je­stem ba­ła­ga­nia­rzem – za­strze­gł, po­ka­zu­jąc na gips. – Je­stem kon­tu­zjo­wa­ny.

Unio­słam brwi, schy­la­jąc się po ręcz­ni­ki.

– I to ci prze­szka­dza lewą ręką si­ęgnąć po rze­czy i we­pchnąć je do pral­ki?

– Ba­łem się, że z od­ru­chu po­wie­szę je na pra­wej.

– Ża­ło­sna wy­mów­ka.

– Może lu­bię pa­trzeć? – Śmiesz­nie po­ru­szył brwia­mi.

Par­sk­nęłam we­so­ło, czu­jąc, jak sto­sik ręcz­ni­ków ro­śnie. We­pchnęłam je do ko­sza i ru­szy­łam do po­miesz­cze­nia go­spo­dar­cze­go, w któ­rym wi­dzia­łam pral­kę. Za­ła­do­wa­łam ją w trzech czwar­tych.

– Masz jesz­cze ja­kieś ręcz­ni­ki do pra­nia?

– Zaj­rzyj do sy­pial­ni Si­mo­na.

Zer­k­nęłam na nie­go przez ra­mię, po czym pod­nio­słam się z klęczek po do­da­niu gra­nu­lek za­pa­cho­wych i pły­nu do płu­ka­nia oraz kap­su­łki.

– Si­mon tu miesz­ka?

– Cza­sa­mi zo­sta­je na noc.

– Zer­k­nę, bo szko­da prać, jak jesz­cze jest miej­sce.

Ta sy­pial­nia była zde­cy­do­wa­nie inna. Ja­sna, utrzy­ma­na w to­na­cji zie­le­ni i błęki­tów. Trud­no było okre­ślić, czy miesz­kał tam fa­cet, czy ko­bie­ta, czy ra­czej para. Znów ogrom­ne łó­żko, na­wet wi­ęk­sze niż moje w Pol­sce. Pa­no­wał tu ide­al­ny po­rządek, je­dy­nie na ko­mo­dzie le­ża­ły ja­kieś mo­ne­ty, da­jąc znać, że sy­pial­nia ma lo­ka­to­ra. W ła­zien­ce zaj­rza­łam do obu ko­szy. W jed­nym zna­la­złam ciu­chy, w dru­gim zło­żo­ne ręcz­ni­ki.

Nie­bo a zie­mia.

– Niech zgad­nę – za­żar­to­wał Ju­stin, kie­dy wró­ci­łam do jego ła­zien­ki. – Po­do­bał ci się ide­al­ny ład u bra­cisz­ka?

Uklękłam przed pi­ętrzący­mi się ubra­nia­mi, by po­se­gre­go­wać osob­no ciem­ne i ja­sne.

– Tak i je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, cze­mu Zoe nie chcia­ła tej fu­chy, mimo iż za­pro­po­no­wa­łeś stów­kę. Za se­gre­go­wa­nie brud­nej bie­li­zny, na­wet w ręka­wicz­kach, żądam eks­tra kasy.

– Eks­tra kasa to może i być, ale za coś in­ne­go.

Uśmiech­nął się pod no­sem, ale w taki spo­sób, że pod­nio­sły mi się wło­sy na kar­ku. Czy on su­ge­ru­je…? Rzu­ci­łam mu znie­sma­czo­ne spoj­rze­nie przez ra­mię i uda­wa­łam, że nie ro­zu­miem. Naj­le­piej do­wie­dzieć się u źró­dła, co au­tor słów miał na my­śli, a po­tem grzecz­nie od­mó­wić.

Czy cio­cia wie, co tu się dzie­je?

– Cze­mu Zoe nie chcia­ła tej stów­ki?

– Oto py­ta­nie za stów­kę – od­pa­rł roz­ba­wio­ny.

My­śla­łam, że żar­tu­je, ale wy­gląda­ło, że nie.

– Czy­li w su­mie dwie, jak zgad­nę?

– Mo­żna za­ro­bić wi­ęcej, a przy tym się nie na­ro­bić – za­su­ge­ro­wał dwu­znacz­nie.

Może mój mózg dzia­łał jed­no­to­ro­wo, ale nic in­ne­go nie przy­szło mi do gło­wy.

– Od­wa­lasz w łó­żku całą ro­bo­tę, a part­ner­ka ma le­żeć i pach­nieć? – wy­pa­li­łam. – Cóż, nie pach­nę ró­ża­mi i wy­glądam, jak wy­glądam. Spo­co­na i brud­na.

