Opis

"Pracowite wakacje w Rzymie"- w skrócie

 

Andrea Niwiński i Alex Fitzwilliam stają wobec wyzwania, przy którym walka z handlarzami niewolników wydaje się błahostką. Rzym, Wieczne Miasto, ma dla nich niespodziankę. Niespodzianka ma metr dziewięćdziesiąt dwa, jest Rosjaninem i ma na imię Oleg Tsun. Andrea po raz kolejny musi wybrać. Kogo wybierze? Alexa? Olega? Siebie? Samotność?

 

 

"Pracowite wakacje w Rzymie" - szerzej

 

Andrea Niwiński jest trzydziestoletnią przedstawicielką naszego gatunku: Homo Sapiens Sapiens. Alex Fitzwilliam zdecydowanie nie zalicza się do ludzkiej populacji naszej planety. Jego miejsce jest wśród Nadnaturalnych, jest bowiem Zmiennym, czyli, dla przywiązanych do łacińskiej nomenklatury, Homo Sapiens Variabilis.

Oboje wrócili cali i zdrowi z Kongo, gdzie, wraz z emerytami z Legii Cudzoziemskiej, likwidowali centrum handlu niewolnikami (szczegóły w "Morzu krwi" tej samej autorki).

Zmęczeni i, jak Andrea, ciągle jeszcze czujący się poobijani po walce, mieli zamiar cieszyć się spokojnymi i zasłużonymi wakacjami w Krakowie. Planowali nieśpiesznie odkrywać, czym dla nich jest "bycie razem", co to znaczy "kochać", jak przestać się bać bliskości i jak nie zabić przyjaciół z dzieciństwa. 

 

Tymczasem muszą jechać do Rzymu. 

 

To znaczy, musi jechać Andrea, a Alex kategorycznie odmawia zostania z tyłu.

Wyjazd nie wygląda na wypoczynkowy i taki chyba nie będzie, ponieważ Andy i jej specyficzne umiejętności są potrzebne Iwanowi Dołhorukiemu, szefowi jednej z mafijnych Rodzin. 

W Wiecznym Mieście spotkają nie tylko mafiozów i szaleńców, ale i Olega Tsun, Zmiennego, Alfę Watahy Rzymu. 

 

Spotkanie z Olegiem, to początek kłopotów, nie tylko dlatego, że dwóch Alfa i jedna kobieta, to zawsze zapowiedź walki na śmierć i życie. 

Groźniejsza, niż połączone terytorializmy Alexa i Olega, okaże się czyjaś potrzeba udowodnienia, że "jest kimś". Z tego powodu, wszyscy troje otrą się o śmierć, a dzieciństwo dwunastoletniej dziewczynki może zostać brutalnie zakończone. 

Dwóch Nadnaturalnych i jedna kobieta wiedzą doskonale, że ratowanie tych, których się kocha, jest ważniejsze i pilniejsze, niż ustalanie hierarchii i dominacji. Oleg i Alex, ku ich zaskoczeniu, odkrywają, że biologiczne imperatywy ich rasy nie są tak mocne, jak mogliby przypuszczać.

Alex, czy Oleg? Kogo wybierze Andrea Niwiński, z kim będzie próbować odnaleźć jej normalność?

Co potrafią tatuaże Alexa? Czy kontrakt zawarty z mafią na wieczność da się rozwiązać? Co robią w Rzymie bracia Napierowie? 

Odpowiedzi w "Pracowitych wakacjach w Rzymie".

 

"Pracowite wakacje w Rzymie", to powieść z gatunku urban fantasy, to romans zdecydowanie paranormalny. Powieść jest drugą częścią cyklu "Droga Smoka", może być jednak czytana osobno.

 

Ci, których interesują wcześniejsze losy Alexa i Andrei, znajdą je w "Morzu krwi".

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1027

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRACOWITE WAKACJE W RZYMIE

DROGA SMOKA, CZĘŚĆ2

~~#~~

Copyright 2019 Monika Lech

Published by Monika Lech

ISBN: 978-83-953592-1-7

~~#~~

Szanowna Czytelniczko, Drogi Czytelniku:

To jest ROMANS URBAN FANTASY!

Bohaterowie tej książki mówiądużo i często do siebie. Akcja nie posuwa siędo przodu jak w kinie akcji: od trupa do trupa, od podboju do podboju. Jeśli zatem tego oczekujesz, możesz sięzawieść.

Postaci nie prowadzązdrowego trybużycia: klną, sąbrutalne, nie mająszacunku dla prywatności, podejmujązłe decyzje, mająnawetżycie intymne, które omawiają.

Dlatego niniejsza książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych odbiorców. Zawiera sceny, które nie sąodpowiednie dla młodego czytelnika. Autorka prosi o to, by osoby nieletnie po niąnie sięgały.

"Pracowite wakacje w Rzymie" sąpowieścią, utworem fikcji literackiej. Imiona, postaci, miejsca, zdarzenia sąalbo wytworem wyobraźni autora lub sąużyte w kontekście fikcji literackiej i należy je interpretowaćwyłącznie w zgodzie z zasadami gatunku, do którego ta powieśćnależy. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, czy wydarzeńjest całkowicie przypadkowe i w dodatku niemożliwe.

~~#~~

Credits:

Pixel2013 on Pixabay.com,

Wrona: by GDJ on Pixabay.com

Książka, którąnabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyśprzestrzegałpraw, jakie im przysługują. Jej zawartośćmożesz udostępnićnieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudząwłasnośći prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

SPOILER ALERT!

W poprzedniej części "Drogi Smoka":

Morze krwi

Alex Dougal Fitzwilliam, Wilk, doskonale zna swojąrasę: Zmiennych. Wie, ile może zbroićHomo Sapiens Variabilis, który nie chce lub nie umie zapanowaćnad swojąBestią. Fitz jest Inkwizytorem i pracuje dla PBI, Preternatural Bureau of Investigation, które zarządza społecznościąZmiennych, i zdarzyło mu sięjużwidziećco nie co.

Ktośpoluje na Alexa.

Zamachy sązwiązane z jego pracą, Inkwizytor wie o tym doskonale. Trzy ataki, kilku rannych, kilku zabitych i on sam w bardzo złym stanie, oto podsumowanie czterech ostatnich dni.

Yi Hyeon Ju, dyrektor Zmiennego PBI i zwierzchnik Alexa, chce zapewnićswoim Inkwizytorom możliwośćsprawnego przeprowadzenie dochodzenia w tej sprawie, a Alexowi chce umożliwićbezpieczny powrót do zdrowia. Dlatego teżwysyła go do Krakowa.

Dlaczego do Krakowa?

PonieważKraków jest nudny, daleki od politycznego zamieszaniaświata Nadnaturalnych i tam właśnie Alex ma miećnajlepsząochronę, jakąHyeon Ju może mu w tej sytuacji zapewnić.

Ochrona to Andrea Niwiński i nie należy do najmilszych niewiast naświecie, nawet jak na niewysokie standardy 2052 roku, a w dodatku jest Człowiekiem. Alex nie jest przesadnie zadowolony z decyzji szefa.

Andrea równieżnie promieniuje radością. Nie chce w domu faceta, który wygląda jak biker, jest wytatuowany od stóp po głowęi wygląda, jakby umiałzabijaćłyżeczkądo herbaty oraz wzrokiem. Nieżeby jej nie fascynowały jego tatuaże, zwłaszcza jesion na jego karku i wrony, oraz księżyc w pełni, które ma wytatuowane na czaszce. No i płomienie, które widaćna rękach i dłoniach. Tyleże każda dziewczyna musi byćostrożna. Nawet taka, która spędziła dziesięćlatżycia w Legii Cudzoziemskiej, w Afryce, w czasie Wielkiego Głodu.

Ku swemu zdziwieniu, i trochęprzerażeniu, Alex dobrze dogaduje sięze swojągospodynią. Dochodzi do zdrowia i jednocześnie prowadziśledztwo mające wyjaśnić, gdzie, do jasnego czorta, zniknęło kilkudziesięciu Zmiennych?

Zarówno jegożycie jak i jego rehabilitacja wydająsięproste i pozbawione dramatów. Spokój kończy się, kiedy pracująca jako ochroniarz Andrea zostaje złapana i zgwałcona przez trójkęZmiennych. Alex udowadnia, jak szybko, sprawnie i jak bezlitośnie działa Prawo Nadnaturalnych.

Jakby mało było zamieszania i problemów, Andrea musi wyjechaćz Krakowa półtora dnia po gwałcie. Wzywa jądawneżycie i byli koledzy. Ex-żołnierze Legii mająw Afryce niezałatwioną"sprawęzawodową", którąwreszcie chcądomknąćostatecznie. "Ostatecznie" nie jest słowem wybranym przypadkowo.

Otóżkiedy Andrea służyła w Kongo, "mówiło się",że w tym kraju działa dobrze okopana grupa białych, która prawdopodobnie stoi za rzeziami i porwaniami. Rzezi było kilka, porwanych mogło byćnawet tysiąc osób. Nikt nikogo nie złapałza rękę, a lokalne władze odmawiałyśledztwa. Przeniesienie bazy Legii o kilka tysięcy kilometrów i Wielki Głód teżnie pomogły w rozdzieleniu plotek od prawdy. Nie było wtedy ani czasu, ani odpowiednich warunków do prowadzeniaśledztwa.

Co innego, kiedy zainteresowani dogrzebaniem siędo faktów sąna emeryturze.

Grupażwawych emerytów Legii Cudzoziemskiej, w gronie których jest Andrea, w końcu namierzyła "białych panów", odkryła ich powiązania biznesowo-towarzyskie, oraz znalazła miejsce, które jest ich stolicą, a które sami "panowie". nazwali Enklawą. Jak sięokazuje kilka rzezi i tysiąc porwanych, to tylko wierzchołek góry lodowej, a prawda o "białym Raju" w dżungli jest o wiele bardziej przerażająca. Enklawa jest centrum potężnego biznesu, ośrodkiem handlu niewolnikami i miejscem, gdzie bogaci Ludzie polująna Zmiennych.

