Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przed Przebudzeniem to drugi tom serii Istoty Nocy — kontynuacja historii rozpoczętej w Nigdy Twoja. W Zakonie nie ma miejsca na słabość.
Clare i Olivier wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek — wychowani w przemocy, naznaczeni magią i zmuszeni, by stać się idealną bronią. Jako Tytania i Grom budzą strach wśród Istot Nocy, ale to nie potwory okażą się ich największym wrogiem. Gdy spod warstw kłamstw zaczyna wychodzić prawda o ludziach, którym ufali, a między nimi wybucha uczucie, którego nigdy nie powinni byli do siebie dopuścić, Clare i Olivier stają przed wyborem: pozostać lojalnymi wobec Zakonu albo zniszczyć świat, który ich stworzył.
Dark paranormal romance o przemocy, zdradzie, namiętności i więzi tak silnej, że może przetrwać wszystko — albo spalić wszystko do gołej ziemi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 478
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aylin Red
2026
Przed Przebudzeniem
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Title Page
Cover
Table of Contents
Przed Przebudzeniem
Seria Istoty Nocy
Tom 2
Before We Wake
Aylin Red
Niebo było różowe.
Trudno uwierzyć, jak pięknie
może wyglądać zdrada.
Po zamachu stanu posiadłość Bellerose’ów ucichła. Zamilkły nawet owady, a po marmurowych tarasach, które niegdyś niosły śmiech, kłótnie i delikatny brzęk kieliszków, rozchodził się teraz tylko jeden dźwięk: powolne, wyraźne cięcie sekatora przecinającego łodygi.
Augustin Bellerose stał sam pośród swoich róż.
Nocne powietrze chłodziło grzbiety jego dłoni i skórę odsłoniętą przy kołnierzu. Nie słyszał żadnych głosów ani kroków. Otaczał go tylko ciężki, chłodny zapach kwiatów i miękki opór łodygi trzymanej między palcami.
Tego wieczoru pracował bez rękawiczek. Kolce od czasu do czasu zahaczały o jego skórę, drobne i precyzyjne, a on im na to pozwalał.
Róża w jego dłoni była czarna.
Nie miała głębokiej czerwieni, którą zdjęcia zamieniają w czerń, ani odcienia burgundu udającego ciemność. Była naprawdę, całkowicie czarna, a jej płatki pochłaniały księżycowe światło, zamiast je odbijać. Wyhodował ją sam w kącie ogrodu, do którego jego ojciec nigdy nie raczył zajrzeć.
Gabriel wolał ostentacyjną czerwień, kolor rzeczy, które muszą obwieszczać światu swoje istnienie.
Za jego plecami noc się ugięła.
Cienie zebrały się przy skraju ścieżki i uniosły, przybierając kształt kobiety. Nosiła ciemność jak tkaninę. Smugi przylegały do jej bladych nóg, po czym znikały, a w jej oczach tliło się rozbawienie kogoś, kto większość rzeczy uważa za zabawne i prawie niczemu się nie dziwi.
Augustin rozpoznał tę ciszę, zanim się odwrócił. Należała do tych, które same ogłaszają swoją obecność. Nie miał ochoty na jej towarzystwo.
Nie spojrzał za siebie.
— Proszę, proszę. — Głos Senki popłynął przez ogród lekko i cicho. — Mam już mówić do ciebie „królu”?
— Bardziej interesuje mnie, jak wiedźma przekroczyła próg Wielkiej Sali. — Powoli obrócił łodygę między palcami. — Wstęp mają wyłącznie czystokrwiści i magowie krwi. Nie jesteś ani jednym, ani drugim.
— Taka straszna luka w zabezpieczeniach.
Nagle znalazła się obok niego, choć nie zobaczył ani jednego kroku. Stała tak blisko, że wyczuł starą magię, wilgotną ziemię i metaliczny posmak mocy, z którą od dawna obchodziła się z niepokojącą swobodą.
— Ktoś powinien złożyć skargę.
Dopiero wtedy odwrócił się ku niebieskim oczom Senki, rozświetlonym obcym blaskiem. Uśmiechała się szeroko, lecz spod rozbawienia patrzyło na niego coś starszego i znacznie mniej beztroskiego.
— Czarna róża — mruknęła i przechyliła głowę w stronę kwiatu. — Jak tajemniczo.
Jej spojrzenie przesunęło się po ogrodzie, po białych, niebieskich i żółtych kwiatach, aż zatrzymało się na czerni. Każdy kolor oprócz jednego. Kąciki jej ust uniosły się wyżej.
— Powinieneś kochać czerwień. Piękny kolor. Zupełnie jak krew.
— Czerwień jest dla tych, którzy wierzą w romantyzm.
Odwrócił się i odszedł.
Zapadła krótka, autentyczna cisza, po czym Senka rozjaśniła się i ruszyła za nim. Cienie ślizgały się pod jej stopami. Nie tyle szła, ile pojawiała się dokładnie tam, gdzie chciała.
— Jak nieuprzejmie — stwierdziła pogodnie. — Człowiek zabija ojca, przejmuje tron i nagle nie ma czasu na rozmowę.
— Nie jesteś w moim typie.
— Ach. — Przycisnęła dłoń do piersi. — Zastanawiam się…
Zniknęła.
Pojawiła się przed nim, oparta o nic i blokująca ścieżkę z niedbałą gracją.
— …czy ktokolwiek jest.
Augustin się zatrzymał.
Księżycowe światło wydobywało z ogrodu biel, czerń i blady róż. Augustin spojrzał na Senkę jak na problem, który należało rozwiązać, nie z nim dyskutować.
— Powiedz, po co przyszłaś. Albo odejdź.
Uśmiech Senki przygasł. Nie zniknął całkowicie, ale po raz pierwszy przestał wyglądać jak część przedstawienia.
— Zabiłeś człowieka, który próbował przejąć twoje ciało — powiedziała. — Utrzymałeś tron. — Zrobiła pauzę. — Gratulacje. W zamian mam dla ciebie prezent.
— Niczego od ciebie nie potrzebuję.
— Lior jest innego zdania. — Przy jej imieniu głos Senki się zmienił.
Augustin nie drgnął, lecz jego uwaga natychmiast się wyostrzyła. Tylko Senka mogła zauważyć, że w jednej chwili przeliczył wszystko od nowa.
Senka obserwowała go uważnie, jakby dokładnie wiedziała, gdzie uderzyła.
— Ona wierzy — ciągnęła lżejszym tonem — że nawet królowie potrafią się zakochać. Że jakaś istota, śmiertelna, nocna albo wybrana przez wszechświat według dowolnego kaprysu, mogłaby wkroczyć w twoje życie i przestawić wszystko, co zbudowałeś.
Kąciki jej ust drgnęły.
— Powiedziałam jej, że to idiotyczne. Więc się założyłyśmy.
— Nie jestem zakładem.
— Nie masz tu nic do gadania. — Podeszła bliżej, a cienie zwinęły się wokół jej kostek niczym coś oswojonego, choć nigdy takie nie były.
— Żyjesz swoim życiem. Rządzisz. Pijesz swoje wino. Popełniasz swoje małe okrucieństwa. Jeśli nigdy się nie zakochasz, wygram.
Jej oczy nagle zapłonęły. Patrzyła w coś znajdującego się poza tym ogrodem i tą nocą, w miejsce, którego Augustin nie potrafił zlokalizować.
— Jeśli się zakochasz, ona wygra.
Po tych słowach zapadła ciężka cisza.
Augustin spojrzał ponad jej ramieniem na róże ciągnące się w ciemność. Nigdzie nie było czerwieni. Sam o to zadbał.
— Moje serce — powiedział — nie jest nagrodą dla wiedźm.
— Och, skarbie. — Jej ton stał się niemal łagodny, co było gorsze od drwiny. — Twoje serce przestało być twoje w chwili, gdy urodziłeś się Bellerose’em. Każdy chce dostać jego kawałek. — Lekko wzruszyła ramionami. — Ja po prostu jestem szczera.
Zrobił krok naprzód.
Bijące od niej zimno różniło się od chłodu ogrodu. Było starsze i suchsze, należało do czegoś, co przestało być ciepłe bardzo dawno temu. Ich ciała prawie się zetknęły.
Senka rozpłynęła się, zostawiając chłodną ciemność tam, gdzie przed chwilą znajdowała się jej skóra, po czym odtworzyła za jego plecami.
Jej głos musnął jego ucho.
— Jedna rada. Gratis.
Nic nie powiedział.
— Nie dawaj nikomu czerwonej róży. — Senka ściszyła głos i na krótką, nieostrożną chwilę porzuciła całą teatralność, brzmiąc niemal poważnie. O rzeczach, które naprawdę ją interesowały, zawsze mówiła lekko, jakby nic nie znaczyły. Właśnie po tym poznawał, że było odwrotnie.
— W dniu, w którym to zrobisz, już przegrałeś.
Jego palce zacisnęły się na łodydze. Kolec przebił skórę. Krew wypłynęła powoli i zebrała się w zgięciu jego palców.
— Nikt nie zasługuje na czerwień — powiedział.
Senka się cofnęła.
Patrzyła na niego z cichym zadowoleniem, spokojniejszym i starszym niż triumf. Wyglądała jak ktoś, kto już widział zakończenie i uznał je za szczerze interesujące. Prawie wyglądała ciepło. To było najgorsze.
Cienie wzniosły się wokół niej. Niebieskie motyle odfrunęły od jej sylwetki i rozsypały się po ogrodzie, na moment przysiadając na płatkach i kamieniu, zanim całkowicie zniknęły.
Jej głos dobiegł zewsząd i znikąd.
— Śpij dobrze, Augustinie. Staraj się nie zakochać w nikim niewygodnym.
Został sam.
Zaklęcia ochronne brzęczały, a noc napierała ze wszystkich stron. Krew kreśliła powolną linię na jego dłoni, czarną w księżycowym świetle, ale Augustin nie ruszył się, żeby ją zetrzeć.
Spojrzał na różę.
Potem ją upuścił.
Kwiat opadł bez dźwięku, a jego czarne płatki pochłonęły światło. W ogrodzie nic się nie poruszyło. Żadnej czerwieni.