– A fe! Sisi! Gdzie po­gnał twój mózg?

– Jest za­in­try­go­wa­ny, cze­mu Zoe nie chcia­ła wi­ęk­sze­go wy­na­gro­dze­nia – wy­ja­śni­łam, wrzu­ca­jąc ostat­nią ciem­ną ko­szul­kę do ko­sza. – Wie­dzia­ła, że tego syfu nie ogar­nie w dwie go­dzi­ny?

Zże­ra­ła mnie cie­ka­wo­ść, a Ju­stin mil­czał. I tak by­łam im win­na przy­słu­gę za od­biór z lot­ni­ska, a kasa za sprząta­nie to w su­mie tyl­ko wir­tu­al­na i nie­re­al­na obiet­ni­ca. I nie­le­gal­na! Nie po­win­nam jej przyj­mo­wać i nie za­mie­rza­łam, cho­ciaż bar­dzo, bar­dzo pra­gnęłam.

Uru­cho­mi­łam dru­gą pral­kę, w któ­rej znaj­do­wa­ły się ciem­ne rze­czy oraz po­se­gre­go­wa­na bie­li­zna w spe­cjal­nym wor­ku. Zer­k­nęłam po­dejrz­li­wie na od­ku­rzacz w sta­cji do­ku­jącej.

– Po­wiesz mi, czy po­trze­bu­ję li­cen­cji pi­lo­ta, żeby ob­słu­żyć ten sprzęt?

– Nie.

Ści­ągnął urządze­nie ze ścia­ny. Po uru­cho­mie­niu pra­co­wa­ło na­praw­dę ci­cho.

– Nie wy­god­niej użyć od­ku­rza­cza sa­mo­jezd­ne­go?

– Nie da­wał rady na ró­żni­cy po­zio­mów i trze­ba go było ra­to­wać z opre­sji, bo wy­sy­łał in­for­ma­cje na te­le­fon, że znaj­du­je się na kra­wędzi kli­fu.

Do du­żej mi­ski po pra­niu wrzu­ci­łam środ­ki do sprząt­ni­ęcia ła­zien­ki, obie­cu­jąc so­bie so­len­nie, że nie za­py­tam po­now­nie o Zoe. Ju­stin zo­sta­wił mnie samą, gdy za­częłam szo­ro­wać ki­bel. Pół go­dzi­ny pó­źniej ła­zien­ka lśni­ła czy­sto­ścią, a mi pot cie­kł po ple­cach. Ko­szul­ka z przo­du no­si­ła pla­my od ci­ągłe­go wy­cie­ra­nia czo­ła.

Przy­sia­dłam na pi­ętach, dy­wa­gu­jąc, czy ją zdjąć i zo­stać tyl­ko w spor­to­wym sta­ni­ku, bar­dziej za­bu­do­wa­nym niż bi­ki­ni, czy da­lej się po­cić. Ci­sza mu­sia­ła zwa­bić mo­je­go „chle­bo­daw­cę”. Po­ja­wił się z bu­tel­ką zim­ne­go Ca­lyp­so w ręku. Wy­pi­łam ca­ło­ść dusz­kiem, wa­chlu­jąc się ko­szul­ką. Ob­li­za­łam usta z kro­pli kwa­śne­go na­po­ju.

– Będzie ci prze­szka­dza­ło, jak zdej­mę ko­szul­kę? Po­twor­nie mi go­rąco.

– Nie, spo­ko. – Pa­trzył na mnie z za­in­te­re­so­wa­niem, gdy si­ęgnęłam do rąb­ka. Prze­ci­ągnęłam uwa­żnie ma­te­riał przez gło­wę, by nie roz­wa­lić fry­zu­ry. – I nie mu­szę ci pła­cić za to, że­byś się ro­ze­bra­ła.

Za­ma­rłam w pół ru­chu.

– Prze­pra­szam?

– Za­nim się za­po­wie­trzysz – rzu­cił z roz­ba­wie­niem – po­wiem ci, że nie mia­łem nic złe­go na my­śli.

– To co mia­łeś na my­śli? – Ota­rłam ko­szul­ką pot z brzu­cha.

– Zoe zna mój fe­tysz – przy­znał enig­ma­tycz­nie.

– Lu­bisz pa­trzeć na spo­co­ne ko­bie­ty z nie­chluj­ną fry­zu­rą, któ­re pach­nąc środ­ka­mi czy­sto­ści, szo­ru­ją ci ki­bel?