W ten oto sposób okazało się,żeśledztwo Alexa i "sprawa zawodowa". Andrei mająze sobąwięcej wspólnego niżoboje mogli przypuszczać.

Rozprawa z handlarzami niewolników jest krwawa, bo nikt nie bawi sięw branie jeńców i dostarczanie ich przed oblicze sprawiedliwości. Po Enklawie nie zostaje nawetślad w dżungli. Andrea, która odpowiadała za wywiad elektroniczny, musi niestety sięgnąćpo brońi walczyćjak wszyscy. Nie podoba sięto ani Alexowi ani siedmiu Napierom, Zmiennymżołnierzom, których Hyeon Ju przysłałjako wzmocnienie dla Legionistów. Na szczęście Niwiński umie zadbaćo siebie i o innych.

Żywa, choćpoobijana i posiniaczona, wraca do Krakowa z Alexem i z numerami telefonów Napierów, którzy zdążyli sięjej oświadczyćco najmniej trzy razy.

Ani ona, ani Wilk nie ukrywają,że licząna trochęświętego spokoju,żeby móc sięzająćsobą.

Tymczasem w Rzymie…

PROLOG

Włochy, 18 czerwca 2053

Dziewczynka stała na schodach tak nieruchomo, jak tylko potrafiła. Zwykle poruszała sięszybko i dużo. Teraz wiedziała,że to czas na bezruch i uwagę.

Nasłuchiwała.

Noc zapadła dawno temu i prawie cały dom byłcichy i ciemny. O to jej chodziło, to dlatego tak długo czekała. Leżała cierpliwie i nieruchomo pod kołdrą, z zamkniętymi oczami, odwrócona buziąw kierunkuściany. Wiedziała,że to niedobrze, tak leżeći nie widzieć, kto wchodzi, ale ona musiała udawać! Musiała zrobićwszystko,żeby uwierzyli,żeśpi. Jej tata zawsze powtarza,że mądry człowiek nigdy nie staje tyłem do drzwi, ale mówi też,że czasem robi się, co sięmusi. Ona musiała udawać.

To wystarczyło, bo jasnowłosa kobieta, która każe na siebie mówićzia, ciocia, i która z niątutaj mieszka, nie umie zwracaćuwagi na szczegóły, ażaden z czterech mężczyzn, którzy pilnujądomu, nigdy nie wychodzi na drugie piętro, tam, gdzie jest "jej sypialnia".

Kobieta dała sięnabraćna zamknięte oczy i równy oddech. Z tamtymi nie poszłoby jej takłatwo. Zauważyliby, jak małej wali serce, zobaczyliby,że tenisówki dziewczynki nie stoją, jak to zwykły robić, przy drzwiach, zdziwiłoby ich,że małaśpi w ubraniu.

Dobrze,że "cioci" to nie obchodziło.

Było bardzo ciemno i wreszcie przyszedłczas na wyjście z pokoju. Gdyby czekała dłużej, mogłaby naprawdęzasnąć, a to zepsułoby te wszystkie dni obserwacji i przygotowań.

Ostrożny krok do przodu. Tutaj musi iśćjeszcze ciszej.

Była jużna pierwszym piętrze. Jeszcze tylko troszkęi będzie w ogrodzie, i będzie wolna. Tam, na zewnątrz, nikt jej nie złapie. Dziewczynka umiała biegać.

Jedyneświatło, jakie widziała, wydostawało sięna klatkęschodowąz uchylonych drzwi do sypialni "cioci". Mała wiedziała doskonale,żeżadna z tej kobiety ciocia. Umiała jednak wybrać, kiedy tylko warto słuchaćdorosłych, a kiedy naprawdętrzeba to robić, dla własnego dobra.

Nie bała się, stojąc tak w mroku na schodach, a jeśli nawet, to ukrywała to ze wszystkich sił, tak jak to sobie postanowiła.

Zrobiła krok w przód.

Potem kolejny.

Musiała uważać, bo stare drewno skrzypiało.

- Co ty możesz rozumieć?! - powiedziałmęski głos, z gniewem, jakby kończyłjakąśwcześniejsządyskusję.

Głos byłzduszony, dochodziłz głębi sypialni, ale słowa dały sięzrozumieć. Słowa i intonacja. Ta złośćbyła znajoma. Nie na tyle,żeby mała mogła powiedzieć, kto to mówi, ale wydawało sięjej,że skądśzna ten i głos, i tęniecierpliwość.

Dziewczynka usłyszała jedno uderzenie, potem drugie, potem jęk. Mężczyzna jęknął, to byłjego głos. Kolejne uderzenie i spokojny głos, kobiecy.

- Nigdy więcej nie odzywaj siętak do mnie, nie tutaj - kolejne uderzenie i mężczyzna jęczy głośniej.

- Jeszcze… - błaga, a dziewczynka nie rozumie tonu jego głosu.

Myśli,że teraz właśnie powinien byćzły. Ona byłaby, gdyby ktośdałjej klapsa.

Kolejne uderzenie i głos kobiety. Chłodny, rozkazujący. Straszny.

- Milcz.

Teraz byłświst, uderzenie. I kolejne.

- Musisz jątutaj trzymać? - mówi kobieta, robiąc duże przerwy między słowami i oddychając ciężko. Każde jedno słowo, to dźwięk uderzenia.

Dziewczynka postępuje krok do przodu. Cieszy się,że hałas, jaki robiądorośli, ułatwia jej wymknięcie sięz tego domu.

Mężczyzna jęczy, tak samo głośno, jak poprzednio.

- Mocniej, mocniej.

Mała nie wie, co siędzieje, ale odgłosy uderzeńmilkną, a mężczyzna brzmi, jakby byłniezadowolony. Kobieta także.

- Kiedy jesteśtutaj, mówisz, kiedy ci pozwalam i odpowiadasz na moje pytania. Rozumiesz? - jęk, jakby tym razem mężczyznęrzeczywiście cośzabolało.

- Tak - odpowiada - tak!

Świst, uderzenie, jęk.

Dziewczynka chowa głowęw ramionach. Boi się, ale wie,że musi szybko przemknąćkoło tych drzwi. Boi się,że kobieta wyjdzie z sypialni,że uderzy i ją. To może bolećtak bardzo, jak uderzenie piłkąna treningu.

Mała krzywi się, ale robi kolejny krok do przodu. "Jakby co" - obiecała sobie - "wytrzymam i nie będępłakać. To będzie przecieżtak samo, jak na piłce. Nie płaczę, kiedy gram".

- Odpowiadaj! - kobieta cośrobi, bo mężczyzna krzyczy, a potem dyszy, a mała słyszy coś, co brzmi, jak "tak", a potem:"aaaach", oddech, jęk, długi i głośny.

Po nim trochęciszy. Dziewczynka jest o dwa kroki bliżej drzwi.

W końcu mężczyzna mówi, normalnym, choćcichym głosem.

- Tu jest bezpiecznie. Tylko tu jest bezpiecznie - szelest i krzesło przesuwa sięgłośno po podłodze.

- To jeszcze taka gówniara - mała słyszy w głosie kobiety nutę, która pojawia sięczasem w głosie taty, kiedy ten mówi o Jurze, kiedy nazywa go "gąbką".

- Gówniara - zgadza sięmężczyzna. Słychaćodgłos wody spuszczanej w toalecie.

Dziewczynka robi kolejny, cichy krok w dół.

- Poczekam z rok.

Kobieta zaczyna sięśmiać. Mała figurka, wciśnięta w mrok na schodach, myśli,że nie podoba sięjej tenśmiech. Jej strach rośnie.

- Rok?

- Ma dużo wiedzy do przyswojenia - mówi mężczyzna iśmieje się.

Dziewczynka poznaje tenśmiech. Zamiera bez ruchu, a serce jej wali i wali. Wolałaby dostaćstraszne lanie od kobiety niżdaćsięprzyłapaćswojemu kuzynowi, Jurze.

- Pomogęci - kobietaśmieje się.

- Oczywiście,że tak - mężczyzna znowu sięśmieje, a dziewczynka, na przekór swojemu przerażeniu, robi kolejny krok w dół.

Na parterze otwierająsiędrzwi, wszędzie robi siędużo jaśniej. Mała przywiera dościany, ale kiedy schody zaczynajątrzeszczećpod czyimściężarem, bezgłośnie ucieka na górę, do "jej" pokoiku.

Ocierałzy.

Dziśnie udało sięjej wrócićdo mammy, do taty, do Olega. Ale jutro sięuda.

Dziewczynka nie widzi, jak potężny, uzbrojony mężczyzna, staje na schodach, nasłuchuje, potem węszy, rozgląda się, kręci głową, słuchając odgłosów z sypialni.

A później siada, półpiętra poniżej drzwi do pokoju małej.

Jutro dziewczynka przekona się,że zawsze ktośsiedzi na schodach.

Chapter 1: Propozycja nie do odrzucenia

Kraków/Rzym 21-22 czerwca 2053

Alex

Dawno temu hodowałem w duszy nadzieję,że kiedy jużbędędojrzały, to będęrozumiałwszystkie gatunki inteligentne zamieszkujące Ziemię. Potem spuściłem z tonu i miałem nadziejęzrozumiećprzynajmniej dwa z pięciu. Niestety, zarówno Ludzie,Homo Sapiens Sapiens, jak i Zmienni,Homo Sapiens Variabilis, w dalszym ciągu umykająmojemu pojmowaniu. Jak mówi kobieta, którąkocham: ja ich, kurwa, nie ograniam, a mówiąc bardziej po mojemu: nie silęsięnawet na sprawianie wrażenia,że rozumiem.

W tym leży moja mądrość, w nieudawaniu,że wiem, kiedy nie wiem.

~~#~~

Skąd akurat teraz te dywagacje o rozumieniu? Otóżsiedzęprzy stole w kuchni, na krakowskiej Woli Justowskiej, patrzęna uśmiechnięte twarze czwórki dorosłych ludzi i zastanawiam się, kiedy stali mi siędożycia niezbędni?