Nie tutaj.
Jeszcze nie.
Krew spłynęła na marmur i rozlała się równą, powolną smugą.
Trzy czystokrwiste. Dwóch magów krwi. Pianista lustrował katedrę z łagodnym zainteresowaniem kogoś, kto sprawdza pracę, choć jest już przekonany o jej poprawności.
Poruszył palcami. Ostatnie cienie rozwiały się nad jego dłonią, a ich dym powędrował ku sklepionym sufitom, które widziały już gorsze rzeczy. Fortepian z cieni zniknął. Pianista wyprostował marynarkę, otarł kroplę krwi z rękawa i odwrócił się w stronę drzwi.
Klap. Klap. Klap.
Klapnięcia odbijały się od kamiennych ścian, równe i niespieszne.
— Brawo. — Głos dobiegł z cieni pod największym oknem. Był miodowy i spokojny. — Prawdziwa sztuka.
Wkroczyła w smugę gasnącego światła. Miała na sobie czarne kimono, a wokół jej bladych ramion wyłaniały się niebieskie motyle, zapowiadając jej przybycie, zanim zdążyła wejść. Błękitne oczy przemknęły po ciałach z łagodnym uznaniem kogoś odwiedzającego galerię.
— Senka. — Pierwszą sylabę wypowiedział obojętnie. Przy drugiej w jego głos wkradł się niesmak. Przeniósł ciężar ciała, a cienie już zbierały się na opuszkach jego palców. — Co za niespodzianka.
— Naprawdę? — Przechyliła głowę. Jeden z motyli wylądował na jej wyciągniętym palcu i raz otworzył skrzydła, po czym je zamknął.
— Ostatnio robisz niezły bałagan, Arthur. Trudno tego nie zauważyć.
Zwarł zęby na dźwięk własnego imienia w jej ustach. Senka zbierała imiona tak, jak inni zbierają długi. Trzymała je, aż mogły ugodzić najmocniej, i dopiero wtedy je wypowiadała.
— Wątpię, żebyś przyszła komplementować moją pracę.
— Nie. — Uśmiechnęła się. Czarne usta odsłoniły białe zęby, ale za jej rozbawieniem nie było niczego, co dałoby się nazwać ciepłem.
— Przyszłam popatrzeć. I powiedzieć ci coś niezwykle interesującego.
Była za nim.
Nie zrobiła ani jednego kroku. W następnej chwili stała już za jego plecami, a jej zimny oddech musnął mu ucho. Poczuł jaśmin i starą krew.
— Może chcesz jakąś melodię, Arthur?
Przy jego imieniu slavarski akcent Senki stał się wyraźniejszy, a spółgłoski stwardniały.
— Czy nadal boisz się duchów?
Cienie wybuchły z podłogi, zanim zdążył podjąć decyzję o ich przywołaniu. Dziesiątki ciemnych, wijących się kształtów otoczyły ją pierścieniem, który powinien był skłonić każdą rozsądną osobę do refleksji.
Senka stała w samym środku i przyglądała się swoim paznokciom.
— Żałosne — powiedziała pogodnie.
Wystarczył jeden minimalny gest, by połączenie pękło.
Jego własne cienie odwróciły się ku niemu, a ich twarze spojrzały na niego z głodną uwagą rzeczy, które właśnie zmieniły zdanie co do tego, komu służą.
Powietrze zacisnęło się wokół niego. Ucisk objął jego klatkę piersiową i skronie, znajomy ciężar magii zwróconej przeciwko własnemu właścicielowi.
Kształty czekały, dopóki Arthur nie opuścił dłoni. Wtedy cienie się rozpłynęły.
— Czego chcesz. — To nie było pytanie. Raczej kapitulacja, której odmówił nazywać kapitulacją.
Senka zniknęła i natychmiast pojawiła się tuż przy nim. Kiedy ściszyła głos, teatralność zniknęła, ale okrucieństwo zostało.
— Tytan żyje.
Odwrócił się gwałtownie.
— Poczekaj—
Ale Senka już się rozpadała. Jej sylwetka rozerwała się w rozsypisko niebieskich motyli, które rozlały się po katedrze i wypełniły sklepioną przestrzeń. Jej głos dobiegł zewsząd jednocześnie.
— Nicholas Steele żyje, Arthur.
Motyle dosięgły okien.
— I nadchodzi.
Zniknęła.
Katedra trwała w ciszy. Drobiny kurzu dryfowały w smugach kolorowego światła padającego na ciała rozrzucone po posadzce.
Arthur stał samotnie pośrodku. Wodził tęczowymi oczami po pustym miejscu, w którym jeszcze chwilę wcześniej stała Senka. Dłonie trzymał nieruchomo przy bokach.
Nicholas Steele.
Powtarzał to imię w myślach i obserwował reakcję własnego ciała. Strach wrócił po latach, choć całą karierę zbudował po to, by nigdy więcej go nie poczuć. Przyglądał mu się bez sentymentu, szukając miejsca, od którego mógłby zacząć go rozkładać.
Senka kłamała. Taka była jej natura. Przesuwała informacje tak, jak przemieszczała się przez pokoje — nigdy po prostej, zawsze w kierunku czegoś, czego jeszcze nie dostrzegał.
Ale nigdy nie traciła czasu.
Arthur jeszcze raz wyprostował marynarkę i ruszył ku drzwiom. Jego buty stąpały cicho po mokrym od krwi marmurze.
Nicholas Steele.
Imię popłynęło za nim w wieczorne powietrze.
I nie przestało za nim podążać.
Wioska płonęła. Clare przycisnęła policzek do kamienia tak chropowatego, że niemal zdarła sobie skórę. Zacisnęła dłonie na ustach tak mocno, aż rozbolały ją palce, próbując wepchnąć z powrotem ostry, niepowstrzymany dźwięk, który wciąż chciał wyrwać się na zewnątrz.
Gorzki, tłusty dym wdarł się do płuc Clare i zostawił na jej języku smak popiołu. Clare mrugała mocno, lecz oczy nadal ją szczypały. Nie zamknęła ich, bo bała się, że po ponownym otwarciu zobaczy jeszcze mniej.
Jej matka stała pośrodku, otoczona złotym światłem, które trzaskało wokół nadgarstków i ciągnęło się za każdym ruchem przez dym. Pięciu Strażników krążyło wokół niej. Ich płaszcze odcinały się ciemno na tle łuny, a buty tratowały ciała i połamane wieńce jak zwykły gruz.
Mama nie cofnęła się.
Obróciła się płynnie i precyzyjnie, a jej magia uderzyła jak ostrze. Jeden ze Strażników padł, lecz wydany przez niego dźwięk utonął pod rykiem płonących dachów. Drugi rzucił się naprzód. Dłoń matki drgnęła i samo powietrze na ułamek sekundy stwardniało, gęste, ściśnięte, nieprawidłowe, po czym rozprysło się z trzaskiem, który wstrząsnął Clare aż po zęby.
Clare widziała to, czego nie dostrzegali Strażnicy.
Ramię jej matki drżało, kiedy unosiła rękę. Oddech rwał się, szybko tłumiony. Wzdłuż przodu sukni ciągnęła się smuga krwi, zbyt ciemna, by mogła być cieniem, i rozlewała się szerzej, gdy tkanina ją wchłaniała.
Wtedy powietrze za nią się rozdarło.
Ciemność przecięła płonący plac od góry do dołu, otwierając pionową szczelinę. Jej ciemne krawędzie zadrżały raz, jakby noc na moment rozsunęła się pod naciskiem. Dym wygiął się w jej stronę. Iskry zmieniły tor w locie. Nawet ogień zdawał się ku niej pochylać. Jeden ze Strażników się zachwiał.
Serce Clare uderzyło tak mocno, że aż zabolało. Matka odwróciła głowę, nie do końca, ledwie odrobinę. Złote światło mignęło na jej kości policzkowej. Przez jedną niemożliwą sekundę nie wyglądała na zaskoczoną.
Strażnik ruszył naprzód. Stal chwyciła światło. Ktoś krzyknął.
Clare nigdy później nie wiedziała, czy krzyk należał do żołnierza, wioski, czy wyrwał się z jej własnej klatki piersiowej.
Matka weszła w ciemność.
Portal wciągnął ją jednym gwałtownym szarpnięciem. Spódnica zatrzepotała przy jej kostkach, a złoto wciąż płonęło wokół dłoni. Przez żar i dym, ponad ciałami i stojącymi między nimi mężczyznami, matka odnalazła wzrok Clare. To spojrzenie zacisnęło się na niej i nie puściło, gorące i ostateczne.
— Przepraszam — powiedziała matka w języku slavari.
Potem ciemność się zamknęła. Wydała przy tym cienki, krystaliczny dźwięk, przypominający lód pękający pod zbyt dużym ciężarem.
— Mamo—
Clare nie pamiętała, że się poruszyła. Pamiętała tylko zgrzyt kolan o bruk i żar, który uderzył ją w twarz, gdy wypadła na otwartą przestrzeń. Jej dłonie opadły na kamień, wciąż ciepły od ognia i śliski od krwi. Wpatrywała się w miejsce, gdzie przed chwilą istniała rozpadlina.
Żadnego ciała.
Żadnego popiołu.
Tylko kilka złotych motyli, które wyłoniły się z pustego powietrza. Ich skrzydła chwytały blask ognia w krótkich, niemożliwych przebłyskach. Wznosiły się przez dym w drżącej spirali, zbyt jasne i delikatne jak na plac pełen trupów, aż noc pochłonęła je jednego po drugim.
Clare mimo wszystko wyciągnęła do nich rękę.
Jej dłoni nie dotknęło nic poza żarem.
Ciała leżały rozrzucone po placu. Mieszkańcy mieli twarze, które znała. Strażnicy twarze, których nie znała. Kobiecy warkocz unosił się w kałuży, a czyjaś dłoń sięgała ku niczemu.
Powietrze pachniało spalonym zielem i żelazem. Zapach zaczepił się o gardło Clare, aż żołądek ścisnął się boleśnie, a ona przełknęła żółć smakującą dymem.
