Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
162 osoby interesują się tą książką
Na scenie dyktuje rytm. Przy nim woli improwizować.
Joy Blanchet nie zamierzała tego wieczoru występować.
W klubie „Poza Rytmem” chciała tylko posłuchać muzyki. Kiedy jednak występ na scenie okazuje się katastrofą, cierpliwość Joy się kończy. Zanim zdąży przemyśleć konsekwencje, przejmuje mikrofon.
Publiczność jest zachwycona.
Właściciel klubu, Justin Gray, trochę mniej zachwycony tym, że ktoś wszedł na jego scenę bez pytania. Przynajmniej do chwili, gdy słyszy jej głos.
Justin ma trzydzieści pięć lat, dobrze prosperujący lokal i życie podporządkowane pracy. Nie lubi niespodzianek. Potrafi za to błyskawicznie rozpoznać talent, dlatego zamiast wyrzucić niespodziewaną wokalistkę za drzwi, proponuje jej współpracę.
Joy powinna odmówić.
Zwłaszcza że ktoś nagrał jej występ, a filmik zaczyna krążyć po sieci. Ostatnie, czego potrzebuje, to dodatkowa uwaga obcych ludzi.
Tyle że Justin jest interesujący. I irytująco odporny na jej urok.
Joy lubi flirtować. Wie, jak przytrzymać spojrzenie, skrócić dystans i sprawić, żeby mężczyzna zapomniał, co chciał powiedzieć.
Justin widzi każdą prowokację.
Po czym odpowiada jednym spokojnym zdaniem i to ona musi odzyskać głos.
Między nocnymi próbami, rozmowami po zamknięciu klubu i spotkaniami, które coraz trudniej nazywać zawodowymi, oboje zaczynają grać według zasad, których wcześniej nie uzgadniali.
Dla Joy flirt jest prosty. Znacznie trudniej pozwolić komuś poznać się naprawdę.
Dla Justina problem jest inny. Całe życie odkładał miłość na później: po kolejnym kontrakcie, po następnym remoncie, kiedy klub wreszcie nie będzie go potrzebował.
Tymczasem nagranie z występu Joy przyciąga coraz większą uwagę, a ich znajomość przestaje mieścić się w granicach zwykłej współpracy.
Ona nie zamierza oddawać nikomu kontroli nad swoim życiem.
On musi zdecydować, czy chce nadal tylko planować przyszłość, czy w końcu zacząć ją z kimś dzielić.
Bo muzykę da się rozpisać na nuty.
Z zakochaniem bywa znacznie trudniej.
Dla czytelniczek, które lubią: spicy romance, romans muzyczny, właściciela klubu × utalentowaną wokalistkę, pewną siebie bohaterkę, opanowanego i flirtującego MMC, banter, silną chemię, współpracę przeradzającą się w romans, retro-futurystyczne neony i szczęśliwe zakończenie. 18+.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 201
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aylin Red
2026
Poza Rytmem
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Epilog
Title Page
Cover
Table of Contents
Seria Niegrzeczne Serca
Off the Record
Aylin Red
Adnotacja od autorki
Niegrzeczne Serca to seria romansów przeznaczonych dla dorosłych czytelniczek i czytelników.
Seria jest przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+) ze względu na treści erotyczne, mocniejszy język oraz dojrzałą tematykę.
Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w książkach są fikcyjne.
Neo Cracovie najlepiej wyglądało z daleka.
Joy oparła się biodrem o maskę samochodu i spojrzała na miasto rozlane po obu stronach Wisły.
Z tej wysokości niemal dało się uwierzyć, że ktoś zaplanował je jako jedną całość.
Stare dachy historycznego centrum tonęły w ciepłym świetle zachodu, a ponad nimi wyrastały smukłe wieże nowych dzielnic. Szkło mieniło się różem i złotem. Pomiędzy budynkami przesuwały się srebrne wagony kolei nadziemnej, zaokrąglone niczym pociski z ilustracji sprzed stu lat. Na jednym z wieżowców ogromna świetlna reklama zmieniła się z turkusowej na brzoskwiniową, a geometryczne kwiaty rozwinęły się na fasadzie w reklamę jakichś perfum.
Niżej połyskiwała rzeka.
A nad wszystkim, trochę absurdalnie i trochę pięknie, unosił się delikatny ruch miasta, które najwyraźniej nigdy nie uznawało, że nadszedł odpowiedni moment, żeby zwolnić.
Kilka metrów dalej para ustawiła niewielką kulę rejestrującą na kamiennej barierce. Kiedy urządzenie bezszelestnie zawisło w powietrzu, dziewczyna wygładziła rozkloszowaną sukienkę, a tradycyjny kwiatowy haft przy kołnierzu rozbłysnął cienkimi neonowymi nićmi. Chłopak objął ją w pasie i oboje uśmiechnęli się jednocześnie, gdy kula zamigotała.