Z natury i z wyboru jestem samotnikiem. Mam grubo ponad czterysta lat. Moja Bestia, mój Wilk, ceni sobie ciszęi spokój, otwarte przestrzenie, autonomięi wolność. Ja cenięsobie swojąpracę, książki i reputację, która sprawia,że Ludzie unikająmnie, nie wiedząc,że to robią, a Zmienni unikająmnie po prostu ze strachu.

Tymczasem siedzętutaj z Ludźmi, którzy według wszelkiego prawdopodobieństwa sączęściąjakiegośkosmicznego planu wysadzenia w przestrzeńmojego spokoju ducha, powściągliwości oraz innych cech, dla których wielu Zmiennych nazywa mnie Mnichem. A najgorsze jest to,że nie chciałbym teraz byćnigdzie indziej!

No, może w sypialni, z jednąz tych osób. Ale to inna historia.

Alex Dougal Fitzwilliam, Wilk przyjemnie zagubiony, do usług.

Wariacka czwórka stanowiła więcej niżrodzeństwo. Sami chyba jużnie pamiętali tych czasów, kiedy nie byli razem. Wychowywali sięwspólnie, bo bogowie otchłani zrzucili trójkęz nich na głowęmałżeństwu lekarzy, obdarzonych jużsynem.

Wojtek jest skupionym i efektywnym policjantem, którego za obiektywizm i brak efekciarstwa szanująkrakowscy Zmienni. Nie mam kłopotów z tym,żeby pilnowałmoich pleców. Ufam mu, a ja nie obdarzam zaufaniemłatwo.

Michałuratowałżycie więcej niżjednej osobie. Przy stole operacyjnym spędza długie godziny, nie tracąc pogody ducha i nie będąc wyniosłym dupkiem. Potrafi czarowaćkobiety jak rzadko kto. Wieśćgminna niesie,że nie jest egoistyczny włóżku. Więcej nie powiem. Gentleman powinien umiećmilczećelegancko na pewne tematy.

Kuba jest jak istota zeświatła i bitów informacji. Wchodzi w przestrzeńwirtualną, jak w masło i jest tam królem. Jego mózg wymyśla kapitalneświaty i umie je powoływaćdożycia, tak by wydawały sięrzeczywiste. Jest czarodziejem w swoim uniwersum i ma wybitny talent do pomnażania pieniędzy. Swoich i przyjaciół.

Andrea… były zawodowyżołnierz, czasem blackops, czasem ochroniarz. Podejmuje błyskawiczne decyzje dotycząceżycia iśmierci, swojej i innych. Była i jest sprawnąmaszynąbojową. Potrafi byćchłodna, opanowana, kalkulująca, a jednocześnie, kiedy decyduje, to robi to w oparciu wartości, o coś, w co wierzy,że jest dobre. Czasem dobre tylko dla niej, ale nie miewa kłopotów z przyznaniem siędo egoizmu. Czy do efekciarstwa.

Dzisiaj jednak miałem przed sobąnie grupęzawodowo stabilnych trzydziestolatków, ale bandęrozdokazywanych dzieciaków, która doprowadziła mnie kilka razy dośmiechu.

Mnie, Mnicha.

Mięśnie brzucha mnie bolały. Nie miałem pojęcia, jak oni to robią. Patrzyłem na lekko zmęczonątwarz Andrei, na to, jakśmiech rozjaśnia jej oczy, jak odrzuca w tyłgłowę, jakśmieje sięna głos. Jak wali głowąw stół, jakby w totalnej rozpaczy, spowodowanej tym, co właśnie usłyszała. Jak rozstawia wszystkich,łącznie ze mną, po kątach. Jak czasem dotyka dolnej partiiżeber, jakby upewniając się,że sąjużcałe.

~~#~~

Kilka dni temu prawie zabiłjąjeden z moich pobratymców, daleko stąd, w Kongo. Jąbolałyżebra, a ja byłem znowu zły na siebie. Znowu o to samo. Jak mogłem dopuścićdo tego,że jąboli? Jak mogłem jej nie obronić?

Miłośćtak właśnie działa na Zmiennych: pojawia obsesyjna troska o obiekt uczuć. Tyleże mój "obiekt" umie samodzielnie zadbaćo siebie i moich gentelmeńskich zrywów nie potrzebuje do niczego.

~~#~~

Śmiech rozległsięznowu.Śmiech ze mnie. Czerpięjakieśpocieszenie z faktu,że wcześniejśmialiśmy sięz niej.

Powód wesołości byłprosty: historia. Przeszłość.

Nie mogliśmy opowiedziećnaszym przyjaciołom, co robiliśmy w Kongo. I mnie, i Andy wiązała tajemnica wojskowa i służbowa. W zamian za posiadanie sekretów musieliśmy podzielićsięz naszymi przyjaciółmi czymśprywatnym. Daćim fanta.

Ujawnienie za ujawnienie.

Prywatne za służbowe.

Wybrane przez nich "coś" było iśmieszne, i straszne, i miejscamiżenujące. Gdyby to było wypracowanie szkolne, to temat brzmiałby: "Mój pierwszy raz. Jak, kiedy, gdzie i z kim. Opowiedz, nie pomijając najsmutniejszych detali".

Żarty i orgięszyderstw z naszej dwójki przerwałtelefon.

Dzwoniłi dzwonił.

Najpierw długo patrzyli na stary aparat wiszący przy drzwiach kuchni, później Kuba szybko wyciągnąłtablet i cośpostukał, Michałuniósłbrwi, Kuba wzruszyłramionami. Wojtek oparłsięramieniem ościanę, tużkoło mnie i siedzącej Andrei. Andy trzy razy stuknęła palcami w stół. Potem zamarła. Potem stuknęła raz jeszcze.

- No, odbierz ten jebany telefon - powiedziała do Miśka zniecierpliwiona - On jest ważny, bardzo ważny.

Popatrzyła na mnie.

- Nie wiem dlaczego, ale jest.

Rozumiałem.

- Halo?

Głos Michała nie drgnąłi nie zdradziłzdziwienia, które czułem w jego zapachu i widziałem w subtelnościach mowy ciała. Jednąrękątrzymałarchaicznąsłuchawkę, drugąprzeczesałopadające na czoło włosy.

- Przepraszam, kto mówi? Z kim?

Każde kolejne, krótkie zdanie brzmiało na bardziej pytające niżpoprzednie. Potem przysłoniłodbiornik dłonią, popatrzyłna nas i powiedział:

- Andy, Wujaszek Wania do ciebie.

Nie obserwowałem jej w tym momencie, bardziej skupiony na Michale, ale zapach jej złości i frustracji uderzyłmnie od razu. A potem przyszły słowa. Jak to zwykle w przypadku Andrei, to nie były to sonety Szekspira, tylko epitety, których jako syn mojej matki i dobrze urodzony gentleman, znaćnie powinienem.

Wojtek parsknąłśmiechem.

- Nieźle, kalafiorze. Wujaszek Wania, co? A ma trzy siostry i wiśniowy sad?

Kuksaniec Andrei nie odebrałmu tchu, tylko dlatego,że policjant zdążyłsięlekko odsunąć.

- Jak ja was, wykształciuchów pierdolonych, nienawidzę, to sobie sprawy nie zdajecie - mruczała Andrea, wyrywając słuchawkęz rąk Michała.

Zatrzymała sięna sekundęi zapytała Kubęi Wojtka.

- Dom Miśka dalej jest bezpieczny?

Skinęli głowami jak marionetki.

Andrea zaczerpnęła powietrza i głosem, który nazwałem "zawodowym" powiedziała "Iwanie Dmitryczu, dobry wieczór".

Głos po drugiej stronie byłniski, lekko zachrypnięty, mówiłpo angielsku z wyraźnym akcentem. Rozmówca Andrei byłprzyzwyczajony do absolutnego posłuszeństwa, ale w tym jak mówił, słyszałem szacunek dla Andrei i odrobinę… czegoś, czego przez telefon nie potrafiłem wyłapać.

- Andrea, myshka maja daragaja, potrzebujęcięu siebie. Kłopoty.

- Jakie kłopoty? - ton głosu Andrei nie zmieniłsięani na jotę.

Zero zaciekawienia, nic. Chłód.

Mężczyzna po drugiej stronie roześmiałsięz głębi trzewi.

- Oj, mysheńka, mysheńka… tym razem nie musisz go ratować- roześmiałsięznowu, a ja poczułem narastającązłość.

Nie podobało mi sięto,że męski głos, po drugiej stronie… insynuuje coś? Nie wiedziałem, jak to zdefiniować, ale wiedziałem,że mnie to złości.

- Tym razem, to nie… ech, to nie Jura i nie jego shit, tym razem to mój kłopot, myshka - jego westchnienie słyszeli chyba nawet Michałi Kuba.

Wojtek słyszałje na pewno, on umiałsłuchać, mimo iżnie miałwyostrzonych zmysłów Zmiennych.

Andrea milczała przez jakieśdwadzieścia sekund, w czasie których mężczyzna po drugiej stronie nie mówiłnic. Dwadzieścia sekund ciszy, to prawie wieczność, kiedy atmosfera jest napięta. Ale mężczyzna po drugiej stronie musiałznaćjąna tyle,żeby nie zasypywaćjej słowami. Podrapała sięw nos, uderzyła dłoniąwścianęi popatrzyła na nas. Potem skupiła spojrzenie na mnie. Uśmiechnąłem sięi skinąłem głową. Co to w ogóle za pytanie? I tak bym pojechał. Z nią, za nią. Nie ma znaczenia.

- Nie przyjadęsama.

Ulga po drugiej stronie słuchawki była słyszalna.

- Harasho mysheńka, harasho - zgodziłsięrozmówca - samolot czeka na Balicach, weź…. weźcie stroje wieczorowe.