Świat się skończył, a Strażnicy wciąż w nim stali.
Sebastian zobaczył rozdarcie w powietrzu, zanim inni zrozumieli, na co patrzą. Większość ludzi widzi zagrożenie i idzie ku niemu. Jego umysł szedł najpierw gdzie indziej — kąt, czas, odległość.
Portal otworzył się zbyt czysto za jej plecami.
Lior ledwie odrobinę obróciła głowę. Łuna przesunęła złoto po jej twarzy i rozbłysła we krwi przy gardle, a przez jedną ostrą sekundę Lior wyglądała, jakby ten plac wcale jej nie zaskoczył.
Jakby ktoś rozpoznał drzwi.
Sebastian zacisnął uchwyt na broni.
Ruszyła w ostatniej możliwej chwili. Ciemność ją wzięła. Portal zamknął się z cienkim jak szkło trzaskiem i plac szarpnął z powrotem w siebie — ogień, krzyki, buty, krew.
Potem przez dym uniosło się złoto.
Złote motyle.
Wznosiły się z przestrzeni, gdzie powinno być jej ciało, skrzydła chwytające blask ognia, zanim noc pochłonęła je w całości.
Sebastian wpatrywał się w puste powietrze, dopóki nie zauważył ruchu na skraju placu. Mała ciemnowłosa dziewczynka, z twarzą umazaną sadzą.
Dziecko.
— Sprawdzić teren.
Pozostali Strażnicy ruszyli metodycznie, przestępując nad zwłokami jak nad kolejnymi przeszkodami na trasie. Jeden z nich — wysoki, barczysty, insygnia kapitana odbijające ogień — stał przez chwilę nieruchomo i lustrował zniszczenie niczym buchalter.
Miał krótko ostrzyżone ciemne włosy, zarost przycięty z brutalną precyzją i nieskazitelny płaszcz. Jego oczy pozostawały twarde i nieruchome nawet wtedy, gdy ktoś błagał.
Panika ścisnęła Clare za płuca. Rzuciła się do tyłu, jej podeszwy ślizgały się na mokrym kamieniu. Odwróciła się i pobiegła ku wąskiej uliczce między domami, tam gdzie wciąż trzymały się cienie.
— Co my tutaj mamy?
Głos dobiegł sprzed niej. Clare zatrzymała się tak gwałtownie, że zęby jej kliknęły.
Zagradzał niemal całą uliczkę. Clare nie widziała za nim drogi, więc spróbowała przemknąć bokiem. Zamknął dłoń na jej ramieniu z nieludzką szybkością.
Żelazny uchwyt.
Clare szarpnęła się, wściekłość i żal zamieniły jej małą pięść w broń. Zamachnęła się na jego twarz z całej siły. Zatrzymał jej pięść, zanim dosięgła twarzy.
Ledwo drgnął.
Wyrwał się z niej dźwięk, który nie był słowem. Zamachnęła się znów. Tym razem knykcie trafiły w jego przedramię. Ból strzelił w górę wzdłuż jej ramienia. Uderzenie odbiło się echem w kościach.
Oczy kapitana rozszerzyły się tylko odrobinę, a w jego spojrzeniu błysnęło ostre zainteresowanie.
— Ta siła… — Chwycił jej drugie ramię, zanim zdążyła się znów zamachnąć, trzymając ją w odległości, gdy szamotała się jak zwierzę w kącie.
— Jesteś Nocną Istotą — powiedział, jakby nadanie jej nazwy czyniło sprawę prostą.
— Puść mnie! — Clare kopnęła go w golenie — bezużytecznie, w ciężkie buty. Łzy spływały jej po twarzy, gorące i upokarzające, i nienawidziła się za każdą kroplę. — Puść mnie!
Jego spojrzenie nie złagodniało. Obejrzał jej szczękę, oczy i linię twarzy, po czym na moment znieruchomiał, jakby coś rozpoznał.
— Ty… — odezwał się cicho, niemal pytająco. Potem jego szczęka stwardniała. — Idziesz ze mną.
— Nie—! — Clare szarpnęła się mocniej, płuca płonące. — Mamo! Tato!
Uniósł ją z ziemi, jakby nie ważyła nic. Jej stopy biły w próżne powietrze. Równie dobrze mogła walczyć z górą.
Pozostali Strażnicy zbliżyli się. Podeszła kobieta z burgundowymi włosami i czerwonymi oczami, marszcząc brew.
— Sebastian? — zapytała. — Co robisz?
— Znalazłem ocalałą — odezwał się rzeczowo, jak podczas składania raportu. — Hybryda, sądząc po sile.
— Puść mnie! — Clare spluwała słowami w oboje. — Jestem tylko dzieckiem!
— Zakon nie przejmuje się twoim wiekiem. — Sebastian przestawił jej ciężar, ignorując szamotanie. — Wracasz z nami.
Clare ugryzła go w rękę.
Jego uchwyt nawet nie drgnął.
— Temperamentna.
— Nienawidzę cię! — syknęła w slavari, potem siłą przeszła na angielski, widząc jego puste spojrzenie. — Nienawidzę cię!
— Słyszałem gorsze, dzieciaku. — Ruszył, niosąc ją jak worek zboża. Clare wykręciła szyję, aż ją zabolało, patrząc jak płomienie pożerają kształt jej domu. Dachy zapadały się z jękiem. Dym pochłaniał księżyc. Gdzieś dzwon uderzył raz.
— Bądź wdzięczna, że cię tutaj nie zostawiam, żebyś spłonęła — powiedział Sebastian, głos szorstki jak żwir. — W tej dziurze.
Wioska kurczyła się za nimi. Clare patrzyła przez łzy, jak jedyne miejsce, które kiedykolwiek znała, zamienia się w smugę ognia i ruin.
Kwatera główna Zakonu wyrastała z szarego kamienia i żelaznych bram, sterylna i zimna jak grobowiec. Powietrze pachniało wybielaczem, zimnym kamieniem i metalem.
Sebastian postawił Clare w korytarzu przyjęć.
I tak uciekła.
Złapał ją za kostkę nie patrząc, ruch zbyt wyćwiczony, żeby był okrucieństwem. Okrucieństwo polegało na tym, że nic go to nie kosztowało.
— Ucieczka nie pomoże — powiedział. — Nie masz gdzie iść.
Clare wpatrywała się w niego z dołu, oczy opuchnięte, gardło surowe. Siła odpłynęła z jej kończyn, a skóra drżała ze zmęczenia. Mimo to nie spuściła wzroku.
Walcz, walcz, walcz.
— Jak masz na imię, dzieciaku?
Zacisnęła usta, aż je poczuła. Sebastian przykucnął, żeby znaleźć się na wysokości jej twarzy. Nie dał po sobie nic poznać. Odezwał się ciszej, niemal rzeczowo.
— To jest teraz twoje życie. Równie dobrze możesz współpracować.
Clare wytrzymała jego spojrzenie.
Głos ojca wzniósł się we wspomnieniu, stały jak dłoń na karku: Zostań sobą, cokolwiek się stanie. Pamiętaj, kim jesteś.
— Clare — mruknęła.
Sebastian kiwnął raz głową.
— Kapitan Sebastian Steele. Szósta Dywizja. — Wstał i gestem wskazał korytarz. — Idź. Nie zmuszaj mnie, żebym cię znowu niósł.
Korytarze były nagie, światła zbyt ostre, a ściany zbyt czyste. Strażnicy mijali ją i ledwo rzucali okiem. Kolejny rekrut. Kolejna sierota złożona w tryby maszyny.
Sebastian dostarczył ją do dormitorium pełnego dzieci i nastolatków, szarych ubrań i szarych koców. Na twarzach rekrutów rezygnacja wydrążyła głębokie ślady, a za oczami, które nie ufały snu, tłoczył się strach.
— To jest twoje nowe życie — powiedział Sebastian.
Potem wyszedł. Clare stała w drzwiach, dopóki jakaś dziewczynka nie chwyciła jej za nadgarstek i bez słowa nie wciągnęła do środka. Tutaj najwyraźniej tylko taka uprzejmość była dozwolona.
Wdrożenie zaczęło się natychmiast.
— Jeśli zostaniesz Strażnikiem, to na zawsze — powtarzali ludzie jak mantrę, jak klątwę, która wracała, nawet gdy nikt nie słuchał.
Zebrali nowych rekrutów w sali testowej — białe ściany, sterylny sprzęt, instrumenty brzęczące skumulowaną magią. Clare obserwowała, jak inne dzieci demonstrują swoje zdolności. Chłopiec kazał tańczyć ogniowi między dłońmi. Dziewczynka zamieniała wodę w kształty. Niektórzy szli chętnie. Innych wypychano naprzód siłą, nadgarstki posiniaczone, oczy szerokie z przerażenia.
Clare zapamiętywała każdą twarz. Każde okrucieństwo.
— Imię? — Oficer wywiadu była surową kobietą z siwiejącymi włosami.
— Clare — powiedziała płasko.
Inny Strażnik podszedł z kryształowymi instrumentami wibrującymi przy jej skórze, jakby jej krew kazała im śpiewać. Przesuwał je wzdłuż ramion, żeber, karku.
— Magia ziemi — oznajmił. — Hybryda.
Oficer pisała, nie podnosząc wzroku.
— Siłowa?
— Najprawdopodobniej.
Clare nic nie powiedziała.
Ojciec nauczył ją: ujawniaj jak najmniej. Niech myślą, że wiedzą wszystko, podczas gdy resztę trzymasz za zębami.
Tej nocy Clare leżała na przydzielonym posłaniu otoczona cichym oddechem innych dzieci. Koc był cienki i pachniał wybielaczem i starym potem. Wciągnęła go nad głowę, zamykając blisko ciemność. Usta miały smak dymu, którego nie było. Płakała cicho w tkaninę.
Pozostań sobą. Pamiętaj, kim jesteś.
— Mamo — szepnęła po slavari, a słowo rozorało ją od środka. — Tato.
Nikt nie odpowiedział.