Joy zerknęła na nich, potem znów na panoramę.
Do zdjęcia?
Świetnie.
Do życia?
Już mniej.
Przeprowadziła się tutaj za karierą.
Neo Cracovie miało studia nagraniowe, wytwórnie, kluby, producentów i wystarczającą liczbę ludzi znających odpowiednich ludzi, żeby człowiek czasami zastanawiał się, czy ktokolwiek dostał tu pracę bez polecenia.
Miało też ceny mieszkań, przy których można było podejrzewać, że czynsz obejmuje kawałek budynku na własność, tłok o niemal każdej porze i mieszkańców traktujących trzyminutowe opóźnienie szybkiej kolei jak osobistą obrazę.
Gdyby ktoś zapytał Joy, gdzie chciałaby kiedyś spokojnie się zestarzeć, odpowiedź raczej nie brzmiałaby: Neo Cracovie.
Ale na razie działało.
Wiatr przesunął jej włosy przez ramię, wydobywając spod ciemniejszej warstwy chłodny fiolet i przygaszony róż. Platynowe pasma przy twarzy złapały ostatnie światło, zanim Joy odsunęła je z policzka.
Za jej plecami samochód cicho odblokował drzwi. Odwróciła się w jego stronę.
Kremowe nadwozie, chromowane listwy, zaokrąglona maska i tylne światła przypominające niewielkie płetwy nadawały mu wygląd auta wyciągniętego z katalogu sprzed kilku dekad. Tylko technologia pod tą całą retro otoczką należała już zdecydowanie do ich czasów.
Samochód jeździł sam, parkował sam i, zdaniem Joy, czasami zdecydowanie zbyt chętnie próbował wybierać za nią najlepszą trasę.
Joy wsunęła się za kierownicę, otoczona znajomym zapachem tapicerki i słodkich perfum, które rano rozpyliła trochę zbyt entuzjastycznie. Jasne siedzenia kontrastowały z ciemną deską rozdzielczą o gładkiej, pozornie pustej powierzchni, pod którą po chwili rozświetliły się ekrany.
Cienkie linie interfejsu rozlały się przed nią miękkim bursztynowym światłem, odsłaniając dotykowe sterowanie dokładnie tam, gdzie powinno się znajdować. Joy przesunęła palcem po panelu.
— Jedziemy do domu? — odezwał się system.
Joy spojrzała przez przednią szybę na miasto.
— Jeszcze nie.
— Dokąd?
— Nie wiem. Jedź w stronę centrum.
Samochód ruszył łagodnie.
Joy odchyliła fotel i otworzyła pierwszą playlistę podsuniętą przez system. Nie zamierzała zastanawiać się nad muzyką.
Kilka sekund później z głośników odezwał się głos, który znała aż za dobrze.
Joy powoli przeniosła wzrok na ekran.
IGO. Grafika albumu pulsowała delikatnie w rytm muzyki. Bez twarzy. Bez sylwetki. Tylko abstrakcyjne pasma światła i nazwa artystki.
Przez ostatnich kilka miesięcy Igo pojawiała się praktycznie wszędzie. Jej muzyka trafiała na największe kanały muzyczne, do prywatnych streamów i klubowych playlist, a krótkie projekcje krążyły po sieci, zbierając kolejne reakcje słuchaczy. Nie brakowało jej również w rankingach i zestawieniach nowych artystów, które wyrastały jak grzyby po deszczu.
Twarz i tożsamość artystki nadal pozostawały nieznane.
Joy przewróciła oczami.
— Następna.
Piosenka urwała się, wskoczyła kolejna.
Dzisiaj miała wolne. Chciała się trochę rozluźnić i przez jeden wieczór nie myśleć.
Do centrum zjechała już po zachodzie.
Samochód przesuwał się powoli przez jedną z bardziej zatłoczonych dzielnic, mijając restauracje, niewielkie sklepy i bary wciśnięte pomiędzy znacznie starsze kamienice.
Neo Cracovie nocą wyglądało zupełnie inaczej.
Ciepłe światła historycznej zabudowy mieszały się z pastelowymi neonami. Nad wejściem do sklepu z ubraniami obracała się świetlna para w strojach stylizowanych na dawne krakowskie ubiory, tyle że haft na męskiej kamizelce przesuwał się po materiale jak żywy, a szerokie rękawy kobiecego stroju kończyły się półprzezroczystą tkaniną.