- Stroje wieczorowe? - Andrea nie podniosła głosu, ale równie dobrze mogła zapytać"what the fuck"?

- White tie, mysheńka, white tie - sprecyzowałmężczyzna i po prostu odłożyłsłuchawkę.

Oleg

Jeszcze nim wszedłem do gabinetu Starego, poprawiłem krawat. Zawsze bardzo dbało zasady, o pozory, o to, co widać. Od wszystkich swoich ludzi, niezależnie od tego, czy pracowali w biurach, czy w "resortach siłowych", wymagałścisłego przestrzegania dress code.

Do tej pory mi to odpowiadało. Lubiłem i ceniłem porządne ubranie, stosowne do okazji. Tym bardziej,że mieszkałem w Rzymie, gdzie jak cięwidzieli, tak ciępisali, a pozory były ważne. Czasem nawet były wszystkim.

Przywykłem. W końcu mieszkam tu jużosiemdziesiąt lat, a może trochęwięcej?

Przyzwyczaiłem siędo pozornej powierzchowności Rzymian, do intryg, do romansów, do umiłowania tego, co na zewnątrz, tak samo, jak przywykłem do temperatury, turystów czy wakacji w sierpniu. Lubiłem teżtrzyczęściowe garnitury, zwłaszcza, od kiedy zamawiam je w Neapolu, u Issaego. Kupno ubrania nie jestłatwe, jeśli sięma ponad metr dziewięćdziesiąt i szerokie bary. Utalentowany krawiec jest błogosławieństwem, większym nawet niżklimatyzacja.

Czy jestem próżny? Nie, jestem Kotem. Wszyscy wiedzą,że nie ma lepszych Zmiennych niżKoty..

My, Zmienni, składamy sięjakby z dwóch istot, połączonych z sobąpoprzez magię, której ani nie rozumiem, ani nie mam zamiaru nikomu wyjaśniać. Obie istoty sązrośnięte, współpracująz sobą, wzmacniająsię. Człowiek i Bestia w nas, w Zmiennych, dzieląwszystko. Ciało, mózg, wspomnienia, pragnienia, przeżycia, a może nawet i duszę?

Magia.

Tak, ona istnieje i nie ma nic wspólnego z tym bełkotliwym czary-mary, którego można podobno "nauczyćsię" w internecie. Nasza magia, to siła potężna, ale nie opresyjna, dająca dużo, ale i sporo od nas wymagająca.

Moja Bestia nie jest zwierzęciem, jest Innym we mnie. Jest mną. Innym mną, ale mną. Jest potężnym zasobnikiem pierwotnej potęgi, moim wsparciem. Jest jednocześnie stara, jak pierwiastki, i młoda, jak wiosenne szczenięta. Czasem rozrabia jak one, bo Bestie zwykle rozwiązująkonflikty za pomocąkłów i pazurów. Sąterytorialne i lubiąstrukturę. Potrzebująjej.

Człowiek równoważy Bestię, Bestia równoważy Człowieka.

Nie, nie jestem kotołakiem. Nie ma czegośtakiego, Matko Kazańska, no mówię,że nie ma. Podobnie, jak nie ma wilkołaków. Nie, nie muszęzmieniaćsięw czasie pełni, nie, nie wyjędo Księżyca. Koty w ogóle nie wyją. To wszystko, to tylko wymysły słabych pisarzy i naszych własnych PR-owców.

Nie potępiam ich, PRowców, każdy musi z czegośżyć. Rozumiem to, w końcu pracujędla mafii.

~~#~~

Do tej pory nigdy nie dyskutowałem z rzeczywistością. Durna jest dyskusja z czymś, co cięnie słyszy i nie reaguje.

Teraz cośwe mnie zaczęło pękać. Nie gwałtownie, nie pośpiesznie. Rzadko sięśpieszę, nigdy nie działam impulsywnie. Staryśmieje się,że trwam jak wzgórza Rzymu, niezmienny, solidny, patrzący na wszystkie zmiany, rewolucje, dramaty, jakbym tylko czekał, ażprzeminą.

Tak, słowo-klucz to "trwam". Nie jestem gorącogłowym gówniarzem, zawsze najpierw dobrze pomyślę, nim cośzrobię.

~~#~~

Teraz… teraz nawet ubranie mnie krępowało i drażniło.

To niepokojące uczucie zaczęło narastaćjakiśtydzieńtemu. Jakby cośsięprzesunęło i okazało się,żeświat ma inny kształt niżmyślałem. Jakby trwanie do tego nowego kształtu nie przystawało i było dla niego niewystarczające.

Ruszyła sięjakaśniewidoczna płyta tektoniczna i uświadomiłem sobie,że Rzym, Rodzina, moja praca, moje miejsce wżyciu, to klatka. Złota, wygodna, prestiżowa, owszem, to prawda. Jednak klatka, to tylko klatka.

~~#~~

Otrząsnąłem się, jak otrząsam sięz takich myśli zawsze. One nie mająsensu. Nie mająmiejsca.

Nic nie wnoszą.

Niczego nie zmieniają, nie dla mnie, nie w moim przypadku.

Rzym, to moja Roma Aeterna.

Wieczne Miasto na moją"wieczność".

~~#~~

- Oleg!

Stary pokazałmi fotel przy biurku i wyciągnąłrękępo teczkęz dokumentami. Podałem mu je. Siedziałw milczeniu, studiując podpisane umowy. Kiwałgłową. Wiedziałem,że tak zrobi. W końcu ma przed sobąakt własności przedsiębiorstwa przynoszącego kilkaset milionów rocznie oraz dającego mu wejście na chiński rynek. Rok pracy, szczegółowe i pracochłonne due dilligence, niekończące sięnegocjacje, ciągłe podróże, morze wypitego alkoholu, kilogramy pochłoniętego, paskudnegożarcia, Matko Kazańska, jak to przeżyłem?

Zmiennym jestem, oto jak.

- Brawo, Oleg - uśmiechnąłsięciepło, zamykając dokumentację- to kapitalny nabytek.

No pewnie,że to byłkapitalny nabytek. Wejście na Chiny? No, proszę!

Duma i zadowolenie, ażparowały z niego. Kolejny klocek, kolejna cegiełka wzmocniła budowlęjego imperium. Stary byłjednak bardziej milczący, mniej wylewny niżzwykle. Taki byłod dwóch tygodni.

Porwanie córki rzadko bywaźródłem radości.

- Małpka? - zapytałem, używając przezwiska, które pasowało do niej jak ulał.

Ostatni tydzieńspędziłem w Mediolanie, pracując kilkanaście godzin dziennie, kończąc wszystko i dopinając umowy, broniąc pozycji Alfy Rzymu, bo nawet tam znaleźli siętacy, którzy chcieli zabraćmojąWatahęi mojąrobotę. Nie miałem czasu czytaćinformacji z domu.

Stary pokręciłgłową. Nic. Dalej nic. Drugi tydzień. Tysiące euro wydawane na lewo i prawo, nałapówki, na specjalistów, na przesłuchania i nic. Aniśladu.

Wstał, stanąłprzed oknem, patrząc na Piazza Barberini.

Wiedziałrównie dobrze jak ja, jak to bywa z porwaniami. Znałstatystyki.

Nie potrafiłem o tym myśleć.

Nie mogła zniknąćna zawsze, nie Małpka, nie radosna, uparta, głośna, przemądrzała Susana, moja miniaturowa elektrownia atomowa.

- Będziesz miałod jutra trudnąsytuacjędo ogarnięcia, obcych na twoim terenie - mówił, nie odwracając sięi pachnąc ostrożnością, obawąi smutkiem. Tęsknotą. Brakowało mu tej iskry radości, którąmiał, kiedy Małpka była w domu.

- Sprowadzam ostatniąosobę, która może nam pomóc. Chcępełnej kooperacji ze strony wszystkich. Agaton - drugi po Starym w Rodzinie, teżZmienny - wie,że ma daćwszelkie wsparcie, jakiego będzie potrzebować.

Kiwnąłem głową.

- Specjalista?

- Ostatnia moja nadzieja - odwróciłsiędo mnie - Ona znalazła Jurę.

Zakląłem, nawet nie próbując ukryćfrustracji. Rzadko kląłem, więc mój wybuch mówiłjużwiele. Bratanek Starego byłnienormalny, jakośwśrodku złamany. Wszyscy wiedzieliśmy,że ma fioła na punkcie dziewczyny, która kilka lat temu go uratowała. Obsesjęgraniczącąz chorobąpsychiczną. To nie było natręctwo, to była mania. Jej obecnośćtutaj to bardzo zły pomysł. Mniej więcej tak zły, jak wizyta alkoholika w dystylarni. Ale nie powiedziałem nic więcej. Moje "bladź" wystarczyło. Stary to Stary. Jego Rodzina, jego decyzja.

Miałsztywne plecy i teraz jużtylko ból od niego promieniował. Ten twardy, ruski drańkocha swoje dziecko. Niech mówią, co chcą, Zmienni to czująi koniec.

Wzruszyłem ramionami. Jako Alfa wiedziałem, co mam robić.

- Iwanie Dmitryczu, oczywiście chcecie,żebym zapewniłjej ochronę24/24? - zapytałem, a Stary ryknąłśmiechem, po raz pierwszy, od kiedy nasza Małpka zniknęła.

- Nie - powiedział, ocierającłzy -żadnej ochrony dla niej. Nawet gdyby jej potrzebowała. Za to ma miećdostęp do wszelkich zasobów i informacji, nawet tych nielegalnych. Full disclosure. Full, Oleg. Będziesz jejłącznikiem, bo ona nie będzie chciała pracowaćze mną. Nigdy nie chce. Odkładasz wszelkie inne rzeczy. Pieniądze możemy robić, jak wszystko wróci do normy

- Brak ochrony? Kompletny? A ochrona Watahy? W kontekście… - zastanawiałem się, czy skończyćswojąmyśl, ale jestem Alfąi odwagi nigdy mi nie brakowało - w kontekście Jury?