Gdzieś wysoko ponad kamieniem przetoczył się odległy, niski grzmot. Clare znieruchomiała i przez chwilę tylko nasłuchiwała. Nie wiedziała, czemu ją zatrzymał. Powtarzała to, dopóki słowa przestały brzmieć jak język i zaczęły brzmieć jak bicie serca.
Dni rozmyły się w rutynę.
Wstawała, zanim światła zdążyły w pełni zaskoczyć, gdy korytarze były jeszcze na wpół uśpione, a jarzeniówki dopiero zaczynały brzęczeć, rozgrzewając się jak owady uwięzione za szkłem.
Trenowała, aż ręce przestawały drżeć i zaczynały trafiać dokładnie tam, gdzie chciała. Siniaki znaczyły każdy wystający fragment kości.
Jadła, jeśli pozwolili. Jeśli taca dotarła, zanim ktoś uznał, że na nią nie zasłużyła.
Spała, jeśli ciemność nie zaciskała się na jej gardle w chwili, gdy zamykała oczy.
A potem wszystko zaczynało się od nowa.
Zakon miał własny rytm. Nie maszerował, tylko pulsował. Chciał, żeby Clare się w nim zanurzyła, żeby wypełnił jej usta i płuca, aż przestanie być człowiekiem i stanie się rozkładem zajęć wyrzeźbionym w mięśniach.
Nie pozwoliła mu.
Za każdym razem, gdy otwierały się drzwi, wsłuchiwała się w zawiasy. Rozpoznawała wysoki, suchy pisk i oliwny szept, żeby wiedzieć, które z nich były konserwowane, a które zdradzą ją hałasem.
Gdy strażnik odwracał wzrok, liczyła uderzenia serca.
Nie swojego. Ich.
Kiedy ktoś krzyczał, śledziła dźwięk. Słuchała, jak odbija się od ścian, jak długo unosi się w powietrzu i gdzie zaczyna przycichać. Korytarze zdradzały wiele, jeśli wiedziało się, czego słuchać.
Wykorzystywała każdą okazję do ucieczki.
Czasami docierała za trzy zakręty. Czasami za pięć. Raz zaszła tak daleko, że znalazła kanał wentylacyjny i wciągnęła do płuc powietrze, które nie należało do Zakonu: wilgotny kamień, nocne powietrze i nić zimnego metalu pachnącego deszczem. Nadzieja stała się wtedy ostra na jej języku. Tak ostra, że niemal smakowała krwią.
Zawsze ją łapali.
Nie zawsze robiły to te same ręce. Nie zawsze dopadały ją te same buty. Nawet sprawni Strażnicy mieli z nią problem. Była mała, ale desperacja nadawała jej ostrość, a ziemia we krwi czyniła ją cięższą, niż powinna być. Trudniejszą do złożenia. Trudniejszą do przyciśnięcia.
Wyślizgiwała się z chwytów. Gryzła. Kopała. Atakowała oczy, bo oczy zawsze mrugały szybciej niż duma. Szybko nauczyła się, którzy Strażnicy mrugają.
Sebastian nie mrugał nigdy.
Kiedy ją znajdował, nie było w tym żadnego dramatu. Poruszał się z cichą pewnością człowieka, który nigdy nie musiał nikomu schodzić z drogi.
W jednej chwili biegła z płonącymi płucami, a w następnej jego dłoń spoczywała już na jej ramieniu. Spokojna. Pewna. Jakby Sebastian stał tam przez cały czas i dopiero teraz uznał, że należy ją zatrzymać. Żadnego zbędnego ruchu. Żadnego gniewu.
To było gorsze.
Walcz, walcz, walcz.
Powtarzała te słowa bezgłośnie, aż stały się odruchem. Nocami wracały do niej tak długo, aż przestawały być słowami i zmieniały się w dźwięk, w barierę między nią a wspomnieniem placu.
Od tamtego przepraszam.
Czasem fantazjowała, bo tylko tam Zakon nie miał dostępu. W historiach, które snuła nocami, ręce mamy znów były ciepłe, szorstkie na knykciach i miękkie po wewnętrznej stronie dłoni. Tata wracał przez drzwi, pachnąc deszczem i dymem z ogniska. Stół był nakryty. Ktoś się śmiał.
Clare odpowiadała śmiechem z ustami pełnymi chleba, aż bolały ją policzki. W rzeczywistości śmiech słyszało się od starszych rekrutów tuż przed tym, jak ktoś zostawał skrzywdzony.
Przepychano ich przez ćwiczenia bojowe, teorię magii i oceny taktyczne. Przygotowywano do rytuału, który albo naznaczał ich jako Strażników, albo łamał na pół.
Clare zaczęła zauważać Sebastiana na platformach obserwacyjnych. Nie pojawiał się codziennie. Nie dość regularnie, żeby mogła nazwać to wzorcem.
Ale na tyle często, że skóra zaczynała ją mrowić już w chwili, gdy wchodziła do sali, jakby jego spojrzenie docierało tam przed nim.
Nigdy nie podchodził. Nigdy się nie odzywał.
Obserwował z rękami splecionymi za plecami i oczami twardymi jak krzemień, jakby Clare była problemem, którego jeszcze nie postanowił rozwiązać.
Za każdym razem, gdy go dostrzegała, wbijała paznokcie w dłonie, aż pozostawione przez nie półksiężyce zaczynały palić.
Nie pozwalała już sobie płakać.
Płacz zostawiała na inne rzeczy.
Rytuał przyszedł siódmego dnia.
Zebrali jej grupę, piętnaścioro dzieci w wieku od ośmiu do dwunastu lat, w sali, w której powietrze wydawało się nie takie, jak powinno. Kamień był zbyt gładki i zbyt czysty, jakby nigdy nie dotknęło go nic żywego. Światła świeciły zbyt biało.
Każdy szmer w tej ciszy brzmiał jak ostrzeżenie.
Pośrodku sali stała ogromna kryształowa struktura.
Jedyny.
Pulsował chorym światłem, a żyły magii przeszywały go niczym zakażenie zamknięte pod szkłem. Brzęczenia nie tyle się słuchało, ile czuło: uciskało za oczami i drżało w trzonowcach.
Kobieta w ceremonialnych szatach wyjaśniła procedurę z lodowatą sprawnością.
— Jedyny zbada waszą krew. Jeśli okażecie się zgodni, zostaniecie naznaczeni jako Strażnicy. Jeśli nie…
Nie dokończyła.
Nie musiała.
Wywoływali dzieci alfabetycznie, sprowadzając ich imiona do kolejnych pozycji na liście. Clare patrzyła, jak ustawiają się w kolejce i wyciągają nadgarstki niczym ofiary. Rytualny Strażnik przecinał ich dłonie z wyćwiczonym spokojem; ostrze ani razu nie zatrzymało się nad skórą, a z jego ust nie padło żadne przeproszenie.
Krew spadała na kryształ.
Jedyny słuchał.
Pierwszy chłopiec krzyczał, kiedy go odrzucił. Jego ciałem wstrząsnęły konwulsje. Magia rozrywała je nierównymi falami, niczym szkło przeciągane przez mięśnie, aż krzyk nagle się urwał. Chłopiec runął na posadzkę, martwy, zanim uderzył w nią czołem.
Pięści Clare zacisnęły się tak mocno, że paznokcie wgryzły się w jej skórę.
Walcz, walcz, walcz.
Jedno po drugim dzieci z jej grupy umierały.
Odrzucony. Krew niezgodna.
Odrzucony. Magia zbyt słaba.
Odrzucony. Dusza zbyt krucha.
Cokolwiek to znaczyło.
Cokolwiek Zakon uznał tego ranka za duszę wartą ocalenia. Ciała odciągano na skraj sali i układano jak uszkodzoną aparaturę. Ich krew zostawiała na kamieniu ciemne smugi, których nie zdołało wybielić nawet sterylne światło.
W końcu została tylko Clare.
— Podejdź.
Strażnik brzmiał na znudzonego. Jakby zamawiał dostawy. Jakby robił to już tysiąc razy i zamierzał zrobić kolejny tysiąc.
Clare weszła na podium. Nogi miała ciężkie jak ołów. Jedyny górował nad nią, żywy jak drapieżnik i gotowy jak zastawiona pułapka.
Może śmierć byłaby łaską. Może znowu zobaczyłabym mamę i tatę.
We wspomnieniu odezwał się głos ojca, spokojny i nieodwołalny.
Pozostań sobą. Pamiętaj, kim jesteś.
Strażnik chwycił jej dłoń. Ostrze wgryzło się głęboko, a ból błysnął jasno i czysto. Gorąca, karmazynowa krew wypłynęła z rany i spadła na powierzchnię Jedynego.
Kryształ błysnął.
Świat zamienił się w ogień i potłuczone szkło. Magia eksplodowała w żyłach Clare, niosąc płynne ciepło o postrzępionych krawędziach. Rozrywała ją od środka i przebudowywała bez pytania o zgodę. Clare jęknęła i opadła na kolana. Jej dłonie uderzyły w kamień, który nagle wydawał się oddalony o kilometr.
Brzęczenie zmieniło się w krzyk rozchodzący się wewnątrz jej kości. Czarne linie wyryły się w jej ciele. Dzikie, gwałtowne znaki pełzły przez ramiona, plecy i podstawę szyi, paląc przy każdym kolejnym centymetrze, jakby ktoś wypisywał jej nowe imię ostrzem zanurzonym w lawie.
W ustach czuła żelazo i dym.
Walcz, walcz, walcz.
W jej dłoniach zmaterializowały się dwa pistolety. Były solidne, prawdziwe i zimne, a ich ciężar wypełnił jej dłonie, jakby Zakon sięgnął do wnętrza Clare i sam zdecydował, jaki kształt przyjmie jej przetrwanie.
Wpiła palce w chwyty, aż zabolały.
Nie umrę w ten sposób.
Jestem ich córką. Taty i mamy.
Gdzieś nad nią odezwał się Strażnik. Jego głos docierał z oddali, jakby mówił spod wody.
— Wygląda na to, że mamy nowego Strażnika.
Clare uniosła głowę i spojrzała przez łzy, które nie były słabością. Były tylko bólem. Przez chwilę zobaczyła twarz taty, uśmiechniętą i niemożliwie łagodną, jakby świat się nie skończył.