Przed samochodem przeszło przez ulicę kilka osób, wśród nich kobieta w krótkiej, rozkloszowanej sukience z wysokim kołnierzem. Przy każdym jej kroku połyskiwał wzór przypominający łowicką wycinankę, podczas gdy idący obok mężczyzna miał na sobie prostą marynarkę z asymetrycznym zapięciem i sportowe buty.
Po kolejnych kilku przecznicach Joy uznała, że skoro już wybrała się do centrum, wypadałoby przynajmniej coś zjeść. Zerknęła na ekran samochodu.
— Znajdź mi jedzenie.
System niemal natychmiast wyświetlił propozycje, ale po przejrzeniu kilku pierwszych straciła zainteresowanie. Za drogie, za zdrowe albo zamknięte. Czy naprawdę tak trudno było znaleźć coś dobrego bez zastanawiania się nad wartościami odżywczymi?
— Street food w takim razie.
Tym razem wystarczyło jej jedno spojrzenie na odświeżoną listę, żeby się uśmiechnąć.
— O, tak.
Kilka minut później samochód zatrzymał się w bocznej ulicy przy niewielkim szeregu lokali, a Joy wysiadła, zadowolona z wyboru. Na polu było dość przyjemnie.
Zapach smażonego ciasta i przypraw dotarł do niej jeszcze zanim podeszła do okienka.
— Dwa corndogi.
Sprzedawca spojrzał na nią.
— Klasyczne?
— Oczywiście.
Zapłaciła, przykładając nadgarstek do terminala, i niemal od razu zabrała się za pierwszego corndoga.
Z drugim corndogiem wyszła z niewielkiego pasażu na wciąż ciepłą ulicę. Pachniało smażonym jedzeniem, nagrzanym kamieniem i słodkimi wypiekami z pobliskiej cukierni, a nad głową przesuwały się kolorowe reklamy, nieco skromniejsze niż te w ścisłym centrum. Joy szła bez pośpiechu, zajęta jedzeniem, dopóki po drugiej stronie ulicy nie rozbłysły bordowe litery.
POZA RYTMEM
Zatrzymała się z corndogiem w dłoni. Nazwa była dość osobliwa jak na klub, chociaż trzeba było przyznać, że sam szyld prezentował się nieźle. Proste litery zamknięto w chromowanej ramie, a cienka świetlna linia pod nimi co kilka sekund rozjeżdżała się na boki, przypominając zapis źle trafionego dźwięku.
— Co to za ckliwa nazwa? — zaśmiała się cicho, przełykając kęs.
Przed wejściem czekało kilkanaście osób. Bez tragedii. Część wyglądała, jakby przyszła prosto z pracy, inni najwyraźniej przygotowali się na długą noc. Wśród krótkich sukienek, błyszczących materiałów i marynarek inspirowanych modą sprzed kilku dekad wyróżniała się długa kurtka przypominająca kimono, ozdobiona cienkimi neonowymi kwiatami.
Joy zerknęła jeszcze w stronę samochodu. Właściwie powinna już wracać do domu, ale skoro i tak nie miała żadnych planów, jeden drink nie mógł zaszkodzić.
Dokończyła corndoga i ruszyła w stronę wejścia.
W środku było przyjemniej, niż sugerowała nazwa.
Joy spodziewała się miejsca, które bardzo chciało wszystkim udowodnić, że jest modne, z lustrzanymi ścianami, agresywnymi projekcjami i stolikami premium otoczonymi świetlnymi barierami, żeby nikt przypadkiem nie zapomniał, kto zapłacił za wejście więcej.
Zamiast tego zobaczyła ciemne drewno, mosiężne detale, chrom i miękkie światło mlecznych kul zawieszonych pod sufitem. Powietrze było chłodniejsze niż na ulicy, z wyraźnym zapachem cytrusów i alkoholu.
Było jeszcze wcześnie. Większość stolików pozostawała wolna, choć bar powoli się zapełniał. W tle grała muzyka, wystarczająco głośna, żeby wypełnić przestrzeń, ale nie na tyle, żeby przy każdym zamówieniu trzeba było czytać z ruchu warg.
Wzrok Joy zatrzymał się jeszcze na świetlnym wzorze inspirowanym ludową wycinanką, który poruszał się na jednej ze ścian. Kwiaty rozsypywały się na geometryczne fragmenty, po czym składały od początku.
Ktoś tutaj przynajmniej miał gust.
Zadowolona z tego odkrycia podeszła do baru.
— Mojito, ale na rumie, błagam.
Mężczyzna stojący po drugiej stronie spojrzał na nią znad szklanki, którą właśnie wycierał i roześmiał się.
Joy uniosła dłoń.
— Niestety już parę razy moje mojito było na wódce i nie jest to coś, co chcę powtórzyć.
Mężczyzna odstawił szklankę.