- Jeśli jest tak dobra, jak myślę,że jest, to nic, oprócz informacji, nie jest jej potrzebne.

Kłamał. Ja to wiedziałem, a on wiedział,że ja wiem.Żaden z nas nie powiedziałjednak ani słowa.

- Nie zostawięjej bezżadnej osłony na terytorium mojej Watahy - powiedziałem ciszej i nie patrząc na niego - Nie mogę.

- Poniesiesz konsekwencje?

Czy wezmęna plecy ewentualny gniew jego następcy, Jury? Jakbym kiedykolwiek nie brał. Za siebie, za innych. Jestem Alfą. To nasza robota.

- Tak.

- Rób, co musisz. Nie, co możesz. Co musisz.

Cośmi potężnieśmierdziało w zachowaniu Starego od dawna, a teraz, to juższczególnie. Ale nie miałem jeszcze pojęcia co siędzieje, więc po prostu wziąłem dokumenty i poszedłem do swojego biura,żeby zacząćprzejmowanie nowego biznesu. Musiałem rozdaćzadania, nim przyjadągoście.

Andrea

- Jakim cudem ten telefon zadzwonił? Kto to jest Wujaszek Wania? Czemu ten gośćmówi z ruskim akcentem? Czemu, Andy-girl, nazywa cięmyszeńką?

Każdy z nich oczywiście musiałzadaćjakieśpytanie, no bo jak nie?

Jeśli Zmienny znajdowałsięw jednym pomieszczeniu z tobą, to prywatna rozmowa telefoniczna była niemożliwa. Niewiele można poradzićna ich niesamowicie wyostrzony słuch. To samo tyczyło sięprzypadku, kiedy moi chłopcy przebywali z rozmówcąw jednym pokoju: prywatnośćbyła równieżwykluczona. Oni nie mieli super-naturalnego słuchu. Ich po prostu interesowało wszystko i nie mieli najmniejszych problemów z podsłuchiwaniem, wsłuchiwaniem sięw to, co sięmówi, a Kuba pewnie nagrałrozmowę. Nie wiem, wolęnie wiedzieć.

Tymczasem ja, durna pipa, byłam ciągle jeszcze w poprzedniej części wieczoru, kiedy słuchając Alexa, czułam pod palcami jego galopujący puls. Było więcej w opowieści o jego pierwszym razie, o jego nocy poślubnej, o małżeństwie, niżnam powiedział. Więcej smutku i samotności. Wolałprzedstawićto wydarzenie jako historięchłopaka, który późno straciłcnotęi długo nie wiedział, co i jak sięwłóżku robi. Lepiej wydaćsięśmiesznym, niżpokazać, jak boli.

Znam to. Rozumiem. Sama tak robię.

Ale gdybym mogła, to bym tęwrednągówniarę, jegożonę, wykopała z grobu i rozerwała na kawałki, spaliła i rozrzuciła prochy na cztery wiatry.

Za ból w jego głosie. Za to, co przeszedł.

Jednak czas nie zatrzymałsięi nie zahamował, kiedy planowałam zemstęna dawno zmarłej kobiecie. Kuba byłpierwszy z konkretami. Nerd wiedział,że odpowiem na pytania, jeśli będęmogła. Na początek jednak chciałmi daćpotrzebne dane.

- Rozmowa przyszła z Włoch, z Rzymu.

Odwróciłam siędo niego zdziwiona.

- Nie maskowałjej? - trochęto było nietypowe, jak na tego rosyjskiego control freaka.

Wania byłmądry, a raczej nie tylko mądry…. byłcwany. Nie popełniałbłędów, zwłaszcza błędów nowicjusza.

Kuba pokręciłgłową.

- Nie, niewiele osób używa starych linii stacjonarnych i niewiele osób wie, jak maskowaćtakie rozmowy. Stara, zdechła technologia, wiesz jak jest.

Nie wiedziałam, ale wystarczyło mi w zupełności,że jedno z nas wiedziało. Usiadłam na podłodze, nagle bardziej zmęczona niżdo tej pory. Liczyłam na kilkanaście godzin snu, potem na leniwe dni w ogrodzie, tutaj. Na spokojne, czerwcowe wieczory, na ciszęi dolce far niente. Na czas z Alexem, na rozmowy, na poznawanie sięw czasie normalności, nudy, bezruchu. Na spokojnie uczenie sięintymności z mężczyzną.

A tu tymczasem tadam: propozycja nie do odrzucenia od kogoś, kogo staćna wszystko. Wżadnym możliwym kosmosie nie jestem uznawana za biedną. Kuba od lat inwestuje mojąkasęi kupuje dla mnie akcje. Jestem bardzo, bardzo, bardzo bogata. Ale Wujaszek Wania? Jest ode mnie oddalony, jak budżet Realu Madryt od budżetu Górnika Siedlec. On może miećwszystko, co tylko pieniądze mogądać. Czyli teraz potrzebuje czegoś, czego za kasęnie dostanie. Moich usług.

- Kuuuuurwa maćjebana, ty pierdolone moje szczęście zezowate, idźsięjebaćdziwko!!!!!!!!! - wrzasnęłam w sufit.

Szczęście nie odpowiedziało ani chybi obrażone. A chuj mu w… i tak rzadko grało w mojej drużynie.

- Chłopaki - powiedziałam, wstając i otrzepując dupęz kurzu - mój urlop uległskróceniu. Albo nie, zależy, jak na to patrzeć. Jadęsobie na pracowite wakacje do Rzymu. Misiek, nie rób takich min, w twoim wieku produkcja kolagenu spowalnia i jak będziesz siętak marszczył, to za 10 lat będziesz przypominałtego pomarszczonego psa, którego chciałeśmieć, jak nosiłeśurocze, niebiesko-zielone rajstopki. Jak on sięnazywał? Fengshui? Sensei? Sharpei? Wojtek, doceniam troskęwyrażanąniewerbalnie, ale na razie wszystko jest ok - mój przyjaciel chciałoczywiście cośpowiedzieć, ale skutecznie mu to wybiłam z głowy - Kubol, jakbym była tobą, to bym miała trochęczasu dla mnie w najbliższym czasie.

Kuba, Panie błogosław to dziecko, tylko kiwnąłgłową. Byłw końcu cichym i gorliwym partnerem moich zbrodni od lat.

- Alex, masz smoking?

Spojrzenie, którym obdarzyłmnie mój Wilk, wyrażało więcej niżpobłażliwość.

- Oczywiście,że mam. Frak. Do white tie nosi sięfrak, nie smoking, rednecku jeden. Oczywiście,że potrafięgo nosić. Moi przodkowie nosili white tie, kiedy …

Przerwałam mu.

- … tak, wiem. Kiedy moja rodzina zbierała kupy po przejeździe tatarskich czambułów. Rozumiem, Wasza Wysokość- wyszczerzyłam siębez gracji.

Moja krakowska rodzina na pewno nie należała do arystokracji, ale, na rany koguta, za dużo stangretów i lokajów w drzewie genealogicznym rodziny Niwińskich nie było. Oficjalnie. Nieoficjalnie zaś… hmm. Kiedyśpodsłuchałam babcię, jak rozmawiała z Mary. Stara dama opowiadała,że jej babka zwykła mawiać,że męska służba w domu Niwińskich zawsze była niezwykłej urody. Jak patrzęna portrety oficjalnych przodków, to wiem dlaczego i po co.

Klapnęłam na krzesło koło Alexa i wyciągnęłamłapępo mój kubek.

- Kuba, przeczytaj panom, co tam znajdziesz na temat Iwana Dmitrycza Dołhorukiego. Otczestwo jest ważne, bo Dołhorukich może byćtrochęnaświecie. Urodzony wŁucku. Tylko nie szukaj, na na rany koguta, za głęboko. Podstawy im daj.

Alex zmarszczyłbrwi, jakby nazwisko cośmu mówiło, ale nie zareagował, jedynie wyciągnąłswojąkomórkęi powiedziałkilka cichych zdańdo słuchawki. Michałmiałwyraz twarzy pod tytułem "będzie ciekawie, ale na razie tego nie ogarniam". Kuba grzebałw necie, a Wojtek… a Wojtek patrzyłna mnie z autentycznym przerażeniem.

Mogłam siędomyślić,że będzie wiedział, o kim mówięi co za chwilęprzeczyta Kubol. Wojtek oddychałpłytko i zaciskałpięści. Nie wiedziałam, czy zdaje sobie sprawęz tego, co robi i jak bardzo pokazuje swoje zdenerwowanie? Podejrzewałam,że nie. Popatrzyłam na niego spokojnie i posłałam mu delikatny uśmiech. Powinnam wiedzieć,że gucio mi to pomoże.

- Andrea, tyżelku malinowy… - zacząłWojtek, tym swoim charakterystycznym tonem, mówiącym,że gdybyśmiał, to przełożyłby mnie przez kolano.

Yup. Znaczy się, uśmiech nie pomógł. Po co ja sięw ogóle staram i siędo nich uśmiecham? Strata czasu. Taka masakryczna strata czasu.

- Co ty masz, gąsienico tłusta, wspólnego z ruskąmafią?

Wszyscy popatrzyli na mnie teraz, jakby widzieli mnie pierwszy raz wżyciu. Wszyscy, oprócz Kuby, który właśnie kończyłkompilowaćjakieśpliki.

~~#~~

Mogłam to rozegraćna kilka sposobów i w zasadzie tylko Alex mógłby powiedzieć,żełżęjak pies. Potem pewnie zapytałby, jak było i jak jest naprawdę. Mogłabym mu wtedy podaćtyle informacji, ile chcę. Ale po tym, co on opowiedział; po tym, jak oboje nie mogliśmy chłopakom powiedziećprawdy o Kongo, pomyślałam,że mam szczerze dośćokłamywania najbliższych.

Nie,żebym ogólnie miała cośprzeciwko nieprawdzie w różnych jej formach. Nie, nie jestem specjalnie moralnąi etycznąosobą. Jestem pragmatykiem.