Potem ciemność pochłonęła ją w całości.
Olivier nauczył się rytmu Zakonu tak, jak uczy się zamka: słuchając kliknięć.
Plac ćwiczeń rozciągał się przed nim, zbudowany z betonu, stalowych barier i kątów zaprojektowanych tak, by utrzymać w ryzach wszystko, czym rekruci mogli się stać. Stał pośród ponad dwadzieściorga dzieci, z których żadne nie miało więcej niż dziesięć lat. Większość się trzęsła. Niektóre płakały bezgłośnie. Kilkoro patrzyło prosto przed siebie z martwym spokojem dzieci, które już zaakceptowały, że nie istnieje nic poza murami Zakonu.
Chęć ucieczki i tak się pojawiła.
Bramy. Stellis. Tłumy. Targi na tyle głośne, że mógł się w nich schować mały chłopiec. Pozwolił sobie przez chwilę wyobrażać ucieczkę. Potem odsunął tę myśl razem z resztą bezużytecznych rzeczy.
Doścignęliby go.
Zawsze to robili. Zakon nie tracił swoich rekrutów. Naznaczyli go.
Tatuaż spoczywał na jego skórze niczym stały ucisk. Nie bolał, ale ciążył. Był roszczeniem. Kiedy Olivier zginał palce, atrament poruszał się razem z nim, a kwiaty wiły się po jego ramionach w delikatnych, misternych wzorach.
Kwiaty.
Ulubione mamy. Kiedyś oznaczały miękkie rzeczy: dłonie ciepłe od gotowania, płatki prasowane między stronami książek i dom pachnący mokrą wełną oraz dymem.
Teraz oznaczały własność.
Nie nienawidził kwiatów.
Nienawidził tego, w co je zamieniono.
Cztery lata w Zakonie. Cztery lata brutalnego treningu. Cztery lata dzieci znikających między jedną zbiórką a następną. Cztery lata nauki, jak zachować obojętną twarz, kiedy żołądek pozostaje napięty.
Miał zaledwie osiem lat, gdy przeciągnęli go przez te bramy, kopiącego i krzyczącego, już po tym, jak zabrali mu wszystko i nazwali to obowiązkiem.
Nie obchodziło go ich posłannictwo, cel ani hierarchia.
Wykorzysta to.
Stanie się silniejszy. Nauczy się wszystkiego, czego chcą go nauczyć, i tego, co próbują ukryć pomiędzy lekcjami.
A potem może…
Może zemsta.
Może wolność.
Kiedy się koncentrował, na końcach jego palców zbierał się piorun. Fioletowobiała błyskawica tańczyła między dłońmi, krótka, czysta i kontrolowana. Instruktorzy szeptali o nim, gdy sądzili, że nie słyszy.
Słyszał zawsze.
Widział też strach, zachwyt i dystans w spojrzeniach innych dzieci. Przyjaciele byli nożami z ładniejszymi rękojeściami.
— Ustawić się! — Głos Sebastiana przeszył plac, a wszyscy posłuchali odruchowo. Kapitan Szóstej Dywizji szedł w ich stronę, a za nim podążała drobniejsza sylwetka. — Nowy rekrut.
Olivier zerknął w tamtą stronę. Zwykła ciekawość, nic więcej.
Dziewczyna.
Mniej więcej w jego wieku, może młodsza. Ciemne włosy miała splątane wokół twarzy, a na jej kości policzkowej ciemniał siniak. Przycisnęła ręce do żeber, jakby tylko siłą woli utrzymywała się w całości.
Jeszcze jedna, pomyślał z obojętnością, z jaką myśli się o pogodzie, której nie można zmienić.
Wyglądała krucho.
Szybko się przekonał, że nie była.
Clare, bo tak nazywał ją Sebastian, biła mocniej niż chłopcy dwa razy więksi od niej. Poruszała się tak, jakby nie marnowała niczego: ani oddechu, ani czasu, ani litości. W jej przemocy nie było nic teatralnego. Była prosta. Butna.
Clare była problemem, a dla Zakonu kolejnym zasobem.
Mimo to Olivier wciąż ją zauważał. Zawsze obserwowała wyjścia, zawsze mierzyła kąty i pozostawała zbyt rozbudzona jak na dziecko.
Co gorsza, nie patrzyła na niego jak na kogoś wyjątkowego.
Patrzyła na niego jak na osobę zajmującą przestrzeń, którą zamierzała przejąć.
Pewnego popołudnia, podczas ćwiczeń w parach, przydzielono ich do sąsiednich stanowisk. Clare nie potrafiła ustać w miejscu. Kołysała się na piętach, a jej oczy wciąż uciekały ku drzwiom. Jej niepokój miał własny rytm, szybki, rwany i niecierpliwy.
Rozpraszał go.
— Za głośno myślisz — powiedział spokojnie, nie patrząc na nią.
Clare gwałtownie odwróciła głowę.
— Możesz tak jakby… się zamknąć?
Błyskawica prychnęła między jego palcami. Mała i mimowolna. Odruch. Nie podniósł głosu.
— Zmuś mnie.
— Z przyjemnością.
Rzuciła się na niego nagle, nie dbając o technikę i wkładając w atak całe ciało. Uderzyła go czołem w twarz, brzydko i skutecznie, aż obraz przed oczami Oliviera zbielał. Poczuł krew w nosie i metaliczny smak na języku.
Po raz pierwszy od lat ktoś trafił go czysto.
Nie przestraszyło go to.
Raczej wyjaśniło sytuację.
Starli się pięściami, łokciami i kolanami. Clare walczyła tak, jakby nie wierzyła w żadne zasady. Olivier odpowiadał kontrolą, obracając jej pęd przeciwko niej, utrzymując równy oddech i stawiając stopy dokładnie tam, gdzie powinien.
Od chwili, gdy pojawiła się Clare, jego rytm przestał należeć wyłącznie do niego.
Jej nieporządny, uparty rytm wciąż przecinał się z jego własnym.
A jednak pasował.
Kolejny dzień, kolejna bójka.
Matt nie puścił ich od razu. Jedną dłoń trzymał na klatce piersiowej Clare, drugą na klatce Oliviera, utrzymując ich po przeciwnych stronach, dopóki oboje nie przestali szarpać się do kolejnego ciosu. Sala treningowa cuchnęła potem, gumowymi matami i starą krwią, która wsiąkła w beton tak głęboko, że stała się częścią budynku.
Nos Clare krwawił powoli i uparcie. Starła krew grzbietem dłoni, rozmazując czerwień po kłykciach. Warga Oliviera pękła w miejscu, w które trafiła go czołem. Nie wytarł krwi ani nie mrugnął. Jego źrenice były zbyt ostre, zbyt skupione, jakby samym spojrzeniem próbował zmusić ją do cofnięcia się.
— Dzieciaki — powiedziała Evelyn płasko, bez śladu prawdziwej cierpliwości. — Proszę.
Clare szarpnęła się w uchwycie Matta. Nie drgnął.
— Puść mnie — warknęła.
— Powiedz „proszę” — odparł lekko.
Olivier wydał dźwięk, który mógłby być śmiechem, gdyby nie brzmiał tak zimno.
— Ona nie zna słowa „proszę”.
Obejrzała jego twarz z chłodną dokładnością.
— A ty nie potrafisz nic poza gadaniem.
Powietrze wokół Evelyn zgęstniało i zrobiło się cieplejsze. Ostrzeżenie było subtelne, ale wyraźne.
— Wystarczy. — Po takiej ciszy ludzie zwykle się zatrzymywali. Nawet Clare.
Matt puścił ich dopiero wtedy, gdy upewnił się, że żadne nie rzuci się ponownie. Stanęli o krok od siebie. Oddychali ciężko, a ich dłonie nadal zaciskały się do połowy, choć żadne nie ruszyło do kolejnego ciosu.
Clare czuła na języku smak krwi i metalu. Olivier miał w gardle krew oraz elektryczną gorycz, smak błyskawicy, która próbowała wydostać się na zewnątrz.
— Chcecie się bić? — zapytała Evelyn. — Proszę bardzo.
Odwróciła się do instruktora.
— Do ringu.
Ring tworzył kwadrat ze wzmocnionej maty, zamknięty stalowymi słupkami i barierami pokrytymi runami. Starsi rekruci walczyli tam, kiedy Zakon chciał sprawdzić, kto szybciej zacznie krwawić.
Clare weszła bez czekania. Jej buty zostawiały ciemne ślady w miejscach, na które skapywała krew z nosa.
Olivier stanął naprzeciwko i powoli rozruszał ramiona. Jego postawa była czysta, wyważona, niemal elegancka. Clare tego nienawidziła.
Evelyn stanęła przy krawędzi ze skrzyżowanymi rękami. Matt oparł się o słupek. Nie wyglądał już na rozbawionego, tylko czujnego.
Na platformie obserwacyjnej nieruchomo stała kolejna sylwetka.
Sebastian.
— Bez broni i bez zaklęć — powiedziała Evelyn.
Przesunęła wzrok po dłoniach Oliviera, a potem po tatuażach Clare.
— Jeśli zobaczę choć jedną iskrę, koniec.
— Boi się pani, że mnie usmaży? — rzuciła Clare.
— Twoja siła się nie liczy — odparła Evelyn płasko. — Z nią się urodziłaś. Możesz za to liczyć uderzenia. Możesz wybierać, gdzie padają.
Olivier spojrzał na Clare spomiędzy jasnych rzęs.
— Ja się boję, że będziesz płakać.
Jej oczy opustoszały.
— Zaczynajcie.
Clare ruszyła pierwsza.
Zawsze ruszała pierwsza.
Jej pięść pomknęła w stronę gardła, zbyt szybko i zbyt zdecydowanie, żeby mogła być zwodem. To było oświadczenie. Olivier zszedł z linii ataku o pół kroku, tak blisko, że wyparte powietrze musnęło jego szyję. Kłykcie Clare uderzyły w matę dokładnie tam, gdzie przed chwilą znajdowało się jego gardło.