— Brzmi jak traumatyczne doświadczenie.
— Bardzo.
Kącik jego ust drgnął.
Joy usiadła na wysokim hokerze i przyjrzała się barmanowi, kiedy sięgał po rum z górnej półki. Wyglądał na trochę starszego od niej, chociaż równie dobrze mógł mieć trzydzieści pięć lat, jak i więcej. Nigdy nie była szczególnie dobra w zgadywaniu wieku, a ten facet zdecydowanie nie ułatwiał zadania.
Ciemniejszy blond, krótki zarost i twarz człowieka, który przez lata pracy w nocnym biznesie zdążył już zobaczyć wszystkie odmiany ludzkiej głupoty. Do tego czarny T-shirt, pozornie zwyczajny, dopóki nie uniósł ręki i materiał nie napiął się na jego ramieniu. Joy chętnie zatrzymałaby wzrok właśnie tam, ale tatuaż biegnący wzdłuż przedramienia skutecznie odwrócił jej uwagę.
Przyglądała mu się odrobinę za długo. Kiedy podniosła oczy, barman już patrzył prosto na nią, więc odsunęła platynowe pasmo włosów za ucho i zajęła się obserwowaniem przygotowywanego drinka.
Przynajmniej taki był plan. Mięta, limonka, lód i rum szybko przestały ją interesować, za to dłonie barmana wręcz przeciwnie. Poruszał się swobodnie, najwyraźniej mając przygotowywanie koktajli opanowane do perfekcji, a kiedy odwrócił się po kolejny składnik, Joy bez większych wyrzutów sumienia pozwoliła sobie obejrzeć również resztę jego sylwetki.
Dopiero gdy znowu na nią spojrzał, odwróciła się na hokerze i zauważyła scenę. Była większa niż zwykłe miejsce dla DJ-a, wyposażona w mikrofony, instrumenty i porządne nagłośnienie. Przy bocznej ścianie stał nawet fortepian, choć niewielki panel kontrolny zdradzał, że jego wiek był raczej kwestią wzornictwa niż technologii.
Przy jednym z mikrofonów krzątał się mężczyzna, poprawiając jego wysokość. Joy wskazała go lekkim ruchem dłoni.
— To klub z muzyką na żywo?
Barman kiwnął głową.
— Szef udostępnia scenę każdemu, kto chciałby zaśpiewać. Zazwyczaj są to beznadziejne wykonania. — Uśmiechnął się. — Im dalej w noc, tym gorzej.
Joy parsknęła śmiechem.
— No tak. Stąd ta nazwa?
Przytaknął i przesunął mojito w jej stronę.
Joy spróbowała.
Rum. Dobrze.
Mięta była świeża, limonka kwaśniejsza, niż się spodziewała, a rum zostawiał przyjemne ciepło na języku.
— Coś nie tak z nazwą? — zapytał.
Jego wzrok został na niej. Joy przygryzła lekko dolną wargę.
— Skądże. Myślę, że pasuje.
Przesunęła palcami po chłodnej szklance.
Barman przyglądał jej się jeszcze przez moment, zanim odszedł obsłużyć parę, która właśnie zajęła miejsca kilka hokerów dalej. Joy została przy swoim drinku, zadowolona, że nie musi się nigdzie spieszyć. Klub powoli się zapełniał, rozmowy przy stolikach stawały się coraz głośniejsze, a ona od czasu do czasu zerkała w stronę baru.
Mężczyzna nie wyglądał na kogoś, kto szczególnie stara się robić wrażenie. Tym bardziej irytujące było to, że najwyraźniej wcale nie musiał. Joy miała też podejrzenie, że przyłapała go na kilku równie dyskretnych spojrzeniach.
Zanim zdążyła wymyślić kolejny pretekst do rozmowy, na scenie pojawił się pierwszy wokalista. Wszedł bez większej zapowiedzi i od razu przyciągnął jej uwagę.
Nie było tragedii. Miał przyjemny głos, trzymał tonację i ewidentnie nie stał przed publicznością pierwszy raz. Przy scenie szybko zebrało się kilka osób, ktoś zaczął klaskać do rytmu, a jedna z par kołysała się obok stolika.
Joy upiła mojito. Mogła tego słuchać.
Po pierwszym występie na scenę wszedł drugi mężczyzna. Poruszał się z pewnością siebie, która już od pierwszych sekund wydała się Joy mocno przesadzona.
Złapał mikrofon, a nad jego nadgarstkiem rozwinął się niewielki ekran projekcyjny.
— Zostawcie mi obserwację na kanale!
Joy zmarszczyła brwi.
Przez następne pół minuty musiała wysłuchać, gdzie można go znaleźć, czego posłuchać i kiedy pojawi się jego nowy materiał.