Spoj­rzał na mnie z uśmie­chem i bły­skiem w oku.

– Zmo­dy­fi­kuj tro­chę tę wi­zję i będziesz mieć od­po­wie­dź.

Prze­chy­li­łam gło­wę na bok. Coś sza­lo­ne­go przy­szło mi na myśl. Mo­głam się my­lić, ale mo­głam też mieć ra­cję.

– Czy jak zgad­nę, za­pła­cisz po­dwój­nie? – spy­ta­łam pod­chwy­tli­wie.

Unió­sł brew, uśmie­cha­jąc się wie­lo­znacz­nie.

– Na­wet po­trój­nie, je­śli chcesz so­bie do­ro­bić.

Ku­szące, ale chy­ba nie je­stem aż tak od­wa­żna. I zde­spe­ro­wa­na.

Na ra­zie le­d­wo zbie­ra­łam się w so­bie, by wy­po­wie­dzieć na głos te parę słów. Za­chęcił mnie ge­stem, pa­trząc z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Czy­żbyś lu­bił, gdy ko­bie­ta sprząta w stro­ju Ewy?

– Bin­go!

Cie­ka­wy spo­sób na za­ro­bek. Do tego za­je­bi­ście płat­ny. Tyl­ko szko­da, że pew­nie jest do nie­go do­łączo­ny nie­po­żąda­ny ele­ment do­ty­ka­nia lub sek­su.

– Za­szo­ko­wa­na?

Pod­nio­słam na nie­go oczy, bo naj­wi­docz­niej się za­wie­si­łam.

– Nie bar­dzo, ale nie sko­rzy­stam. Stów­ka jest na­praw­dę okej. Nie sądzę, żeby było mnie stać na sprze­da­nie swo­je­go cia­ła w ten spo­sób.

Zmarsz­czył brwi.

– Nie pro­po­nu­ję ci sek­su, a je­dy­nie sprząta­nie… w stro­ju Ewy.

– Ja­sne… tyl­ko po­tem tak wy­cho­dzi.

– Na ko­ńcu bie­rzesz prysz­nic i idziesz do sie­bie. – Jego sta­now­czy ton był ca­łkiem prze­ko­nu­jący. – Nie pod­nie­ca mnie pie­prze­nie po­ko­jów­ki, a je­dy­nie pa­trze­nie na na­gie, wy­gi­na­jące się cia­ło.

– I kto po­tem zaj­mie się two­im pro­ble­mem?

– Mam spraw­ną lewą rękę.

Spoj­rza­łam na nie­go po­dejrz­li­wie, pod­no­sząc się z klęczek. Syk­nęłam, ła­pi­ąc się za bio­dro pod falą bólu. Ju­stin pod­sze­dł bli­żej, ale po­wstrzy­ma­łam go ge­stem.

– Chcia­łem po­móc.

W jego gło­sie za­brzmia­ła de­li­kat­na pre­ten­sja.

– Nie cho­dzi o te­mat, na jaki roz­ma­wia­my, a o bio­dro. Mu­szę się sama wy­pro­sto­wać, żeby nie zro­bić so­bie wi­ęk­szej krzyw­dy.

– Chcesz coś prze­ciw­bó­lo­we­go?

– Masz ibu­pro­fen?

– Tyl­ko pa­ra­ce­ta­mol.

– A po­sze­dłbyś do cio­ci na dół? Ona ma taki z do­dat­ka­mi na ar­tre­tyzm.

– Ja­sne, za­raz wra­cam.

Po­sta­wił bu­tel­kę na bla­cie umy­wal­ki, da­jąc mi prze­strzeń, że­bym w spo­ko­ju po­cier­pia­ła, pro­stu­jąc kręgo­słup. Parę łez spły­nęło po po­licz­kach, za­nim sta­nęłam o wła­snych si­łach. Na­wet zdąży­łam prze­mie­ścić się do kuch­ni, kie­dy wpa­dł do środ­ka z bli­strem ta­ble­tek.

– Cri­sti­na su­ge­ru­je, że­byś może się już nie wy­głu­pia­ła i sko­ńczy­ła na dzi­siaj.

Za­bra­łam mu pi­gu­łki, dwie wrzu­ci­łam do ust i po­pi­łam wodą z kra­nu. Naj­wy­żej do­sta­nę sracz­ki, ale cio­cia twier­dzi­ła, że woda tu­taj jest smacz­na i bez­piecz­na. W sma­ku jak woda – bez­sma­ko­wa, po­dob­na do ni­cze­go.