Rozległ się trzask kamienia pękającego pod młotem. Pajęczyna rys przecięła wzmocnioną powierzchnię, a wstrząs wspiął się po nadgarstku Clare, jasny i szybki. Zmusiła palce, żeby się otworzyły.
Olivier wykorzystał tę pauzę.
Wyprowadził dwa krótkie uderzenia, pierwsze pod oczy, drugie w żebra. Clare weszła w nie jak zwierzę. Przedramieniem zatrzymała pierwszy cios, a przez drugi przetoczyła ramię, choć Olivier i tak poczuł zderzenie. Jej łokieć wystrzelił ku jego szczęce i trafił w kość policzkową.
Pęknięta warga otworzyła się ponownie. Olivier zaczął krążyć. Zmuszał Clare do obracania się i marnowania siły na powietrze. Nie dawał jej żadnej dźwigni ani okazji, żeby położyła na nim obie ręce, bo dwie ręce Clare oznaczały połamane kości.
Bez przerwy zmieniał kierunek: szybkie obroty, nagłe zejścia i prędkość wyglądająca niemal na lenistwo.
Clare rzuciła się ponownie i uderzyła w krawędź, gdzie wzmocnienie spotykało się z betonem. Beton pękł z dźwiękiem łamanej szczęki. Kurz wyskoczył w bladym obłoku.
Rozbawienie Matta zgasło. Olivier wbił kolano w żebra Clare, dość mocno, żeby zabolało. Przyjęła cios i ruszyła dalej. Powietrze raz wyrwało się z jej płuc, po czym odzyskała kontrolę.
Jej ciało odrzucało jeden komunikat.
Wycofaj się.
Złapała Oliviera za rękaw. Tylko za tkaninę, a mimo to szarpnięcie niemal wyrwało go z podstawy. Wyswobodził się, zanim zdołała oprzeć na nim ciężar, i krótko, precyzyjnie wsunął przedramię pod jej gardło. Puścił, zanim chwyt zmienił się w zmaganie siły, którego nie mógł wygrać.
Clare odchyliła się w bok i ugryzła go w przedramię.
Ból przyszedł natychmiast, gorący i ostry. Olivier połknął go jak truciznę, wykorzystał chwilę i wyrwał rękę skrętem, który kosztował go warstwę skóry. Krew ponownie nakropiła matę.
Przez chwilę tylko na siebie patrzyli. Oboje oddychali ciężko i żadne nie zamierzało pierwsze zmrużyć oczu. Hałas sali opadł, aż zostały jedynie ich oddechy i słabe brzęczenie świateł.
— Wystarczy.
Clare cofnęła się, jakby ktoś pociągnął ją za łańcuch. Olivier otarł usta i spojrzał na krew z miną człowieka, którego właśnie osobiście obraziła. Matt zagwizdał cicho.
— Jezu.
— Oboje żyjecie — powiedziała Evelyn. — To jedyne, co się liczy. — Podeszła do Clare. Nie dotknęła jej, ale zatrzymała się tak blisko, że Clare nie miała dokąd odwrócić wzroku. — Musicie przestać ze sobą rywalizować.
Potem spojrzała na Oliviera.
— Nikt nie będzie po was płakał, jeśli sami się wykończycie.
Raz mocno zacisnął palce, po czym je rozluźnił.
Sebastian nie poruszył się na platformie. Kiedy jednak Clare zerknęła w górę, tylko raz, dostrzegła w jego spojrzeniu pęknięcie czegoś innego. Rozpoznania. Potem zniknęło.
— Z maty — rozkazała Evelyn. — Do opatrunkowego.
Olivier zszedł pierwszy. Clare ruszyła za nim.
— Nie potrzebuję.
Minęli się przy krawędzi, przez pół sekundy ramię przy ramieniu. Clare poczuła bijące od niego ciepło, a Olivier wyczuł przez materiał ciepło jej ramienia.
Nie spojrzeli na siebie ani się nie odezwali.
Mimo to, wbrew sobie, zsynchronizowali kroki.
Idealnie.
Korytarz prowadzący do opatrunkowego był chłodniejszy niż sala treningowa. Powietrze pachniało środkiem antyseptycznym i żelazem, a jarzeniówki sączyły światło w kamień, przez co skóra wszystkich nabierała niewłaściwego odcienia.
Olivier szedł wyprostowany. Ramiona trzymał równo, szczękę miał napiętą, a kroki odmierzone. Całą postawą udawał, że nic go nie boli. W kąciku jego ust zaschła ciemna, lepka linia krwi. Clare nie sprawdzała żeber.
Szła dalej.
Uzdrowiciel był magiem wody. Poruszał dłońmi spokojnie, lecz w oczach miał zmęczenie człowieka, który przez całe życie naprawiał ciała i wiedział, jak niewiele to zmienia.
Spojrzał na nich znad blatu. Jego wzrok musnął krew na rękawie Clare, a potem nietkniętą skórę pod spodem. Uzdrowiciel przyjrzał jej się uważniej.
— Siadaj — powiedział do Oliviera.
Olivier usiadł.
Clare została na nogach.
Uzdrowiciel odkorkował fiolkę. Woda powinna być przezroczysta, ale migotała jak światło księżyca uwięzione w płynie. Zanurzył w niej dwa palce. Zamiast spłynąć, woda wspięła się po jego skórze i pokryła wargę Oliviera cienką, precyzyjną warstwą.
Oddech Oliviera zaciął się na moment, mały i mimowolny. Jego palce zacisnęły się na krawędzi krzesła, aż pobielały mu knykcie.
Uzdrowiciel prowadził wodę wąskim strumieniem, milimetr po milimetrze.
Najpierw zatrzymało się krwawienie. Potem pęknięcie zaczęło się zwężać, a jego brzegi splotły się z cichą nieuchronnością, bez nici i bez nakłucia. Woda wróciła do naczynia lekko zaróżowiona, jakby coś ukradła i nie obchodziło jej, kto to zauważy.
Clare obserwowała dłonie Oliviera, ich napięcie udające spokój. Żołądek ścisnął jej się od tej ciszy.
— Uważaj na to do zagojenia — powiedział uzdrowiciel tonem płaskim jak kamień, po czym wskazał głową drzwi.
Na zewnątrz znów otoczył ich chłód korytarza. Szli chwilę bez słowa, a zimne powietrze wciskało się pod kołnierze i w rękawy mundurów.
Olivier uniósł dłoń i dotknął wargi. Nie było krwi, a mimo to wpatrywał się w palce, jakby nadal spodziewał się bólu.
— Jesteś irytująca — syknął w końcu cicho.
Clare zerknęła na niego.
— Wzajemnie.
Na jego twarzy mignął szybki, niechciany uśmiech, mały i krzywy, jakby bolało go samo przyznanie się do niego. Uśmiechnął się, bo go uderzyła, nie bała się go i została.
Clare odwróciła wzrok jako pierwsza.
Szli dalej.
Ich kroki zsynchronizowały się bezwiednie — jak gdyby Zakon próbował zrobić z nich maszyny i przypadkowo nauczył ich tego samego rytmu.
Dni rozmazywały się jeden o drugi, aż czas przestał być czymś, co dało się liczyć.
Zakon właśnie to lubił. Rutynę, powtarzalność, ciała sprowadzone do mundurów. Clare przechodziła przez ćwiczenia i wykłady z tępym posłuszeństwem, którego wymagały korytarze. Wykonywała polecenia bez sprzeciwu, ale własnych myśli im nie oddawała.
Dopóki nie kazali jej sięgnąć po moc.
— Przywołaj broń, Clare.
— Nie.
— To rozkaz.
— Nie.
Między nimi zapadła chłodna cisza.
Potem przyszła kara, przewidywalna jak światła.
Dodatkowe ćwiczenia, dopóki pot nie zaczął palić w kącikach oczu. Dłonie darły się na uchwytach treningowych. Skóra pękała, twardniała, a potem pękała ponownie. Głód przez dwadzieścia cztery godziny wyostrzał każdy dźwięk: stukot butów na kamieniu, owadzie brzęczenie jarzeniówek, które nigdy nie gasły.
Izolatka była celą tak małą, że Clare nie mogła się w niej w pełni wyprostować. Beton wciskał się przez materiał aż do kości, a powietrze miało smak starego oddechu.
Łez im nie dawała.
Nie tam, gdzie mogliby je zatrzymać.
Kiedy otwierali drzwi, wracała na korytarz z nieruchomą twarzą i wyprostowanymi ramionami, jakby nie zamknęli jej w ciasnej celi tylko po to, żeby przypomnieć jej, jak niewiele może.
Prób ucieczki było wiele.
Clare przestała liczyć po pierwszym tuzinie porażek. Wyślizgiwała się podczas zmian warty albo w tej jednej sekundzie, gdy instruktor odwracał wzrok. Chowała się za regałami magazynowymi, wciskając ciało w szczeliny pachnące kurzem i naoliwioną stalą.
Raz dotarła aż do zewnętrznych korytarzy. Były szersze, chłodniejsze i cichsze; za tą linią nawet odgłosy budynku zdawały się przygasać. Potem zawyły alarmy.
Cienki, ostry alarm przeszył korytarz. Czerwone światła zaczęły pulsować, każąc cieniom skakać po ścianach.
Clare biegła mimo to.
Za jej plecami grzmiały kroki. Sieć zaciskała się, gdy skręcała w lewo, potem w prawo, a później znów w lewo. Buty poślizgnęły się na wilgoci pod wentylacją. Płuca paliły. Serce waliło o żebra, jakby próbowało znaleźć własną drogę na zewnątrz.
Czyjaś dłoń sięgnęła po nią.
Clare obróciła się, a pod tatuażami rozbłysnął żar. Jej ciało zareagowało szybciej niż myśl.
Dwa pistolety wskoczyły w jej dłonie. Metal był zimny, a palce odnalazły chwyty tak, jakby zawsze wiedziały, gdzie powinny spocząć.
Strzeliła.
Pierwszy pocisk wbił się w ramię Strażnika. Huk przetoczył się przez korytarz, a mężczyzna zachwiał się z urwanym oddechem. Stawy. Ścięgna. Wszystko, co spowalniało.
Bo Sebastian zawsze ją znajdował.