Potem wreszcie zaczął śpiewać.
Pierwszy dźwięk był za niski. Drugi za wysoki. Przy trzecim Joy zamknęła oczy. Nie pomogło.
— Chryste — mruknęła.
Barman podszedł bliżej i oparł dłoń o blat, a materiał rękawa napiął mu się na bicepsie. Joy przesunęła po nim spojrzeniem i upiła większy łyk drinka, dochodząc do wniosku, że jednak zdecydowanie warto było tu przyjść.
— A to dopiero początek, bo jeszcze są trzeźwi — powiedział.
Roześmiała się.
— Zawsze możesz ich wynieść.
Uniósł brew.
Joy wskazała na niego szklanką.
— Wyglądasz bardziej na ochroniarza niż na barmana.
Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.
Joy poprawiła włosy i pochyliła się odrobinę bliżej.
Mężczyzna spojrzał na własne ramię, potem znów na nią.
— Czasem zdarzyło się wynieść nieposłusznych gości.
Ją też by mógł wynieść. Odchrząknęła.
Przybliżył się i oparł obie dłonie na blacie. Dopiero wtedy naprawdę poczuła różnicę wzrostu. Siedziała na wysokim hokerze, a mimo to musiała lekko unieść podbródek.
— I czasem też pomaga otrzymać komplementy.
Ciepło uderzyło ją w policzki.
— Ach, tak?
W tle wokalista właśnie popełniał kolejną zbrodnię na melodii.
Joy skrzywiła się.
— Ktoś tu psuje nastrój.
Barman wyprostował się i skrzyżował ręce. Nie powinna teraz patrzeć na jego ramiona, nie powinna, ale i tak spojrzała, dyskretnie.
— Nastrój? — powtórzył. — Nie wiem, co gorsze. Mały nieporadny śpiewak czy młoda dziewczyna z nieporadnym flirtem.
Joy znieruchomiała.
— Nieporadnym?! — Wyszło odrobinę za wysoko.
Bezczelny typ.
Mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
Joy odstawiła szklankę, nadal oburzona jego bezczelnością. Przystojny czy nie, ten człowiek zdecydowanie zasługiwał na małą lekcję pokory.
— Ja ci pokażę. — Dopiła mojito i zsunęła się z hokera. — Nieporadny. A kto w ogóle mówił o flirtowaniu?
Barman wyglądał na szczerze rozbawionego, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że zaraz będzie miała z niego niezły ubaw. Wskazała skórzaną kurtkę wiszącą po jego stronie baru.
— Daj mi swoją kurtkę.
Przez moment przyglądał jej się bez słowa, a Joy wykorzystała ten czas, żeby wyciągnąć z torebki ciemne okulary. Całe szczęście miała na sobie bluzę z kapturem.
Ostatecznie podał jej kurtkę przez blat. Była cięższa, niż się spodziewała, uszyta z prawdziwej skóry, której coraz rzadziej używano w świecie zdominowanym przez lekkie syntetyki. Kiedy wsunęła ręce w rękawy, materiał niemal zakrył jej dłonie, a przy kołnierzu poczuła znajomy zapach skóry i coś jeszcze, czystego, subtelnego, co musiało należeć do niego.
Zdecydowanie nie zamierzała teraz analizować, dlaczego tak bardzo jej się spodobał. Nasunęła kaptur, założyła okulary i poprawiła kurtkę na ramionach. Barman obserwował te przygotowania z wyraźnym zainteresowaniem, ale Joy nie zamierzała zdradzać mu, co planuje, dopóki nie znajdzie się na scenie.
Mężczyzna nadal śpiewał.
Niestety.
Joy ruszyła przez coraz bardziej zatłoczoną salę, przeciskając się między stolikami i omijając kobietę z wysokim kołnierzem obszytym świecącą nicią. Minęła grupę stojącą pod sceną i weszła po stopniach dokładnie wtedy, gdy wokalista kończył ostatnie nuty.
Stanęła obok niego i wyciągnęła rękę.
— Jezus. Skończże już.
Mężczyzna spojrzał na nią kompletnie zdezorientowany.
Joy zabrała mu mikrofon. Kilka osób pod sceną się roześmiało.
— A teraz pokażę wam, jak to powinno się robić.
Odwróciła głowę w stronę baru, w jego stronę.
Patrzył prosto na nią.
Uśmiechnęła się.
— I zobaczymy, kto tu jest nieporadny — powiedziała cicho, ale mikrofon to wyłapał.
W tłumie rozległo się kilka okrzyków. Ktoś zagwizdał.
Joy odwróciła się do zespołu.
Wybrała jakąś starszą piosenkę.