Wyprostowałam się, usiadłam, położyłam ręce na stół. Z zadowoleniem zobaczyłam,że nie drżą. A powinny. A kurwa, powinny.

Zamknęłam oczy. Alex stanąłza mnąi delikatnie oparłdłońna moim karku. Znajomy gest, uspokajający.

- Kuba? Co normalsi wiedząo tym całym wujaszku Wani?

Pytanie Alexa było zadane spokojnie. Nawet Wojtek sięrozluźniłi odkleiłod blatu. Magia Alfy, uspokajającego swojąWatahę. Ciekawe, czy Alex to złapał? To,że jesteśmy jego Watahą?

- Macie najważniejsze dane bio na mailach. Nieoficjalne sąz zasobów Andy, oficjalne z neta. Wszyscy je mają- skinąłgłowąw stronęAlexa - Dołączyłem ciędo naszej grupy dyskusyjnej. Jak będziemy chcieli powiedziećo tobie cośwrednego, to zrobimy to na tej liście. Mam ciebie i Andreętakże na szybkiejścieżce komunikacji, jakbyście potrzebowali danych, których praworządni obywatele i policjanci, obaj tu siedzący, znaćnie powinni. Dobra - Kuba wróciłdo tematu - Iwan Dmitrycz Dołhoruki, podobno młodsza gałąźstarego książęcego rodu…

- To prawda, on jest z tych Dołhorukich - przerwałam Kubie.

- …. oooook. W wieku 34 lat zastąpiłswojego ojca na czele czegoś, co ogólnie nazywa sięruskąmafią. I do tego czasu prowadzi jej interesy w Europie. Główna siedziba, Rzym. Zainteresowania: paliwa płynne i pierwiastki promieniotwórcze, nieruchomości, przekręty podatkowe, kreatywne doradztwo inwestycyjne. Takie sąwskazywane najczęściejźródła jego, nie do końca, legalnych przychodów. Ma teżlegalne biznesy. Dwa procesy, dwa krótkie pobyty w więzieniu. Dwieżony, z czego jedna nieżyje, jedno dziecko. Nim awansowałna capo di tutti cappi Rusów w Europie odpowiadałza przejęcie od upadającego państwa włoskiego ogromnego majątku w nieruchomościach. Takie sąpogłoski. Pogrzebaćgłębiej?

Pokręciłam głową, potem kiwnęłam, bo zmieniłam zdanie. A co? Nie wolno, czy chuj?

- Tak. Kuba, przygotuj sięna wszystkie ewentualności, jeśli chodzi o wsparcie i zabezpieczenie mnie. Mogębardzo, ale to bardzo potrzebowaćgłęboko ukrytych informacji i będęwchodzićw dziwne miejsca. Nim zaczniesz grzebaćw firewallach, rzućokiem, czy cośsięw oczy nie rzuca. Coś, co nie jest jeszcze wiedząpubliczną, a jest gdzieśw necie. Coś, co może mi powiedzieć, czego ten stary drańchce. Wolęnie jechaćdo niego nieprzygotowana. Potem popływam w szambie sama, ale teraz bądźmoim zwiadowcą.

Wojtek kopnąłmnie pod stołem.

Czy w tym gronie nikt nie potrafi siękomunikowaćnormalnie? Teżgo kopnęłam, a co mi tam? Nie mogębyćjedynądojrzałąosobą.

- Nie denerwuj się, lover boy - Michałwyszczerzyłsiędo Wojtka i usiadłtak,żeby móc oprzećrękęna oparciu mojego krzesła - Przecieżjąznasz, najpierw rozkazy, potem informacje.

Nie raczyłam odpowiedziećna tębezczelnąi bardzo nieprawdziwązaczepkęi zaczęłam opowiadać.

- To było, kiedy moja jednostka stacjonowała w okolicach Mutumby, w Burundi. Tużpo zakończeniu wojny, jednej z tych krwawych wojen, z jakich słynie region, a o których wy, w Europie, nawet nie wiecie, bo to dla was kolejna nawalanka między plemionami, gdzieśtam, w interiorze. Nigdy tego nie dająw informacjach. Nie klika się.

Przełknęłamślinę, odepchnęłam obrazy krwi iśmierci. I ten zapach, potworny smród rozkładających sięciał. I muchy, miliony much. I zawodzenie. Wycie, prawie nieludzkie odgłosyżałoby, bólu, rozpaczy. Strachu. Bólu po stracie najbliższych. Musiałam przestaćmówić, sięgnęłam po kubek. Herbata, gorzka i niedobra jużod jakiejśgodziny, przegoniła słodkawy zapachśmierci, który oblepiłmnie odśrodka. Nawet nie wiedziałam,że to ciągle jeszcze we mnie siedzi.

Bałam się,że Burundi nie odejdzie nigdy. Nie chciałabym przeżyćcałegożycia w cieniu tego miejsca.

Uświadomiłam sobie,że wspomnienia z Czadu siedząu mnie w brzuchu, Kongo zalęgło sięw kolanach, a Burundi zawsze, zawsze przychodzi przez nos. Jakby moje ciało miało własną, zaszytąw zmysłach, geografięwspomnień. Odchrząknęłam. Alex bardzo delikatnie, czubkiem palca pogładziłmnie po dłoni. Jego dotyk zakotwiczyłmnie na nowo. Popatrzyłam na niego, skinąłnieznacznie. Zamrugałam.Łzy, z których nie zdawałam sobie sprawy, wróciły na swoje miejsce.

- Niedaleko byłpark narodowy, a raczej to, co po Wielkim Głodzie i po wojnie z parku zostało. Chyba Ruvubu siętoto nazywało, nie pamiętam już. Nie za bardzo miałam czas zwiedzać. Za to inni, mieli. To byłstrasznie głupi czas na turystykę, mimo wszystko grupa gówniarzy z jednej ze szwajcarskich szkółpojechała sobie na jakąśwycieczkędo Afryki. Mieli jeździćpo Tanzanii i dokumentowaćjakiśprojekt ekologiczny, chuj wie co. Szwajcarzy zawsze bardziej sięmartwiąo surykatki niżo ludzi. Częśćtej grupy, kilku chłopców, urwało sięopiekunom. Jeden umiałpilotowaćawionetki, dorwali jakąśna ich campingu, no i poszli w długą. Zniknęli z radaru na pełne dwa tygodnie. Po tym czasie z sześciu nieletnich idiotów odnalazło siępięciu. Jak sięodnaleźli i kto ich odnalazł, tego oczywiście powiedziećnie mogę. Szósty z nich, szesnastolatek, byłdalej MIA. Byłspokrewniony z Wanią. Bratanek.

Kuba podałmi dzbanek ześwieżąherbatąi filiżankę. Napiłam się, ciesząc siębergamotkowym zapachem i cierpkościąnaparu.

- Wujek Wania byłkrępym i niespecjalnie wysokim facetem w tropikalnym garniturze, który pojawiłsięw naszej bazie ze sporąobstawą, złożonąz naprawdęduuuużych skurczybyków. Siedzieli w dżipach, w cieniu namiotów, nieruchomi jak sfinksy. Pamiętam,że robiliśmy sobie podśmiechujki z ich awiatorów. Były czyściusieńkie. Bez plamki. Spróbuj takie mieć, jeśli cośrzeczywiście robisz. No fucking way in hell. Ubranka teżmieli jak z parady. Piękni chłopcy z okładek romansów, tak określiłich jeden z moich kolegów, który umiałdocenićmęskie piękno. Ja miałam to wtedy w dupie, tak prawdęmówiąc, bo dopiero co skończyłam służbę, było gorąco, chciałam iśćspać. Mój pułkownik miałjednakowożinne plany. W namiocie, do którego zostałam wezwana, dowiedziałam sięwięcej. Gówniarz uciekł, to prawda, ze swoimi koleżkami, ale potem zniknąłz grupy z jakimiśtubylcami. Z własnej i nieprzymuszonej woli poszedł, mówiąc,że to fun,że nie ma sięczego obawiać,że reszta to cieniarze i cioty. Chłopcy byli całkowicie niezainteresowani tym, jak wyglądali tubylcy. Niscy, wysocy, tatuaże, ozdoby, skaryfikacja? Zero danych. Nic nie potrafili powiedzieć. Dla nich to byli po prostu "tubylcy". "Normalni czarni". Jakby wszyscy byli tacy sami. Durne, białe, rozpuszczone dzieciaki. Nie dali nam nic, co by pozwoliło precyzyjniej określić, z kim ten gówniarz sobie podszedł. Jedno jest pewne: poszedł, bo chciał. Minąłtydzieńod kiedy wynajęci specjaliści namierzyli i oddali rodzicom i szkole pozostałych pięciu młodych idiotów. Tydzieńod kiedy szósty debil byłpoza zasięgiem kogokolwiek.

- Rozumiem,że w ciągu tygodnia, to nawet zwłok mogłoby nie być? - zapytałKuba.

Zastanowiłam się.

- Prawdopodobnie masz rację, ale Mary by ci to powiedziała dokładniej. Co prawda, po Wielkim Głodzie nie było jużw Afryce dużych zwierząt,żadnych dużych zwierząt, ale gryzonie i owady teżmusząjeść. Tyleże chłopakżył. Wczasie tygodnia dodatkowej "nieobecności" prawny opiekun nieletniego bezmózga, nasz gość, krępy w tropiku, dostałpierwszy list zżądaniem okupu. To było samo w sobie raczej imponujące, bo uwierzcie mi, poczta w tamtym rejonie nie działa, a internet działa, jeśli jesteśwojskiem. A list, staroświecki list, napisany na papierze, w błękitnej kopercie, bezżadnych znaków szczególnych i mikrośladów, dotarłdo szwajcarskiej ekspozytury biura naszego gościa w ciągu dwóch dni. Każdego dnia przychodziłkolejny. Taki sam w treści. Zmieniało siętylko jedno. Cyferka. Każdy list byłodliczaniem dośmierci chłopaka. Pierwszy miałcyfrę13. Ten, który Wania miałw ręce tamtego dnia, miałtrójkę.Żadnego adresu zwrotnego. Nic. Tylko okrągła sumka w jenach i cyfry. Nasz gośćpowiedział,że przez te wszystkie dni jego najlepsi ludzie i najlepsi ludzie, jakich można miećza pieniądze, szukali gówniarza i nic. I nic. Teraz kolej na nas. Trochęsięzdziwiłam, bo jakożywo nie byliśmy specjalistami w odbijaniu zakładników. Legia Cudzoziemska słynie raczej z ciężkiej pięści i rozwiązańsiłowych niżz subtelności.