– Nic mi nie będzie, a ja bar­dzo, bar­dzo pra­gnę tej stów­ki – za­żar­to­wa­łam. – To ar­tre­tyzm, nic nie po­ra­dzisz na ból poza roz­grze­wa­niem czy le­ka­mi prze­ciw­bó­lo­wy­mi.

– Je­steś pew­na?

– Tak samo jak tego, że nie chcę sprzątać to­pless.

– Nie zmu­szam, ale lu­bię.

Ra­mio­na mi opa­dły.

– Ju­stin! – jęk­nęłam, wy­cie­ra­jąc blat mo­kry­mi chu­s­tecz­ka­mi. – Ani ja ład­na, ani biu­ścia­sta, a jesz­cze w pa­kie­cie do­sta­łam pła­ski ty­łek oraz brak ta­lii. Miej li­to­ść.

– A ja my­ślę, że pro­blem jest w gło­wie.

– Za dużo my­ślę? – pod­su­nęłam iro­nicz­nie.

– Ko­bie­ta jest tak pi­ęk­na, na ile mężczy­zna uzna­je, że taka jest. Może so­bie pa­trzeć w lu­stro i sądzić, że pod­bi­je ka­żde męskie ser­ce lub fiu­ta, ale praw­dą jest, że…

– Ka­żda po­two­ra znaj­dzie swo­je­go ama­to­ra? W sen­sie pi­ęk­ny be­stię lub be­stia pi­ęk­ne­go?

– Coś w ten de­seń.

– Nie ukry­wam, że je­steś przy­stoj­ny i miły dla oka, ale­ee…

– Nie na tyle, by to zdjąć? – Żar­to­bli­wie po­ci­ągnął za ra­mi­ącz­ko sta­ni­ka, a ma­te­riał prze­su­nął się, pod­ra­żnia­jąc pie­rś.

– Na­wet nie w po­ło­wie.

Zro­bił smut­ną minę, a ja pu­ści­łam mu oko, spraw­dza­jąc na pa­ne­lu zmy­war­ki, ile jesz­cze zo­sta­ło do ko­ńca pro­gra­mu. Mia­łam dwa­dzie­ścia mi­nut, któ­re spędzi­łam na od­ku­rza­niu pa­ne­li i dy­wa­nów.

Rozdział 2

Simon

Bra­ko­wa­ło mi lu­dzi, a brat, za­miast po­móc, stał się ko­lej­nym pro­ble­mem. Gdy ja nad­zo­ro­wa­łem pra­ce, lu­dzie cho­dzi­li jak w ze­gar­ku, a pro­jek­ty ko­ńczy­li­śmy na czas. Po­trze­bo­wa­łem w nie­ca­łe dwa ty­go­dnie od­dać ten dom użyt­kow­ni­kom i spo­koj­nie śmi­gnąć na ty­dzień do Ca­irns, by za­ro­bić praw­dzi­wą kasę. Ow­szem, bu­dow­lan­ka sta­ła się nie­zwy­kle do­cho­do­wa, a hy­drau­li­ka trze­ba było szu­kać ze świe­cą, jed­nak nie to sta­no­wi­ło źró­dło na­szych do­cho­dów.

Pro­wa­dzi­li­śmy z Ju­sti­nem jesz­cze dwa biz­ne­sy uzu­pe­łnia­jące. Je­den to sprząta­nie, a dru­gi in­dy­wi­du­al­ne rej­sy na rafy ko­ra­lo­we. I oba te za­jęcia nie były ta­kie zwy­czaj­ne. Oczy­wi­ście mo­gli za­mó­wić sprząta­nie, ale w port­fo­lio, o któ­rym mo­głeś się do­wie­dzieć tyl­ko dro­gą pan­to­flo­wą wśród za­ufa­nych lu­dzi, ofe­ro­wa­li­śmy też sprząta­nie to­pless czy w sa­mej bie­li­źnie. Cza­sem klient miał spe­cy­ficz­ny gust, typu gor­set i szpil­ki.