Muzycy podchwycili ją niemal od razu.
Pierwsze dźwięki popłynęły z głośników, niski bas zawibrował pod podeszwami, a ciepłe światła zalały scenę. W jednej chwili wszystko inne straciło dla Joy znaczenie, nawet ten irytujący facet stojący za barem. Liczyła się tylko muzyka.
Uniosła mikrofon i zaśpiewała pierwszą linijkę, a rozmowy przy najbliższych stolikach zaczęły cichnąć. Przy drugiej kilka osób odwróciło się w jej stronę, a kiedy dotarła do refrenu, prawie nikt nie patrzył już gdzie indziej.
Nie musiała myśleć o tym, co robi.
Mikrofon dobrze leżał w dłoni. Odsłuch był zaskakująco porządny, a akustyka sali znacznie lepsza, niż można było oczekiwać po klubie nazywającym się Poza Rytmem.
Najpierw ktoś krzyknął z zachwytu, a zaraz odpowiedziała mu kolejna osoba. Joy uśmiechnęła się, nie przerywając śpiewania. To właśnie lubiła najbardziej: moment, w którym sala zaczynała reagować na muzykę.
Pod sceną pojawiły się pierwsze telefony, a ludzie zaczęli nagrywać jej występ. Kiedy przechyliła głowę, kaptur zsunął się odrobinę niżej na czoło, choć okulary nadal zasłaniały sporą część twarzy.
Przy kolejnym refrenie tłum zrobił się jeszcze głośniejszy. Ludzie podchodzili bliżej sceny, a jedna z unoszących się kamer przesunęła się w bok, próbując znaleźć lepszy kadr.
Joy na moment spojrzała w stronę baru.
Barman już się nie uśmiechał. Po prostu patrzył na nią.
Joy utrzymała jego wzrok.
Jedną linijkę. Drugą. Ostatnie zdanie piosenki zaśpiewała prosto do niego.
Muzyka ucichła.
Przez ułamek sekundy w klubie panowała cisza.
A potem sala wybuchła oklaskami. Ktoś krzyknął coś spod sceny, ale Joy nawet nie zrozumiała, co.
Zaśmiała się, oddała mikrofon zdezorientowanemu mężczyźnie i zeszła po stopniach.
— I tak to się robi.
Przecisnęła się przez ludzi z powrotem do baru.
Barman nie ruszył się z miejsca.
Zatrzymała się przed nim i oparła dłonie na biodrach.
— I jak, Panie Barmanie? — Przez moment nic nie powiedział. Joy poczuła, jak uśmiech robi jej się szerszy. — I kto tu jest nieporadny?
Zdjęła okulary i zsunęła kaptur, a potem wyswobodziła się z kurtki barmana. Ciężka skóra osunęła się z jej ramion, odsłaniając kark chłodniejszemu powietrzu klubu. Odłożyła ją na hoker, nadal zadowolona z siebie, i dopiero wtedy zauważyła, że zainteresowanie publiczności wcale nie skończyło się razem z piosenką.
Kilka osób wciąż na nią patrzyło, inni rozmawiali między sobą, a jedna z dziewczyn przewijała nagranie na niewielkim ekranie nad dłonią. Zerknęła na Joy, porównała ją z obrazem i wróciła do oglądania.
No pięknie. Chyba trochę za bardzo dała się ponieść.
Ups. Zdarza się.
Joy poprawiła włosy, odzyskując swój wcześniejszy, beztroski uśmiech. Nie zamierzała jednak zostawać, aż ktoś wpadnie na pomysł, żeby dokładniej przyjrzeć się jej twarzy.
— Ups. Widzę, że rozruszałam twój wieczór. — Pomachała mu lekko. — To pa, Panie Barmanie.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła do wyjścia. Za plecami nadal słyszała rozmowy i powracającą muzykę, a nad głowami gości mignęła jedna z unoszących się kamer. Naciągnęła kaptur nieco niżej i opuściła klub, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać.
Justin nadal patrzył w stronę wejścia.
Przez moment nie ruszył się z miejsca. Potem opuścił wzrok na skórzaną kurtkę, którą zostawiła na hokerze.
— To… zdecydowanie nie było poza rytmem — powiedział cicho do siebie.
— Szefie, ty to widziałeś?! — Jedna z pracownic stanęła obok niego, wyraźnie nadal w szoku. — To było zajebiste.
Justin przesunął dłonią po podbródku i znów spojrzał na pustą scenę. Na jego ustach pojawił się powolny uśmiech.