Alex parsknąłśmiechem.

- Tak, można tak powiedzieć- powiedział, kiedy sięgałpo filiżankękawy.

Wywróciłam gałami, no bo co, no? No nic, mówiłam dalej.

- Pamiętam, jak Wania patrzyłna mnie i jak zacząłsięśmiać. Takim gorzkimśmiechem bezśmiechu. Wiecie, jaki tośmiech? Jakby skończyła sięcała wasza nadzieja i kompletnie nic nie miało znaczenia, więc można sięśmiać, bo co innego można zrobić? "Ta mysza ma znaleźćmojego chłopaka?" zapytałi popatrzyłna pułkownika, jakby ten straciłrozum. Ja tylko wzruszyłam ramionami i odwróciłam sięna pięcie. Naprawdęchciałam spać. Nawet bez prysznica, mimoże zaczynałamśmierdzieć. Miałam ciężkie dziesięćgodzin służby za sobąi permanentny brak snu z poprzednich dni. Burundi nie było wczasami all inclusive. Nie chciałam słuchać, jak jakiśtłustawy koleśnazywa mnie "myszą" i robi sobie ze mnie jaja. Ale pułkownik Santos, jak to pułkownik Santos, miałinne plany. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim jest ten małośmieszny gośći nie miałam pojęcia,że nawet mój pułkownik odczuwa przed nim obawę, bo nie sądzę,żeby respektem sięto dało nazwać.

Zastanowiłam sięna chwilę, jak opisaćmoje emocje z tamtego czasu. Jak streścićwydarzenia.

- Wujaszek Wania wyglądałwtedy… za bardzo. Jakby sięstarał. Tropikalny garnitur? Korkowy kapelusz? Awiatory i mundurki wśrodkuśmierdzącej dżungli? Operetka, czysta operetka. Zresztąsłyszeliście go dzisiaj? Te wszystkie rusycyzmy. Nie wiem, czy on dwa razy wżyciu byłw Matuszcze Rosiji! Nieważne. No więc pułkownik mnie zatrzymał, wysłuchałam całej historii, powiedziałam,że nie mam pojęcia, co mogęzrobić, skoro najlepsi nie potrafili i sobie stałam w pozycji na spocznij, jak dobry małyżołnierz, którym wtedy byłam - zamilkłam patrząc do filiżanki, jakbym chciała wróżyćz fusów.

- No i ?

Tym razem uaktywniłsięMisiek.

- Long story short: znaleźliśmy gówniarza dwa dni po wyznaczonym terminie. Przez niego i przez tęakcję, po raz pierwszy i ostatni wżyciu, nie spałam cztery dni. Nigdy więcej takiej głupoty nie zrobię. Byłam bardziej zagrożeniem dla akcji niżpomocą, teraz to wiem.Żeby siędo niego dostać, czołgałam siępod ziemią, w korytarzach pod polem minowym, przez trzy godziny, siedemnaście minut i trzydzieści osiem sekund. Każdziutkąz tych prawie dwunastu tysięcy sekund pamiętam. Byłam najmniejsza, chłop by tam utknął. Gówniarz byłledwożywy, uratowałgo fakt,że przez prawie tydzieńbyłna prochach i prawie cały czas spał. Miałtak spowolniony metabolizm,że brak wody i jedzenia jeszcze nie zagrażałjegożyciu. Dodatkowo byłtak ujebany tymi prochami,że nie próbowałniczego głupiego, co oczywiście by zrobił, gdyby nie byłtak wyoutowany. Iżeby nie było, to nie porywacze, czyli lokalny kacyk i jakiśwysoki manager z chińskiej firmy wydobywczej, go napchali prochami, tylko on tak sam z siebie. Częstowali, to brał, a co? Taki jużjest. Iwan mówi o nim: "gąbka". Tak nazwałam tego kretyna któregośrazu, a Iwan podchwyciłi sam zacząłgo tak nazywać, oczywiście, kiedy nikt nie słyszał. Młody po prostu musi spróbowaćwszystkiego, czego nie powinien tykać. Taki jest. Stary nie jest głupi, dobrze wie, jaki jest jego bratanek. A Jura miałduże szczęście,że nie musiałam go wlec korytarzami, bo nasi chłopcy nas wykopali godzinępóźniej, cośtam wysadzając, punktowo, a potem nas wyciągnęli naświat. Przeżył, zdałmaturęi mam nadzieję,że następnym razem, kiedy mu sięzachce safari, to sięjednak będzie trzymałprzewodników. Chociażw to nie wierzę, bo on nie jest normalny.

Było tyle rzeczy, o których nie opowiedziałam. Jamy w ziemi wypełnione zwłokami, wąskie korytarze, przez które musiałam sięprzeciskać. Szczury i robactwo, korzenie drzew i ciemność, ciemność, ciemność. Mój strach,że ziemia sięosunie i pogrzebie mnie tutaj,że nie stracęprzytomności od razu, ale będęumieraćpowoli, minuta po minucie, przez całe dnie.Że nie zdołajątak wypierdolićtego w powietrze,żebyśmy przeżyli. Otrząsnęłam sięz koszmaru. Wspomnienia z piekła rodem. Każdy je ma.

- Iwan Dmitrycz Dołhoruki uważa mnie za cośw rodzaju skrzyżowania maskotki i leku na całe zło. Przysiągłmi,że całyświat będzie u moich stóp. Oczywiście podziękowałam i oczywiście nie uwierzyłam. Jak jużsięwykąpałam i zeskrobałam warstwębrudu, to pułkownik uświadomiłmi z kim mam do czynienia i jak bardzo powinnam byćostrożna. Oczywiście,że go posłuchałam - wyszczerzyłam siędo chłopaków - jeszcze dwa razy pomogłam Wujaszkowi w bardzo drobnych i bardzo prywatnych rzeczach. Za każdym razem było to cośzwiązanego z tym niedorozwiniętym nieletnim idiotą, jego ukochanym bratankiem. Jakieśzagubione dokumenty, jakiśczłowiek, który zaginął, bo wszedłdebilowi w drogę. Wania mnie lubi. Wania wie,że jeśli powiem,że czegośsięnie da, to sięnie da. Dlatego, jak twierdzi, dzwoni do mnie na końcu, bo jestem ostatniąnadziejąruskiej mafii. Jego słowa, nie moje. Nigdy nie miałam nic wspólnego zżadnym z jego biznesów - powiedziałam, patrząc na Wojtka i na Alexa - tylko z jego prywatnym gównem, zwykle autorstwa niedorozwiniętego idioty, którego otczestwo powinni brzmieć"Chaosowicz". Tyle chłopaki. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie szczerzeżałuję, a was, bracia kochani, proszęo rozgrzeszenie.

- Czy u ciebie wszystko zaczyna sięi kończy w Afryce? - zapytałnajdurniejszy lekarzświata.

- Czy u ciebie wszystko zaczyna sięi kończy na dupie? - odszczeknęłam dojrzale.

- Tak - odpowiedziałidiota.

- No, to masz swojąodpowiedź.

- I teraz… - Alex przerwałnam i splótłręce przed sobą, na piersiach.

Miałpiękne dłonie. Chciałam,żeby mnie dotykałtymi długimi palcami. Kiedy podniósłoczy i uniósłlekko brwi, nie odwróciłam spojrzenia. Uśmiechnęłam się

- I teraz Iwan Dmitrycz, capo Rusów na Europę, domaga siętwojej obecności w Rzymie? - skończyłAlex.

Kiwnęłam głową.

- Po co? - kontynuowałtym swoim wielce irytującym, spokojnym i wyważonym tonem.

- Nie mam pojęcia.

- Ufasz mu?

Parsknęłamśmiechem

- Nie. Nie ufam mu. Ale taki mamy układ. On wie,że mu pomogę, jednak pod warunkiem,że nie będzie to miało nic wspólnego z jego bratankiem, którego kompletny brak kontroli doprowadza mnie do szewskiej pasji, bo ja wierzęw kontrolę!

Alex prawie sięzakrztusiłswojąkawąi rzuciłmi spojrzenie pełne niedowierzania. No, może to ostatnie zdanie było lekkim nadużyciem semantycznym, ale co?

Zadałjednak najlepsze pytanie wieczoru.

- Andy, Rus jest człowiekiem, prawda? A co z jego ludźmi? Zmienni?

I wszyscy spojrzeliśmy na niego, potem na siebie, a ja musiałam siębardzo mocno skupić.

- Raczej tak. Tak. Wania jest. Nie jest - tu machnęłam rękąw stronęAlexa -ładnym chłopczykiem w wieku nieokreślonym, z przewagąmłodego, tylko panem z brzuszkiem, przed sześćdziesiątką.

Alex parsknąłśmiechem.

- No, to jużjakiśpoczątek jest. Da sięna tym budowaćzwiązek. Jużsiębałem,że pociąga ciętylko mój intelekt.

Zatrzepotałam rzęsami, jak dziunia jakaś.

- Jaki intelekt? - zapytałam niewinnie.

- A jego ludzie? - Misiek drążyłdalej, nie zważając na niedojrzałądyskusjęmiedzy mnąa Wilkiem - a młody idiota? Przypomnij mi, jak idiota ma imię?

Znowu sięzastanowiłam.

- Hmmm…. wielu z jego ludzi to Zmienni albo bardzo, bardzo dobrze zbudowani modele bielizny męskiej. A debil ma na imięJura.