Nie cho­dzi­ło o stręczy­ciel­stwo i do­star­cze­nie dzi­wek wy­so­kiej kla­sy, a o za­spo­ko­je­nie fe­ty­szy, któ­re miał na przy­kład mój brat. Dziew­czy­ny przy­cho­dzi­ły, ro­bi­ły swo­je i opusz­cza­ły dane miej­sce, trzy­ma­jąc w ręku po­ka­źną go­tów­kę lub otrzy­mu­jąc prze­lew na kon­to. Oni lu­bi­li pa­trzeć, a one u jed­ne­go klien­ta za­ra­bia­ły tyle, co u in­nych w ty­dzień. Za­trud­nia­łem nie tyl­ko ko­bie­ty, ale też mężczyzn, cho­ciaż z nimi trud­niej było się wpa­so­wać w gu­sta klien­tek.

Nikt nie ro­bił ni­ko­mu krzyw­dy, a ci, któ­rzy po­sta­no­wi­li wdać się w re­la­cje z klien­ta­mi, otrzy­my­wa­li wy­po­wie­dze­nie. Umo­wa o za­cho­wa­niu po­uf­no­ści i wy­so­kie kary umow­ne za­pew­nia­ły dys­kre­cję ka­żdej ze stron – mnie jako po­śred­ni­ko­wi i pra­co­daw­cy, klien­tom i pra­cow­ni­kom.

Zna­le­zie­nie od­po­wied­nich ko­biet i do­pa­so­wa­nie ich do po­trzeb oraz fan­ta­zji zaj­mo­wa­ło czas. Obec­nie bra­ko­wa­ło mi co naj­mniej trzech dziew­czyn. Na­tu­ral­nej blon­dyn­ki i ru­dej, któ­rych nie­ogo­lo­ne cip­ki mo­gły za­ro­bić ja­kieś pięć stów za go­dzi­nę. Trze­cia mu­sia­ła tyl­ko mieć wło­sy pod pa­cha­mi, na rękach i no­gach. Tak! Byli fa­ce­ci, któ­rych to kręci­ło.

Kon­kret­ną kasę jed­nak za­ra­biał dla mnie ka­ta­ma­ran Co­ral Sea Dre­aming. Z pro­ste­go po­wo­du – spe­łniał ma­rze­nia. Naj­bar­dziej wy­uz­da­ne seks ma­rze­nia. Przede wszyst­kim go­ści, ale ta­kże i moje. A fan­ta­zji mia­łem pod do­stat­kiem.

Nie za­bie­ra­li­śmy na po­kład ka­żde­go. Nie stwo­rzy­li­śmy bur­de­lu, a eks­klu­zyw­ny, dba­jący o dys­kre­cję klub. Wy­star­czy po­wie­dzieć, że kwe­stio­na­riusz zgło­sze­nio­wy, któ­ry otrzy­my­wa­li po­ten­cjal­ni go­ście, był im wy­sy­ła­ny, do­pie­ro gdy do­star­czy­li po­le­ce­nia in­nych osób, któ­re już u nas go­ści­ły. Do tego wpi­so­we w za­le­żno­ści od wy­bra­nych opcji kosz­to­wa­ło na­wet dwa­dzie­ścia ty­si­ęcy za oso­bę. Je­śli ktoś de­cy­do­wał się na za­pła­ce­nie ba­jo­ńskiej kwo­ty, ocze­ki­wał ja­ko­ści. I my ją do­star­cza­li­śmy.

Na dzie­si­ęciu stro­nach opi­sy­wa­li­śmy mo­żli­we sce­na­riu­sze, ja­kie mogą się wy­da­rzyć i ja­kie do­pusz­cza­my do re­ali­za­cji, ku sa­tys­fak­cji wszyst­kich stron. Chcia­ło się pod­glądać inną parę? Nie ma spra­wy. Do­łączyć jako trze­cia oso­ba? Pro­szę bar­dzo. Zo­stać zwi­ąza­nym i wy­ko­rzy­sta­nym przez kil­ku mężczyzn? Za­dba­my o wszyst­ko. Po­zo­ro­wa­ny gwa­łt? Obez­wład­nio­ny mąż, któ­ry musi pa­trzeć, jak żonę za­do­wa­la mu inny fa­cet? Cze­mu nie!

Przez ostat­nie lata roz­wi­nęli­śmy port­fo­lio usług o kil­ka opcji ła­god­ne­go BDSM, bo w ko­ńcu ta dzie­dzi­na wy­ma­ga­ła ogrom­ne­go za­ufa­nia ule­głej wo­bec do­mi­nu­jące­go i od­wrot­nie. Mimo po­zy­cji siły on tam był po to, żeby dbać o part­ner­kę w za­kre­sie sek­su­al­nym, jak i emo­cjo­nal­nym. Za­spo­ka­jał cia­ło i umy­sł.