Joy wróciła do penthouse’u dobrze po zmroku. Drzwi zamknęły się za nią niemal bezszelestnie, a mieszkanie powitało ją znajomym, ciepłym światłem, które stopniowo rozjaśniało kolejne pomieszczenia. Za panoramicznymi oknami Neo Cracovie nadal tętniło życiem. Reklamy przesuwały się po fasadach wieżowców, nad niższą zabudową sunęły wagony kolei, a daleko w dole samochody przecinały ulice strumieniami światła.
— Hej, Joy. Jak minął dzień?
Obok niej zamigotał błękitny punkt, z którego wyłoniła się niewielka holograficzna postać. PolAi, od dawna nazywana przez Joy po prostu Polą, zawisła na wysokości jej ramienia, trzepocząc drobnymi skrzydełkami. Miała pasteloworóżowe włosy upięte w dwa koki i krótką czarną sukienkę, która wyraźnie odcinała się od metalicznie niebieskiej skóry hologramu.
— Ujdzie — mruknęła Joy, pozbywając się butów.
Nie zamierzała jednak zdawać szczegółowej relacji z wieczoru. Przeszła do salonu, rzuciła torebkę na fotel i opadła na kanapę, z której przez najbliższy czas nie miała najmniejszej ochoty się ruszać. Dopiero po chwili zsunęła się niżej, układając głowę na poduszce.
— Pola, włącz coś fajnego.
— Definicja „fajnego” na podstawie ostatnich wyborów czy mam cię zaskoczyć?
Joy przymknęła oczy.
— Zaskocz mnie.
Muzyka popłynęła z ukrytych głośników. Spokojniejsza niż ta w klubie, z miękkim basem i głosem, którego Joy nie znała. Niskie tony czuła bardziej przez oparcie kanapy, niż słyszała.
Dobrze.
Nie miała ochoty myśleć o niczym konkretnym, więc przez chwilę leżała, słuchając nieznanej melodii. Niestety jej własna głowa najwyraźniej miała inne plany, bo zamiast zasłużonego spokoju podsunęła jej obraz barmana w czarnym T-shircie, z tatuażem na przedramieniu, rękami skrzyżowanymi na piersi i tym cholernie spokojnym wyrazem twarzy.
Nie wiem, co gorsze. Mały nieporadny śpiewak czy młoda dziewczyna z nieporadnym flirtem.
— Kretyn — mruknęła, otwierając oczy.
Pola zatrzymała się w powietrzu, a Joy przewróciła się na bok i poprawiła poduszkę pod głową. Od tamtej rozmowy minęło już trochę czasu, a ona nadal potrafiła się oburzyć na samo jej wspomnienie.
Absurd.
— Nawet z nim nie flirtowałam.
Pola przechyliła głowę.
— Analizuję.
Joy spojrzała na nią podejrzliwie.
— Nie analizuj.
— Czy mam wyszukać skuteczne teksty na podryw?
— Nie.
Przed Polą rozwinęło się półprzezroczyste okno z wynikami wyszukiwania, które zaczęły pojawiać się jeden pod drugim. Joy uniosła się na łokciu, żeby im się przyjrzeć.
Dziesięć zdań, którym nikt się nie oprze.
Jak flirtować bez niezręcznej ciszy.
Czy on z tobą flirtuje? Dwanaście sygnałów.
Joy jęknęła i opadła z powrotem na poduszkę.
— Nie potrzebuję poradnika.
— Ostatnia wypowiedź wskazuje na możliwą potrzebę—
— Pola.
— Zatrzymuję wyszukiwanie.
Lista zniknęła na sekundę tylko.
Potem pojawiła się nowa okładka: Układ z Diabłem.
Joy zmarszczyła brwi.
— Co?
Pola zatrzepotała skrzydełkami.
— Wynik powiązany z frazami: atrakcyjny mężczyzna, flirt, niebezpieczna chemia—
— To nie ta książka!
Joy westchnęła i zakryła twarz dłonią.
Pola zawisła obok w absolutnej ciszy.
Joy wyjrzała spomiędzy palców na okładkę.
— Chociaż w sumie…
Obraz barmana wrócił zdecydowanie zbyt łatwo: jego spojrzenie, kiedy pochylał się nad barem, tatuaż znikający pod rękawem i ten moment na scenie, gdy patrzyła prosto na niego, a on nagle przestał się uśmiechać. Joy opuściła dłoń.
— Wyglądał diabelsko przystojnie.
— Czy mam puścić nastrojową muzykę?
Joy uniosła głowę.
— Nie.
Pola zamilkła, najwyraźniej uznając, że na razie lepiej zostawić temat w spokoju. Joy przewróciła się na plecy i zapatrzyła w nocną panoramę Neo Cracovie, słuchając muzyki płynącej cicho z głośników.
Barman był przystojny. I irytujący. Ale przystojny.