Alex patrzyłna mnie długo i nie wyglądało na to,że pierwszy opuści wzrok.

Pieprzony Alfa.

Uwielbiałam, jak tak stroszy piórka.

Na szczęście, ja sięw to bawićnie muszę, bo mnie nie zależy na pozycji w stadzie i udowodnieniu, kto tu rządzi. Iżaden Alfa, nawet Alex, nie zmusi mnie do powiedzenia więcej niżchcępowiedzieć.

Odwróciłam głowę.

Jura to kłopoty. Jura to chaos. Jura to bezmózgie, durne dziecko, ze zbyt wybujałąwyobraźniąi za długimiłapami, które ostatnim razem obiecałam mu odrąbać. Kto wie, może tym razem mi sięwreszcie uda.

Alex

Miks odczuć, które płynęły od Andrei byłniesamowity. Mogłem zamknąćoczy, słuchaćjej głosu iłapaćte drobne zmiany w chemii jej ciała, zmiany, z których Ludzie zwykle nie zdająsobie sprawy, a które tak mocno mówiądo Zmiennej części mojej natury.

Andrea była zmęczona, to jedno. Mówiła prawdęo tym, jak spotkała Iwana, to drugie. Jej głos opowiadający historiębyłspokojny, ale zapach przerażenia, przefiltrowanego przez czas, opowiadałinną, o wiele bogatsząi nie do końca wypowiedzianąhistorię.

Była zła na Iwana i na tego młodego idiotęi… obawiała sięgo? To było ciekawe i otworzyłem oczy,żeby na niąpopatrzeć. To było bardzo, ale to bardzo ciekawe. Andrea rzadko sięobawiała. Zwykle obawiała sięswojej reakcji na coś, na kogoślub siebie samej. A tu była obawa, prawdziwa i namacalna. Siedziała jednak tak spokojna i wyprostowana, jak prawdziwa dama. Jak te damy, które pamiętam z czasów, kiedy damy jeszcze istniały i zaludniały ziemię, a nie tylko stronnice romansów. Elegancka, jakby przed chwiląnie kopnęła któregośz chłopaków pod stołem,żeby zwrócićjego uwagęna siebie. Szeroko otwarte oczy koloru krzemienia, szare jak niebo w listopadzie. Włosy o kolorze ołowiu, jak zwykle spięte w praktyczny kucyk, podgolone do wysokości uszu. Nitki siwizny, które dodatkowo podkreślajązimny kolor jej włosów. Spokojna, skupiona, chłodna. Profesjonalne oblicze mojej Andrei. Prawie uśmiechnąłem siędo siebie, ale opanowałem się, bo pewnie by to zauważyła, a następnie werbalnie urwała mi głowę. Zauważała prawie wszystko, nawet jeśli nie robiła tegoświadomie, tylko peryferiami swojej uwagi. Jej mózg byłniezwykłąmachiną. Piękną, sprawnąi tak strasznie efekciarską,że budziło to moje rozczulenie.

~~#~~

Przeszło mi jednak przez myśl coś, co powinienem uznaćza absurd. Mój Wilk uznaje tych Ludzi za swoje stado, za jego Watahę. Chce sięnimi opiekować, walczyćo nich, ochronići prowadzić. To było bardzo dziwne uczucie i nie byłem pewny, nawet po tylu latach bycia Wilkiem, czy w ogóle ma sens? Przecieżto Ludzie, nie Zmienni! A ja? Nigdy nie chciałem miećswojej Watahy. Nigdy wżadnej nie byłem, oprócz początków mojegożycia. To by mnie wiązało, a ja lubięswojąwolność. Cenięją, nie uznajęjej za cośautomatycznie mi danego. Postanowiłem pogadaćo tym, przy najbliższej okazji, z Hyeon Ju.

Mój szef, najbardziej dominujący osobnik wśród wszystkich Zmiennych i nasz lider, takie rzeczy wiedział. Zaparkowałem tękwestięw pamięci.

~~#~~

W nocy ktościchutko zapukałdo mojego pokoju.

Zająłem swoje stare pokoje, na dole willi Andrei. Piękne pomieszczenia, utrzymane w szarościach i zieleniach, które po półroku, które w nich spędziłem były tak moje, jak moim jest mieszkanie przy Hyde Parku. Ciągle pachniały mną, bo zostawiłem tu swoje rzeczy. Zrobiłem to na wszelki wypadek, nie po to, by zaznaczyćteren.

Kogo chcęoszukać?

Osobniki Alfa sąbardzo terytorialne. Natury Zmiennego nie da sięoszukać, więc takie sztuczki sąna porządku dziennym. Zdziwienie budziłoby, gdybym swojego terytorium nie oznaczył.

Pokoje pachniały dla mnie domem, Andreąi cytrusowym czymś, czego używała pani Oleńka, sprzątająca wszystko ze spokojnądokładnością.

Kuba czekałza drzwiami, włożyłem więc spodenki i cicho nacisnąłem klamkę. Stałoparty o futrynę, jak zwykle patrząc gdzieśw okolice mojego obojczyka, z lekko opuszczonągłową. Kuba byłmojego wzrostu, ale byłniebywale szczupły. Z nas wszystkich tutaj, jedynie on wyglądałjeszcze jak chłopak, nie jak mężczyzna.

- Mogęwejść? - zapytałi kiwnąłgłowąw kierunku piętra domu, na którym były pokoje Andrei. Nie chciałzatem zwrócićuwagi na swojąwizytę? Ciekawe, isn’t it?

Odsunąłem sięod drzwi. Kuba wszedł, zamknąłem. Usiadłw fotelu przy kominku. Popatrzyłna mnie. Parowała od niego niepewnośći obawa.

- Będziesz sięczułlepiej, jeśli sięubiorę?

Przełknął. Skinąłgłową. Ubrałem podkoszulek i luźne spodnie, które leżały w garderobie.

Usiadłem w drugim fotelu i czekałem. Kuba powie, po co przyszedł, kiedy Kuba uzna,że jest na to gotowy. Milczenie Zmiennym nie przeszkadza. W końcu jesteśmy drapieżnikami. Kiedy polujemy, czekamy w ciszy na nasze ofiary. Bez ruchu.

- Słyszałeśkiedyśod Andy o wróżbie z Goma?

Zaprzeczyłem, a Kuba znowu przełknąłślinęi przeciągnąłrękąpo twarzy. Nie byłem przyzwyczajony do skonfliktowanego Kuby. Po chwili odezwałsięznowu.

- Nie wiem, czy dobrze robię, ale… jest cośwe wróżbie, co mi sięnie podoba, a Andy to lekceważy - westchnąłciężko - zacznęod początku. Kiedy Andy stacjonowała w Goma, miała na lokalnym targu znajomą. Trudno powiedziećnawet,że znajomą, ale nie znam innego słowa. Starsząkobietę, do której przychodziło siępo pomoc, głównie związanąz reprodukcją- wzruszyłramionami, nie musiałwięcej tłumaczyć. Zioła, które pomagajązajśćw ciążęi takie, które jej zapobiegają. Stare jakświat - Raz kobieta wykonała jakiśdziwny, lokalny rytuałi przepowiedziała Andy przyszłość.

Kuba opowiedziało tym, jak stara zielarka nacięła dłońAndrei, zmieszała jej krew ze swoimi ziołami, długo sięw nie wpatrywała, a potem naznaczyła Andy dwiema krwawymi liniami. Od czoła do brody.

Skrzywiłem się. Zauważyłmój gest.

- Toźle? - byłzaniepokojony.

Nie wiedziałem, czy go uspokoić, czy raczej powiedziećprawdę. Wybrałem prawdę.

- To była magia krwi, taki rytuałzawsze wiąże. Nawet słabiutki wiąże.

- Co zrobiła zielarka?

- Nie mam pojęcia. Pewnie wzmacniała przepowiednię, nie wiem, zgaduję. Czemu mi to mówisz?

- Bo Andy lekceważy takie rzeczy, a przepowiednia mówi o jejśmierci. I myślę,że o tobie. I jeszcze o kimś. Niepokoi mnie, a Andy nie chce mnie słuchać. Myślę,że powinieneśto wiedzieć, choćby po to,żeby ktośzwracałuwagęna to, co siędzieje. Ktoś, kto umie patrzeći nie jest na tyle arogancki,żeby myśleć,żeświat jest jednowymiarowy.

Jak na Kubę, to była prawdziwa przemowa. Skinąłem zatem głową. Rozumiałem. Zapach zaniepokojenia powoli zanikał, a Kuba wyraźnie sięrozluźnił.

- Jak brzmi wróżba?

- Andy twierdzi,że zielarka mówiłaźle po francusku i wziąłbym to pod uwagę. Ale jakby fatalnie nie mówiła, to przepowiednia brzmi tak:"W morzu krwi sięskąpiesz jak wrona. Na progu znajdziesz psa, w bucie kota. Nienawiśćodbierze ci obu. Wrócądo ciebie, gdy umrzesz w domu czternastu kobiet. Zginiesz, jeśli nie pokażąci drogi dośmierci. Obudzicie Smoka, powrócicie, gdzie was nie ma".

Poczułem chłód, nagły i niezrozumiały. Jakby ktośprzeszedłpo moim grobie. Strach. Nie byłem Magiczny, to zupełnie odrębna rasa istot Nadnaturalnych, nie potrafiłem czytaćprzepowiedni jak oni. Ale czułem cośdziwnego w słowach, które usłyszałem. Coś… potężnego. Kuba rzuciłna mnie okiem i powiedział, wstając.

- Andy myśli,że powinienem wierzyćtylko w kwarki i teorięchaosu, nie w te cuda, jak to określa. Ale ja wiem,że nie ma albo-albo. Dla mnie jest i to, i to. Przepowiednia jest… - zawahałsię- dziwna. Niepokoi mnie. Czujęw niej prawdę. Chciałem,żebyśjąusłyszał.

Zamknąłem za nim drzwi bez słowa.