Nagle stał przed nią i zagradzał cały korytarz, spokojny jak zawsze. Nie mrugał.
— Niezłe z ciebie utrapienie, dzieciaku.
Clare odpowiedziała ruchem. Pistolety uniosły się, a jej palec napiął na spuście.
Sebastian poruszył się pierwszy.
Zacisnął dłoń na jej nadgarstku i odwrócił lufę z brutalną sprawnością. Strzał pękł w ścianę, a kamienny pył wystrzelił w powietrze niczym wydech.
Clare kopnęła, celując w jego kolano. Złapał ją tak, jakby nic nie ważyła.
Chwilę później wisiała już przewieszona przez jego ramię. Żołądek opadał jej przy każdym kroku, gdy świat kołysał się do góry nogami. Szorstki materiał płaszcza uderzał ją w policzek. Sebastian pachniał dymem i stalą. Szamotała się mimo wszystko.
— Zamknij się! Nienawidzę cię!
Piętą trafiła go w klatkę piersiową, bardziej obraźliwie niż skutecznie. Krok Sebastiana nawet się nie zachwiał.
— Robisz się powtarzalna, Clare.
Strażnicy, których mijali, albo ich ignorowali, albo szczerzyli zęby, rozbawieni znajomym upokorzeniem.
Przy windzie czekali Matt i Evelyn.
Matt roześmiał się, najwyraźniej znając ten widok na pamięć.
— Całkiem niezły z ciebie specjalista od zabawy w chowanego, Sebastian. Może po prostu wpisać ci na stałe dyżur niańki?
— Spierdalaj, Matt — powiedział Sebastian, nawet na niego nie patrząc.
Kąciki ust Evelyn drgnęły, jakby chciała się uśmiechnąć, ale odmówiła sobie tej przyjemności. Stała ze skrzyżowanymi ramionami, burgundowe włosy miała ciasno związane z tyłu, a czerwone oczy pozostawały ostre i zmęczone.
Wyglądała jak kobieta próbująca utrzymać dzieci przy życiu w miejscu, które je pożerało.
Olivier stał nieco z boku. Miał skrzyżowane ramiona i postawę zbyt opanowaną jak na swój wiek. Jego blade włosy łapały światło korytarza, a niebieskie oczy śledziły Clare jak problem, który wolałby rozwiązać, niż ignorować.
— Ona chce umrzeć — mruknął.
Clare wykręciła się na tyle, żeby spojrzeć na niego do góry nogami. Krew napłynęła jej do głowy, aż korytarz się zakołysał.
— Co powiedziałeś?
— Nic — odparł Olivier.
Wyraz jego twarzy mówił dość. Sebastian nie zawracał sobie głowy ceremonią. Wniósł Clare do pokoju przesłuchań i rzucił ją na krzesło, najwyraźniej nie przejmując się tym, czy zrobi jej krzywdę.
W pomieszczeniu nie było okien. Jarzeniówka brzęczała nad głową równomiernie i bezlitośnie, a powietrze pachniało starym potem oraz środkiem dezynfekującym.
Sebastian usiadł za biurkiem i wypuścił powietrze, jakby Clare właśnie zużyła ostatni zapas jego cierpliwości.
Clare wpatrywała się w niego.
Większość rekrutów uczyła się milczeć. Clare nie, a jej tatuaże tylko pogłębiały niepokojące podobieństwo.
Czarne, tribalne linie przecinały jej ramiona i plecy. Dzikie, gwałtowne i zbyt znajome. Ten sam brutalny język wypisany na jego własnej skórze.
Do tego jej siła i instynkt. Rzucała się naprzód mimo bólu, jakby nie uznawała go za powód do zatrzymania.
Nicholas.
Te uparte oczy. Nienawiść obecna w każdym słowie. Nawet akcent, aqualantydyjskie krawędzie pojawiające się na niektórych słowach, gdy gniew zaostrzał jej głos.
Wszechświat był okrutny.
Stracił brata.
A teraz przed nim siedziało jego miniaturowe echo. Wściekłość i zbyt wielka moc zamknięte w dziesięcioletnim ciele.
— Nienawidź mnie, ile chcesz, Clare. — Głos Sebastiana był płaski i wyczerpany. — Nie uciekniesz od Zakonu. Przyzwyczaj się. To teraz twój dom. Jeśli zostaniesz Strażnikiem, zostaniesz nim na zawsze.
— Nie. Nigdy. — Wypowiedziała oba słowa z nieskrywaną odrazą.
Sebastian przeciągnął dłonią po twarzy.
— Dobry Boże. Jesteś uparta, prawda?
Zapadła cisza, której żadne z nich nie przerwało.
Sebastian pochylił się, opierając łokcie na biurku. Jego spojrzenie pozostawało spokojne.
— Skąd znasz Lior?
Palce Clare zacisnęły się na poręczach krzesła, aż pobielały jej knykcie.
— Byłaś jej uczennicą?
Nie odpowiedziała.
— Kim byli twoi rodzice? — zapytał. — Magami ziemi?
— Nie żyją — mruknęła, celowo spłaszczając głos.
Sebastian nie złagodniał. Pocieszenie nie należało do języków, którymi mówił.
— Nie jesteś jedyna — powiedział. — Wszystkie dzieci tutaj są sierotami.
— Nie obchodzi mnie, kim są. — Dłonie Clare zacisnęły się mocniej na poręczach. Wzrok Sebastiana opadł na nie, po czym wrócił do jej twarzy.
— Musisz zrozumieć, że jeśli dalej będziesz próbowała uciekać, skończysz martwa.
Clare spojrzała mu prosto w oczy. Nie mrugnęła.
— To mnie zabij.
— Nie ma mowy. — Oparł się na krześle i wpatrywał w nią jak ktoś, kto usiłuje czegoś nie pokazać. — Miałbym zmarnować taki potencjał?
— Nie obchodzi mnie to! — Krzyk wyrwał się z niej chrapliwie i ostro.
Clare rzuciła się naprzód bez planu.
Pistolet zmaterializował się w połowie skoku. Czarny metal i różane grawerunki zalśniły w ostrym świetle, zbyt ozdobne jak na ten sterylny pokój.
Przycisnęła lufę do skroni Sebastiana.
Jej ramię drżało tak mocno, że broń trzęsła się razem z nim. Łzy spływały po twarzy, gorące i upokarzające.
Nie otarła ich. Oddech przychodził urywany, zaczepiał się w gardle i odmawiał ułożenia w cokolwiek, nad czym mogłaby zapanować.
Sebastian nie drgnął.
Uniósł rękę i poprawił jej cel, przesuwając lufę ze skroni na środek czoła. Zamknął dłoń wokół jej dłoni — ciężko i ciepło — przez co Clare poczuła się jeszcze mniejsza. Kciuk przycisnął grzbiet jej ręki, jakby mógł zatrzymać drżenie samą siłą.
— Jeśli chcesz mnie zabić — powiedział niskim, niemal znudzonym głosem — to przynajmniej celuj porządnie, dzieciaku.
Coś skrzywiło się w kąciku jego ust, jakby już zaakceptował to, co miało nastąpić.
Oddech Clare się urwał. Palec zacisnął się na spuście.
Nic się nie stało.
Ręka nadal drżała. Pistolet zachwiał się, zamigotał, a potem rozpłynął w nicość, nie mogąc dłużej utrzymać kształtu.
Clare osunęła się do przodu, jakby nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa, i ześlizgnęła na podłogę z plecami opartymi o biurko. Szloch, który się z niej wyrwał, był zbyt wielki na jej ciało.
— Nienawidzę cię — wydusiła, chowając twarz w dłoniach. — Ty… ty mi go przypominasz.
Sebastian znieruchomiał.
— Kogo?
— Tatę. — Wyszeptała to. — Przypominasz mi tatę.
To porównanie zabolało.
Wstał i obszedł biurko. Przez chwilę tylko na nią patrzył. Mała, zacięta i rozbita na podłodze jego pokoju. Potem zrobił rzecz, która zaskoczyła nawet jego.
Położył chropowatą dłoń na jej głowie. Niezdarnie.
— Pewnie był denerwującym dupkiem, co?
— Najgorszym — westchnęła Clare. Przez jej zapłakaną twarz przemknął blady, zrujnowany uśmiech. — Uparty.
— Tak jak ty — powiedział Sebastian łagodniej, niż zamierzał.
Clare nie odpowiedziała. Płakała cicho, podczas gdy jego ciężka, nieruchoma dłoń spoczywała na jej głowie i nie pozwalała jej całkiem się rozsypać.
Nicholas, pomyślał, patrząc na dziewczynkę, która nosiła jego echo w każdym geście.
Naprawdę cię nie ma?
Przysłałeś mi tego małego bachora, żeby mnie nawiedzał?
Zawiódł. Nie dostrzegł znaków. Nie dotarł do brata, zanim zęby Zakonu się zacisnęły.
A teraz to dziecko siedziało u jego stóp z różanymi grawerunkami na pistoletach, zbyt bliskie i zbyt znajome, żeby mógł je odpędzić.
Przypadek?
Nie wiedział już, w co wierzyć.
Wiedział tylko jedno.
Będzie jej pilnował. Utrzyma ją przy życiu, czy tego chciała, czy nie.
Nawet jeśli miał przez to zostać osobą, której nienawidziła najbardziej w tym przeklętym miejscu.
Dwa lata później sala treningowa brzmiała jak bęben, który nigdy się nie męczył. Drewno uderzało w drewno. Buty ścierały się o matę.
Clare ześlizgnęła się pod kontrą Oliviera, wykorzystała wolną przestrzeń i podcięła mu nogi. Liczyło się wyczucie czasu, nie gracja. Upadł ciężko, lecz skręcił ciało w locie i wylądował w przykucu. Dłonie tylko raz dotknęły maty, zanim odzyskał równowagę.
— Lepiej — odezwał się Matt z boku, leniwie przeciągając słowa, choć jego wymagania nigdy nie były łagodne. — Ale ramię opadło ci przed tym — można go było wyczytać z drugiego końca sali.
Clare przeciągnęła przedramieniem po czole. Pot rozmazał się na skórze, szczypnął w oczy i szybko wystygł w przeciągu.