Nie miało to jednak większego znaczenia. Miasto było ogromne, a ona trafiła do jego klubu zupełnym przypadkiem. Zainteresował ją głupi szyld, wypiła mojito, zrobiła z siebie widowisko i wyszła, nawet nie pytając faceta o imię. Właściwie trudno było wymyślić mniej prawdopodobne okoliczności do ponownego spotkania.
Joy przyciągnęła poduszkę do brzucha i ułożyła się wygodniej. Z czasem ten przystojny, irytujący barman pewnie stanie się tylko zabawnym wspomnieniem z przypadkowego wieczoru.
I może tak było najlepiej.
Następnego dnia Justin zdążył zrobić w gabinecie może trzy kroki, kiedy za jego plecami ponownie rozsunęły się drzwi.
Oczywiście.
Tyler weszła bez pytania. Nie żeby kiedykolwiek pytała.
— Musimy ją mieć — oznajmiła, jakby rozmowa rozpoczęta pięć minut wcześniej na korytarzu nie została przerwana nawet na sekundę.
Justin podszedł do biurka.
— Nie musimy.
— Musimy.
Usiadł w fotelu i spojrzał na nią ponad blatem.
Stała przed nim w kobaltowym kombinezonie z szerokimi nogawkami i mocno zaznaczonymi ramionami, który na kimkolwiek innym wyglądałby jak relikt z bardzo konkretnej dekady. Na niej wyglądał tak, jakby dekada po prostu nie była jeszcze gotowa na Tyler.
Ciemna skóra łapała chłodne światło z paneli na ścianie, chromowane kolczyki sięgały niemal linii szczęki, a gęste afro otaczało jej twarz idealnym półkolem. Między czarnymi lokami połyskiwało kilka cienkich, srebrnych włókien.
Tyler uniosła telefon.
— Patrz.
Nad ekranem rozwinęło się kilka półprzezroczystych okien.
Nawet nie musiał czytać liczb. Widział je z drugiego końca biurka.
Pierwsze nagranie miało już prawie sto tysięcy odtworzeń, drugie niewiele mniej, a licznik trzeciego właśnie przekroczył kolejną okrągłą liczbę.
Każde z nich pokazywało tę samą scenę z nieco innego kąta: światła klubu, tłum i dziewczynę przy mikrofonie. Na jednym widać było tylko jej sylwetkę, na innym profil zasłonięty włosami albo plecy.
I głos.
Ten cholerny głos.
— Jeden utwór — powiedziała Tyler. — Jeden. Jest czwartek, a ludzie wrzucają to szybciej, niż system nadąża zbierać oznaczenia. Zasięgi klubu są prawie cztery razy wyższe niż zwykle.
Justin oparł się wygodniej.
— Fantastycznie.
— Wiedziałam, że zrozumiesz.
— To był sarkazm.
— Mnie nie obchodzi, co to było, dopóki będziemy ją tu mieć.
Przewrócił oczami.
Tyler przesunęła palcem po ekranie i kolejne nagranie ruszyło bez dźwięku.
Nie potrzebował dźwięku.
Pamiętał.
Dziewczyna weszła na scenę tak, jakby należała do niej od zawsze. Bez zawahania, bez tego krótkiego spięcia, które widział u ludzi próbujących po raz pierwszy zaśpiewać przed pełnym klubem.
A potem otworzyła usta.
I nagle przestał się zastanawiać, kim jest wariatka, która właśnie przejęła mu scenę.
Zaczął się zastanawiać, skąd się wzięła.
— Powiedz mi tylko jedną rzecz — odezwał się. — Jak mam znaleźć dziewczynę, która weszła z ulicy, zabrała komuś mikrofon, zaśpiewała jedną piosenkę i zniknęła?
Tyler zamilkła.
Niedobrze. Justin znał tę ciszę.
Zaśmiała się krótko, bez przekonania.
— Wymyśl coś. To ty z nią rozmawiałeś.
— Rozmawiałem, ale nie wiem, jak ma na imię.
Tyler zamrugała.
— I pozwoliłeś komuś wejść na scenę, zrobić największy organiczny ruch od miesięcy, po czym wypuściłeś ją z budynku, nie wiedząc nawet, jak się nazywa?
Justin przejechał dłonią po twarzy.
— Technicznie rzecz biorąc, każdy może wejść i zaśpiewać. Nie prowadzę przecież kroniki.
Tyler patrzyła na niego przez chwilę.
— To może czas zacząć. Dowiedz się, kim jest — powiedziała.
Parsknął.
— Jasne. Zaraz wyślę ekipę śledczą.
— Obojętnie co, ale hajs musi się zgadzać. A ta panna zrobiła ruch. — Uśmiechnęła się szeroko.