Wdech. Zatrzymać. Wydech.
Dwa szybkie, kontrolowane oddechy, po których jej spojrzenie znów się wyostrzyło.
Miała dwanaście lat, była chuda, kanciasta i uparta. Trenowała tak długo, że reagowała odruchowo, zanim zdążyła podjąć świadomą decyzję. Świeże siniaki kwitły wzdłuż przedramion tam, gdzie miecz treningowy Oliviera ją musnął — fioletowe i czerwone pod skórą błyszczącą od potu, już ściągającą, gdy regeneracja próbowała robić swoją cichą robotę.
Olivier wyprostował się — czternaście lat, dłuższe kończyny i ostrzejsze kontury. Biało-srebrne włosy opadły na oczy; nie zadał sobie trudu, żeby je odsunąć. Szczerzył się do niej tym irytującym półuśmiechem.
— Spowalniasz, Olivier — powiedziała Clare z udawanym znudzeniem.
— Zamknij się — odciął, ale uśmiech poszerzył się, gdy wracał do pozycji. — Jeszcze raz?
— Dzieci. — Głos Sebastiana wciął się w ich kłótnię, płaski jak zawsze i niewymagający podnoszenia tonu. — Przerwa, zanim się wzajemnie pozabijacie.
Clare i Olivier oderwali się na przeciwne strony maty automatycznie. Nie musieli patrzeć, żeby wiedzieć, gdzie przebiega linia między nimi. Po dwóch latach wspólnych treningów ich wyczucie czasu zgrało się samo, pomiędzy przekomarzaniem a rywalizacją.
— Woda. — Evelyn rzuciła Clare butelkę. Trafiła ją w klatkę; Clare złapała butelkę jedną ręką i zaczęła pić łapczywie, aż plastik zatrzeszczał pod jej palcami. Zimna woda, za szybko — i tak przełknęła.
— Lepiej ci idzie z pracą nóg — dodała Evelyn rzeczowo, jak zawsze.
— Dzięki — mruknęła Clare, wycierając usta grzbietem nadgarstka.
Po drugiej stronie sali Olivier wziął swoją butelkę i pił, głowa odchylona, gardło pracujące. Złapał Clare na patrzeniu i wystawił język.
Clare pokazała mu środkowy palec bez mrugnięcia okiem.
Matt ryknął śmiechem.
— Jak stare małżeństwo, ci dwoje.
— Nawet nie żartuj — mruknął Sebastian, ale oczy nie stwardniały tak jak kiedyś.
Evelyn przywołała Oliviera gestem na środek przestrzeni treningowej.
— No dobrze. Manipulacja piorunem. — Obejrzała go chłodno, jakby oceniała kolejny wynik testu. — Twoja ostatnia próba była żałosna.
Clare bezwiednie podeszła bliżej i ustawiła się tak, by lepiej widzieć Oliviera. Nadal kontrolowała kąty i wyjścia, choć udawała obojętność.
— Problemy z wydajnością — odszepnął Matt teatralnie w stronę Sebastiana — tak głośno, że usłyszał każdy, kto miał uszy.
— Zdarza się najlepszym — odparł Sebastian z idealnie nieruchomą twarzą. — Mnie nigdy, co prawda. — Wzrok na sekundę przeskoczył mu na Evelyn.
— Obrzydliwe — Evelyn zmierzyła go spojrzeniem, które stopiłoby stal.
— Nie rozumiem. — Clare zmrużyła oczy, szczerze zgubiona.
Evelyn roześmiała się krótko i szczerze. Ten dźwięk zabrzmiał w sali treningowej niemal obco.
— Och, kochanie. Zrozumiesz. Za kilka lat.
Uszy Oliviera zrobiły się czerwone, gdy wchodził na zaznaczony krąg na macie. Ustawił stopy, raz poruszył ramionami i zamknął oczy.
Clare obserwowała, jak zmienia się jego oddech, jak zaciskają się dłonie i napina szczęka. Patrzyła, jak sięga do środka po coś, co nie było mięśniem.
Magia błyskawicy była rzadka — na tyle, że ludzie dawali mu przestrzeń, nawet gdy udawali, że tego nie robią. Kiedy jej używał, w powietrzu pojawiała się ostrość burzy.
Mała iskra przeskoczyła między jego palcami. Ledwo widoczna.
Clare zaśmiała się, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Co to było? Iskierka? — Pokazała palcem jak złośnica. — Olivier, Mały Grom!
— Zamknij się! — Głos mu się załamał na ostatnim słowie, a policzki zrobiły się jeszcze gorętsze.
— Wystarczy — powiedział Sebastian, ale kącik jego ust drgnął, zanim zdołał go powstrzymać.
Olivier próbował znowu. Mięśnie twarzy pracowały tak mocno, że wyglądało to jak ból. Tym razem iskra utrzymała się dłużej, tańcząc po knykciach, zanim zgasła z cichym, rozczarowującym sykiem.
Clare już się nie śmiała.
Patrzyła — naprawdę patrzyła. Na to, jak jego ramiona napinały się ułamek sekundy za wcześnie przed sięgnięciem. Na to, jak oddech się urywał i potem zmuszał do spokoju. Na małą bruzdę między brwiami, kiedy się koncentrował, jakby dość długim skupieniem dało się wymusić właściwy wynik.
Większość ludzi trzymała dystans od tego, czego nie rozumiała.
Clare pochylała się ku temu bez strachu.
Sebastian stanął przy niej — na tyle blisko, że poczuła na nim lekki zapach dymu i mydła — tę samą kombinację, którą kojarzyła z bezpieczeństwem mimo wszystko.
— Znowu podglądasz chłopaka?
Clare prawie się zakrztusiła powietrzem.
— Co? Nie. — Gorąco wlało się w kark. — Po prostu — on ma rzadką magię, to jest interesujące, nie—
— Jakbym się miał interesować kimś takim — odezwał się Olivier, nie patrząc, ale róż na policzkach go zdradził.
— Jasne — powiedział Matt, uśmiech bezlitośnie rozbawiony. — Mówcie sobie tak dalej.
Niektóre poranki Clare budziła się przed dzwonkiem, siadała w ciemności i brała dwa oddechy — dość wolne, żeby je poczuć, i dość szybkie, żeby nie zdążyć pomyśleć — zanim stopy trafiły w podłogę.
Niektóre popołudnia zostawała po ćwiczeniach, dopóki sala nie pustoszała i echa nie zmieniały charakteru. Matt rzucał jej świeży magazynek bez patrzenia; ładowała dotykiem, kliknięcie-kliknięcie nabojów czyste i uspokajające, potem powtarzała ten sam wyciąg, dopóki nadgarstek nie przestawał drżeć ze zmęczenia.
Niektóre noce leżała na pryczy i wpatrywała się w sufit, aż brzęczenie jarzeniówek zdawało się być wewnątrz czaszki, potem i tak wstawała.
Jeszcze raz.
Sebastian zawsze ją przyciągał z powrotem. I w końcu nauczyła się prawdy, której żebra i duma odmawiały przyjąć: Jeszcze go nie przegoni.
Więc trenowała.
Mocniej niż ktokolwiek inny w jej roczniku. Matt pracował z nią nieustannie, bo ich style uzupełniały się niemal idealnie: precyzja, pistolety i skuteczność, która nie musiała wyglądać ładnie. Rozumiał, co znaczy nosić dwa bliźniacze pistolety jak część własnych dłoni.
Z platformy obserwacyjnej Evelyn śledziła jeden z treningów Matta — Clare skręcająca w lewo na śródstopiu, resetująca biodra na tym samym rytmie, śledząca cel z tą zbyt szybką, zbyt bezpośrednią ekonomią ruchu.
— Obraca się jak on — powiedziała cicho Evelyn. — Najpierw lewa noga. Ten sam reset.
Sebastian nie odpowiedział od razu. Szczęka mu się napięła i mięsień pod nią skoczył raz. Wiedział doskonale, kogo Evelyn ma na myśli, a imię żyło w siedzibie jak duch, którego wszyscy udawali, że nie widzą.
— Myślisz, że ona jest— — zaczęła Evelyn.
— Nie — urwał Sebastian, zbyt szybko. Strach przebrany za pewność. — Jest po prostu utalentowana. — Wymusił spokojny ton. — Wyjątkowe zdolności. Szybko się uczy. Tyle.
Evelyn przyglądała mu się przez chwilę, potem kiwnęła głową, jakby zgodziła się odłożyć temat, choć wcale mu nie uwierzyła.
— Oczywiście.
Nauczyła się siedzieć cicho.
Z czasem zmieniło się również coś jeszcze.
Wbrew wszelkim zasadom, które Zakon wbijał swoim ludziom — żadnych przywiązań, żadnej miłości — Evelyn i Sebastian zaczęli się o nich troszczyć. Wychodziło to w małych rzeczach: dłoń Evelyn zatrzymująca się na ramieniu Oliviera po brutalnej sesji, dotyk trwający o sekundę za długo, żeby był przypadkowy; mina Sebastiana zmieniająca się ułamek, gdy Clare coś wykonała perfekcyjnie, jakby duma była odruchem, którego nie umiał do końca zabić.
Potem przyszły nazwiska, bez publiczności i bez przemowy, w cichej chwili znaczącej dla nich więcej niż jakakolwiek ceremonia.
Olivier stał się Jones.
Clare stała się Steele.
Gdy ogłoszono nowe przydziały, sala odpraw brzęczała nerwową energią, która niezbyt dobrze ukrywała głód.
Clare stała ze skrzyżowanymi ramionami, z twarzą niewyrażającą emocji, i udawała, że jej tętno nie jest głośniejsze od sali. Dwa oddechy — potem spokój.
Olivier oparł się o ścianę z wyćwiczonym znudzeniem, ale oczy ciągle zerkały na drzwi, jakby spodziewał się, że go ugryzą. Kapitan wywiadu wszedł z datapadem i twarzą pozbawioną wyrazu.
— Szósta Dywizja — zaczął.
Clare natychmiast się skupiła. Dywizja Sebastiana.
— Jones Olivier.
— Steele Clare.
